Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Maleńki ogródek
AutorWiadomość
Maleńki ogródek [odnośnik]26.04.20 18:40
First topic message reminder :

Maleńki ogródek

Chatka Charlie znajduje się na uboczu, w pewnym oddaleniu od centrum Oazy i największego skupiska chat. Alchemiczka ceni sobie bowiem ciszę i spokój, dlatego zdecydowała się zamieszkać w jednej z bardziej odosobnionych chatek. Niedużą przestrzeń wokół niej postanowiła zagospodarować i zasadziła tam rośliny, głównie zioła do eliksirów i ziołowych naparów. Tuż obok ściany domku stoi nieduży stół i kilka starych krzeseł, każde z innego kompletu. To dobre miejsce, by przysiąść i porozmawiać w towarzystwie, ilekroć ktoś z Zakonników lub mieszkańców Oazy wpadnie zamówić u niej eliksir lub po prostu porozmawiać.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton

Re: Maleńki ogródek [odnośnik]01.12.20 14:10
Nie chciałaby, żeby Anthony czuł się źle, dlatego obiecywała sobie, że nie powie mu, co do niego czuje. Bała się, że wtedy postanowiłby zerwać z nią kontakt i nigdy więcej by go nie ujrzała. Poza tym tak było po prostu lepiej, kiedy nie wiedział i nie musiał czuć się winny. Wspólne szczęście nie było im pisane, to tylko jej głupie serce wyrywało się do niego. Znowu, mimo że przecież przez ponad trzy miesiące się nie widywali i łudziła się, że zauroczenie skończyło się na dobre.
Jej życie w ostatnich miesiącach bardzo zmieniło się na gorsze. Była zmuszona uciec z Kornwalii, porzucić pracę, a jej bliscy musieli wyjechać z kraju, by nikt nie skrzywdził ich przez fakt pokrewieństwa z poszukiwaną zbrodniarką. List gończy napiętnował ją, wydobył z cienia i sprawił, że każdy napotkany poza Oazą czarodziej mógł ją sprzedać za obiecane przez ministerstwo galeony. A gdyby tego nie zrobił, to sam byłby w niebezpieczeństwie. Dlatego nie wychodziła z Oazy, bo tak było lepiej dla niej i dla innych. Stała się dokładnie tym, czym byli inni mieszkańcy, uchodźczynią przed złym systemem skazaną na opiekę Zakonu Feniksa, bo sama nie potrafiła się obronić przed wrogami.
Dawniej była zwyczajną alchemiczką z Munga. Nigdy nie miała prawdziwych wrogów, bo zawsze była na tyle zachowawcza, neutralna i wręcz nijaka, że nikt, ani w szkole ani już po niej, nie widział w niej atrakcyjnego celu. Nie wychylała się, nie angażowała w cudze konflikty, pilnowała swojego nosa i póki tak postępowała, wszystko było dobrze. Dopiero naiwne zaangażowanie się w Zakon Feniksa, czy raczej jego dawne i mylne wyobrażenie, wpakowało ją w tarapaty i zniszczyło jej życie.
- Tu jest zbyt tłoczno i za mało tu piękna natury, bym mogła czuć się jak w domu – przyznała szczerze. Nigdy nie lubiła żyć w zatłoczonych miejscach, nawet przedmieścia Londynu były już męczące, a co dopiero Oaza pełna coraz bardziej stłoczonych chatek. Wychowana na obrzeżach małej wioski Tinworth, w domku przy wydmach Charlie przywykła do mieszkania w odosobnieniu, blisko natury. I teraz bardzo jej brakowało tego, co znała z Kornwalii, czyli bliskości przyrody oraz możliwości spacerów w zupełnej samotności, słuchając szumu morza i szelestu wydmowych traw niezmąconych ludzkimi głosami, które w Oazie niosły się od świtu do nocy. – Gdybym tylko miała inny wybór, nie chciałabym zamieszkać tu na stałe, ale cóż… oni zmusili mnie do tego, z niezrozumiałego dla mnie powodu umieszczając moją twarz na tych paskudnych listach.
Ona jako jedyna spośród poszukiwanych nie walczyła. Tylko warzyła eliksiry, nie wychylała się, a wrogowie jakimś cudem dowiedzieli się o jej przynależności. Byłej przynależności, ale wycofała się zbyt późno, by mogło ją to ocalić i umożliwić powrót do normalnego życia. O ile istniało normalne życie dla ludzi, którzy nie wierzyli w ideologię czystej krwi i nie chcieli się godzić na przelewanie tej uważanej za „brudną”.
Ale wizyta Anthony’ego bardzo ją ucieszyła, zwłaszcza że rzadko miała gości, jeśli nie liczyć paru sąsiadek, które czasem przychodziły przynieść jej coś do jedzenia w zamian za fiolki z eliksirami lub korepetycje dla dzieci. Dobrze, że tu był i że wpadł dopiero teraz, kiedy zdążyła się trochę ogarnąć, więc nie musiał oglądać tego, co prezentowała sobą na początku życia w Oazie.
- Nawet tak nie mów, Anthony – obruszyła się trochę o jego słowa, przejęta myślą, że mógłby umrzeć. - Cieszę się, że u Rii wszystko w porządku. Jej też bardzo dawno nie widziałam. Pozdrowisz ją ode mnie? – Choć Ria zasadniczo zabrała jej ukochanego, Charlie dobrze jej życzyła, bo wiedziała, że jest ważna dla Anthony’ego. Poza tym sama też lubiła Rię, no i nie należała do ludzi, którzy źle życzą innym. Cieszyło ją szczęście Anthony’ego. To dobrze, że miał przy sobie kogoś takiego jak ona, kobietę nie tylko dobrą, ale i odważną.
Znaleźli się w chatce. Anthony od razu usadowił się z kotem na kolanach, co wywołało na twarzy Charlie uśmiech i poprawiło jej humor. Najpierw zebrała wszystkie wrzosy z koszyka i włożyła je do wazonu z wodą, by nie zwiędły, i później także gdzieś usiadła, a inny kot sam wskoczył na jej kolana. W pomieszczeniu zaczął rozchodzić się subtelny zapach kornwalijskich kwiatów, przywodzący na myśl dom. Do dopełnienia obrazu brakowało jeszcze woni wydmowej trawy oraz morza, bo choć w Oazie o morski zapach nie było trudno, to miała wrażenie, że pachniało inaczej niż to, u brzegu którego się wychowała. Choć może tylko jej się wydawało.
- Tak, ciężko stąd wychodzić, zwłaszcza kiedy nie potrafiłoby się wejść z powrotem bez czyjejś pomocy. Znam tu niektórych, mieszka tu też kilku Zakonników, ale nie chcę być dla nikogo ciężarem i kłopotem, więc nie proszę o zabieranie na zewnątrz. Oddałabym naprawdę wiele, żeby móc żyć w Kornwalii, ale dopóki wojna się nie skończy, nie będzie to możliwe – westchnęła tylko, zazdroszcząc tym, którzy poszukiwani nie byli. Ale tak na dobrą sprawę każdy, kto nie popierał jawnie władzy, mógł być zagrożony w świecie na zewnątrz. – Minusów życia w Oazie jest niestety znacznie więcej niż jeden. Choćby to, że tak naprawdę chyba żadne z nas nie jest tu z wyboru, a z konieczności. I każdy wolałby wieść normalne, zwyczajne życie na zewnątrz, bez strachu przed wojną i bez poczucia bycia zależnym od Zakonu. – Charlie czasem to doskwierało. To, że nie mogła chodzić tam, dokąd chciała i robić to, czego chciała. Była zależna od innych praktycznie pod każdym względem, bo jako osoba poszukiwana musiała się ukrywać, zresztą nikomu nie byliby na rękę mieszkańcy Oazy wychodzący sobie z niej co chwilę i narażający to miejsce na wykrycie. Wszyscy jechali teraz na tym samym wózku. – Wiesz, czasami naprawdę tego miejsca nienawidziłam, zwłaszcza na początku. Dopiero z czasem… no cóż, chyba zaczęłam się przyzwyczajać do tego, że muszę tu żyć. Trzeba cieszyć się nawet z małych rzeczy, prawda? Choćby z tego, że wciąż żyję i że wy też żyjecie. W tych czasach nic już nie jest takie oczywiste. A dom i pracę mogę jeszcze odzyskać, kiedy wojna się skończy.
W maju, czerwcu i lipcu była obrażona na cały świat o to, że rzucił jej pod nogi tyle kłód i że musiała ukrywać się w Oazie zamiast żyć tak jak do tej pory. Dopiero z czasem zaczęła podejmować próby oswojenia się ze swoim położeniem, bo mogła tu spędzić jeszcze wiele lat, więc nie powinna się samoumartwiać, bo krzywdziła tym tylko i wyłącznie siebie.
- Odeszłam z Zakonu. Nadal dostarczam eliksiry każdemu, kto tego potrzebuje, ale nie noszę już statusu Zakonniczki. I tak sobie czasem myślę, że gdybym zrezygnowała odpowiednio wcześniej… Może dzisiaj moja twarz nie pokrywałaby połowy Londynu? – zastanowiła się. Nie wiadomo, kiedy i jak wróg się o niej dowiedział. Może ktoś ją wydał, celowo lub zupełnym przypadkiem, a może dowiedzieli się inaczej mimo że zawsze uważała i w Mungu nie manifestowała swoich poglądów, zachowując się neutralnie i asekuracyjnie, by nie podpaść. Tak naprawdę Zakon nie był dla niej. Może kiedyś, kiedy wszyscy jeszcze byli grupą wspierających się i dzielących swoimi talentami przyjaciół, ale nie w czasach, kiedy zaczęła się prawdziwa wojna i stali się żołnierzami. Ona do tego nie pasowała. Nie potrafiła i nie chciała walczyć. Oszukiwała samą siebie, próbowała podejmować się dostosowanych do jej umiejętności misji, ale później, kiedy zobaczyła list gończy, to ją zwyczajnie przerosło. Mimo swojej rezygnacji wciąż wyznawała te same wartości, ale aktywną walkę o nie pozostawiała innym. Nie była gotowa ginąć za żadną, nawet najwspanialszą ideę. Ale niektórzy najwyraźniej byli.
- Słyszałeś o Justine? – zapytała nagle. Miała nadzieję, że Anthony powie zaraz, że to nieprawda że ją złapali i że to tylko ktoś w Oazie puścił taką plotkę, oby mylną. Sama myśl o Just w rękach wroga była zbyt straszliwa, by chcieć w nią wierzyć.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]02.12.20 15:48
Jej pesymistyczne podejście do obecnej sytuacji sprawiło, że wyraźnie się zmartwił. Nie chciał, żeby czuła się źle. Nie mógł jej tego zakazać, ale doskonale wiedział, że nie prowadziło to do niczego dobrego. Rozumiał, że sytuacja nie była dla niej korzystna. Każdy obecnie miał swoje bolączki przez które musiał przebrnąć. Jakoś, z pomocą bliskich i przyjaciół. Przyglądał jej się uważnie, jak gdyby chcąc dostrzec coś więcej z jej mimiki. Ten stan przecież nie mógł trwać długo. Każda wojna mijała, prędzej czy później.
Nie będziesz tutaj mieszkać na stałe – zapewnił ją i nawet pochwycił jej dłoń na chwilę, w geście dodania jej otuchy. Musiała starać się myśleć pozytywnie. Takie nastawienie nie było jej od pomocy. Doskonale o tym wiedział, bo przeszedł przez okres wieloletniego smutku i rozpaczy. Nawet nie pomyślał o tym, że taki gest mógłby zostać odebrany dwuznacznie, ani że w ten sposób mógłby tylko sprawić większą przykrość. – Obiecuję, że ich załatwimy – dodał i ścisnął jej dłoń ponownie, jak gdyby w ten sposób chciał podkreślić wagę swoich słów.
Gdyby tylko już teraz mógł dorwać Malfoya i tych przeklętych popleczników Voldemorta. Gdyby tylko mógł ściąć im te przeklęte łby. Gdyby tylko istniała tak łatwa ścieżka poradzenia sobie z czarnoksiężnikami! Miał wiele powodów dla których mógłby rzucić im porządną Bombardą Maximą prosto w twarz.
Podniósł kota na wysokość swoich oczu, co by to przyjrzeć się mu lepiej. Zwierzę jednak nie było zadowolone z takiej pozycji. Podrapał go za uchem, żeby go uspokoić i z powrotem usadowił na swoich kolanach. W tym samym momencie Charlene oburzyła się na jego słowa o śmierci. Spojrzał na nią zaskoczony. Nie chciał jej urazić. Taka była kolej rzeczy. Walczył, więc istniała możliwość, że pewnego dnia zwyczajnie umrze, w walce lub w więzieniu. Wszystko było możliwe. Byleby nie pociągnął za sobą żony. Uśmiechnął się skromnie, jak gdyby próbując złagodzić słowa, które wcześniej padły z jego słów.
Nie będę – zgodził się z nią. Nie zamierzał dyskutować ani sprawiać jej przykrości. Może miała rację, że nie należało tak mówić, kto wie może to przynosiło pecha. Nie zmieniało to jednak faktu, że zwyczajnie pogodził się ze swoimi myślami. – Pozdrowię. Też masz od niej pozdrowienia.
Kłamał, ale dla dobra przyjaciółki, bo chciał żeby poczuła się lepiej. W rzeczywistości Weasleyówna wcale jej nie pozdrowiła. Wiedziała tylko tyle, że Anthony udał się Oazy i nic poza tym. Nie chciał jej mówić o tym, że chciał zwrócić do Charlene. Nie, kiedy wiedział, że Ria niegdyś (a może i nawet teraz) myślała, że między nim a panną Leighton kiedyś „coś” było. Wciąż pamiętał słowa swojej żony, które padły przy huśtawkach na ślubie Ollivanderów. A wszystko przez to, że na zeszłym Festiwalu Lata postanowił wyłowić wianek przyjaciółki, a potem z nią zatańczyć. Milczał więc, bo nie chciał, żeby niewinny rudzielec zaśmiecał sobie głowę nieszlachetnymi myślami o zdradzie, która w ogóle nie istniała.
Mam nadzieję, że spodoba ci się whisky – zaznaczył, kiedy zauważył, że czarownica wyciąga wrzosy z koszyka. Była to drobna sugestia, żeby zwróciła uwagę na butelkę. Chciał wiedzieć czy wybrał dobrą butelkę. A wybrał ją osobiście i to taką, która nie była zbyt mocna i nie gryzła tak mocno w gardło jak pozostałe whisky.
Na problem wychodzenia istniało jedno wyjście. Uśmiechnął się niewinnie. Nie musiała prosić przecież „kogoś” i być „ciężarem”, którym zapewne nie była. Istniało przecież tak proste rozwiązanie tego problemu! Jednak dalsza część słów blondynki ponownie go zasmuciła. Rozumiał jej ból. Nikt nie lubił być zmuszany do czegokolwiek, szczególnie do zmiany miejsca zamieszkania. Każdy też chciał końca wojny. Musiała po prostu przez nią przetrwać, zacisnąć zęby. Nie będzie przecież mieszkać tuta do końca życia. Jeszcze tylko trochę.
Charlene – zaczął, ale musiał jeszcze zebrać swoje myśli i dobrać odpowiednie słowa do swojej odpowiedzi. – Jeżeli kiedykolwiek będziesz chciała przejść przez portal, powiedz mi – zaczął od tej kwestii. To, co zrobiła dla niego blondynka po Stonehenge zobowiązywało go do zwrócenia jej pomocy. Nie byłoby to dla niego żadnym problemem. I tak pojawiał się tutaj z pomocą od lorda Sorphona. – A wojna minie szybko. Obiecuję. Ważne jest to, że na tę chwilę żyjemy i jesteśmy zdrowi, i cali – uśmiechnął się szeroko.
Prawda? Sam chciał w to wierzyć. Cieszył się każdym przeżytym dniem, jak nigdy wcześniej. Zwyczajnie zrozumiał, że nie było najmniejszego sensu w rozpaczaniu i załamywaniu się nad tym, co się stało. Cieszył się tym, że mógł jeszcze podziwiać zachód słońca, piękno żony, rodzinną atmosferę, że mój walczyć w imieniu tych, którzy nie mieli na to siły, że mógł pojawić się na chwilę w Oazie i odwiedzić swoją zdolną przyjaciółkę.
Może jednak napijmy się tej whisky, którą przyniosłem – zaproponował. Alkohol zawsze był dobrym rozwiązaniem na bardzo nieprzyjemne sytuacje i ciężkie do rozgryzienia problemy. – Albo… – zmienił jednak zdanie i wyciągnął swoją piersiówkę. – Ta jest mocniejsza.
Widział, że największym problemem dla niej było to, że była na plakatach. Nikt nie chciał na nich być, ale zdarzyło się. Nie mogli niczego zmienić, musieli z tym żyć. Poplecznicy Voldemorta zrozumieli kto stał po której stronie. Może było i w tym coś dobrego. Niektórzy mieszkańcy chcieli im przecież pomóc, a teraz wiedzieli komu konkretnie. Widział to na przykładzie drużyn Quidditcha. Zjednoczeni i Jastrzębie okazali się być jednymi z niewielu drużyn, które nie przebierały w słowach.
Przynajmniej dali tobie ładne zdjęcie, nie to co moje – zażartował. Być może żart nie był na miejscu, ale zwyczajnie próbował ją rozweselić. Starał się. – I to z podróży, zabawne. Ciekawe skąd je wytrzasnęli.
Pytanie o Justine sprawiło, że spoważniał. Słyszał, co się stało. Czytał o tym co się stało. Nie znał jej tak dobrze jak inni, ale był wściekły na to, co spotkało jej towarzyszkę broni. Zerknął na kota, który nagle stał mu się drobnym ciężarem. Pogłaskał go raz jeszcze za uchem i odstawił na podłogę. Przytaknął, choć był wyraźnie niezadowolony i jakby zły.
Przeklęci bastardzi – syknął jedynie. – Jak tylko spotkam tego Goyle’a to mu odetnę te parszywe dłonie.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Maleńki ogródek - Page 3 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]03.12.20 1:56
Po tylu nieszczęściach trudno było zachować optymizm. Jakby nie wystarczyło utraty ukochanej siostry, los postanowił odebrać jej jeszcze więcej. W dodatku szalejąca poza Oazą wojna nie napawała radosnymi myślami. Budziła raczej strach i niepokój nie tylko o siebie, ale i o każdą znajomą osobę. Popadła w depresję, w której tkwiła już od marca i która nadal nie ustąpiła, choć aktualnie było trochę lepiej niż jeszcze kilka tygodni temu. A obok niej nie było tych najbliższych ludzi. Nie było Very ani rodziców. Osamotnienie dodatkowo potęgowało kiepski stan jej psychiki, w żaden sposób nie przygotowanej na takie doświadczenia.
Dawniej pogodna, miła i optymistyczna dziewczyna dziś była wrakiem dawnej siebie. Wymizerowaną, bladą i smutną młodą kobietą o znękanym spojrzeniu podkrążonych oczu, choć przy Anthonym starała się przykleić do twarzy uśmiech i wyglądać jak najbardziej po staremu. Nie chciała go martwić. Nie chciała, by jej depresja udzieliła się i jemu.
- Nie chciałabym. Zresztą, pewnie nikt by nie chciał. To miejsce jest wciąż… prowizoryczne. Nikomu nie zastąpi utraconego domu i bliskich – pokiwała smutno głową. Nie tylko ona kogoś straciła. Wiele rodzin żyjących w Oazie było rozdartych. Niektórzy trafili tu pojedynczo, bo wszyscy ich bliscy zaginęli lub byli martwi.
Nie zdawała sobie sprawy z okrutnych myśli Anthony’ego, ale czasami, zasypiając w nocy, sama przyłapywała się na tym, że chciała, aby sprawcy krzywd ich wszystkich odpowiedzieli za swoje czyny.
- Tak bardzo chciałabym, żeby już nikt z was nie umierał – szepnęła do niego zmartwionym głosem. Przerażała ją myśl, że Anthony mógł umrzeć. Choć wiedziała, że nigdy nie miał być jej, myśl o jego śmierci była… po prostu straszna. Na swój sposób wciąż go kochała, a jego strata rozdarłaby jej serce jeszcze bardziej niż jego ślub. Niemniej jednak Zakonnicy wciąż umierali lub znikali. Do imienia Very na pomniku pamięci dołączały kolejne. Nie tak dawno opłakiwali utratę Bertiego. Kto będzie następny? Wolałaby, żeby na pomniku nie pojawiały się już żadne imiona.
Uśmiechnęła się blado, nie zdając sobie sprawy z tego, co Ria mogłaby myśleć o tym, że Anthony ją odwiedził.
- Możemy spróbować jej od razu, co ty na to? – zaproponowała. Po wyjęciu z koszyka wszystkich wrzosów odsłoniła butelkę, w której znajdował się połyskujący bursztynowo płyn. Postawiła ją na stoliku obok wazonu z wrzosami, przywołała zaklęciem także dwie nieduże szklanki, bo kieliszków nie miała. Jej chatka była skromnie wyposażona, brakowało w niej wielu wygód. – I… naprawdę chciałbyś mnie kiedyś zabrać… na zewnątrz? – zapytała. Pytanie tylko, dokąd mieliby się udać, skoro oboje byli poszukiwani? Dla każdego napotkanego czarodzieja oboje wyglądaliby jak kusząco podzwaniające chodzące worki galeonów. Chyba mogliby co najwyżej posnuć się po jakichś pustkowiach, gdzie nie sposób było natrafić na czarodziejów. Ale nawet coś takiego dobrze by jej zrobiło. – Im szybciej ta wojna się skończy tym lepiej dla nas… Oby tylko niewinni nie ucierpieli przy tym bardziej, niż już cierpią. – To ją martwiło. Przejmowała się bardzo śmiercią i zniszczeniem, nie chciała żeby świat tak wyglądał.
Zgodziła się na to, żeby napić się z Anthonym. Może dobrze im to zrobi na przepędzenie smutków.
Bycie na plakatach było dla niej problemem i, z początku, także bardzo przykrym szokiem. W końcu przez całe życie była zwyczajną obywatelką, która przestrzegała prawa i wiodła całkowicie uczciwy i przeciętny żywot, miała też zupełnie zwyczajną pracę nie mającą nic wspólnego z zagrożeniem (mógł jej grozić co najwyżej wybuch kociołka), a tu nagle z dnia na dzień stała się poszukiwaną przestępczynią, za której głowę wyznaczono nagrodę. Kompletnie tego nie pojmowała, było to niemal abstrakcyjne, tym bardziej, że w przeciwieństwie do reszty nie zrobiła właściwie nic, czym mogłaby sobie zapracować na umieszczenie tam. Anthony wraz ze Skamanderem zniszczyli Stonehenge i doprowadzili do śmierci kilkunastu konserwatywnych czarodziejów, Percival zdradził swój ród, Prewettowie byli znani z jawnie promugolskich poglądów, Ben, Hannah, Justine i cała reszta aktywnie walczyli i mogli zostać rozpoznani przez wroga – ale ona działała tak bardzo zakulisowo jak tylko można było, dbając o to, by nikomu nie podpaść. Jako że żyła tak zwyczajnie i nijako, nie miała pojęcia o żywocie osoby wyjętej spod prawa, w dodatku nie potrafiła walczyć, a skoro tego nie potrafiła, to musiała się ukrywać. Gdyby nie istniała Oaza, to niechybnie czekałoby ją pędzenie żywota bezpańskiego kota i jedzenie myszy. Z dwojga złego wolała Oazę.
Wspomnienie o zdjęciach było ledwie prześlizgnięciem się po powierzchni problemu, ale było zaskakująco... przyziemne i pozornie beztroskie, zupełnie jakby rozmawiali o czymś normalnym, a nie o paskudnych listach gończych piętnujących ich, normalnych i uczciwych ludzi, jako groźnych przestępców. Czasem trzeba było spłycać pewne rzeczy, sprowadzać je do żartu lub lekkiej wspominki, żeby zupełnie nie oszaleć. Może powinna się tego nauczyć od Anthony'ego?
- Taak… Sama nie wiem, skąd je mieli, to zdjęcie zostało zrobione krótko po tym, jak skończyłam Hogwart. Może wysłał im je ktoś z moich byłych już znajomych, dla kogo współpraca z ministerstwem okazała się cenniejsza niż relacja ze mną? – Byłych, bo Charlie od czasu publikacji listów nie utrzymywała kontaktu z nikim z dawnego życia, z nikim kto nie należał do grona Zakonników, sojuszników oraz mieszkańców Oazy. Nie wiedziała w końcu, komu ze starych znajomych ze szkoły czy dawnej pracy może teraz ufać, więc na wszelki wypadek wolała bez słowa uciąć wszelkie kontakty. Nie chciała też narażać tych ludzi na problemy, gdyby ktoś dowiedział się o ich kontaktach z nią. – A może zabrali je z moich akt z Munga? Dobrze, że figurował tam mój stary adres z Londynu, gdzie nie mieszka nikt mi bliski. – Nie wiedziała, kto teraz tam mieszkał, ale była pewna, że tamto miejsce zostało już starannie sprawdzone i przeszukane od piwnic po dach. O kornwalijskim domu prawie nikt nie wiedział, zamieszkała w nim już po ucieczce z Londynu i rzuceniu pracy w Mungu, więc powinien być bezpieczny, ale Charlie i tak na wszelki wypadek wolała wynieść się do Oazy. – Za Mungiem też tęsknię. Chciałabym kiedyś znowu normalnie pracować jako alchemik, rozwijać się. Obecnie warzę eliksiry dorywczo, częściej za jedzenie niż za pieniądze, bo tu, w Oazie, nie są one najważniejsze, zresztą większość mieszkańców ich nie ma. – W tym miejscu najcenniejszym zasobem było jedzenie oraz inne niezbędne do życia produkty. Jej standard życia znacznie się obniżył, bo choć nigdy nie była bogata i zawsze żyła dość skromnie, to jednak nie narzekała też na niedobory. Teraz zdarzały się dni, kiedy musiała żywić się czerstwym chlebem z masłem, bo nie zawsze miała produkty na skombinowanie choćby prostego obiadu. Ale z powodu depresji i tak jadała mniej niż kiedyś.
Zmartwiły ją słowa Anthony’ego. Liczyła na to, że zaprzeczy, uspokoi ją że to plotki, ale… chyba tak nie było.
- A więc to prawda, że oni ją…? – urwała, nie kończąc pytania, bo coś ścisnęło jej gardło. Nigdy nie była blisko z Just, nie była nawet pewna czy kiedykolwiek miały okazję dłużej porozmawiać, ale i tak przejęła się jej losem. Zwłaszcza, że miała okazję poznać Michaela i pomagać mu w zakresie eliksirów, poznała też Kerstin, miłą charłaczkę która pomagała w lecznicy Alexa nim Charlie zmuszona była z niej odejść. Jak oni to znosili? Sama wiedziała, jak okropne jest zniknięcie siostry i niewiedza odnośnie jej stanu. – Dlaczego? Co tam się właściwie stało? – zapytała cicho, nie rozumiejąc zbyt wiele. W końcu od tygodni nie opuszczała Oazy, więc jej pojęcie o wydarzeniach w świecie na zewnątrz było marne.
Choć może lepiej byłoby pewnych rzeczy nie wiedzieć?




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]04.12.20 12:24
Westchnął ciężko. Rozumiał o czym mówiła. Domy w Oazie z całą pewnością nie przypominały tych z Puddlemere, ani tym bardziej jego domu. Nie było w nich przepychu i być może dlatego wydawały się czymś ciekawym i interesującym dla Anthony’ego. Trochę tak, jak gdyby znowu znalazł się w podróży. Musiał jednak przyznać przed samym sobą, że pomimo skromności były o wiele ładniejsze od tych, które widział na Wschodzie. Tamte często były zniszczone przez mugolską wojnę i nikt nie miał pieniędzy, żeby ich odbudować. Nie chciał jednak załamywać panny Leighton opowieściami ze swoich podróży. A właściwie opowieściami ludzi, których spotykał na swojej drodze. I tak była wystarczająco w złym humorze. Musiał wymyślić coś, co odwiodłoby jej myśli na inny tor.
Jeżeli chcesz, mogę pomóc tobie z ogródkiem – zaproponował. Zawsze mógł znaleźć trochę czasu wolnego, a przynajmniej miał taką nadzieję. Co jak co, ale na roślinach akurat się znał. Nie był ekspertem, ale zdecydowanie był w stanie zadbać i pomóc kwiatom. Podejrzewał, że taka forma mogłaby odrzucić choćby na kilkadziesiąt minut złe myśli przyjaciółki.
Jej kolejne słowa sprawiły, że na chwilę spojrzał na nią zaskoczonym spojrzeniem. Nie mógł obiecać niczego. Najchętniej trzymałby się jak najdalej wojny, ale nie mógł. Nie w takich okolicznościach. Wiele porządnych osób zmarło i to w krótkim czasie. Nie mówiąc o tych przeklętych zdrajcach, którzy uważali się za godnych. Phi. Chciał jej jakoś odpowiedzieć i to tak, żeby nie męczyły ją złe myśli. Miał jednak wrażenie, że zwyczajnie nie potrafił zebrać odpowiednich słów. Zamilknął i spoglądał na kota.
Jasne – odpowiedział już radośniej, kiedy Charlie postanowiła sięgnąć po butelkę. – I tak, nie byłoby w tym problemu. Tylko musiałabyś mi dać znać kiedy chciałabyś wrócić do Oazy – wyjaśnił. Propozycja przejścia przez portal wydawała mu się na miejscu. Nie chciał jej jednak śledzić, bo przecież mogła chcieć załatwiać jakieś osobiste sprawy. Byleby tylko nie wchodziła do miejsc, gdzie mogli znaleźć się Rycerze. – Jeżeli tylko byś chciała, daj mi znać.
Sięgnął po szklankę z ulubionym alkoholem. Delikatnie ostry zapach sprawił, że na jego twarzy pojawił się skromny uśmiech. Lepiej było pić niż przejmować się tym, co miało przynieść jutro. Próbował uspokoić i rozśmieszyć przyjaciółkę dalej.
Być może – odpowiedział jej kiedy tylko usłyszał jej rozważania na temat źródła zdjęcia na plakatach. On sam nie był pewien skąd wytrzasnęli jego zdjęcie. Nie obchodziło go to zresztą. Skądkolwiek je wzięli, nie zmieniało to faktu, że zamierzał pościnać im łby.  – Nie martw się o adresy. Pewnie już dawno sprawdzili albo doszli do wniosku, że pewnie każde z nas przeniosło się do lasu.
Wypił za jednym zamachem whisky i zamiast podbierać alkohol z przyniesionej w prezencie butelki, postanowił że wykorzysta ten z piersiówki. Jednak potrzebował mocniejszej ognistej.
Znajdziemy coś tobie do pracy – obiecał. Zawsze mogła przygotowywać eliksiry dla promugolskich szlachciców lub osób z dobrych czystokrwistych rodów. Taką przynajmniej miał nadzieję.
Kolejny raz westchnął ciężko, kiedy ich temat zboczył z przyjemnej nuty na tę poważną. Nie wiedział jak doszło do tego, że złapali Justine. Czytał jedynie tyle, że miała miejsce egzekucja, w trakcie której Tonks postanowiła zrobić swoje. Co ją do tego nakłoniło, nie wiedział, ale miał swoje podejrzenia. Sam pewnie nie mógłby siedzieć spokojnie i obserwować śmierć niewinnych osób.
Nie mam pojęcia – odpowiedział jej, nie chcąc jej martwić. Obawiał się, że powiedziałby przy tym zbyt wiele ostrych słów. Najchętniej już teraz ściąłby łby tym, którzy w ogóle dopuścili do egzekucji trójki nieszczęśników tego dnia. – Ale na pewno nie zostawimy tego tak po prostu – dodał. Och, gdyby mógł tylko dorwać tych, którzy napawali się tamtejszą egzekucją i rzucić w nich porządne lamino bez większych słów. Oby Zakon wymyślił jak sprowadzić Tonks z powrotem.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Maleńki ogródek - Page 3 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]04.12.20 14:02
Charlie brakowało normalnego domu, z murowanymi ścianami i piwnicą w której można by urządzić pracownię alchemiczną z prawdziwego zdarzenia. Tu miała do dyspozycji jedynie prowizorkę, lichą przybudówkę, która niczym nie przypominała pracowni jaką urządziła sobie w domku w Londynie czy w tym nowym w Kornwalii, którym nacieszyła się ledwie sześć tygodni. No i przeszkadzało jej to, że wokół mieszka tylu ludzi, bo wolałaby mieszkać na jakimś odludziu, otoczona pięknem natury i ciszą mąconą jedynie jej dźwiękami. Nie była stworzona do życia w ścisku, gdzie jedyną namiastkę samotności miała w ścianach swojej chatki, przypominającej w zasadzie bardziej domek letniskowy niż prawdziwy dom.
Charlie nie angażowała się w wojnę, bo po prostu się do tego nie nadawała. Pozostawiała to innym, ale bardzo się o nich martwiła, bała się kolejnych strat. Zbyt wiele złego się działo. Zbyt wiele imion już zostało wyrytych na pomniku pamięci. Ale wiedziała też, że ktoś musiał angażować się w wojnę i walczyć, żeby ona i inni słabi, bezbronni ludzie w Oazie i poza nią mogli być bezpieczni.
- Jak to kiedy? Miałam na myśli wyjście i powrót tego samego dnia. Nie mogę, nie chcę przebywać poza Oazą dłużej bez towarzystwa, bo jeśli ktoś mnie zaatakuje, nie będę w stanie się obronić – powiedziała, by sprostować tę kwestię. Anthony najwyraźniej myślał że miała dość odwagi by wyjść stąd na aż kilka dni i wyruszyć w pogrążony wojną kraj sama, ale strach by ją zjadł. Nie zmrużyłaby oka i podskakiwałaby na każdy szmer, umierając ze strachu, że to wrogowie po nią idą, żeby ją zabić. – Ktoś musiałby mi towarzyszyć podczas tej małej wycieczki do świata na zewnątrz, właśnie dlatego proszenie o to jest dla mnie tak niezręczne i kłopotliwe. Ale wiem, że sama nie zapewnię sobie bezpieczeństwa. Zaprzeczanie temu byłoby próbą zakłamania rzeczywistości i oszukiwaniem samej siebie. – To był kolejny powód odejścia z Zakonu. Bo ten dzisiejszy, aktywnie walczący Zakon nie potrzebował tych, którzy sami potrzebowali opieki i ochrony. Alchemicy nie musieli do niego aktywnie należeć, aby warzyć eliksiry. Jej nędzne czary obronne z pewnością by nie wystarczyły, gdyby tak ktoś postanowił ją dorwać. W końcu to, co potrafiła w zakresie obrony nie wykraczało poza poziom szkolny, zaś uroków nie potrafiła rzucać praktycznie wcale. Każdy mógłby sobie z nią łatwo poradzić, gdyby była sama. Równie dobrze przy zaatakowaniu mogła od razu rzucić różdżkę i się poddać. – Miałam na myśli… Żeby ktoś mnie zabrał choćby na kilka godzin do jakiegoś miejsca na łonie natury, z dala od siedlisk ludzkich w których ktoś mógłby mnie rozpoznać. Chciałabym pospacerować po jakimś lesie lub plaży i przypomnieć sobie, jak to było być wolną. Ale rozumiem, jeśli nie miałbyś czasu na towarzyszenie mi, dlatego nie nalegam – westchnęła cicho, dłońmi nerwowo przygładzając materiał skromnej sukienczyny na swoich kolanach. – Brakuje mi czasów, kiedy mogłam chodzić dokąd chciałam i spotykać się z kim chciałam, wiesz? Teraz nawet nie mogę podtrzymywać kontaktu z nikim kto nie bywa w Oazie. Nie wiem, komu z dawnych znajomych z Londynu czy z pracy mogłabym ufać, że mnie nie wyda dla tych pieniędzy. A nawet gdyby nie wydali, to nie chcę, by mieli kłopoty gdyby ktoś się dowiedział o ich kontaktach ze mną.
Od miesięcy nie rozmawiała z nikim spoza Zakonu, sojuszników i mieszkańców Oazy. Jej świat skurczył się do tego jednego miejsca, do ludzi którzy też tutaj bywali, a Kornwalia, Londyn czy inne miejsca wydawały się tak odległe, jakby były na innej planecie.
- Myślisz, że kiedyś jeszcze będziemy mogli przebywać wśród ludzi bez strachu, że zaraz ktoś nas wyda? Że kiedyś znowu będziemy mogli być normalnymi, zwykłymi ludźmi ze zwykłym życiem, na których nikt mijający nas na ulicy nie zwróci uwagi? – zastanowiła się, nalewając alkoholu i do swojej szklanki, po czym wypiła łyk, czując jak napój lekko pali ją w gardle. Ale może potrzebowała teraz rozluźnienia, które przyniesie trunek. – Chciałabym znowu być zupełnie anonimowa, zwyczajna i nieinteresująca, ale nawet jeśli wojna się skończy i jakimś cudem jej końca dożyję, chyba trudno mi będzie oderwać etykietkę, którą przykleiły mi te listy. Większość kraju uważa mnie za zbrodniarkę, a ci, którzy popierają Zakon Feniksa, myślą że jestem jedną z nich, że jestem równie odważna i waleczna jak reszta i że potrafiłabym ich ochronić przed złem świata, podczas gdy tak naprawdę nie potrafiłabym obronić nawet samej siebie. I ani jedni ani drudzy nie widzą mnie takiej, jaka jestem naprawdę.
Zdała sobie sprawę, że ją to uwiera. To, że tam nigdzie nie było miejsca na prawdziwą Charlene Leighton, zwyczajną, szarą alchemiczkę, a były tylko wyobrażenia różniące się tym, po której stronie była osoba oglądająca jej podobiznę. Zbrodniarka albo bohaterka, podczas gdy ona nie była żadną z nich. Była po prostu Charlie, całkowicie przeciętną czarownicą, która wcale nie chciała znaleźć się w swoim obecnym położeniu.
- Na powrót do Munga też muszę poczekać do końca wojny… - a to o takiej pracy marzyła najbardziej. Domowe warzenie eliksirów nigdy nie było dla niej tak satysfakcjonujące, jak pomaganie potrzebującym w Mungu. Ale teraz i tak nie mogła wykonywać pracy dla obcych, przypadkowych ludzi, ponieważ nie kontaktowała się z nikim spoza Zakonu i mieszkańców Oazy, a więc warzyła tylko dla nich. Kontakty z dawnymi klientami zerwała już dawno.
Potem temat ich rozmowy zszedł na kwestię Justine, która wpadła w ręce tych z ministerstwa.
- To… straszne – westchnęła, nawet nie chcąc się zastanawiać, co oni jej tam robili. Pokręciła głową i znowu wypiła łyk ognistej, licząc że ta wypali z niej choć część trwogi. – Mam nadzieję, że Zakon znajdzie jakiś sposób, żeby ją uwolnić. Bo znajdzie, prawda? – Teraz mówiła o Zakonie jako o odrębnym bycie. Nie „my”, a „oni”, bo siebie już tam nie wliczała, nie planowała się znaleźć w gronie osób które pójdą po Tonks, choć oczywiście użyczy im niezbędnych eliksirów. Tylko tyle potrafiła robić. Tylko tak mogła pomóc. Miała jednak nadzieję, że Tonks wciąż żyje i że wróci cała i zdrowa.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]04.12.20 18:56
Nie miał na myśli kilkudniowej nieobecności w Oazie. Wina w niedomówieniu leżała po jego stronie. Powinien wyjaśnić wszystko od razu, ale jak zwykle używał skrótów myślowych. Natychmiast zaczął kręcić głową na jej słowa. Nie to miał na myśli. Oczywistym było, że nie pozostawiłby bezbronnej dziewczyny. Nie chciał jednak śledzić jej wszędzie i kroczyć za nią jak za małym dzieckiem, uważając że to mogłoby być zbyt wielkie naruszenie jej prywatności. Musiał wszystko sprostować.
Nie to miałem na myśli – zaczął. – Przecież nie zostawiłbym cię samej. Po prostu rozumiem, że mogłabyś chcieć spotkać się z rodziną lub z kimś innym sam na sam – wyjaśnił. – Ale tak, załatwilibyśmy wszystko tego samego dnia, wyjście i wejście – zaproponował. – Nie musisz się czuć niezręcznie, przecież sam to zaproponowałem, więc oczywistym jest, że nie byłby to dla mnie problem. Po prostu daj mi wcześniej znać, żebym mógł się tutaj pojawić o określonym czasie lub ewentualnie dać ci znać, że nie jestem w stanie się tego dnia zjawił – uśmiechnął się. Oby teraz rozwiał wszystkie jej wątpliwości.
Gdyby tylko wiedział o czym myślała – zaprzeczyłby wszystkiemu. Zakon jej potrzebował. Nie musiała walczyć, nikt jej do tego nie zmuszał. Nikt nikogo nie zmuszał do niczego. Wiedział to, choć do Zakonu dołączył dopiero po Stonehenge. Charlie jako alchemik była szczególnie potrzebna im wszystkim. Bez niej nie byliby w stanie się bronić i działać podczas misji przy pomocy eliksirów.
Te czasy wrócą, naprawdę, bardzo szybko – zapewnił po raz kolejny. Był w stanie powtarzać te słowa do znudzenia. – Na pewno jest kilku, którzy nie zrobiliby tobie krzywdy. Ale lepiej zachować bezpieczeństwo przy tych, których zamiarów nie jesteś pewna. Na pewno możesz zaufać każdemu w Puddlemere. Nikt nie będzie miał kłopotów przez to, że skontaktuje się z tobą. Nie na naszych terenach, nie na terenach Prewettów, Longbottomów, Weasleyów… nawet przeklętych Abbottów.
Nie mogła tak myśleć, bo to prowadziło do ciągłego poczucia winy. Doskonale wiedział jakie paskudne było takie uczucie. Paskudne i niszczycielskie. Nie prowadziło do niczego dobrego.
Tak. Nawet teraz są ludzie, którzy nam ufają i chcą nam pomóc – odpowiedział natychmiast na jej pytanie. Wciąż mogli żyć normalnie, jeżeli nie zamierzali pogrążyć się w samych czarnych myślach. Przynajmniej do pewnego stopnia. Śmierć czaiła się na każdego za rogiem. I na Zakonników, i na czarnoksiężników, i na zwykłych szarych obywateli. – Nie jesteś zbrodniarką i nawet tak nie myśl. To oni są zbrodniarzami, a plakaty to głupia gra i odwracanie kota ogonem – od razu jej zaprzeczył, po czym nalał jej więcej whisky. Gestem przeprosił koty za to, że użył ich w zdaniu. – Wrócimy do normalnego życia wkrótce. Naprawdę.
Co prawda nie wierzył to, że mogła być z powrotem anonimowa. Obecnie istniały tylko dwa wyjścia. Albo skończą jako zwycięzcy, albo jako przegrani. Trzeciej opcji nie było. Uśmiechnął się słabo. Nie rozumiał dlaczego miała o sobie tak niską ocenę.
Jesteś odważna. Pamiętaj kto rzucił zaklęcia na tych czarodziejów w porcie, kiedy ja nie mogłem. Ale nikt i to nikt nie zmusza cię do walki. Nikt nie oczekuje od ciebie bohaterstwa, Charlie – powtórzył po raz kolejny. Chyba pierwszy raz w rozmowie użył zdrobnienia jej imienia. Kto wie, może był to efekt alkoholu z piersiówki.  – Wiemy, że działasz z eliksirami. Nikt nie każe tobie stanąć do walki z czarnoksiężników.
Nie wiedział skąd wzięła się u niej taka opinia. Czyżby ktoś jej coś kiedyś zarzucił? Miał nadzieję, że nie.
Nie myśl teraz o Mungu. W Oazie jest dużo osób, które potrzebuje pomocy medycznej i twoich eliksirów. – I na tym powinna się skupić. Od jej działań zależało dobro innych.
To, co się stało Justine było straszne… ale był pewien, że gdyby dorwał tych, którzy ją schwytali – nie pozostałby im dłużny. Zrobiłby takie rzeczy, które nie wypadały żadnemu szlachcicowi ani czarodziejowi, choć i tak nie równałyby się one z metodami Rycerzy. Miał już po czubek głowy tego, co czarnoksiężnicy robili zwykłym czarownikom i mugolom. Był zły. Wściekły. Najpierw jawna zdrada wobec Longbottoma, teraz mordowanie.
Znajdzie – zapewnił ją, krążąc palcem po krawędzi szklanki. Upił solidny łyk alkoholu.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Maleńki ogródek - Page 3 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]06.12.20 14:48
Charlie westchnęła.
- Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę swoją rodzinę. Przez te listy byli zmuszeni uciekać za granicę jeszcze w maju. Nie ma ich w kraju, bo gdyby byli, już dawno ktoś by po nich przyszedł, by wyciągnąć od nich informacje na mój temat – wyjaśniła głosem drżącym ze smutku i tęsknoty. Dobrze jednak, że jej ojciec był taki sprytny i zaradny, i zdołał uciec zabierając ze sobą pogrążoną w głębokiej depresji żonę, nie zadając zbyt wielu pytań, nie upierając się, by zostać. Zrobił to, co należało zaraz po otrzymaniu ostrzeżenia od niej. Jak przystało na typowego Leightona nie miał zapędów do walki, był bardziej naukowcem niż wojownikiem. Ale od pewnego czasu Charlie otrzymywała wieści tylko od niego, a wzmianki o matce były bardzo lakoniczne, co ją niepokoiło. Leonia Leighton bardzo ciężko zniosła śmierć Very, a zagrożenie życia Charlie oraz wojna dodatkowo ją dobiły i wpędziły w stan, w którym w zasadzie nie ruszała się z łóżka. – Dlatego nie ma potrzeby umożliwiania mi spotkania z rodziną, bo rodziny już w Anglii nie ma. Nawet nie wiem, gdzie są, dla bezpieczeństwa ojciec nie pisze nic na ten temat w listach. – W każdym razie nie było już tej najbliższej, czyli rodziców. Gdyby nie uciekli, mogliby już być martwi lub uwięzieni. – A z dawnymi znajomymi, którzy nie należą do Zakonu, zerwałam kontakt. I to bez słowa, mam nadzieję, że kiedyś po wojnie mi to wybaczą. Chcę jedynie przespacerować się po jakimś cichym, spokojnym i ładnym miejscu. Może przy okazji pozbierać trochę ziół, których tu nie mam. Trudno teraz o ingrediencje, naprawdę bardzo trudno, ale nieprędko będę mogła wejść do jakiejś apteki, by wybrać sobie to, na co mam ochotę.
Jako osoba poszukiwana nie mogła pojawić się w żadnym miejscu publicznym, dlatego musiała polegać na innych nawet w kwestii takich rzeczy, jak dostarczanie składników.
- W takim razie jakoś się porozumiemy, choć nie możemy pisać w listach zbyt wielu konkretów, na wypadek gdyby wpadły w niepowołane ręce. – Charlie chyba coraz bardziej popadała w paranoję, ale panicznie bała się schwytania. Tak bardzo, że zamknęła się w Oazie i do tej pory z niej nie wychodziła, i że nie wyobrażała sobie, że mogłaby wyjść sama, bez towarzystwa kogoś, kto w razie czego ją obroni. Dawniej nie była aż tak lękliwa, ale kiedyś nie było wojny. Nie było prawdziwych zagrożeń czyhających na jej życie. Kiedyś często wywracała oczami na niektóre paranoiczne zachowania Very, a dziś znacznie lepiej je rozumiała. Pojmowała tez, że Vera poznała złe oblicze świata wcześniej niż ona, skoro na co dzień obcowała z plugawymi wytworami czarnoksiężników, jakimi były klątwy. Ale wiedziała też, że Vera nie zamknęłaby się w Oazie, a próbowałaby walczyć. Vera była silna i odważna, ona nie.
- Może i są, ale nie mogę ich narażać. A spotykając się z kimś naraziłabym tę osobę na problemy. Bezpieczniej dla nich jest, jak nie utrzymuję z nimi kontaktów. Zwłaszcza dla tych, którzy mimo wszystko pozostali w Londynie i próbują normalnie żyć pomimo wojny. – A na pewno część jej dawnych znajomych i współpracowników pozostała. Mogli się nie zgadzać z obecną polityką, ale siedzieli cicho, próbując się dostosować i normalnie żyć. Ona pewnie też by tak zrobiła, gdyby nie Zakon i gdyby nie bycie poszukiwaną. Siedziałaby cicho jak mysz pod miotłą, byle tylko nie ściągnąć na siebie uwagi tamtych zwyrodnialców. – Naprawdę możesz ręczyć za każdego mieszkańca swojej wioski i całej Kornwalii? Choć kocham ziemię, z której pochodzę, zdaję sobie sprawę, że żyją tam różni ludzie i nie wszyscy muszą myśleć jak Macmillanowie czy Leightonowie. Gdybym tak odwiedziła swoje rodzinne Tinworth… Cóż, nie sądzę, by nie znalazł się tam nikt, dla kogo pieniądze nie byłyby ważniejsze od dawnych sąsiedzkich relacji. – Bo niezależnie od tego, jaką politykę wyznawał ród Macmillanów, mieszkańcy ich ziem byli odrębnymi bytami z własnym rozumem, z których wielu na pewno identyfikowało się z wartością Macmillanów, ale pewnie byli i tacy, którzy byliby skłonni wydać Charlie dla galeonów mogących polepszyć byt ich rodzin. Część rodzin w Tinworth mogłaby stanąć za Charlie murem, ale mógłby znaleźć się i ktoś, kto zaraz napisałby do ministerstwa licząc na sowite wynagrodzenie. – Co się ze mną dzieje, stałam się nieufna i podejrzliwa jak Vera. Wszędzie zaczynam widzieć potencjalne zagrożenie – westchnęła znowu. O tak, jej siostra dawno temu pozbyła się złudzeń odnośnie ludzi i ich dobroci, była wobec nich ostrożna i nie obdarzała sympatią i zaufaniem tak łatwo jak Charlie. Alchemiczka pozbyła się ich dopiero niedawno, po tym jak zobaczyła swoje zdjęcie tuż nad obietnicą nagrody za głowę. Zrozumiała, że już nie może wychodzić do ludzi z sercem na dłoni, bo nie wiadomo, kto z nich wbije jej nóż w plecy.
- Wiem, że nie, nigdy nie zrobiłam nikomu celowej krzywdy, ale… większość społeczeństwa teraz tak o mnie myśli. A chciałabym być po prostu zwykłą obywatelką, szarą twarzą z tłumu, na którą nikt nie zwraca uwagi – spojrzała na niego uważnie. On miał jeszcze gorzej, ale miał też ochronę rodu. Ona nie. – I wtedy w porcie to nie byli czarodzieje, a mugole. Mugole, nie żadni niebezpieczni czarnoksiężnicy znający czarną magię. Poza tym, w tamtych czasach nie bałam się aż tak, jak teraz. To wszystko zdawało się jeszcze takie… nierealne, a Zakon wydawał się piękną ideą. Byliśmy wtedy grupą przyjaciół, którzy dzielili się talentami i marzyli o lepszym świecie. Wolałabym, żeby taki był nadal, ale niestety utracił tego dawnego ducha po tych wszystkich stratach i innych tragediach. – Tym sposobem dawni przyjaciele stali się wojownikami wystawiającymi się na śmiertelne zagrożenie. A Charlie pozostała Charlie, dlatego, nie przystając już do nowego ducha Zakonu, musiała usunąć się w cień. – Mam wrażenie, że są tacy, którzy właśnie tego by oczekiwali. A ja zdałam sobie sprawę, że jestem bardziej mieszkanką Oazy niż Zakonniczką. Że bliżej mi do tych wszystkich ludzi, których tu pozamykaliście, niż do was. Niczym się od nich nie różnię i nie chcę, żeby oczekiwano ode mnie więcej niż jestem gotowa dać.
Taka była prawda. Charlie była równie słaba i bezbronna jak inni mieszkańcy Oazy.
- Wiem, ale… Nie potrafię przestać tęsknić za tym starym życiem. Za możliwością rozwoju, jaką dawał mi Mung. Tutaj… To nie jest to samo. – Tu musiała sobie radzić z prowizorką i stałymi niedoborami. Nie mogła też liczyć na stabilne wynagrodzenie, choć pieniądze nie były akurat najważniejsze. W Mungu zawsze coś ją stymulowało do rozwoju, tutaj popadała w stagnację. Ale była tym ludziom potrzebna, więc kiedy wygrzebała się z najgłębszego dołka, starała się im pomagać. Nie potrzebowała być Zakonniczką, żeby warzyć eliksiry.
Bała się o Just. Poza tym nagle zdała sobie sprawę, że jej schwytanie mogło zagrażać im wszystkim, także jej. Pomimo wypitego alkoholu i tak ogarnął ją lęk. Wolałaby umrzeć na własnych warunkach niż zostać schwytana. Oby Zakon uwolnił ją dostatecznie szybko.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]14.12.20 20:16
Nie wiedział co jej odpowiedzieć. Pozostał bez słów. Mógł spróbować jeszcze raz upewnić ją, że takie myśli nie miały sensu, ale miał wrażenie, że nie przyniosłoby to żadnego skutku. Charlie musiała sama doczekać tego momentu, w którym ponownie zobaczy rodziców całych i zdrowych. Nie wątpił, że miało być inaczej, bo nie zamierzał nawet myśleć o przegranej. Druga sprawa, jeżeli jej rodzice byli za granicą to byli bezpieczni i nie powinna się o nich martwić. Zamiast myśleć negatywnie, powinna spróbować myśleć pozytywnie, bo tego chcieliby i jej bliscy. Być może powinna się czymś zająć, czymś co odciągnęło by ją od czarnych myśli. Tylko czym?
Przytaknął jedynie, że ją rozumie. Jeżeli nie chciała umawiać się z rodziną, nie mógł jej do tego zmusić. Co prawda, gdyby mógł, zmusiłby ją do tego, w nadziei, że to uspokoiłoby jej zszargane nerwy. Nie załatwiałby transportu przez kanał pierwszy raz. Vincenta jakoś udało mu się wyciągnąć z Anglii, choć było to jakiś dziesięć lat temi. Teraz byłoby trochę trudniej, ale nie byłoby to niemożliwe.
Rozumiał czego chciała, każdy tego chciał – swobody i wolności. Wojna jednak trwała, a bez działania nie dało się jej zakończyć. Musieli przetrwać, starać się, doprowadzić do tego, że lord Longbottom wygra. I ona mogła to zrobić bez rzucania śmiercionośnych zaklęć. Kwestię ingrediencji też rozumiał, ale i to dało się załatwić, nawet w takich czasach.
Uśmiechnął się, gdy jednak przystała na to, żeby pomógł jej w przechodzeniu przez Oazę. W jego towarzystwie nic nie powinno się jej stać. W końcu potrafił rzucić kilka bardzo mocnych zaklęć. Nie było powodu, żeby się bać. Jeżeli nie chciała się z nikim spotykać, to mógł jej pomóc choć na chwilę odetchnąć od Oazy.
Mogę – odpowiedział pewnie. Wierzył w to, że w Puddlemere nie było żadnego zdrajcy. Gdyby był, to miałby z nim samym do pogadania. – Jesteśmy w stanie zaaranżować i to – dodał, nawiązując do Tinworth. – A kto by się ośmielił, miałby problem z Macmillanami i nie tylko. – I tu nie żartował. – Nieufność bywa czasem dobra, ale nie możesz z nią przesadzać.
Uśmiechnął się przyjaźnie i chwycił za szklankę z whisky. Dalej słuchał jej słów i znów nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Sprawiała mu wiele problemów ze swoimi negatywnymi myślami, że aż zaczął się bać o to jak bardzo musiał on przerażać drugich, kiedy był pogrążony w ogromnym dołku. I on chciałby zniknąć z plakatów, jak i pozostali i wierzył, że pewnego dnia jego życie wróci do normalności. Rozumiał, co ją dręczyło, ale cóż… tacy byli ich przeciwnicy. Chwytali się wszystkiego, nawet najmniej godnych sposobów.
Och, no tak, widzisz, zapomniałem – zaczerwienił się nagle, kiedy panna Leighton sprostowała, że przecież napotkali mugoli a nie czarodziei. Zawstydziła go własna niepamięć. Zupełnie zapomniał o tym, że przecież to byli mugole, no i że jeden z nich celował do niego mugolską bronią. – Ale i tak dałabyś sobie radę, więc nie ma powodu do strachu. A Zakon wciąż jest piękną ideą – choć musiał przyznać, że momentami tragiczną. Do czarnoksiężników nie zamierzał się odnosić, ale i oni byli do pokonania. – Nikt od ciebie niczego nie oczekuje – zapewnił po raz kolejny. – I znajdziemy jakiś sposób, żebyś mogła się rozwijać. Zawsze mogę dać się trochę poharatać, żebyś mi pomogła – zaśmiał się, choć nie był pewny czy własne rany były dobrym żartem.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Maleńki ogródek - Page 3 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]15.12.20 2:08
Na ten moment nie było to możliwe, gdyż Charlie, nawet gdyby jakimś cudem wydostała się z kraju, i tak nie wiedziałaby, gdzie rodziców szukać. Mogli być dosłownie wszędzie, nawet na innym kontynencie. Jej ojciec, który zajmował się magicznymi stworzeniami, na pewno miał znajomości i kontakty wśród magizoologów z innych państw. Poza tym gdyby udało jej się opuścić Anglię, to już raczej nie chciałaby do niej z powrotem wracać. Pozostałaby przy bliskich i żadna siła nie ściągnęłaby jej tu z powrotem dopóki wojna się nie skończy. Choćby do końca życia miała się bać własnego cienia, nie wróciłaby, gdyby raz udało jej się uciec. I czasami żałowała, że nie uciekła za nimi od razu. Nie zrobiła tego chyba tylko dlatego, że uznała, że łatwiej i bezpieczniej będzie im uciec bez towarzystwa poszukiwanej zbrodniarki. W końcu to nie za ich głowy wyznaczono nagrodę.
Była zaskoczona jego naiwnością, bo myślała, że kto jak kto, ale on powinien zdawać sobie sprawę, kim oni, poszukiwani, byli dla postronnych ludzi.
- A ja już nie wierzę w to, że mogłabym pojawić się w Tinworth we własnej postaci i że nikomu nie przeszłoby przez myśl wydanie mnie – powiedziała; bolały ją te słowa, ale musiała porzucić naiwne złudzenia o tym, że w rodzinnej wiosce nie spotkałaby jej krzywda. W Tinworth zawsze mieszkali w większości dobrzy i spokojni ludzie, przynajmniej kiedyś, a kto wie, kto mógł się tam sprowadzić teraz, kiedy część rodzin na pewno uciekła? Może nawet w jej rodzinnym domu mieszkała już jakaś czystokrwista rodzina? Obecne Tinworth mogło już nie być tym, które pamiętała. – Poza tym swym pojawieniem się tam naraziłabym mieszkańców wioski na nieprzyjemności. Nie chcę, by ktokolwiek z nich miał kłopoty przez moją sentymentalną tęsknotę za rodzinnymi stronami. Zresztą… boję się, że bym się rozczarowała, gdybym ujrzała to nowe, wojenne Tinworth bez wielu jego dawnych mieszkańców, za to być może z nowymi, o poglądach… no cóż, dalekich od naszych.
Przerażała ją myśl, że jej dawnych sąsiadów mogłyby czekać przesłuchania, może utrata wolności, a w najgorszym przypadku nawet życia gdyby tylko ktoś z ministerstwa dowiedział się, że spacerowała sobie po wiosce. Tym teraz była dla ludzi z dawnego życia: zagrożeniem lub workiem galeonów, w zależności od poglądów danej osoby.
- Wojna może i kiedyś się skończy, może nawet jakimś cudem Zakon ją wygra… A ja, jeśli przeżyję, pewnie nigdy nie uwolnię się od wstydliwego piętna listów gończych – westchnęła. To była wielka pomyłka, że jej twarz tam była, obok Anthony’ego, Bena, Hannah, Percivala, Just i wszystkich pozostałych dzielnych i walecznych ludzi. Nie pasowała tam. Niestety takie były konsekwencje życiowej naiwności. Nigdy nie powinna była deklarować się po żadnej stronie, pomimo wyznawania wartości Zakonu powinna pozostać neutralna i niezaangażowana dla bezpieczeństwa własnego i swojej rodziny. Tak, jak robiła to w szkole, gdzie nigdy nie stawała w obronie uciśnionych, bo nie miała na to odwagi. Teraz rozumiała, dlaczego nie wszyscy promugolscy czarodzieje byli w Zakonie. Niektórzy po prostu się bali lub wiedzieli, że się do tego nie nadają. – Dla konserwatywnych pozostanę zbrodniarką, dla reszty będę Zakonniczką, obrończynią uciśnionych, i nieważne jest to, że z Zakonu dobrowolnie odeszłam gdy tylko uświadomiłam sobie konsekwencje. Ani wrogowie ani przyjaciele o tym nie wiedzą. Pierwsi nadal pragną mnie zabić, a drudzy oczekiwaliby, że obronię ich przed złem. Ja, która nie potrafi obronić nawet siebie i która nade wszystko pragnie zwykłego życia bez zbędnej uwagi i bez problemów.
Niedobrze było być pogrążoną w depresji. Pamiętała depresję Anthony’ego, to jak mu pomagała eliksirami, ale nie sądziła wtedy, że sama też wpadnie w głęboki dołek i że to inni będą musieli pocieszać ją. Zwykle to ona pocieszała innych, tak przynajmniej było kiedyś, w tym dawnym, normalnym życiu. Kiedyś miała dużo bardziej błahe problemy. Zawsze też miała w sobie dużo ciepła i empatii wobec innych. Może kiedyś musiał przyjść ten moment, kiedy sama będzie tego potrzebować ? Nie mogła całe życie tylko dawać.
- Z czarodziejami nie dałabym, chyba że byliby to jedenastolatkowie. Każdy dorosły czarodziej pokonałby mnie w minutę, a może nawet i mniej... Zależy od tego, czy w ogóle udałoby mi się rzucić choć jedno udane Protego. – Taka była prawda. Charlie była naprawdę mierna w pojedynkach. I choć coraz lepiej radziła sobie z transmutacją, to ona nie miała uratować jej życia, gdy naprzeciwko znajdzie się nie mugol, a groźny czarnoksiężnik. – Tak, jest piękną ideą, ale nie przystaję do obecnej formy jego działalności. To już nie jest zabawa w zbawianie świata, a prawdziwa wojna. Realna walka, w której giną ludzie, nie tylko obcy ale też osobiście znani, a nie tylko mówienie o tym, że mugolacy i mugole są w porządku. Ja… nie pasuję do tego, czym Zakon jest teraz, i myślę, że dla wszystkich lepiej jest, że się odsunęłam, zamknęłam w Oazie i ostatni raz byłam na spotkaniu w styczniu. Potrzebują dzielniejszych i zdolniejszych ode mnie. Po moje eliksiry wciąż mogą przychodzić, wszystko co warzę jest dla nich. Dla Zakonu i dla mieszkańców Oazy.
Zakon miałby większy pożytek z Very, gdyby żyła, bo Vera nie uciekałaby od walki. A Charlie… no cóż, była słaba i przestała się oszukiwać, że jest inaczej. Może akceptowanie swoich słabości też wymagało jakiegoś rodzaju odwagi, bo nie każdy potrafił się przyznać przed sobą do tego, że jest słaby i posiada braki, a także że się do czegoś nie nadaje.
- Przepraszam, Anthony. Nie przyszedłeś tutaj po to, by słuchać moich depresyjnych myśli – odezwała się po chwili, zdając sobie sprawę, że nie chciała wciągać go do bagna, w którym tkwiła. – Porozmawiajmy o czymś przyjemnym, o ile w czasie wojny dzieją się jeszcze jakieś przyjemne i miłe rzeczy. Ale może jest coś, o czym chciałbyś mi opowiedzieć?
W końcu żył na wolności, był otoczony rodziną, na pewno przeżywał jakieś miłe chwile pomimo czarnych chmur, które zaległy nad Macmillanami, Kornwalią, Zakonem i całym ich krajem.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]19.12.20 21:04
Naiwność była jednym z jego wielu imion. Wierzył w wiele rzeczy, między innymi w honor i oddanie wobec rodziny, która czuwała nad Kornwalią. Być może było to złudna idea, ale był przekonany co do tego, że ludzie Kornwalii nie mogli by ich zdradzić, właśnie ze względu na te dwie cechy. Tak działało wychowanie na legendach i bajkach o rycerzach; wychowanie w wielkim domu z tytułem od urodzenia. Owszem, był buntownikiem, sprzeciwił się woli większości rodzin podczas zjazdu pomimo tego, że wielu z nich mógłby nazwać kuzynami, ale najwyższą wartością była dla niego ta najbliższa rodzina, Macmillanowie, no i lojalność wobec Kornwalii i Puddlemere; wobec lorda Harolda Longbottoma i Zakonu. Był im oddany do grobowej deski. Pod tym względem bardziej przypominał rycerza niż arystokratę, choć w obecnych czasach… kto byłby to w stanie rozróżnić.
Zawsze możesz jako kot – odparł jej, przypominając sobie wstydliwy moment, kiedy był pijany i napotkał przyjaciółkę w jej… drugiej wersji. Może nie był to najlepszy pomysł i propozycja, ale słowa same wyszły z jego ust. Jeżeli nie wierzyła w jego zapewnienia, był w stanie pokazać jej alternatywne, choć dość szalone opcje. Natychmiast spojrzał na krążące wokół koty zastanawiając się czy nie byli to jacyś mieszkańcy Oazy. Szybko jednak odegnał tę myśl ze swojej głowy. Żadna dama nie chciałaby wskoczyć mu na kolana, ani tym bardziej dać się pogłaskać. Prawda? Poza tym, przyjaciółka na pewno nie miałaby wśród własnych kotów animagów.
Rozumiał Charlene. I on martwił się o mieszkańców Puddlemere i własną rodzinę. Wojna jednak skupiała się przede wszystkim na Londynie, który był dla Rycerzy w tej chwili najważniejszy. Takie było jego przekonanie, przynajmniej na tę chwilę… Wątpił by ktokolwiek z wioski opowiedział się po stronie fałszywego rządu. Tym bardziej wątpił w to, żeby ktokolwiek miał problemy z powodu pojawienia się przyjaciółki we wiosce. Psy Malfoya za bardzo skupieni byli na stolicy, to ona była dla nich obecnie ważna.
Rozumiem – westchnął ciężko. Nalał jej więcej alkoholu do szklanki, a potem i sobie, po czym podniósł naczynie w geście toastu. – Za ludzi Tinworth i ich bezpieczeństwo – dodał, po czym duszkiem wypił alkohol. – Zawsze mogę sprawdzić dla ciebie sytuację w wiosce. Nikt nie odważyłby się podnieść różdżki na czarodzieja, który rzucił Terremotio w Stonehenge, no i na lorda z tego samego hrabstwa – zaproponował. Wydawało mu się to dość rozsądnym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę jego ogromne zaufanie do mieszkających tam ludzi. – Wysłałbym potem list czy coś się zmieniło. Zrozum, po prostu chcę, żebyś nie czuła się źle. Wszystko wróci do normy, naprawdę.
Pomysł był być może szalony… ale chciał, żeby Leightonówna przestała się martwić; żeby nie obwiniała się za dosłownie wszystko. Niczemu nie była winna. Robiła to, co uważała za słuszne. Nikt jej nie oceniał, nikt nie zamierzał tego robić. Pomagała im wszystkim.
Jego chwilowy dobry humor szybko się ulotnił. Wystarczyło, że blondynka zaczęła mówić o konsekwencjach i tym jak Zakon ją postrzega. Poczuł się w pewnym stopniu obrażony, choć szybko zrozumiał, że przemawiał za nią smutek i złe samopoczucie. Przez chwilę spoglądał w stronę swojej szklanki, nie wiedząc co powinien jej odpowiedzieć i jak powinien dobrać słowa. Chwilę rozmyślał nad formą swojej odpowiedzi. Podniósł się z krzesła i przykucnął przednią, chwytając ją za dłonie, w geście pokrzepienia i dodania otuchy. Skąd brały się te czarne myśli w jej głowie? Skąd tak wielka nienawiść wobec siebie?
Nikt nie oczekuje tego od ciebie, Charlene. Martwimy się o ciebie – odpowiedział niepewnie. – Ja się martwię. Nie przypominasz siebie. Wiem, że wiele się wokół ciebie stało w ostatnim czasie… ale coś… coś sprawiło, że zupełnie zapomniałaś o tym, że masz nas, przyjaciół. Nikt ciebie nie wysyła na front, do walki, żebyś umierała. Jesteś z nami – spróbował wyjaśnić raz jeszcze. Potrząsnął nią delikatnie na kolejne słowa. Nie miała prawa tak myśleć o sobie. – Jesteś nam potrzebna tutaj, w Oazie.
Czy była w stanie mu uwierzyć? Mówił szczerze. Chciał dla niej jak najlepiej.
Nie mów tak – przerwał jej od razu, gdy zaczęła porównywać się do osób, które wybrały drogę czynnej walki. – Poza tym zawsze mogę cię podszkolić, ale nie po to, żebyś walczyła z czarnoksiężnikami, tylko żebyś czuła się pewniej… – zaproponował, choć nie dokończył zdania. Miał dopowiedzieć „gdyby stało się coś złego”, ale szybko ugryzł się w język. – Zawsze pasowałaś do Zakonu. Bez ciebie zginęlibyśmy po pięciu minutach. Bez ciebie byłbym wariatem widzącym tego przeklętego samozwańca wszędzie – dodał, ściskając mocniej jej dłonie. Na Merlina, niech nie popada w depresję! To najgorszy z możliwych wyborów! Niech nie popełnia jego błędu!
Poklepał ją po dłoniach, wciąż przed nią kucając. Nie musiała przepraszać, wszystko rozumiał. Poza tym, przyszedł właśnie po to, by zobaczyć jak się czuje. Teraz rozumiał, co ją dręczyło i mógł rozmyślać nad znalezieniem jakiegoś sposobu na poprawę humoru.
Ja? – Powtórzył po niej, zupełnie zaskoczony jej propozycją. Nie miał pojęcia o czym mógłby jej opowiedzieć. O Zjednoczonych? Nie, to pewnie jej nie interesowało. O Rii? Mówił o swoim małżeństwie na każdym kroku. – Ech, od kilku miesięcy rozmyślam nad tym, żeby spróbować wykorzystać pewien składnik do alkoholi, ale mam problem. Podoba mi się smak tego jednego alkoholu, ale chciałbym pozbyć się efektu ubocznego. Widzisz, czarne ale ma wyśmienitą nutę, ale… cóż… nie jest dobre dla umysłu. Gdybym tylko mógł podejrzeć proces produkcji tego ale.
Rozmowa o alkoholu nie była najlepszym rozwiązaniem, ale jednak… wydawała mu się najbardziej neutralna.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Maleńki ogródek - Page 3 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]23.12.20 13:10
Charlie wychowała się w zwykłej rodzinie, ale przez większość życia też była dość naiwną osobą, pragnącą widzieć w każdym dobro. Pod tym względem różniła się od paranoicznej Very; to Vera zawsze martwiła się za nie dwie tym, co mogło się wydarzyć, to ona podchodziła do drzwi z różdżką w dłoni na długo przed tym, zanim naprawdę zrobiło się niebezpiecznie. Tego podejścia nauczyło ją obcowanie z paskudnymi klątwami. Charlie kiedyś wywracała oczami, uważała że przecież nie może być tak źle, że większość ludzi jest w gruncie rzeczy dobra, ale wszystko zmieniło się po zobaczeniu listów gończych z podobizną jej własną, a także Hannah, Bena, Anthony’ego i całej reszty. Wtedy przekonała się, że w obecnej sytuacji już nie może ufać ludziom tak jak kiedyś. Że nawet byli współpracownicy z Munga mogliby ją sprzedać dla pieniędzy lub dla ratowania swoich rodzin. I że najlepszą rzeczą, jaką mogła zrobić dla siebie, bliskich i Zakonu Feniksa, było ukrycie się w Oazie i odseparowanie się od wojennych spraw, do których i tak się nie nadawała nawet bez depresji, a co dopiero z nią.
- Tak… Mogłabym przebywać w świecie na zewnątrz jako kot, ale mimo wszystko wolałabym przeżyć wizytę w rodzinnych stronach jako ja. Ale jeśli nie będzie innej opcji, możesz mnie tam kiedyś przemycić jako kotkę, burych kotów są w kraju miliony, nikt nie powinien zwrócić większej uwagi… – powiedziała. Mogłaby nawet tygodniami pozostawać w ciele kota, tyle że żywienie się myszami nie było ani trochę przyjemne. Ale co, jeśli kiedyś nie będzie mieć wyboru? Jeśli nawet Oaza przestanie być bezpieczna i jedyną opcją na przeżycie pozostanie wybranie żywota kota? I tak była w lepszej sytuacji niż ludzie, którzy nie potrafili zmieniać się w żadne zwierzę. Ich możliwości ucieczki i ukrywania się były często mniejsze, zwłaszcza w przypadku mugoli i charłaków.
Życie osoby poszukiwanej było bardzo trudne, zwłaszcza dla kogoś kto do niedawna był zwyczajnym, szarym obywatelem. Nigdy nie szukała kłopotów, nie wychylała się, ale teraz kłopoty znalazły ją. Na jej głowę zwaliło się w tym roku tak wiele, że to musiało się skończyć załamaniem i depresją. Bo tego wszystkiego było za dużo. Zbyt wiele los jej odebrał w krótkim czasie. Czuła się też trochę opuszczona, bo choć mieszkała w Oazie, bardzo rzadko odwiedzał ją ktoś z Zakonników. Członkowie organizacji zajęci walką przypominali sobie o niej zwykle dopiero wtedy, kiedy potrzebowali jakichś eliksirów. To także miało swój wpływ na jej decyzję o odejściu. Czuła się trochę rozgoryczona tym, że pozostawiono ją tu praktycznie samą sobie. I musiała radzić sobie z depresją w samotności, bez pomocy. Nawet Roselyn, gdy odwiedziła ją w dzień jej urodzin, zdawała się ją oceniać i mieć wobec niej oczekiwania zamiast po prostu ją wspierać.
Gdy podszedł i chwycił ją za dłonie, przez jej skórę przebiegł lekki, ale przyjemny prąd. Dobrze było czuć bliskość kogoś, kto był drogi jej sercu – i to bardziej, niż powinien. Jej serce znowu zaczęło bić odrobinę szybciej, ale jego słowa poruszyły drażliwą nutę.
- Przyjaciół, którzy przez długie tygodnie nawet nie pokazali, że o mnie pamiętają – rzekła cicho. – Nie mam pretensji do ciebie, Anthony. Wiem, że tobie też było trudno, poza tym miałeś obowiązki wobec rodziny. Ale przez długie tygodnie siedziałam tu właściwie sama. Zakonnicy przypominali sobie o mnie zwykle dopiero wtedy, kiedy potrzebowali eliksirów, ale z reguły i tak prosili o nie listownie. Rzadko ktoś w ogóle pojawiał się w mojej chatce. Z przyjaciółmi z dawnego życia od miesięcy nie mam kontaktu, bo jestem poszukiwana, pozostaje mi tylko Zakon i mieszkańcy Oazy. Ale gdyby tak coś mi się wtedy stało, nikt nawet by nie zauważył.
W tamtych najmroczniejszych tygodniach często rozmyślała o śmierci, zdawała sobie też sprawę z tego, że gdyby odebrała sobie życie, jej ciało mogłoby całymi dniami leżeć w chacie nieznalezione przez nikogo, i dopiero woń rozkładu mogłaby kogoś skłonić do zainteresowania się tym, co działo się w jej chatce. Wiedziała, że niby ona też mogła pierwsza wyciągać do innych rękę, ale w głębokiej depresji tak bardzo czekała na to, aż to inni zainteresują się nią, zaopiekują się i pokażą, że im zależy, że wciąż była ważna i potrzebna nawet jeśli nie potrafiła walczyć i nie nadawała się do żadnych wywrotowych akcji. Potrzebowała uwagi i opieki, skoro straciła siostrę, a jej rodzice byli zmuszeni opuścić kraj. Długie tygodnie gnuśniała w chatce, zapuszczając się i często nie mając nawet sił, żeby wstać z posłania. Dopiero w sierpniu zaczęła opuszczać chatkę i próbowała układać sobie rozsypane w drzazgi życie na nowo. Samotnie, bo inni mieli ważniejsze sprawy. Walczyli o lepsze jutro, byli zajęci, i brakowało czasu, by zainteresować się Charlie jako osobą, a nie jedynie jej eliksirami.
Ale uśmiechnęła się po chwili do Anthony’ego, odwzajemniła jego uścisk. Doceniała to, że on tu był. Że przyszedł sam z własnej nieprzymuszonej woli, zainteresował się nią. Nie dlatego, że akurat czegoś potrzebował, a po prostu odwiedził ją dla niej, nie dla eliksirów które tworzyła. Była mu za to wdzięczna.
- Cieszę się, że mogłam ci pomóc wtedy, kiedy tego potrzebowałeś. Teraz to ty pomagasz mi i naprawdę to doceniam – przemówiła cicho, chcąc pokazać, że to zauważała i doceniała. Choć nie znali się długo, to Anthony był dla niej ważną osobą. I wtedy, kiedy to on był w depresji, nie wyobrażała sobie zostawić go bez pomocy. Warzyła dla niego eliksiry i okazywała wsparcie, kiedy wielu odwróciło się od niego przez Stonehenge. Bo mimo swojego tchórzostwa i głębokiej niechęci do ryzyka i walki, miała serce po właściwej stronie. Mogła nie nadawać się do Zakonu w jego obecnym kształcie, mogła żałować decyzji o dołączeniu, ale nie żałowała pomocy przyjaciołom, choć teraz płaciła za to wszystko cenę.
Po chwili zmienili temat na luźniejszy. Nie musieli w końcu cały czas rozmawiać o sprawach trudnych i depresyjnych. Chciała przekonać się, czy w jego życiu nadal było miejsce na radość i beztroskę.
- Może kiedyś uda ci się udoskonalić recepturę tak, żeby pozbyć się tego efektu? – zastanowiła się. – Nie znam się na alkoholach, nigdy ich nie tworzyłam, ale myślę, że to trochę tak, jak z eliksirami… Czasem wystarczy zmodyfikować jakiś składnik lub jego ilość, żeby wzmocnić lub osłabić niektóre jego działania. – Charlie przy swoim stanie wiedzy i umiejętnościach potrafiła to robić, bo bardzo dobrze rozumiała mechanizmy rządzące eliksirami, a także posiadała wiedzę na temat ingrediencji. Mogła zauważać, że niektóre jej wywary wykazywały silniejsze działanie niż typowe. Wiedziała też, że czasem wystarczy jeden składnik, aby zniwelować jakiś efekt uboczny. Na alkoholach się nie znała, ale dla kogoś, kto się znał, mogło to działać tak, jak dla niej eliksiry. Metodą prób i błędów dało się dojść do rozwiązania.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]27.12.20 17:10
Rozumiał o co jej chodziło. Bycie kotem nie rozwiązywało ani jednego problemu, które krążyło po jej głowie, a w szczególności tęsknoty za rodzinnymi stronami. Wydawało mu się, że to całkiem dobry pomysł, ale tylko na chwilę. W przebłysku głupoty palnął to, co palnął. Dopiero po chwili zrozumiał, że to był trochę nierozsądny pomysł; że niewiele to zmieniało. Każdy chciał wyglądać w rodzinnych stronach jak prawdziwa osoba i chciała tego także Charlene. Nie mniej jednak, jej ostatnie zdanie sprawiło, że uśmiechnął się słabo i przytaknął. Może i nie był to tak głupi pomysł? Jeżeli nie istniało drugie wyjście to i taka forma odwiedzin wydawała się być dość dobrym rozwiązaniem. Przemycenie jej jako kota wydawało się łatwiejsze niż przemycenie jej w ludzkiej formie. No i ona sama mogła poczuć się bezpieczniej.
Czuł się także winny temu, że nie odwiedził jej wcześniej. Czuł się tym gorzej w tym samym momencie, kiedy zaczęła go usprawiedliwiać. Owszem, miał obowiązki wobec rodziny i całą masę problemów na głowie… ale mógł znaleźć choćby odrobinę czasu dla niej. Pomogła mu przecież wtedy, kiedy było najgorzej i najciężej. Ścisnął usta, nieświadomie ukazując w ten sposób swój wstyd. A jakby na to nie patrzeć… miał wrażenie, że wchodził do grupy osób, którzy upominali się tylko wtedy, kiedy potrzeba była eliksirów. A może i nie? Nie miał pojęcia, nie był pewny, ale czuł się cholernie źle.
Panna Leighton myliła się co do jednego. Nie sądził, żeby nikt nie zauważył jej zniknięcia. Była ważną osobą dla Zakonu, ale też dla wielu Zakonników. Na pewno były też osoby, które troszczyły się o nią i jej bezpieczeństwo. Sam przecież zmartwił się jej stanem i postanowił ją odwiedzić. Na pewno byli też inni, którzy obawiali się o to, co się z nią działo.
Milczał chwilę, kucając tuż przed nią i ściskając jej dłonie. Czy miało jej to naprawdę pomóc – kto wie, ale odwzajemniony uścisk podpowiadał mu, że może było lepiej. Nie wiedział, co krążyło jej po głowie. Domyślał się jednak, że były to same negatywne myśli… albo w większości negatywne. Przypominało mu to dawnego siebie. Jej słowa zapewnienia ledwo do niego docierały. Naprawdę czuł się winny swojego egoizmu. Długo wahał się z tym, żeby spróbować jej doradzić, pokazując przy tym własne błędy.
Nie myśl w ten sposób – poprosił ją. Bał się tego, że wszędzie widziała zło. Nie był to zdrowy sposób spoglądania na świat. Nie mogła w każdym widzieć wroga. – Sam tak kiedyś na niego patrzyłem… – pociągnął temat dalej. – Dawno temu. Po tym jak straciłem swoją ukochaną – wyznał niepewnie, jak gdyby nie wiedząc czy dobrze robi wyciągając takie wspomnienia przed nią, w dodatku w takim momencie. Pamięć o niej wciąż bolała, nawet po ślubie. Mówił to jednak w taki sposób, jak gdyby opowiadał o dalekiej i zapomnianej historii, a nie o własnych przeżyciach. – Wszystko widziałem w czarnych kolorach i odczuwałem niechęć do wszystkiego, nawet do własnego życia. Nie widziałem, że wokół mnie byli przyjaciele, którzy chcieli mi pomóc. Zrozumiałem to dopiero po wielu latach za granicą. Teraz trochę żałuję, że zniknąłem na te osiem długich lat z Anglii. Może byłbym w stanie zrobić więcej dla swojej rodziny. Ale czasu nie da się cofnąć, więc mogę cieszyć się z tego, że przynajmniej teraz się opamiętałem.
Uśmiechnął się. Naprawdę nie chciał, żeby wszystko widziała w tak mrocznych barwach. Jej myśli o tym, że każdy chciał jej zrobić krzywdę, wykorzystać lub nikt o niej by nie pamiętał zwyczajnie go przerażały. A przy tym i boleśnie przypominały o przeszłości. Swoimi słowami starał się jej zwyczajnie pomóc.
Uśmiechnął się dopiero wtedy, kiedy podłapała jego temat o alkoholach. Nie mogli jednak rozmawiać o czymś takim.
Na pewno się uda – odpowiedział jej. – Mam pomysł, chodźmy się przejść – zaproponował nagle. Nie dał jej wiele czasu na odpowiedź. Natychmiast ustał i pociągnął blondynkę za sobą. Musiał ją rozruszać. Trochę otoczenia było dla niej lepsze niż siedzenie w domu. Wcisnął jej dłoń pod pachę i zmusił do długiego spaceru. Trochę bólu w nogach sprawi, że zapomni o czarnych myślach, choćby na minutę.

|ztx2


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Maleńki ogródek - Page 3 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]31.01.21 14:30
| 04.11

Gdy obudziła się rano od razu dał jej się we znaki przenikliwy ziąb, jeszcze bardziej dokuczliwy niż zwykle. Domyśliła się, że zaklęcie podnoszące temperaturę przestało działać, że musiała rzucić je od nowa, ale jak się okazało, przyczyna była bardziej złożona. Podczas nocnej wichury, za sprawą której przez kilka godzin nie zmrużyła oka, bo miała wrażenie, że wiatr zaraz zerwie dach jej chaty i wywieje ze środka wszystko łącznie z nią samą, został uszkodzony fragment drewnianej ściany przy jednym z okien i trzeba było z powrotem przyczepić poluzowaną deskę, której jeden koniec odczepił się od mocowania. Chatki w Oazie były często budowane na szybko, więc od czasu do czasu pojawiały się jakieś usterki. Nie potrafiła majsterkować, więc tam, gdzie nie mogła załatwić sprawy transmutacją, prosiła o pomoc kogoś, kto znał się na reperowaniu różnych rzeczy.
Wyjście spod warstwy koców nie było niczym przyjemnym, choć zaraz sięgnęła po różdżkę, rzucając szybko Caeli fluctus, by podnieść temperaturę choć o kilka stopni. W surowych warunkach życia w Oazie transmutacja często się przydawała, więc miała okazję regularnie z niej korzystać. Ubrała się i zeszła ze swojej niewielkiej antresoli na dół, do głównej części swojej naprawdę niewielkiej chatki, w której kilkoma krokami mogła przejść z jednego końca pomieszczenia na drugi, a dzięki antresoli przynajmniej miała gdzie wygodnie spać i przechowywać swoje rzeczy osobiste takie jak ubrania czy część książek. Nie miała wiele, z Kornwalii zabrała do Oazy głównie najpotrzebniejsze rzeczy, a te, które nie były niezbędne, musiały zostać w St. Ives i czekać na możliwość jej powrotu.
Zjadła skromne śniadanie złożone z pajdy chleba razowego i szklanki mleka. Od początku jesieni w Oazie dawał się we znaki niedobór większości produktów, nawet tych podstawowych. W końcu mieszkańców było wielu, więcej niż tak naprawdę Oaza byłaby w stanie odpowiednio przyjąć, i żywność należało odpowiednio racjonować, by każdy otrzymał chociaż niezbędne do przeżycia minimum. Także Charlie racjonowała swoje niewielkie zapasy, bo nie było do końca wiadome, kiedy nadejdzie kolejna dostawa z zewnątrz. Oaza niestety nie była samowystarczalna i ci, którzy mieli możliwość jej opuszczania, podejmowali trud dostarczania zapasów. W niektóre dni Charlie naprawdę doskwierał głód, ale wydzielała sobie dwa małe posiłki dziennie, czasem nawet jeden, i rzadko mogła liczyć na coś ciepłego i pożywnego. Musiał wystarczać chleb na śniadanie i kasza na późny, popołudniowy obiad. Była obecnie znacznie chudsza niż jeszcze na początku tego roku, ale trwająca od marca depresja, oraz późniejsze niedożywienie nie mogły pozostać bez wpływu na jej wygląd. Musiała też zadbać o jako takie odżywianie swoich zwierząt, ale koty szczęśliwie mogły łapać myszy, czym pomagały w pozbywaniu się szkodników z Oazy i zjadać drobne resztki z jej stołu, a pufek mógł wyżywić się właściwie wszystkim, nawet śmieciami.
Zarzuciła jeszcze płaszczyk, wsunęła buty i wyszła na zewnątrz, dostrzegając, że jedna deska, najwyraźniej za słabo przyczepiona, częściowo oddzieliła się od ściany, wpuszczając do wnętrza zimne powietrze i trzeszcząc na wietrze. Należało ją jakoś przyczepić; może nie powinna samej się za to brać, a poszukać kogoś, kto mógł to ogarnąć odrobinę lepiej? Wspięła się na palce, wiedząc, że trudno jej będzie dosięgnąć, bo uszkodzony fragment znajdował się dosyć wysoko.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]04.02.21 23:38
Nie bywał w Oazie bez konieczności. Pojawiał się, gdy wymagały tego okoliczności. Zaopatrzenie, ochrona, transport - wszystko to, co nakładało mu na barki obowiązek i skutecznie odciągało niespokojne myśli od nawracających wspomnień i męczących koszmarów. Przede wszystkim - działał w terenie, coraz łatwiej przyzwyczajając się do nowych warunków. Bez stałego dachu nad głową, w ciągłym ruchu, w walce. I gdyby ktoś go zapytał - czuł się przez to dobrze. Nienawidził siedzenia w miejscu. Nienawidził słabości. I prawdopodobnie, nieświadomie, próbował nadrobić stracony czas.
Czasem korzystał ze źródła osadzonego w Oazie. Już po pierwszej wizycie zauważając w sobie zmianę. Nie gwałtowną, ale postępującą, ogarniającą całe ciało. I nawet otaczający chłód wody działał bardziej ożywczo, uodparniając na przenikliwe zimno jesiennego powietrza. Zima była na horyzoncie, skromne zapasy wystarczały jednak, by zapełnić żołądek. Wszystko i tak wydawało się być lepsze od "diety", jaką otrzymał w więzieniu.
Nie dał sobie czasu na całkowite osuszenie, pozwalając by wciąż wilgotne włosy opadły na ramiona. Na głowę zarzucił kaptur, niemal już nieodłącznego, burego płaszcza. Milcząco mijał znajomą ścieżkę, powoli kierując się w granice lichych, coraz liczniejszych domków. Od czasu do czasu odpowiadając skinieniem na pozdrowienie tych osób, znajdujących się na zewnątrz, pracujących, krzątających się przy naprawach. Widok kiedyś niecodzienny. Dziś stawał się naturalny.
Poprawił poły płaszcza, zgarniając więcej ciepła, gdy w plecy uderzył go podmuch wiatru. Nie zachwiał się, chociaż szarpniecie było silne. Wytarte, chociaż mocne buty, zarył podeszwą w ziemi. Powinien był wracać. Jeszcze dzisiejszego wieczoru miał towarzyszyć Anthonemu przy rozbiciu kolejnego z prowizorycznych obozów. Wolał mieć go u swojego boku. Wciąż pamiętając i rozróżniając napady, które czasem nawracały nie tylko wspomnieniami. Nie tylko koszmarami w nocy. Otrząsnął się, prostując krok i przerzucając bardziej na bok, zarzuconą na ramię, magicznie powiększoną torbę. Nie miał w niej wiele, ale komplet kilku eliksirów i drobnych przedmiotów, zapewniały mu stała gotowość do walki. Tej, zdążył zasmakować już trochę, odkąd wrócił do łask. Ale wciąż był jej głodny. Po raz kolejny, odbijając upadek.
Nigdy więcej.
Większość mijanych chatek nie różniła się zbytnio od siebie. Skromnie urządzone "podwórko" w postaci fragmentu ogródka, czy krótkiego przejścia. Ale dostrzegał i te, którym odbijał się charakter lokatorów. I być może dlatego zwolnił kroku i w końcu przystanął, gdy dostrzegł znajomą, drobną sylwetkę i jasne włosy, skryte częściowo pod zarzuconym płaszczem. Tylko przez uderzenie serca obserwował, jak postać zgrabnie przechodzi pod ścianę, wyciąga blade dłonie w górę i mocuje się z wysokością. Nie trzeba było być specem, żeby dostrzec przyczynę działań. Wysoko, wyżej niż sięgały kobiece dłonie, odstawała deska, odsłaniając półmrok wnętrza pomieszczenia. Był na tyle blisko, ze wystarczyło pokonać dzielącą ich odległość, by znaleźć się tuż za czarownicą. Początkowo w milczeniu, sam wyciągnął dłoń, sięgając usterki i dociskając wystające drewno - Charlie - zerknął w dół, najpierw zatrzymując wzrok na czubku jasnej głowy, potem odnajdując równie jasne spojrzenie - To trzeba przybić, nie wejdzie na miejsce - odezwał się raczej cicho, odejmując rękę od wskazanego miejsca. Drewno odchyliło się powrotnie, a on odsunął się, oddając alchemiczce zagarniętą zbyt szybko przestrzeń.

| Turlam na psychologiczne atrakcje


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 51 +3
UROKI : 29 +2
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
Maleńki ogródek - Page 3 9l89Y7Y
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Maleńki ogródek [odnośnik]04.02.21 23:38
The member 'Samuel Skamander' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Maleńki ogródek - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Maleńki ogródek
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach