Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 [SEN] Chcę cię czytać

Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Francis Lestrange
Francis Lestrange

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Zawód : mam burdel
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czego ci potrzeba?
Ja ci tego nie dam
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Im not insane, my mother had me tested

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime23.06.20 2:05

Siedzi tak bardzo niedbale i kiwa się na krześle. Dwie nogi mebla rytmicznie odrywają się od podłogi, kurz na ziemi idzie w ruch, jego szczęka się porusza. Żuje gumę, zaczepnie, nieelegancko, czyniąc wszystko, by każdy dookoła słyszał, jaką pracę wykonuje ustami. Ja też słyszę, chociaż dziś nie siedzimy razem. Słyszałem ten dźwięk tysiąc razy, więc podkładam go z pamięci pod obraz rozczochranego mężczyzny, nieco wyrwanego z kontekstu. Bez obowiązków i planów, buja w obłokach, tak, jak buja się na tym nieszczęsnym rozklekotanym krześle. Spadnie?
Wątpię.
Tacy jak on mają szczęście. Znajdują drobne na ulicy, wygrywają w papier-kamień-nożyce, Błędny Rycerz nigdy im nie ucieknie, deszcz co najwyżej zmoczy, nigdy nie zmyje.
Taki tu wszedł, z włosami skręconymi od wilgoci i mokrym płaszczem, już na wejściu odpalając magicznego papierosa. Wślizgnął się niepostrzeżenie, ktoś wrzasnął, by zamknąć drzwi, zauważono, że się otworzyły, lecz mało kto zobaczył, kto w nich stanął. Pierdolone przeciągi tak posłyszałem z sąsiedniego stolika, ale on już nadrabia z nawiązką brak uwagi, otoczony wianuszkiem panienek. Ta, co niesie piwo na chwilę przysiada mu na kolanach i szepczą chwilę, a ona odchodzi cała zarumieniona. W środku jest szaro od dymu, żółtawe światło z naftowych lamp umożliwia tylko pobieżny rekonesans, więcej właściwie przychodzi mi odczytywać z mowy ciała, zamglonych sylwetek. Takie moje niedopowieści, część naprawdę wolę przemilczeć, zagapić się na opadającą pianę byle jakiego piwa w ciężkim szklanym kuflu albo na muchę, która akurat przycupnęła na głowie łysego jak kolana dziada. Pomaga, na krótką chwilę.
Przez zgiełk rozmów, awantur, szczęk sztućców wbijanych w mięso twardości podobnej podeszwie albo w niemniej wyrobione ciało przebija się jego donośny śmiech, zaskakująco czysty, jak na jaranie paczki szlugów dziennie. Mimowolnie odwracam głowę i śledzę jego profil, może przystojny, a może tylko interesujący. Muszę przestać to robić, patrzeć na niego, myśleć o tym, jak dobrze byłoby tak po prostu otrzeć się o jego penisa, a później wyjść, trzaskając drzwiami, zostawiając go, kiedy przełyka ślinę. Erotyczne marzenia mieszają mi w głowie, nie wiem, czy chcę leżeć z nim na łóżku i zaciągać się: po kolei, fajkiem, skrętem, tym tam do nosa, jego dwudniową koszulą, a może tylko przekonać się, czy w smaku jest raczej kwaśny, czy gorzki, jaką fakturę mają jego usta. W moich fantazjach są jak liście mięty.
Oblizuję wargi, dokładnie, powoli, tak, jak zrobiłbym to po nim. Nie patrzy, a to jest spektakl dla niego, co teraz? Podejść tak po prostu i wsadzić mu język w usta, licząc, że odpowie mi tak samo intensywnym spięciem? Dłonie wsunąć w kieszenie jego spodni, zgarnąć go bliżej i ciaśniej, aż zetkniemy się nosami, zobaczę nierówności skóry, drobne piegi od słońca i zmarszczki wokół oczu? Ma palce żółte od nikotyny? Tego nie wiem, ale nawet jeśli, nie obrzydza mnie to wcale, każdego wezmę do buzi i possę, by były mokre od mojej śliny.
Uśmiecha się.
Może zna moje myśli, wyłapał je właśnie wśród brzęczących insektów, domagających się cycków lub ciepłej pościeli. Marzenia, jak marzenia, jedno nierówne drugiemu, lecz żadne przecież nie gorsze. A co z moimi? Nadal chcę ostrej fizyczności, a zaraz potem tylko wygrzanego miejsca po prawej stronie łóżka. Ciuchów rzuconych niedbale na ziemię, jego szczoteczki do zębów obok mojej, mleka, które wystarcza tylko na jedną kawę i kłótni, kto wypije czarną. Pieprzę wielkie słowa, guzik w tym jest wzniosłości, to tylko genitalia i rutyna dnia. On nie myje rąk po sikaniu, a ja dłubię w nosie. Czy już jesteśmy siebie warci?
Zostawiam na stoliku niedopite piwo, krok mam ciężki - jakiś rozchwiany - a on, nagłe oświecenie, kiwa, żąda mego towarzystwa. Właściwie, dlaczego nie, przerzucam nogi przez niską ławę, moszczę się naprzeciwko, sięgam po leżącą na wyszorowanym blacie paczkę papierosów. Nakrywam jego dłoń swoją, orientuję się po cieple; przesuwam po niej paznokciem kciuka i wyobrażam sobie, że to jego szyja.




To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Powrót do góry Go down
Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
powiedz mi
o co ci w ogóle chodzi
powiedz mi
po ci te kombinacje
nie musimy się katować
nienormalną sytuacją
nauczymy się kochać
przestaniemy się bać
OPCM : 3
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime24.06.20 10:34

Wsuwam palce w rozczochrane, wilgotne włosy, strzepując z pojedynczych kosmyków ostatnie zalęgłe tam krople deszczu, które do tej pory błyszczały między kędziorkami w słabym świetle tutejszych żyrandoli; otrzepuję się jak pies, sprawiając, że kilka niewielkich plamek osiada na stoliku oraz podłodze, chociaż te już za moment zostaną wytarte ciężkimi, brudnymi podeszwami kręcących się w okolicy meneli. Zostałem sam przy stoliku, choć kiedy tutaj wszedłem zawiązał się wokół mnie wianuszek kobiet; teraz znikały po kolei, rozmywając się gdzieś w eterze, gdzieś w ciężkim od dymu, śmierdzącym alkoholem powietrzu. Po barmance został tylko na wpół pełny kufel piwa, po tancerce zapach kwiatowych perfum, a po śpiewaczce słowiczy trel, wkrótce zagłuszony przez inne dźwięki tawerny. Nudzę się. Potrzebuję atencji, więc moje błękitne tęczówki prześlizgują się po każdym kącie knajpy, w końcu zatrzymując na znajomej, postawnej sylwetce. Usta wyginam w uśmiechu i unoszę dłoń by zwrócić na siebie uwagę jegomościa; nie muszę czekać, bo już za moment zajmuje miejsce po przeciwnej stronie stolika, a ja pochylam się nieznacznie nad blatem, prostacko opierając na nim łokcie; pewnie nie takie maniery wyniósł z salonów, ale tutaj zasady savoir vivre nie miały żadnego znaczenia. Przez chwilę badam spojrzeniem jego twarz, szukając zmian, które nałożył na nią czas. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz? Nie wiem, być może całe wieki temu, a może ledwie wczoraj? Tak czy inaczej w końcu zatrzymuję ślepia na jego jasnych oczach i sięgam dłonią paczki fajek, dokładnie w tym samym momencie, w którym i on wystawia po nią rękę; czuję chłód lordowskich palców gdzieś na swoich, więc mrużę nieznacznie powieki, po czym powoli wysuwam się z uścisku zgarniając miękkie opakowanie tanich szlugów. Przez chwilę obracam je w dłoniach, ale ostatecznie pstrykam palcem w dno, a dwa papierosy wysuwają się z paczki - jednego biorę dla siebie, zaś drugiego wyciągam w kierunku mężczyzny, posyłając mu pytające spojrzenie. Odrzucam pakę na blat i zaczynam miętosić fajkę w palcach, odzywając się po raz pierwszy dopiero po kolejnej krótkiej chwili - Myślałem, że sir Percival zabronił ci włóczyć się po porcie, Francis - rzucam znudzonym, cichym głosem; niby skąd ktoś taki jak ja może o tym wiedzieć? Przecież to wszystko w czym właśnie uczestniczyliśmy nie działo się naprawdę, byłem tylko wspomnieniem wyrwanym z zakamarków umysłu lorda Lestrange, umiejscowionym gdzieś na drodze przez senne marzenia; wiedziałem więc więcej i może bardziej niż sobą byłem po prostu wyobrażeniem o mnie. Być może wcale nie tak dalekim od prawdy? Wciąż pochylam się nad blatem, a pod nim zarzucam nogę na nogę, pod czubkiem wypucowanego buta czuję opór w postaci męskiej łydki więc przesuwam wzdłuż niej stopą, w tym samym czasie odzywając się ponownie - Znowu razem, co? - uśmiecham się, dopiero teraz umieszczając papierosa między wargami. Moje ręce opadają na dziwnie czysty stolik, a ślepia ponownie wbijam w mężczyznę, jakby w oczekiwaniu, że się pofatyguje żeby odpalić mi fajkę.






Powrót do góry Go down
Francis Lestrange
Francis Lestrange

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Zawód : mam burdel
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czego ci potrzeba?
Ja ci tego nie dam
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Im not insane, my mother had me tested

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime24.06.20 15:02

Poprawiam opadający rękaw koszuli, wywijam go tak ze trzy razy, żeby nareszcie opiął się na ramieniu i przestał wyglądać jak szmata. Lewy, lewy zawsze jest taki nieposłuszny, fruwa zakrywając mi palce, choć powinien zostać na miejscu, najlepiej odrobinę wyżej łokcia, coby nie latał przy nadgarstku, nie wkurwiał prującym się mankietem i brakującym guziczkiem. Mechanika czynności łagodzi rozdrażnienie, pozwala zwrócić moje myśli - niespodzianka - ku mnie. Dbam o to ciało, wystająca spod koszuli ręka zbrązowiała, szlachectwo na niej wypłowiało, choć jeszcze nie uciekło z mych dłoni, wciąż gładkich, chyba silnych. Kilkadziesiąt razy podciągnę się na belce, ale wątpię, bym dał radę udusić człowieka gołymi rękami. Czyli jednak słabe?
Słabe. Zabieram je z wyszczerbionego blatu i wpycham do kieszeni, prawą gniotę poniewierający się tam papierek, pewnie po gumie do żucia. Zaciskam pięść, czując pod palcami fakturę tych spodni - z czego się właściwie szyje portki dla podobnych mu włóczykijów? - i to ułatwia mi oddychanie. Przyśpiesza rytm serca, nakręcam się tym, tęsknię za tym. Nie pragnę tego. Pragnienia można odłożyć na półkę przeznaczoną na później, sycić się odwlekaniem ich w czasie: ponoć, gdy wystygną, smakują nawet lepiej, można je spełniać lub zadowolić się cierpkością dobrowolnego pożegnania. Pragnienia są dla głupców i marzycieli, dla takich, którzy zadowalają się ochłapem, obrazkiem we własnej reżyserii, we własnym sosie.
Ja tego chcę. Wrócić do ostrej wymiany spojrzeń i takich samych pocałunków, szarpania za ubrania i włosy. Za godzinę odegnę jego głowę, opuszkami przesunę po szyi i obojczykach, poczekam, rozleniwiony, rozciągnięty w satysfakcji z dotyku, który jest jak przyjemność i rozczarowanie. Albo wrócę do siebie i położę się sam, czekając aż wpadnie mi do głowy. Twarde są to myśli, jak argumenty trudne do zbicia. Nie gram w żadne pieprzone kręgle, mogę gonić się z nim dookoła stołu, siłować się na rękę lub na wolę, kto pierwszy pęknie i kopnie tego drugiego. Nareszcie wyrzut serotoniny i to tak prawdziwie, tak jak należy, nareszcie po męsku. Przemoc to gówno, ale pierdolę, podrażnione kolana są jak biżuteria, a jeśli obrączki to tylko te wokół nadgarstków. I pierścienie do całowania, swój noszę na palcu, chłody metal dobrze robi ustom, ale tylko tym wulgarnym, innym może wybić zęby. Co z tobą, Jon, nie martwym się na zapas. Jeśli obaj stracimy górne jedynki, zabawimy się, jakby to były mleczaki, plując na odległość. Byle nie w twarz, bo tego akurat nie lubię, ale...
Ale czasami zdarza mi się robić rzeczy, których nie lubię. A tobie? Co możesz zrobić dla mnie?
Naprzeciwko jesteś bliżej, uderza mnie, jak bardzo blady. Masz zadatki na arystokratę, umiesz w końcu się obijać i pieprzyć, dokładnie tak, jak ja. Atmosferę podgrzewasz, zupełnie niczym bongo, jeszcze tu, z tej strony trzeba zatkać, zobacz. Kurwa, to takie delikatne, że zaraz rozsadzi mi spodnie, pewnie o tym wiesz, choć to rodzaj gestu miękkiego, odwrotnego od tego, co jaramy zazwyczaj. Nie wybrzydzam, łyknę to jak tabletki, mimo że nie potrzebuję pomocy. Między dwa palce pochwyciłem fajkę, ląduje zaraz między wargami, a ja usłużnie rozżarzam szluga Bojczukowi, ogień od ognia, petując namalujemy portret.
-Taaa - mówię ochryple, nieszczególnie tym zainteresowany. Zegar nad naszymi głowami wskazuje grubo po jedenastej, ciekawe czy równa godzina wybije jakiegoś ptaszka z malowanych drzwiczek. Skąd oni mają to ustrojstwo? Od obwoźnego handlarza starzyzną, który Żydowi wieprzowinę sprzeda? - i co z tego? - burczę, ramiona ruszają się w górę i w dół niczym zaprogramowany dźwig, gdy gapię się na dolną połowę jego twarzy - powinienem przestać? - pytam, nieruchomiejąc na moment, gdy jego stopa sięga po mnie, zachłannie i zuchwale. Dziwkarska zagrywka, ale co z tego, skoro jeśli przesunie nogę wyżej, to poczuje, że działa.
Od dawna, co nie, paska nie rozepnę, tu można go popuszczać tylko żeby uwolnić sadło, tacy jak my są w sytuacji, kolokwialnie mówiąc, gównianej.
-Gdzie byłeś? - pytam odprężonym głosem, właściwie nie mam pretensji, że on przeżywał przygody, a ja psułem się od środka ze złotym pierścieniem na palcu. Wszystko mi jedno, w sumie, niech już nic nie mówi: opowie to potem, gdy będę zbyt zmęczony żeby czytać, a on zamiast malować usiądzie obok mnie. Chcę, by mnie dotykał.
Dotyka.




To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Powrót do góry Go down
Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
powiedz mi
o co ci w ogóle chodzi
powiedz mi
po ci te kombinacje
nie musimy się katować
nienormalną sytuacją
nauczymy się kochać
przestaniemy się bać
OPCM : 3
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime25.06.20 21:21

Marszczę brwi, zezując na złączone ze sobą końcówki papierosów i głęboko zaciągam się pierwszą chmurą gęstego dymu; pierwsza zawsze przyjemnie łaskocze w płuca i orzeźwia mózg. Odsuwam się powoli, moszcząc plecy w twardym oparciu krzesła, dłoń podkładam pod kościsty łokieć, tę z papierosem unosząc do ust i zanim ponownie go w nie wetknę w na wpół świadomym geście zamyślenia przesuwam palcem po dolnej wardze. No właśnie - co z tego? Sir Percival nie zagłuszy fal szumiących w żyłach i nie zatrzyma duszy rwącej się wprost do Wielkiego Błękitu; serce raz oddane morzu na zawsze pozostanie mu wierne - A chcesz przestać? - pytam. Fajka w końcu ląduje w ustach, końcówka żarzy się wyraźniej, kiedy wciągam w płuca kolejną porcję trutki. Wisi między nami gęsta chmura białego dymu, która sprawia, że kontury wydają się miękkie, a twarze delikatnie rozmyte, nie widać drobnych zmarszczek ani innych detali, które sprawiały, że byliśmy sobą. Zatrzymuję stopę między jego kolanami, wspierając podeszwę o krawędź stołka. Zahaczam końcówkę papierosa paznokciem kciuka, złamanym ale wciąż trochę za długim, naznaczonym kilkoma ledwie widocznymi plamkami zaschniętych farb, i strzepuję popiół na deski; ten jednak ginie w eterze zanim zdąży zetknąć się z podłogą - Włóczyłem się po różnych miejscach - jak zawsze. Bywałem wszędzie i nigdzie się nie zatrzymywałem, nie na dłużej niż chwilę, wiatr w żagle łapałem tylko po to, by pchnął mnie kawałek dalej, gdziekolwiek, wszak moja włóczęga nie miała celu. Celem była po prostu niekończąca się wędrówka i odpowiadało mi to. Męczyły mnie w kółko te same wnętrza, te same twarze, brak nowych bodźców, tych przecież potrzebowałem by czuć, że żyję, dlatego raz po raz oddawałem się swoim hedonistycznym zachciankom; zwykle pomagało na jakiś czas, aż znowu nie dopadła mnie monotonia - Myślałem, że spotkamy się gdzieś na morzu, Morgan. Albo w porcie innym niż brytyjski. Anglia jest ostatnio brzydsza niż zwykle - nie da się ukryć. Zimna i skostniała na co dzień, teraz przybierała wręcz trupie oblicze. Żar pożera tytoń, kiedy zaciągam się znowu i znowu, dym łaskocze w gardło i gryzie w płuca, więc kaszlę kilka razy przysłaniając usta lewym nadgarstkiem. Obie moje podeszwy opadają ciężko na brudną podłogę, a łokcie ponownie lądują na stole - No a gdzie ty byłeś? - odbijam pytanie, wbijając w niego spojrzenie. Papieros dopala się gdzieś w okolicach mojej skroni, w uniesionej dłoni, zaś popielate języki dymu skręcają się wokół głowy tworząc nad nią coś na kształt aureoli. Aureoli? Chyba sobie na to nie zasłużyłem, byłem w końcu tak samo święty jak typ siedzący po drugiej stronie stolika.






Powrót do góry Go down
Francis Lestrange
Francis Lestrange

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Zawód : mam burdel
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czego ci potrzeba?
Ja ci tego nie dam
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Im not insane, my mother had me tested

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime26.06.20 13:48

Urywa mi film, kiedy szczupły palec mknie po mięsistej wardze, to gest zastanawiający, nie zdradza zbyt wiele. On, Jony, myśli, ciekawe, czy w tej chwili dopada go przytłoczenie i ciasnota Anglii, czy krócej i zwyczajniej, braknie mu miejsca w spodniach. Od jednego do drugiego droga wcale nie tak daleka, lubię stykać wzniosłość z kurewstwem, słuchać w trakcie o cyfrach albo utopijnych ideach. Tyle samo w tym pasji, co w zajadłym cedzeniu erotycznych poleceń, snuciu historii opartej na cudzym ciele, sprawdzaniu, jak reaguje na głos i miękkie, senne możliwości. Papierosa umieszczam w ustach, czuję palony tytoń i chyba pierwszy raz biorę go za faktyczną substancję. Fajka to fajka, na chuj drążyć temat, chociaż dym huśta się między nami i zmniejsza pole widzenia. Zawęża je, dziwnie, skraca do szczegółów, jak włosy w brwiach sterczących w różne strony i coś zielonego na dolnej dwójce, mamy lato, więc pewnie to koperek albo pietruszka.
-Nieszczególnie - przyznaję od niechcenia, po prostu płynę z prądem. Tak jest dużo łatwiej, konsekwencje nie żądlą, jak upierdliwe komary, a ja poświęcam się życiu. Po swojemu i mocno, depcząc po intensywnych doznaniach, zasysając bodźce. Umiem przemienić wodę w wino.
Może niedługo będę chodzić po wodzie.
Gościnnie rozsuwam nogi, zapraszam, by wędrował sobie dalej. Stopa wetknięta między kolana to taki apetizer, szkoda, że pite przez nas piwo jest podłej jakości, bo trzeba nam czegoś specjalnego. Spijanego z ust i z pępka, mama mówiła, że nie wolno bawić się jedzeniem, lecz na przekór wszystkim, babram się w nim z nielichą satysfakcją. Liżę, ssę i wyciskam. Wydzieliny ciała są mi bliskie, są smaczne, zastępują właściwie każdy posiłek. Konsumpcja zepsutego chłopca, kiedyś byłem wybredny, teraz już tylko sentymentalny. Poprawiam rękaw - znowu się osunął - a niedopalonego papierosa gaszę i ostrożnie układam z powrotem w porzuconej paczce. Jeszcze się przyda, doskonały, by spalić go w łóżku, razem, nad ranem. Tylko takie poranki mają urok, gdy przepocona pościel zsuwa się z barku, a czyiś oddech łaskocze odsłonięty kark.
-Dlaczego wróciłeś? - pytam lekko. Nie ma swojego miejsca, ale wraca, zawsze wraca. Niezależnie czy znika na tydzień i leży te siedem dni poskładany w jakiejś melinie na wyleniałej sofie, czy na parę miesięcy, grając sobie w zielone z nieznajomymi w aksamitnych szatach. Jego przygody znam, nie muszę o nich słuchać. Chodził po Paryżu, stołował się w miłych restauracjach, uchylał kapelusza i zmywał się bez płacenia. Pobił się z marynarzem trzy razy szerszym od niego, bo przez pomyłkę zabrał się do jego baby. Złamał nadgarstek, nie mógł malować. Mówią o nim.
-Muszę być na miejscu - odparłem, z roztargnieniem przeczesując palcami włosy, chętnie dałbym dyla właściwie gdziekolwiek. Od wioseł robią się odciski na rękach, lubię, gdy moje są poznaczone pracą - pokaż - żądam, chwytając za dłoń Bojczuka. Paznokcie ma brudne i nierówno przycięte, a same łapy szorstkie, ale to kwestia szlugów. Widać, że się nie narobił - wiem, co chciałem wiedzieć - kpię z niego, by zachować dystans. I może jakieś resztki godności. On akurat ściąga stopę, czemu, nie, niech przestanie, to chyba mój ruch, chociaż nie mam na to żadnego pomysłu. Wybieram bezpiecznie, dialog.
-Anglia ma gorączkę. Spierdalaj stąd, póki możesz - dobrze mu radzę, pozycja nadwornego malarza na dworze Rosiera mu nie pomoże, kiedy przyjdzie do obdzierania ze skóry. Za dużo nienawiści unosi się w powietrzu, za dużo brutalności. Nie ma już kochanków, nie ma nawet ludzi.
-Ja? Tu i tam - wzruszam ramionami, niechętny, by dzielić się tym, co nijakie i wypłowiałe. Jeśli kolory, to tylko rybka, inaczej widzę już bardzo słabo. Dym unosi się w górę i stroi sobie żarty, właśnie uświęcił Bojczuka i wyniósł go na nowożytny Olimp. Za to coś mu się należy.
-Chodźmy, obciągnę ci - mówię pewnie, prosty komunikat, jakbym proponował mu zgolenie łba do zera. To też możemy zrobić, później. Możemy wszystko.




To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Powrót do góry Go down
Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
powiedz mi
o co ci w ogóle chodzi
powiedz mi
po ci te kombinacje
nie musimy się katować
nienormalną sytuacją
nauczymy się kochać
przestaniemy się bać
OPCM : 3
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime30.06.20 20:40

- Więc nie powinieneś - moje ramiona podskakują lekko; przecież zawsze robiliśmy tylko to co chcieliśmy, mając głęboko w dupie wszelkie zakazy i nakazy. On miał gorzej, musiał się pilnować, nie mógł leżeć upodlony w rynsztoku, tańczyć na stołach z podrzędnymi dziwkami, nie mógł kalać szlachetnego nazwiska, które nijak mi do niego nie pasowało. Nie, kiedy patrzyłem na skórę maźniętą przyjemnym brązem. Nie, kiedy widziałem go w towarzystwie kolejnej portowej dziwki. Miał przystojną twarz, pewnie podobał się wielu damom, ale wyuzdane szmaty też na niego leciały, ciekawe czyje towarzystwo wolał? Czyje bawiło go bardziej? To nawet imponujące, że właściwie odnajdywał się wszędzie; na salonach dawał pokaz nienagannych manier, tutaj udowadniał, że w wyrzeźbionych ramionach kryje się dużo siły, kiedy przy pokerowym stoliku robiło się gorąco i trzeba było sprać każdy pysk, który nawinął ci się pod pięść - Nie wiem - ponownie wzruszam ramionami. To było dobre pytanie i sam nie znałem na nie odpowiedzi. Przecież zawsze wracałem, niezależnie od tego czy nie było mnie kilka dni czy kilka miesięcy, w końcu zawsze pojawiałem się w londyńskim porcie. Ta ziemia, te zbutwiałe deski i brudne stoliki, rozcieńczony alkohol, zmęczone lica kurtyzan, to wszystko sprawiało, że czułem się jak w domu, chociaż wychowałem się przecież w znacznie milszym miejscu. W otoczeniu natury, radosnych ludzi, w ciasnych ramionach przybranej matki, która przez lata starała się chronić mnie przed całym złem tego podłego świata. Prawdziwe życie poznałem dopiero kiedy opuściłem Bibury i nigdy nie żałowałem tamtej decyzji, chociaż mama płakała głośno gdy pakowałem plecak i żegnałem się z miejscem, które mnie ukształtowało - Na miejscu? Po co? - pytam, unosząc nieznacznie obie brwi, zaś moje spojrzenie na nowo wbija się w twarz rozmówcy, jakbym chciał wyczytać z niej coś więcej niż dają słowa. Później chwyta mnie za dłoń, a ja marszczę gniewnie nos i wyrywam się z uścisku - Zostaw - krzywię się, kiedy sobie ze mnie kpi, nie podoba mi się to, a sam komentarz drażni; bo co niby chciał wiedzieć? Co wyjawiła mu nierówna powierzchnia dłoni, sucha skóra i zdarte kostki? Zerkam przelotem na swoje palce, po czym chowam rękę pod stolikiem, wspierając ją na własnym kolanie, jego są za daleko bym sięgnął. Milczę kiedy każe mi spierdalać, póki jest na to czas. Pewnie ma rację, a ja już dawno powinienem być gdzieś indziej, z dala od tego całego pierdolnika. Może na jakiejś egzotycznej wyspie? Może w portach Nowego Kontynentu? Może w słonecznej Hiszpanii, albo chociaż romantycznej Francji? Właściwie gdziekolwiek, byle nie tutaj - Tu i tam, tu i tam - przedrzeźniam go, po czym prycham cicho, wspierając brodę na nadgarstku. Nie satysfakcjonuje mnie ta odpowiedź, chciałbym poznać szczegóły, ale jest niechętny by snuć opowieści, więc nie ciągnę go za język. Może przyjdzie jeszcze na to czas. Peta gaszę w popielniczce, mocno dociskając żar do brudnego od popiołu dna. Rzucam okiem naokoło, w ciszy obserwując wszystko co dzieje się w środku, ale kiedy ponownie się odzywa, to powracam do niego wzrokiem. Przez chwilę wydaję się zaskoczony tą nieelegancką propozycją, parskam cichym śmiechem, ale wiem, że nie żartuje. Czy mogę odmówić? Nie tutaj, nie w świecie ponad realnym; pytanie czy w rzeczywistości bym to zrobił? Zaciskam palce na uchu od kufla i unoszę go do ust, spijając resztę trunku, nic przecież nie może się zmarnować, nawet jeśli paskudny alkohol był tylko wytworem wyobraźni. Leniwie podnoszę się z miejsca i gestem ręki wskazuję, by ruszył przodem. Będę z tyłu, tuż za nim, zupełnie jak cień - Prowadź - rzucam szeptem. Dłonie wciskam w obszerne kieszenie długiego płaszcza, który jest ze mną chyba jeszcze od czasów hogwarckich. Niewiele urosłem przez te kilka lat.






Powrót do góry Go down
Francis Lestrange
Francis Lestrange

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Zawód : mam burdel
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czego ci potrzeba?
Ja ci tego nie dam
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Im not insane, my mother had me tested

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime01.07.20 13:50

To taki chuderlak, którego jedno moje pchnięcie pośle na glebę. Jego ramiona drgają, poruszają się miarowo, podkreślają brak większego znaczenia. Naszej konwersacji toczonej i tłoczonej w zadymionej barowej sali i dyspozycji przychodzących z góry. Wpuszczamy je jednym uchem, drugim wypuszczamy, nad sobą lubimy mieć tylko kobiety i ich słowa spijać zachłannie jak śmietankę i zaszczyty.
Moje, nadane gdzieś tam pomiędzy ciążą mej matki a drogą kanałem rodnym na świat, chyba długo to trwało, wolałem zostać w środku. Nie ma się czemu dziwić, tam ciepło, wygodnie, nie to co po wypluciu na świat, który stale się ode mnie czegoś domaga. Zawszony, proszalny dziad, żebrak i luj, oto personifikacja życia, bo nie da się tak funkcjonować na minimum. I niby ten głód, co ściska żołądek i sprawia, że zaczynasz ssać swoje palce, gna cię do przodu, ale to przebieżka mordercza, po kamieniach i po szyszkach. Drzazgi wbijają się w stopy, kiedy ja naprawdę wolę pomału, najpierw się rozsiąść wygodnie, a potem na balkonie popijać browara, skubać strupy po ugryzieniach komarów i zdzierać etykietę z zakurzonej butelki.
-Nie mówmy o tym - proszę, to prośba, mój ton jest ciepły, lekko zagubiony, jakbym utonął wśród kuchennych zapachów. Nie obiadowych, bardziej mam na myśli wyrośniętą drożdżówkę z truskawkami lub ciasteczka z cukrem, zatykające mi nos aromatem wiejskiego domku pełnego rozgardiaszu i rąk garnących się do pracy, do wspólnego popołudnia z podziałem zadań. Czasami mi się śni, że maluję płot na zielono, a później zbieram wiśnie z drzewa, Jony mógłby mi powiedzieć, czy to naprawdę takie uczucie, jakie sobie wyobrażam. Czy latem słońce faktycznie pali plecy, pot spływa po twarzy i drażni oczy, a szpaki nie zostawiają na drzewie ani pesteczki, jeśli nie zabezpieczy się drzewa. Jest artystą, ale ja usilnie potrzebuję sprowadzenia na ziemię, prostego rysunku jarzębiny, portretu podwórkowego burka z rozwartą paszczęką, takiego co wiesza się w szopie, bo nawet do wiejskiego domu się nie nadaje.
-Nogi same cię poniosły, co? - rzucam, ale nie musi odpowiadać. Wędrowanie nie ma końca, ale zawsze znajdzie się początek, ten problematyczny skurwysyn, baza wypadowa, miejsce przejściowe pomiędzy zniknięciem na zawsze a masochistyczną tęsknotą i krążeniem blisko, jak te pieprzone ćmy dookoła lampy. Bzzzzt i tyle. A my co?
-Każą mi walczyć, Jony - wyjaśniam mu znudzony, podtykam mu też przed nos lewą rękę. Na palcu błyszczy złota obrączka, a ja nie potrafię sobie przypomnieć, jak wygląda moja żona. Wycieram twarze, inaczej nie mógłbym zasnąć już nigdy, inaczej musiałbym wyłupać swoje oczy. Biję takich jak on, powinien policzyć rachunek prawdopodobieństwa, czy załatwię go przed czy po tym, jak już dojdzie. Pozwalam mu wyplątać ręce z moich dłoni, śledzę je, jak uciekają, blade pająki, nieproporcjonalnie duże w porównaniu do całej sylwetki chochliczego Bojczuka. Wstydzi się?
Nie rozumiem, często trzymaliśmy się za ręce, w zaschniętych plamach farby rozpoznawałem barwniki, jakich używał, malowałem mu paznokcie, wbijałem palce w suche wnętrze jego dłoni, czasem igłą przeszywałem suche opuszki, sprawdzając, czy to zaboli. Pozwalał mi na te eksperymenty, znosił je i nawet nie żądał niczego w zamian. Powtórki z odwróceniem ról. To był nasz czas na pustym poddaszu z jednym materacem leżącym pod oknem, sztalugą pośrodku i stosem płócien w kącie.
Zgrabnie podnoszę się z ławy, wytrząsając ostatnie krople z kufla, nie zapominam o tym, by opróżnione szkło pochwycić i odłożyć na bar; za to mnie tu lubią, sprzątam swój bajzel, nie peszę dziewczyn nieprzystojnym żartem, nie straszę zapuszczonym wąsem. Wynoszę się normalnie, po ludzku, zaraz upadnę po raz pierwszy. Która jest godzina, zapominam, znowu muszę zerknąć na ten obrzydliwy zegar. Kolejna stacja to będzie następny upadek. Na kolana, dosłownie i moralnie, chyba że Bojczuk usiądzie mi na twarzy. Jak się uduszę, to będzie dobra śmierć.
Lepsza niż w wannie w piątkowy wieczór.
Ignoruję jego śmiech, który właściwie, piecze do żywego. Myślałem, że dotknie mnie pod stołem, że już poczuję mrowienie ust, że podniecenie każe mi dobrać się do niego już na progu. Nie, pędzimy jakoś bezwładnie wraz z kupą ludzi w kapeluszach i cienkich płaszczach, wraz z nimi po schodach schodzimy do tunelu i dopiero przed metalowym ustrojstwem zatrzymuję się jak wryty, nie wiedząc, co robić. On nie pomaga, więc patrzę uważnie, jak mugole wtykają jakiś papier do szczeliny, a rurki obracają się dookoła nich, a jebać, przełażę górą i dalej znowu po schodach w dół, aż na stację, w której śmierdzi moczem i ziemią. Gwizd pociągu zatyka mi uszy, ładuję się do niego razem z Bojczukiem, upchnięci w kącie pośród nieznajomych mamy ledwo tyle miejsca, żeby stać na własnych nogach. Prawą dłoń przesuwam na jego tyłek, łapię za pośladek, a gdy czuję się już pewniej rzucany na zakrętach, lokuję tam obie ręce. Dość zachłannie, obłapianie w miejscu publicznym kręci mnie jak nigdy, dyskretnie jedną dłoń wsuwam pod spodnie, by pobawić się nagą skórą, ścisnąć ją już naprawdę, a nie przez ubranie, by przelała mi się przez palce i stawiła opór.
-Dokąd jedziemy? - pytam, ktoś musi zostać przytomny, a mi już dużo nie brakuje, przylegam do niego plecami, wie, co się ze mną dzieje.




To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Powrót do góry Go down
Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
powiedz mi
o co ci w ogóle chodzi
powiedz mi
po ci te kombinacje
nie musimy się katować
nienormalną sytuacją
nauczymy się kochać
przestaniemy się bać
OPCM : 3
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime02.07.20 10:36

Nie nalegam, jeśli nie ma ochoty nie musimy rozmawiać wcale. To tylko słowa, które w dodatku nie mają większego znaczenia, nazajutrz przecież zapomnimy o wszystkim; rano otworzy oczy i nawiedzą go pozostałości po tym spotkaniu, te które nie zdążyły jeszcze wyparować z umysłu; popołudniu nie będzie już pamiętał niczego. To dobrze, nie poczuje się zawstydzony kiedy znowu staniemy twarzą w twarz. Później kiwam powoli głową; to chyba było jedyne sensowne wytłumaczenie. Byłem jak pies, który nawet wywieziony daleko od domu, ostatecznie i tak znajdzie drogę powrotną. Nie myślę o tym długo, bo kolejne słowa, które zawisły gdzieś między nami sprawiają, że otwieram szeroko oczy. Przez chwilę nic nie mówię, lustrując spojrzeniem twarz Lestrange'a - Walczyć? O co? - powtarzam powoli, a w głowie szumi mi kolejne pytanie, na które przecież znam odpowiedź, potrzebuję jednak potwierdzenia, a co więcej trochę się go obawiam - Z kim? Ze mną? - może raczej z takimi jak ja; z wszystkimi, których krew była rozrzedzona jak piwo w Parszywym. To zabawne, gdyby podciąć nam żyły, mnie i jemu, wypłynęłoby z nich to samo, nikt nawet nie zauważyłby różnicy. Krew to krew - czerwona, gęsta, o metalicznym posmaku. Zresztą jakie to miało znaczenie? Pochodzenie mówiło jedno, a ministerialne papiery drugie, absurdalnym wydawał się fakt jak łatwo było oszukać wszystkich, nawet nie musiałeś być dobrym aktorem, wystarczyło, że byłeś marnym. Więc po co ludzie próbowali udowadniać, że jest inaczej? W imię czego chcieli walczyć? Świat i tak nie będzie nigdy lepszy, chodziło po nim za dużo pojebów, gotowych poświęcać siebie oraz bliskich w walce o nieistotne ideały. Kurwa, przecież to chore. Nigdy nie rozumiałem podziału na lepszych i gorszych, ostatecznie wszyscy byliśmy tak samo chujowi - I co? Zabijesz mnie? - mnie nie zależy, mogę umrzeć nawet dzisiaj. Śmierć była tylko... częścią życia, końcem i początkiem czegoś innego. Ostatecznie wszyscy skończymy zagrzebani w tej samej ziemi, pod tym samym niebem. Tylko nagrobki będą się różnić, na jednym nie napiszą nic, na innym, że spoczywa tu ktoś ważny. A później minie wiek i kilka kolejnych, ludzie przyszłości w końcu zapomną co takiego ważnego zrobiłeś, a z ciebie w tym czasie zostanie już tylko proch - Podobno umieranie jest jak narkotyczny trip - mówię, ale nie wiem ile w tym prawdy, nigdy nie próbowałem umierać. Próbowałem za to ćpać i to z powodzeniem. Lubiliśmy to, najebać się do tego stopnia, że zapominasz jak się nazywasz. Wtedy wszystko wydaje się lepsze, przez chwilę nie zadręczasz się niczym, chyba że zaliczysz złą fazę; ale jeśli narkotyki nie zabiorą cię na drugą stronę, to w ogólnym rozrachunku każda była dobra, z każdej mogłeś wyciągnąć wnioski. Opuszczam spojrzenie na błyskotkę zdobiącą jego palec i gwiżdżę cicho, ale przeciągle - Pewnie jest dużo warty, co? - pytam, nie spuszczając wzroku ze świecidełka i sam nie wiem czy chodzi mi o pieniądze czy o sentymenty - Mam ci pogratulować czy współczuć? - jaka ona jest, ciśnie mi się na usta, więc gryzę się z język. Nie obchodziło mnie to, przecież wszystkie były takie same - eteryczne i delikatne, chude i blade, nieistotne, stworzone tylko po to by ładnie wyglądały i wypchnęły z siebie kilku gówniarzy, najlepiej chłopców, bo dziewczynki zawsze kończyły jako dekoracje, a nikt przecież nie potrzebował tuzina ozdób. Takie tylko się kurzyły, ktoś przestawiał je z miejsca na miejsce i ustawiał po kątach, ale nikt nie słuchał; zachwyty trwały tylko chwilę, później pojawiały się zmarszczki oraz znamiona, a gdy było ich już zdecydowanie za dużo, zamykano je w komnatach, bo nie nadawały się na pokaz. Żyliśmy w świecie zdominowanym przez samców i to było naprawdę smutne. Mrużę nieznacznie powieki i jednym szybkim ruchem chwytam go za palec, ściągając z niego obrączkę. Teraz należała do mnie, chociaż nie wiedziałem co chcę z nią zrobić. Może sprzedać? Ciekawe ile mógłbym wyciągnąć, pewnie sporo jeśli złoto było prawdziwe, a skoro nosiły je szlacheckie dłonie, to musiało takie być. Ściskam ją w dwóch palcach, unosząc na wysokość oczu, obracam, a na koniec chowam w kieszeni płaszcza. Być może przeleci przez dziurę i nigdy już jej nie zobaczymy, ani ja, ani tym bardziej on.
A potem po prostu idziemy, po schodach do podziemi i dalej na stację. Naciskam mocno na metalową rurkę, zaś ona ustępuje pod naporem mojej dłoni i jestem już po drugiej stronie. Nie obracam się na Francisa, niech radzi sobie sam, jeśli nie chce zgubić mnie w tłumie mugoli. Wszyscy mają pospolite twarze, jednakowe i smutne, które chcą skryć pod szerokim rondem kapelusza, albo kołnierzem. Drzwi odsuwają się przed nami, więc wchodzę do środka, wciskając się do jednego z kątów. Zerkam za okno, ale widać tylko ciemność, nic więcej, to odwracam się przodem do Francisa. Muszę zadrzeć łeb do góry, żeby spojrzeć mu w twarz, jest sporo wyższy; zresztą tak jak większość. Kiedyś przeszkadzało mi to bardziej, teraz dostrzegałem pewne plusy bycia niewielkim, łatwiej było się schować, mieściłeś się w zasadzie w każdą dziurę. Czuję jego rękę na swoim ciele, później także drugą i nie przeszkadza mi to, jest nawet całkiem przyjemne, więc z mojego gardła wydobywa się cichy pomruk, który jednak ginie w turkocie pociągu. Przesuwam palcem wzdłuż krawędzi spodni Francisa, później wspieram dłoń na jego brzuchu i sunę nią w górę, wzdłuż piersi, sięgając guzika koszuli. Rozpinam dwa pierwsze, ignorując pytanie o cel naszej podróży. Zobaczy, przekona się już niebawem. Kątem oka dostrzegam, że wszyscy się na nas gapią, chociaż mają nieobecne spojrzenia; nic dziwnego, przecież nawet nie istnieją, są tylko zlepkiem kiedyś widzianych, mijanych na ulicy twarzy, ale mimo tego marszczę brwi - Kurwa, nie tutaj - odpycham go od siebie mocno i nagle, wprost na rosłego mugola stojącego obok; może gdyby nie element zaskoczenia oraz fakt, że całym pojazdem kurewsko trzęsie, łatwiej byłoby utrzymać równowagę. Uśmiecham się złośliwie kiedy koleś zaczyna na nas wyklinać, ale zanim zacznie wymachiwać pięściami, łapię Morgana za nadgarstek i ciągnę w kierunku wyjścia. To już tutaj. Zatrzymujemy się na stacji; ta jest jednak inna od poprzedniej, cicha i pusta, ściany pokrywa mech, a z sufitu kapią pojedyncze krople. Schody są wąskie, więc musimy iść gęsiego, a kiedy wreszcie wychodzimy na powierzchnię okazuje się, że wyciąga się przed nami leśna dróżka. Zaciągam się rześkim, znajomym powietrzem pozbawionym smrodu miasta. Pachnie bzem, jak zawsze. Idę dalej, nie odzywając się słowem dopóki nie wypadniemy z gęstwiny - To tutaj - mówię w końcu, machając głową w kierunku niezwykłej budowli na planie koła, która właśnie wyrosła na horyzoncie. Ściany ma niebieskie, dachówki czerwone, a okiennice białe, przynajmniej takie były kiedyś, teraz, nadgryzione zębem czasu są bardziej szare. Ogród wydaje się dziki, rośliny rosną tutaj chaotycznie, pozbawione jakiegokolwiek ładu, oplatają pordzewiały płot, a kiedy przechodzisz przez furtkę zaczepiają cię - Uważaj - rzucam, uchylając się przed atakującym mnie jasnozielonym pędem. Nie zwalniam i nadal nie oglądam się za siebie. Jest tu inaczej niż zwykle, brakuje ludzi, ale w tej chwili nie wydaje mi się to dziwne ani niepokojące, mam nawet wrażenie, że tak właśnie powinno być. Wspinam się na schody prowadzące do wnętrza. Drzwi są otwarte, a wejście zasłaniają jeno sznury koralików - Wróciłem! - krzyczę od progu, ale odpowiada mi tylko głucha cisza. W środku jest kolorowo, pachnie farbami i rozpuszczalnikiem. Nie wiem gdzie zaprowadzić go najpierw, ale może od razu do mnie.






Powrót do góry Go down
Francis Lestrange
Francis Lestrange

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Zawód : mam burdel
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czego ci potrzeba?
Ja ci tego nie dam
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Im not insane, my mother had me tested

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime02.07.20 13:59

Już od paru lat toczę sobie takie biblijne zapasy, ani tu wygrać, ani przegrać, więc męczę się i pocę dla samej tej pracy. Mięśnie poruszają się jak tłoki, napięte węzły rysują się na ramionach, nogi zapierają się o podłoże, dziwaczny taniec, w którym poruszam się taktownie to w przód, to w tył, by finalnie uzmysłowić sobie, że to wcale nic nie daje. Wciąż tkwię w tym samym miejscu, po prostu wymęczony, zdradzony, wystawiony na pokuszenie. Zerwanie się z łańcucha i podążenie swoją drogą to wygoda, na jaką pozwolić sobie nie mogę, tutaj jest moje miejsce, mam poruszać się po kole i trwać, przykład, wojownik, mężczyzna.
Wreszcie, skurwysyn, to jedyne określenie, na jakie się godzę, znowu to przeżywam, na jawie nieustanie, we śnie - czasami, kiedy eliksir nie dość dokładnie opatuli mnie odpoczynkiem pozbawionym obrazów i kolców. Rzygam moralnymi rozterkami, dlatego tak bardzo chcę ścisnąć jego penisa i przyprzeć do ściany, nie oglądając się na nikogo. Tak, jestem obrzydliwy, ale wszyscy przecież to robimy pozamykani na cztery spusty w pokoju z dużym łóżkiem. Nie każdy za to musi wycierać z policzków własną ślinę i powstrzymywać się przed zawiązaniem na szyi pętli zamiast krawata. Drastyczne, jestem tchórzem, więc te myśli to tylko myśli, ale kurwa są i to jest męczące.
-O lepszy świat - odpowiadam, a mój głos brzmi zaskakująco dźwięcznie, nosi znamiona dziedzicznej dumy, a może zwyczajnie nie pozbyłem się zaśpiewu z zajęć wokalnych, na jakie uczęszczałem w wieku lat dziewięciu. Nie wierzę w to, co mówię, on zresztą też nie, czemu więc nie pokochać się ostatni raz albo kolejne sto, podczas gdy w mieście tacy jak ja, będą uciszali takich jak on. My nimi nie jesteśmy, w żadnym razie, my stoimy sobie z boku, paląc szluga i patrząc na kotłowaninę, z której czasem wynurzy się znajoma ręka albo noga - z tobą - przytakuję po dłuższej chwili ciszy, palcami odgarniam włosy, co robię często, gdy się zastanawiam. Jaka będzie nasza stawka? Zmierzymy się i co dalej? Nie wyceluję w ciebie różdżką, przecież wiesz o tym, Jon, stanę naprzeciwko ciebie jak dureń, pomilczymy, zupełnie jak teraz i tyle. Ciebie zabije ktoś inny, mną też się dobrze zajmą, ufam w to. Będą mieć czyste ręce i świeże szaty, zrobią to prędko, bez zbędnego przeciągania, bez kardynalnego błędu, przez który skończę jak Prawie Bezgłowy Nick. Pyta, czy mogę to zrobić - chce, żebym to był ja? Kręcę głową, nie. Jestem bierny, ohydnie bierny, nie zabiję go. Pewnie też mu nie pomogę, no chyba że jakimś cudem wyrwiemy się z tego syfu i będę mógł rzucać zaklęcia, by naczynia zmywały się same, a on zaklnie ścierkę, by je wycierała jak najdokładniej. Potem ułożymy je na starych półkach, nieprzypadkowo stykając się palcami, wyjdziemy na zewnątrz; naszą przyszłość zawsze widzę tak, skromnie i tam, gdzie jest zielono. Diable ziele rośnie na parapecie, nikt się nie czepia. Nie nastawiamy budzików, budzą nas koguty, a jeśli zignorujemy pianie o brzasku, to trudno, jedyne co stracimy, to dzień.
-Znaczy, przyjemne? - pytam, przekrzywiając lekko głowę. On nie ma doświadczenia, ja - owszem, takie, jakim się nie chwalę w listach motywacyjnych ani przed własną matką. Chowam to głęboko, tak jak kiedyś kitrałem papierosy po kątach - najgorzej, kiedy jest mokro - dodaję głucho, gdy mówię o tym, nie umiem być inny, niż rzeczowy. To ten rodzaj śmierci, kiedy wszystko w środku bulgocze, ostatnie słowa mieszają się z kaskadą spienionej krwi wypływającej z gardła, a mi idzie na bełta. Dalej zostaje mi tylko wzruszyć ramionami, starczyłoby na jakiś czas, na pożywienie i butelkę, na co małe co nieco od Mikołaja, który wpada w każdy czwartek, a nie tylko w Boże Narodzenie. Bojczuk ściąga mi obrączkę z palca, bawi się nią, złoto błyska, a za nimi idą łakome oczy. Muszę go prosić, żeby przestał.
-Oddasz mi ją - zapowiadam, nie teraz, ale kiedy będzie już po wszystkim. Jeśli zdołamy się rozliczyć, bo jeśli nie, niech ją zatrzyma. W zastaw, tak, żebyśmy mieli jeszcze o czym rozmawiać -nie wiem - mówię tylko, zadaje trudne pytania, ale nie obchodzą mnie te uczucia. Chcę tylko tych ekstremalnych, zapętlonych wśród jego szorstkich dłoni, napastliwego dotyku. Twardy materac i włosy niemyte od trzech dni, tłusta grzywka, budzenie się z penisem przyklejonym do brzucha, zaspokojenie jeszcze przed lurowatą kawą z resztek wytrzepanych z metalowej puszki. To bardzo pożądliwe pożądanie, fizyczne do kwadratu, ale musi być tam coś jeszcze, inaczej nie pragnąłbym go tak mocno. Chcę o tym mówić, ale to jasne, że ani pary z ust nie puszczę, wbiję w niego wzrok i prześledzę drogę, którą przebył. Policzę kciuki, które ścierały ślinę z jego pełnych warg, obejrzę jasną, prawie przezroczystą skórę, wychylającą się znad ciemnego golfa i spróbuję zgadnąć, ile osób zacisnęło zęby na jego szyi. Kto użarł, a kto pozostawił po sobie malinkę. Czy jestem zły?
Nie.
Naprawdę. Chciałbym robić to ciągle, ale nie mogę, więc pozostaje mi o tym czytać wprost z jego ciała, nadal obleczonego podróżnym płaszczem. Jakby się wstydził, a wstyd jest zbędny, niepotrzebny. Tak długo, jak będziemy się wstydzić, będziemy ludźmi. Czy tego właśnie chcemy?
Chyba tak. Nie umiem dać jednoznacznej odpowiedzi, brakuje mi słów, brakuje tchu, gdy stykamy się ciałami w mknącym ciemnymi tunelami metrze. On dotyka mojej piersi, a z drugiej strony barkiem ocieram o jakąś kobietę w granatowej garsonce, naprzeciwko mnie wyrostek z sypiącym się wąsem czyta komiks o przygodach Supermana, pierdolę, bodźce dźgają mnie boleśnie, ale nie przestaję ugniatać jego skóry, bębnić po niej palcami i nadstawiać się na urywane pieszczoty. Przełykam ślinę, w ustach mam sucho, jakbym godzinę temu połknął tabletkę, ale to wszystko to on. Głęboko osadzone oczy szepczą ostrzeżenia i choć oddech biorę głęboki, uwolniony od ciasnoty grzecznego kołnierzyka, to potykam się i zarzucony przez impet metra, wpadam na postawnego mugola, który wypuszcza z ręki plastikową torbę z zakupami. Coś tam grzechocze w zderzeniu z podłogą, on mi wymyśla, ale wcale nie słucham, bo mogę uśmiechnąć się do Jony'ego. Pewnie, bez strachu, bo właśnie wysiadamy, a on zdaje się w końcu być beztroski.
Stawiam kroki dokładnie tak, jak on, jakbyśmy grali w dziecięcą grę, niepozwalającą nadepnąć na szczelinę ani złamaną gałązkę, co spadła z drzewa na poszycie. Wolę wodę od lasu, ale tu też pachnie morzem, a światło jest zielone.
-To twój dom? - pytam, wchodząc za nim do dziwacznego budynku. Rozglądam się jak urzeczony, furtka łapie mnie w swoje sidła, drę rękaw byle jakiej koszuli i zostawiam go na płocie, by sobie powiewał, niczym flaga - nigdy mnie tu nie zaprosiłeś - nie wiem, czemu to mówię, prawdopodobnie dziękuję mu za zaufanie - pokaż mi wszystko - to już jest prośba. Zastanawiam się, czy w sypialni ma patchworkową kołdrę, a w kuchni rosną stosy książek kucharskich, czy w łazience każdy ręcznik jest innego koloru, a reszta ogrodu wygląda tak, jak ten kawałek zieleni przed domem. Jakie fotografie oprawił w ramki.
Zgarniam do siebie jego palce, tutaj już możemy trzymać się za ręce.




To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Powrót do góry Go down
Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
powiedz mi
o co ci w ogóle chodzi
powiedz mi
po ci te kombinacje
nie musimy się katować
nienormalną sytuacją
nauczymy się kochać
przestaniemy się bać
OPCM : 3
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime03.07.20 17:09

muzyka z gramofonu

- Tu się wychowałem - kiwam głową; aktualnie nie miałem domu, był wszędzie tam, do czego tęskniło moje serce. Ostatnie takie miejsce, Rudera, zostało nam brutalnie wyrwane; teraz na pewno straszyło mieszkańców Doliny Godryka pustymi pokojami i wybitymi oknami. I tak mieliśmy sporo szczęścia, że nikt nie ucierpiał, to mogło skończyć się znacznie gorzej. Przez moją twarz przebiega cień smutku, a wzrok na kilka sekund opada w dół, ale teraz nie chcę zaprzątać sobie tym głowy, więc powracam spojrzeniem do Francisa, zaś moje usta wyciągają się w uśmiechu, tym szerszym kiedy docierają do mnie jego słowa - Ty też nigdy nie zaprosiłeś mnie do siebie - śmieję się, ale nie dziwi mnie to. Nie pasowałem do jego wnętrz i nie byłem tam mile widziany; on za to wyjątkowo pasował do moich. Moglibyśmy siedzieć razem pod starą wierzbą na tyłach domu, patrzeć jak koza leniwie pożera zbyt bujną trawę, palić jednego papierosa na pół. Potem nauczyłbym go malować, używalibyśmy do tego palców i całych dłoni, farba schłaby na skórze i płótnach. Wieczorem ktoś polałby wina do glinianych kubków, a kiedy wewnątrz zrobiłoby się zbyt hałaśliwie, to wyszlibyśmy na ganek posłuchać brzęczenia nocnych owadów oraz szumu wiatru w koronach pobliskich drzew - Mhm - kiwam głową. Zobaczy wszystko, powoli i nie po kolei, bez sensownego planu, ale przecież wcale go nie potrzebowaliśmy. Pozbywam się płaszcza, który zostawiam na wieszaku przy wejściu, i butów, te z kolei porzucam w nieładzie na podłodze, wśród innych, damskich i męskich, rozrzuconych chaotycznie w korytarzu. Później łapie mnie za rękę, więc zaciskam palce wokół jego dłoni i prowadzę go w kierunku schodów; skręconych, ozdobionych doniczkowymi roślinami - Siódmy lubi zniknąć pod stopą - ja omijam go machinalnie. Za dużo razy dałem się nabrać, by wciąż nie pamiętać, ale jego wolę ostrzec, żeby nieuważnie nie skręcił kostki albo kolana. Ściany klatki i korytarzy zdobią papierowe kwiaty oraz motyle, mniej i bardziej udane obrazy, a my w końcu skręcamy do jednego z pokoi na którymś z pięter. Drzwi strzegące wejścia do mojej starej sypialni są zniszczone, podrapane i przeraźliwie skrzypią, klamka chodzi ciężko, ale napieram na nią mocno póki nie ustąpi. Wnętrze wygląda dokładnie tak jak w latach, kiedy jeszcze tam mieszkałem. Mama zawsze krzyczała, że większego syfu nie widziała chyba nigdzie, ale ja utrzymywałem, że to po prostu artystyczny nieład. Zresztą dużo łatwiej odnajdywałem się w chaosie, rzeczy rzucałem gdziekolwiek, nic nie miało swojego miejsca, dlatego wiecznie coś gubiłem. Tyle, że do niczego się nie przywiązywałem, to były tylko rzeczy, w końcu i tak by się gdzieś zawieruszyły. Miałem mnóstwo błyskotek oraz drobiazgów, kradzionych bogatszym uczniom; proporczyki w barwach Gryffindoru; zewsząd spozierały na nas krzywe twarze rysowane jeszcze niezbyt wprawną ręką oraz inne obrazki mazane przez nastolatka; kilka wyblakłych gwiazd zdobiło nierówny sufit. Wypuszczam z uścisku jego dłoń i podchodzę do starego gramofonu z wielką tubą, chwytam pierwszą płytę, która wpadnie mi w ręce, igła styka się z jej nierówną, wytłoczoną powierzchnią i przez kilka sekund słyszymy tylko szum. Później powietrze wypełniają pierwsze, delikatne dźwięki dzwonków. Czy lubił mugolską muzykę? Nie wiem, będzie musiał polubić, albo chociaż wytrzymać. Później możemy zmienić, albo ulotnić się przed końcem pierwszej strony. Mieliśmy dużo czasu, dzień się dopiero zaczynał. Chyba? Nawet nie wiem kiedy przepędził wieczór, ale promienie słońca wkradały się do wnętrza przez zakurzone, wysokie okna, odbijały od pojedynczych błyskotek, rzucając na ściany drobne plamy światła - Rozgość się, czuj jak u siebie - mówię, chociaż pewnie nie muszę, doskonale o tym wie. Bujam się w rytm muzyki, podchodząc do jednej z półek i z tej najwyższej, wspinając się na palce, zdejmuję małe pudełko pełne skarbów. Chcę się zjarać. Mieć ciężkie powieki, poczuć jak zielone wstęgi dymu z diablego ziela otulają mózg, rozluźnić się jeszcze bardziej, więc przysiadam na prowizorycznym łóżku zrobionym jeno z materaca i krzyżuję nogi. Uchylam wieko, wyciągając ze środka skręconego już blanta - No chodź, siadaj, później się poprzyglądasz - proszę, wbijając spojrzenie we Francisa; ja wiem, to wnętrze atakowało mnóstwem drobiazgów, którym chciałeś przyjrzeć się z bliska, ale na to przyjdzie jeszcze pora, jeśli będzie chciał poopowiadam mu historie zaklęte w niektórych z tych przedmiotów, a on w ramach rewanżu opowie mi swoje, może z morza, a może ze szlacheckiego dworu, wysłucham wszystkich z równym zainteresowaniem. Czekam aż zajmie miejsce i kiedy wreszcie to robi, odwracam się do niego przodem, wsuwając końcówkę skręta do ust. Zaciągam się gęstym, kwaśnym dymem. Lubię ten charakterystyczny smak, przywołuje dobre wspomnienia i przyjemnie łaskocze w język oraz płuca, kiedy trzymam go w sobie przez kilka długich sekund. Mrużę nieznacznie ślepia, wolną dłonią sięgając do twarzy szlachcica, układając palce pod jego brodą, tylko kciuk opieram na dolnej wardze, odchylając ją lekko od górnej. Rękę dzierżącą skręta zostawiam na jego udzie i przysuwam się na niebezpiecznie bliską odległość, czuję jak pachnie, zaraz dowiem się jak smakuje... Nie, nie zrobię tego, nasze usta dzielą dosłownie milimetry, a ja powoli wdmuchuję w jego rozchylone wargi smugi ciężkiego dymu i odsuwam się zanim zrobi krok do przodu. Jeszcze będziemy się kochać, ale nie teraz, teraz chcę robić coś innego, więc wciskam mu blanta, w zamian sięgając pod materac po niewielką książeczkę. Okładka nic o niej nie mówi, nie ma tytułu ani autora, kartki też są puste, zapełnią się dopiero kiedy zacznę przerzucać strony w poszukiwaniu sam nie wiem czego, jestem jednak pewien, że w końcu to znajdę, więc wyciągam się na materacu, opierając łeb na jego kolanach, nogi krzyżuję na wysokości kostek, a pięty opieram o ścianę, przez chwilę bujając stopami do rytmu. Nucę pod nosem melodię, ale milknę kiedy źrenice zatrzymują się na tekście - Lubisz poezję? Posłuchaj tego - chrząkam, zanim zacznę czytać, ciekawe czy to zna - Wejdę po cichu do sypialni i położę się
między panną młodą i panem młodym,
ich ciałami spadłymi z nieba wyciągniętymi
nago i oczekującymi niepokoju,
rękoma osłaniając oczy w ciemności,
zagłębię twarz w ich ramionach i piersiach
wdychając woń ich skóry,
głaszcząc i całując szyję i usta,
rozchylając pośladki,
Nogi zgięte i uniesione by przyjąć,
kutas w ciemnościach rozogniony
i nacierający,
uniesiony od tyłka po zwieńczenie,
ciała sczepione, nagie i drżące,
gorące biodra i pośladki przydupione do siebie
i oczy, oczy lśniące pełne uroku,
rozszerzone spojrzeniami i oddaniem,
jęki poruszeń, głosy, ręce w powietrzu,
ręce między udami,
ręce wilgotne na miękkich biodrach,
pulsujący spazm brzuchów,
aż biała ciecz spływa na skłębione
prześcieradła,
panna młoda błaga o wybaczenie, pan młody
zroszony łzami uczucia i współczucia,
a ja wstaję z łoża wypełniony ostatnimi
intymnymi gestami i pocałunkami
na pożegnanie — —
to wszystko nim umysł przebudzi się poza
zasłonami i zamkniętymi drzwiami
w zaciemnionym domu,
gdzie mieszkańcy krążą w nocy niezaspokojeni,
a nagie duchy poszukują się w milczeniu
- trwam w ciszy, jeszcze przez kilka chwil śledząc wzrokiem wydrukowane litery, aż opuszczam książkę, przytulając ja do piersi, a spojrzenie przenoszę na jego twarz, patrząc na nią z dołu - Co myślisz? - pytam, ciekaw opinii. Później się zamienimy, chcę posłuchać twojego głosu.






Powrót do góry Go down
Francis Lestrange
Francis Lestrange

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Zawód : mam burdel
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czego ci potrzeba?
Ja ci tego nie dam
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Im not insane, my mother had me tested

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime06.07.20 12:26

Musi ufać mi ekstremalnie, skoro zaprasza mnie do swojego świata, nie zawiązawszy mi uprzednio oczu ani nie okręcając mnie siedmiokrotnie wokół własnej osi. Otwiera przede mną drzwi i mówi, proszę wejdź, jego spojrzenie jest jasne i szczere, a ruchy zapowiadają, że zaraz zacznie krzątać się dookoła, poda ciepły napój na ukojenie i wskaże miejsce, na którym usiądę. Łóżko przykryte pocerowaną kapą, krzesło z prostym oparciem albo obity blat w kuchni. Ufne dziecko, właśnie przygarnia do siebie wampira, który w lustrze wiszącym na ścianie w długim przedpokoju nie widzi swojej twarzy. Może dlatego, że zwierciadło jest zaklęte i odbija to, co w nas najgorsze? Kiedyś pisali książki o takich portretach, a sto lat później podobne lusterka kupuje się za kilka groszy w każdym wioskowym sklepie na rogu. Tutaj dorastał, powtarzam to bezgłośnie, by zatrzymać to na swych wargach. Daje mi więcej niż te obłoki kurzu unoszące się w każdym kącie, więcej niż zapach opuszczonego domostwa i terpentyny, więcej nawet niż bielizna, którą już raz miał na sobie, a którą upchnąłem w kieszeni swoich spodni, wyczołgując się nad ranem z wąskiego łóżka w Parszywym. Ściany korytarza pokrywa ciemna boazeria, a nie niej wiszą najrozmaitsze ozdoby: ręcznie malowane talerze, kolekcja szabli w pochwach wysadzanych drogimi (pewnie sztucznymi) kamieniami, akwarelowe obrazki przedstawiające wiejski krajobraz a nawet imponujące poroże dwurożca. To kolekcja przedmiotów zewsząd, pamiątek po pielgrzymach, rzeczy, które nie pasując nigdzie indziej, znalazły się tu i... wyglądają dobrze. Swojsko.
-Co robiłeś w tym domu? - zadaję mu pytanie starannie wyartykułowane, poważne. Przekrzywiam głowę, by zbadać przestrzeń pod innym kątem, obejrzeć kolorowe okiennice, które podczas burzy na pewno musiano dokręcać magią, by nie trzaskały w ściany i by wyobrazić sobie Jona, który siedzi przy kuchennym stole i wyciąga ciemnego włosa z miski owsianki. Wiem, jakie czynności są konieczne, że trzeba gotować, prać, prasować, zamiatać i zmywać podłogi oraz naczynia, ale nie mam zielonego pojęcia o obowiązkowości. Kiedy zaczyna się dbać o siebie, a kiedy o swoje otoczenie, kiedy zaczyna się pomagać? Może gdyby nauczono mnie tego w domu, byłoby ze mną lepiej. Lepiej psychicznie, bo to, że patrzę się na niego tak, to chyba mój najgorszy zjazd.
-Zapraszam - mówię niewyraźnie, bo kciukiem odginam sobie dolną wargę w nerwowej zabawie. Uwydatniam to, co wolałbym ukryć, ale nieważne, bo uświadamiam sobie, że miło byłoby go tam oglądać. U mnie. Na moim łóżku, rozciągniętego w mojej wannie, z chudymi łydkami opartymi o brzegi, ze zwisającą prawą stopą i kłębkiem ubrań rzuconych niedbale na podłogę. Narzucilibyśmy na siebie świeżo uprane prześcieradła, zeszlibyśmy nad morze i zostalibyśmy pomniejszymi greckimi bóstwami, na chwilę, na kwadrans albo na jedno popołudnie - pokażę ci wyspę. Poczekamy na przypływ i przelecimy na miotłach tuż nad morzem - będziesz mógł oderwać rękę od rączki miotły i musnąć fale, samym dotykiem poczujesz sól, a później to już prosta droga do słońca. To plan na przyszłość lub na nigdy, słodki jak makaroniki, tylko zupełnie niepotrzebny: rozbieram się przecież w tym długim korytarzu, wzorem Bojczuka płaszcz odwieszam na wieszak i ściągam buty - to rzecz dla mnie nieznana.
-Zawsze tak robisz? - pytam, zerkając na rozmaite pary obuwia poutykane to tu, to tam. Tknięty przeczuciem, biorę jedne z nich, czerwone z czubkiem i w dodatku na obcasie i wciskam w nie swoje stopy. Wchodzą z trudem, ale dopinam swego i chwiejąc się paraduję przed Jonym w kobiecych szpilkach. Jestem o kilka centymetrów wyższy niż normalnie, a moje biodra rozbujały się nienormalnie, choć nie robię nic nadzwyczajnego, a stawiam po prostu krok za krokiem w linii prostej - czyje są? - kiwam głową na stertę porzuconych butów - przebierałeś się tak kiedyś? - ciągnę go za język, chcę znać historie z jego dzieciństwa. Kogo udawał, kim chciał być. Czy bawił się w księcia, kiedy ja dziesięć lat później uchodziłem za żebraka. Ściągam szpilki i posłusznie idę za nim, oddychając tym starym domem i roślinami, które magicznie pozostały przy życiu. To wszystko silna wola, może też sprzyjająca aura. Choć rosłem wśród czarów, to ten dom wydaje mi się daleko bardziej niezwykły od mojego: tu nic nie ma swojego miejsca, a jednocześnie wszystko pasuje idealnie. Mam dziurę w skarpetce, pod dużym palcem czuję przyjemne drewno i szorstką wełnę chodniczka, który powleka schody, a pod palcami dłoni jego szorstką skórę. To dobra kombinacja, myślę i uśmiecham się, już zachęcająco, bo nie mamy nic, absolutnie nic do stracenia. Przeskakuję po dwa stopnie na raz, by nie wpaść w pułapkę, w Hogwarcie notorycznie o tym zapominałem, ale nie dziś, bo Jony się mną opiekuje. Robimy to sobie nawzajem i to też jest jakieś inne i miłe, bo choć wywijałem się od tego jak piskorz, to obowiązki i tak stały przeważnie po mojej stronie. Dobrze się nimi podzielić w tym ciasnym wnętrzu, dobrze się nimi dzielić z nim. Z kimś innym to nie byłoby to samo.
Ma mały pokój, pełen drobiazgów i bibelotów, pamiątek z czasów szkolnych i rzeczy, które nie do końca wiem, do czego służą, chociaż wyglądają znajomo. Muskam palcami jakiś blaszany sprzęt, nieprzekonany, co do jego użyteczności - co to? - naprawdę jestem zainteresowany. Niech mi opowiada przez kolejne godziny o tym pociągu, którym jechaliśmy i o śrubokrętach. Siadam na łóżko, nogi podciągam pod brodę, obserwując, jak nastawia płytę. To też bym mógł zrobić, umiem to; przyłapuję się na okropnym wyrzucie, że w normalnym życiu pewnie nie sprawdziłbym się jako towarzysz. Zostać na trzy noce, powłóczyć się, zasnąć pod drzewem i tyle, najprostsze czynności to jednak kłopot, ośmiotysięcznik. Próbując, wiem, że to śmiesznie wygląda. Jestem przecież dorosły. Muzyka przepływa przez moje ciało, jest mi dobrze, gdy bujam się do rytmu, a na udach mam jego ręce. Nie pytam o tytuł i tak go nie znam, ale jeśli kiedyś wyskoczę na miasto, minę mugolską herbaciarnię, to istnieje nikły procent szansy, że znowu się natknę na ten gładki głos, a wówczas wrócą wspomnienia krzywego domku i przełykania śliny. Tego spragnionego, od tego narkotykowego odpoczywamy, też razem. Nachylam się do jego ust, zachłannie, wyciągam język, lecz on karmi mnie tylko dymem. Nasze głowy płoną, ukryte są w gęstej chmurze, łykam więc to, co mam, myśląc o rozerotyzowanych mękach Tantala. Podobno głodny nie jesteś sobą, wolisz mnie innego, Jon? Gdy zaczyna czytać, wplatam palce w jego włosy, masuję skórę głowy, bawię się płatkami uszu. Każdy cal jego skóry ma moją uwagę, dzieloną skrupulatnie na słowa.
-To Ginsberg, prawda? - pytam, kiedy cichnie. Nie ma dobrej dykcji, ja przeczytałbym to inaczej, ale i tak mi się podoba. To już inne czytanie poezji, to czytanie innej poezji. U Shakespeare'a też mówią o kutasach, ale nie w sposób, który popycha mnie ku niemu i sprawia, że prawie przestaję myśleć o czymkolwiek innym - to chyba spowiedź. Dlaczego on musiał się spowiadać? - pytam, nie będę osądzać obcego w łóżku. Nie, kiedy robi nastrój, a moje ręce trzęsą się, niecierpliwie. Przenoszę je na materac, mnę brudnawe prześcieradło, palcem wskazującym machinalnie przejeżdżając po ramieniu Johnatana.
-Chcesz, żebym też ci coś przeczytał? - mogę nawet wyrecytować. Zaśpiewać, jeśli sobie tego zażyczysz. Wstaję z łóżka, czym zmuszam go, żeby też się podniósł i siadam na podłodze, po turecku, między jego kolanami - możesz mi pokazać, jak się tańczy - proponuję, kładąc dłoń na jego kroczu. Masuję go chwilę przez ubranie, dawkując: sobie i jemu tą przyjemność, przerywaną machinalnie, kiedy lewą ręką odgarniam włosy, które wpadają mi do oczu - zrób głośniej - proszę go, naprawdę podoba mi się ta muzyka.




To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Powrót do góry Go down
Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
powiedz mi
o co ci w ogóle chodzi
powiedz mi
po ci te kombinacje
nie musimy się katować
nienormalną sytuacją
nauczymy się kochać
przestaniemy się bać
OPCM : 3
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime10.07.20 11:05

- Co robiłem? Wszystko - wzruszam ramionami; za długo by opowiadać, musielibyśmy stracić na tym całe popołudnie, zasiąść w kuchni, albo na werandzie, musiałbym zaparzyć herbatę i być może zabarwić ją kapką maminego sherry, a później snuć ciągnące się w nieskończoność historie o mglistych porankach nad kubkiem gorącej czekolady, o letnich, barwnych wieczorach pachnących winem, o leniwych południach o zapachu farb, o twarzach ludzi zmieniających się jak w kalejdoskopie, o ich ciałach, wyginających się w rytm eksperymentalnej muzyki; musiałbym wspomnieć o wszystkich dzieciach, które poznałem zanim poszedłem do Hogwartu, o drzewach, na które się wspinaliśmy i wartkim potoku płynącym niedaleko, o butach zabranych przez jego nurt, o porwanych spodniach i brudnych koszulach, o wszystkich zdartych kolanach, obitych łokciach i wybitych zębach, musiałbym pokazać te kilka blizn zdobiących ciało najdłużej; nie, zdecydowanie nie starczyłoby nam na to dnia - Wszystko co każde dziecko, które nie jest tresowane na panów tego świata - dodaję, oczywiście, że piję do jego pochodzenia, ale chyba nie każe mi za to wyrwać języka? Nam nie kazano nosić książek na głowach, sami wypracowaliśmy sobie postawę, nie karcono nas za trzymanie łokci na stole ani mlaskanie nad miską, nie wpychano do głów historycznych faktów ani przeszłych dat, pozwalano gubić guziki, rysować po ścianach i próbować placków ulepionych z błota, pozwalano nam być dziećmi. Może im też, ale później i tak panoszyli się po szkole ze zbyt wysoko zadartymi nosami i w sztywnych, krystalicznie czystych szatach. Parskam śmiechem, kiedy zaprasza mnie do siebie. Przekrzywiam łeb na jedną stronę i przez chwilę milczę, dając mu brnąć w to dalej, chociaż obydwoje wiemy, że to się nigdy nie zdarzy; świat musiałby się bardzo zmienić i nawet jeśli kiedyś będzie inaczej, to my i tak tego nie doczekamy - Słodki jesteś, Francis, ale wiesz, że to niemożliwe - przecież widzę to w drobnych, nerwowych gestach - Co powiedzieliby twoi szlachetni znajomi, jakby mnie tam zobaczyli? - mogę się tylko domyślać; wiem za to co powiedziałaby moja mama gdyby zobaczyła tu jego, jestem pewien, że poczęstowałaby go swoją domową sherry a później zapytała czy zostanie na kolację i czy jutro zje z nami obiad, pewnie poprosiłaby by zdjął wyszczerbione, malowane kubki z najwyższej półki, bo obydwoje, ja i ona, byliśmy za niscy by tam sięgnąć - Tak to znaczy jak? - pytam, przyglądając się jak próbuje wcisnąć stopy w damskie szpilki. Wspieram łokieć na ugiętej ręce, brodę podpieram o nadgarstek i śmieję się szczerze, kiedy paraduje wokół. Wzruszam lekko ramionami; mogły należeć do każdego - Czasem, jak byłem jeszcze dzieckiem, pozwalałem dziewczętom spinać sobie włosy i malować policzki - byłem słodziutki jak cherubinek, tylko loczki miałem ciemne i niesforne - Później ubieraliśmy na siebie tyle cekinów ile udało nam się znaleźć i wystawialiśmy sztuki napisane przez znajomych - kiwam głową; zawsze było wtedy wesoło. Bywałem wówczas arabskim księciem, smokiem o błyszczących łuskach albo ubogim rybakiem, który złapał złotą rybkę i zażądał tylko złota, chociaż to i tak nie dało mu szczęścia, może paradoksalnie sprawiło, ze był jeszcze smutniejszy. Kiedyś też wydawało mi się, że to ważne, teraz, kiedy liznąłem smaku pieniądza, dochodziłem do wniosku, że wcale mi nie smakował.
- To? Dzwonek od roweru - kiwam głową, zerkając przelotem na przedmiot, który bada palcami - Jeśli chcesz pokażę ci też rower - kiwam głową. Jeden stary i wysłużony stał za domem, czasem jeździłem nim do wioski, stamtąd go zresztą ukradłem, spod malutkiego, lokalnego sklepiku, nie wiem do kogo należał wcześniej, może do jakiegoś pijaczka, a może do dziewczyny, która codziennie robiła tam drobne zakupy; miałem wówczas piętnaście lat i wydawało mi się, że muszę się buntować przeciwko... chyba przeciwko wszystkiemu - Możemy pojechać nim nad rzekę - szczerzę zęby w uśmiechu; pogoda sprzyjała takim wypadom, zresztą jeśli nie zdążymy dzisiaj zrobimy to jutro, czas we śnie nie istniał, mieliśmy więc go aż nadto, zanim prawdziwe słońce wkradnie się do jego sypialni i oświetli zamknięte powieki, wyrywając go ze świata fantazji. Czuję jak jego palce tańczą na parkiecie ze skóry mojej głowy, jak plątają się w potarganych włosach; to miłe, tym bardziej kiedy pod kopułą mózg ciasno otulają wstęgi zalęgłego tam dymu - Mhm - to Ginsberg, głos bitników, nasz rówieśnik, chociaż chyba bardziej jego niż mój. Właściwie nie byłem pewien ile dokładnie liczy sobie wiosen, z pewnością był starszy ode mnie, ale czy bardziej w granicach lat trzech czy dziesięciu? Nie przypominam sobie byśmy mijali się na szkolnych korytarzach, ale może zwyczajnie nie zwracaliśmy na siebie uwagi, skoro pochodziliśmy z tak odległych światów. Przymykam ślepia, wciąż przytulając tomik poezji do piersi - Może potrzebował rozgrzeszenia i liczył na to, że ktoś w końcu mu je da? Dajesz mu je, Francis? - pytam. Później kiwam lekko głową na znak, że chcę; najlepiej coś co czytywał w ukryciu, co najbardziej poruszało jego duszę, sprawiało, że rozmyślał o tym całymi godzinami, dłubiąc złotym widelcem w ambrozjach, które jadano na salonach. Uchylam powieki dopiero kiedy czuję, że wstaje, sam również się podnoszę, rozchylając kolana żeby zrobić mu miejsce - Myślę, że - zaczynam, nie zdążę jednak do końca zwerbalizować myśli, w zamian poddając się tym krótkim pieszczotom; opieram się na rękach i odchylam nieznacznie głowę, mrużę na moment oczy. Potem otwieram je szeroko, bo nagle przestaje, a z jego ust wypada kolejna prośba. Podnoszę się z miejsca zbliżając do gramofonu, żeby podkręcić dźwięk i wracam do wcześniejszych myśli - Myślę, że doskonale wiesz jak się tańczy. U was chyba mniej więcej tak - unoszę ręce, łapiąc w ramę nieistniejącą partnerkę i przez chwilę pląsam po pokoju w rytmie 3/4, w jakiejś marnej parodii salonowego walca, o którym właściwie nie miałem pojęcia, przecież nigdy nie kazano mi uczyć się kroków - A tutaj bardziej tak, chodź - zatrzymuję się, by złapać go za ręce i postawić do pionu - Zamknij oczy - tym razem ja proszę, prowadząc go na środek pokoju. Wypuszczam z uścisku szlacheckie dłonie. To nie ten agresywny rock and roll, który sprawiał, że na każdej potańcówce ludzi ogarniało przyjemne szaleństwo; muzyka była lekka, płynęła swobodnie i wymagała swobodnych bioder, łokci oraz kolan, więc obchodzę go wokół, zatrzymując się za jego plecami. Opieram dłonie na biodrach Lestrange'a, by najpierw rozkołysać to miejsce; kolana wciskam pod jego kolana, nie mogą być takie sztywne; a później przesuwam ręce wzdłuż pleców, aż do ramion, na których zaciskam palce, coby i je wprawić w ruch - Po prostu to poczuj, jedyna zasada to brak żadnych zasad, niech muzyka tobą kieruje - mój głos jest cichy, ledwie słyszalny wśród dźwięków płynących z tuby gramofonu. Odsuwam się, tym samym dając mu więcej przestrzeni. Zresztą sam nie zamierzam stać w miejscu, lubię tą piosenkę i już po chwili czuję jak kolejne wersy oraz melodia wyginają moje ciało.






Powrót do góry Go down
Francis Lestrange
Francis Lestrange

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Zawód : mam burdel
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czego ci potrzeba?
Ja ci tego nie dam
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Im not insane, my mother had me tested

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime11.07.20 13:18

Nie potrzebuję zamykać oczu, by to widzieć. Drobny chłopiec ma obdrapane łokcie i dziury w kolanach, biegnie jakby gonił go największy dziecięcy strach, różny w różnych rejonach Anglii. Przeskakuje po dwa-trzy stopnie na schodach a na samym końcu tego wyścigu z czasem plączą mu się chude nogi i pada jak długi na oczach matki, załamującej ręce.
Ze mną było podobnie, tylko to nie matka się martwiła i nie o to, czy przypadkiem czegoś sobie nie złamałem. W tym domu z pochyłym sufitem i podłogą zasłaną barwnymi chodniczkami, gdy ktoś kichnął, mówiono "na zdrowie". U mnie zaś kazano wychodzić na korytarz, koniecznie posiłkować się chusteczką. Nie wiem, co by się stało, gdybym odważył się wytrzeć nos rękawem - może wówczas nie przejmowałbym się dziurawą skarpetką, zadzierałbym nogi i trzymał je na ścianie z blaknącą tapetą, leżał głową w dół i patrzył na Jona z odwrotnej perspektywy. Mimo tego, chcę usłyszeć jego wyliczankę oczywistości. Poznać rutynę tego miejsca, dziecka, nastolatka, dorosłego sypiającego na stryszku, migającego mi w londyńskim porcie, poznanego dzięki uprzejmości Filipki. Wyświadczyła nam przysługę, ale ja przecież nie o tym: co dzieje się w kuchni, jak płyną minuty, kiedy nie trzeba patrzeć na zegarek?
-Opowiedz mi - naciskam i mam nadzieję, że go nie nudzę - o swoich obowiązkach. Bo też jakieś miałeś, prawda? - każdy ma. Czasami bywają przyjemne, ale to zdarza się rzadko. Nie lubiłem lekcji w dusznych komnatach ani posiłków przy jednym stole z ojcem, ale te na szczęście nie wypadały codziennie. Dzieci jadały osobno - siadaliście razem do stołu? - pytam, ciekaw, czy uczestniczył w przygotowaniach posiłku, a może nakrywał do stołu albo po śniadaniu znosił naczynia do zlewu. A co, jeśli wymykał się i wywijał jak piskorz i od razu gnał na zewnątrz, trzaśnięciem drzwi komunikując rodzinie, że wróci, kiedy zrobi się tak ciemno, że nie dojrzy czubka swojego nosa?
-To nie moja wina - bronię się, ale słabo. Nie ma sensu zaprzeczać, bo ma rację, mnie i resztę wychowywano tak, byśmy trzymali głowy prosto i broń boże nie opuścili tej gardy. W nasze buty kamyki nie wpadały, uszy zawsze były czyste, a włosy uczesane. Tak rosła elita, a właściwie, przyszli kurwiarze o gładkiej aparycji, nienagannym francuskim akcencie oraz elokwencji, której jakość idzie w parze z ilością. Coś tam wiem o dziejach magii, umiem pięknie zaadresować kopertę, tylko szkoda, że nie potrafię przesadzić choinki ani nie mam pojęcia o praniu. A i tak jestem zaradny, tak sobie myślę, mniej od niego, tego luja, który niejedną noc spędził śpiąc pod własnym płaszczem i unikając prysznica, ale jak na szlacheckie, wysokie(?) standardy, to bardzo.
-A co mnie to obchodzi - burczę obrażony, lekko poruszając ramionami. Trafia w sedno, tylko że ja naprawdę mam to gdzieś. Rodzicom go nie przedstawię, to oczywiste, siostrze też o nim nie powiem, ale wyspa jest duża, moglibyśmy tam żyć, tak zwyczajnie i wcale ich nie widzieć - znajomych, krewnych. Starczyłby szałas przy plaży, prosty do wzniesienia i do rozebrania. Musielibyśmy się przenosić, wiesz przecież o przypływach i odpływach, ale kariera nomady to dla ciebie żadna nowość. Ja ledwo jej liznąłem, ale była dobra, jak połączenie mięsa i owoców.
-Tak - odpowiadam i kręcę się wokół własnej osi. Oczywiście zahaczam łokciem o jakąś półkę, boli jak skurwysyn, ale przynajmniej dalej stoję w pionie, tylko muszę rozmasować tą rękę - podobam ci się? - pytam, żądając werbalnego poręczenia. Taki, niezgrabny, tykowaty, w damskich butach, połatanej koszuli i z sygnetem błyszczącym na palcu. Trzy światy, ale one ze sobą grają, bo my też gramy, nawet, jeśli nikt poza nami nie słyszy muzyki - też powinniśmy tak zrobić - stwierdzam, ubrać się w cekiny i być dziećmi jeszcze raz. Znowu. Jak ubiorę czyjeś ubranie, staję się nim, tak to działa, tak wieczorami wchodzę w skórę Morgana, mogę więc wejść w jakąkolwiek inną. Być dzikim zwierzęciem albo kobietą-gumą, zaplatającą sobie nogi nad karkiem - pomaluję ci paznokcie, na turkusowo - wymyślam, lubię ten kolor, bardziej inspirujący od zwykłego błękitu - ty mi też możesz - pozwalam, niech będzie po równo. A potem przez pół godziny będziemy nie ruszać rękami, żeby lakier wysechł, możemy się wtedy na przykład całować i walczyć, by dłońmi nie sięgnąć do twarzy, by palca nie spuścić w dół po szyi, mostku i klatce piersiowej. Uśmiecham się, zawstydzony, myślą i swoją niewiedzą. Odginam tą jakąś wystającą mini-wajhę, a ona uderza o metal i wydobywa z niego donośny dźwięk. DONG, brzmi jakoś tak, podoba mi się to, jest głośne, ale nie irytujące.
-Do czego to służy? - pytam, oglądając dzwonek z każdej strony. Nie mam zielonego pojęcia, co to rower, brzmi drapieżnie - mogę go wziąć? - tak na wszelki wypadek, jakby to była nasza ostatnia noc albo ostatni tydzień. Nie mogę zostać z nim pod drzewem, gwiżdżąc przez zęby i chodząc po polnych drogach bez butów. A jednak kiwam głową i zgadzam się, nie wiedząc, na co. Niech nie wyjaśnia, to będzie przygoda i niespodzianka, moje oczy płoną ekscytacją, a dłoń poci się z nerwów. Dobrych, to tylko wyczekiwanie. Wypadu nad wodę, czy raczej powolnego sycenia się ciałem, zakleszczonym między szorstkim materiałem koca, a mną? Obu, lubię przecież przyjemności, a te nie różnią się między sobą, skoro przeżyjemy je razem. Odbieram skuna z jego szorstkich palców, zaciągam się, a głowę wypełnia mi przyjemny spokój. Moje ruchy są leniwe, jego słowa - odległe - a jednocześnie docierają bezpośrednio do mnie, gdy tak głaszczę go po włosach, zwijając kędziory na nieistniejące papiloty.
-To nie moja rzecz - odpowiadam poważnie, nie wydaję wyroków, na nikogo. Nawet podmiot liryczny w wierszu jest poza moją władzą, nigdy jej nie chciałem, więc i zrzekam się jej z łatwością, nawet, kiedy wtyka mi się ją prosto w ręce. To znowu moja bierność, ale wolę, żeby ktoś zrobił to za mnie - gdy je dostanie, przestanie o nie prosić. Kiedy przestanie prosić, to już nie będzie ten sam wiersz - sztuczne łkanie nie wzbudzi zachwytu, tylko irytację, poezja może być brzydka, ale nie żałosna. Niech woła o pomoc, głośniej, żwawiej, ale z tą wyciągniętą dłonią, cisnę tomik pod łóżko i nie sięgnę po niego już więcej. Zastanawiam się chwilę, nim zaczynam mówić głośno, potrzeba mi sekundy oddechu, bo czuję, że mogę się przed nim odsłonić kompletniej, niż odpinając pasek i wyskakując z portek. Nie przedstawię mu Eliota ani Pintera przecież, to czyta się publicznie, a właśnie dostaję szansę, by przekazać mu coś, czego nie zawłaszczyły salony. Chrząkam więc, raz, drugi i zaczynam opowiadać, z pamięci.

Chłopiec o kudłatym nakryciu głowy
Znów stanął na środku drogi i stoi;
O tym, by się przesunął – nie ma mowy.

Mówią, że przestawiać go nie przystoi,
Że on tak ma od lat, że on tak musi,
Że znieruchomiały lepiej się goi.

Krążą legendy o jego mamusi,
A odkąd płód się pojawił w jej brzuchu,
Szepczą też o nim – ci niemi i głusi.

Lecz on niewzruszony tkwi w swym bezruchu,
Trwając w radosnym spojrzeniu młodzieńca,
Któremu ust kącik utknął przy uchu.

Na twarzy mieni się rysa dziewczęca
Zdradzając swe podobieństwo do matki,
Co też mu wargi w kształt „u” w dół wykręca.

W przypadku przybycia psotnej gromadki
Dziewczynek, w mig stałby się on ofiarą
Poddaną torturom barwnej pomadki.

Cóż, żarty przyjąć z uśmiechem i z wiarą,
Że szczęście się kreśli na jego twarzy,
Byłoby na złość złym świata zamiarom.

Lecz nie ważne, co się chłopcu przydarzy;
Gdy w sekund ułamkach losy się ważą,
On waży niewiele

stojąc

i

marząc.


Uciszam się i zdaję sobie sprawy, jakie to trudne. Nie powiedziałem tego, tak, jakbym chciał, gdyby pozwolił mi zacząć od początku, opowiedziałbym to lżej, innym tonem, w rytmie którejś z piosenek, które dalej sączą się z czarnego wosku. To nie jest w żaden sposób erotyczne, takimi uczynię swoje dłonie, za chwilę i teraz, gdy tak dobieram się do jego rozporka, nieco zawstydzony słowami. Chcę ukryć zmieszanie w nim, skupić się na nim, nie patrzeć mu w oczy i widzieć już tylko rosnące podniecenie. Ale za chwilę to już traci na znaczeniu, akcje spadają na łeb na szyję, oto słynny krach, oboje stoimy na własnych nogach, silni i zdrowi, otoczeni piosenką. Jego walc jest pokraczny, ale to nic, bo gdyby mnie poprosił, odtańczyłbym go z nim. To jednak nie ta rola, on ma uczyć mnie, więc podążam za instrukcją, najpierw podążając za głosem Jona, a potem za melodią. Daję się mu prowadzić, dotykać, przestawiać, lecz nie czuję się jak manekin. Biodra poruszają się w takt sugestii, kolana miękną, znowu: to nie sygnał zjazdu, a dobrej zabawy. Za chwilę jestem już swobodny, lekki, roześmiany, moje ręce poruszają się niezależnie od siebie, ciało toczy łuk i wreszcie otwieram oczy, żeby sprawdzić, jak on to robi. Nie wiem, czy podobnie, ale wygląda to dobrze, nigdy tak bardzo nie cieszyłem się tańcem i... właściwie możemy nie przestawać. Tylko tyle. Nie przestawać, nie zatrzymywać się, być i wirować, dyszeć, pocić się i zerkać tak na siebie. Jest pięknie.




To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Powrót do góry Go down
Johnatan Bojczuk
Johnatan Bojczuk

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
powiedz mi
o co ci w ogóle chodzi
powiedz mi
po ci te kombinacje
nie musimy się katować
nienormalną sytuacją
nauczymy się kochać
przestaniemy się bać
OPCM : 3
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime15.07.20 23:16

Marszczę brwi i nos, przez chwilę w ciszy dumając nad jego prośbą; później rozchylam wargi gotów wypluć z siebie przynajmniej kilka anegdotek, ale zanim to zrobię coś innego przychodzi mi do głowy, więc wykrzywiam usta w nieco zaczepnym uśmiechu i mrużę nieznacznie ślepia - Opowiem ci, jeśli ty opowiesz mi coś w zamian, ty pierwszy - kiwam głową w jego stronę, krzyżując ręce na piersi. Nic za darmo, zresztą jeśli nie mogłem zobaczyć i empirycznie zbadać miejsca, w którym to on się wychował, chciałbym chociaż o nim posłuchać; wyobrazić sobie obrazy na ścianach malowane pędzlem klasycznych mistrzów, bogato zdobione parkiety, ogrom dworskich komnat, elegancką, posągową matkę i surowego ojca, a wokół drogie dodatki, wykwintne smakołyki... złote plaże, ciepły piasek oraz otwarte morze, chciałbym zobaczyć to wszystko oczami wyobraźni - Mhm, zawsze, przynajmniej do... późnego obiadu - śmieję się. Śniadania jadaliśmy o różnych porach, wtedy kiedy mieliśmy ochotę, albo zanim ktoś inny sprzątnie ostatnią porcję, kolacje, cóż, jak byłem mały to napychano mnie resztkami, które zostały po poprzednich posiłkach, później składały się głównie z alkoholu. Ale obiady, jedzone stosunkowo późno, to było prawdziwe wydarzenie, którego nie dało się, a przede wszystkim nie chciało, przegapić; tuzin łbów zebranych przy jednym stole, przyjemny gwar i fantastyczne historie, snute przez ulubionych bardów. Czasem trzeba było walczyć o dokładkę, ale nawet przegrana nie smakowała gorzko, bo ostatecznie i tak jadło się po połowie; to były cudowne, beztroskie czasy zakłócone płomieniami pierwszej wojny, teraz historia zataczała koło i znowu mieliśmy to przeżywać, naprawdę fatalna sprawa, byłem więc rad, że teraz, tutaj, poza rzeczywistością, mogliśmy zapomnieć.
- Wiem - wzruszam ramionami; nie mam mu za złe, przecież nie wybrał sobie błękitnej krwi, wykreował za to Morgana, wilka morskiego, dziwkarza i podróżnika, który rozbijał się po różnych portach w poszukiwaniu hedonistycznych uciech. To nawet zabawne, że w tej kwestii także nie różniliśmy się aż tak bardzo, ja też powoli, wciąż małymi kroczkami budowałem sobie nową tożsamość, co w perspektywie mijającego czasu bywało naprawdę problematyczne. Później wyginam usta w łagodnym uśmiechu i kiwam głową na znak, że w takim razie jesteśmy umówieni, bo czy mogłem odmówić, kiedy gospodarz zapraszał mnie na swoje ziemie? Nawet jeśli mielibyśmy spać pod gołym niebem, grzać się przy ogniskach i kąpać w morzu, czasem takie życie odpowiadało mi bardziej niż zamknięte przestrzenie, te po pewnym czasie robiły się strasznie przytłaczające. Z premedytacją ignoruję kolejne pytanie, na pewno zna odpowiedź, więc po co mu jakieś głośne zapewnienia? Prycham i wzruszam nonszalancko ramionami, chyba tylko po to, żeby zobaczyć jego zirytowaną twarz, nabierał pewnej eleganckiej surowości kiedy się denerwował i było to nawet pociągające - I myślisz, że ja się na to zgodzę? - parskam śmiechem i wywracam oczami, chociaż prawda jest taka, że bym się zgodził, a nawet starał nie ruszać i nie rozpraszać go podczas pracy; po prostu patrzyłbym jak ze skupieniem stara się operować pędzlem tak, by nie pobrudzić skóry. Poradziłby sobie bo ma zręczne ręce, widziałem jak niezauważenie chowa karty w rękawach albo układa je przy tasowaniu, jak nagle wyciąga znikąd Asa i zgarnia całą wygraną - Hmm - dumam przez chwilę nad zastosowaniem dzwonka, marszcząc przy tym brwi - Służy do informowania ludzi, że nadjeżdżasz, głównie po to, żeby schodzili ci z drogi - kiwam głową, tak chyba najprościej wytłumaczyć - Możesz, ale chcę coś w zamian - znowu, coś za coś, nie oddam mu nic za darmo, ale możemy się wymienić; niech opróżni kieszenie, sam wybiorę równowartość tego starego instrumentu, teraz jego dźwięk odbija mi się w uszach, w końcu płynnie przechodząc w muzykę oraz słowa czytanego przeze mnie wiersza - Hm, może i masz rację, chociaż ja bym mu je dał, jeśli tego właśnie potrzebuje - wzruszam delikatnie ramionami, może wtedy uraczyłby nas inną poezją, o odmiennych uczuciach. Ale teraz delektuję się utworem recytowanym przez niego, wbijam spojrzenie w lico Francisa, szukając na nim refleksów różnych emocji, a kiedy milknie i ja trwam w ciszy, przez kilka krótkich chwil - To trochę smutne, a ty jesteś podobny do swojej matki? - pytam; mieli takie samo bystre spojrzenie? Elegancko proste nosy? Kształtne wargi? Podobne, szlachetne profile? Chociaż bliźniaczy kolor włosów albo kościste kolana. Stoimy już na nogach, uginając je do rytmu melodyjnego rock and rolla, pląsam niespiesznie po pokoju, jestem swobodny i beztroski, bez ładu i składu, bez konkretnych planów na następne kroki, płynę z prądem kolejnych dźwięków, czasem osobno, a czasem razem z Francisem, kiedy wymieniamy się skrętem; ten krąży między nami bez przerwy, co rusz łapię w płuca łaskoczące buchy, które sprawiają, że czuję się lżej. Trwa to kilka długich chwil, aż muzyka nie zacznie cichnąć, w końcu przechodząc w głuchy szum igły na płycie. Zgrzyt i cisza. Opadam na wysiedziany fotel, powieki mam ciężkie, ale oddech delikatnie przyspieszony i policzki różowe od wysiłku, wspieram ręce na wytartych podłokietnikach, a gdzieś między moimi palcami dogasa blant, zakładam nogi na siedzenie, krzyżując je w kostkach. Pod kopułą gonitwa myśli, uruchamiają się wszystkie trybiki w mózgu, rozgrzane diablim zielem. Patrzę na Lestrange'a i kiwam łepetyną - Miałeś rację, powinniśmy to zrobić, powinniśmy wystawić jakąś sztukę - mówię, w międzyczasie pochylając się nieznacznie w bok, żeby wyrzucić kiepa do słoika stojącego przy nóżce fotela. Tylko jaką? Na samej górze, w skrzyniach ukrytych tuż pod spadzistym dachem, powinniśmy znaleźć wiele przydatnych skarbów. Ten pokój i tak zdążyliśmy już trochę poznać, pora więc zmienić otoczenie i odkryć nieznane przestrzenie.






Powrót do góry Go down
Francis Lestrange
Francis Lestrange

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Zawód : mam burdel
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Czego ci potrzeba?
Ja ci tego nie dam
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Im not insane, my mother had me tested

[SEN] Chcę cię czytać Empty
PisanieTemat: Re: [SEN] Chcę cię czytać   [SEN] Chcę cię czytać I_icon_minitime24.07.20 14:36

Do twarzy mu z uśmiechem, nastroszone brwi gryzą się z drobnym, szczupłym obliczem, połowicznie zasłoniętym szopą niezbyt czystych włosów, a czoło poorane zmarszczkami, które znikną, gdy tylko przestanie spinać mięśnie, kompletnie nie fituje z całą resztą Jonathana. Myśli, trybiki przeskakują w jego głowie, jeden zazębia się z drugim, wywołuje prawdziwie łańcuchową reakcję, ale taki nieskalany ciężką umysłową pracą jest mi bliższy. Plecie, co mu ślina na język przyniesie, najpierw zawsze niesie słowo, później porusza ręką, nogą, dopiero na szarym końcu idzie rozum, nieudolnie goniąc za peletonem. Ale nie szkodzi, tak właśnie jest dobrze. Moich grymasów nie tolerowano, czoło musiało zostać idealnie gładkie przynajmniej do tej trzydziestki, w kącikach oczu też żadnych zmarszczek być nie powinno. Taki kanon, chociaż szczęściem go nie nazwę. Jego nie musztrowano, nie pilnowano, by oczy śmiały się wzorcowo, więc naturalnie, że zjeżone włoski odstają mu we wszystkie strony, gdy nabiera dystansu wraz z głębokim wdechem. Ja usilnie chcę go radosnego, mamy mało czasu - a gdyby tak przebrnąć przez cztery pory roku i każdą opatrzyć odpowiednią wiodącą emocją? Gdyby poznać też gniew sypiący się z Bojczuka, iskrzący i ostrzegający przed zapalnikiem? Albo, mniej oczywiście, zasmakować z nim znużenia? Podtopić się w irytacji na przykład oczekując na pocztę? Kuszące.
-Kiedyś zgubiłem się w naszym domu - wyznaję, mnąc w palcach kołnierzyk koszuli, miękki, nie sztywny i pachnący krochmalem, jak te, które noszę zazwyczaj - miałem wtedy z czternaście lat, pierwszy raz piłem wino, oczywiście po tajniacku i później nie potrafiłem wrócić do mojej sypialni. Zasnąłem byle gdzie, a rano miałem takiego kaca, że nie wiedziałem, jak się nazywam - opowiadam, dalej gniotąc już i tak wymęczony kołnierzyk. Nie wspominam o godzinnych sesjach kaligrafii ani o wykładach, jakie ojciec serwował mi w swoim gabinecie. Nienawidziłem, gdy kazał mi zamykać drzwi - przez przypadek wlazłem do nieużywanego skrzydła, kładli tam nowy dach, podłogi, był wielki syf, potknąłem się o jakąś belkę i złamałem nogę. Dygałem tak z nią i nie mogłem wykminić, którędy wrócić. No i doszedłem do wniosku, że muszę po prostu poczekać, aż mnie znajdą. Trochę to trwało - wspominam, unosząc głowę i zerkając na niego, już z uśmiechem. Durne problemy durnych arystokratów, zabłądzić we własnym domu, zdaję sobie sprawy z tego, jak absurdalnie to brzmi. Ojciec się wtedy wściekł, ale tak konkretnie i do końca wakacji nie mogłem nigdzie chodzić bez nadzoru - pamiętam, że narzygałem do jakiejś wazy i nakryłem ją pokrywką, żeby nikt nie zauważył - dodaję, po czym ryczę ze śmiechu. Już bym tak nie zrobił, nasze gałgańskie rżenie to czyjaś praca, udaje mi się ociupinkę wydorośleć, ale to naprawdę, tylko ociupinkę.
-Miałeś swoje miejsce? - chcę wiedzieć więcej, wszystko, a jutro rano usiąść tam, gdzie on zwykle siadał. Nie wyobrażam sobie braku porządku, a jednocześnie podskórnie kręci mnie ta anarchia, tłoczenie się gdzie popadnie, nie przejmowanie się szczytem stołu czy właściwym ułożeniem sztućców. To inny świat, spleciony z jasnego lnu i woni maków, to bukiet kolorowych chwastów, rosnących na betonie, domek na skraju, nasz bastion. Czego broni? Ja myślę, że normalności, bo tutaj dalej echem brzmi stara miotła szurająca po podłodze, melodyjne pogwizdywanie oraz chóralne śpiewy, prowadzone przez jeden czysty głos.
-Chciałbyś się ze mną zamienić? - pytam nagle, dotykając jego policzka, przelotnie, jakbym oceniał materiał, z jakiego jest zbudowany. Twardy - nada się - trzeba by cię tylko wykąpać - kpię, to oczywiście krok pierwszy, a po nim cała reszta zabiegów upiększających - kiedy ostatnio obcinałeś paznokcie u stóp? - pyta, jego dłonie widzę, tam nie ma czego obcinać, ale to nie szkodzi. Zrobię z niego szlachcica i tak, tylko dla mnie, a właściwie, tylko dla nas. Przekonam go, że chciałby tego spróbować. Jeśli użyję dokładnie tego czasownika, kupi to, pójdzie ze mną wszędzie i zrobi wszystko. Nie odmawia, gdy oferuje się mu coś takiego, oto nasze uzależnienie. Od tego się zaczęło, od kiedy spróbowaliśmy.
-Tak - potwierdzam i rozglądam się za materiałami. Otwieram jedną szufladę, drugą, lecz nie znajduję tego, czego szukam. Trzecia półka wystawia mnie na próbę, siłuję się z nią, ona skrzypi przeraźliwie, po czym ustępuje i odsłania swoje skarby - dawaj rękę - zarządzam, zanurzam pędzel w lakierze i tak, jak zapowiadałem, koloruję jego paznokcie. Nim farba zasycha, prószę je srebrzystym brokatem, wygląda to... cóż, znośnie, trochę powyjeżdżałem i końcówki palców Johny'ego są teraz zabarwione na turkusowo. Chucham na nie, choć zdaję sobie sprawę, że to nic nie da, pochylam się i szybko całuję jego knykcie. Ma papierową, niezbyt zdrową skórę, moja za to zauważalnie zszarzała, nam obojgu życie daje się we znaki, ale póki mamy siłę pić, trzymamy się na nogach.
-Czyli jak mugole słyszą ten dźwięk, to wiedzą, że mają uważać? - upewniam się, to dla mnie nowe, ale interesujące. Co jeszcze dla niego jest oczywiste, a o czym ja nie mam bladego pojęcia? - wszystkie dzwonki brzmią tak samo? - pytam dalej, może jeden ostrzega przed rowerem, a inny rodzaj na przykład przed niedźwiedziem. To chyba podobny rodzaj zagrożenia, lecz na wszelki wypadek powstrzymuję się przed tym porównaniem - ale ja nic nie mam - wzruszam ramionami, wytrząsając cały swój dobytek z kieszeni płaszcza i spodni. Pomięta paczka fajek, pudełko gumy do żucia, wycinek z gazety ze zdjęciem Evandry i dzieci - niedawno urodziła bliźnięta - nakrapiana muszelka, bańki mydlane - jeśli coś z tego wybierzesz, jest twoje - mówię mu, nie oferuję dużo, lecz nie znoszę popadać w długi. Najwyżej pożegnam się z rowerowym dzwonkiem, zabiorę stąd coś innego, może poszarpaną serwetkę albo jednego z papierowych motyli przyszpilonych w korytarzu. Może zabiorę z łazienki jego grzebień albo zwędzę skarpetki, które odtąd staną się moimi ulubionymi skarpetkami.
-Wydaje mi się, że on tego chce, ale nie potrzebuje. To, czego pragnie, nie jest dla niego dobre - i który z nas niby chce zbawić świat? Ja, tylko że z pobudek egoistycznych. On chce żeby ludziom było dobrze, a ja chcę swojego dobra, swojego spokoju. Traf tylko sprawia, że w pewnym sensie jest to tożsame - raczej nie. Czasami myślę, że mogę być podmieniony, wiesz - zagaduję, bo mimo że rysy twarzy mam prawie identyczne, jak dziadek, to nie pasuję tam przecież. Oni też to wiedzą, mówią o tym głośno. Głośno, jak głośno gra muzyka, gdyby obok byli sąsiedzi, już by łomotali w drzwi i domagali się rozsądnej ciszy. Chyba świta, a my w najlepsze tańczymy, hasamy po pokoju, wyginamy się i pozwalamy, by muzyka nami bujała. Tak się czuję, poruszany przez falę, nie dbam, co telepie moim ciałem, bo tak dobrze się bawię, momentami przechwytując lepką rękę Jona, czasami zgarniając z czoła wilgotne włosy, by w ogóle coś widzieć. Łapię zadyszkę, z płuc ulatuje zielonkawy dym, ale nie mogę się zatrzymać, moje nogi robią swoje, do czasu, gdy Bojczuk opada na fotel i chyba znika. Muzyka cichnie, a ja opieram się o ścianę, nieświadomie nucąc finałową piosenkę i obserwując go przez wpółprzymknięte oczy.
-Improwizujmy - proponuję - wymyśli mi rolę, a ja wymyślę tobie. Będziesz... - zamykam usta na moment i zastanawiam się, kim jeszcze nie mógł się stać - zagrasz rekina - ciągnie mnie w morskie odmęty, cóż mam poradzić. Wspinam się po drabinie na rozgrzany stryszek, tak niski, że muszę nieustannie się garbić, żeby nie uderzyć głową w sklepienie. Przysiadam na jednej skrzyni, w górę idzie obłok kurzu, osadza się na wszystkim, w tym na dolnej wardze Jonathana. Nim sam zdąży to zrobić, ścieram go kciukiem i tym lekko oślinionym palcem przesuwam od kącika jego ust w dół, aż do szczęki.




To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Powrót do góry Go down
 

[SEN] Chcę cię czytać

Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20