Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Ulica Czerwonego Bluszczu

Go down 
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ulica Czerwonego Bluszczu Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Ulica Czerwonego Bluszczu Empty
PisanieTemat: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnikUlica Czerwonego Bluszczu I_icon_minitime6/5/2020, 03:18

Ulica Czerwonego Bluszczu

Przy ulicy Czerwonego Bluszczu znajdują się przede wszystkim domki jednorodzinne zamieszkane przez rodziny czarodziejów. Nie jest szczególnie długa, jednak przechadzający się nią ludzie zawsze zachwycają się rosnącymi wzdłuż niej roślinami. Zarówno posadzone przy uliczce drzewa, jak i okalający je bluszcz, mają czerwonawy kolor liści. Wielu z mieszkańców postanowiło nie wyłamywać się z tego trendu, sadząc przy swoich ogrodzeniach barwne rośliny.
Na uliczce znajdują się liczne ławeczki, na których można przysiąść, a na samym jej końcu można znaleźć niewielki sklepik z magiczną prasą.


Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, antagonista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak
czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie
wzburzonemu morzu?
OPCM : 18
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Ulica Czerwonego Bluszczu Empty
PisanieTemat: Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnikUlica Czerwonego Bluszczu I_icon_minitime5/6/2020, 00:43

7 kwietnia

Ciężka pomarańczowa poświata wnikała przez brudną strukturę niepielęgnowanej szyby. Dzień chylił się ku zachodowi serwując przepiękne, malownicze obrazy kolorowego nieba. Zabiegani mieszkańcy tonęli w świetlistym blasku urzeczeni wiosennym, zjawiskowym widokiem. Chłodne powietrze unosiło pożółkłe firanki; wywiewało paskudny zapach zastałej stęchlizny. Promień opadał na sam środek nieuporządkowanego pokoju wzburzając kłęby fruwającego kurzu. Pomieszczenie było zagracone, wypełnione zmieszanymi bibelotami - resztkami po poprzednich lokatorach.  Nowe, upragnione lokum pozostawiało wiele do życzenia. Przyciągająca cena w przystępnej lokalizacji zaintrygowała świeżego, niezorientowanego kupca. Bez zastanowienia wyraził chęć szybkiego nabytku dostając potężną powierzchnię mieszkalną oraz nieoczekiwane niespodzianki. Czy mógł się tego spodziewać? Czy mogło być jeszcze gorzej? Stojąc na samym środku salonu próbował stworzyć, wydedukować plan działania. Roboczy, wygnieciony strój wskazywał, iż od kilku godzin walczy z narastającym bałaganem. Trzymając ręce na biodrach, zdmuchując z czoła pojedynczy kosmyk, wizualizował przyszły wygląd serca obszernego domostwa. Westchnął ciężko widząc tak niewielki postęp. Zegar wystukiwał monotonny rytm, pastelowe twarze ściennych obrazów doglądały ów poczynań z wyraźnym zniesmaczenie. Nie radził sobie i dobrze o tym wiedział. Nie żałował rewolucyjnej decyzji choć ta przysporzyła kolejne, nieoczekiwane problemy. Nie czuł się swobodnie – świadomość stagnacji, osiedlenia w konkretnej lokacji zdawała się wzbudzać nieposkromione przerażenie. Wydawał się odseparowany, oddzielony, zamknięty na porzucony, zagraniczny świat. Taki obrót sprawy nie leżał w jego naturze. Potrzebował ciągłej zmiany, chłonnego, absorbującego ruchu, pochłaniania coraz to nowszych, wymagających wrażeń. Zmieniał się wymagając od siebie jak najwięcej. Złożył obietnicę, przystąpił do nieodwracalnego zobowiązania. Musiał stawić czoła odmiennej rzeczywistości, która każdego dnia przypierała do muru swą nowatorską, pojedynczą rewolucją. Zbierając z ziemi porozrzucane, nieprzyjemne w dotyku gazety, usłyszał charakterystyczny dźwięk. Ostre pazury zaczepiły o metalowy parapet, dziób uderzył w gładką powierzchnię odrobinę niezdarnie. Mężczyzna uniósł głowę, marszcząc czoło w zdziwieniu. Czyżby coś się stało? Rzucając czasopisma, strzepując zabrudzone dłonie, które następnie wytarł o jasne spodnie, podszedł do okna w celu zidentyfikowania pierzastego intruza. Duży, brązowy, podstarzały puchacz czekał na dostarczenie istotnej korespondencji. Jego ogromne, bursztynowe oczy ożywiły się na widok ludzkiej sylwetki. Znał go. Przymykając powieki w wyraźnym niezadowoleniu, pokiwał głową zrezygnowany. Uchylając ramę zaprosił dostojnego listonosza gładząc przyjemne, zimne pióra. – Co tym razem nabroił ten twój szalony właściciel? – zapytał retorycznie uśmiechając się blado. Powolnie, niechętnie odwiązywał niedbały pergamin. Krzywe, niewyraźne litery składały się w notatkę pisaną w pośpiechu. Wyglądała znajomo. Nie po raz pierwszy ów jegomość wzywał ciemnowłosego do nagłej interwencji. Pan Blackwood jako fanatyk magicznych artefaktów był lekkomyślny – padał ofiarą sprytnych przemytników wciskających niezidentyfikowane przedmioty łatwowiernym kupcom. I choć za każdym razem dostawał srogie ostrzeżenie, mocne postanowienie poprawy wylatywało wraz z jednostajnym, przelotnym podmuchem. Westchnął ciężko, boleśnie nie mając ochoty na takową interwencję. Ptak zahuczało zachęcająco widząc wyrysowane strapienie. Przez dłużą chwilę wpatrywał się w wierzch kartki podejmując właściwą decyzję. Ręka podtrzymywała brodę – myślał intensywnie. – No dobrze. – wymamrotał po chwili wybudzając z letargu. Odnajdując działające pióro, odpisał na wiadomość. Odprawił przyjazne ptaszysko, aby niemalże od razu rozpocząć odpowiednie przygotowania. Musiał być ostrożny, nie wiedział przecież z czym mają do czynienia. Czy chociaż jeden dzień mógł być po prostu spokojny?
W Dolinie Godryka zjawił się późnym wieczorem. Stopy opadły na twardą, brukową powierzchnię. Zimny wiatr zwiastujący nadchodzący deszcz uderzył w zarośniętą twarz, gdy z trudem wspinał się po stromej ulicy. Materiał cienkiego swetra falował w niezidentyfikowanym rytmie; prawa dłoń przyciskała go do szyi, gdyż na tym obszarze, zimno, okazywało się najbardziej uciążliwe. Nikła poświata lampy oświetlała nieskomplikowaną drogę. Było cicho, zdecydowanie zbyt spokojnie, dlatego też nie tracił czasu. Po krótkiej chwili znalazł się przed odpowiednim, kamiennym domem pukając w obdrapaną strukturę frontowych drzwi. Te otworzyły się niemalże od razu; mężczyzna odziany w przyduży szlafrok, wypadł na powierzchnię o mały włos nie wywracając się na stromym progu:
– Panie Rineheart, na Merlina jak dobrze, że Pana widzę… – Vincent uniósł brew w wyraźnym zaciekawieniu, dezorientacji, zniesmaczeniu? Nie zdążył wypowiedzieć ani słowa, kiedy współtowarzysz wypluł kolejną, niezrozumiałą wiązankę: - To, tooo, to coś. Ten przedmiot, to on jest jakiś przeklęty! Wydaje mi się, że wibruje. Jest jakiś gorący, jaaa, boję się go dotykać. Panie Rineheart… – staruszek wydawał się przerażony. Błagał. Wzrok prześlizgiwał się po twarzy wybawcy szukając ratunku. Wydawało mu się, że dygotał. Ale czy na pewno z zimna? Łamacz westchnął przeciągle i z udawanym spokojem wypowiedział: – Panie Blackwood, proszę nie panikować. Przyjrzę się temu czemuś co sprowadził Pan do swojego domu. Jak zwykle się Pan nie posłuchał… – dodał karcąco posyłając w jego stronę niezadowolone spojrzenie. Skulony gospodarz kiwał porozumiewawczo głową. Bełkotał pod nosem niezrozumiałe przeprosiny, lecz gość znajdował się już w samym środku przytulnego holu. Wyczuł odmienną atmosferę. Drgające powietrze zaprowadziło go do niewielkiego saloniku. Mała skrzyneczka stała na środku stołu przykryta purpurową szmatką. Zmarszczył brwi w widocznym skupieniu. Obszedł przedmiot z każdej strony zachowując odpowiednią odległość. Gdy właściciel wślizgiwał się do pomieszczenia, ciemnowłosy zapytał od razu: – Skąd Pan to ma? – artefakt wzbudzał podejrzenia. Prawdopodobieństwo klątwy wydawało się ogromne. Emanował ciepłem, wprowadzał niepokój. – Jaa, ja kupiłem to od jakiegoś handlarza. Jaaa nie wiem kim on był, ja przepraszam… – wyrzucał piskliwe. Głowa schylona ku ziemi zniekształcała wyrazy; było mu naprawdę wstyd. – Pamięta Pan cokolwiek? Jak ten koś się zachowywał, w co był ubrany, czy miał na sobie chociażby rękawiczki? - podejrzliwy wzrok osiadł na zgarbionej posturze. Był wyczekujący, ponaglający, każda minuta to waga złota. Bez odpowiednich, magicznych poczynań nie będzie mógł przystąpić do pracy.
- Eeee, noo miał płaszcz, taki długiiii i rękawiczki też. Ogólnie to, zaniósł mi to prosto do domu… – powiedział poruszony wyraźnym przerażeniem w tembrze głosu. Wiedział, że przekracza wszelkie granice. Łamie zasady, które Łamacz przekazał mu ostatnim razem. Nakazał konsultować zakupy, a przede wszystkim uważać na swą zachłanną łatwowierność. Odetchnął ciężko nie mając siły na dalsze konsultacje. Widział, że gospodarz trzymał się z dala od podejrzanej skrzyneczki. Rineheart miał pewne przemyślenia. Wyciągając z kieszeni grube rękawiczki z odpornego materiału, podszedł bliżej i kucnął z lewej strony stołu.
– Jestem przekonany, że przedmiot ma na sobie klątwę. Nie wiem jeszcze jak silną, ale zaraz do tego dojdziemy. – przedstawił sytuację marszcząc brwi w silnym grymasie. Badał zdobne ornamenty w poszukiwaniu runicznych symboli, starożytnych manuskryptów, które przybliżą go do właściwego rozwiązania. – Proszę się odsunąć, a najlepiej wyjść z pokoju. – poinstruował nie patrząc na staruszka. Ten pokiwał głową i cofając się do tyłu, ukłonił się w pół dziękując za interwencję. Młody mężczyzna na sam początek przybliżył rękę wyczuwając wzrastające ciepło. Gdyby delikatnie musnął gładką powierzchnię, skóra pokryłaby się obrzydliwymi poparzeniami. Dzięki odpowiedniej ochronie mógł bez problemu unieść ją do góry i zbadać niewidoczny spód. Przyglądając się skrupulatnie wyłapał znajomy symbol przypominający literę „F” – runę Fehu. Pochodziła z pierwszej grupy runicznej. Symbolizowała pierwotny ogień, zwiastowała bogactwo, przepych oraz płodność. Czyżby trzymana szkatuła była naprawdę wartościowa? Rozpoznając malunek skojarzył go z dość popularnie nakładaną klątwą – Klątwą Pierwszego Ognia. Jeszcze przez moment ponawiał oględziny, nie chciał przeoczyć innego, dobrze zamaskowanego znaku. Odstawiając artefakt, zdjął rękawiczki. Wyciągając różdżkę, wyprostował postawę, nabrał powietrze i powoli, dokładnie wypowiedział brzmiącą inkantację: -  Finite incantatem. – wyszeptał czując jak magia wypływa z jego ciała. Dotyka zaklętej rzeczy przerywając skutki paskudnego uroku. Jeszcze jeden raz, kontrolnie przyjrzał się drewnianemu elementowi z pięknymi, złotymi ozdobami. Obawiał się o wiele trudniejszego wyzwania, lecz domownik z nietypowym hobby zapamiętał choć kilka podstawowych wskazówek. Ciekawie kiedy nadejdzie kolejna interwencja. Wychodząc na korytarz zobaczył, że siwowłosy koczuje przejęty przy cienkiej linii białych drzwi. W dłoniach podtrzymuje ciężką sakwę, aby zaraz zaatakować:
– Udało się, wszystko w porządku? Nic Panu nie jest? Czy przedmiot jest w całości? Jaaa, jaaa… Proszę to dla Pana… – wybełkotał wciskając woreczek wypełniony monetami. – Musi Pan to wziąć… – ponaglił, nie dał dojść do słowa. Krytyczne spojrzenie pomocnego przybysza pozwoliło na chwilowe wyciszenie: – Zdjąłem klątwę. Okazała się niegroźna. Całe szczęście, że opamiętał się Pan i nie dotykał szkatuły. Każdy kontakt skóry z przedmiotem kończyłby się rozległym i bolesnym oparzeniem. Wydaje mi się, że może być bardzo hmm, wartościowa… - wytłumaczył chowając jedną rękę razem z lnianym woreczkiem. – Proszę uważać! Dobrze Pan wie, że to już nie pierwszy raz. Niech Pan nie daje wrobić się w takie transakcje. Nie jest teraz bezpiecznie. – dodał szykując się do wyjścia. Gospodarz odprowadził go do drzwi. Przed wyjściem uściskał obie dłonie wyrzucając dziękczynne: – Dziękuję Panu, Panie Rineheart. Jest Pan moim wybawcą, dziękuję… Obiecuję poprawę! – wydusił. - I jeszcze jedno, proszę od dzisiaj zwracać się do mnie nazwskiem Hayes. - i takim oto sposobem Vincent opuścił ciemną Dolinę Godryka. Połowę drogi przemierzał samotnie próbując uspokoić skłębione myśli oraz zdenerwowany organizm. Dopiero teraz poczuł jak wiele wysiłku włożył w wykonanie nieoczekiwanego zlecenia.

| zt





My biggest fear is that eventually you will see me that way I see myself
Powrót do góry Go down
Elizabeth Dearborn
Elizabeth Dearborn

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8855-elizabeth-cornelia-dearborn#263872 https://www.morsmordre.net/t8860-vivaldi#264039 https://www.morsmordre.net/t8858-ladybug#264029 https://www.morsmordre.net/t8863-przedpokoj#264132 https://www.morsmordre.net/t8916-skrytka-nr-2089#266537 https://www.morsmordre.net/t8861-lizzie-dearborn#264115
Zawód : ręce które leczo
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
nie pragniemy
czterech stron świata
gdyż piąta z nich
znajduje się w naszym sercu
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Ulica Czerwonego Bluszczu Empty
PisanieTemat: Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnikUlica Czerwonego Bluszczu I_icon_minitime17/12/2020, 18:50

2 lipca


Domek stał dokładnie po środku ulicy, otoczony nieco spróchniałym już płotem, w towarzystwie dwóch bardzo podobnych konstrukcją budowli. Otaczał do wszechobecna, czerwona roślina. Nikt , kto nie mieszkał w Dolinie Godryka, nie wiedział, że jesienią ta soczysta barwa karmazynu, szarzała i brązowiała znacznie, przypominając mieszkańcom, że nadchodzi zima. Lizzie spędziła tutaj całe swoje życie, dopiero niedawno zmieniając miejsce pobytu. Dom był tak blisko tego miejsca, że wystarczyłoby kilka kroków więcej i mogłaby ponownie zobaczyć swój dom. Brakowało jej czerwonego bluszczu, zapachu bzu, znajomych kątów, które zawsze pachniały pierniczkami i marcepanem. W ogrodzie rosły krzewy czarnych porzeczek i dzikie krokusy. Zupełnie inaczej niż w Oazie, w domku, w którym nawet nie udało jej się zmieścić ukochanego pianina. Wieczorów nie wypełniały już spokojne piosenki, których wspomnienie przypominał widok starych, znajomych ulic. Dzisiaj nie miała jednak czasu na nostalgiczny spacer, choć słońce przygrzewało łagodnie w plecy, rozjaśniając materiał brązowej, znoszonej koszuli. Jej krok był energiczny, co przejawiało się w szybkim uderzaniu niskich trzewików o kamienny chodnik, aż trafiła dokładnie do tego domu pośrodku ulicy i odnalazła jego furtkę. Gdy ją przekroczyła, uderzyło ją uczucie chłodu. Gęsia skórka objęła kark całkowicie, jednak Lizzie nie przejęła się tym faktem zbytnio, ponieważ doskonale znała to uczucie. Wiedziała, że pragmatyczny pan Ferghus, były amnezjator, doskonale zabezpieczył swój dom przed nieproszonymi gośćmi, zaś towarzyszące uczucie było znakiem, jaki pozostawiała po sobie ukrywająca bariera. Z pewnością to była ona, bo nim minęła połowę ścieżki prowadzącej do drzwi, on stał już w drzwiach, oczekując swojego gościa. Choć zmartwienie i strach na twarzy postawnego mężczyzny o ciemnych włosach sprawiały wrażenie obcowania z kimś niezwykle poważnym i chłodnym, doskonale wiedziała, że w rzeczywistości ma do czynienia z czarodziejem bardzo towarzyskim i uprzejmym. W dodatku absolwenta domu w Hogwarcie, który ze względu na swoją kolorystkę był przez Lizzie nazywany pszczółkami. - Dziękuję, że znalazłaś czas. - Usłyszała, choć wiedziała, że w takiej sytuacji nie potrafiłaby odmówić. Dla takich momentów potrafiła nagiąć swój kalendarz nawet gdy był wypełniony do granic możliwości. Przekroczyła próg domu, oczyszczając jeszcze buty o wycieraczkę. - Gdzie on jest? - Przeszła od razu do rzeczy, na co mężczyzna wskazał a pokój dzienny.
Na kanapie leżał chłopiec, którego włosy były równie ciemne co właściciela ów domostwa. Lizzie znała jego wiek - miał siedem lat. Jego twarz była blada, zaś twarz co chwila wykrzywiała się w bólu, by na chwilę znowu odpuścić, aż w końcu przy ataku agonii robił się na twarzy prawie siny. Uzdrowicielka zdjęła z ramienia swoją brązową torbę ze wszystkim co mogłoby się jej teraz przydać. Kucnęła przy kanapie. - Jestem Lizzie. Mogę Cię zbadać? - spytała łagodnie, zaś chłopiec nie odpowiedział, potaknął tylko delikatnie. Był bardzo osłabiony, a po krótkim dotknięciu jego czoła mogła stwierdzić, że ma również gorączkę.
Gdy spotykała się z takimi przypadkami, za każdym razem starała się okazać możliwie najwięcej delikatności, zarówno wobec dziecka jak i rodziny. Rzuciła najpierw zaklęcie wzmacniające, zaś po nim przeciwbólowe, by nieco ulżyć chłopcu. Naprawdę bardzo nie chciała, by cierpiał, ale jeszcze większym pragnieniem było to, by wyszedł z tego cało. Kilka chwil oceny wystarczyło, by ktoś z takim okiem do anatomii jak Elizabeth, dowiedział się, że problemem był układ pokarmowy. Spytała chłopca, czy zjadł coś ostatnio, co mogło być nieodpowiednie, chłopiec wspomniał jedynie o tym, że mógł mieć kontakt... Z pewnym grzybem. Wtedy rzuciła zaklęcie, które spowalniało działanie toksyn, co nieco ożywiło chłopca, aczkolwiek nadal nie wyglądał najlepiej. Wtedy zwróciła się do jego ojca - powiedziała wtedy jak sytuacja jest poważna. Że jej magia na niewiele się zda w przypadku zatrucia i jeśli nie będą mieli odpowiednich eliksirów, wtedy choroba z pewnością szybko zajmie wątrobę chłopca.
Mogła jedynie odwlekać nieuniknione.
Widziała jak mężczyzna zaczyna drżącymi dłońmi pisać list. Wezwanie miało być ostatnią szansą. Sama nie spodziewała się takiego obrotu spraw, myślała, że będzie tutaj z powodu zapalenia żołądka, było to jednak ewidentne zatrucie. Dearborn przysiadła przy kanapie, lekko głaszcząc chłopca, który patrzył na zdenerwowanego ojca bardzo zmarnowany. Ferghus stracił już żonę... Zapewne syn to jedyna rodzina jaka mu pozostała, dziewczyna próbowała zrobić wszystko, by chłopiec doczekał do momentu przybycia pomocy. Siedziała przy nim wytrwale, co jakiś czas rzucając zaklęcie spowalniające trucizny. Czytała mu też książkę. Opowiadanie o żuku i biedronce, skomentowane rozbawieniem, gdyż sama Dearborn zawsze nosiła coś z wzorem czarnych kropek na czerwonym tle. Dzisiaj była to jej długa, rozłożysta spódnica. Patrzyła na krótkie uśmiechy dziecka, odwzajemniając je i pokazując, że ona się nie boi.
Choć w środku bała się okropnie.




I still get a little scared of something new but i feel a little safer when I'm with you. Falling doesn't feel so bad when I know you've fallen this way too.
Powrót do góry Go down
Halbert Grey
Halbert Grey

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9087-halbert-grey https://www.morsmordre.net/t9093-lobuz https://www.morsmordre.net/t9092-halbert https://www.morsmordre.net/f179-dorset-bockhampton-greengrove-farm https://www.morsmordre.net/t9099-skrytka-bankowa-nr-2133 https://www.morsmordre.net/t9091-halbert-grey#274380
Zawód : toksykolog, ogrodnik u Prewettów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
to plant a garden
is to believe in tomorrow
OPCM : 8
UROKI : 0
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Ulica Czerwonego Bluszczu Empty
PisanieTemat: Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnikUlica Czerwonego Bluszczu I_icon_minitime18/12/2020, 13:03

Rozpięta, lniana marynarka, koszula z niezapiętym przy kołnierzu guzikiem, zmierzwione w nieładzie włosy. Przekroczył próg domu, witając się z gospodarzem krótkim skinieniem głowy. Nadany przez niego list wskazywał na krytyczny stan chłopca, nie mogli sobie pozwolić na zbędne pogawędki, bo i na życzliwości będzie czas, kiedy już uporają się z problemem. Halbert wychodził z założenia, że każdy trud można pokonać i nie dopuszczał do siebie wizji porażki.
Z Ferghusem znali się jeszcze z czasów szkolnych, kiedy obaj walczyli z sennością na lekcjach po całonocnych wygłupach i gdy marzyli o dokonywaniu wielkich czynów w swej niedalekiej przyszłości. Ich drogi rozeszły się tuż po tym, jak Halbert zrezygnował ze stażu w Szpitalu Świętego Munga, a Cameron świętował narodziny syna. Przez krótki czas wymieniali się jeszcze korespondencją, lecz dawna przyjaźń nie miała już okazji, by rozwinąć się na nowo. Dziś pojawił się w jego domu, mając stanąć do boju ze znanym już sobie wrogiem.
Walki z truciznami podjął się przed laty, zarówno z polecenia matki, jak i własnej potrzeby bycia przygotowanym na najgorsze. Kiedy śmierć zabrała im Hazel, była niewiele starsza od Ferghusa juniora, on sam ledwie w wieku nastoletnim, ale żal i niezadowolenie związane ze złamaną obietnicą ciążyło na nim przez długi czas. Gdyby tylko był wtedy w domu, gdyby odpowiednio wcześnie rozpoznał objawy i podał antidotum dziewczynka wciąż byłaby z nimi! Nie miał okazji, by zatracić się w żałobie, starach wepchnął go wir szkolnego życia. Strach przed bezsilnością, której już nigdy więcej nie chciał się poddawać.
Opasłą torbę przewieszoną dotychczas przez ramię odłożył ostrożnie na podłogę i przykucnął obok kanapy, przy chłopcu i nieznanej mu kobiecie. Przyjaciel wspomniał w liście o Uzdrowicielce, która próbowała pomóc, domyślił się więc, że to może być ona.
- Hej, dzień dobry, jak się masz? - zwrócił się uprzejmym tonem do chłopca o zaróżowionej twarzy. Przekrwienie wywołane było reakcją obronną młodego organizmu, lecz z tak trudnym przeciwnikiem sam nie dałby sobie rady. - O czym dziś czytacie? Żuk i biedronka? - Rzucił przelotne spojrzenie na okładkę książki, a kącik jego ust uniósł się wyżej w uśmiechu. - Świetna historia, pamiętam jak sam się w nich zaczytywałem. Biedronka pogardziła oświadczynami żuka, nie wiedząc jak wyprawnym jest budowniczym, a także jak bardzo dba o czystość środowiska! - Mówił dalej, rozkładając na pobliskim stoliku zawartość swojej torby w poszukiwaniu potrzebnych składników. Starał się odwrócić uwagę chłopca od jego kiepskiego samopoczucia i jeszcze gorszego stanu. -Nie chciała go naprawdę poznać, oceniła go po wyglądzie i masz ci los! - Otaczający Dolinę Godryka liściasty las mógł wskazywać na wiele rodzajów trujących grzybów, który z nich rósł w okolicy Ulicy Czerwonego Bluszczu?
- Potrzebujemy miednicy i wilgotnych ręczników - zwrócił się bezpośrednio do byłego amnezjatora, który z niepokojem przyglądał się ich poczynaniom. Po stracie żony miała spaść na niego kolejna tragedia, a on był tu po to, by temu zapobiec. Halbert nie wyobrażał sobie nawet jak bardzo musi być zdenerwowany, jemu także przydałoby się odwrócenie uwagi i choćby najdrobniejsze zadania, które dawałyby mu poczucie bycia przydatnym. Zaraz po tym spojrzał na kobietę, sprawdzając także i jej poziom zdenerwowania. - To pewnie muskaryna, musimy się jej pozbyć. Co zrobiłaś, by toksyna nie rozprzestrzeniała się do krwi? - Przed podaniem czegokolwiek musiał wiedzieć, że nie wywoła to nieoczekiwanie negatywnej reakcji. W lecznictwie nie było miejsca na próby i potknięcia, musieli działać szybko i pewnie. - Potrafisz warzyć eliksiry? Będziemy potrzebować czegoś na wzmocnienie.


Powrót do góry Go down
Elizabeth Dearborn
Elizabeth Dearborn

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8855-elizabeth-cornelia-dearborn#263872 https://www.morsmordre.net/t8860-vivaldi#264039 https://www.morsmordre.net/t8858-ladybug#264029 https://www.morsmordre.net/t8863-przedpokoj#264132 https://www.morsmordre.net/t8916-skrytka-nr-2089#266537 https://www.morsmordre.net/t8861-lizzie-dearborn#264115
Zawód : ręce które leczo
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
nie pragniemy
czterech stron świata
gdyż piąta z nich
znajduje się w naszym sercu
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Ulica Czerwonego Bluszczu Empty
PisanieTemat: Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnikUlica Czerwonego Bluszczu I_icon_minitime4/1/2021, 18:32

Lizzie widziała w swoim życiu wiele osób w bardzo trudnym stanie, czasami kończącym się śmiercią. Na szczęście magia była na takim poziomie, że tych pozytywnych zakończeń było znacznie więcej niż tych negatywnych. Z każdego dobrego czerpała ogromną radość, tak samo za każdym razem dotykała ją śmierć innego człowieka. Dotykała ją głęboko i boleśnie, przeżywała każdy taki przypadek, nawet jeśli ostatecznie czuła potrzebę robienia tego, co robiła. I lubiła to, lubiła pomagać ludziom, nawet jeśli trudno było czasem patrzeć na ich cierpienie. Nie mogła stać i patrzeć tak po prostu. To było zbyt ważne, zbyt trudne.
Siedziała przy kanapie, na dywanie i właśnie przerzuciła stronę książki, gdy pojawił się mężczyzna, który miał im pomóc. Z pewnością był starszy od niej, chociaż pewnie niedużo... Może był w wieku jej brata? Ciemne oczy od razu zlustrowały go dokładnie, wyglądał bardzo schludnie, bardzo jak porządny facet, tak po prostu. Jego obecność sprawiła, że na twarzy Elizabeth pojawił się ciepły, łagodny uśmiech. Przyniósł im promyczek nadziei na dobre zakończenie tego w dobry sposób, na jakiś pozytyw tego dnia. Naprawdę nie chciała, by dziecko spotkała jakakolwiek krzywda, dlatego ciągle uśmierzała ból, czy to zaklęciem czy po prostu dobrym słowem. Starała się zachowywać stoicki spokój, delikatnie i zachowywać się tak, by nie poczuł choćby przez chwilę strachu, że coś naprawdę może się mu stać. Stres nie przyspieszyłby leczenia jego ciała.
- Dzień dobry. - Melodyjny głos brunetki powitał mężczyznę, gdy powolnym ruchem dłoni zamknęła książkę pełną rysunków. Klęczała przy kanapie, zaś tuż przy jej kolanie leżała używana przez nią różdżka. - Tak, dokładnie... To śliczna historia, jedna z moich ulubionych. - Odłożyła książkę na dywan, spoglądając na mężczyznę. Chłopiec nie miał w tej chwili gorączki dzięki jej pomocy, jednak gdyby nie wspomagające zaklęcie, zapewne trudno byłoby mu utrzymać przytomność. - Och, naprawdę pan uważa, że to dlatego pogardziła? - Jej ton stał się nieco bardziej żartobliwy. - Czy nie zapomina pan, że żuk oglądał się za odwłokiem każdej osy w okolicy i zwykł mówić, że lubi podziwiać ostre żądełka? Nie byli tacy czarno-biali. - Wiedziała, że mężczyzna próbował odwrócić uwagę dziecka od problemu. Liz pogłaskała lekko chłopca po czole, lekko odsuwając krótką grzyweczkę. - Spróbuj się przespać, zaklęcie powinno pomóc jak odpoczniesz. - To nie była prawda, ale da im chwilę na spokojną rozmowę, nie strasząc dziecka. Nakryła chłopca kocem dokładnie po czym uniosła się i podeszła do stolika, na którym mężczyzna rozkładał swoje rzeczy. Widziała wiele ingrediencji eliksiralnych i rośliny, których częsci nawet nie rozpoznawała. Mimo to okazała im dużą ciekawość, splotła dłonie przed sobą i zerknęła na stanowisko pracy ciekawsko. - Rzuciłam zaklęcia, które sprawiają, że jego organizm efektywniej z walczy z toksyną. Immunitaris i Vis Ricora, by nie czuł bólu. Przed Twoim przybyciem się z niego zwijał. - To był naprawdę przykry widok. Lizzie podczas mówienia tego nie przechodziła w bardziej analityczny tryb pracy. Teraz wyglądała, jakby bardzo się przejmowała, wręcz była trochę wystraszona stanem chłopca, gdy zaś od niego odeszła, w końcu mogła dać temu upust. Pan Ferghus z kolei zdążył przynieść przedmioty, o które został poproszony i usiąść przy synu. Tak bardzo mu zależało na wyzdrowieniu Juniora. - Bardzo podstawowe, niestety jestem uzdrowicielką, nie alchemiczką. Ale mogę wspomóc, wystarczy, że powie mi pan jak.




I still get a little scared of something new but i feel a little safer when I'm with you. Falling doesn't feel so bad when I know you've fallen this way too.
Powrót do góry Go down
Halbert Grey
Halbert Grey

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9087-halbert-grey https://www.morsmordre.net/t9093-lobuz https://www.morsmordre.net/t9092-halbert https://www.morsmordre.net/f179-dorset-bockhampton-greengrove-farm https://www.morsmordre.net/t9099-skrytka-bankowa-nr-2133 https://www.morsmordre.net/t9091-halbert-grey#274380
Zawód : toksykolog, ogrodnik u Prewettów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
to plant a garden
is to believe in tomorrow
OPCM : 8
UROKI : 0
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Ulica Czerwonego Bluszczu Empty
PisanieTemat: Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnikUlica Czerwonego Bluszczu I_icon_minitimeToday at 10:24

Wciąż rozbawiony uniósł brew, spoglądając z ukosa na ciemnowłosą kobietę. Miała rację mówiąc, że wina bohaterów bajki leży po obu stronach, ale to nie interpretacja lektury należała teraz do ich zadań.
- Bardzo dobrze. Zdobyłaś dla nas więcej czasu. - Dla nas i dla niego. Nie chciał na głos dodawać, że toksyna szybko rozchodzi się po ciele, zwłaszcza w przypadku tak młodego i wciąż mało odpornego organizmu. Optymizmem nie napawał też fakt, że nie mieli pewności co do pochodzenia zjedzonego przez chłopca grzyba, lecz nie byłby sobą, gdyby poddał się bez walki.
Zerknął na pochylającego się nad zasypiającym synem Ferghusa. Ściśnięty żołądek podszedł mu do gardła, kiedy przed oczyma wyobraźni pojawiła mu się sylwetka starszego Grey’a. W dniu, w którym Hazel zatruła się jagodami, była kilka lat starsza od Juniora. Pamiętał pisany drżącą ręką ojca list, w którym pisał o śmierci dziewczynki. Pamiętał żal i niewypowiedziane na głos oskarżenia, ale tylko wyobraźnią mógł sięgać do momentu, w którym William zdał sobie sprawę z własnej bezradności. Halbert chciał jednak wierzyć, że ból nie jest wieczny; nie należy go tłumić czy starać się wymazać ze swojego życia, a zaakceptować, wybaczyć, ruszyć dalej. Nie wszyscy mieli jednak w sobie siłę, by unieść narzucony ciężar, zwłaszcza gdy chodziło o śmierć własnego dziecka. Patrzenie jak los obdarowuje jego bliskich kolejnym cierpieniem nie sprawiło, że stał się na nie mniej czuły czy zdystansowany, zamiast tego kłębił w swym umyśle postanowienia poprawy i niemożliwe do osiągnięcia cele. Obiecywał sobie, że w kiedy tylko ktoś będzie w potrzebie, odpowie na wezwanie i stanie na wysokości zadania, porażki odbierając nieco nazbyt personalnie. Wieczna sinusoida nastrojów i plucie sobie w brodę przy każdym potknięciu. Czy to dlatego w ostatnich latach skupił się wyłącznie na własnym domu, na bezpiecznej przystani, o której wiedział, że stabilnie trzyma nad nią pieczę?
- Świetnie, więc będziemy się uzupełniać i sprawie się z tym uwiniemy. - Ze ściszonym głosem posłał jej blady, acz pogodny uśmiech, chcąc zamaskować własne zaniepokojenie. Magii leczniczej liznął tyle, co nic, lepiej czując się przy kotle i kojącym zapachu siekanych ziół, niż z wyciągniętą różdżką.
Na blacie wylądował skórzany, zawiązany rzemieniem pokrowiec, który po rozwinięciu ukazał skrywane nań długie fiolki wypełnione różnymi ingrediencjami. Każda z nich opatrzona była krótką deskrypcją, lecz charakter pisma pozostawiał wiele do życzenia, wymagając nie tylko znajomości autorskich skrótów, ale i doskonałego wzroku. Wśród kolorowych płynów dominowały te o mlecznej barwie, nie brakowało też zasuszonych liści, łodyg czy błyszczących drobinek. Tuż obok znalazły się narzędzia, w tym mosiężne odważniki, tłuczek do moździerza i krótkie nożyki, z których każdy miał nieco inny, drewniany trzonek. Stara lupa nosiła znaki długiego użytkowania, ale jej stan wskazywał na to, że dbano o nią z należną uwagą.
- Na szczęście znalazłem w pracowni antidotum, jak i eliksir na oczyszczenie organizmu. - Do tego drugiego zdecydowanie potrzebna była miednica, zawartość chłopięcego żołądka powinna go czym prędzej opuścić. - Przydałoby nam się jednak coś na wzmocnienie. Rozdrobisz go w moździerzu? - Podsunął jej słoiczek z kilkoma mniejszymi kawałkami rogu byka oraz odpowiednie narzędzia. - Wybacz mi proszę brak manier - odezwał się nagle, prostując plecy i zwracając przodem do Elizabeth. - Nazywam się Halbert Grey, jestem... - Byłem? - przyjacielem rodziny. - Choć zwykle mógł mówić o sobie o własnych pasjach długimi godzinami, tak dziś ani nie miał czasu na dłuższe pogawędki, ani też pewności, że towarzyszącej mu pannie może zaufać.


Powrót do góry Go down
 

Ulica Czerwonego Bluszczu

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Somerset, Dolina Godryka-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21