Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Cora Howell
AutorWiadomość
Cora Howell [odnośnik]19.03.20 23:38

Cora Howell

Data urodzenia: 28 maja 1927
Nazwisko matki: Begmann
Miejsce zamieszkania: Gloucestershire
Czystość krwi: mugolak
Status majątkowy: ubogi
Zawód: magiwet
Wzrost: 161
Waga: 50
Kolor włosów: blond
Kolor oczu: brązowe
Znaki szczególne: brak


Pachniało wilgotną ziemią i roztarganą sierścią. Pamiętała małą dłoń wodzącą z ciekawością po szorstkim pniu, dotyk porzucany pośpiesznie, zanim dało się prawdziwie go odczuć. Te palce chętnie wciskały się w każdą niewielką szparę, badając ciemność niepewnych przesmyków. Niezrażone wędrowały dalej i dalej, wyrywając się daleko poza bezpieczne podwórze. Zaraz za nimi przesuwały się stopy, gniotąc niewielkim odciskiem skąpany w soczystej zieleni mech. Było jej miękko i dobrze, czasem promień słońca oślepił ciekawskie oko, ale nie mógł przerwać tej szalonej podróży. Słyszała pogodne ćwierkanie, a gdzieś wiele drzew stąd czyjeś kopyto wzburzało piaskowe mgły, pędząc do niewiadomej kryjówki. Tak dobrze, tak miło. Pragnęła więc więcej, kuszona odgłosem kapania tysiąca kropli odwracała się, by ruszyć do rzeki, zanurzyć dłonie w lodowatej wodzie, zmyć ruchomy obraz swojej jasnej twarzy. Wtedy porywały ją te ręce – one stały na straży, one ucinały niepokorne dziecięce podróże, obiecując, że świat nigdy nie przestanie jej zachwycać, ale jeszcze nie teraz. Nie mogła odkrywać go sama.


Choć na werandzie tupała bucikami mocno, las zawsze do domu wracał razem z nią. Wnosił go ojciec, wnosiła mama, przemycając pod spódnicą trzepot motylich skrzydeł, i wnosił go jej starszy brat, Leo, który rzadko kiedy powracał sam. W domu Howellów brakowało nieskazitelności, na tych podłogach niewidzialne ślady stóp i łap wyznaczały ulubione szlaki, zdradzały niezdradzone obecności, gdzieś w pojedynczych skrzypnięciach zatrzymywało się ciepło. Trzymali się w sobie, trzymali się blisko, ufając rodzinnym więziom najmocniej. Otwierali się, choć jakby inaczej. Zaintrygowane gałęzie rosły dziko, zakradały się do wnętrza przez byle szparę w oknie, a w środku nie było nikogo, kto mógłby odciąć im drogę. Ptasie rodziny wiły gniazda pod starym dachem chaty, która wrosła w leśną krainę zbyt mocno, stając się nierozerwalną częścią tego lasu, aż wreszcie skrzypiąca furtka przestała być potrzebna – i tak nie zamykał jej nikt. Pan Howell często kręcił się na podwórzu. Pan Howell należał do postaci wyjątkowo ruchliwych i wiecznie zanurzonych w jakimś niesamowitym zajęciu. Pracował w rezerwacie, w pobliskim królestwie dumnych jednorożców, leczył ich połamane kopyta i prostował powyginane rogi. Każdego dnia powracał otulony kłębami sierści, a czasem pojedynczy liść zaplątał się w jego włosach. Za panem Howellem dreptał dzielny psiak, kundel, który zjawił się kiedyś i już został, nie odstępował swojego pana ani na krok. Cora uwielbiała opowieści taty. Siadał w swoim wielkim fotelu przy kominku i nie przestawał mówić. Na kolanach trzymał jakieś ruchliwe futerko. Nie wiedzieć skąd, stworzenia zawsze do niego lgnęły, a on lgnął do nich. Leo bywał zazdrosny, ale to dziedzictwo dopadło i jego. Tak samo jak i Corę, której oczy nie umiały przestać oglądać się za puszystymi ogonami falującymi w dostojnym ruchu. Pachniało więc różnokolorowym kłakiem, który przywędrował sam z nie wiadomo skąd. Pachniało też czymś jeszcze, czymś, co chowało się w tym domu o wiele dłużej – księgami.  Pani Howell, niedoszła medyczka, miała ich mnóstwo, całe ściany uginały się od pokurzonych woluminów, o których nikt chyba nie pamiętał. Nic bardziej mylnego. Każdego ranka wysuwała z ciasnej półki przyblakły grzbiet, by pozwolić zaduszonym literom odetchnąć na nowo. Leśnym powietrzem oddychały fantazyjne opowieści, kiedy uwijała gniazdko w ogrodzie i czytała. Było w niej więcej spokoju, rozsądnie układała potargany świat pana Howella, pielęgnowała zarastające zbyt szybko ogrody i opiekowała się rozkwitającymi zbyt nagle dziećmi. Tutaj mieszkała od lat i nigdzie indziej nie chciała być. Tak jak i żadne z nich.


Cora była dość cicha, choć wyjątkowo czujna, z zafascynowaniem obserwowała ten tajemniczy świat. Gnała często za Leo, ale on zawsze był szybszy, a kiedy nauczył się wspinać po drzewach, poczuła, że też chce znaleźć się jeszcze bliżej przyrody. Trudno jej było dreptać po jego śladach, więc skręciła, odnajdując azyl w miękkiej sierści. Howellowie przy domu mieli stajnię, zagrodę, bezpieczny kąt dla porzuconych przez los stworzeń – nie tylko tych magicznych. Nikt nie mógł zabronić jej zasypiać na sianie i opowiadać kociakom bajek. Tu wszyscy żyli w symbiozie, tu zacierały się granice między człowiekiem a zwierzęciem. Nigdy nie lubili podziałów. Mugolskie wynalazki wypełniały ich dom, mugolski sąsiad wpadł czasami do tego dzikiego zakątka, odnajdując w nim zawsze wiele przyjaźni. Rodzice, będący dumnymi przedstawicielami krwi mugolskiej, korzystali z dobrodziejstw świata niemagów, trzymając jednak garść swoich tajemnic daleko od ich nieoswojonych spojrzeń. Dobrze wiedzieli, że niektóre dłonie sięgnąć mogą po życie, które do nich nie należało. To była rodzina, która nigdy żadnego stworzenia nie nazwała swoim, one zawsze trwały wolne, ale wiele z nich nie chciało opuszczać tego zaklętego nad rzeką schronienia. Szlaki wyznaczane przez cienie drzew z roku na rok stawały się dla Cory większe i większe. Spacerowała coraz dalej wyposażona w czujne oko czteronożnego towarzysza. Poznawała las, odnajdywała ukryte wskazówki i ślady, aż nauczyła się chować tak, że nawet pan Howell miewał problemy, by odnaleźć córkę i tylko psi nos dopomagał mu w tym zadaniu. Choć jasnowłosa dziewczynka prowadziła długie rozmowy ze zwierzętami, o wiele trudniej było jej odnaleźć się pośród głośnych rówieśników. Niektórzy z nich wytykali ją palcami, widząc inność, o której ona sama długo jeszcze nie miała pojęcia.


Brat wkrótce wyruszył do Hogwartu, a Cora zatęskniła za nim już pierwszego dnia. Czas zaczął mijać inaczej, sięgała coraz chętniej po mamine baśnie, pielęgnowała ogród i zauważała coraz więcej piegów na jaśniejącej w słońcu buzi. Dorastała, a wkrótce pewna sowa usiadła jej na ramieniu, zapraszając do tajemniczego zamku. Znała opowieści Leo, wiedziała, jak wiele może się tam przytrafić i wiedziała też, że nie będzie mogła zabrać ze sobą wszystkich zwierząt. Już kilka dni przed wyjazdem żegnała ulubiony dom, wyliczała wszystkie drzewa i łaskotała puchate kulki, jakby już więcej miała ich nie ujrzeć. Chyba nigdy nie była aż tak przejęta. Zamek przygarnął ja chętnie, choć był tak surowy i zimny, pachniał dusznym płomieniem i kamieniami. O wiele bardziej od nieskończonych korytarzy interesowała się widokami zza wielkich okien. Leśne pasma wabiły ją niemiłosiernie. Głód doświadczeń i bystry umysł doceniła rodzina Krukonów, wciągając ją w swoje ramiona pierwszego dnia. Na początku badała wszystko, o wiele bardziej magiczną wiedzę, niż nowych przyjaciół, choć chciała poznać kudłatych towarzyszy przybyłych do Hogwartu razem z młodymi czarodziejami. Czasami widywała Leo, czasami gnała do niego, gubiąc się nieco w wielkiej murowanej przestrzeni. Później jednak ze skupieniem notowała wszystkie ważne informacje, a zagadkowy świat czarów pozwalał, by powoli go oswajała. Niekiedy robiła krok zbyt niepewny, a kiedy popełniała błąd, potrafiła uciec i schować się daleko od wścibskich oczu. Wracała jednak jeszcze szybciej, pamiętając, że jeśli się postara, któregoś dnia będzie mogła opiekować się jednorożcami – jak tata. Pozostali uczniowie chyba za nią nie przepadali, zwykle błądziła między salami sama, wtulona w kupkę ciężkich ksiąg. Któregoś dnia zagapiła się na wielkie lustro i odkryła, że jest duża, okrągła, o wiele większa od pozostałych dziewczynek. Wtedy zrozumiała, dlaczego nie odnalazła swojego stada, choć wydawało jej się to tak głupie. Przykrości przełykała, policzki wycierała, nim zdążyły nasiąknąć wilgocią, szła dalej, zatapiając się w tym, co kochała najmocniej. Mimo to lata mijały jej dość samotnie, napotykane codziennie twarze były zbyt obce. Zauważyła, że dość na przekór zainteresowania lokowała w przedmiotach, za którymi większość nie przepadała. Lubiła sztuki trudne, ofiarowujące efekty nietuzinkowe. Od snu wolała opasłe tomy wprowadzające młodego adepta w zawiłą sztukę transmutacji, wydawała jej się o wiele ciekawsza od psotnych uroków, z których nie wynikało nic specjalnego. Nic jednak nie mogło być milsze jej sercu od futrzastej księgi oswajającej dzikość natury. Na zajęcia opieki nad magicznymi stworzeniami gnała co tchu, ponad własne siły (a wtedy męczyła się dość szybko i trudno ją było zmusić do pokonania tysiąca schodków, a co dopiero do biegania). Długo po lekcji zostawała, by móc zanurzyć oczy jeszcze głębiej, by zbliżyć się do nowego kudłatego druha. Każdy z nich rozpalał jej serce i uprzyjemniał szczególnie te dni, kiedy było jej nieznośnie smutno. Cora starała się każdego dnia, dojrzewała, ale postępujące miesiące wcale nie zbliżały jej do jakiejś fantazyjnej przyszłości, o której niekiedy szeptały po kątach koleżanki. Wiedziała, że chce po prostu wrócić do domu, znów pogubić się, wsunąć oko do króliczej jamy i oddychać lasem. Wyciszała się jednak mocniej, wytrącając te brzmiące w przestrzeni słowa i dając miejsce nauce.


Po powrocie dom wyglądał inaczej. Po powrocie dom wciąż przekrzykiwał się w zwierzęcych balladach, ale był spokojniejszy, znieruchomiał. Leo odnalazł swoją ścieżkę, a ojciec porzucił pracę w rezerwacie, by móc przy chacie otworzyć własną lecznicę. Odtąd Cora widywała coraz więcej twarzy, stawała się świadkiem historii potrutych brzuchów i poturbowanych skrzydeł. Okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że u nich każde stworzenie otrzyma pomoc. Córka pomagała mu od początku, a pochłonięta ambitnie wiedza ze szkoły kiełkowała, przeradzając się na mocy podejrzanych ran i smutnych kudłoniowych oczu w coś naprawdę wielkiego. Głaskała niespokojne serce aetonana i sklejała płaczące skrzydło sowy, nabierając w tej sztuce coraz więcej samodzielności. W wolnych chwilach sięgała po mądre księgi, uważnie studiując ryciny przedstawiające anatomię stworzeń. Fascynowały ją szczególnie mniejsze gatunki, te, które od samego początku towarzyszyły jasnowłosej dziewczynce, ale sporo uwagi poświęcała też koniowatym. Zdawałoby się, że to właśnie te kopyta były najbliższe mieszkańcom Gloucestershire. Częste wizyty w jednorożcowym królestwie rodu Parkinson pozwoliły jej zbliżyć się do tych niesamowitych istot. Wsparciem dla malej rodzinnej lecznicy okazała się też sama pani Howell, której ziółka chętnie wyjadane były przez wielonożnych podopiecznych. Cora zatracała się w tej misji, niosła opiekę, ratowała niewinne stworzenia, a część z nich zostawała pod tymi dachami na długie miesiące. Tak było z kudłoniem, ciężarną samicą, którą odnalazły dzieciaki z wioski. Przestraszone zwierzę zostało zaatakowane przez niewiadomego wroga. Ciężki rany sączyły się okrutnie, wydzierając z niewielkiego włochacza resztki sił. Marniał z dnia na dzień i było niemal pewne, że ani dziecko ani, matka nie przeżyją następnego tygodnia. Nie potrafiła się z tym pogodzić, nie ustawała w walce, poszukując metody, nawet w chwili, gdy pan Howell uznał, że już nie mogą mu pomóc. Cora razem z psidwakiem nie odstępowała kopytnych pacjentów ani na krok. Nocą czuwała, śpiąc przy nich, a z chwilą nadejścia poranka podejmowała uparcie próbę, wymagającą od niej nie tylko wykorzystania całej swojej wiedzy, ale i znalezienia rozwiązania gdzieś poza nią, wyjścia z dość oczywistych dróg myśli i przemienienia potwornego uczucia bezradności w faktyczne działanie. Pozostawiła kudłonia pod opieką ojca i, nie zastanawiając się dłużej, wydostała się z wioski, wypatrując rady u prawdziwego mistrza w Yorkshire. Bezdusznie gnający czas nie pozwalał na długie analizy przy herbatce, wybłagała specjalistę, opowiadając o tym, jak niezwykły i ważny dla niej jest to przypadek. Do lecznicy nad rzeką dotarli dość szybko, serce nie przestawało jej łomotać. Mocno wierzyła, że tak wybitny znawca koniowatych znajdzie sposób. Podjął się zabiegu, trudnego i bardzo wymagającego, uczestniczyli w nim oboje. Nigdy dotąd nie widziała tak wprawnych rąk i tak przejrzystego umysłu.  Między palcami dokonywały się cuda wspierane magią, wspierane wytrwałymi sercami, które nie pogodziły się z pewną śmiercią stworzenia. Zatamowane krwotoki, zatamowane łzy. Kudłoniowa mama przetrwała, wspólne z profesorem wyrwali ją ze szponów ciemności, choć potrzebowała długich dni odpoczynku i wyjątkowo troskliwej opieki. Tamtego dni Cora ujrzała blask w jej oku, tamtego dnia odkryła w sobie zupełnie nowe umiejętności, a te kopyta pozostały z nią do dziś. Poczuła się silniejsza, mocniej zanurzona w największej pasji, najważniejszym zadaniu. Czasami wyjeżdżali z tatą jeszcze dalej, by dotrzeć do stworzenia, które było zbyt chore, by przybyć do lecznicy. Innym razem wspólnie gnali daleko poza region, by móc z bliska przyjrzeć się wyjątkowym gatunkom, zaznajomić się z nowymi technikami leczenia i oswajania,  zawsze patrzyli w tym samym kierunku, choć czuła, że nigdy nie będzie tak pewna jak on. We wspólnej krwi skryła się jednolita pasja, nie wyobrażała sobie, by mogło go kiedyś zabraknąć obok niej, nie wyobrażała sobie odejść z domu i wyruszyć własną drogą. Poza krewnymi wciąż pozostawała raczej sama, niezbyt gnająca do towarzystwa, kryjąca kompleksy hamujące wiele prób znalezienia się bliżej ludzi. Ze stworzeniami było o wiele łatwiej, znała je od zawsze, dawno przestały rozniecać w niej chmurne lęki. Coraz głębiej zapuszczała korzenie w rodzinnym domu, skrycie przeczuwając, że pozostanie w nim już na zawsze. W tych murach nie tylko ojciec niósł wiedzę. Garść leczniczych tajemnic przygarniała od mamy, która zawsze dbała o to, by sklejać potłuczone kolana dzieci gnających do leśnych zakamarków. Cora zawsze słuchała jej uważnie, szczególnie gdy ta, oderwana od lektury, powracała na nowo do młodzieńczych pasji, historii poprzedzających zaloty pana Howella. Połączona trwale rodzina pozostawała niezmienna, choć spodziewano się, że coraz starsza córka, któregoś dnia opuści te dachy, stworzy własne gniazdo. Tak się jednak nie stało.


Czasami ściskała za mocno grube ramiona, zastanawiając się, jak bardzo to wszystko było złe, jak bardzo nie powinno w niej być tyle Cory, tyle ciała zbyt miękkiego. W ciemnościach opuszczonych powiek rzadko błyskał obraz zupełnie innej postaci, mniejszej, szczuplejszej, choć przecież nie nienawidziła siebie, a jednak czuła… jednak pamiętała to dziwne wykluczenie spomiędzy szkolnych ław, osaczenie krzywych uśmiechów. Nigdy nie udało jej się zapanować nad sylwetką, ale chyba nie przypominała już tamtej dwunastoletniej kulki. Któregoś dnia ojciec wyciągnął z szopy stary mugolski rower, który pokochała niemal natychmiast. Podróżowała nim do wioski, czasem gnała na dwóch kołach, ile tylko miała sił, byleby dotrzeć do zwierzaka, który jej bardzo potrzebował. Howellowie czuli się dobrze w towarzystwie ciepłego futerka i leśnych przyśpiewek.


Pierwszym zwiastunem było nagłe poruszenie kundla. Jego przeraźliwe wycie zaczęło dusić, a gdy ustało, widziała tylko resztki łap, które niedawno przebiegały przez dom. Odszedł i nie wrócił. Poruszona spoglądała na matkę, szukając odpowiedzi, ale nie w tych oczach powinna jej wypatrywać, a w płomieniu rozgrzewającym chłodne wnętrze. To on tamtego dnia pożarł w okrutnej torturze wielu krewnych. Do domu babci ojciec wychodził tak radosny. Pamiętała, jak potknął się na schodach i o mało co nie sturlał boleśnie po krzywych deskach. To dom, który przestrzegał, aby został. Poszedł, a Cora nie widziała go już nigdy więcej. Pożar jego rodzinnego domu odebrał jej tatę, babkę i ciotkę, pochłonął zbyt wiele nadziei, zadrwił z miłości. Wydarł z niej energię, której nigdy później nie udało jej się odzyskać. Następne dni spowiła mgła, ciężka, senna. Czas okręcany w drugą stronę nie chciał się cofnąć. Domek nad rzeką zwiędł. Pani Howell gnębiona przez potężną tęsknotę potrzebowała się wydostać, przywrócić tego, kto już nie istniał. Milczenie odprowadziło ją do drzwi, milczenie od samego początku wyjadało je obydwie kawałek po kawałku. Mama wybrała podróż do miejsca, które lata temu połączyło dwa serca w jedno. Nie zabrała ze sobą psidwaka. Nie zabrała żadnej namiastki jego. Zostawiła Corę samą, żegnając ulubione lasy, ten najdroższy dom, wybierając drogę podróży do odległych kontynentów, odkrywając życie od nowa. Przeraźliwy smutek nie pozwalał jej zostać i tylko ucieczka uchronić ją mogła przed szaleństwem. Zostawiła Corę, która godziła się z pustką, poświęcając się tylko tej jednej nadziei, którą pozostawił jej ojciec. Wymierała jednak dzień za dniem, chudła straszliwie i cierpiała tak bezgłośnie, tak tylko dla siebie, z daleka od toczących się wojen i przekrzykujących się serc, głęboko między drzewami. Tu wciąż czuła się bezpieczna, tylko tu, i nawet złośliwe anomalie nie mogły przepędzić jej z ulubionego lasu, nie wychylała się do świata nieustannie raniącego się w nienormalnym konflikcie lepszych i gorszych. Trwała sama, choć nigdy nie samotna, otoczona opieką włochatych łap.



Patronus: Kundel, bystre oczy, wytargane przez wiatr oblicze największego przyjaciela ojca. Pies, który zawsze potrafił ją odnaleźć w gąszczu liściastych gałęzi, w kopcach rozespanej ziemi. Czujny strażnik, tak zwinny i odważny. Wieczny opiekun, którego przywołuje wspomnienie tych pogodnych chwil sprzed wielu lat, kiedy byli razem, szczęśliwi, beztroscy, zjednoczeni we wspólnym przeżywaniu świata.  

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 100
Zaklęcia i uroki:00
Czarna magia:00
Magia lecznicza:50
Transmutacja:205 (rożdżka)
Eliksiry:00
Sprawność:4Brak
Zwinność:6Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język angielskiII0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
NumerologiaI2
ONMSIV40
SpostrzegawczośćI2
SkradanieII10
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznawstwoII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
RozpoznawalnośćI0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0.5
KolarstwoI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 13



[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Cora Howell dnia 21.03.20 12:12, w całości zmieniany 6 razy
Cora Howell
Zawód : przygarniam pogubione kudłonie
Wiek : 30
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Słyszysz pieśń lasu?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 5
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8263-cora-howell-budowa https://www.morsmordre.net/t8275-listy-do-cory#239409 https://www.morsmordre.net/t8271-corka#239378 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t8273-skrytka-nr-1986#239400 https://www.morsmordre.net/t8608-cora-howell
Re: Cora Howell [odnośnik]21.05.20 15:46

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzała: Deirdre Mericourt
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cora Howell Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Cora Howell [odnośnik]21.05.20 15:46


KOMPONENTY krew jednorożca

[31.03.20] Ingrediencje (kwiecień-czerwiec)
[30.12.20] Komponenty magiczne (lipiec/wrzesień)
[31.01.21] Komponenty (październik/grudzień)

BIEGŁOŚCI
[19.08.20] Wsiąkiewka (kwiecień-czerwiec): +2 PB
[23.01.21] Wsiąkiewka (lipiec/wrzesień): + 0,5 PB


HISTORIA ROZWOJU[20.03.20] Karta postaci, -100 PD
[23.03.20] [G] Zakup kudłonia: -100 PM
[19.08.20] Wsiąkiewka (kwiecień-czerwiec): +90 PD
[22.01.21] Aktualizacja postaci
[23.01.21] Wsiąkiewka (lipiec/wrzesień): + 30 PD
[19.02.21] Zakup sowy: - 50 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cora Howell Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Cora Howell
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach