Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Pawie ogrody
AutorWiadomość
Pawie ogrody [odnośnik]12.03.20 14:26
First topic message reminder :

Pawie ogrody

Przechodząc na tyły posiadłości można natknąć się na rozległe ogrody. Mnogość alejek potrafi stworzyć prawdziwy labirynt - czasem jednak warto się zgubić, ponieważ w tym zagubieniu można odnaleźć prawdziwe skarby. Interesujące rzeźby, ukryte przed wścibskim wzrokiem altanki czy imitacje różnorakich, smoczych jaj to tylko część z atrakcji tego miejsca. Oprócz równo wypielęgnowanych najrozmaitszych kwiatów oraz fikuśnie wykonanych żywopłotów, wędrowiec ma szansę spotkać dumnie kroczące po dróżkach pawie. Są one pupilkami lubujących dyplomację Greengrassów, sprowadzane doprawdy z różnorakich zakątków świata. Ot, taka atrakcja podczas leniwych popołudni na świeżym powietrzu.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Pawie ogrody - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Pawie ogrody [odnośnik]15.03.22 23:04
Czuł posmak satysfakcji widząc, że tak - zdawać się mogło - niewiele mówiącym komentarzem wyprowadzić Elroya z równowagi. Naturalnie sam Roratio wychowany był przede wszystkim na dżentelmena i nawet nie śmiałby obrazić jakiejkolwiek damy. Tym bardziej więc nie naraziłby dobra i nienagannej reputacji Lilah.
Lilah.
Zdrobnienie, które od niedawna znajdowało się w słowniku Roratio, oczywiście za pozwoleniem jego właścicielki, wybiło się wśród skupionych wokół pojedynku myśli.
Chwyt, pod wpływem siły naparcia ostrza Elroya, rozluźnił się. I właściwie Rory spodziewał się kolejnego naparcia, na które wiedział, że nie będzie przygotowany, nie z dłonią w niewygodnej pozycji, która niepewnie jeszcze zaciskała się na rękojeści. Jednakże w tym momencie zatrzymał się z rękojeścią przy jego szczęce. Znieruchomiał, pozwalając uspokoić się przyśpieszonemu oddechowi.
Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. w kłykciach poczuł niemalże od razu echo wymierzonych w przeszłości ciosów. Nie spuszczał spojrzenia ze szwagra, można nawet powiedzieć, że całkiem podobała mu się ta różnica wzrostu, teraz widoczna znacznie bardziej.
- Jeżeli jest to czysto dżentelmeński pojedynek? Poza zasięgiem ręki. W innym wypadku, przeważnie w rękawie. A co do nieczystych zagrywek - tu przerwał na chwilę. W czasie rozmowy noga zdążyła przesunąć się między rozstawione stopy Elroya. Wystarczył gwałtowniejszy ruch kolanem w górę. Niezbyt dżentelmeńskie, ale z pewnością skuteczne. - tylko te, których mnie nauczyłeś - rzucił, odpuszczając. Nie chciał, aby za chwilę ktokolwiek suszył mu głowę o te kilka szczenięcych wybryków i paru sparingów w trakcie swoich samotnych eskapad.
- Insynuowanie mojego braku szacunku względem lady Delilah bolą mnie jeszcze bardziej niż ciosy ćwiczebnego miecza. Naprawdę tak nisko mnie oceniasz?- odparł z nieco teatralnie przesadzoną boleścią w głosie, która być może w jakimś stopniu była prawdziwa. Bo co jeżeli - całkowicie nieświadomie - okazał Lilah brak szacunku? Ugodził w jej honor, którego bez zawahania chroniłby własną piersią. - I chyba oboje wiemy, a z pewnością ty lepiej niż ktokolwiek inny, iż niewidomość lady Delilah wcale nie sprawia, że widzi mniej od nas - przynajmniej jeżeli chodziło o ludzi, w towarzystwie których się obracała. Czasem miał wrażenie, że widziała w ludziach znacznie więcej niż inni, których wzrok działał perfekcyjnie. I - chociaż ta opinia na czas nieokreślony miała pozostać jedynie dostępna dla jego myśli - miał wrażenie, że to czasem najbliżsi wymierzali jej największą niesprawiedliwość. W swojej trosce postrzegając ją głównie poprzez pewną niedogodność, jaką był brak zmysłu wzroku.
- To i to nie zawsze chce ze sobą współpracować - odparł, a na młodzieńczej twarzy odmalowała się frustracja. Kurs aurorski - ten temat zawsze odbijał mu się czkawką. Marzenie, które zawsze tylko tym pozostanie, niespełnionym marzeniem, odległym tak, że nawet nie czuł go pod opuszkami palców. - Jak ci się udało, wyhamować? - zagadnął. Chociaż spodziewał się odpowiedzi. Odpowiedzi dobrego lorda: małżeństwo miało poskromić dotąd nieposkramiany temperament.
Roratio J. Prewett
Zawód : dumny przedstawiciel swego rodu, utrapienie lorda nestora
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
owijam wokół palca wolny czas
OPCM : 17
UROKI : 13
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10993-roratio-j-prewett https://www.morsmordre.net/t11046-polypodiopsida https://www.morsmordre.net/t11047-my-zyjemy-kazda-chwila https://www.morsmordre.net/f77-dorset-weymouth-palace https://www.morsmordre.net/t11053-roratio-j-prewett
Re: Pawie ogrody [odnośnik]18.03.22 23:05
Pokiwał delikatnie głową na jego słowa - bo wolał mieć pewność, że w młodej głowie pozostawały te nauki i sztuczki. Widział przez ostatnie tygodnie ostrożność członków zakonu feniksa, aurorów i innych zaangażowanych w wojnę, która gnębiła Anglię. On sam wciąż się uczył tej ostrożności - wiedział, że powinien być czujni w każdym miejscu, o każdej porze, a jego rany na przedramionach, których nabawił się broniąc Derby, jedynie o tym mu przypominały. To były czasu, w których musieli uczyć się uważności na co dzień.
- Nawet podczas dżentelmeńskiego pojedynku trzymaj ją w kieszeni. To nie czas dżentelmeńskich pojedynków, Roratio - poradził mu, spokojnie się odsuwając od niego. Odłożył miecz na bok, bo wyraźnie powinni teraz skupić się na rozmowie - szczególnie tej na temat bezpieczeństwa Delilah.
- Jedyne co ci insynuuję to brak rozeznania w świecie, w jakim się znaleźliśmy i tego, że niewidoma lady wymaga jeszcze większej ochrony niż te, które posiadają tradycyjną wizję - odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie uważał, że Delilah widziała mniej - widziała o wiele więcej, choć nie w standardowy sposób jak oni. A jednocześnie była o wiele bardziej narażona na niebezpieczeństwo, które mogło się pojawić. Wymagała odpowiedniej troski i opieki. - Nie wątpię, że ród Prewett dobrze wychowuje swoje dzieci, wszak wziąłem za żonę twoją siostrę, a jednak pamiętaj, że Anglia jest pogrążona w wojnie. I wiem doskonale, że moja droga siostra nie jest dzieckiem, które musi być zamknięte pod kloszem, a jednak jako jej starszy brat, tym bardziej w czasach wojny, muszę mieć na uwadze jej bezpieczeństwo - wyjaśnił, zastanawiając się przez moment, bo pytanie które zadał były Gryfon było istotne. Jak on sam wtedy wyhamował? Pracą w rezerwacie, wyprawami? Zwyczajnie zakochaniem się w Mare? Nie, jego proces zaczął się jeszcze wcześniej, kiedy jeszcze nie poznał swojej żony - niedługo po tym jak porzucił kurs aurorski.
Chociaż wspominając ostatnie odwiedziny w Dorset, czy na pewno kiedykolwiek wyhamował? Bardziej nauczył się panować nad swoim pędem i używać go do swoich celów.
- Chyba nawet do dzisiaj nie udało - odpowiedział, spoglądając na Roratio i dłonią wskazując wejście z powrotem do murów rezydencji. - Ale są rzeczy, które pomogły i pomagają mi wciąż. Praca, wyprawy z rezerwatem... Porzuciłem kurs aurorski na rzecz rezerwatu, dobrze się czułem przy smokach zawsze, i chociaż czasem żałuję, że nigdy nie dokończyłem kursu, nie wymieniłby tego na nic - przyznał, wchodząc do środka wciąż pięknie oszklonego pomieszczenia. Mieli stąd również wgląd na odaszony wybieg dla pawi, które odpoczywały w cieple, niewzruszone obecnością czarodziejów. Czasem tam, gdzie było wygodnie, było dobrze - chciało się pozostać w jednym miejscu, w tym bezpiecznym i znanym. A czasem potrzebowało się szukać czegoś dalej, czegoś co miało dostarczyć nowych uczuć i emocji.
- Są obowiązki, które musisz spełnić jako lord, nie muszę ci mówić na pewno o twoich przywilejach, bo zdajesz sobie z nich prawdę, prawda? O domu, w którym co noc śpisz, o tym że nie martwisz się o pełność własnego talerza. Mogłeś porzucić kurs aurorski, zdecydować się na inną pracę. To wszystko to są przywileje, ale teraz w czasie wojny pojawiają się nowe obowiązki, aby zadbać o własne ziemie. Jak się z tym czujesz? Dbaniem o ludzi, którzy mieszkają w Dorset? - zapytał spokojnie, zerkając w stronę młodego lorda. Obrócił się zaraz do niego w pełni. - Jeśli czujesz się na siłach, może powinieneś zaangażować się w działania wojenne? W osobistą pomoc wśród ludzi? Mi pomogło działanie na wyprawach, w warunkach które nie zawsze były piękne. Może tobie może pomóc działanie nie w rezydencji, a wśród ludzi, gdzieś w terenie?




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: Pawie ogrody [odnośnik]19.03.22 16:39
Skinął jedynie głową. Owszem, jeżeli chodziło o pojedynki dla rozrywki, jak to bywało wcześniej, wręcz nieczystym zagraniem mogło być posiadanie różdżki. Teraz? Nie był już tego taki pewien, dlatego zawsze miał ją przy sobie. Chociaż nie chciał, to jego ciało przybrało nieco obronną postawę - nie do końca rozumiał nagły, werbalny atak ze strony Elroya. Oczywiście przemawiała przez niego młodzieńcza porywczość, dlatego nie powiedział, ani nie zrobił nic co mogłoby uchybić honorowi lorda Greengrass i pozostawiłoby skazę na ich relacji. Po prostu odstawił miecz na bok i wrócił spojrzeniem w stronę Elroya. Nie uciekał nim niczym wypłoszony podrostek, za którego - a przynajmniej miał takie wrażenie - nadal wielu w rodzinie go postrzegało.
- I ja nie jestem już dzieckiem, Elroyu - zaczął, bo miał wrażenie, że ta informacja, jakkolwiek oczywista by się nie wydawała, musiała między nimi wybrzmieć. - I wbrew temu co może się wydawać doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znaleźliśmy - ciągnął dalej, spokojnym głosem, który nie pasował do końca do młodzieńczego ognia jakim rozbłysły niebieskie oczy młodego lorda. Ognia, który miał być źródłem energii do wszystkich jego działań, którymi na co dzień się nie chwalił. - Nie bardzo rozumiem do czego zmierzasz, szwagrze, ale jeżeli w tym momencie oczekujesz ode mnie deklaracji to ją otrzymasz. Ilekroć lady Delilah będzie potrzebowała ramienia, na którym będzie mogła polegać, otrzyma je. Ilekroć znajdzie się w Weymouth, ilekroć znajdzie się w moim towarzystwie gotów jestem bronić jej życia i honoru nawet jeżeli ceną, jaką przyszłoby mi za to zapłacić byłoby własne życie - niezwyczajna powaga wkradła się w słowa i na twarz młodego lorda. Nie bardzo rozumiał dlaczego jego szwagier skierował rozmowę na takie tory, ale sparafrazował dla niego tę samą obietnicę, którą złożył przed samą lady Delilah. Jeżeli nadejdzie taka potrzeba, on stanie u jej boku. - Bo tak dyktuje lordowski honor i osobista sympatia względem lady Delilah - dodał jeszcze. Być może jakby lekką sugestię, aby Elroy nigdy więcej nie podważał honoru zapisanego w genach Prewettów. W bohaterstwo pobrzmiewające w ich historii. Bo w tym momencie twierdził, że nie wątpił w wychowanie lordów Dorset, ale słowa zdawały się mówić zupełnie coś innego.
Skinął głową. Chociaż sam nie chciał się do tego przyznać, to przez ostatni rok wiele zmian zaszło w jego charakterze. Od kiedy patrzył na świat przez pryzmat liczb, kiedy zagłębił się w sposoby zarządzania rodowym budżetem nabrał nieco odpowiedzialności, którą dalej przykrywał szerokim, beztroskim uśmiechem i młodzieńczą brawurą. Podążył za Elroyem do środka oszklonego pomieszczenia.
Nie mógł powstrzymać gorzkiego uśmiechu, na słowa szwagra, co potwierdzało, że niewiele jeszcze wiedział o rodzinie swojej żony.
- Mare powiedziała ci, że zrezygnowałem z kursu? Po roku błagania ówczesnego nestora cudem złożyłem aplikację, której nie przyjęto. Po tym nawet nie chciał słuchać o kolejnych podejściach do kursu - nadal czuł gorycz porażki, gdy wspominał ten okres.- Wiesz, że od roku siedzę przy biurku, zajmując się rodowym budżetem? Nigdy nie myślałem, że wyląduje za biurkiem. Więc tak, dbam o ludzi Dorset, dbam o swoją rodzinę. I zdaję sobie sprawę z obowiązków jakie na mnie ciążą. Bo walka na wojnie nie jest jedyną szlachetną formą pomocy w obliczu obecnej sytuacji - zakończył frazą, którą wielokrotnie w ostatnim czasie powtarzał swojej starszej siostrze. Przysiadł na palcach, opierając łokcie na kolanach i czekając, aż być może jeden paw zdecyduje się podejść bliżej. - Szczególnie, jeżeli jest się nieprzygotowanym, tworząc niepotrzebny ciężar dla tych dużo sprawniej władających różdżką. Dlatego się uczę. Trenuję. Aby w końcu, kiedy nadejdzie odpowiedni czas chwycić za różdżkę i stanąć do walki. Żeby ojcowie nie musieli osierocać dzieci, żeby kobiety nie stawały się wdowami- bo przecież za nim - obiektywnie patrząc na liczby - płakałoby mniej osób. Strata byłaby mniej dotkliwa. To przecież dzieci Archibalda i Lorraine, Elroya i Mare zadbają o odbudowanie świata. Roratio widział swoje pokolenie jako poświęcone wojnie. On nie osieroci dzieci, żadna lady po nim nie owdowieje, bo ich po prostu nie ma.
Roratio J. Prewett
Zawód : dumny przedstawiciel swego rodu, utrapienie lorda nestora
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
owijam wokół palca wolny czas
OPCM : 17
UROKI : 13
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10993-roratio-j-prewett https://www.morsmordre.net/t11046-polypodiopsida https://www.morsmordre.net/t11047-my-zyjemy-kazda-chwila https://www.morsmordre.net/f77-dorset-weymouth-palace https://www.morsmordre.net/t11053-roratio-j-prewett
Re: Pawie ogrody [odnośnik]19.03.22 19:53
Nie oczekiwał od niego pięknych słów - choć dyskusja płynęła w żyłach Greengrassów. Oczekiwał od niego działań, które staną za jego słowami. Nie potrzebował zapewnień o tym jak się nie zachowa, kiedy najdzie potrzeba i że będzie traktował dobrze jego siostrę, bo nie oczekiwałby niczego innego od przedstawiciela rodu swojej żony. Wiedział, że nazwisko Prewett było szanowane wśród szlachty, choć w ostatnich latach świat zupełnie się wywrócił do góry nogami, a Archibald był poszukiwany listem gończym.
Czy on sam również tak skończy z czasem, kiedy za bardzo będzie się angażował i ingerował w przerwanie wojny? Nie, nie przerwanie, a zakończenie tej rzezi niewinnych, która miała miejsce na wyspach.
- Nie potrzebuję twoich słów, a potrzebuję twoich czynów - odpowiedział spokojnie, kiedy już stali w cieple pomieszczenia. - Składanie deklaracji jest proste, szczególnie kiedy wierzysz w swoje słowa - powiedział pewnie, bo i wielokrotnie on sam tego doznał, że te słowa płynące prosto z jego serca przychodziły mu z łatwością.
Spojrzał na niego ze zmartwieniem, kiedy przyznał, że na kurs się nie dostał. Nie był do końca pewny jak miał odpowiedzieć na to, bo sam znał wielu aurorów - przyjaźnił się z nimi, poznał ich podczas szkolnych lat czy później przypadkiem. Zaczął jednak szukać odpowiednich słów - zaczął się zastanawiać, choć z pewnością nie było to łatwe do wejścia w skórę dwudziestolatka, którego pomysł na życie właśnie się rozsypał w kawałkach.
Mógł porozmawiać z Archibaldem, bo w końcu aktualny nestor mógł być bardziej przychylny Roratio - wątpił, aby brat bratu próbował podrzucić kłody pod nogi.
- Odpowiada ci taki sposób? Siedzenie za biurkiem, dbanie o ludzi zza niego? - zapytał spokojnie. - Nie jestem pewny czy kiedykolwiek rozmawiałem z Mare o tym, dlaczego chciałem zostać aurorem, więc wydaje mi się, że mogłeś tego od niej nie usłyszeć - powiedział, odchrząkając nieco. - Może uznasz to za coś dziecinnego, ale miałem wtedy o połowę lat mniej. Przyznam, że wciąż jest to dla mnie ważne, ale już nie tak - urwał na moment, wiedząc że z tej perspektywy wyglądało to jak trywialny powód. - Nie chciałem zapisać się na kartach historii jako jeden z wielu Greengrassów. Zawód aurora tworzy szansę na zostanie kimś więcej, na dokonanie czegoś więcej... I może to by mnie zgubiło?
Skierował swoje kroki bliżej Roratia i zaraz również kucnął przy szybie, która umożliwiała im widok na pawia, do którego zaraz dołączyła mniej barwna samica. - Dlaczego chciałeś zostać aurorem? Chcesz spróbować ponownie? Archibald może by kręcił nosem na to, ale nie ma niczego, do czego byśmy go z twoją siostrą nie przekonali rozmową. Zaatakowany z dwóch stron, będzie musiał kapitulować - zapewnił, oferując młodemu lordowi swoje wsparcie w tej kwestii jeśli go potrzebował. Chociaż nie do końca rozumiał tego jak odmowa mogła podciąć skrzydła - może to było ze względu na wolność i dyskusję, którą jako Greengrass doświadczał od najmłodszych lat? Zawsze mógł wyrażać swoje zdanie, a jedyny nakaz jaki miał to odnajdywanie odpowiednich słów do tego.
- Oczywiście, że walka nie jest jedyną formą pomocy. Powiedz mi, jak często wychodzisz zza biurka, aby osobiście zjawić się w podlegających pod wasz ród wioskach i miasteczkach? - zapytał, choć jego ton nie był ostry. Jemu samemu zdawało się z wiekiem, że wiedział coraz mniej o tym, jakie decyzje i jakie działania powinien podejmować. Spuścił jednak zaraz wzrok, słysząc jego słowa o osieracaniu dzieci. Chciał czekać - rozumiał go doskonale, bo sam odczuwał niepewność i niemożność w działaniu. Jemu samemu wydawało się, że czekanie będzie odpowiednią decyzją, którą mógł podjąć. Popierał działanie Zakonu Feniksa - był na wezwanie Hardolda Longbottoma i innych zaufanych członków rebelii, która chciała walczyć o sprawiedliwość w pogrążonej wojnie Anglii. Ale to czekanie uderzyło go jeszcze mocniej niż mogłoby uderzyć kiedykolwiek.
- Czekałem dwa lata - powiedział, cicho wzdychając. - I przyszła noc piątego stycznia, tego roku... Myślisz, że mam odpowiednie umiejętności do podjęcia walki? - zapytał, zaciskając dłoń w pięść. Był zły na samą myśl o tym, co miało miejsce już ponad miesiąc temu, bo był to dzień, który przypominał mu o tym, że zawiódł wszystkich, których powinien bronić. Zacisnął szczękę. - Nikt nie rzuci cię w wir walki, jeśli czujesz się nieprzygotowany - ale Roratio, zawsze możesz być przygotowany lepiej. Zawsze, za każdym razem, kiedy spojrzysz na siebie, będziesz czuł, że nie jesteś gotowy na podjęcie walki, na podjęcie działania. Chcesz czekać na odpowiedni czas? A co jeśli to twój wróg cię zaskoczy? Co jeśli to on wybierze czas, który będzie dogodny dla niego, a nie dla ciebie? - zapytał, wciąż zamiast na szwagra wpatrując się w dwa pawie, które leniwie przechadzały się po wybiegu. Zdawały się być nieporuszone tą wojną - tak samo jak rezydencja, w której się znajdywali. A mimo to, piątego stycznia, Greengrassowie podjęli decyzję o odesłaniu swoich pociech na półwysep w nadziei, że jeśli dojdzie do najgorszego, tam będą bezpieczniejsze.
Nie był w stanie wtedy zapewnić im bezpieczeństwa. Nie dał rady obronić ich wszystkich przed tym co miało miejsce - nie był w stanie obronić ani czarodziejów, ani niemagicznych, ani nikogo innego. Zawiódł swoich ludzi, zawiódł jako lord Greengrass.
Wyciągnął zaraz przedramię, podwijając swój rękaw. Ukazała się oczom Roratio brzydka blizna przechodząca niebezpiecznie przez żyły Elroya.
- Nie byłem gotowy, kiedy udałem się z aurorem na obrzeża Derby, aby zabezpieczyć teren. Gdyby nie mój przyjaciel, mógłbym się tam wykrwawić. Czyny, nie słowa Roratio. Będę bronił Derbyshire i Staffordshire, a jeśli nadejdzie taka potrzeba, również Dorset. Jeśli czujesz, że twoja miejsce jest za biurkiem, niech tak będzie. Po wojnie, będziesz potrzebny, aby odbudować Anglię - powiedział bez grosza drwiny czy sarkazmu - mówił pewnie, bo właśnie tak uważał, że Roratio może być potrzebnym do odbudowy Anglii, kiedy to wszystko dobiegnie końca. - Mężowie i ojcowie nie przestaną walczyć, dlatego że młodzi podejmą różdżkę w walce. Będą walczyć, póki wojna się nie skończy, nawet jeśli nie są przygotowani.




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: Pawie ogrody [odnośnik]30.03.22 11:15
- Czego zatem? Gdybyśmy brał mnie za kandydata na męża dla swojej siostry, mógłbym wyzwać cię na pojedynek o jej honor i serce. Dżentelmeński i szlachetny. Teraz jednak, muszę przyznać szwagrze, twoja ofensywna postawa mnie doprawdy zadziwia i wprowadza w niemałe zdumienie- może był w tym momencie za śmiały, jednak młodzieńcza żywiołowość nie pozwalała mu na dłuższe pozostanie w szponach niedomówień. Cenił sobie zdanie Elroya i jego jako lorda, wzór do naśladowania, jednakże w chwili obecnej roszczenia wysuwane przez gospodarza wydawały się młodszemu paniczowi co najmniej niecodzienne. Wierzył, że mogą mówić szczerze, dlatego nie owijał swoich wątpliwości w ozdobne wstęgi. Czyż po części naturalnie Elroy nie przyjął roli przewodnika względem młodszego brata swojej siostry? Zatem niech teraz rozjaśni przed nim tę kwestię, której jak dotąd nie potrafił pojąć samodzielnie. Cóż znaczyć miała jego postawa?
W ciszy słuchał słów wypowiadanych przez szwagra, wpatrując się w parę ptaków, które zaczęły wykonywać ruchy kompletnie niezrozumiałe dla niewprawionego oka Rory'ego. Przypominały mu parę tańczących szlachciców na jednym z bankietów. Lord dumnie prężący pierś, wystawiający swoje liczne zalety niczym pawi ogon, odciągają uwagę od jeszcze liczniejszych wad. - Jeszcze nie wiem. Tylko, że czy moje upodobania są aż tak ważne w obliczu obowiązku wobec rodu i wobec mieszkańców Dorset pod naszą opieką? Nie mam pojęcia, czy mi to odpowiada, ale na pewno jestem potrzebny. Mojemu rodowi, moim ludziom. Mojemu nestorowi - czy musiał mówić więcej? Roratio - chociaż niechętnie - musiał przyznać, że wojna weryfikowała wiele młodzieńczych marzeń, które musiały zostać odłożone na dalszy plan, schowane pod łózko w szczelnie zamkniętej szkatule, bo miał poczucie, że zajmując się rodową ekonomią, dbając o ich zapasy, o korzystne umowy, które w konsekwencji dawały im więcej za mniej, mogły pomóc znacznie więcej niż jeden powalony przez niego szmalcownik. Czy było to w zgodzie z płomiennym, wyrywającym się sercem? Nie. Czy w zgodzie z obowiązkiem i rozsądkiem jednego z lordów Dorset? Tak.
- Dlaczego chciałem zostać aurorem? Nie wiem czy wiesz, ale ostatnie lata w Hogwarcie minęły mi pod dyrekturą Grindelwalda. Nie był to najprzyjemniejszy okres dla uczniów, z pewnością. Pamiętam jedną Gryfonkę, kasztanowe włosy, krągła buzia i ciemne niczym węgle oczy, była może na drugim roku. Kuliła się w kącie przestraszona. Spędziłem z nią cała noc, opowiadałem historie, między innymi o bohaterstwie swoich przodków, bajki, żarty, wszystko, żeby przegonić z jej spojrzenia strach. I nic nie pomagało. Pamiętam, że wtedy, tak jak przy wielu innych okazjach w ciągu tych dwóch lat poczułem złość na swoją bezsilność. Paskudny czarnoksiężnik władał szkołą, a ja nic nie mogłem zrobić. A aurorzy mogli - przecież tym się zajmują, prawda? - nie sądził, że aż tak uda mu się otworzyć. Przełknąć gorycz porażki i odsłonić to, co kryło się za zdawać się mogło fanaberią młodego wieku. - Jednakże nie takiej pomocy dla innych wymaga ode mnie ród. To samo powiedział mi poprzedni nestor, to samo powiedzieli rodzice. To samo powiedział mi Archibald i z pewnością odpowie ci to samo moja najdroższa siostra Mare - i nie do końca był pewien, czy naprawdę chodziło faktycznie o rodowe wartości, czy o ciągnący się cień starszego brata, którego nigdy nie było mu dane poznać.
- Często. Gdybyś spytał mojej kochanej mateczki z pewnością stwierdziłaby, że zbyt często. Uczę się, doglądam ludzi i interesów. Słucham, czego potrzebują i staram się im to dać, siedząc przy tym... przy biurku - ale to nie wystarcza, to wciąż jest za mało, podszeptywał zdradliwy głosik, który często odciągał go od odpowiedzialności, którą tak ochoczo zobaczyć w nim chciało starszego rodzeństwo, a który teraz był żywo podsycany przez słowa szwagra, budzące młodzieńczą butę z i tak jedynie lekkiej drzemki.
Teraz to on zacisnął pięści, szczęka mocniej zarysowała się na bladych policzkach okraszonych piegami. W przypływie tej złości wstał i odsunął się raptownie na kilka kroków, stając plecami do nic nie robiących sobie z wojny ptaków. Był jedynie młodzieńcem, w którego uszach dzwoniła złość, ponieważ słowa zarzucające mu bierność paliły gorzej niż rozgrzane do czerwoności żelazo. Słowa wyrzucane przez Elroya niczym podmuch wiatru burzyły szkielet odpowiedzialnego lorda, o którego tak bardzo walczyła jego rodzina, niczym domek z kart. Ledwo zerknął na paskudne zranienie wijące się na przedramieniu lorda Greengrassa, ale bynajmniej nie z powodu obrzydzenia.
- Po raz kolejny podczas dzisiejszej rozmowy podajesz w wątpliwość honor mojej rodziny, szwagrze. I po raz kolejny pokazujesz jak mało o mnie sądzisz. Jest różnica między wychodzeniem do ataku a obroną przed nim. Ani sekundy nie zawaham się przed chwyceniem za różdżkę w obliczu zagrożenia dla mojej rodziny i moich ziem, ale jeżeli na chwilę obecną więcej dobra mogę uczynić zza biurka niech tak będzie. Mylnie odczytujesz moją adaptację do nowych warunków, w jakich przyszło mi się znaleźć z kapitulacją. Powiedz mi zatem szwagrze, bo zdaje się, że masz odpowiedź na każde pytanie. Co twym zdaniem mam uczynić? Sprzeciwić się woli nestora? Archibald jest teraz przede wszystkim moim nestorem, nie bratem. Mam podważać jego zdanie, rozbijać to, co powinno być zjednoczone w czasie wojny?- wziął oddech, posyłając bojowe spojrzenie w stronę Elroya, chociaż widać było, że tak jak szybko pojawiła się złość, tak szybko ustępowała ona świadomości irracjonalności wybuchu. - Widocznie istniał powód, dla którego nie zostałem przyjęty na kurs. Widocznie byli lepsi kandydaci na to miejsce. Widocznie nie było to moje miejsce, miejsce, w którym mogę uczynić najwięcej dobra - złość przeszła w pewnego rodzaju desperację, a może nawet rozpacz. Roratio nie miał tego luksusu co Elroy, nie do końca decydował o samym sobie. Chyba problemem młodego lorda był fakt, że to czego od niego oczekiwano nie szło w parze z tym, co uważał za słuszne. Starał się - nawet jeżeli widziano w nim jedynie młodzieńca o żywiołowym usposobieniu. A to staranie przejawiało się w czynach, ale być może nie takich, jakich oczekiwał od niego Elroy.
- Wybacz mi proszę, lordzie Greengrass, moje uniesienie. Podziwiam twoje poświęcenie dla obrony swoich ziem i niemniej jestem wdzięczny za zaoferowanie pomocy w obronie tych, znajdujących się pod protekcją rodu Prewett - jak często ostatnimi czasy ukrył buzującą w nim, ognistą bestię za formalnściami. Za wyuczonym układem mięśni twarzy będących następstwem słów kurtuazji wypowiedzianych grzecznym tonem. Ciężki czas przypadł na jego okres poszukiwanie siebie, widać to było jak na dłoni. Już nie chłopiec, ale czy można było go nazwać mężczyzną w pełnym znaczeniu tego słowa.
Roratio J. Prewett
Zawód : dumny przedstawiciel swego rodu, utrapienie lorda nestora
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
owijam wokół palca wolny czas
OPCM : 17
UROKI : 13
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10993-roratio-j-prewett https://www.morsmordre.net/t11046-polypodiopsida https://www.morsmordre.net/t11047-my-zyjemy-kazda-chwila https://www.morsmordre.net/f77-dorset-weymouth-palace https://www.morsmordre.net/t11053-roratio-j-prewett
Re: Pawie ogrody [odnośnik]01.04.22 1:37
- Działania, Roratio - westchnął, kręcąc delikatnie głową. - Myślisz, że pojedynek ze mną o honor i serce Delilah jest teraz twoim priorytetem? W Anglii, która jest pogrążona w wojnie? W momencie, w którym sojusze powinno się umacniać, chcesz się bić w imię miłości, której nikt nie stoi na przeszkodzie poza twoim własnym uporem? - zapytał, podnosząc na niego wzrok po chwili.
Nie był zawiedziony jego postawą - widział w nim gniew, widział, że rwał się do działania, ale był zagubiony. Lata temu, on również był zagubiony i niepewny, gdzie powinien się skierować - zostać aurorem czy jednak nie? Wrócić do rezerwatu? Zostać lordem, o którym nikt nie pamięta?
- Jeśli będziesz robił coś bez pasji, w końcu przestaniesz dbać o to, aby było to robione dobrze - przyznał, samemu w końcu nauczony, aby podnosić dyskusje i szukać - próbować, dyskutować, podważać i rozmawiać. Nauczono go, że próby są istotne w tym, aby coś osiągnąć. A on sam nie chciał pozostać na kartach historii jako jeden z wielu Greengrassów, zapomniany i niczego nie wnoszący.
Słuchał jednak brata swej żony, kiedy opowiadał o tym, jak wyglądał Hogwart. Bezsilność, to że zawiódł - tak doskonale znał smak tych uczuć, kiedy w Stoke-on-Trent zapłonęły stosy. Nie mógł nic wtedy zrobić, nie był w stanie. Zostali zaskoczeni i osaczeni - ich obłuda o bezpieczeństwie runęła kilka dni po wkroczeniu w nowy rok, który miał być dobry. Hogwart, szkoła do której przecież sam uczęszczał, zawsze była bezpiecznym miejscem dla uczniów - a jednak to wszystko dobiegło końca. Świat się zmieniał na gorsze.
- Aurorzy ryzykują swoje życie, każdego dnia walcząc na froncie - odpowiedział samemu znając część tych, którzy podjęli się walki teraz, i którzy pełnili swoje funkcje jeszcze przed wybuchem wojny. - To szlachetni i prawi ludzie, którzy odrzucili przywileje, kiedy mieli zostać trybikiem w maszynie. Robią to, co czują w sercu, że jest słuszne i do czego wzywają ich obowiązki.
Wiedział jak wymagania mogły ciążyć młodemu umysłowi - co powinien wybrać, którą ścieżkę i którą drogę? Jakie słowa mogły w pełni wyrazić jego myśli? Jak miał stanąć naprzeciwko tych, którzy twierdzili, że nie powinien czegoś robić? Ród Prewett podpierał swoje decyzje tragedią sprzed wielu lat, ale i innymi doświadczeniami - mieli swoje powody do pilnowania swoich dzieci zamiast puszczania ich na pierwszy front.
Kiedy Roratio się tak nagle i gwałtownie podniósł, Elroy uniósł brew do góry, nie spuszczając z niego spojrzenia. Ułożył zaraz dłonie przed sobą, słuchając tego, co też młodociany wybuch miał mu do zaprezentowania. Ile razy on sam wybuchał w podobny sposób, nie radząc sobie z emocjami, które nim targały? Wiedząc, że pochodzenie i wychowanie wymaga od niego, aby robić i zachowywać się w określony sposób. Mieli zasady, którymi musieli się kierować.
Ale słuchał go w milczeniu, dając mu przede wszystkim przestrzeń do wykrzyczenia i wypowiedzenia każdego słowa i każdej wątpliwości, która w nim się kotłowała. Jeśli mieli rozmawiać, musiał być wysłuchany - nawet jeśli przemawiały przez niego emocje czy w postaci złości, czy to w postaci butnej młodzieńczej dumy, która została urażona. Jeszcze nie mężczyzna, już nie chłopiec - zagubiony gdzieś pomiędzy, chcący działać, a jednak nie mogący podjąć się walki.
Gdyby mógł, gdyby rzeczywiście znał każdą odpowiedź, sam lata temu nie przechodziłby przez podobne problemy. Świat zdawał się różnić między tym, w którym dorastał Roratio, a w którym dorastał on sam - ale jednocześnie było tak wiele podobieństw. Nie znał odpowiedzi, których mógłby udzielić młodemu Prewettowi, to on sam musiał je odnaleźć.
- A czujesz, że twój brat, że twój nestor się myli w ocenie tego, czemu powinieneś się oddać? Na czym powinieneś się skupić? - zapytał ze spokojem, obserwując młodzieńca. Nie musieli dużo mówić przecież. Chciał mu pomóc, aby za kilka lat nie żałował podjętej przez siebie decyzji. Przecież widział po nim, że był inny - taki jak inni ze swojego rodu, a jednocześnie śmielszy i pozbawiony tego irracjonalnego, zakorzenionego w nich lęku.
Nie byli przecież tchórzami. Potrzeba była ogromnej odwagi, aby stanąć w obronie innych przed smokiem - spotkanie z bestią, nawet dla doświadczonego czarodzieja, było przerażającym. Ryzyko niepowodzenia istniało zawsze, ale smokolodzy je znali i wiedzieli jak to ryzyko zminimalizować.
Oni wtedy nie wiedzieli, a mimo to podjęli się walki, w której jeden z nich zginął.
Może nie powinien go podjudzać, może nie powinien go prowokować i zachęcać do buntu, ale on tego potrzebował. Dusił się za biurkiem - mógł być tego wręcz pewny po tym, jak gotował się w środku. Chciał działać, wiedząc, że nie będzie to pochwalone.
- Chcesz zostać jednym z wielu Prewettów, który siedział wśród roślin? Który zajął się finansami zza biurka? Chcesz zostać zapomniany wraz ze swoją śmiercią, wraz ze śmiercią swoich najbliższych? - zapytał, zbliżając się do niego i wyciągając dłoń w jego stronę, zaraz palcem wskazującym uderzając go lekko w klatkę piersiową. - Nie wymagam od ciebie poświęceń, nie wymagam od ciebie działań, które cię przerastają. Chcę, abyś działał zgodnie ze sobą - powiedział, opuszczając dłoń. - Peak District jest zawsze otwarte, tak jak mój gabinet dla ciebie. Jeśli zdecydujesz się na konfrontacje z lordem nestorem, jeśli będziesz jej pewny, wspomogę cię w taki sposób, w jaki tylko będę mógł - przyznał, choć będąc niższym od Roratia, ani na moment nie odpuszczając swojej wyprostowanej postury. Mówił głośno, pewnie, wyprostowany. Zdawał się być przez samą postawę większym czarodziejem niż w rzeczywistości.
- Nie przepraszaj na ziemiach Greengrassów za dyskusję, ani za rozmowę, Roratio, kiedy posiadasz argumenty. Co jest ważniejsze? Służba rodowi, czy służba sercu, kiedy te dwie rzeczy się nie spotykają? To nie jest pytanie, na które mam dla ciebie odpowiedź, to w twoim obowiązku jest znaleźć odpowiedź. Jeśli wyrazisz taką chęć, kiedy będę prowadził dalsze działania w Staffordshire i Derbyshire w terenie, z przyjemnością zaproszę cię do pomocy, abyś miał szansę zyskać doświadczenie i przekonać się o tym, jak pragniesz się kierować swoim życiem - powiedział pewnie, po tym powoli odwracając się w stronę jednych z drzwi, prowadzących wgłęb rezydencji.
- Czyny, a nie słowa, Roratio. Jeśli potrzebujesz chwili na zebranie myśli, nie krępuj się. Grove street jest domem dla każdego z przyjaciół naszego rodu, ale też i dla rodziny, a jesteśmy przede wszystkim szwagrami - powiedział po tym, wiedząc że młodzieniec prawdopodobnie potrzebuje chwili dla siebie, kierując się do wyjścia. Sam prawdopodobnie potrzebowałby, szczególnie dla ułożenia własnych myśli i ochłonięcia, dla przemyślenia tego, co właśnie miało miejsce. Nie musiał się śpieszyć przecież, choć mogło mu się wydawać, że świat go gonił - po części było tak, jednak nie musiał podejmować decyzji natychmiast. Powinien ją przemyśleć, aby móc być w zgodzie ze sobą - aby połączyć obowiązki z wołaniem serca.

Zt?




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: Pawie ogrody [odnośnik]05.04.22 19:59
- W takim razie musimy inaczej rozumieć to, czym jest działanie, drogi szwagrze - skwitował, ostatecznie dochodząc do wniosku, że nie będą w stanie osiągnąć w tej kwestii porozumienia. Widocznie to, czym od roku zajmował się Roratio, dbanie o budżet i finanse Weymouth a także Dorset nie znajdowało się pod pojęciem działania w oczach szwagra. Sam był zaskoczony bo do niedawna pewnie również prychnąłby pogardliwie - oczywiście w zaciszu własnych myśli i z dala od spojrzeń, bo lordowi nie wypadało takie zachowanie - gdyby ktoś twierdził, że w takiej sytuacji można było czynić wielkie dobro z odległości dębowego biurka. Teraz? Sam aktywnie działał, jako oręże wykorzystując nie różdżką czy miecz, ale ekonomię.
Nie odpowiedział już nic. Sprawa była bardziej zagmatwana, niźli mogłoby się wydawać. Jeszcze rok temu miał jasny cel - zostać aurorem nieważne jakim kosztem, nieważne jak wysoką cenę przyszłoby mu zapłacić. Teraz? Coraz częściej cień tej podekscytowanej iskierki pojawiał się w zaplątany w niespokojny błękit jego oczu - ten sam, który ogniście świecił, gdy opowiadał nestorowi o swoim planie na zostanie aurorem. Nie umiał też zdusić prawdziwego wybuchu radości, kiedy w końcu wpadał na rozwiązanie problemu, który bez słowa podsunął mu Archibald, jak tylko zorientował się, że na pergaminie znajduje się zbyt wiele cyfr. Może dlatego podjęcie decyzji, naciskanie na ponowne podejście do kursu nieco osłabło. Znalazł coś, co mogło być alternatywą, ale coś co jeszcze nie pochłaniało całej jego ambicji i całej energii wibrującej w każdym mięśniu jego ciała. Wszystkie te wątpliwości zbyt długo jednak pozostawały niewypowiedziane i ujrzały światło dzienne w obecności szwagra, który być może nie był właściwą osobą. Powinien to zostawić w obrębie rodziny.
Jego usta przed słowami wypowiedzianymi w gniewie zamknęła przyzwoitość. I tak powiedział zbyt wiele, zbyt wiele złości wylało się na ziemie Greengrassów, wsiąkając w nią, w przygaszoną zieleń trawy, w wychłodzoną ziemię. - Rodzina stoi ponad wszystkim, szwagrze. Czuję, że to nie pora na wewnętrzne spory i wierzę w ocenę Archibalda, nawet jeżeli czasem trudno jest mi zebrać cierpliwość, której to wymaga - podobno przyznanie się do swoich błędów było połową sukcesu. A przynajmniej jedną czwartą, to już coś. Później nie wypowiedział już ani słowa. Obawiał się obrazy gospodarza. Był niezwykle dumny ze swojego rodu i chociaż nie miał zamiaru kroczyć ścieżką magomedycyny czy zielarstwa to nie oznaczało, że ze spokojem znosił lekceważące komentarze skierowane w honor jego rodziny. - Jednym z wielu Prewettów, którzy w swojej pracy ratują życia chorych? To zaszczyt, którego mam nadzieję kiedyś będę godzien - poprawił go wcale nie tak subtelnie.
Skorzystał jednak z ciszy i chwili na przemyślenie, którą zaoferował mu Elroy. Usiadł na trawie mimo chłodu bijącego z ziemi i wpatrywał się w pawią parę, która niewzruszona była przez słowa wymienione między szwagrami słowa, przez wojnę niszczącą ludzkie życia nie tak daleko za murami Derby.

/zt
Roratio J. Prewett
Zawód : dumny przedstawiciel swego rodu, utrapienie lorda nestora
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
owijam wokół palca wolny czas
OPCM : 17
UROKI : 13
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10993-roratio-j-prewett https://www.morsmordre.net/t11046-polypodiopsida https://www.morsmordre.net/t11047-my-zyjemy-kazda-chwila https://www.morsmordre.net/f77-dorset-weymouth-palace https://www.morsmordre.net/t11053-roratio-j-prewett

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Pawie ogrody
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach