Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Old Place 91
AutorWiadomość
Old Place 91 [odnośnik]19.05.20 14:08

Old Place 91

Dom pod numerem 91 nie wyróżnia się w niczym od rzędu innych, niemal identycznych budynków w najstarszej części Doliny Godryka. Dwupiętrowy, odgrodzony od reszty wysokim murem porośniętym bluszczem wydaje się jakby chciał uciec przed wzrokiem innych. Przez długi czas stał pusty, jednak od grudnia ma nowego właściciela oraz lokatorów. Średnich rozmiarów ogród za budynkiem jest królestwem dziko rosnących roślin oraz pozostałością po zielarskich grządkach, o które dbał kiedyś miejscowy zielarz.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Old Place 91 [odnośnik]09.06.20 17:37
roselyn & lyall19 maja
Charakterystyczny trzask teleportacji rozległ się na tyłach domu przy Old Place pod numerem dziewięćdziesiątym pierwszym. Nikt jednak tego nie usłyszał, podobnie jak ciężkiego, męskiego oddechu, który w charkocie przypominał bardziej dyszenie poturbowanego psa niż człowieka. Sąsiedzi i lokatorzy okolicznych domów dawno już spali i nic nie miało ich wytrącić ze spokojnego snu. Lyall nie był pewny co do dokładnej godziny, lecz wiszący nad jego głową księżyc wskazywał na porę świeżo po północy. Wiedział, że ryzykował teleportacją i bezpieczniejszy byłby w tym wypadku świstoklik, ale mało obchodziło go jego własne bezpieczeństwo. Dał się obić jak ostatni kundel, ale jeszcze nie tracił przytomności - był wciąż przy zmysłach, gdy opuszczał londyńskie doki, skupiając się na powrocie do Doliny Godryka. Nie była to łatwa droga, ale wtedy nie kalkulował swoich szans. Po prostu to zrobił. Zaryzykował i najwyraźniej mu się to opłaciło, bo stał w swoim ogrodzie, patrząc na swoją własność. Nie nazywał tego miejsca domem. Był to jedynie budynek i nic więcej. Wszelkie emocje związane z czymś takim jak rodzinny azyl już dawno rozpłynęły się wśród negatywów oraz intensywności przeżywanych przez brygadzistę dni. Nie miał pojęcia czy jego brat kręcił się w środku, ale ostatnio młodszy z Lupinów dostrzegał, że Randall coraz częściej wychodził. Mógł to robić bezkarnie - w końcu był metamorfomagiem i poza Londynem nikt się nim specjalnie nie interesował. Pod drzwi Lyalla też nikt z Ministerstwa Magii się nie pojawił, nie przyszedł sprawdzać każdego kąta. Czyżby woleli skupić się na poszukiwaniach szych z plakatów, przepuszczając potencjalne płotki? Łowca wilkołaków nie znał się na tropieniu zwyczajnych czarodziejów i czarownic, dlatego nie zamierzał specjalnie pochylać się nad ów sprawą, jednak działania władzy były co najmniej ślamazarne. Lyall nie znajdował się w Wilkiej Brytanii zbyt długo, a już wydawało mu się, że każdy wokół był ścigany przez prawo. Jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio poprzez pokrewieństwo z buntownikami lub członkami Zakonu Feniksa. Czy nie widział kuzynostwa Wright na plakatach? Skamandera wiszącego zaraz obok siostry i ojca Vincenta? Młodszej z Tonksów? To była niczym pierdolona kolekcja prosto z hogwarckiej kroniki.
W takich chwilach żałował, że nie stracił przytomności. Żeby nie musieć o tym wszystkim myśleć. Na moment od tego oderwało go delikatne zaskoczenie - mężczyzna nacisnął klamkę drzwi od podwórka z przyzwyczajenia, ale napotkał opór. Konsternacja trwała jedno uderzenie serca. Dopiero po chwili wróciły mu wspomnienia, że piętro było już wynajmowane i nie mógł tak po prostu tamtędy przełazić. Instynktownie podniósł wzrok na okna nad sobą, ale nie dostrzegł żadnego światła. Może to i lepiej... W żadnym wypadku jednak nie przywykł do świadomości, że znajdowała się tam Roselyn. Ta sama, która tak często zajmowała jego myśli podczas nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Te wspomnienia wydawały się być tak odległe i zamglone, że Lyall wątpił, czy w ogóle były prawdziwe. Różnili się w końcu tak bardzo od tamtych wersji siebie - nie zdziwiłby się, gdyby to wszystko było po prostu fikcją. Ona teraz miała córkę, on stracił po drodze to, na czym mu zależało. Ona spała spokojnie w łóżku, on stawiał każdy następny krok w bólu. Będąc na rogu domu, Lupin musiał się zatrzymać, czując wzbierającą w sobie słabość. Oparł się drżącą, lepką od posoki ręką o mur i zwymiotował krwią. Już miał takie obrażenia, uzdrowiciel mówił mu wtedy o krwotoku wewnętrznym i że jeśli nie będzie się oszczędzał, rany najprawdopodobniej znów się otworzą. Ciosy Goyle'a były solidne i precyzyjne, dlatego nic dziwnego, że wcześniejsze urazy dawały właśnie o sobie znać. Jak gdyby cokolwiek to zmieniało... Lyall w końcu otworzył drzwi wejściowe i wtoczył się do środka, zamykając od razu za sobą dom. Nie obchodziło go czy przekręcił klucz, czy nie - i tak nie miał nic cennego, a w Dolinie Godryka kradzieże nie były na porządku dziennym. Ani nocnym. - Hej. - Z jego gardła wydobyło się rzężenie, gdy zobaczył w kącie dwie pary skrzących się psich oczu. Bacznie obserwowały swojego właściciela, ale nie podeszły do niego. Wciąż leżały na swoim posłaniu, nie odrywając ślepi od ludzkich ruchów. Lupin zresztą nawet tego nie chciał. Samo odganianie dwójki towarzyszy było jakby aktualnie ponad jego siły. Chciał po prostu przez chwilę odpocząć... Doczłapał się do barku, wziął butelkę ognistej i opadł na osamotniony fotel. Czuł, jak w uszach mu szumiało, a ciało wciąż paliło od odniesionych urazów, a jednak masochistycznie sprawiało mu to przyjemność. Bo oznaczało to, że jeszcze był człowiekiem, prawda? Ociekającym potem, pokrytym swoją i cudzą krwią, ale wciąż człowiekiem. Kimś, kto jeszcze całkowicie nie zapadł się w niebycie. Mężczyzna upił łyk alkoholu, wiedząc, że jeśli tego nie zrobi, ściskające się gardło na samą myśl o własnym człowieczeństwie, doprowadzi go do łez. A do tego nie zamierzał dopuścić. Więc pił. Przez to wszystko nie zauważył jednak, że drzwi łączące jego część domu z częścią należącą do Roselyn były otwarte.

|obrażenia: -15 pęknięcie przegrody nosowej, -15 ból klatki piersiowej, -30 dojmujący ból klatki piersiowej, -5 lekki ból w prawej ręce, -30 pęknięcie śledziony, -7 rozcięcie warg, -23 zwichnięcie żuchwy, -30 moje pandziątka, -23 pęknięty łuk brwiowy


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Old Place 91 [odnośnik]13.06.20 1:36
Nieprzyjemna cisza roznosiła się po kamienicy przy Old Place 91. Taka, do której nie chciała przywyknąć. Nieprzerywana miękkim głosem córki, odgłosem jej lekkich, energicznych kroków. Nie było hałasu zabawy, ani nieznających kresu pytań. Jedynie dźwięki starego domu , jego pustki i psów Lyalla.  
Badała nieskończone rysy i wypukłości rysujące się na kamiennym suficie. Zdawało jej się, że śni, chociaż wciąż wpatrywały się w ten sam punkt. Była zmęczona tą ciągłą ciszą i godzinami spędzonymi w Lecznicy. Nie chciała wracać tutaj. Nie chciała słuchać rozciągającego się wokół głuchego milczenia.
Powinna je znać. Przecież nie raz rozstawała się z córką. Nie raz jej pokój na ulicy Pokątnej był pusty. Jednak teraz pustka przybrała zupełnie inne barwy.
Musiała zaufać, żeby odsunąć Melanie od zagrożenia.
Starała się odnaleźć w pamięci miejsce gdzie zapisane było powiązanie między Melanie, a jej ojcem. Nazwisko Wright było powodem zagrożenia. Jeśli ktokolwiek szukał bliskich poszukiwanych, mogła znaleźć się na tej liście. Jeśli ktoś szukał bliskich Anthony’ego… Chciała wierzyć, że nie odnajdzie tam jej córki.
Wiara to było jednak zbyt mało. Melanie musiała być w miejscu, w którym nikt nie potrafi jej odnaleźć. Poszukiwała w pamięci jakichkolwiek interakcji z mieszkańcami Old Place. Starała się, aby nikt nie dostrzegał jej obecności tutaj. Próbowała się ukryć przed wścibskością sąsiadów. W lecznicy nie posługiwała się w swoim nazwiskiem, jeszcze wtedy myśląc o porzuconej posadzie w szpitalu Świętego Munga.
Jedyna osoba, która wiedziała o niej te wszystkie rzeczy mieszkała tuż pod nią.
Jednak władze ministerstwa nie zapukały do jej drzwi. Spędziła tu kilkanaście dni i nikt nie naruszył jej bezpieczeństwa. Chciała wiedzieć czy może tutaj zostać. Jednak nie przekroczyła granicy oddzielającej dom Lupina i wynajętej przez nią przestrzeni. Musiał wiedzieć, prawda? Nie było innej opcji.
Nie przyzwyczaiła się do myśli, że dzieli ich tylko jej podłoga i jego sufit. Oboje trzymali się swoich terytoriów. Początkowo nasłuchiwała czy jest w domu, stawiając ostrożne kroki i zastanawiając się czy on słyszy jej obecność. Z czasem przyszła świadomość, że zwykle go nie było. Przezwyciężyła skrępowanie korzystając z ogrodu przed domem, by bawić się z Melanie. Próbując odnaleźć w tej osobliwej sytuacji namiastkę normalności. Łatwiej było zasymilować się z tym obcym miejscem, gdy nie było go w pobliżu. A może tak tylko sobie mówiła, bo Lyall zdawał się nie przyjmować od niej żadnej życzliwości. Po prostu był tam na dole. Obcy. Tak jakby nigdy się nie znali.
Ta noc była stanowczo zbyt długa. Niespokojna. Błądziła w pustkach pościeli. Próbując wymusić na sobie sen, ale ten nie przychodził. Momentami zdawało jej się, że przebija się przez powłokę snu, aby po chwili dostrzec, że nie zmrużyła oka. Przez chwilę wydawało jej się, że języki ognia dosięgają jej łóżka. Dokładnie te same, które kiedyś odebrały jej matkę. Teraz pochłonęły sypialnię Melanie, chciwie zbliżając się do niej. Ale nie było niczego innego poza ciemnością. Była tylko ona, dusząca w poduszce własny krzyk.
Przez chwilę wydawało jej się, że słyszy ciężkie, powłóczyste kroki unoszące się zza uchylonego okna. Nie chciała już śnić złych snów.
Czy od pociągnięcia za klamkę dzieliły je całe godziny czy tylko krótkie sekundy?
Zerwała się gwałtownie, nasłuchując odgłosów starej kamienicy. Wciąż to słyszała. Być może umysł wcale sobie z niej nie drwił. Ostrożnie opuściła nogi na podłogę, delikatnie stąpając po drewnianych deskach. Musiała tylko sprawdzić. Przyszli tu tak szybko?
Psy nie szczekały na nieznajomych.
Stojąc u szczytu schodów, nasłuchiwała. Nie było jednak niczego innego poza ciszą. Postąpiła jeszcze tylko kilka kroków, wciąż starając się dosłyszeć jakikolwiek znak obecności.
To musiał być Lyall. To była najprostsza odpowiedź. Wróciłaby na górę, gdyby nie dostrzegła uchylonych drzwi. Te, które pamiętała, że były zamknięte, gdy szła spać. Te, które zawsze były zamknięte. Nie chciała się odzywać. Nawoływać go w ciemnościach, skoro czekać tam mógłby ktoś inny.
Unosząc wysoko różdżkę, ruszyła schodami w dół, przekraczając granicę ich domów. Jeszcze kilka kroków dalej, ruszając w głąb korytarza, w końcu dosięgła wzrokiem mężczyznę siedzącego w fotelu, nie opuściła różdżki.
- Lyall? - zapytała zachrypniętym głosem. Niepotrzebnie pytała, bo już po chwili go rozpoznała. Gwałtownie przystanęła, widząc przed sobą psy. - Przepraszam drzwi były uchylone. Zawsze są zamknięte. Chciałam sprawdzić co się dzieje… - zdusiła w sobie następne słowa. Coś było nie tak. Czuła to.
Siedział w dziwnej pozycji, osnuty metalicznym zapachem krwi, potu i alkoholu. Niepewnie postąpiła krok, jednak nie odważyła się wkroczyć w głąb pomieszczenia.  Opuściła powoli różdżkę. - Wszystko w porządku? Co ci jest? - zapytała. Różdżka pod rozkazem cichej inkantacji rozjaśniła cienie, ukazując krew, zdeformowaną obrażeniami twarz. - Pokaż mi to i zabierz psy - zażądała, nie bawiąc się już w znaną im nieśmiałość. Musiała być gdzieś granica, miejsce gdzie kończyły się ich konwenanse, a zaczynało się życie, które prowadzili.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Old Place 91 [odnośnik]14.06.20 9:36
Czy byłoby mu trudno sympatyzować z aktualną sytuacją Roselyn? Czy byłby w stanie odczuć współczucie lub zrozumienie? Czy poruszyłaby cokolwiek, co jeszcze znajdowało się w tej zaschniętej skorupie zwanej człowiekiem? Wbrew pozorom powierzchowności mieli kilka wspólnych cech, nad którymi zresztą nie trzeba było się specjalnie zastanawiać, chociaż równocześnie tyle samo lub więcej ich dzieliło. Oboje jednak w pierwszej linii byli rodziną poszukiwanych przez Ministerstwo Magii czarodziejów, o których władze wiedziały i na których im zależało. Co prawda Randall nie został oznakowany listem gończym jak w przypadku Wrightów, ale jego nazwisko wisiało w niemalże każdym przejściu wszystkich departamentów. Gdyby nie fakt, że patrzono teraz na brygadzistę z perspektywy posiadania brata buntownika, wizyty w najważniejszym budynku w Wielkiej Brytanii byłyby chociaż odrobinę mniej zjadliwe. Został przesłuchany, prześwietlony, obserwowany z uwagi na to bliskie pokrewieństwo, a na koniec Lyall musiał dowieść swojego oddania oraz lojalności, przydatności dla Ministerstwa i chociaż nikt nie mógł rozkazać mu ruszyć po tropie bliźniaka, zdecydowano się wykorzystać to w inny sposób. Zgodnie z przewidywaniami Michael Tonks nie zamierzał się oddawać w jego ręce, a ucieczka, której się dopuścił, rozpoczęła łowy, na których miał się teraz skupić młodszy z braci Lupin. Czy odczuwał niepokój, zdając sobie sprawę z tego, że poszukiwany przez niego wilkołak był mu znany? Czy bał się, że podejmie niewłaściwą decyzję, gdy przyjdzie co do czego? Nie. Wiedział, że nie i był pod tym względem wybity z tropu. Tonks wybrał swoją drogę buntownika, wykruszył się z systemu, który go obowiązywał i musiał ponieść tego konsekwencje. Co prawda trop się urwał, a Lyall wciąż czekał na dokumenty, które miało mu dostarczyć Ministerstwo Magii, nie martwił się niepowodzeniem. Skoro dawny auror się przed nim odkrył ze swoimi poglądami, wiadomo było, że nie miał opuścić kraju. A to dawało brygadziście masę czasu.
Tego jednego dnia chciał jednak zapomnieć o wszystkim. O Tonksie, swoim wilkołaku numer jeden, o Laurel, o sobie samym. O Roselyn... Siedząc w fotelu, wpatrywał się w sufit i nie był w stanie zatrzymać galopujących w jej stronę myśli, co wywołało w nim nieprzyjemne skrzywienie. Nie powinien był, nie chciał tego robić, jednak był zbyt zmęczony i obolały, by z tym walczyć. A reszta ruszyła już sama... Wrócił wspomnieniami do początku, gdy pierwsze spotkanie z czarownicą po tylu latach pozostawiło wrażenie zagubienia - nie jego, lecz jej. Lyall pomimo początkowego zaszokowania i braku umiejętności poruszania się w sytuacji, wyczuł, że nie był w tym sam. Jednak zagubienie kobiety wykraczało poza poziom interakcji z nim. Sam nie wiedział, dlaczego, ale czuł, że to nie on był głównym problemem. W końcu pamiętał ich zachowanie w momentach, gdy przychodziło im ze sobą przebywać, gdzie wypowiedzenie słowa zdawało się cięższe niż najtrudniejsze z zadań, gdzie serce wybijało swój nerwowy rytm, gdzie obserwowanie jej ruchów równało się z odkrywaniem kolejnych warstw składających się na dziewczęcą całość. To było tak złudnie podobne do jego wspomnień, lecz równocześnie odmienne. I chociaż Lupin obiecał sobie tego nie robić, poszedł do archiwum i wyciągnął odpowiednie dokumenty. Mung również mu je udostępnił, bo wystarczyło powołać się na Ministerstwo Magii, a drogi same się otwierały. Roselyn Wrght. Panna. Do niedawna zamieszkała przy Ulicy Pokątnej pod numerem siódmym, aktualnie znajdująca się u niego na piętrze. Matka Melanie Wright. Zbiegła z Londynu z uwagi na zamieszki czy powiązania? I chociaż to nie był jego wydział, ciężko było przestać. W przeciwieństwie do niej nie odczuwał podobnego niepokoju, co do swojej przyszłości, ale w jakimś dziwnym aspekcie potrafił to zrozumieć. Chociaż oboje mieli kompletnie różne podejścia do trwającej sytuacji i znajdowali się też w dwóch różnych położeniach, nie potrafił pozostać kompletnie obojętnym. Zdawał sobie sprawę, że to było niesprawiedliwe wobec niej, nieprofesjonalne z jego strony, lecz nie potrafił zaprzeczyć, że jej osoba mieszała mu w głowie.
Przepraszam, drzwi były uchylone.
Pogrążony w swoich rozmyślaniach, nie zauważył, że obiekt jego aktualnych rozważań pojawił się w drzwiach do salonu. Jak? Dlaczego o tej porze? Gdy brygadzista przeniósł spojrzenie na czarownicę, dostrzegł zarys jej sylwetki, a po chwili również błysk zaklęcia, od którego zmrużył boleśnie oczy. Randall. To musiał być Randall, ale przecież nie mógł jej tego powiedzieć. Nie mógł powiedzieć, że w ich domu mieszkał ktoś jeszcze. Ktoś, kto zdecydowanie miał im przynieść kolejną dawkę problemów. Wszystko w porządku? - To nic. - Nie zareagowała jednak w wyczekiwany przez niego sposób, bo zamiast wycofania się jej ton z zaniepokojonego zmienił się w rozkazujący. Pokaż mi to i zabierz psy. - Nic ci nie zrobią. A teraz zostaw mnie - mruknął niewyraźnie, czując ból za każdym razem, gdy się odzywał. I ciężko było powiedzieć czy chodziło o konkretne miejsce, czy po prostu cały płonął. Nie był przyzwyczajony do towarzystwa ludzi, odzwyczaił się od czegoś takiego jak zwyczajna troska czy pomoc. Nauczył sobie radzić w pojedynkę i nie potrzebował jałmużny. Na pewno nie od niej.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Old Place 91 [odnośnik]03.07.20 2:25
Wiedziała, że nie było tu miejsca na młodzieńcze podchody. Niedomówienia i rozpracowywanie warstw. Wiedziała, że najrozsądniej byłoby pójść do niego i po prostu zapytać. Nie jak obcego człowieka. Jak postać z przed kilkunastu lat. Kogoś z kim wtedy dzieliła szkolną ławę, pokój wspólny, przedziwną nić porozumienia. Nawet mimo kilku lat jego nieobecności w życiu Rose, nie wydałaby na niego wyroku. Ale głos neurotyczki, którą zaczynała się stawać, drwił z niej cicho - Niczego się nauczyłaś, prawda?.
Zaufania nie należało rozdawać ze względów na pozory, dawne sentymenty. Już dawno powinna pojąć, że ludzie nie byli takimi jakimi chciała ich widzieć. Jeszcze niedawno zapierała się, że już nie potrafi być dawną sobą, a jednak tak jak kiedyś szukała w ludziach dobra, ludzkich odruchów.
Starała się nie balansować między psychozą, a skrajną naiwnością. Znaleźć środek między tymi dwoma pojęciami i trzymać się punktu, który miał wyznaczać następne działania. Trwała jednak w tym impasie kilkadziesiąt godzin, dwa dni odkąd na ministerialnych plakatach ujrzała krewnych, swoje nazwisko, twarz ojca Melanie. Zastanawiała się czy mógł wiedzieć wcześniej, przecież działał w służbach ministerstwa. Nie odezwał się ani słowem. Nic nie zrobił. Nie wiedział czy po prostu nic z tym nie zrobił? Odpowiedzi na te pytanie znajdowały się kondygnację niżej, ale nie pokusiła się jeszcze o ich poszukiwanie. Wiedziała jednak, że nie potrwa to w nieskończoność. Zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że w tym nowym świecie nic nie trwało długo, sytuacja zmieniała się z wariacką prędkością, narzucając nowe wyzwania. Lepiej było znać grunt, po którym się stąpa. Jednak wciąż się wahała. Może nie chciała się obnażać? Prowokować konfrontacji, w której efekcie znalazłaby się przed drzwiami ministerstwa. Przemawiał przez nią nieracjonalny strach, bo przecież gdyby tak miało się stać już by do tego doszło. Nie potrafiła znieść tego oczekiwania na nieznane, a przecież nie powinna czekać. Powinna wziąć los w swoje ręce. I chciała być gotowa to zrobić następnego dnia. Strach o własne życie i o Melanie towarzyszył jej codziennie. Takie były wojenne realia, świadomość stania po słabszej stronie konfliktu. Poznała go już. Od dłuższego czasu był jej wiernym towarzyszem, nauczyła się z nim żyć i funkcjonować. Przecież wiedziała, że nie należy go podburzać niewiedzą.
Podobnie jak ponad dwa tygodnie temu przypadek pokierował ją w stronę wejścia do jego domu.
Szanowała prywatność swojego sąsiada. Gdy tylko zauważyła jak bardzo jej chroni, starała się nie przekraczać granic ich domów bez powodu. Gdyby nie ciągłe poczucie zagrożenia, dziwna anomalia, nie ośmieliłaby się wejść do jego mieszkania. A jednak tu była, podążając pustymi korytarzami, poszukując źródła hałasów.
To nic nie wyglądało dobrze. Niezbyt dobre oświetlenie, brak dokładnych oględzin utrudniały analizę, jednak sprawne oko wychwytywało urazy. Dostrzegała opuchliznę, zakrzepłą krew pod nosem i na brodzie, obolałą pozę. Obserwowała to już nie raz i widziała jak ludzie ignorują urazy, nie mając świadomości, że te chociaż wydają się być czasami tylko pobieżne mogą być znacznie bardziej niebezpieczne niż się wydają.
Mogłaby się wycofać. Ułatwić sobie życie, przyjąć odmowę i odrzucić od siebie jakąkolwiek odpowiedzialność. Tak byłoby najprościej, najbardziej komfortowo. Były jednak rzeczy ważniejsze od wygód. Było poczucie obowiązku, zwykłe ludzkie odruchy, którym się nie opierała. Taka już była. Nie lubiła bólu i krwi. Nie ze względu na to, że ją to brzydziło. Wiedziała, że potrafi go łagodzić, naprawiać to co zepsute. Z tym mogła walczyć i wygrywać.
- Dobrze - przytaknęła mu. Zamiast jednak wycofać się postąpiła krok w jego stronę - ale jak tylko upewnię się, że jutro nie znajdę tu trupa - powiedziała spokojnym tonem, starając się nie rozbudzać dramaturgii w już i tak przyprawionych nią słowach. Nie chciała dramatyzować czy odchylać się w stronę bezduszności. Czuła, że bardziej przemówi do niego chłodna logika niż zwykłe zapewnienie, że po prostu może i chce mu pomóc. Bez względu na to czy urazy były poważne czy tylko powierzchowne.
Zbliżyła się, spoglądając z góry na Lyalla. - Nie będę niczego dociekać, po prostu cię obejrzę i zrobię co w mojej mocy. - Po umyśle błąkały się oczywiste pytania, ale nie zadała ich. Dziś dostrzegała, że granica między nimi jest gruba, wyraźna, a Rose i tak już ją naruszała. Nie mogła jednak postąpić inaczej. Różdżka wisiała nad nimi w gotowości, ale nie miała zamiaru używać jej bez jego zgody.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Old Place 91 [odnośnik]12.07.20 17:02
Skłamałby, mówiąc, że mu to odpowiadało. Że ktoś, do kogo kiedyś coś czuł, mieszkał wraz ze swoim dzieckiem na piętrze, podczas gdy on z bratem tkwili na parterze. To wydawało się surrealistyczne i niewłaściwe w stosunku do aktualnie tak bardzo rozstrojonych warunków życia, które posiadał zarówno on sam, jak i Roselyn. Lyall nie przejmował się konwenansami czy patrzeniem społeczeństwa - nie obchodziły go te aspekty. Obchodziły go jego własne aspekty i fakt, że pojawienie się w jego życiu Wright, nie było mu po drodze. Komplikowało nie tylko przebywanie w domu, lecz również i koncentrację brygadzisty. Długie lata miał do czarownicy słabość; nic więc dziwnego, że nie potrafił myśleć trzeźwo, gdy znajdowała się w jego okolicy. Oczywiście, że ich kontakt ograniczał się do absolutnego minimum, lecz czy nie zostawała pamięć? Świadomość? Własnych słabości, nienawiści do samego siebie, do przeszłości, która zaprowadziła go do zabicia kogoś, kogo kochał najbardziej na świecie. Uzdrowicielka należała wszak do innej rzeczywistości. Do wspomnień innego wcielenia łowcy wilkołaków. Dlaczego więc ten aktualny również wyczuwał coś niepokojącego w jej towarzystwie? Sądził, że się z niej wyleczył. Że pozostawił ją wraz z dziecięcym, słabym Lupinem. Kimś, kim nie był już długi czas. Ile by dał, żeby wracając do domu, nie odczuwać spięcia. By nie musieć liczyć na to, by nigdy nie spotkać jej w okolicy i by nie potrzebowała pomocy ze sprawunkami technicznymi. Był zły na siebie samego z tego względu, że w ogóle go to dotykało. Że nie oderwał się od przeszłości wystarczająco - chociaż sądził, że już się od niej odgrodził.
A jednak patrząc na nią, stojącą w wejściu do salonu, wyrzucał sobie, że pozwolił jej się zatrzymać pod swoim dachem. Że nie wybrał własnego spokoju nad jej bezpieczeństwo. Był idiotą i dobrze o tym wiedział. Przecież nie obchodziły go szlochy dzieci czy błagania kobiet, gdy obserwował, jak z wilkołaka zmieniały się z powrotem w ludzi. Co więc tak interesowały go losy dziewczyny z Hogwartu? Może musiał się nauczyć ją ignorować? I tylko w ten sposób miał się od niej uwolnić? I tak nie miał siły się z nią wykłócać - było mu już obojętne, co zamierzała zrobić. Słysząc jej słowa, obdarzył ją spojrzeniem niebieskich, smutnych oczu, ale odwrócił twarz, nie odpowiadając nic. Mogła robić z nim, co chciała - on nie zamierzał się wtrącać. Ale nie zamierzał też przestać pić, chociaż czuł się źle, że robił to w jej towarzystwie. Cóż... Nic w tej sytuacji z nią u boku nie było właściwe. Nie reagował, gdy go badała ani nie pozwolił, by na jego twarzy pojawiły się jakieś oznaki bólu przy rzucaniu zaklęć. Przywykł już do tego - tak samo jak nawykł do tego, że ludzie nie czuli się swobodnie w jego towarzystwie. Od niej również biła ta obawa. Oraz jeszcze jedna, o którą nie pytała. Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, zanim się odezwał. Mogły minąć już długie godziny, a jemu nie zrobiłoby to różnicy. Nie, gdy każdy oddech był przez niego przesycony zarówno bólem, jak i kobiecym zapachem. Ironia... - Powinnaś wybrać mądrzejszą kryjówkę - przerwał milczenie, nie przenosząc nawet spojrzenia na Roselyn. Dalej wpatrywał się w ogień rozpalony zaklęciem przez czarownicę. Z tego co pamiętał, Gryfonka z dawnych czasów była pojętną kobietą - liczył na to, że nie musiał wyjaśniać jej, o co chodziło. Jej pojawienie się wkrótce po zawiśnięciu podobizn Skamandera oraz innych Wrightów w całej Wielkiej Brytanii było aż nadto oczywiste. Miała powiązania w Zakonie Feniksa aż zbyt przejrzyste - Lyall zastanawiał się, czy i ona należała do tego ruchu i nie czułby się zaskoczony, gdyby odpowiedź była twierdząca. Zbyt wiele aspektów za tym przemawiało. Szkoda tylko, że miał ją za mądrzejszą. Roselyn dobrze wiedziała, że pracował w Ministerstwie Magii. Nie ukrywał tego ani w momencie, gdy jeszcze byli dziećmi i dopiero poznawali świat ani teraz. - Powiedz szczerze - liczysz, że nic z tym nie zrobię z uwagi na przeszłość? - I dopiero wtedy na nią spojrzał. Chcąc na chwilę wyłapać jej wzrok, zanim znów skierował spojrzenie w pustkę.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Old Place 91 [odnośnik]29.07.20 0:28
Uznała milczenie Lyalla za zgodę. Zbliżyła różdżkę, przyglądając się jego ranom. Mimowolnie śledziła ich historię, przynajmniej na tyle ile pozwalały jej tropy. Wiedziała, że szkód nie wyrządziła magia, ani wilkołacze szpony. Być może więcej nie powinno jej interesować. Zdawali się być sobie zupełnie obcy. Gdzieś we wspomnieniach byli straconymi wersjami samych siebie. Ale to były tylko wspomnienia. Wiele lat później stali się innymi ludźmi, jakby z odmiennych światów. Jego obecność piętro niżej przytłaczała, schodzenie mu z drogi przyszło jej łatwiej niż podjęcie próby kontaktu. Nie powinna się temu dziwić. Uciekanie przed trudnymi emocjami weszło jej w krew.
Skupiła się na oględzinach, szeptanych zaklęciach. Metaliczny zapach krwi, łączył się z gryzącą wonią alkoholu. Czuła jakby dusiła się w dzielącej ich przestrzeni. Starała się skupić, odrzucić od siebie przytłoczone wątpliwościami myśli. Nie dać się rozproszyć obecnością brygadzisty. Magia podążała śladem magnoliowej różdżki, nastawiając żuchwę, naprawiając nos i gojąc pęknięty łuk brwiowy. Milczała, nawet wtedy gdy podpijanie przez niego whisky po prostu jej przeszkadzało. Cisza chociaż ciężka i niekomfortowa była lepsza niż słowa, o czym zresztą za chwilę miała się przekonać.
Wydźwięk słów Lyalla na chwilę wytrącił ją z równowagi. Dłoń znacznie mniej umiejętnie, impulsywnie drgnęły, niosąc za sobą ból nieudanego zaklęcia. Ciemne spojrzenie oczu uzdrowicielki mimowolnie zwróciło się ku jego twarzy. – Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to kryjówka – odparła, wykrzywiając usta w krótkim grymasie. Wtedy wydawało jej się, że ma jeszcze trochę czasu. Znacznie więcej niż kilkanaście dni, zanim opadnie na nią ciężar kolejnych wydarzeń. Miała być jedną z wielu, którzy opuścili Londyn i zniknęli, pozostawiając po sobie pustą posadę i opuszczony dom.
Uczucie nieprzyjemnej ulgi rozlało się po karku, sięgając w dół kręgosłupa. Jak nieznośny dotyk przykrej rzeczywistości przesuwało się po jej skórze, wywołując dyskomfort. Przecież tego chciała, prawda? Musiała w końcu przerwać milczenie ostatnich dni. Nie było przed tym ucieczki. To miało nastąpić, a jednak gdy słowa Lyalla zawisły między nimi, nie przyniosły niczego dobrego.
Wolała być tą, która rozpoczyna tą rozmowę. Być może wtedy łatwiej byłoby uniknąć ataku, skierować się ku właściwym torom. Teraz musiała odeprzeć jego zarzut. Pierwszym odruchem było zaprzeczenie. Zupełnie naturalne, takie które mogłoby wpłynąć na usta uzdrowicielki z całkowitym przekonaniem Być może nawet sama byłaby skłonna w to uwierzyć. Trudno było jednak nie ważyć słów pod ciężkim spojrzeniem towarzysza, najzwyklejszym powiedz szczerze.
Przez chwilę wpatrywała się w niego, nawet gdy on odwrócił już wzrok. Potrzebowała chwili na zebranie myśli. Czy właśnie na to liczyła? Że teraz tamten chłopak, którego znała w Hogwarcie byłby w stanie zapewnić jej bezpieczeństwo? Bo kiedyś byli sobie bliscy i teraz mogłaby to wykorzystać, grając na jego uczuciach. Nie. Nie to miała w głowie. Ani przez chwilę. Świat mógł ją zmienić, jednak nie w ten sposób. Nie chciała go wykorzystać czy żerować na zgliszczach przeszłości. Odpowiedź była jednak dość bliska jego słowom. – Nie. Liczę, że jeśli będziesz chciał coś z tym zrobić, to pozwolisz mi odejść zanim się na to zdecydujesz – odparła w końcu, ledwie zagłuszając dźwięk rozżarzonego ogniska.
Nie chciała rozdłubywać starych historii, nie próbowała odnowić rozerwanych przed laty więzi. W ich świecie nie było na to miejsca. Znała swoją sytuację i widziała to w postawie Lyalla, w sposobie w jaki się do niej odnosił. On był tutaj, a ona zaledwie zamieszkiwała piętro wyżej. Ale miał rację – przez wzgląd na przeszłość liczyła, że nie wyda na nią wyroku. Mogła próbować go przekonać; zebrać listę argumentów, postarać się przemówić do niego. Nie chciała jednak prosić. To było zbyt trudne. W jakiś sposób uwłaczające. Opuściła swój dom. Wszystko na co pracowała całe dorosłe życie. Musiała uciekać, a ulice Londynu spłynęły krwią ludzi, którzy zawinili jedynie urodzeniem się pod mugolskim nazwiskiem. Tracili rodziny, domy, życie w niesprawiedliwej wojnie. Nie chciała przepraszać za to, że pragnęła przetrwać czy prosić o każdy kolejny dzień. To nie była wolność. Jednak sama była sobie winna. To wszystko były jej wybory, nikt nie zdecydował za nią, ale nie żałowała swojej wiedzy, ani tego, że zamiast podporządkować się, poszła w swoją stronę. Nie żałowała, czuła złość. Nigdy jednak nie chciała, by jej decyzje odbiły się na kimś postronnym. Chciałaby mieć większy wybór, ale ten został jej odebrany. – Nie chciałam ściągnąć na ciebie problemów, nie wiedziałam, że mogę zwrócić na siebie uwagę. Nie tylko ja wyjechałam. Opuściłam Londyn, bo wiedziałam czym może się to dla mnie skończyć – powiedziała, nie spuszczając wzroku z Lupina. – Dlatego musisz mi powiedzieć czy mam stąd zniknąć i tak właśnie zrobię. – O dziwo jej głos nie zadrżał, przemówiła z niepodobną do siebie twardością. Liczyła, że jeśli wcześniej chciał podjąć jakieś decyzję, to teraz się zawaha. Chociażby na tyle, aby mogła opuścić Dolinę. Nie chciała znów uciekać, ale przed tym nie mogła się uchronić.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Old Place 91 [odnośnik]18.10.20 20:00
Nie zamierzał jej już przeszkadzać, skoro i tak uparła się, żeby zostać, a on nie był w stanie się jej pozbyć. Tak naprawdę było mu całkowicie obojętne, czy uzdrowicielka miała go uleczyć, czy nie dać sobie rady z obrażeniami. Jeśli przeszkadzała jej woń alkoholu, mogła wstać i wyjść. Gdzieś w szafkach miał maść na obicia, poupychane eliksiry na czarną godzinę. Nawet nie pamiętał, co dokładnie. Brał od tego wiejskiego alchemika wszystko, co mogło go znieczulić - z procentami włącznie. W końcu raczej daleko było mu do kogoś, kto był przewrażliwiony na punkcie swojego zdrowia - w zasadzie nie interesował się nim wcale, preferując hartowanie ciała do granic możliwości. Dopóki działało, nie spowalniało go w łowach, nie zamierzał w żaden sposób specjalnie się nad nim pochylać. Wiele razy łamał już kości, skóra na jego ciele była zrywana, a rany się jątrzyły. Z jakiegoś powodu wcale go to nie zatrzymywało. Przecież tylko wtedy był w stanie się jeszcze bardziej znieczulić, równocześnie dając się bombardować tak wieloma czynnikami. Na granicy życia i śmierci Lupin dostrzegał siebie samego w odpowiednim miejscu. A jednak coś trzymało go na tym cholernym świecie i chociaż upadał wiele razy, za każdym razem wstawał, mając przed zalanymi krwią oczami ośliniony pysk skurwiela, którego tropił. Którego obiecał sobie zniszczyć bez względu na wszystko i mimo że trwało to już tak długo, podświadomie brygadzista czuł, że miało się też zakończyć. I nie cholernym procesem, który normalnie odbywał się niejako na pokaz przed zesłaniem do największej dziury na świecie.
Czy Roselyn wciąż byłaby chętna go leczyć, gdyby wiedziała, co znajdowało się w jego głowie? Czy uniosłaby się i odeszła? Czy się zmieniła? Czy dalej była tak samo niewinna, jak niegdyś? Idiotyczna myśl. Nie musiał jej pytać, by wiedzieć, że nie. Jej decyzje zapisane w dokumentach wystarczyły, a słowa przekazane mu na ich ostatnim spotkaniu do tej chwili dzwoniły mu w uszach. Jestem w ciąży. Jestem szczęśliwa. Dalej była szczęśliwa? Wciąż mogła powiedzieć, że niczego nie żałowała? Nie wyglądała na taką i Lyall poczuł nagle dziwny żal wobec niej. Bo co dały jej decyzje, które zaprowadziły ją w to miejsce? Nawet nie mogła przebywać we własnym mieszkaniu, szukając miejsca u ludzi, takich jak on. Jak żałośni się stali... Gdy się odezwał, poczuł na sobie skutki słów, które musiały zbić z pantałyku kobietę. Syknął, gdy zaklęcie się nie udało, a jedynie zaogniło dodatkowo ranę. Psy podniosły w równym momencie łby, patrząc na swojego właściciela, ale gdy ten nie zareagował, położyły wielkie głowy z powrotem na przednich łapach, jednak nie przestały uważnie obserwować dwójki czarodziejów. Lupin przez chwilę próbował zwalczyć ból, ale odwrócił wzrok, odnajdując spojrzenie Roselyn, która wpatrywała się w niego twardo i odważnie. Kryjówka... - Zachowujesz się jak idiotka - mruknął z niezadowoleniem, słysząc jej odpowiedź. - Twoja rodzina jest poszukiwana, tak samo ojciec twojego dziecka. Uciekłaś z miasta. To oczywiste, że zamierzałaś się ukryć - odparł, po czym znów zamilkł. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co się działo, a jednak próbowała to wyprzeć. Ale dlaczego? Nie chciała tego dostrzegać, czy próbowała go zmanipulować swoją urodą? A może oszukiwała samą siebie, próbując zmniejszyć swoją rolę w tym wszystkim? Cokolwiek to było, nie zamierzał ułatwiać jej stanięcia twarzą w twarz z faktami. Mogła okłamywać swój umysł, swoją córkę, lecz przy Lyallu nie było miejsca na nieoczywistości. Łowca widział świat tylko w jeden sposób i nie zamierzał łamać ów zasady. Dla nikogo. Zwłaszcza przy kimś, kto wywoływał w nim niechciane emocje pochodzące jeszcze z czasów, gdy był naiwną, znienawidzoną wersją samego siebie... Nie chciałam ściągnąć na ciebie problemów. - Problemy - wyrzucił z siebie, jakby to słowo smakowało śluzem. Jego głos przypominał bardziej warkot psa niż ludzki ton, jednak ta konwersacja była najdłuższą, jaką prowadził od wielu miesięcy. I nie polegała na rzucaniu zaklęć w stronę szalejącego wilkołaka, który w każdym momencie mógł pozbawić łowcę życia. - Przyszły tu przed tobą - dodał, mając w głowie swojego brata, który widniał na liście poszukiwanych zwolenników Zakonu Feniksa. Pieprzony Randall, przeleciało mu przez głowę, a gniew zmienił się równocześnie w zmęczenie. Mógł wyklinać tego idiotę, lecz równocześnie dał mu schronienie. Tak samo jak kobiecie, która siedziała obok i próbowała wyleczyć zadane podczas walki w porcie rany. Przez dłuższą chwilę Lyall obserwował pracę Wright, nie mając bladego pojęcia, co czuł, patrząc na nią, ale gdy zdał sobie sprawę, że trwało to zbyt długo, zszedł na ziemię i zaczął ciężko podnosić się z fotela. Nie robił sobie nic z zaskoczenia uzdrowicielki, ale musiał podejść bliżej ognia. Dlatego oparł się też drżącymi, zmęczonymi ramionami o kominek, chcąc uspokoić szalejące przed oczami mroczki. Cholerny Goyle wiedział, jak uderzyć... - Możesz zostać. Nie wydam cię - powiedział cicho, patrząc w zżerające drewno płomienie i czując, że po raz kolejny uciekł od poważnych obrażeń. Mógł zginąć, ale tak się jednak nie stało. Nie osiągnął tego, czego pragnął tej nocy - wygrana była niczym, bo nie cieszyła go już od dawna. Nie odnalazł również twarzy przeklętego gnoja, który zmasakrował ciało Betty. Dłoń brygadzisty zacisnęła się mocniej na trzymanej przez niego butelki whiskey, ale stojąca za nim czarownica nie mogła tego zobaczyć. Ani emocji przelewających się przez twarz mężczyzny. - Idź spać, Roselyn. - Póki jeszcze możesz.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Old Place 91 [odnośnik]11.11.20 0:34
Być może jej problemem było to, że nie potrafiła przejść obojętnie. Nie wyłącznie w tym konkretny momencie, gdy stawka była niska i nie wymagała żadnych poświęceń. Nabyte doświadczenie, obserwacje otaczającego świata powinny nauczyć, że życie bywa znacznie łatwiejsze, gdy znacznie wyżej stawia się los własny niż ten innych. W kwestiach prostych czy tych znacznie bardziej skomplikowanych. Zawsze wychodzili na tym lepiej ludzie, którzy pilnowali własnego nosa niż ci, którzy po drodze zatrzymywali się i obracali, by sprawdzić czy reszta wciąż utrzymuje tempo. Rose okazała się być oporoną uczennicą na lekcję, której pojąć wcale nie chciała. Być może długie lata spędzone w Londynie sprawiły, że świat wyprał z niej niewinność, ale nie wyobrażała sobie siebie samej na tej ścieżce, skupionej na tym by po prostu przeć do przodu, nie ważne jakim kosztem, nie ważne co i kto miał pozostać z tyłu. Może nawet jej aktualna sytuacja nie byłaby taka zła, gdyby potrafiła znieść świadomość tego co dzieje się za oknem, gdyby w jej pogląd na temat leczenia nie uderzały nowe zasady panujące w Mungu i w końcu podążając śladem ostatnich dni - gdyby była zdolna do powrotu, zarejestrowania różdżki, a w razie wizyt władz wskazania wszelkich posiadanych jej informacji na temat poszukiwanego kuzynostwa. Wtedy z pewnością wszystko byłoby łatwiejsze, a Rose i Melanie mogłyby być bezpieczne. To jednak byłoby wbrew jej naturze, tak jak to by dzisiejszej nocy po prostu się wycofać, nie zwrócić uwagi, po prostu pilnować własnych spraw i nie wychylać się, gdy te innych wychodziły poza strefę własnego komfortu, a obcowanie z nim dokładnie tym było. Nie wiedziała w kogo, w co się zmienił. Mogła jedynie wyczuć, że niewiele w nim było z chłopca czy młodego mężczyzny, którego znała bardzo dawno temu. Zmienił się jak każde z nich, czasami spotykała jeszcze stare, znajome twarze wciąż inne, zupełnie inne, a jednak noszące w sobie coś niegdyś jej bliskiego. Nie dostrzegała tego w Lyallu. On zdawał się jej być zupełnie obcy. Jakby znała kiedyś kogoś zupełnie innego. Z łatwością mogła przywołać większość wspomnień z nim związanych, niektóre nie były wyraźne, osnute mgłą, ale on o dziwo zawsze był w nich uchwytny. Być może dlatego, że długo na niego czekała. Na gest, na słowa, na cokolwiek co zdradzi, że być może czuł to samo co ona. Aż w końcu przestała. Nie myślała o tym od wielu lat. Doczesność wymazała wagę tamtych decyzji, nadała tamtym uczuciom bladych barw. Mimo to wciąż czuła znajome, nieracjonalne spięcie w jego towarzystwie. Kiedyś powodowane nieśmiałością, dziś dzielącym ich dystansem. Nie zdawała sobie nawet sprawy dlaczego powstał. Co sprawiło, że nie zamienili nawet kilku słów o tym co było na wyciągniecie ręki - o pracy, rodzinie, o wszystkim tym co nie sięgało do niewygodnych wspomnień oczekiwań, dziwności ich relacji. Byli tutaj jakby zupełnie się nie znali, a jednak porywali się na tematy tak bardzo trudne.
Mięśnie spięły się boleśnie w odpowiedzi na jego słowa. Usta wygięły się w szybkiej, buntowniczej odpowiedzi, ale zdusił ją sens jego słów. Czy było sens wypierać się, skoro sama nie potrafiła sprecyzować odpowiedzi. Przekraczając próg tego domu, sądziła że musi zacząć od nowa. Nosiła w sobie głupią nadzieję, ale ta szybko rozbiła się o ściany wyklejone listami gończymi - Myślałam, że będę miała więcej czasu - odpowiedziała w końcu, zaciskając palce na różdżce by zakończyć to co rozpoczęła. Było zbyt późno na sprzeczki, złość miała rozpłynąć się w tym razem skutecznie rzucanych zaklęciach.
- Więc nie potrzebujesz tu tych moich - odparła, unosząc wzrok na krótką chwilę. Nie sięgając ku jego spojrzeniu. Starała się nie przerywać, w machinalnym wykonywaniu znanych czynności odnajdując ucieczkę nagle przerwaną jego ruchem. Odsunęła się, nieco zbyt nerwowo, kontrolnie spoglądając w stronę psów. Była przyzwyczajona do dotyku pacjentów, traktując to jako nieodłączną część swojego zawodu. Ich bliskość, nagość, widok najmocniej skrywanych niedoskonałości - to wszystko było częścią jej codzienności. Niekomfortowym jednak było, gdy oni zbliżali się do niej. Jednak czekała na nadchodzące słowa.
Przez dłuższą chwilę milczała, wpatrując się w ogień. - Odejdę jak tylko będę miała gdzie - odpowiedziała. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie pozostanie tu na zawsze. Jednak miała nadzieję, że zmiany nie postąpią tak szybko. Że skradnie jeszcze trochę czasu, by stanąć na nogi. Ten jednak stał się ograniczony, a ona musiała odejść szybciej niż się tego spodziewała.
Miała zamiar wyjść. W progu jednak zatrzymała ją krótka myśl, jak do tej pory niewypowiedziana, chociaż wciąż drążąca umysł. Zbliżając się do kominka, szczelnie otulając się szorstkim szlafrokiem. - Co ci się stało, Lyall? - zapytała, wbijając spojrzenie w jego profil. Nie, nie pytała o siniaki i bruzdy. Pytała o niego, bo i te rany nie mogły ujść jej uwadze. Sama nie wiedziała dlaczego pyta, a jednak słowa uciekły spomiędzy warg w chwili słabości.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Old Place 91 [odnośnik]19.01.21 17:44
Nie chciała nikomu przeszkadzać. Nie zamierzała się z nikim dzisiaj spotykać ani na nikogo natrafiać. Los jednak chciał inaczej i gdy mała sówka zderzyła się z oknem jednego z domów, można było uznać ją za martwą. Ciche uderzenie na pewno rozeszło się we wnętrzu cichego budynku, a znajdujący się w nim czarodzieje mogli zareagować lub je zignorować. Brunhilda wolałaby, żeby ją zostawili. Taką leżącą na parapecie z pokrzywionymi nóżkami skierowanymi do góry. Leżała na głowie i sądziła, że umiera. Drobne serce w małej klatce piersiowej dudniło jak szalone, waląc o żebra i niechybnie zaraz mogło wyskoczyć. Oszołomiona całym zajściem, nie wiedziała, gdzie się znajduje i dopiero po jakimś dłuższym czasie zdołała się uspokoić na tyle, by przeanalizować, co się stało. Bo przecież nie wleciała w okno specjalnie. Otóż na pewno nie. Otrząsnęła się, skacząc na nóżki i otrzepując rozczochrane piórka. Jeden z mocniejszych prądów musiał ją znieść i wyrzucić na bok z trajektorii lotu, przerywając ustalone szybowanie. Do tego zaczynały zbierać się burzowe chmury - mimo że panowała noc, to Brunhilda umiała przewidywać pogodę, jak inne sowy. Może była mała, ale na pewno nie głupia. Niosła list, ważny list, ale przez to całe zamieszanie wypadł jej z dzioba. Może gdy miało się nieco uspokoić, miała go poszukać... Właścicielka, mała Sophie nie chciałaby wszak, żeby jej piękny rysunek nie dotarł do jej najlepszej przyjaciółki. Brunhilda dużo o niej słuchała, jeszcze więcej nosiła listów. I każdy był niesamowicie istotny. Na razie jednak musiała przeczekać te wiatry i deszcz, którego ciężkie krople zaczęły spadać z nieba, uderzając w małą główkę małej sowy. Ile by dała, żeby schronić się teraz w ciepłym, suchym domu? Domu, który należał chyba do kobiety i mężczyzny. Widziała ich przez szybę okna, gdy tak stali przed rozpalającym się kominkiem. Może mieli ją wpuścić? A może po prostu zignorować?


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Old Place 91 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Old Place 91 [odnośnik]25.01.21 0:32
Spojrzenie pomknęło w kierunku drzwi. Pytanie zawisło w powietrzu, ale już nigdy nie miało znaleźć odpowiedzi. To był jedyny raz, gdy przebiło się przez twarde ściany umysłu, chęć wyjścia mu naprzeciw wygasła zduszona szybkimi uderzeniami obcej kobiety. - Masz gości - powiedziała, kompletnie nieświadoma tego że za drzwiami ktoś potrzebuje pomocy, że tam dzieją się rzeczy ważniejsze niż te skryte w ciszy zaburzanej odgłosami spalającego się drewna. Zniknęła ze sceny, wróciła tą samą drogą, którą tu przyszła. Tym razem szczelnie zamykając dzielące ich domy drzwi. Te, które powinny zostać zamknięte.
Kilka krótkich susów, przyprawiających o szybkie bicie serca sprawiły, że przemknęła do swojej sypialni. Stamtąd nie słychać było odgłosów rozmowy. Na dziś miała już dość ciekawości. Płucząc twarz w ciepłej wodzie, chciała zmyć z siebie zapach krwi i alkoholu. Ten zdawał się do niej przylgnąć, przesiąknąć cienką tkaninę koszuli nocnej, a nawet grube poły szlafroka. Wyzbyła się go dopiero, wpatrując się w ciemność. Pozwalając by czerń pochłonęła wszystko dookoła. Gałąź rysująca okno odbijała się rytmem spokojnych oddechów. Czerń pochłonęła wyrysowane na suficie skazy starości, zarys stłoczonych w małym pokoju mebli. Czerń przyniosła niespokojne sny. Dzikie, przyprawiające o szybki oddech i dreszcze.
Tej nocy budziła się wiele razy. Niespokojna, czuła na jakiekolwiek dźwięki. Jakby coś kolejny raz miało zburzyć sztuczny spokój jej snu. W ciszy nocy łatwo było dosłyszeć jakikolwiek dźwięk, kroki stawiane na skrzypiących deskach były głośne i głośne były niewdzięcznie wyjące szafki domagające się naoliwienia zawiasów. Chociaż być może ona stała się zbyt czujna. Wrażliwa na każdą anomalię. Sen był lekki, czuła jakby w ogóle nie nadszedł. Była tylko ciemność i omamy przebijające się przez spokój tej nocy. Już nic nie powinno zakłócać jej snu. W końcu noc poddała się dominacji dnia, wątłe promienia słońca sprawiły, że czerń przeszła w szarość. Powróciła rysa na suficie i wyraźne kontury szafy. Dzień przepędził sen. Dała za wygraną. Stopy ponownie spotkały się z zimnym drewnem i poprowadziły ją w stronę pokoju dziennego. Tam czekały ją niezbadne ścieżki numerologicznych rozważań, zapożyczone od Jaydena księgi. Jeszcze kilka godzin pochylała się nad nimi, zapominając o całym świecie. Tylko tak dało się dzisiaj uspokoić wzburzony umysł.
|zt



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Old Place 91 [odnośnik]28.05.21 15:00
luna & lyall22 grudnia
Drzwiczki szafki zatrzasnęły się, gdy czarodziej wyciągnął z niej ostatnią porcję eliksiru znieczulającego. Spojrzenie mężczyzny na moment trafiło na znajdujące się od zewnętrznej strony lustro, w którym jawiła się jego własna twarz. Na chwilę znieruchomiał, widząc samego siebie w odbiciu, jakby nie potrafił skupić się na niczym innym. Jakby nie był przyzwyczajony do podobnej czynności. Nie trwało to jednak długo, gdy zaraz wlał w siebie zawartość fiolki, odchylając głowę. Pusty flakon uderzył nieprzyjemnie w wysłużoną umywalkę, gdy spełnił już swoje zadanie, a brygadzista mógł poczuć przyjemne ukojenie. Odrobinę jedynie neutralizujące ból w mięśniach, który wkrótce miał powrócić, ale tyle starczyło. Tyle starczyło, aby wyjść i złożyć odpowiednie zamówienie u jednego z alchemików, którzy znajdowali się w Dolinie Godryka. Nie wiedział zbyt wiele o aktualnym stanie wioski, o dostawcach, wyrobnikach i dostępie do towarów. Wiedział jednak, że miał pieniądze i wystarczyło rzucić nimi prosto w twarz łaknącym zarobku ludziom, aby zdobyć to, czego potrzebował. A nie potrzebował wiele. Tylko tyle, by wrócić jeszcze przed końcem roku do czynnej służby. Musiał zameldować się u przełożonego, złożyć raport i wypisać z rejestru kolejnego martwego kundla. Sprawa zamknięta. Czas na nową. Ale zanim miało to nastąpić, musiał poszukać w tym zawszonym miasteczku alchemika. Odwrócił się więc od zlewu, lustra i pustej fiolki, by narzucić na gołe ciało jeden z wysłużonych swetrów, który przysłonił obicia, otarcia i ślady walki na męskim torsie. Czuł je, ale gdyby nie eliksiry, rany były bardziej dotkliwe. Na szczęście nawykł do bólu, a każde promieniowanie nieprzyjemnego ciepła przypominało mu, co się wydarzyło i z jakim trudem osiągnął swój cel. Ile błędów popełnił i co mógł poprawić. Ale co było najważniejsze - zamknął trzyletni rozdział w życiu. Wykreślił jego nazwisko z listy, jednak równocześnie wiedział, że to nic nie zmieniało. Osiągnął jeden z celów i teraz musiał znaleźć kolejny. Gdzieś tam wciąż znajdowało się pełno wilkołaków, którymi należało się zająć, a jedyne co należało zrobić, to wyjść im naprzeciw.
W domu czuł się dziwnie. Dziwnie było mu patrzeć na siebie po tylu miesiącach przebywania z dala od cywilizacji. Dziwnie było przebywać tak blisko innych. Dziwne było zasypianie w łóżku i budzenie się w nim. Zupełnie jakby musiał na nowo nauczyć się być człowiekiem. Robić to, co inni. Golić się, chodzić do sklepu na zakupy. Przebywanie wśród czterech ścian wciąż wydawało się jakieś surrealistyczne. Nie tylko dlatego, że przez ostatnie miesiące rozbijał się po dzikich terenach, dbając jedynie o susze miejsce do spania oraz jedzenie dla psów. Coś w nim samym uległo zmianie i nie potrafił się do tego przyznać. Bał się, wiedząc, że oznaczało to koniec ostatniej wiązki, jaka wiązała go z nią. Ukrytą za woalem mgły sylwetką, za którą tak bardzo tęsknił. Że odebranie mu życia - tam, w lesie równocześnie oddaliło go całkowicie od wspomnienia Laurel. Opuściła go, wzgardzając tym, czym się stał, a on własnoręcznie przeciął linę.
Pukanie do drzwi wyciągnęło go z zamyślenia, sprowadzając mężczyznę na ziemię i przypominając o zakurzonych, międzyludzkich interakcjach. Brwi momentalnie zjechały się razem, tworząc bruzdę na środku czoła. Dłoń sięgnęła po różdżkę, która trafiła do tylnej kieszeni spodni, ale miała być w pogotowiu. - Kto tym razem, do cholery? - mruknął pod nosem, idąc w kierunku drzwi, które obstawiały już zapewne masywne psy. Nie szczekały, nie warczały - czekały i nasłuchiwały. Pięć miesięcy poza wygodną sofą, w chłodzie, zimnie i wilgoci sprawiło, że ich sierść zgęstniała a ukryte pod nią mięśnie wyraźnie zaznaczały się w obrysie. Podobnie jak ich pan były przyuczone milczenia, by nie ściągnąć na siebie niczyjej uwagi. Lyall doceniał ich towarzystwo i zdecydowanie bardziej wolał mieć parę psów przy sobie, aniżeli drugiego człowieka. Liczył więc na to, że ktokolwiek pojawił się pod jego drzwiami, miał szybko wrócić do siebie i już go nie nagabywać. Ostatnie czego chciał po tych wszystkich miesiącach samotności, to irytujących konwersacji...


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Old Place 91 [odnośnik]06.06.21 11:03
Żałowała teraz, że powiedziała rodzicom o Lyallu. Wolała nie ingerować w jego życie tak jak on nie palił się do tego by ingerować w ich. Może był to jakiś rodzaj obietnicy, który złożyła sobie po ich ostatnim spotkaniu. Do niczego go nie zmuszać, patrzeć na to jak sytuacja się rozwinie, dać mu szansę na odnalezienie drogi do domu. Miesiące mijały i naiwna Luna myślała, że do tego czasu dostaną już jakiś sygnał od niego. Nie chodziło już nawet o nią, bo naprawdę nauczyła się żyć bez ich zbawiennego wpływu. Nauczyła się żyć tak jakby była jedynakiem i nie miała się do kogo zwrócić. Myślała jedynie o rodzicach, których tragedia była trudna do zniesienia. Chciałaby się od tego odciąć, zapomnieć o smutku, cierpieniu i tęsknocie, którą czuć po przekroczeniu ich progu. Może pod wpływem tego typu desperacji postanowiła powiedzieć matce o spotkaniu z bratem. Zrobiła to pod wpływem chwili i niemal od razu pożałowała. Widziała jak w jej oczach zapala się nadzieja, a ulga ogarnia jej ciało. Nie powinna była tego robić, nie gdy przez tyle lat tkwią w tym pozornym procesie. Teraz miał się on zacząć od nowa.
Wystawiona na grad pytań nie mogła się chronić. Wiedziała, że nie istnieje idealne wyjście z tej sytuacji i prędzej czy później będzie musiała po raz kolejny stanąć twarzą w twarz z własnym bratem. Brzmiało to mrocznie, kompletnie obco. Sama nie potrafiła zbytnio się w tym odnaleźć. Potrafiła brać życie w swoje ręce, na Merlina zajęła się wszystkim. W kontakcie z bliską jej osobą, z jakimś wybujałym autorytetem nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Czuła, że nie pasuje. Nikt z nich już nie pasował do rodzinnego obrazka.
Idąc z koszykiem pełnym podarków czuła się nadzwyczaj głupio. Była posłańcem, którym być nigdy nie chciała. Nie potrafiła jednak odmawiać matce choć powiedziała jej dobitnie co o tym wszystkim myśli. Zapukała do drzwi i czekała. Nie był jej wrogiem choć jasno określił pozycję, na której chce się znajdować. Mogła z uporem maniaka pokazywać mu jak bardzo takim zachowaniem wszystkich rani, ale nie widziała w tym sensu.  Nie przypominał jej już osoby, którą dawniej znała.
Działo się ostatnio wiele. Co wzniosła się do góry z nadzieją, że tym razem będzie lepiej, to znowu spadała na ziemię wbijając zęby w piach. Nie miała siły opiekować się starszymi braćmi, którzy w dodatku tej opieki nie chcieli. Nagle drzwi się otworzyły, a jej wzrok automatycznie powędrował ku dwóm wielkim psom. Wyczekiwały pozwolenia i zastanawiała się czy ich właściciel finalnie im go nie udzieli. Szatynka przeniosła spojrzenie na brata i przez chwile nic nie mówiła. Wyglądał… źle. I może ten widok sprawił, że jej nastawienie uległo zmianie. – Powiedziałam rodzicom o naszym spotkaniu – zaczęła rozglądając się na boki. Nie najlepsze miejsce na rozmowę, ale nie miała zamiaru z uporem maniaka wchodzić na jego terytorium. Nie miała zamiaru popełnić tego błędu ponownie. – Kazali ci to przekazać. Znak, że o tobie myślą. – dodała wyciągając koszyk w jego stronę. Zbliżały się święta, całkiem niedawno jej brat obchodził także urodziny. Takie uroczystości zatarły się już dawno, ale w przekonaniu jej matki wciąż powinni je celebrować.
Luna nie miała nic do dodania. Nie chciała też wchodzić w zbędną dyskusję więc postanowiła odwrócić się na pięcie i odejść. Zanim to jednak zrobiła coś jeszcze pojawiło się w jej myślach. – Przekaż Randallowi, żeby się odezwał. Jeden list, tylko jeden. – dodała. Naprawdę wierzyła, że mają ze sobą kontakt, a ich milczenie jest jakąś chorą formą sprzeciwu, którego nie potrafiła zrozumieć.

W koszyku znajdują się: mleko krowie (2l/ w czterech butelkach), okoń (wędzony), fasola szparagowa (0,5kg), jaja (5 szt).


no one can say what we get to be so why don't we rewrite the stars?
Luna Lupin
Zawód : właścicielka farmy, dawna solistka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We li­ve, as we dream – alo­ne
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8986-luna-lupin?nid=2#270434 https://www.morsmordre.net/t8996-azra#270488 https://www.morsmordre.net/t8995-to-the-moon-and-back#270465 https://www.morsmordre.net/f75-north-yorkshire-farma-lupinow https://www.morsmordre.net/t8998-skrytka-bankowa-nr-2117#270564 https://www.morsmordre.net/t8999-luna-lupin#270567
Re: Old Place 91 [odnośnik]20.06.21 12:50
Ostatnie spotkanie z siostrą nie odbyło się w warunkach, jakie ktokolwiek chciałby sobie wymarzyć. Pomimo szorstkości i narzuconego dystansu Lyall przede wszystkim życzył Lunie i reszcie rodziny spokoju. Spokoju i bezpieczeństwa, a widząc młodszą Lupin, dającą się wmanewrować bezmyślnie w taką sytuację, sprawiało, że był zły. Zły na nią. Na jej głupotę. Krótkowzroczność i złudną pewność siebie. Niby była dorosłą kobietą, ale nie potrafiła myśleć. Nie potrafiła zrozumieć, że snując się samej po uliczkach po zmroku, zapraszała to, co złe. Czekała z otwartymi ramionami, wystawiając się na tacy wszystkim tym, którzy grasowali pod osłoną nocy. Pamiętał, jak zaszokowana była tamtą kontrolą. Nie przewidywała, że mogło przytrafić się coś złego. Coś nieprzyjemnego. A posiadanie różdżki nie oznaczało, że była bezpieczna. Łowcy również je mieli i wiedzieli, jak ich odpowiednio użyć. Był wściekły, chociażby wracając wspomnieniami do tamtego spotkania z siostrą. Nie ze względu na ich krótką wymianę zdań, lecz dlatego, że niczego się nie nauczyła, chociaż wokół niej ludzie padali trupem. Sądził, że trzymając się na dystans od wszystkich, uchroni ich przed losem, który spotkał Laurel. Najwidoczniej jednak jego bliscy sami pchali się pod nóż. Randall idiota stwierdził, że zacznie uprawiać zapasy z całym Ministerstwem Magii jako buntownik opowiadający się po stronie Zakonu Feniksa. Luna twardzielka od siedmiu boleści... Jego rodzeństwo... Jego krewni. Nic więc dziwnego, że Betty umarła, skoro mieli debilizm we krwi. Żyła ze swoim katem pod jednym dachem, uśmiechając się, ignorując zagrożenie, przekładając miłość nad rozum. Marzycielka. Tak samo ślepa i nieprzydatna jak Luna. Może powinien był przestać już się za to mścić. Za to, co spotkało Betty... Wszak sam wyznawał taką zasadę czyż nie? Przeżyje silniejszy.
Nie otworzyłby, gdyby wiedział, kto znajdował się po drugiej stronie. Ostatnie czego aktualnie potrzebował to interakcji z czarownicą. Szczególnie teraz. Szczególnie po wszystkim, co działo się w ostatnich tygodniach. Czuł wszak, że jeszcze nie do końca zmył ze swojego ciała całą krew, która wówczas zalewała mu twarz. Coś się wtedy zmieniło. Znów naznaczyło, odebrało mu część człowieczeństwa. Wycofało, złamało. Nie wiedział dokładnie jeszcze co, to było, ale to wciąż było zbyt świeże, by nadać nazwę. By zrozumieć. Chociaż może tak naprawdę wiedział? Od początku, gdy postanowił złapać tego, który zniszczył mu życie? Wiedział, z czym miało się to łączyć i co miał utracić? A może już go to nie obchodziło? Tak samo jak chciał mieć po prostu święty spokój. Musiał odpocząć, ale nie miał wpływu na decyzje innych ludzi. I nie chciał mieć. Chciał również, aby inni szanowali jego przestrzeń. Wiedział jednak, że nie wszyscy zamierzali tę wolę respektować. Słysząc pukanie do drzwi, nie spodziewał się nikogo z rodziny. Na pewno nie swojej młodszej siostry, którą spotkał wcześniej na ulicach tego samego miasteczka. Gdy się odezwała, nie był zaskoczony. Powiedziała... Oczywiście, że powiedziała. Podejrzewał, że Luna zamierzała to zrobić, jednak to Randall ją uprzedził. Przyniósł mu wszak list od rodziców, na który łowca nawet nie spojrzał i który zapewne wciąż leżał na kominku, kurząc się od miesięcy. - Nie potrzebuję ich jedzenia - mruknął, chcąc ukryć swoje własne wspomnienia. Bo od długiego czasu nie myślał o rodzicach. Starał się o nich nie myśleć. O tym, co przeżywali, co o nim myśleli i jak się obwiniali. Bo nie znali przyczyny, dlaczego Lyall stał się taki, jaki był aktualnie. Nigdy jednak nie mieli jej poznać, bo brygadzista wolał, aby robili sobie nadzieje, niż żyli w świadomości, że spłodzili potwora. A teraz przysyłali mu jedzenie? Nie. Nie mógł... Nie zamierzał tego przyjąć. Wycofał się więc z lekka, nie biorąc od siostry podarunku i chcąc zakończyć tę nikłą konwersację, gdy zatrzymał się w niechcianym zaskoczeniu. - Nie wiem, gdzie on jest. - Lyall nie miał wiadomości od brata, odkąd widzieli się po raz ostatni pod koniec kwietnia. Rozumiał, że i ona oraz rodzice również. Mogli się nie zgadzać w wielu rzeczach, ale jedno było pewne - to nie było podobne do jego bliźniaka. Przez moment widać było na twarzy brygadzisty próbę rozwikłania pojawiających się myśli, aż w końcu z niewidocznego punktu na ziemi, przeniósł uwagę na stojącą przed nim czarownicę. - Wchodź - rzucił zrezygnowany, otwierając szerzej drzwi dla swojej młodszej siostry i wchodząc w głąb domu. Mogła za nim podążyć lub nie. Jej wybór.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Old Place 91 [odnośnik]03.07.21 15:40
Nie oczekiwała od niego entuzjazmu. Wiedziała, że jej obecność stanowiła dla niego problemu. Przypomnienie o życiu, które dawniej prowadził i które z własnej woli porzucił. Nie oczekiwała, że będzie chciał z nią rozmawiać, że zainteresuje się ich losem. Choć miała w sobie wiele żalu skierowanego do jego osoby, to nie widziała sensu w wylewaniu go. Nikt nie chciał czuć się niechciany, odepchnięty, zbędny. Pogardliwy wzrok brata był ostatnim na co miała ochotę w danym momencie patrzeć, ale wiedziała, że nie ma wyjścia. Czułaby się jeszcze gorzej okłamując rodziców. Nie chciała tego robić tylko dlatego, że on nie miał ochoty na wspominki o dawnym życiu. Wtedy chroniłaby jego, a od tego chciała jak najszybciej umyć ręce. Może dlatego miała nadzieje, że jej odwiedziny w Dolinie Godryka skończą się bardzo szybko. Bez słów, a może nawet i spojrzeń. Była masochistką, potrafiła znieść naprawdę wiele, ale dolewanie oliwy do ognia nie leżało w jej naturze. Istniała prawda lub kłamstwo. Nie widziała na horyzoncie półśrodków.
Słysząc niechęć malującą się w jego głosie lekko się skrzywiła. Nie potrzebował ich jedzenia. Mówił o ich wspólnych rodzicach jak o niechcianych gościach i wiedziała, że właśnie tak ich postrzega. Nie była to udawana niechęć, nie była to gra. Nie potrzebował od nich niczego, nie chciał mieć z nimi żadnego kontaktu, a ona zwyczajnie nie potrafiła tego zrozumieć. Może nie zasłużyła na wyjaśnienie, może bał się, że gdy pozna prawdę, to i tak będzie na siłę starała się znaleźć między nimi cień porozumienia. Będzie go męczyć, nachodzić i zmuszać do rzeczy, których wolałby uniknąć. Może i dawna Luna tak właśnie by zrobiła. Może nawet stanęłaby na głowie, aby ich rodzina znów była razem, ale teraz już nawet nie potrafiłaby się nad tym pochylić. Nie chodziło o to, że nie miała na to czasu. Zdawała sobie sprawę z tego, że życie było bardzo kruche. Przywiązując się ponownie do tego co utraciła dałaby sobie nadzieje na to, że wszystko może się jeszcze ułożyć, ale przecież… to było niemożliwe. – W takim razie to wyrzuć – zaczęła w końcu ze wzruszeniem ramion. – Wyglądasz jakbyś nie jadł za wiele więc pewnie i tak by się zmarnowało. – dodała, bo nie wyobrażała sobie sytuacji, w której wraca do domu z pełnym koszykiem. Mógł jej wierzyć lub nie, ale pierwszy raz od lat zobaczyła w oczach matki iskierkę nadziei i byłaby skończoną hipokrytką, gdyby teraz jej to odebrała. Hipokrytką bez serca.
Skłamałaby mówiąc, że czuje się dobrze w tym kontakcie. Jej pewność siebie ulatywała z każdym jego spojrzeniem i słowem. Może dlatego, że czuła się tu obco. Znajoma twarz, znajoma barwa głosu, ale słowa i zachowanie całkowicie obco. Chciała już odejść, odwróciła się nawet w stronę schodów pozostawiając koszyk z jedzeniem przed drzwiami, ale kiedy mężczyzna wspomniał, że nie ma kontaktu z ich wspólnym bratem zamarła. Nikt nie chce słyszeć takich informacji. Ona wmawiała sobie ciągle, że razem z bratem bliźniakiem mają nieprzerwany kontakt. Prawda okazała się inna. Uniosła brew w pytającym geście, a mężczyzna musiał zauważyć dezorientacje malującą się na jej twarzy. Niepewnie weszła do środka, ale nie rozejrzała się po wnętrzu. Skoro nie dzielili się najmniejszymi z aspektów życia, to czemu mieli się dzielić prywatnością jaką jest własny dom? – Od jak dawna się z tobą nie kontaktował? – zapytała spoglądając na brata pewnym spojrzeniem. – Kiedy ostatni raz się widzieliście i gdzie wtedy był? – ona nie miała kontaktu z bratem od wielu, wielu miesięcy. Przez ten cały czas myślała, że to wspólna decyzja braci by się odciąć od ich rodzinnego życia. Prawda widocznie była zgoła inna.


no one can say what we get to be so why don't we rewrite the stars?
Luna Lupin
Zawód : właścicielka farmy, dawna solistka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We li­ve, as we dream – alo­ne
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8986-luna-lupin?nid=2#270434 https://www.morsmordre.net/t8996-azra#270488 https://www.morsmordre.net/t8995-to-the-moon-and-back#270465 https://www.morsmordre.net/f75-north-yorkshire-farma-lupinow https://www.morsmordre.net/t8998-skrytka-bankowa-nr-2117#270564 https://www.morsmordre.net/t8999-luna-lupin#270567

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Old Place 91
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach