Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Kącik pokerowy
AutorWiadomość
Kącik pokerowy [odnośnik]13.04.20 19:09
First topic message reminder :

Kącik pokerowy

★★
Pod dachami tawerny najbardziej prymitywne i czarne pragnienia mogą się spełnić. Tu nikt nie przychodzi na jednego kielicha, tu aż do rana w oparach dymu i akompaniamencie trzaskającego szkła toczą się prawdziwe gry. Jeden ze stolików upodobali sobie mistrzowie szczęśliwej karty i ryzykownej kości. To tu króluje kościany poker - ulubiona rozrywka piratów i przemytników, wciągająca i bezlitosna. Toczą się kości po stole, na środku którego ktoś postanowił wyłożyć swój los. Skarby zza oceanu? Dobytek życia? Żonę? Ci, którym nie braknie odwagi i szczęścia (albo sprytu), mogą zyskać bardzo wiele i utonąć w zatoce chwały lub stracić ostatniego złamanego knuta.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:26, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kącik pokerowy - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kącik pokerowy [odnośnik]31.08.20 19:07
Nie od dziś było to miejsce odgłosów. Śmiechów, warknięć i wstrętnych, słyszalnych odruchów rozpijaczonego ciała. Dźwięków ludzkiej natury, wypluwanych w emocjach słów i mniej lub bardziej melodyjnych śpiewów wypływających z pienistych, chmielowych oddechów. Tutaj zlewały się ze sobą do jednego oceanu, a jeden mniej czy więcej już nie robił różnicy. Tylko więc uniosła lekko jedną brew, wyłapując eleganckie zwieńczenie Helli. Nie powstrzymywała się. Tu nie musiała. Tu by jej przybił piątkę typ siedzący dwa stołki dalej, gdyby tylko nie zdychał na blacie półprzytomny. Tu ludzie byli wolni wraz ze swymi wyzwiskami, pogardą dla świata i falami prymitywności. Wykłócali się, łamali krzesła, tłukli szkła, ale tak naprawdę mieli to gdzieś. Na koniec trzaskały drzwi i aż do następnego wieczoru nie było ich widać. Gorzej jak znikali na więcej niż miesiąc. Wtedy zaczynała się zastanawiać, czy nie pożerały ich ryby gdzieś na dnie morza. Hella wciąż mogła być syreną.
– Oni wybierają syreny, nie ty. Możesz się kłócić, ale to jak mówienie do ściany. Coś sobie ubzdurają i koniec. Nie przegadasz, Hello. Choćbyś nie wiem, jak się starała – mruknęła, dzieląc się złotą myślą, która wkrótce miała się rozpłynąć w papierosowym zaduchu. Nie przegadasz, nie jesteś mną. Gdy zaś przyszła pora szeptu, Filipie drgnął tajemniczo kącik ust. – Zastanów się jeszcze. Niektórzy nie są źli. A tutaj to ty wybierasz. Nie oni. Choć wino nie jest najgorszą opcją, Borgin. Nie pogardziłabym – odpowiedziała również w tym konspiracyjnym szepcie. Niektóre uszy wychyliły się ku nim za bardzo, ale kobiece sekrety wciąż należały tylko do nich dwóch. Tak przynajmniej uważała.
Zabawna postać, wolna, lekka. Rada Helli nie popchnęła Filipy do kieliszka. Odłożyła go na później, zupełnie jakby spodziewała się dzisiaj jeszcze kilku dodatkowych atrakcji, które wymagały trzeźwego oka. Tej bandy należało pilnować, chociaż po jednym kieliszku robota wydawała się łatwiejsza, a rozwydrzone chłopy mniej upierdliwe. Istniało jednak ryzyko, że sama stanie się piekielnie wredna lub, co gorsza, bardziej pobłażliwa. Choć tego akurat mogliby pragnąć.
– Tak naprawdę nikt nie ma kontroli. To marzenie ściętej głowy. Choć… muszę przyznać, że całkiem niezłe. Snujesz się po mieście i nie wiesz, czy nie wdepniesz w trupa. Podejrzane gęby drepczą ci po piętach, a potem przychodzi pora konfrontacji. Albo się im damy albo nie. To pierwsze w ogóle nie wchodzi w grę. Zresztą nie wyglądasz na chętną do pogodnego łażenia za rękę, Hello. Więc gardzisz tym, co tu wyczyniają? Jak to z tobą jest? – podpytała ciekawsko, zaczepiając na dłużej spojrzenie na pannie Borgin. Mówiła, że nie chce się mieszać, nie wyglądała na zadowoloną z biegu wydarzeń, ale z tych słów w zasadzie nie wynikało wiele. Kontrola. Obydwie jej poszukiwały. Obydwie lubiły grać pierwsze skrzypce. To dobra cecha, z nią Hella ma szansę przetrwać czas wojny.
– O tak, to bardzo dogodna pozycja. Widzę wszystko zamruczała, kusząc zza tego blatu, kolorując jej wyobrażenia, nie mówiąc właściwie nic szczególnego. – Upiję, ale wtedy stracisz kontrolę. Daleko poza swoimi czterema ścianami. Jesteś gotowa? – zapytała, już sięgając po całkiem zacną flaszkę. W tym morzu szkieł Fils mogła spełnić każde pijackie marzenie panny Borgin, ale nie do końca była pewna, czy ta zechce wyspowiadać się barmance i odsłonić te skrywane głęboko fantazje. Syreną być nie chciała – to już wiemy.
Tylko co dalej, Hello Borgin? Przyjmujesz wyzwanie?
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]06.09.20 10:39
- Cholera, parszywi pobratymcy - skomentowałam ich wybory, przed którymi ostrzegła mnie Philippa. Nie byłam osobą, która ulegała ich pijackim mrzonkom czy haniebnym myślom, ale miałam słabość do czarnych garniturów i męskiego tenoru. I dalej szeptała mi o mojej mocy wyboru, a ja nie miałam ochoty na dołączenie do ich pokerowych zagrywek. Choć może jednak warto? Może później się nad tym zastanowię.
- Jest jak mówisz - odparłam krótko. Nie chciałam za bardzo uciekać w te przykłady, by nie uwikłać się w sytuacji, gdzie mój wybór stanie się tym złym, zgodnym z moją skrytą w cieniu naturą, o której potędze marzą Rycerze. Dusiłam tę siłę, żeby nie zaciemniała mi poglądu, ale czasem pozwalałam jej ulotnić się z mych ust. Dziś jednak tylko piwno-karmelowy posmak wydobywał się spomiędzy warg, a przynajmniej od tego miało się zacząć. - Są takie dłonie, za którymi mogę pójść - dodałam, pochłaniając kolejny łyk Guinnessa. I są takie, które mi już nie uciekną - dokończyłam w myślach.
Udało mi się, ustaliłam, że ma mi informację do zaoferowania. Może to był jej blef, a może szczerość, nieistotne. Ważne, jakie dawała mi poczucie wiedzy. Odmruknęłam z zainteresowaniem. I znów pijacki temat był tym głównym. Obiecywała mi utratę kontroli, a ja widziałam w tym tylko jakąś metodę zastraszenia mnie, nie zaś faktyczne złe intencje. Z reguły miałam w sobie ufność do kobiet, zwłaszcza do tych, które nie było mi dane poznać w nieprzyjaznych okolicznościach. Te, nie licząc harmideru za plecami, były co najmniej neutralne, a rozmowa kreowała baśniową scenerię. Syreny, wino i... nie, nie śpiew, lecz interesy.
- Gotowa? Na mieszanie whisky, piwa i wina? Nigdy - roześmiałam się, przełykając kolejne porcje, a kufel chylił mi się już ku dnie. - Szukaj mi wyzwań, przyjmuję je z rozkoszą. Albo odrzucam, bo pragnę lepszych - puściłam jej oczko i dokończyłam piwo. Kufel przesunęłam opuszkami palców w jej stronę, na sam skraj blatu. Gdyby to była łajba, pewnie zaraz sturlałby się na drugą stronę baru. Gdyby to była łajba, musiałabym ukrywać swoją twarz. Gdyby to była łajba, nie siedziałabym w barze, lecz szukała wrażeń na zewnątrz. Gdyby...
A gdyby byłybyśmy same? Cóż, chyba podzieliłybyśmy los Titanica.
- Bądź moimi oczami. Na początek wystarczy, bym wiedziała co za plecami mnie omija. A później ustalimy, co mogę ci zaoferować w zamian. - powróciłam do naszej rozmowy, do robienia interesów.
Hella Borgin
Zawód : klątwołamaczka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Dziś jestem jak ten, którego imienia nie wolno wymawiać
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8464-hella-borgin#246366 https://www.morsmordre.net/t8678-hella#256443 https://www.morsmordre.net/t8660-hellisa-borgin#255569 https://www.morsmordre.net/t8677-skrytka-bankowa-nr-1941#256441 https://www.morsmordre.net/t8676-hella-borgin#256438
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]06.09.20 17:24
Tylko Hella nie odnalazłaby pośród nich idealnie skrojonej, grobowej czerni atłasowych garniturów. Co najwyżej poplamione robotnicze portki i ubłocone, podziurawione buciory. To doki, Merlinie. Żadna tam elegancja, finezja i paniczykowe saloniki, jak u tych wielkich szlachciców, którzy próbują rządzić światem czarodziejów ze swoich pięknych dworków budowanych ze złota. Pokiwała głową na hasło panny Borgin, tak, tak. Cholerni, przeklęci, ale i tak ich kochamy. Czy nie tak? Moss musiała przyznać, że czułaby pustkę i niewygodę ducha, gdyby nagle w otoczeniu zrobiło się zbyt cicho, czysto, zbyt grzecznie. Do kulturalnych przybytków i drogich teatrów pasowała jak pięść do nosa, chociaż umiała wejść w rolę. Umiała ubrać się jak kobieta z klasą, jak czarujące stworzenie mogące zachwycić, otumanić świętego lorda. Lekcję pani Boyle działały po prostu na mężczyzn… a oni – robol czy książę – mieli wspólne pragnienia i słabości, do których bardzo łatwo można było się zwrócić. Wystarczył odpowiedni czar. Niekonieczne ten wypływający z końca różdżki. Hella coś o tym wiedziała? Być może. Na pewno jednak miała swoich sojuszników i istniało coś, w co wierzyła. Jak każdy.
– I tych dłoni się trzymaj – odparła, szanując jej tajemnice. Barmanka poniekąd winna gwałcić obce sekrety, wydobywać je cwanie z obcych umysłów, handlować wielką informacją i z przyjemnością chować nagrodę w brzęczącej kieszonce. Jednak czasem odpuszczała, wiedząc, że dobrze rozegrana relacja mogła zaowocować czymś więcej niż samotną informacją, która bez szczegółów często okazywała się bezużyteczna. Nad niektórymi należało popracować, dostać się jeszcze głębiej. Wyobrażała sobie, że Hella mogła być takim przypadkiem. Tym bardziej, że Moss od razu odkryła jej niebanalność. Trochę zdziczałą, ale jednak. To miejsce przyciągało rozmaite sztuki, czasem weryfikowało je brutalnie, czasem wynosiło na piedestał. Wiatr dmuchał w różne strony.
Nie jestem mordercą, Hello. Nie skażę cię na łaskę zarzyganego klozetu. Mieszam w głowach, w żołądkach tylko wtedy, kiedy ktoś był bardzo niegrzeczny – zamruczała trochę niezadowolona z takiego oskarżenia. – Jakich potrzebujesz wyzwań? Kobiecych? Czy może właśnie tych, w których nikt nigdy nie chciałby kobiety ujrzeć? Jakie zadania przyjmujesz? Jakie budzą twoje lęki? A może wcale nie czujesz strachu? – podpytała, obejmując dłonią puste szkło. Wypełniła je dość szybko. Piwo, dokładnie to samo, które piła przed chwilą. Przecież chciała nie mieszać, nie próbować przechodzić od łagodnego do mocnego alkoholu. Piwo było mało kobiece, ale smaki na jej ustach nie powinny tego wieczoru budzić obcego zainteresowania. Nie w chwili, kiedy zajmowała się nią Philippa. Reszta powinna poczekać na swoją kolej.
Interesy.
Pochyliła się w jej stronę, jednocześnie podsuwając jej znów pełen kufel. Tak chciała grać? Rola szpiega nie była Filipie obca, ale na te informacje trzeba było zasłużyć. Czy już sobie ufały? Czy już były siostrami? Nie tak szybko, Hello Borgin. – Za twoimi plecami stary Henry drapie się po tyłku. To robaki. Obok niego siedzi Barry, ten rudy. Żona nie może go znieść, więc przyłazi tutaj. Nie czaruje panienek, bo żadna i tak go nie chce. Próbuje się wkręcić do załogi kapitana Foresta. To zacna ekipa, długie wyprawy, dobrze płatna robota. Miałby święty spokój od baby, a w portach rzesze chętnych dziwek rozpinających spódnice na widok garści galeonów. Dwa stoliki dalej śpi bezimienny. Przyłazi tutaj regularnie, nie mówi nic, z nikim nie rozmawia. Zawsze pije to, co mu podam. Potem zasypia tak głęboko, że korniki włażą mu do ucha. Wali od niego podejrzanym zielem. Nikt nie wie, kim jest, ale może ty się tego dowiesz… Czy to te opowieści, których potrzebujesz? – zapytała, lekko przechylając głowę. Uniesiona brew, cwany uśmiech, moment oczekiwania. Obydwie znalazły się na dziwnej drodze. Dokąd mogłyby pójść?
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]11.10.20 12:58
Nie byłam świętą księżniczką, znałam smak alkoholu i kłopoty dnia następnego. Jednakże damie nie przystoi przesadzać z ilością, a nawet w ogóle pić w towarzystwie. To zawsze była domena pijaków, to przez nich alkohol nabrał tak złej reputacji. Nie potrafią w swoim ponurym utęsknieniu pić z umiarem, nie potrafią kosztować wina godzinami. Dać wiadro i będzie wypite wiadro. A zabrać choćby szklankę, to tylko gorycz na ich usta się będzie im cisnęła (a jeśli jeszcze będziesz któregoś żoną, to i obelga w ciebie trafi). Parszywe insekty.
- A pewna siebie jesteś, skoro do niegrzeczności mnie nie dopuszczasz. Rozważnie myślisz, z troską, choć może być przecież inaczej - naprostowałam ten mały zgrzyt między nami, być może tylko dlatego, by uciec myślami od tego "mieszania w głowach". Czułam bowiem, że w tym aspekcie mogę jej nie dorównać, a stłamszona jej czarami, stanę się nieświadomą ofiarą.
Odganiałam jednak te myśli z tą samą biernością, co brzęczącą muchę.

Wyzwania. Nie wiedziała, o czym dokładnie rozmawiają. Zgadywała, że po prostu o wykonywaniu jakichś zleceń. Mogła także ulec pokusie, zrobić coś nierozsądnego. Co ważne, z facetami bała się prowadzić takie rozmowy, bo z automatu definiowały ją jako słabszą stronę kontraktu, a namiętnością stawali się zakryć tę nierówność układu. Wykorzystywali córki Wenus, dlatego jeśli miała komuś ulec, to w pięknym garniturze i z pięknym głosem. Żeby mieć coś dla siebie.
- Różne. W różnych wyzwaniach się odnajdę, lecz kobiecość to dobry przymiotnik. I sekret ci zdradzę, że niewielu rzeczy się boję, nie odkąd w katakumbach i grobowcach szukam magii i jej wszelakiej... inkarnacji - przedstawiłam się szerzej. Mogłam i chciałam stać przed problemem, który miałby wielkie oczy, kobiety skazywał na porażkę, albo nawet nie roztrwaniał się nad płcią przybłędy, bo w równym stopniu nakreślał mu porażkę. Ja jednak, tak na początek, wolałam coś dla mnie. Coś, co zrozumie, że jestem tylko kobietą z piersiami nabrzmiałymi tak, że wszyscy w koło chcą mnie wrobić w małżeństwo i choć w myślach to mówią, nie powiedzą, że czas bym była klaczą płodną.
Nie do tego dążę. Ja się magią pałam i w magii pociechę znajduję.
Przysłuchiwałam się jej sprawozdaniu, pewna, że nie tędy idziemy i Phillippa dobrze o tym wie. Wzięłam kilka łyków piwa, coby lepiej przegryzły się te nic nieznaczące opowiastki.
- Byłoby ciekawie, gdyby miał ze sobą jakąś sekretną błyskotkę i gdyby nie te paskudne korniki. - odparłam po chwili namysłu, a potem zajrzałam w jej bursztynowe oczy. - To robaki, a ja chcę czarnoksiężników. Wieści, dobrej jakości pogłoski, informacje z pierwszej ręki. W zamian mogę podjąć się wyzwania. Nie wiem, co ci pociechę daje albo zarobek, albo jaki szemrany interes masz dziś z tyłu głowy do dokończenia. Jestem profesjonalistką, nie obchodzą mnie intencje ani przyczyny. - Moje negocjacje stawały się coraz bardziej namacalne, zdobywały kształt i barwę. Wciąż jednak brakowało im dopełnienia, tego, co sprawia, że wiemy co przedstawia dana rzeźba.
- Znam wiele klątw i wszystkie jaskini w okolicy. Mogę coś przekląć, albo ukryć. Wynagrodzę Twoje cenne słowa, a gdyby trzeba im nadać prywatności, w czterech ścianach pokoju możemy się wyspowiadać. Hella lubi, gdy oczu jest tyle, co i ścian.
Hella oczko puściła. Hella lubiła rozmawiać z kobietami, proponować im rzeczy niepewne i nieznane.
Hella Borgin
Zawód : klątwołamaczka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Dziś jestem jak ten, którego imienia nie wolno wymawiać
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8464-hella-borgin#246366 https://www.morsmordre.net/t8678-hella#256443 https://www.morsmordre.net/t8660-hellisa-borgin#255569 https://www.morsmordre.net/t8677-skrytka-bankowa-nr-1941#256441 https://www.morsmordre.net/t8676-hella-borgin#256438
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]11.10.20 16:51
Nie nawet żoną, nie musiały nosić obrączek, by zbierać potoki wyzwisk, litanie poniżenia, wilgotną od śliny, pokłutą przez szorstkie odbitki brody. Wystarczyło być kobietą lub być obcym, unosić głowę zbyt mądrze, nosić się zbyt czysto, zbyt dumnie. Tutaj można było być z nimi lub przeciwko nim. Pić z nimi lub nie pić wcale. Brodzili w gównie, ale razem. Hella pod skrzydłami Filipy była nietykalna, ale i nawet władza Filipy wreszcie się kończyła. Niestety.
Wyprostowała się i popatrzyła na nią dumna, cwana, bezwzględna w mocy spojrzenia. Oczywiście, że wiedziała, co mówi. Nie uczyła się dobierania słów i gestów wczoraj. – Nie jestem głupia, Hello. Może i polewam drinki, ale o życiu wiem więcej niż niejeden czarodziej wciśnięty w szlacheckie portki. I znam się na ludziach – zakomunikowała nieskrępowana. – Muszę, inaczej już na samym wstępie wyleciałabym na zbity pysk. To miejsce, którego trzeba się nauczyć. To ludzie, którymi trzeba się stać, by ich pojąć – kontynuowała złotą myśl. No, może jednak bardziej rdzawą niż złotą, ale wciąż istotną. Słowa opakowane w ładne papierki potrafiły przybierać rozmaite kształty i zasiewać intrygujące myśli w obcych łbach. Ciekawe, co takiego miała w głowie ta niepozorna wariatka. Ta wiedźma.
I ten wędrowca, jak się wkrótce okazało. Philippa przetarła szmatą kufel i uśmiechnęła się do niej zawadiacko.
– No proszę, dziewczyna od przygód. Co cię tam przyciąga? Lubisz magiczne zagadki? Jesteś jedną z tych zdolnych panienek, które nie potrafią usiedzieć przy garach? W dodatku odważna. Nie mam twojej wiedzy, ale nie brak mi zapału, nie brak mi potrzeby podążania tam, gdzie nigdy mnie nie powinno być. Może się kiedyś spotkamy. I nie jestem pewna, czy jest tu robota dla takich jak ty, raczej niezbyt ambitne, brudne, prymitywne fuchy. Żadnych inkarnacji, moja droga. Co najwyżej trupy. Mówić dalej, czy wolisz jednak dolewkę? –
zapytała, unosząc brwi. Port nie był nigdy zbyt ambitny, a tej tutaj najwyraźniej właśnie czegoś takiego brakowało. Ambicji, wyżyn, wyzwań pozwalających zbliżyć się do jakiejś tam potęgi. Brzmiała jak szaleniec lub jak ktoś, kim nigdy Philippa Moss się nie stanie. Ktoś wprost przeciwny do wariata. Nachyliła się do niej znów. – Tak mówią ci, którzy nie chcą powiedzieć wprost. Ale dobrze, wcale mi to nie jest potrzebne – zakomunikowała ciszej, przytakując na koniec głową. Powiedzieć coś i jednocześnie nie powiedzieć nic. Bystra dziewucha.
Albo i nie. – Szukasz czarnoksiężników? – prychnęła lekko, trochę nie potrafiła w to uwierzyć. – Szukasz złej roboty, niezbyt wdzięcznej. Ładna dziewczyna i ciemne sprawki. To lubię, ale w nosie mam gówniane portowe przysługi. Chcesz dobre zlecenie, chcesz zaopiekować się czyimś grzechem, to zapłacisz. Informacje są cenne, tak jak i zapewne twoje przysługi, więc z pewnością zrozumiesz. Hella lubi oczy i wiedzę, Filipa lubi brzęk monet w kieszeniach. Możliwe, że się dogadamy. Przyjdź tu za tydzień o tej samej porze, a się nie zawiedziesz. Daj czas, a ja dam ci pracę. Obydwie będziemy zadowolone – zakończyła wreszcie, wyciągając dłoń po zapłatę za alkohol.
Napiłaś się, wrócisz po więcej, bo ci smakowało, prawda? Doki już utrwaliły tę piękną buzię. Wystarczy, że wróci tu jeszcze raz i drugi, a stanie się swoja. Swoja i bezpieczna w usłudze. Zatem Hella Borgin jest niegrzeczna i rzuca brzydkimi klątwami. Dobrze wiedzieć. Tutaj co pięć minut ktoś coś przeklinał, tu problemy piętrzyły się aż do księżyca. Zapotrzebowanie było duże, ale Moss nie ufała jej jeszcze na tyle, by dopuścić ją do czegoś naprawdę poważnego. Najpierw musi się sprawdzić. Kolejki dłubiących w nosie portowych oprychów będą czekały. Ale to za tydzień.


zt :pwease:
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]29.01.21 22:38
| 5 października '57

Czuła się w Parszywym bezpiecznie. Po prostu. Znała go jak własną kieszeń, wiedziała gdzie stoi schowek na miotły, które drzwi prowadzą na zaplecze, którędy wybiec na rzygownik i czmychnąć tamtędy pomiędzy uliczkami niezauważona. Była tu wśród swoich, jeśli będzie potrzebować pomocy to nawet stary Boyle stanie po jej stronie, a przynajmniej taką miała nadzieję. Nie było jeszcze późno, było całkiem spokojnie i można nawet powiedzieć, że dość cicho. Piła w spokoju.
Czuła się dziwnie. Sobą, ale jakby nie do końca. Czasami w jej głowie pojawiały się takie myśli, przez które nie była do końca pewna, czy na pewno wszystko jest w porządku. Przez parę ostatnich dni września nie było jej w ogóle w Londynie. Udało jej się złapać Błędnego Rycerza i wyjechać po za obrzeża miasta, daleko w głąb kraju. Liczyła, że sobie wszystko przemyśli, ułoży w głowie. Nawet wróciła trochę spokojniejsza. Ale potem list od Keatona sprawił, że znów się zatrząsła. To wszystko było prawdą, nic jej się nie przyśniło, a wiadomość przyniesiona przez sowę tylko ją w tym utwierdziła. Czuła wiele bardzo sprzecznych emocji, złość i wdzięczność, strach i wolę walki. W jednej chwili czuła jak drżała jej dłoń ze zdenerwowania, a po chwili chciała sięgnąć po różdżkę i na nic nie bacząc iść wpierdolić Mulciber’owi.
Pierdol się, Ramsey – powtarzała za każdym razem gdy wracała do niego myślami.
Najważniejsze sowy już wysłała. Czekała na odpowiedź od Philippy i od Bott’a. Czuła się źle, chciała im wszystko powiedzieć. O sobie, co umie, co się wydarzyło, nie ukrywać nic więcej. Przeprosić, chociaż wątpiła, aby to słowo przeszło jej przez gardło. Nawet nie umiała go napisać. Zawsze miała problem z wyrażaniem własnych emocji, z dopuszczaniem do siebie bliskich. Nakładała maskę, którą tylko ktoś bystrzejszy od niej potrafił zauważyć. I kłamała, tak długo udawała kogoś kim nie była, że prawdziwa Huxley została zakopana głęboko w duszy portowej, dzielnej, pewnej siebie i butnej dziwki. Od zawsze musiała być silna, wysoko unosić brodę, wypinać pierś do przodu i zakasać spódnicę do góry, jeśli chciała w tym świecie przerwać. Bić się o swoje, kraść, bratać z tymi, u których mogła zarobić. Nie miała z tym problemów, mogła robić to dzień i nocą. Być dziwką. Ale drugiej strony swojego życia nie chciała już ukrywać, nie przed tą dwójką.
No, ale tym będzie się martwić jak dojdzie do spotkania. Na razie czekała i mogła zagłuszać swoje myśli i sumienie, jeżeli coś takiego jak sumienie istniało, alkoholem i obserwacją co zresztą lubiła robić bardzo. Siedziała sobie spokojnie w Parszywym, nie było to nic nadzwyczajnego. Czasami tu przesiadywała, tak po prostu. Szczególnie upodobała sobie kącik pokerowy, zazwyczaj był pełen ludzi, ale dzisiaj świecił pustkami. Huxley z tego skorzystała.  
Utkwiła swój wzrok w chłopaku. Tak dawno go nie widziała. Uśmiechnęła się pod nosem. Naprawdę czuła się przy nich staro, chociaż była pewna, że była w stanie dorównać im podczas tańców i igraszek na barze. Nie umniejszając starej Boyle, którą nazywała starą z czystej przyjaźni, oczywiście. Huxley swoje lata miała już na karku, zaraz jej wybije trzydziestka. Pamiętała jakby to było wczoraj, jak spotkała się tu z Keatonem prawie rok temu i to był ostatni raz kiedy widziała go przed tym wszystkim. Nadal miała jego prezent, dobrze jej służył. Był jedynym, który wtedy się pojawił.
Potrząsnęła głową energicznie, jakby to miało jakoś pomóc pozbyć się myśli z głowy. Działało, a przynajmniej było dobrym placebo. Nie chciała myśleć teraz o Keatonie, myślała o nim dużo przez ostatnie miesiące, przez ostatnie tygodnie i dzisiaj, chociaż przez chwilę, chciała skupić swoją uwagę na czymś innym. Odprężyć się. Alkohol i używki nie przynosiły wystarczającego efektu. Może Marceliusowi się uda? Ponownie uniosła kąciki ust ku górze. Pierw musiał ją zauważyć.


There’s nothing wrong with being bad
You know that’s what you like about me
Just run your fingers down my back
Go ‘head and feel up on my bodyooh baby
Rain Huxley
Zawód : Portowa dziwka, informatorka
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 9 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5603-rain-huxley https://www.morsmordre.net/t5628-poczta-rain#131770 https://www.morsmordre.net/t5627-it-can-t-rain-all-the-time#131769 https://www.morsmordre.net/f121-dzielnica-portowa-welland-street-5-12 https://www.morsmordre.net/t5630-skrytka-bankowa-nr-1380#131776 https://www.morsmordre.net/t5629-rain-huxley#131774
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]30.01.21 16:19
- Rain! - Uchwycił jej spojrzenie niemal od razu, wymijając marynarzy w knajpie i kierując swoje kroki w jej stronę; odkąd przekroczył próg Pasażera, nieco odetchnął. Udało mu się zarejestrować różdżkę - a nawet przesiedział z tego powodu w więzieniu, z którego dopiero co wyszedł i wciąż żył, a nawet odzyskał ową różdżkę - więc mijane patrole nie powinny już stanowić dla niego zagrożenia, ale mimo to przechodził obok z nich duszą na ramieniu i sercem podchodzącym do gardła, kiedy spoglądali na niego z podejrzliwością; wciąż preferował przemykać się wąskimi i śliskimi przejściami, na przełaj, wciąż wolał chodzić nocą, choć paradoksalnie było to teraz dla niego bardziej niebezpieczne niż spacer przez centrum w samo południe. Nie ufał w tym mieście już niczemu ani nikomu, z wyłączeniem kilku bliskich mu duszy. Czy była jedną z nich? Nigdy go przecież nie zawiodła, choć tak samo nigdy nie chciałby jej narażać swoją osobą. Ale chyba nie dlatego, że jej nie ufał. Zniknął na długo, końcówką lipca starł się ze szmalcownikiem i dopiero w drugiej połowie września opuścił wyspę, na której utknął po tym zdarzeniu. Zdarzeniu, po którym na zawsze miała przy nim pozostać srebrna blizna ciągnąca się wzdłuż szyi, tak dobrze widoczna.
Z łoskotem wypuścił z rąk książkę, która opadła na stół - zdecydowanie zbyt gruba jak na Marcela, choć zagadkowy musiał być sam jego widok z książką. Siadając obok czarownicy, przesunął ją po brudnym blacie w swoją stronę, najwyraźniej nieszczególnie przejmując się powszechnie przyjętą zasadą, że książki należy jednak obdarzyć pewnym szacunkiem. Kiedy znalazła się bliżej, dało się odczytać tytuł - Standardowa Księga Zaklęć Mirandy Goshawk; tom szósty, podręcznik na szósty rok; niby przypadkiem lekko zakrył tytuł rękawem, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek jeszcze dostrzegł książkę. Chyba się trochę wstydził.
- Jak leci? - zapytał, unosząc lekko kąciki ust w powitalnym uśmiechu. - Podobno cię ostatnio nie było, wszystko gra? - Sam nie wiedział, zza krat nie miał dużego okna na świat. Ale wczoraj o nią dopytywał, szczerze wierząc, że była najlepszą osobą, żeby mu pomóc. Może też przed nią trochę mniej się wstydził poprosić o tę pomoc. - Przynajmniej... jak na standardy ostatnich czasów - dodał ze zrezygnowaniem, bo w zasadzie to ostatnio nic nie grało u nikogo. Ale mogło być lepiej albo gorzej.
- Myślałem, że możesz mi w czymś pomóc - zapowiedział, przesuwając w jej stronę księgę. Przerzucił kilka pierwszych kartek, dużo tego nie przeczytał. Nie wyszedł nawet z pierwszego rozdziału. - Wszyscy mówią, że jesteś w tym dobra - rzucił, po części prawdziwie, po części sięgając po pochlebstwo, unosząc ku niej pytające spojrzenie. Po chwili sięgnął do kieszeni kurtki, zręcznie wymijając dłonią leżący w niej nóż, wyciągając z niej za to słoik, który - również z łoskotem - postawił na stole. - Chciałem przynieść przekąskę, ale mam tylko to - oznajmił, jego usta zadrżały w rozbawieniu. Etykieta, podobnie zresztą jak zawartość, wskazywały na musztardę. - Myślałem, że to słój z konfiturą, zwinąłem z półki i nie miałem czasu się przyjrzeć - westchnął, braki z zaopatrzeniem zaczynały doskwierać. A on znowu zaczynał kraść, siła wyższa, jaki miał wybór? - Przepraszam - dodał z zawadiackim uśmiechem, bo nieładnie przychodzić z pustymi rękami - ale przecież nie będzie zła?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]31.01.21 19:30
Zaśmiała się wewnętrznie. Ledwo na niego zerknęła, a ten już wyczuł jej spojrzenie i od razu zwrócił się w jej stronę. Delikatnie połechtało to jej ego. Jego przyjemna twarz i miłe usposobienie, tak niepodobne do opryszków, których było tu pod dostatkiem. Huxley zauważała, że coraz więcej młodych ludzi kręciło się po porcie, szukało tu dla siebie miejsca. Byli zbyt łagodni, zbyt dziecinni jeszcze, a jednak dawali sobie radę i to całkiem dobrze. Czy to ona patrzyła na nich po prostu lekko z góry, zważywszy na swój wiek, czy po prostu sama nie pamiętała już jaka była gdy miała te naście jeszcze lat, chociaż nie było to tak bardzo dawno temu.
Wzięła głębszy wdech i przywitała go przyjaznym uśmiechem. Rzadko ze sobą rozmawiali, ale Rain bardzo lubiła te chwile. Niezwykle się od siebie różnili, ona stanowczo stąpała po ziemi, wolała wszystko przeanalizować dobre dziesięć razy zanim podjęła decyzję, chociaż jeśli była taka potrzeba – była gotów zareagować od razu. Marelius za to był typowym artystą, czasami błądził w chmurach i Huxley dziwiła się, jak udaje mu się nie spaść i nie obić przy tym swoich czterech liter.
Przyjrzała mu się uważnie, swój wzrok zatrzymała na księdze, którą trzymał w dłoniach. Uniosła lekko brew do góry. A tego się nie spodziewała, że przyjdzie do niej z jakąś książką. Walną nią z łoskotem o blat stołu, poszurał i przykrył napis rękawem, chociaż Rain zdążyła już przeczytać tytuł. Nic jednak nie powiedziała na ten temat.
- Wszystko w porządku – nawet nie skłamała, w końcu już było w porządku. – Miałam parę spraw do załatwienia poza Londynem.
Czekała aż sam zdecyduje się powiedzieć o co chodzi. Może tę książkę miał tak przypaskiem akurat przy sobie? A porozmawiać chciał przy okazji o czymś innym? Jednak tak się ucieszył wręcz na widok dziwki, że Rain jakoś nie chciała uwierzyć, że to się w coś większego nie łączy. Kiwnęła lekko głową.
- Kurwa, nic nie mów. Wczoraj jak wracałam to widziałam gościa, którego zatrzymali za brak zarejestrowanej różdżki – mruknęła. – Nie wyglądało to dobrze. Nie chciałam tego robić, ale coraz częściej zastanawiam się jednak by tam pójść i to załatwić. Chociażby by mieć spokój na ulicach w miarę, na Merlina. A jak twoja?
Nic nie wiedziała o tym, że chłopaka zatrzymali na parę dni. Dlatego tak po prostu się zapytała. Ale w sumie była prawie pewna, że on różdżkę zarejestrowaną ma. Na pewno cyrk nie chciał mieć żadnych problemów i dopełnili formalności, aby móc normalnie pracować. Chociaż kto w tych czasach myślał o zabawie w cyrku? Rain na pewno nie. Miała swoje problemy na głowie, a jeszcze nie zdawała sobie sprawy z faktu, że transporty do Londynu wszystkie nie dopłynęły i w samym Parszywym są już pierwsze braki.
- Oho – na jego słowa o pomocy tylko poprawiła się na krześle. – Ty i książka, mogłam się tego spodziewać.
W jej słowach nie było drwiny, ani tym bardziej złości. Podśmiechiwała się lekko, tak zaczepnie. Mogła go nawet dźgnąć palcem w bok gdyby nie fakt, że właśnie wzięła kufel do góry i upiła z niego trochę piwa. Prawie się zaktusiła słysząc, że „ponoć jest w tym dobra”. W porcie mieli mówić, że jest dobra tylko w robieniu dobrze mężczyznom. Z kim ten chłopak rozmawiał?
Na chwilę zmieniając temat na stole pojawił się szklany słoiczek. Brwi Rain w pierwszej chwili zsunęły się ku środkowi, a gdy dotarły do niej jego słowa i to, że leżała przed nią musztarda, tylko zaśmiała się rozbawiona. I śmiała się przez chwilę nie mogąc absolutnie przestać.
- Oj, już nie rób takiej miny, jakbyś zbytym psem był – powiedziała, gdy w końcu przeszło jej to rozbawienie. – Słuchaj, to do kompletu mamy jeszcze to – wyciągnęła z kieszeni dwie mandarynki. – Ale próbujesz pierwszy, czy to w ogóle da się razem zjeść. Mandarynki z musztardą, tego jeszcze nie grali. Dobra, co z tą księgą i czemu czytasz podręcznik do szóstej klasy?
Przysunęła ją do siebie i zaczęła kartkować Zaczęły powracać do niej szkolne wspomnienia.


There’s nothing wrong with being bad
You know that’s what you like about me
Just run your fingers down my back
Go ‘head and feel up on my bodyooh baby
Rain Huxley
Zawód : Portowa dziwka, informatorka
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 9 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5603-rain-huxley https://www.morsmordre.net/t5628-poczta-rain#131770 https://www.morsmordre.net/t5627-it-can-t-rain-all-the-time#131769 https://www.morsmordre.net/f121-dzielnica-portowa-welland-street-5-12 https://www.morsmordre.net/t5630-skrytka-bankowa-nr-1380#131776 https://www.morsmordre.net/t5629-rain-huxley#131774
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]03.02.21 0:44
Nie miał powodów, by nie uwierzyć jej słowom. Czasy były ciężkie i nic nie wskazywało na ty, by miały nagle stać się lżejsze; Rain, jak każdy inny tutaj, niosła na plecach własne troski - z tego też zdawał sobie sprawę. Nigdy nie był szczególnie wścibski, jeśli ona nie zamierzała o nich sama opowiedzieć, on - nie zamierzał na nią naciskać, wierzył, że rzeczywiście było z nią w porządku. Przynajmniej na tyle, ile dziś mogło być w porządku. Na jej dalsze słowa - cicho westchnął, opierając się wygodniej o niewygodne krzesło, lekko odchylając głowę w tył, może zbierając myśli, a może je od siebie odpędzając. Sceny, o jakich opowiadały, zaczynały stawać się przykrą codziennością. Zniknęły swobody, zniknęła ludzka godność, rozpoczęły się za to chwalebne rządy walniętego tyrana opętanego ideą, której sens był tak daleki logice, że aż nie widział sensu o tym dyskutować.
- Ja tam byłem pod koniec września - wyznał po chwili. - To był koszmar, Rain. Prawdziwy koszmar. Teraz... teraz nawet nie ma kolejek, kto miał to zrobić, już zrobił. Ale komisja... - Skrzywił się z niesmakiem, pierwszy raz w życiu - nawet, jeśli krótkim - zaznał takiego upokorzenia. Pierwszy raz: potraktowano go, jakby nie był człowiekiem. Jakby nie był równy innym. - Oni nie chcą informacji. Chyba nie interesuje ich nawet prawda. Chodzi o to, żebyś stanęła przed nimi i spowiadała się ze swojego życia, udowadniając, że nie jesteś charłakiem i potrafisz posługiwać się różdżką. Na moje przesłuchanie wpadł jakiś dziad, okazało się, że zna pana Carringtona. Zaczął drążyć, dopytywać... Wcześniej zabrali mi różdżkę, trzymali ją w innym pomieszczeniu. Wiesz, co mówią? Że niektórzy oddają tam różdżki i nigdy nie dostają ich z powrotem. Nigdy. Różdżka nie ma przełamanego rdzenia, więc nigdy nie możesz już dostać nowej. Po prostu pozbawiają cię magii - kaprysem przygłupiego urzędnika. - Było w nim wiele emocji. Wiele wzburzenia. Wiele gniewu chyba też, dało się to odczytać nie tylko z tonu jego głosu, z każdej wypowiadanej głoski, z charakterystycznych iskier w oczach i ściągniętych gniewnie brwi. - Ten, który mnie przesłuchiwał, był pieprzonym sadystą. Znęcał się nade mną dla zabawy, aż w końcu zadecydował, że wyśle mnie do pierdla - tak po prostu. Wyciągnął ze mnie, kiedy miałem najbliższy występ i trzymał mnie tam długo, żebym na niego nie zdążył. - Chyba właśnie to zdenerwowało go najbardziej. Za dużo miał do stracenia, jego ostatnia absencja stawiała go na chwiejnej i mało pewnej pozycji. Nie chciał wylecieć z cyrku. Sama Arena funkcjonowała dobrze, czarodzieje zawsze potrzebowali chleba i igrzysk. Kiedy chleb się kończył, zostawały igrzyska. - Nie wiem, czy wyszedłbym w ogóle, gdyby pan Carrington mi nie pomógł - dodał, unosząc ku niej spojrzenie, chyba chciał ją przestrzec - choć wiedział, że nie musi mówić o tym wprost. Nie chciał myśleć, co mogłoby się stać, gdyby w Parszywym Pasażerze pojawiły się policyjne patrole, ale z drugiej strony - funkcjonariusze Ministerstwa Magii niewątpliwie cenili sobie tutejsze uciechy. Czy byłoby im to na rękę? - To wszystko jest pochrzanione - westchnął niechętnie, z rezygnacją. Czasem wciąż miał nadzieję, że pewnego dnia się przebudzi, a to wszystko okaże się tylko złym snem. - Trzymali mnie tam o głodzie. Całkiem przestali karmić więźniów - poskarżył się jeszcze, bo może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby więźniowie nie siedzieli tam za niewinność. Dziś - coraz częściej. - Kiedy jedni umierają z głodu, mają pewnie miejsce na kolejnych. Ale dam sobie rękę odciąć, że mają bardziej pomysłowe sposoby na ich szlachtowanie - dodał gorzko, wciąż z tą samą zajadłą nutą w głosie. Kiedyś jej tam nie było, dziś trudno było nie dostrzec, że wojna zaczynała go zmieniać.
- Podręcznik - poprawił ją z powagą, tak jak gdyby rzeczywiście robiło to większą różnicę. - Do uroków - dodał po chwili, może trochę ośmielony brakiem jej drwiny. Nie był dumny z tego, że nie ukończył edukacji - trochę się tego wstydził. Ale zaczął rozumieć, że jeśli nie chciał zginąć, musiał pewne braki nadrobić. Im prędzej, tym lepiej, nawet jeśli samemu miało być to dużo trudniejsze. Miał przecież przyjaciół - bardziej doświadczonych od siebie. Przekartkował księgę, zatrzymując ją na zaklęciu aeris. - Tu, zobacz - poprosił, przesuwając palcem wzdłuż akapitów, zatrzymując go na upatrzonym zwrocie. - Należy ułożyć nadgarstek w pozycji łabędzia, a palce rozłożyć heksagonalnie - odczytał, przenosząc spojrzenie na kobietę. - Co to znaczy? - Pytające, nieświadome i całkowicie ignoranckie, pytał o podstawy, które znał każdy absolwent Hogwartu.
- Mandarynki z musztardą? Moje ulubione! - zapewnił, choć szczerze wątpił w walory tego smaku. Ale czego się nie robi dla towarzystwa? Nie powinien przychodzić z pustymi rękoma, a skoro miał tylko musztardę - powinien zapewnić ją o jej przydatności. Przyjął jedną z mandarynek, z wolna obierając ją ze skórki i odrywając kawałek - wyciągając, już obraną, również w kierunku kobiety w formie poczęstunku. Zanurzył fragment w musztardzie, wrzucając do buzi - i przeżuł powoli z marsową miną, rozważając wady i zalety tego rozwiązania. - Nie jest takie złe, spróbuj - stwierdził po dłuższej chwili. - Jest trochę kwaśna, musztarda to przełamuje... nałóż jej odrobinę mniej niż ja - podsunął, angażując się w ten kulinarny eksperyment całym sercem. Podobno zawsze warto spojrzeć na jasną stronę. Życia - i nie tylko.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]05.02.21 20:45
Słuchała jego opowieści uważnie i z każdym jego słowem coraz mniej miała ochotę na to by tam pójść i zarejestrować swoją różdżkę. Nie chciała być potraktowana jak śmieć, jak nieczłowiek. Była czarodziejem, tak samo wartościowym jak ci z ministerstwa i mogłaby się nawet założyć, o wszystkie swoje pieniądze, że jej magia była na zdecydowanie wyższym poziomie niż niejednego z nich. Ale to ona musiała iść i się ukorzyć. Prosić o to, aby zarejestrowali jej różdżkę, by mogła swobodnie poruszać się po Londynie. Liczyć na to, że nie znajdą w jej zgłoszeniu nieścisłości, że nie wyczują, że kłamie. Bo kłamać miała zamiar i to w każdej kwestii. Przecież nawet nie miała pojęcia czy jej ojciec był czarodziejem czy mugolem, jak mogła więc powiedzieć jakąkolwiek prawdę? Krzywiła się gdy wspomniał o Tower, była tam niedawno i dobrze pamiętała jak przeklętym miejscem jest. I za żadne skarby nie chciała wrócić tam ponownie, a już na pewno nie więzień. Było jej bardzo żal Marceliusa, że musiał to przeżyć, że ktoś go w tak okropny sposób potraktował i jeszcze pozbawił możliwości występu. Znając chłopaka i sądząc po jego tonie głosu, to go chyba zabolało najbardziej, ale całe to wydarzenie chyba w jakiś sposób się na nim odbiło.
- Teraz jeszcze bardziej nie chcę tam iść – mruknęła niezadowolona. – Z drugiej strony jak nie przy rejestracji, to jak mnie złapią na ulicy to trafię do Tower. Kurwa jego mać, tak źle i tak niedobrze, najlepiej to spierdolić stąd daleko… eh, ale port…
Była rozdarta. Obiecała sobie, że portu nigdy nie opuści, a jeśli już to na statku, by pływać po morzu. A że ta druga opcja była nieco mało realna, kto w końcu wpuściłby babę na statek. W końcu głupia legenda o tym, że to kobieta przynosi pecha, miała się całkiem dobrze. I przez to ten środek transportu dla nich był dość nieosiągalny.
- Pan Carrington stanął na wysokości zadania – przytaknęła. – Ale to prawda, gdyby nie on było by ciężko. Jeśli nie masz ważnego nazwiska albo nie znasz kogoś kto ma ważne nazwisko, to jesteś teraz w tym świecie nikim. Słyszysz? Nikim, po prostu.
Żal wylewał się z niej gdy mówiła. Tyle walczyła o to by być kimś, by w porcie ją znali i by była dziwką szanowaną. By liczyli się z jej słowem, żeby wiedzieli, że na każdego ma jakiś haczyk i że jeden ruch jej palca sprawi, że wylecą z portu na zbity pysk. A teraz co? Teraz się okazywało, że tak naprawdę było to wszystko gówno warte, bo pójdzie się do centrum i trzeba się kłaniać w pas przed urzędasem, który je i pije co zachce i śpi na pieniądzach.
Odetchnęła cicho. Zdecydowanie bardziej wolała z chłopakiem rozmawiać o urokach niż o rejestracji różdżki. Uniosła lekko brew, gdy ten ją poprawił, że to nie zwykła książka, a podręcznik. Dla Rain już dawno przestało mieć to aż takie znaczenie. Nawet te księgi o magii umysłu, które leżały na półkach w jej domu, były nazywane przez nią książkami. Chociaż niektóre z nich były całkiem cenne ale i na tyle wartościowe, że nie opłacało się ich sprzedawać. A z Marceliusa nie miała zamiaru drwić, w pewien sposób miło łechtało to jej ego, że zwrócił się z tym właśnie do niej. Kto mu nagadał, że jest dobra z uroków, to nie wie. Ale dobrze trafił.
- Aeris – przeczytała zaklęcie i podążyła wzrokiem za tekstem, który chłopak przeczytał.
Musiała sobie to przypomnieć. Tego używało się już tak machinalnie, że czarodziej nie myślał, że teraz musi ułożyć jakoś inaczej dłoń, chwycić różdżkę w inny sposób. To się działo samo z siebie, dlatego Huxley musiała się mocno skupić by przypomnieć sobie jak to wygląda, gdy chce się to zaklęcie rzucić.
- Dobra, słuchaj, to musisz to zrobić… ah, daj dłonie i wyciągnij różdżkę, nie umiem ci tego opisać słowami – powiedziała, w sumie trochę zdenerwowana tym, że nie umiała ująć tego w słowa.
To po prostu trzeba było zobaczyć i nauczyć się wykonywać, ot co. Chwyciła jego dłoń i ułożyła w odpowiedni sposób. Najpierw nadgarstek, potem odpowiednio reszta dłoni tak, aby w wymagany sposób palce spoczęły na różdżce. Porównała ze swoim, coś poprawiła, a gdy uznała, że jest dobrze, to kiwnęła głową.
- Dobra, widzisz o co mi chodzi? – zapytała. – Nadgarstek musisz tak wygiąć, o tu, a dłoń tak w tej sposób i wtedy będziesz poprawnie trzymał różdżkę do tego zaklęcia.
Już usiadła na krzesło i chciała się brać za tę mandarynkę z musztardą, kiedy ją nagle olśniło.
- TYLKO NA BRODĘ MERLINA NIE WYMAWIAJ INKANTACJI! – prawie że krzyknęła, aż ludzie w pubie się na nią dziwnie spojrzeli. Ale Huxley nic sobie z tego nie zrobiła. Zanurzyła tylko mandarynkę a musztardzie i wsadziła do buzi. – Bo zdmuchniesz Parszywego i Cię stara Boyle przeklnie, a stary Boyle ukatrupi…


There’s nothing wrong with being bad
You know that’s what you like about me
Just run your fingers down my back
Go ‘head and feel up on my bodyooh baby
Rain Huxley
Zawód : Portowa dziwka, informatorka
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 9 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5603-rain-huxley https://www.morsmordre.net/t5628-poczta-rain#131770 https://www.morsmordre.net/t5627-it-can-t-rain-all-the-time#131769 https://www.morsmordre.net/f121-dzielnica-portowa-welland-street-5-12 https://www.morsmordre.net/t5630-skrytka-bankowa-nr-1380#131776 https://www.morsmordre.net/t5629-rain-huxley#131774
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]14.02.21 14:13
Chyba ją rozumiał - nie mógłby opuścić tego miejsca i nie zamierzał tego robić, póki nie będzie musiał; póki na Arenie stały wagony, póki świeciły rampy, orkiestra podobno gra zawsze do końca. Ludzie podczas kryzysu zawsze pragnęli chleba i igrzysk, tego pierwszego już nie było - rozrywkę wciąż mogli im dostarczać. Jeszcze. Kochał to miejsce, kochał Arenę całym sercem. Myśl o tym, że ktoś mógł zniszczyć to miejsce dla własnego chyba tylko kaprysu napawała go słusznym gniewem.
- O ile wciąż jest dokąd - odparł głucho, może i obowiązek rejestracji trwał w tym momencie tylko w Londynie - ale ile to mogło potrwać? Ile czasu minie, nim te chore idee rozpłyną się po całym kraju? - Dokąd byś uciekła? - Gdyby to było możliwe? Walki przecież zostały już wszczęte, ile może zając im kwestia stabilizacji pozostałych regionów? W jego źrenicach pobłyskiwał gniew, niezgoda na wszystko, co działo się wokół. Młodzi ludzie zwykli jeszcze wierzyć, że przyszłość świata może zależeć od nich. Że to oni byli przyszłością. - Pani Boyle nie utrzyma ich z dala stąd? - zapytał wprost, bo wierzył, że wszystko było kwestią pieniędzy. Pan Carrington go chronił, ale jego wypływy były przecież rozleglejsze niż wpływy właścicielki tawerny. - Prawdę pewnie może też zastąpić pieniądz - mruknął niechętnie, nie w takiej Anglii chciał żyć. Nie odczuł w żaden sposób zepchnięcia z pantałyku, był za młody, by zdążyć wypracować dla siebie cokolwiek, ale słowa Rain sprawiły, że poczuł względem niej szczere współczucie. - Ostatnio spotkałem się z moim ojcem - zawtórował jej, od kwietnia przedstawiał się jako członek rodziny Carringtonów, ale Rain znała go zbyt długo, by nie znać prawdy. Pierwszy raz zjawił się tu parę lat temu bez ojcowskiej opieki. - Jest urzędasem - mruknął niechętnie, wstydził się za niego. Nie potrafił tego przełknąć, pewnej goryczy, nie dość, że robił dla Ministerstwa Magii, to jeszcze nie potrafił, nie zamierzał, wyciągnąć do niego pomocnej dłoni. - Ma na ścianie pieprzone drzewo genealogiczne, które prowadzi aż do Blacków  - dodał, ściszonym, choć pełnym złości głosem, mając w pamięci imię Forstythii. Byli tutaj sami, lecz dobrze wiedział, że ściany miały uszy. - Mieszka w wielkim domu w bogatszej części miasta - dodał z goryczą - a moja dziewczyna wyszła za czystokrwistego czarodzieja, bo chciała mieć jego nazwisko. Co jest ze mną nie tak, Rain? - Świat naprawdę był taki trudny? Kiedy odkrywało się zasady tej gry - szło już łatwiej, czy pod górkę było cały czas?
Nieco zniechęcony wyciągnął do niej obie dłonie, w jednej trzymając różdżkę, pozwalając zamanewrować nimi zgodnie z jej instrukcjami. Przyglądał się ustawieniu palców z uwagą, kilka razy rozprostowując dłoń i składając ją ponownie, wyczekującym spojrzeniem prosząc Rain, by poprawiła go, jeśli pomieszał gesty. - To chyba nie aż takie trudne  - podjął, bez przekonania, ogrom wiedzy, który mógł zgłębić w Hogwarcie, ale tego nie zrobił, trochę go przerażał. Nie mógł wtedy wiedzieć, że w przyszłości będzie jak będzie. - Dobrze to robię? - Upewnił się, gdy kolejny raz złożył dłonie do odpowiedniego gestu. Kusiło go wypowiedzieć inkantację i sprawdzić , ale tę chęć przerwała interwencja Rain - tym razem szybsza od jego ruchów. - Dobra... dobra! Przecież nic nie robię - obruszył się, bo przecież wcale nie wiedziała, że zamierzał ją wypowiedzieć. Może nie chciał, od razu go posądzała o najgorsze. - Nie jestem nieodpowiedzialny - zarzekł się, może usiłując przekonać o tym samego siebie, bo, owszem, chciał inkantację wypowiedzieć. - Po co te groźby? - mruknął, odkładając różdżkę na bok, by przekartkować podręcznik kilka stron dalej. - A to? - zapytał, kiedy strony podręcznika otworzyły się na inkantacji clamario. - Gest prostopadły - odczytał, przykładając palec do odpowiedniej linijki tekstu. - Jest rysunek, ale nic z niego nie rozumiem. To ma wyglądać... tak? - dopytał, składając palce dobrze, ale w odmienną stronę - może dlatego inkantacja w jego ustach nie mogła odnieść odpowiedniego skutku, kiedy testował ją na cyrkowych kotach.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]28.02.21 21:00
Zastanowiła się nad jego pytaniem. Faktycznie miał rację, o ile wciąż było dokąd uciekać. Ale ona nie myślała absolutnie o lądzie, nie kręciły ją góry, łąki czy doliny, jak Dolina Godryka, na przykład. Jej się marzył inny świat. Przez chwilę wpatrywała się przed siebie, jakby w pełni zamyślona, to nie tak, że olała pytanie Marcela. Chciała mu na nie odpowiedzieć, ale szukała odpowiednich słów.
- W morze. Statek pełen kamratów, piwa i pijackich przyśpiewek byłby odpowiedni – uśmiechnęła się zawadiacko. – Morze jest wolne, zawsze będzie wolne. A jeśli jakimś cudem ktoś będzie chciał go zagarnąć, to wolę, no wiesz…
Nie chciała mówić wprost, że woli zginąć tam niż na lądzie, ale Marcel głupi nie był więc pewnie zrozumiał. Problem był taki, że mężczyźni uważali, że kobiety przynosiły nieszczęście na statku. Raz czy drugi coś się wydarzyło, plotka się rozniosła i tak utkwiła w marynarskim świecie, że nie dało rady się jej pozbyć. Nikt nie chciał kobiety na statku, nawet takim stojącym w porcie. To było dużą przeszkodą. Jak była młodsza i patrzyła na odpływające statki, to żałowała, że nie była chłopcem. Dzisiaj byłaby marynarzem, zaspokajającym swe potrzeby w każdym porcie do którego by zawinęli.
- Pani Boyle? – zapytała. – Przez pewien czas, owszem. Ale nawet jej autorytet nie zdziała cudów. Są ludzie, Marcel, którzy nie liczą się z takimi jak my. Pieniądz, najpierw trzeba go mieć. A z tym krucho ostatnio…
Nie musiała kłamać, że w jej sakiewce pieniędzy nie przybywało. Nie miała tyle pieniędzy, by wciskać komuś łapówki. Tym bardziej, że nie miała pewności, czy to na pewno przyniesie zamierzony efekt. Westchnęła cichutko na wspomnienie chłopaka o jego ojcu. Współczuła mu. Znała tę historię bardzo dobrze, w końcu Marcel nie był dla niej nikim obcym.
- Byłeś u niego? Aż do Blacków, powiadasz? – zapytała krzywiąc się. – Blacki ostatnio częstym tematem w porcie, ponoć Celince dobrze jest u nich…
Bolał ją fakt, że dziewczyna opuściła port dla służby u jakiejś lady. Ta młoda pannica była dla niej niczym własna córka i Rain mocno odczuła jej utratę. Za każdym razem gdy pojawiał się temat, który w jakiś sposób prowadził do dziewczyny, Huxley momentalnie markotniała. Szybko jednak skupiła się ponownie na chłopaku i lekko uniosła kąciki ust ku górze.
- Wszystko jest z tobą w porządku, Marcel. Oh, no nie rób takiej kwaśnej miny – przyciągnęła go do siebie i przycisnęła do piersi. – Znam się trochę na mężczyznach, także możesz mi zaufać. A co do twojej dziewczyny… Mówisz o Frances, prawda?
Rozmowa nie przeszkadzała w uczeniu się. Mogła go w tym czasie poprawiać, ułożenie jego dłoni, sposób trzymania różdżki. Pracując nadgarstkiem nie trzeba było używać do tego ust więc rozmawiając o dziewczynie Marcela, mogli ćwiczyć zaklęcie. A przynajmniej jak poprawnie machnąć różdżką. Jej kobieca intuicja mówiła jej, aby ograniczyć się tylko do tego i upomnieć chłopaka, aby nawet nie myślał o wypowiadaniu inkantacji.
- Wiem, że nie jesteś nieodpowiedzialny – powiedziała zgodnie z prawdą. – I ja wcale nie grożę. Ja tylko stwierdzam fakt. Co masz tam dalej?
Zajrzała mu przez ramię maczając kolejny kawałek mandarynki w musztardzie. Cóż, smak nie był jakiś powalający ale zjeść się da. Miała tylko nadzieję, że potem nie spotkają ją nieprzyjemne konsekwencje i nie spędzi połowy wieczoru w toalecie. Jeszcze by ją coś ciekawego ominęło.
- Clamario – przeczytała. Ciekawe zaklęcia sobie Marceli wybierał – Jak nie rozumiesz? Przecież składasz palce dobrze, tylko… odwrotnie. O tak.
Ułożyła mu palce ponownie odpowiedni sposób. Nie musiała zbyt dużo poprawiać, chłopak poprawnie zrozumiał ilustrację i Huxley naprawdę mu się dziwiła, że pomylił kierunek. Ale zdarza się, może ilustracja bez pokazania tego przez nauczyciela wcale nie była taka intuicyjna jak jej się wydawało? Ona się tego nauczyła podczas lekcji, tam profesor wszystko demonstrował.
- Powiedz mi, Marcel – zagadnęła go. – Skąd ta nagła chęć nauki zaklęć? Wcześniej nie widziałam cię z podręcznikiem nigdy. A przynajmniej sobie nie przypominam.


There’s nothing wrong with being bad
You know that’s what you like about me
Just run your fingers down my back
Go ‘head and feel up on my bodyooh baby
Rain Huxley
Zawód : Portowa dziwka, informatorka
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 9 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5603-rain-huxley https://www.morsmordre.net/t5628-poczta-rain#131770 https://www.morsmordre.net/t5627-it-can-t-rain-all-the-time#131769 https://www.morsmordre.net/f121-dzielnica-portowa-welland-street-5-12 https://www.morsmordre.net/t5630-skrytka-bankowa-nr-1380#131776 https://www.morsmordre.net/t5629-rain-huxley#131774
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]07.03.21 20:21
Zamyślił się nad jej wizją: wizją otwartego morza, statku, który w każdym momencie mógł zmienić kurs, opłynąć świat dookoła, sunąć po nieznanym a przede wszystkim niczyim terenie. Czy to naprawdę było metaforą wolności? Czy wciąż nie było w tym czegoś z więzienia?
- Morze jest wielkie, można na nie wypłynąć i nie widzieć lądu z żadnej strony - Nigdy, oczywiście, nie pływał, ale potrafił to sobie przecież wyobrazić. - Ale nie możesz wciąż iść, gdzie chcesz - dodał z zastanowieniem. - Nie możesz wyjść poza małą burtę statku, choć dookoła ciebie rozciągają się malownicze przestworza. Trochę jak tygrysica w zoo, zamknięta w ciasnej klatce - Chyba tak by się czuł na morzu. Nieznane pociągało, przygoda też, ale jak szybko miałby dość tych samych kwater, tych samych ludzi, tych samych pokładów? Tych samych zapasów jedzenia, dzisiaj go mdliło na widok okonia, a jadł go codziennie dopiero od tygodnia. - Czułabyś się dobrze? - zapytał, biorąc głębszy wdech, gdy wspomniała o zagarnianiu morza. Nikt nie mógł wiedzieć, dokąd zaprowadzi ich ta wojna, czy nie stanie się totalną, czy nie obejmie całego świata. Szaleństwo rosło z dnia na dzień i chyba nie miało już granic niemożliwości. Nie zajmował się przesądami o kobietach na statkach, pochodził z cyrkowej areny - tam każdy w ten czy inny sposób przełamywał schematy, każdy w ten czy inny sposób był oryginalnym kolorowym ptakiem, który wyrwał się z tego, czego oczekiwało od niego społeczeństwa. Potrafił wykazać się względem tego empatią. Z markotną miną odciągnął wzrok na bok, kiedy mówiła o tych, którzy nie liczą się z nimi, z normalnymi ludźmi. Wiedział o tym bardzo dobrze. Spojrzał na nią z mieszaniną troski i zmartwienia, gdy wspomniała o pieniądzu, ale nie zdobył się na odwagę zapytać, czy było jej teraz ciężej. O to też się martwił, że psy Ministerstwa Magii prędzej czy później zaczną wykorzystywać kobiety takie jak Rain. Ci ludzie byli jak wściekłe kundle spuszczone ze smyczy, mordowały, grabiły, pewnie też gwałciły; zabrał kolejny fragment mandarynki zamoczonej w sosie, smak był specyficzny, ale dało się do niego przyzwyczaić.
- Napisałem mu list - wyjaśnił, bez entuzjazmu. - Myślałem, że... nie wiem właściwie, co myślałem. Nie spodziewałem się, że mi odpisze, ale to zrobił, więc go odwiedziłem. Chyba... chyba żałuję, że to zrobiłem - Przykra konsekwencja, tak go nazwał. - Ledwo go zobaczyłem, przemocą wdarł mi się do głowy. Do głowy, wiesz? Wiem, że niektórzy to potrafią, słyszałem, ale nigdy bym się nie spodziewał, że... - że mój ojciec zerwie się na mnie z czymś podobnym? Że mój ojciec - jest zwykłym gnojem. - Nieważne - mruknął. - Martwię się o Celine. Martwię się, czy... czy rzeczywiście będą ją tam dobrze traktować. Przecież to zwyrole - Ściągnął brew, odnajdując wzrok Rain. Wiedział, że go zrozumie, kochała ją jak córkę. - Ale może tam będzie bezpieczniejsza? Ma dobre urodzenie, ma szansę to przetrwać w taki sposób. Tutaj i tak nigdy tak naprawdę nie pasowała. Była zbyt... - Była zbyt delikatna, zbyt łagodna, zbyt piękna. - Inna. - Tutaj czyhało na nią znacznie więcej zagrożeń, zapijaczeni marynarze, tęgie osiłki, za nią oglądał się każdy. Jego głowa bezwiednie podążyła za jej dłonią na jej pierś, kładąc się na niej ostrożnie, ale przylepnie, unosząc ku niej samo zmarkotniałe spojrzenie.
- Frances - mruknął. - Mówiła, że tak poczuje się bezpieczna. - Czy on naprawdę nie był w stanie jej tego dać? Ochronić jej? Sprawić, żeby się nie bała? Otoczyć opieką, na którą zasługiwała? Umościł się wygodniej na jej piersi, naprawdę potrafiła słuchać.
- O tak - powtórzył po niej, układając palce w bliźniaczym geście. Sformułowania powielały się na dalszych stronach, parę wskazówek pozwoli mu skuteczniej czytać kolejne kartki. Niedbale, ze zniechęceniem, odłożył różdżkę na stół przed nimi. - A pavor veneno? Gest jest prosty, ale inkantacja długa - gdzie powinien leżeć akcent? pavor veneno? Pavor... Pavor... - próbował, raz po razie kalecząc inkantację, nie podniósł przy tym głowy. - Nie wiem - odpowiedział szczerze na jej pytanie. - Chyba... chyba trochę boję się tego, co się dzieje. Odkąd w Tamizie zaczęła płynąć krew zamiast brudnej wody... Kiedy.... Jeśli mieli kiedyś po mnie przyjść, chyba nie chcę być bezradny. I chyba nie chcę więcej usłyszeć, że nie będę w stanie zapewnić komuś bezpieczeństwa - Trwała wojna, wojna, która mogła sięgnąć każdego. Nie wiedział jak, nie wiedział kiedy, wobec nauki był całkiem bezradny: ale wiedział też, że musi to zrobić. - Nie lubię przemocy - wyznał szczerze, ciepło jej ciała i przyjemny dla ucha głos skłaniały do wyznań. - Nie chcę jej używać. Ale jeśli będę musiał... Pomożesz mi? Kiedy czytam, mam wrażenie, że literki mieszają mi się przed oczami, przewracam strony i nie pamiętam, co było dalej, wracam od rozdziału do rozdziału, i im więcej czytam, tym bardziej to wszystko wydaje się mętne - poskarżył się ze zrezygnowaniem. - Jak ty się tego nauczyłaś? - zapytał, może miała wskazówki, które mogłyby pomóc i jemu?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]28.06.21 20:46
Jego spostrzeżenie było słuszne i Rain faktycznie się nad nim zastanowiła. O tej kwestii rzadko myślała, perspektywa płynięcia, spędzania czasu z kamratami na piciu i śpiewach, pociągała ją bardzo. Nigdy nie była na morzu, nigdy nie płynęła oceanem. Im dłużej trwała ta sytuacja w Londynie, tym bardziej chciała się stąd wyrwać. Daleko stąd. Nawet na dno oceanu.
- Tak. A przynajmniej na to liczę. Wiesz Marcel, nie dowiem się nigdy, jeżeli nie spróbuję – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Jeżeli nie spróbuje, to nie dowie się niczego. Przez całe życie siedziała w tym porcie, nigdy nie stanęła na statku przez głupie przesądy. Gdyby postawiła na swoim, być może już dawno by jej tu nie było. Londyn powoli przestawał być tym miejsce które znała i kochała. Jak miała tu dalej żyć? Funkcjonować? Wychwyciła jego spojrzenia, gdy mówiła. Gdy patrzył w bok zastanawiając się jak daleko to wszystko zajdzie. Jak spojrzał na nią gdy mówiła o niezwykle ważnym pieniądzu. Bez pieniędzy była nikim w tym świecie i oboje dobrze o tym wiedzieli.
Gdy zmienili temat tym razem to ona słuchała go uważnie, jak opowiadał o swoim ojcu. Bardzo ją to zainteresowało, to co mówił o jego umiejętnościach. Wiedziała, że nie była jedyną, która takie zdolności posiadała, z paroma takimi osobami nawet kiedyś współpracowała. Nie każdy miał sumienie. Hux nigdy nie ruszyłaby swoich, inni potrafili zaatakować własne dziecko. Przeklęła pod nosem.
- To bardzo silna magia, legilimencja – powiedziała cicho. – Bardzo niebezpieczna i mało kto potrafi poddać się sile czarodzieja. Nie idź więcej do niego Marcel, to niebezpieczne.
Chwyciła go za dłoń. Bardzo ją to zmartwiło. Musiało boleć. Wiedziała, że to boli, jak mocno boli. Chciałaby powiedzieć, że nie była w stanie wyobrazić sobie tego co Marcel czuł. Ale była w stanie. Chociaż ojca nie znała, to matkę posiadała. I również mogła nazwać ją gnojem. Kupą gnoju.
- Boli mnie, że tam odeszła – powiedziała cicho. – I trudno mi zaakceptować fakt, że tam może być bezpieczniejsza. Nie ufam im, a nie mam nad tym kontroli. Czułam się lepiej jak miałam ją u swojego boku. Także ja również się o nią martwię…
Oczywiście, że umiała słuchać. Słuchać, szukać odpowiedzi, doradzać. Gładziła lekko Marcela po głowie, pozwoliła mu wyrzucić z siebie wszystkie żale. Ale wiedziała, że z dnia na dzień będzie lepiej. W końcu o niej zapomni, zrozumie, że ta kobieta nie była dla niego skoro nie była w stanie dostrzec w nim tego czegoś.
- A to musisz sobie przypomnieć, wrócić do wcześniejszego podręcznika, na temat akcentowania. Trzeba sprawdzić jakiego pochodzenia jest to słowo, na przykład łacińskie czy hiszpańskie. Pavor veneno jest chyba hiszpańskie – wyłożyła mu, jakby faktycznie była teraz profesorem w Hogwarcie. – Zobacz pavor veneno. Pa-vor, dwie sylaby więc na drugą sylabę. Ve-ne-no, tu mamy zakończenie samogłoską, więc na przedostatnią sylabę. Pavor veneno.
To był poważny temat. Pomyślałaby, że jest głupcem gdyby się nie bał. Ona również się bała. I rozumiała, że może czuć się bezbronny. Nie skończył Hogwartu, nie wszystko potrafi. Trochę wiedzy mu brakuje.
- Jestem pewna, że byś sobie poradził. Nie tylko to ile zaklęć umiesz tworzy z ciebie czarodzieja, ale też jak je wykorzystujesz. Spryt, myślenie. A w tym jesteś całkiem dobry. Też się boje, nie jesteś w tym sam – uśmiechnęła się do niego lekko. – Oczywiście, że ci pomogę. Tylko chodźmy gdzieś indziej bo jak stary Boyle wyskoczy na mnie, że nie pracuję, to ty mu się będziesz tłumaczyć. Jak się nauczyłam? – wzruszyła ramionami. – A boja wiem, to dawno było.
Śmiejąc się pod nosem zaprowadziła go w miejsce gdzie będą mieli cisze i spokój. Gdzie będą mogli poćwiczyć dalej i dokończyć jeść mandarynki z musztadrą.


zt


There’s nothing wrong with being bad
You know that’s what you like about me
Just run your fingers down my back
Go ‘head and feel up on my bodyooh baby
Rain Huxley
Zawód : Portowa dziwka, informatorka
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 9 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5603-rain-huxley https://www.morsmordre.net/t5628-poczta-rain#131770 https://www.morsmordre.net/t5627-it-can-t-rain-all-the-time#131769 https://www.morsmordre.net/f121-dzielnica-portowa-welland-street-5-12 https://www.morsmordre.net/t5630-skrytka-bankowa-nr-1380#131776 https://www.morsmordre.net/t5629-rain-huxley#131774
Re: Kącik pokerowy [odnośnik]11.08.21 20:12
Uśmiechnął się pokrzepiająco do Rain, nie wiedząc, jakich słów użyć, by jej odpowiedzieć; zgadzal się z nią, Grimmuald Place nie było bezpiecznym miejscem dla takich jak oni. Pewnie wynagradzali służbę, pewnie hojnie, ale jak ich właściwie traktowali? Ile groziło ślicznej Celine? Nie wątpił, że kiedy się znudzi, kiedy błyśnie, piękniejsza od pani domu, może zostać wypędzona na bruk, dokładnie tak jak z tego pięknego baletu. Martwił się o nią, wydawało mu się, że ułożyłaby sobie życie lepiej, wygodniej, gdyby została w biedzie, z dala od tych ludzi, wśród takich, którym na niej szczerze zależało. Co ją zwabiło? Obietnice pieniędzy? Każdemu tutaj brakowało knuta, ale nie one były w życiu najważniejsze.
- Wszyscy się martwimy - odpowiedział bez przekonania, chcąc w jakiś sposób wesprzeć Rain. Jakikolwiek, tak jak potrafił, nie miał dla niej nic więcej, nic lepszego. Zgadzał się z nią, Celine błądziła. Ale nikt nie potrafił otworzyć jej oczu. Nikt nie potrafił do niej dotrzeć. Nie chciała słuchać nikogo, pięknie mówiła o swojej pani. Była jej całkowicie oddana. Zaufała jej. Wszyscy tutaj, wszyscy, którzy ją znali, wiedzieli, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Miał tylko nadzieję, że zawód będzie najgorszym, co ją spotka. Albo - że oni wszyscy się mylili, a to Celine miała rację.
- Pa-vor - powtórzył po niej bez przekonania, ale z zapałem, starając się naśladować jej akcent. Nie znał nikogo, kto wiedziałby więcej od niej - chciał skorzystać z jej wiedzy. - Ve-ne-no - powtórzył po niej; zbierając się, by powtórzyć inkantację płynniej. Nie sięgnął po różdżkę, żeby nikomu nie zaszkodzić. - Pavor veneno - powtarzał dalej, z zastanowieniem. - Pavor veneno... - starając się naśladować położony przez nią akcent - wywierając go na tej samej sylabie. Powinien chwycić różdżkę i spróbować to zrobić dokładniej, ale w tym momencie - nie był w stanie. - Dzieki za pomoc, Rain! - zawołał, zrywając się na nogi; jeśli tylko miała czas przećwiczyć z nim to w praktyce - musiał i chciał z tego skorzystać. Samemu trudno mu było skupić się nad książkami, nie wszystko zresztą potrafił zrozumieć sam. Miał sporo zaległości, nadrabianie ich nie było niczym prostym. - Może w rzygowniku? - zastanowił się, porywając ją na zaplecze, gdzie mogli - do akcentów - dołączyć gesty i spróbować rzucić parę prostych, a nawet trudniejszych zaklęć.

zt


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Kącik pokerowy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach