Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Ulica Czerwonego Bluszczu
AutorWiadomość
Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]06.05.20 3:18
First topic message reminder :

Ulica Czerwonego Bluszczu

Przy biegnącej w Dolinie Godryka ulicy Czerwonego Bluszczu znajdują się przede wszystkim domki jednorodzinne zamieszkane przez rodziny czarodziejów. Nie jest szczególnie długa, jednak przechadzający się nią ludzie zawsze zachwycają się rosnącymi wzdłuż niej roślinami. Zarówno posadzone przy uliczce drzewa, jak i okalający je bluszcz, mają czerwonawy kolor liści. Wielu z mieszkańców postanowiło nie wyłamywać się z tego trendu, sadząc przy swoich ogrodzeniach barwne rośliny.
Na uliczce znajdują się liczne ławeczki, na których można przysiąść, a na samym jej końcu można znaleźć niewielki sklepik z magiczną prasą.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Ulica Czerwonego Bluszczu - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]26.10.21 13:40
Serce zadudniło donośnie, chwilę później zdawało się zatrzymać na moment, by następnie znów zacząć bić jak oszalałe; jak to za mało? Nie znała się co prawda na cenach, które mogły wyróżniać krawieckie usługi; nie wiedziała też dużo o tym, jak bardzo rynek zmienił się na przestrzeni kilku miesięcy i jak trudno pewne towary czy usługi można było nabyć. Zwykle ograniczała zakupy do podstawowych rzeczy codziennego użytku czy wizyty w piekarni; za nieswoje pieniądze, kiedy Julien czy ktokolwiek inny powierzał jej zadanie zdobycia odpowiedniego dla różanej herbaty śniadania.
Ale teraz, kiedy kobieta patrzyła na nią z wyrazem graniczącym między troską a nieustępliwością, wszystkie te beztroskie chwile zdawały się ulecieć w powietrze. Sukienka co prawdy nie była jej niezbędna, mogła obejść się bez niej jeszcze jakiś czas, albo spróbować ukryć rozcięty materiał magią, a przynajmniej jej próbami... Ale mimo to wciąż stała jak zaklęta, a uderzenia serca odliczały czas dzielący ją od jakiejkolwiek reakcji na wyznanie krawcowej.
– Och... to znaczy, jest pani pewna? Niedawno jeszcze... – niedawno jeszcze młody Lapin cerował dziury w golfie za kwotę dużo niższą; czy mogła pomylić się przy liczeniu? Mimowolnie dziewczęca dłoń sięgnęła do kieszeni płaszcza, skąd Annie wyłowiła swoją sakiewkę. Zaraz później cichy brzdęk monet spadających na blat lady wypełnił pomieszczenie.
Rzeczywiście za mało.
Spojrzenie wbite w złote talarki wydawało się przez chwilę nieobecne, speszenie mieszało z nutą zażenowania, choć przecież nie powinna; powinna przeprosić za zmarnowany czas, uśmiechnąć się i wyjść – i tak też zamierzała, gdyby nie czyjś głos.
Głos, obecność, zaraz potem widok; Annie odwróciła się na pięcie prędko, zdumiona – zdumienie prędko przeszło w dreszcz przebiegający w dół kręgosłupa.
Nie mogli wpaść na siebie w gorszej sytuacji.
Dziwaczna noc, podczas której nie potrafiła przestać na niego patrzeć, jej absencja w szkole, list z przeprosinami, w końcu felerne zamówienie, na które nawet nie było ją stać.
– Nie, naprawdę, nie trzeba, ja po prostu... – automatyczne zaprzeczenie pozwoliło jej na chwilę wrócić spojrzeniem do ekspedientki za ladą; ta uniosła brew, wędrując wzrokiem między dziewczyną a mężczyzną stojącym zaraz obok, pytająco.
Kolejne zaprzeczenie zostało przerwane przez dziecięcy głosik; Beddow przeniosła wzrok na jasnowłosą dziewczynkę, a kolejna fala zażenowania popędziła do jej świadomości jak szalona. To była córka profesora Vane'a?
– Niech się pan nie kłopocze, to nic takiego... – mruknęła, spuszczając znów wzrok. Krawcowa zaświergotała coś pod nosem, zabierając z lady paczuszkę z uszkodzoną sukienką; czysty sprzeciw nie wybrzmiał, ona zyskała kolejną klientkę, odwracając się by zapisać zamówienie w kajeciku.
– To naprawdę nie jest konieczne, profesorze... – wymamrotała, podnosząc niepewnie wzrok, próbując, nie wiedzieć dlaczego, unikać spojrzenia beztroskiej dziewczynki.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]26.10.21 23:09
« O zamożności decydują obyczaje, a nie bogactwa »
To wciąż było surrealistyczne doświadczenie. Że wśród wojennej zawieruchy wciąż rozpamiętywało się dramaturgię życia codziennego. Było w tym coś abstrakcyjnego, ale także trzymającego człowieka przy pełni zmysłów. Można by wszak zwariować, gdyby skupiało się jedynie na cierpieniu związanym z walkami. Jakby tylko chowało się w cieniach, by uniknąć dostrzeżenia przez wrogie siły. Jayden musiał jednak przyznać, że wszelkie animozje pojawiające się w ostatnim czasie w jego otoczeniu wynikały z niczego innego jak właśnie konfliktu panoszącego się po wyspach niczym plaga. Pomona, Roselyn, Maeve, w jakiś sposób również bracia Doe wraz z Marceliusem, którzy zostali boleśnie przeorani przez agresywny system prawny. Vane nigdy nie chciał widzieć ich mocujących się z rzeczywistością, a co dopiero by on sam przykładał się do zgromadzenia kolejnych problemów. Relacje międzyludzkie nie były jednak tak proste, jakby się tego chciało. Wymagały poświęcenia z obu stron, a dotarcie do porozumienia nieczęsto pożerało po drodze ofiary. Jedną szczegółowo, ale nie chciał się poddawać kolejny raz tym samym myślom. Obiecał sobie, że pozostanie skupiony na teraźniejszości i przyszłości, zamiast popadać w nostalgię związaną z minionymi dniami. Miał teraz chłopców, miał Melanie, miał Sheltę. Miał Roselyn... Ta ostatnia w niedawnym czasie zajmowała sporą część jego rozmyślań i nie potrafił zmusić się do zaprzestania. To, co się wydarzyło, miało otworzyć im drzwi do naprawienia dawno skruszałej więzi, ale równocześnie obudziło coś, czego się nie spodziewał. Bo nie tak to zapamiętał. Nie tak zapamiętał ich.
Wciąż jednak wspierali się, mimo iż nie potrafił dojść do ładu z własnymi odczuciami. Zdecydowanie zabranie Melanie do krawca pozwoliło mu na odcięcie się od zamartwiania i próby rozszyfrowania skomplikowanych emocji. Jej dłoń sprowadzała go na ziemię, gdy ciągnęła go nieco mocniej, by przyspieszył kroku. Chociaż jak na swój wiek dojrzała, wciąż miała przypływy braku cierpliwości i czysto dziecinnej irytacji. Rozczulała go tym i mimo że przypominała w wielu reakcjach swojego ojca, Jayden patrzył na nią przede wszystkim przez pryzmat jej matki. Z Anthonym nigdy nie było Vane'owi po drodze i to się raczej nie miało zmienić. Skamander był chyba jedną z niewielu osób, co do których profesor nie miał cierpliwości i wcale się z tym nie krył. W przedziwnej ironii losu z jego dzieckiem i matką jego dziecka dogadywał się niebywale dobrze. Dziecka jedynie biologicznie rzecz biorąc, przemknęło mu przez myśl, gdy instynktownie wargi profesora wykrzywiły się w pełnym pogardzie wyrazie. Szybko jednak cała sceneria zewnętrzna jak i wewnętrzna się zmieniła, gdy przyszło mu stanąć twarzą w twarz z czymś, czego zdecydowanie się tego dnia nie spodziewał — własnym wstydem.
To naprawdę nie jest konieczne, profesorze...
- Wiem, że to niezręczne spotkanie, ale nie chcę ci niczego wynagradzać, Anne - odpowiedział poważnie, chcąc, aby zrozumiała. Nie zasłaniał się pieniędzmi, by na nowo wkupić się w jej łaski czy nie kierowała nim chęć wymazania ich ostatniego spotkania. To, co robił, nie miało z tym żadnego związku. Gdyby zamiast niej stał ktokolwiek inny, nie zachowałby się inaczej. Każdy człowiek na jego miejscu zrobiłby zresztą to samo. Z jego perspektywy było to jedynie parę monet — żaden majątek. Ten wydał na kogoś innego, ale nie zamierzał o tym mówić głośno. Zresztą... Przecież wiedział doskonale, że już nigdy nie miała czuć się komfortowo w jego towarzystwie, nieważne czego by nie zrobił i jak bardzo starałby się wymazać to okropne wydarzenie z ich pamięci. Czy gdyby nie zaproponował pomocy, byłoby to bardziej godne zachowanie i lepsze rozwiązanie w ich sytuacji? Doskonale wiedział, że nie w tutaj leżał problem. To w ich pamięci tkwiło sedno. Wiedział, że mógł uwolnić od tego przynajmniej stojącą obok niego dziewczynę. Przecież znał zaklęcie. Jayden doskonale jednak zdawał sobie sprawę z faktu, iż możliwość zrobienia czegoś, nie równała się słuszności — okrutnym było w końcu nie pamiętać nawet urywka własnego życia. Nieważne czy był on bolesny, smutny czy... Odmienny. Mógł uczyć. Mógł być nieskomplikowanym momentem zmian. W końcu nieważne jak bardzo ciążyło mu to na sercu, nie chciał zapomnieć widoku zmarłej Pomony. Pozbywając się owego wspomnienia, zbezcześciłby i sprofanował równocześnie każdą jej cząstkę. Musiał pamiętać. Chciał pamiętać, by nieść to dalej. Chciał coś powiedzieć, gdy zapadła niezręczna cisza, ale ponownie mała Wrightówna przejęła pałeczkę nad rozmową, sprawiając, że stała się ona bardziej znośna.
- Jestem Melanie - powiedziała pewnie, wyciągając dłoń w stronę Anne i ściągając na siebie uwagę. Jej głos wciąż miał w sobie wiele z dziecięcego brzmienia, a ruchy z młodocianej teatralności. Sam widok tego wszystkiego sprawił, że astronom nie mógł się nie uśmiechnąć. Zaraz jednak potok pytań runął na biedną Beddow. - Uczysz się w Hogwarcie? Mieszkasz tam? My mieszkamy w Irlandii, ale mama pracuje tutaj. Jak zniszczyła ci się sukienka? Mnie raz urwał się tiulik i mama przyszyła go na odwrót, dlatego właśnie już jej nie daję swoich sukienek. Ale dzisiaj nie mam nic zepsutego. Będziemy mieć takie same płaszcz... - Jayden zasłonił dłonią usta dziewczynki, by powstrzymać ją od dalszego opowiadania, ale ona dalej fefloniła, mimo że słowa były nie do rozpoznania. Ewidentnie rozbawiła ją reakcja mężczyzny, a gdy wbiła w niego wyzywające spojrzenie, peplała coś dalej, jednak profesor już zwrócił się do stojącej obok czarownicy z wyraźnie przepraszającym wyrazem twarzy.
- Wybacz. Pierwszy raz wyszła z kanciapy. - Przy ostatnich słowach przeniósł wymowny wzrok na Melanie, dając jej znać, żeby przestała. Ta jednak wzruszyła jedynie ramionami i wyciągnęła z kieszeni czarodzieja oktant, by zająć się nim podczas rozmowy starszych. Ciągle jednak zezowała w kierunku Anne. - W każdym razie — jesteś bezpieczna? Znalazłaś pracę? - spytał, próbując jakoś przełamać niezręczność i ciszę, jaka zapadła po zatkaniu ust małej gadule.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]28.10.21 15:12
Wzrok instynktownie znów podążył za beztroską sylwetką niedużego dziecka; dziewczynka zasiadająca na ladzie roztaczała wokół siebie jakąś czystą, charakterystyczną dla dzieci energię, dziwacznie nie pasując do całej sytuacji, która zaczęła się wokół nich dziać. Annie na moment skrzyżowała spojrzenie z blondwłosą czarownicą, która z uśmiechem na ustach poruszała wiszącymi w powietrzu nogami, wyraźnie zaabsorbowana całym zajściem – dla niej pewnie czymś na kształt kolejnej przygody i wyzwania, dla Beddow powodu do następnej fali zawstydzenia.
I nie byłoby w tej scenerii tak naprawdę niczego dziwnego, gdyby nie echo wspomnień i obrazy pamiętnego – niestety – wieczora, którego wciąż nie potrafiła rozgryźć.
Nie potrafiła znaleźć we własnej głowie momentu, w którym znalazła się w loży na torze wyścigowym, by prędko odkryć obecność mężczyzny, którego nijak mogła się spodziewać – i w miejscu, i o porze jaka ich zastała. Były nauczyciel, skryte w mroku siedziska, ciepło świec i w końcu przygotowana kolacja – czy to wszystko na pewno działo się na jawie?
Na jawie na pewno działa się scena z krawcową w roli drugoplanowej; nim Anne zdążyła cokolwiek powiedzieć, kobieta zaaferowana kolejnym zleceniem zniknęła z kajecikiem za małym zakrętem, zostawiając klientkę – klientów – samym sobie.
– Mhm... – wymamrotała jedynie krótko, kiedy profesor Vane wspomniał coś o wynagradzaniu; nie była pewna co miał na myśli, bo w całej serii niefortunnych zdarzeń to ona czuła się nie w porządku – Ale nie jestem w stanie się panu odwdzięczyć – dodała później, nieco ciszej; nie mogła oddać mu pieniędzy, których nie miała, nawet jeśli tyczyło się to groszowych spraw – Więc dziękuję... – chyba tylko to jej zostało?
Gotowa odwrócić się w przeciwną stronę została wyrwana przez głos dziewczynki; wciąż uśmiechnięta, zaangażowana w spotkanie między dorosłymi. Anne zamrugała kilkukrotnie, jak gdyby cała nawałnica pytań płynących z ust młodej pannicy imieniem Melanie zbiła ją z tropu. Choć zdumienie było po niej widać, uśmiechnęła się do małej towarzyszki nieco zakłopotana.
– Uczyłam się w Hogwarcie, a mieszkam...na razie tutaj. W Dolinie – odpowiedziała, marszcząc nieco brwi niepewna własnej odpowiedzi przez pół uderzenia serca – Miło mi cię poznać, Melanie... – tak chyba wypadało powiedzieć? Profesor prędko zasłonił usta dziewczynki dłonią, co podsumowała krótkim spojrzeniem, na krawędzi rozbawienia i zakłopotania – Nic się nie stało – odpowiedziała, posyłając pocieszający uśmiech dziewczynce – Sama nie wiem jak to było z tą sukienką, wiesz? Jest już trochę stara – wytłumaczyła krótko, nim beztroskie pytania ciekawskiego dziecka odeszły na bok po zderzeniu z tymi trudniejszymi.
– Tak, wszystko w porządku... – próbowała się uśmiechnąć, choć efekt wyszedł dość blado – Nie do końca, jeszcze nie... Wydarzyło się kilka rzeczy po drodze. Ale dam sobie z tym radę – z utrzymaniem, znalezieniem pracy, sama nie wiedziała czym tak dokładnie – planowanie pozornie zwyczajnych i niezbędnych w codziennym funkcjonowaniu rzeczy wydawało się dla niej niemal abstrakcyjne, kiedy fundamenty jej życia wciąż tkwiły w rozsypce.
– Proszę pana, ja... jeśli chodzi o ten list... przepraszam, że nie odpisałam – wymamrotała zaraz później, podnosząc w końcu spojrzenie z czubków własnych butów na niego – Nie miałam sowy. A poza tym chyba też śmiałości – skubnięcie zębami dolnej wargi zdradziło cień niepokoju, ale nie opuściła wzroku – I przepraszam też za ten wieczór. Naprawdę nie wiem...nie wiem co się wtedy stało i dlaczego tak... dziwnie się zachowywałam...


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]03.11.21 21:12
« O zamożności decydują obyczaje, a nie bogactwa »
Ciężko było mu pozbyć się odczuć związanych z tamtą nocą. Pełną udziwnień, nie tylko tych materialnych, ale także czysto duchowych. Samhain był wszak niezwykłą porą, gdzie świat zmarłych łączył się ze światem żywych, nadając całemu otoczeniu nadzwyczajnego klimatu. Delikatności, wrażliwości, niemal wyczulenia na najmniejsze zmiany w wibracjach rządzących rzeczywistością. Bo łamały się zasady na co dzień obowiązujące pomiędzy śmiertelnikami, dając im niezwykłą możliwość dotknięcia tego, co było ukryte po drugiej stronie. Dla Jaydena nie tylko spotkanie Anne było powodem do nadwrażliwości. Rozmowa z duchem swojej przodkini sprawiła, że profesor nie był w stanie ułożyć swoich myśli. Poruszony już od samego początku wieczora, mierzył się z wewnętrznym chaosem i własnymi, okrutnymi myślami. Powrót kogoś pod postacią ducha, jest nienaturalny pod każdym względem. Chyba nie chcesz, by spotkał ją ten sam los? Alannah nie chciała jednak słyszeć odpowiedzi swojego potomka. Wszak Vane nie chciał, równocześnie pragnąc tego najmocniej w ten samolubny, egoistyczny sposób. Najokrutniejszy z możliwych. Wiedział, że życie jego żony i tak było bezpowrotnie utracone i nawet postać ducha nie mogła jej uwolnić. Pochłonięta przez wysysającego duszę dementora skazana była na wieczne katusze błąkania się po nieznanym, niewyobrażalnym przez nikogo wymiarze. Dodatkowa sceneria późniejszego napotkania dawnej uczennicy, wywołanych przez jej osobę emocji, aż do przywrócenia zdrowego rozsądku były mieszanką kuriozalnych wyrzutów sumienia i braku litości dla samego siebie. I chociaż aktualnie wiedział, co spowodowało jego zachowanie i pobudzenie feerii uczuć na widok Anne, dziwna impresja wciąż jątrzyła się we wnętrzu mężczyzny, gdy znalazł się w pobliżu młodej czarownicy. Nawet po takim czasie. Najwidoczniej niektóre ślady nie miały zniknąć, ale aktualnie nie znajdował się pod wpływem żadnego eliksiru — rozsądek był więc u steru, pozwalając na cywilizowaną rozmowę. Z małym gnomem u boku.
- Proszę uprzejmie. Postępując słusznie, uczymy innych i może kiedyś ta nauka do nas wróci - odpowiedział, posyłając jej krótki uśmiech. Wystarczająco wiele nieprzyjemności i zła wydarzało się między ludźmi. Dlaczego miałby dorzucać się do tego wszystkiego, skoro mógł postąpić inaczej? Zresztą nawet niepewne dziękuję było czymś, czego większość nigdy by nie wypowiedziała. Na moment obserwował i słuchał interwencji małej Wrightówny, której dość mocno brakowało koleżanek. Roselyn wspominała o jakichś dzieciach w lecznicy, ale miejsce pracy rodzica nie było tak naprawdę lokacją do zawierania przyjaźni. Trwałych i mocnych. Co prawda dziewczynka uwielbiała spędzać czas z trojaczkami Jaydena, lecz chłopcy wciąż byli zbyt mali, by móc bawić się w sensowny, rozumny sposób. Reagowali na imiona, siedzieli bez podparcia, próbowali się czołgać, a w szczególności wydawali specyficzne odgłosy mające wyrażać emocje, jak radość czy frustrację, ale nie byli materiałem do bardziej zaawansowanych zabaw. Owszem — Melanie uwielbiała udawać, że byli jej dziećmi i zajmowała się nimi niczym przykładna mama, ale to wciąż nie było to samo. Potrzebowała towarzystwa. Nic więc dziwnego, że zaczepiała Anne.
- Moja mama tu pracuje - odezwała się, gdy z zainteresowaniem przyswoiła wiadomości, jakie wyciągnęła od niewiele starszej dziewczyny. Jay znał ją na tyle, by wiedzieć, że miała w głowie jakiś plan, do którego jeszcze się nie przyznawała.
- Ma na myśli Dolinę - uzupełnił dziewczynkę, która nie uściśliła, gdzie tak naprawdę było jej tu. Oczywiście został za to zbesztany pociągnięciem za krawat w pełnym frustracji geście oburzonej siedmiolatki.
- No, właśnie to mówię - odparła Melanie, patrząc na mężczyznę, jakby się po niej powtarzał. Jeszcze brakowało teatralnego wywrócenia oczami, jednak i bez tego astronom nie mógł nie widzieć w dziewczęcej mimice przebijającej się osobowości Roselyn. Zaraz jednak dziewczynka straciła nim zainteresowanie i na powrót wróciła do Anne. - Czekasz teraz, aż ci naprawią sukienkę, więc masz kilka wolnych minut, prawda?
Na moment zajęła się jednak astronomicznym przyrządem, dając czas dwójce dorosłych na chwilę rozmowy. Słysząc odpowiedź na swoje pytania, Vane skinął głową, ciesząc się, że to słyszał. Nawet jeżeli nie wszystko się u niej układało, nie była to porażka i koniec świata. - Najważniejsze, że znalazłaś ludzi, z którymi czujesz się bezpiecznie. - Wszak mówiła mu przy ich ostatnim spotkaniu o przyjacielu, u którego miała się zatrzymać. Do którego drzwi na dobrą sprawę ją odprowadzał. A skoro spotkali się w Dolinie Godryka, oznaczało, iż najprawdopodobniej wciąż była pod skrzydłami tej samej osoby. Gdy zaczęła jednak się tłumaczyć, momentalnie wrócił do powagi. - Przestań. Nie musisz - odpowiedział od razu, patrząc wprost w oczy czarownicy, nie chcąc przyprawiać jej więcej niezręczności. Mówił szczerze i nie oczekiwał od niej przeprosin czy nawet słów tłumaczenia. Wyraz jej twarzy poruszył go jednak bardziej, niż mógł podejrzewać. Gdy widział tak szczery żal wypisany w dziewczęcych rysach i oczach skierowanych ku niemu. Jedynie świadomość, że nie byli sami, sprawiła, że nie przejechał zewnętrzną stroną dłoni po bladym policzku. Bo nie chciał, by czuła się winna. Nie była niczemu winna. Uśmiechnął się ciepło mimo wszystko, posyłając jej spojrzenie pełne spokoju, bo chciał przekazać dawnej podopiecznej wsparcie. Nie zgrzeszyła — nie miał więc czego wybaczać. Zanim mógł kontynuować, za blatem pojawił się właściciel, który na widok profesora uśmiechnął się szeroko. Po przedstawieniu sytuacji i krótkiej rozmowie czarodziej poprosił Melanie, aby przeszła z nim ku bocznej nawie, gdzie na stołku miała czekać na panią krawcową. Vane nie musiał ruszać się z miejsca, by widzieć swoją małą podopieczną, która cała podniecona czekała na pierwsze pobranie wymiarów. Nie zamierzał jej zostawiać, ale ten moment był właściwy, by wyjawić prawdę stojącej wciąż przy ladzie Anne. - Zjadłaś ciastko, zanim znalazłaś się na torze wyścigowym, prawda? Było nasączone amortencją - powiedział w końcu, przełamując trwającą przez dłuższy moment ciszę i zerknął na moment ku niej. - Nie byłaś sobą. Ja również.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]08.11.21 19:54
Być może w innych okolicznościach nazywałaby własną reakcję i odruchy tchórzostwem – teraz jednak jakoś dziwnie trudno było jej utrzymywać wysoko podniesiony, skupiony na nim wzrok. Obraz rozmywał się, a wspomnienia sal lekcyjnych i zajęć przez niego prowadzonych ulegały mglistym, równocześnie niemal dobitnie wyraźnym pamiątkom niecodziennej nocy Samhain.
Na dodatek obecność dziewczynki, choć zdecydowanie życzliwej i radosnej, odciskała się niezręcznością gdzieś w dole żołądka Anne; w pierwszym wrażeniu uznała Melanie za córkę profesora, nie do końca pamiętając jakie i w jakim wieku były jego dzieci.
A miał to być tylko krótki wypad do krawcowej.
– Ma pan rację – zgodziła się krótko, posyłając dość lichy uśmiech; zapewne byłby dużo szerszy, a słowa naznaczone entuzjazmem, gdyby nie to wszystko, co postawiło ich w tej dziwnym położeniu. Nie do końca wiedziała, czy bardziej czuje się winna czy onieśmielona – może wszystkiego po trochu? Zdawała sobie sprawę, była niemal pewna tego, że powinni o tym porozmawiać – z drugiej strony wracanie jakkolwiek do wydarzeń ostatniej, październikowej nocy było ostatnim, na co miała ochotę.
Kolejnym pociskiem formującym się w zwyczajne zmieszanie były następne słowa dziewczynki; Beddow przeniosła na nią spojrzenie, kiedy wypowiedziała informacje o mamie, najprawdopodobniej o kobiecie bardzo ważnej dla profesora Vane'a.
– Och, doprawdy? Co za niespodzianka... – starała się choć w połowie dorównywać radości wybrzmiewającej w ustach dziewczynki, ale głos zabrzmiał dość niepewnie, a policzek pokrył się odrobiną różu. Towarzyszący nieletniej mężczyzna prędko skonkretyzował, że – całe szczęście – chodzi o Dolinę, a nie zakład krawiecki. Z drugiej strony, to wcale nie odbierało choć odrobiny uczucia, które powodowało, że miała ochotę zwyczajnie zapaść się pod ziemię.
– O tak, prawda, Melanie, tylko że... – urwała, bo co tak naprawdę było jej wymówką? Pośpiech w powrocie do domu? Nie miała przecież faktycznych obowiązków, a były nauczyciel wyświadczył jej przysługę, wobec której nie wypadało zachowywać się niegrzecznie, nawet jeśli chodziło o krótką rozmowę z towarzyszącą mu dziewczynką.
Podniosła znów spojrzenie, kiedy Vane wspomniał o ludziach, na co sama skinęła krótko głową; spojrzenie skrzyżowało spojrzenie, a ona wciąż pozostawała cicho, zupełnie nie wiedząc, co jeszcze mogła dodać – co takiego powiedzieć, by zetrzeć aurę niezręczności, która miała być może nawiedzać ich już zawsze, za każdym przypadkowym razem gdy na siebie wpadną?
A skoro mama tej dziewczynki tu mieszkała, mogli wpadać często...
Pojawienie się sylwetki właściciela było niemalże jak łaska płynąca z nieba; dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że wstrzymuje powietrze, prędko więc wypuściła spomiędzy warg krótki oddech, podążając wzrokiem za zaaferowaną Melanie. Kiedy profesor Vane znów zwrócił się w jej stronę, wyraźnie zmarszczyła brwi.
– Amortencja? Naprawdę? – zupełnie zapomniała o ciastku w swoich rozważaniach; zniknęło pod naporem kolejnych wydarzeń, dość nieistotne i niepozorne wobec tego co spotkało ich potem. Na moment wróciła wspomnieniami do momentu, w którym była jeszcze w Dolinie; ale po co to wszystko? – Jest pan pewien? Kto miałby... zrobić coś takiego? – wymamrotała dużo ciszej, spuszczając wzrok; jaki był cel? – Amortencja to jedno, ale... byliśmy na torze wyścigów konnych. To był świstoklik? Dlaczego?


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]21.11.21 20:43
« O zamożności decydują obyczaje, a nie bogactwa »
Nie uważał jej za tchórza. Nie uważał jej za kogoś, kto powinien wstydzić się i przepraszać. Chciał dodać jej otuchy ciepłym uśmiechem, lecz wiedział, że bez względu na wszystko, nie mogła patrzeć na niego już jak jedynie na profesora. Że pod tamtą sferą, nieważne jak spokojną i pozbawioną skaz, wtargnęły bliższe teraźniejszości wydarzenia. Mogłoby się wydawać, że momenty z tamtej nocy uderzyły tylko w młode, niewinne ciało dojrzewającej wciąż kobiety. Powiedzenie jednak faktu, iż oddziaływało to jedynie na nią, równałoby się z kłamstwem. Bez względu na to, czy był starszy, dojrzalszy, czy już żonaty — ciężko było pozbyć się odurzenia doznanego w wyniku zachłyśnięcia się amortencją. Błędem byłoby stwierdzenie, że nie powinni byli się tym przejmować. Że nie byli sobą. Że nie panowali nad sobą. Przecież żadne z nich nie panowało nad własnymi odruchami. Jakie to jednak miało znaczenie, skoro pamiętali każdy moment? Każdą emocję, ekscytację i niepewność. W głowie Jaydena wciąż pojawiało się charakterystyczne ściśnięcie żołądka, gdy przypominał sobie nawet najmniejszy dotyk, jaki współdzielili. To było niewłaściwe i nie powinno się nigdy wydarzyć. Wiele jednak zdarzeń z życia nie powinno było mieć miejsca, a jednak się działy. Śmierć, ból, niepewność, pomyłki. Magia pomagała, lecz także komplikowała życie. W normalnych warunkach nigdy nie patrzyłby na swoją uczennicę w sposób, w jaki patrzył mężczyzna na kobietę. Nie wyczekiwałby poczucia ciepły jej skóry. Jakże okrutnie zdecydowano jednak z nich zakpić... Opętać spętany żałobą umysł i ten jeszcze niewinny. Chora gra toczyła się całą noc, by rozpłynąć się wraz z pragnieniami nad ranem, jednak pozostawiła wspomnienia. Pełne niezręczności oraz własnej, brutalnej samooceny.
Gdy patrzyła na niego, widział w niebieskozielonych oczach odbijający się wstyd. Gardło ściskało go, dostrzegając zmieszanie, bo przecież chciał tego uniknąć. Chciał, aby zniknęło wszystko, co sprawiało, iż czuła się źle. Niezręcznie. Czy zażyczyłaby sobie zaklęcie zapomnienia, gdyby mogła? Czy sięgnęłaby po nie, gdyby jej je zaoferował? Czy powinien był... Chciał dotknąć jej policzka, by dodać jej otuchy, ale wiedział, że musiał kontrolować się i uważać poważniej na własne odruchy. Mógł wszak jeszcze pogorszyć już i tak trudną sytuację, a próba wsparcia mogła zostać odebrana zupełnie inaczej. Odchrząknął więc, pozwalając sobie na odwrócenie uwagi ku Melanie zmierzającej we wskazany jej kącik krawiecki. Chociaż na moment wyjątkowo atencyjna dziewczynka pozostawiła starszych czarodziejów samych. Lepiej, gorzej? Chyba nie jemu było oceniać. Podobnie zresztą jak zmiana tematu i wyjawienie prawdy o incydencie z Nocy Duchów. Czy zmniejszało to napięcie chwili? Jayden nie czuł różnicy. Wciąż nie czuł się swobodnie, a fakt, że nie był sam, wcale nie pomagał. Pokręcił jednak głową, słysząc pytania padające ze strony Anne. - Nie wiem. Nie jest to jednak pierwszy raz, gdy podobna sytuacja ma miejsce. Kiedyś jakiemuś alchemikowi nie wyszedł eksperyment i sprowadził deszcz amortencji, kiedy indziej skrzat domowy postanowił walczyć z konfliktem, rozsiewając wśród ludzi eliksir miłosny. Nawet jeśli działało to wbrew ich woli. Nie wiem, jak było tym razem. - Chyba zresztą wolał nie wiedzieć. - Nie wszyscy z dostępem do magii działają zgodnie z logiką i rozsądkiem - dodał, wzdychając ciężej. Milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w nieistniejący punkt, by później przenieść wzrok na delikatne rysy dawnej uczennicy. Co by się stało, gdyby trafiła tam na kogoś innego? Co by się stało, gdyby dziecięca zabawka nie znalazła się w kieszeni jego płaszcza? Gdyby kotwica trzymająca go w poczuciu obowiązku, nie sprowadziła do Irlandii? - Anne - zaczął niepewnie, zmuszając ściśnięte gardło do zabrania głosu. Mogła to usłyszeć. Fakt, z jaką trudnością się mu mówiło. - Wiem, że to nie jest żadna wymówka, ale... W normalnej sytuacji nigdy bym... - urwał, milknąc i marszcząc brwi, by odwrócić się do niej profilem. Nie mógł, nie chciał kończyć zdania. To wciąż go prześladowało i miało prześladować tę młodą dziewczynę także. Jego mogło. Nie chciał tylko, żeby uderzało w nią... Nigdy. - Wiem, że to nie pomoże i nieważne, ile razy to powiem... Przepraszam.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]18.01.22 20:12
Pozornie nie stało się nic.
Nic takiego, nic złego, nic, co mogło faktycznie napawać ją wstydem. Wypowiadane w odmętach nocy słowa prędko urywał wiatr, krótkie spojrzenia znikały wśród cieni, które rozpraszały jedynie płomienie świec ustawionych na stole.
Suto nakryty stół w loży na torach wyścigowych, o północy; absurdalność tamtej chwili przeczyła wszystkim zasadom, sam fakt, że znaleźli się tam wspólnie, deptał każdą racjonalność.
Ale mimo to, nie stało się nic.
A jednak, bezustannie powracała wspomnieniami nie do ich czynów, a tego dziwacznego uczucia. Do momentu, w którym patrzyła na niego w sposób tak odmienny od innych do tej pory. Spijała obraz, łaknęła dotyku, otumaniona samym faktem przebywania zaraz obok, nawet jeśli było to kilka ulotnych chwil.
Teraz stali tutaj, w najprawdziwszej rzeczywistości; ona biedna dziewczyna, której nie stać na usługi krawieckie – on dobroduszny nauczyciel i ojciec.
Wstyd bił się o pierwsze miejsce z zażenowaniem, a stres wygrywał niemal bolesną melodię w dole jej żołądka; przyłapała samą siebie na odliczaniu sekund dzielących ją od gwałtownej ucieczki z tego miejsca, kiedy z jego ust padło określone słowo.
Amortencja.
To było możliwe?
Profesor Vayne począł mówić o nieodpowiedzialnych czarodziejach; o dziwacznych sytuacjach i niecodziennych incydentach, które miały miejsce. Naprawdę mogli paść ofiarą jakiegoś żartu albo pomyłki? Próbowała przywołać wspomnienie ciastka, ale to wciąż uporczywie rozmywało się gdzieś w odmętach jej pamięci, niknęło pod ciężarem tego, co wydarzyło się potem.
Dziewczynka wciąż coś mówiła, delikatny głos owiewał słodkością pomieszczenie, ale Anne zdawała się już tego nie słyszeć. Wzrok zastygł się w przestrzeni, zęby zacisnęły się na dolnej wardze, kiedy starała się przeanalizować – przypomnieć, zrozumieć, pojąć – wszystko to, co mogło się zadziać.
– Proszę pana, może po prostu... – weszła mu w słowo, choć wycofanie nastapiło prędzej niż zamierzała. Przepraszam przyniosło ulgę i kolejny balast; gdzieś w środku wiedziała, że nie powinien jej przepraszać. Żadne z nich nie powinno.
– Może po prostu udajmy, że to nie miało miejsca? Ja.... naprawdę nie jestem w stanie tego zrozumieć. I... również przepraszam. Nie wiem, nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło... Amortencja czy nie, nie powinnam była – tak patrzeć, tak myśleć, powstrzymywać go. Zdrowy rozsądek astronoma wygrał; nie wiedziała co byłoby, gdyby pozwolił im zjeść kolację.
– Powinnam już iść – słowa pojawiły się po kolejnych odłamkach ciszy; tym razem nie dziwacznej, a prawie bolesnej – Dziękuję za sukienkę... – podniosła w końcu spojrzenie, a blady uśmiech zatańczył w kąciku.
Wycofując kroki, zerknęła jeszcze na dziewczynkę, której zaraz potem pomachała.
Charakterystyczny dźwięk dzwonka przy drzwiach towarzyszył ostatniemu spojrzeniu, jakie posłała w kierunku Jaydena, nim opuściła zakład krawiecki.

zt <3


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 9 +5
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]18.01.22 21:24
« O zamożności decydują obyczaje, a nie bogactwa »
Zeszłoroczna noc Samhain była przesycona magią do granic, bombardując profesorski umysł wizjami, wspomnieniami, a na koniec również przenosząc go fizycznie w całkowicie odmienne, zagrzebane pod grubą warstwą kurzu miejsce z dawnych lat. Tor wyścigowy pod Londynem nie był dla niego żadną pamiątką. Był po prostu lokacją — jedną z tysięcy — gdzie mógł trafić na drodze w przeszłości. Ostatnią osobą, jaką spodziewał się tam spotkać, była właśnie Anne i to jeszcze — podobnie jak on sam — napojona amortencją unoszącą się złowróżbnie z zaczarowanego ciastka. Wówczas nie rozpoznał znaków. Zmęczony nocą, bezsennością złapał za przyjemnie pachnącą słodycz, nie wiedząc, co miało się wydarzyć później. Gdy stanął twarzą w twarz ze swoją niespodziewaną towarzyszką, subtelność charakterów, różnica wieku, dawne wspomnienia oraz granice rozsądku nie pozwoliły całkowicie sponiewierać już i tak narażonych ludzkich przekonań. Nie byli całkowicie ślepi. Zarówno wszak młoda czarownica, jak i starszy od niej czarodziej mogliby zareagować zupełnie inaczej, gdyby nie byli sobą. Gdyby nie trafili na siebie nawzajem, a ostatnie czego chciałby sam Vane, to świadomości obrazoburczego przewrotu losu. Mogliby mieć wymówkę. Mogliby stać aktualnie obok siebie, mając we wspomnieniach coś całkowicie innego. Mogłoby się to skończyć wszystko tragicznie, a chociaż nie wydarzyło się nic, pozostały w pamięci emocje i uczucia. Mimo iż wywołane sztucznie, we wspomnieniach nie były przez to mniej prawdziwe. Przypominało to zamglone obrazy z zapamiętanego snu — ból, radość, dotyk, głos, zapachy. Żywe, barwne. Po przebudzeniu nie znikały zupełnie — wybielały się wraz z czasem, ale nic ponadto. Człowiek mógł sobie tłumaczyć, iż były iluzją, a mimo to odciskały piętno na nawet najbardziej rozwiniętym umyśle. Nawet na najbardziej analitycznym i twardo stąpającym po ziemi.
Powinnam już iść.
- Oczywiście. - Nie zatrzymywał jej. Nie zamierzał wprawiać ją w jeszcze większy dyskomfort, którego źródłem była niewątpliwie jego własna osoba. Na to jednak nie było rady — musiałby zniknąć on sam lub też i ona. Z oczywistych dla tego konkretnego momentu względów to Anne musiała odejść i raczej nie było to dla niej zajęciem ciężkim. Raczej wręcz wyczekiwanym, odkąd mężczyzna przestąpił próg zakładu krawieckiego. Gdy podziękowała, odpowiedział jej również krótkim uśmiechem, robiąc jej tyle przestrzeni na odejście, ile tylko chciała. Tylko przez chwilę jeszcze odprowadzał ją spojrzeniem ku wyjściu, by zaraz też powrócić do swojego grymasu swobodnego zadowolenia, gdy tylko spojrzał na Melanie. Ich wizyta w końcu dopiero się rozpoczynała, chociaż jeszcze na długo po opuszczeniu salonu w głowie Jaydena miała tlić się troska i współczucie wobec czarownicy, która nie zrobiła nic, by sobie zasłużyć na taki bagaż. Jak oni wszyscy...

zt


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]15.07.22 19:39
21.04

I knew that look dear,
Eyes always seeking
Was there in someone
That dug long ago



W ostatnim miesiącu rzadko kontaktowała się z rodziną Thomasa; nie miała wszak ku temu powodów, przede wszystkim zaś powodował nią wstyd i irracjonalne poczucie winy, jakby to ona była winna temu, że chłopak opuścił ich, opuścił , udając się Bóg wie gdzie. Nie ważne jak wiele razy przekonywałaby samą siebie, że właściwie nie ma to nic wspólnego z nią - nie może być na tyle egoistyczna, by sądzić, że w jakiś sposób wpływa na wszystko - nie opuszczało Kerry poczucie porażki, jakby okazała się nie dość dobrą kobietą, nie taką, przy której chciałoby się pozostać za wszelką cenę, chronić, porwać, kochać. Nocami leżała w łóżku i wpatrywała się na wpadające przez zasłony światło księżyca, zostawiające bladoszare linie na drewnianych deskach podłogi, leżała i rozmyślała o tym, czy może dzisiaj nagle ktoś nie zastuka w szybę. To było zupełnie nieodpowiedzialne i przede wszystkim głupiutkie, bo przecież nikt niepowołany nie mógłby zbliżyć się do ich domu obwarowanego zaklęciami, a Justine i Michael już o to zadbali, by wszyscy z rodziny Doe byli u nich postrzegani jako niepowołani.
Nie powstrzymywało to Kerstin przed marzeniami skrytymi pod pozorem ponurego lęku, tego samego lęku, który nakazywał jej obracać się przez ramię na ścieżce prowadzącej do lecznicy i - paradoksalnie - zmuszał do opuszczania Doliny Godryka okrężną drogą przez Ulicę Czerwonego Bluszczu i zagajnik opodal cmentarza. Ciągle powtarzała sobie w myślach jaka jest z niej durna, durna dziewczyna i że powinna pozwolić sobie zapomnieć, dla dobra wszystkich. Przecież Thomas nie odszedł przez nią, nie mógł. Miał ważne sprawy, może związane z wojną (nie powinna rozpamiętywać słów Justine, nie powinna), a ona najlepsze co mogła zrobić to zająć się codziennymi sprawami, niesieniem pomocy i cierpliwym czekaniem. Jak żona dzielnego żołnierza podczas Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej. Z tym, że, rzecz jasna, nie była niczyją żoną.
Z westchnieniem znużenia, którego nie dało się zwalczyć snem, Kerstin przysiadła na ławeczce, by odsapnąć i przyjrzeć się swoim zaczerwienionym kostkom u dłoni. Z powodu ciągłego niedojadania, niedosypiania i histerycznej wręcz dokładności w pracy, jej skóra stawała się sucha, szorstka i łatwo ulegała podrażnieniom podczas wielokrotnego mycia rąk. W ten sposób kończyła ze strupami i pęknięciami, które potem w stresie rozdrapywała. I tak w kółko.
Uniosła głowę nieco zbyt późno, gdy obok rozległy się kroki na szeleszczącym żwirze; nieznajoma zdążyła już podejść bardzo blisko do ławki, a ona instynktownie odsunęła się i skuliła ramiona. Rozluźniła się dopiero, gdy rozpoznała te wielkie, sarnie oczy i burzę ciemnych loków, których od początku dziewczynie zazdrościła.
- Och, Eve! Eve, myślałam, że wyjechałaś, tak długo cię nie widziałam! - Niezdarnie poderwała się z ławki, chcąc schwytać koleżankę w ramiona i ukryć jakoś naciągniętymi rękawami brzydkie, podkrwawiające ślady na wierzchach dłoni. - Ale dobrze wyglądasz! Zrobiłaś coś z włosami albo...? Wydajesz się zdrowsza niż ostatnio. - Nie brzmiało to wcale nieuprzejmie w czasie biedy, głodu, walk i chodzących nieszczęść takich jak Kerstin.
[bylobrzydkobedzieladnie]




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]26.07.22 20:49
Podobał jej się dzisiejszy dzień, nieśmiałe słońce wyglądające zza chmur i wyższa temperatura niż w ostatnich tygodniach. To zachęcało do spaceru, zwłaszcza kiedy w domu zapanowała całkowita cisza, a jej nie w smak była samotność w domu. Nie chciała siedzieć sama w czterech ścianach, a dodatkowo czuła, że potrzebowała ruchu i swobody. Nic jej nie powstrzymywało i dlatego zarzuciła na ramiona cienką, znoszoną kurtkę. Zamknęła za sobą drzwi domu, popchnęła furtkę. Nie miała planu, gdzie chce iść, ale okolica nadal zdawała się skrywać przed nią tajemnice, które dziś zamierzała odkryć albo chociaż jedną, jakąkolwiek.
Idąc chodnikiem, uśmiechała się lekko do mijanych osób i z uprzejmością zginała kark przed starszymi osobami. Miała wrażenie, że pogoda nie tylko ją zachęciła do spaceru po okolicy, może chwilowego zapomnienia o ponurych realiach. Wsunęła dłonie w kieszenie kurtki, skręcając w ulicę.
Błądząc spojrzeniem po ulicy Czerwonego Bluszczu, przestała przez chwilę zwracać uwagi na mijane osoby. Ten moment wystarczył, aby najwyraźniej pominęła kogoś znajomego. Zatrzymała się w półkroku, zwabiona brzmieniem własnego imienia. Odwróciła głowę w stronę osoby, która ją zawołała i zaskoczenie ustąpiło miejsca pogodnej radości. Rodzina dziewczyny była dziwna, budziła nieufność, ale sama blondynka nadal pozostawała nieszkodliwa.
- Kerstin! – zawołała cicho, by imię Tonks zawisło między nimi. Dała pochwycić się w ramiona, samej uścisnęła dziewczynę. Nie były przyjaciółkami, nawet dobrymi koleżankami, lecz coś w jej sposobie bycia, wystarczyło, aby dała się porwać zwyczajnemu zadowoleniu z nieplanowanego spotkania.- Nie, nie. Nie miałam tylko czasu na tyle spacerów, a kiedy już wychodziłam szukałam sobie miejsca, gdzie będzie spokój.- wyjaśniła z uśmiechem, dlaczego nie widziały się tyle czasu. Nie chciała mówić, że w codzienności nie działo się najlepiej, że uciekała przed towarzystwem, bo czasami nie potrafiła kłamać już w żywe oczy, że wszystko było dobrze.
Zaśmiała się miękko i z lekkim zmieszaniem, kiedy usłyszała pytanie. Czyżby ciąża, aż tak jej służyła? Oczywiście, że widziała w lustrze, że powoli widać było zmiany, ale na całe szczęście nie czuła się jeszcze wielka.
- To nie to.- odparła z przebiegłym uśmieszkiem.- Ale za parę tygodni pewnie nie będę wyglądać już tak dobrze.- stwierdziła, nieco tajemniczo. Nie potrafiła nadal dzielić się tą wiadomością, czuła się zbyt niepewnie.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Ulica Czerwonego Bluszczu - Page 2 89145bba4c57f02203074fc256742436
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Ulica Czerwonego Bluszczu [odnośnik]02.08.22 17:16
Z całej swojej rodziny Kerstin zachowała zapewne najwięcej z pogodnej, codziennej życzliwości - nie doświadczyła takich okropieństw, nie musiała stawać przed równie trudnymi decyzjami. Przynajmniej do ostatniego czasu; do chwil, o których bała się myśleć, przyszłości, której nie potrafiła już dłużej widzieć w jasnych barwach. W towarzystwie tak miłych i niewinnych ludzi jak Eve starała się jednak z całego serca maskować te oznaki świeżego bólu. Cienie pod oczami ciężko było zamaskować nie mając kosmetyków innych niż mąka i marynowane buraki, ale przynajmniej rękawy miała dość długie, by naciągnąć je na dłonie, usta wciąż pamiętały jak wygiąć się do uśmiechu, który w części chyba był szczery.
Naprawdę bardzo dawno nie widziała Eve - do tego stopnia, że zaczęła się o nią obawiać. W sercu Kerstin nigdy nie brakowało miejsca na troskę o kolejną osobę.
- Rozumiem - powiedziała cicho, kiedy już wypuściła Eve z ramion, może nawet trochę zażenowana swoją emocjonalną reakcją; wychodziła jednak z założenia, że z okazji trzeba korzystać, bo można nie mieć drugiej szansy na okazanie człowiekowi sympatii. Ciągle rozpamiętywała swoje ostatnie spotkanie z Thomasem i uważała, że nie przytuliła go wtedy dość mocno, dość długo, dość... szczerze. - Też się staram często nie rzucać w oczy, ale tak akurat dzisiaj... ciężką miałam wachtę w lecznicy, musiałam sobie usiąść. - Uciekła spojrzeniem na najkrótszą z chwil, bo kłamcą była żadnym, a nie chciała obciążać dobrej Eve swoimi problemami.
Bardziej zależało Kerstin na tym, by jak najwięcej dowiedzieć się o tym, co się ostatnio u cyganki działo.
- Może usiądziesz? - Spytała, bo sama chciała dać odpocząć kolanom, a głupio było tak siedzieć jak ktoś stał.
Zauważyła dziwny uśmieszek na twarzy Eve - miała taką ładną ekspresję! - ale niczego nie powiedziała, dopóki sens słów dziewczyny nie zaczął do niej powolutku docierać. Powolutku i z wahaniem, na które w ogóle sobie pozwalać nie powinna, bo przecież była pielęgniarką i dobrze wiedziała czemu kobiety się szybko zmieniały. Gdyby chodziło o śmiertelną chorobę albo nadchodzącą tragedię, to przecież Eve by się wcale nie uśmiechała. Co to, to nie.
- Och. Och - sapnęła i poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Głupie, głupie łzy, które dalej nie chciały wyschnąć do końca, tak jakby opłakiwanie dalej zmarłego dziecka Just miało jakikolwiek sens, skoro się nawet nie narodziło i nigdy nie narodzi. - To jest tak piękna wiadomość - wydusiła, ocierając policzki wierzchem dłoni i mimo wszystko śmiejąc się przez łzy; musiała wyglądać dziwacznie, szczerząc się i płacząc na raz, jakby to ona miała humorki, ale nie. Zaraz złapała Eve za dłoń i pogłaskała ją z czułością i czcią, na którą zasługiwały tylko matki. - Dobrze zrozumiałam, prawda, Eve? Nosisz pod serduszkiem mały cud? Rany julek, ale to nowina! Będziesz taką d-dobrą ma-amą - zaszlochała, a potem oparła głowę na ramieniu koleżanki. - Przepraszam! Prze-epraszam, to głupie, ale tak ma-am... - Wyciągnęła z kieszeni fartucha kraciastą chusteczkę, żeby się wysmarkać i zniżyła głos, pytając cichutko: - James wie?




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
and sometimes,
against all odds,
against all logic,
we still hope
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Ulica Czerwonego Bluszczu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach