Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Brzeg rzeki Lune
AutorWiadomość
Brzeg rzeki Lune [odnośnik]05.08.20 1:49
First topic message reminder :

Brzeg rzeki Lune

Rzeka Lune łączy swoim nurtem hrabstwa Kumbria oraz Lancashire, jednak jej większa część płynie przez to drugie. Nazwana tak na cześć bóstwa czczonego przez zamieszkujących tutaj kiedyś Celtów, najbardziej malownicze i magiczne widoki ukazuje w należącym do Ollivanderów lesie Bowland. Ma niski brzeg, pozbawiony skarp, raczej brakuje jej żwirowych i piaszczystych plaż, natomiast pod dostatkiem ma tych kamiennych i porośniętych florą, w szczególności w lesistej części.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Brzeg rzeki Lune - Page 12 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Brzeg rzeki Lune [odnośnik]29.12.21 21:32
Nauczył się ignorować ból. Nie miało znaczenia, czy należał do tych czysto fizycznych, czy sięgające podłoża psychicznego, albo emocjonalnego. Nie znaczyło to jednak, że go nie odczuwał. A ten, który oscylował wokół wbitego odłamka pod żebrami, należał do tych nieznośnych, odzywających się nieustannym pulsowaniem, jakby coś wżerało mu się w ciało bez końca. I tak właściwie było. Ale - nie mógł pozwolić sobie na jego przyjęcie. Nie teraz, gdy na karku wisiało większe niebezpieczeństwo i odpowiedzialność za rozpierzchłym towarzystwem. Zacisnął zęby.
Liczył, że Herbert i Emily bezpiecznie znaleźli się u celu. Ten jednak powoli rozmywał się w przypadku Skamandera. Im dalej gnali na miotle, tym mocniej sięgała go pewność, że do Lecznicy nie zdążą dotrzeć nim na wpół przytomny więzień, całkiem odda dech. Ostatni. Tak, jak wykorzystali ostatnie chwile na umknięcie z łap wrogów. Słyszał świst zaklęć, które za plecami oraz syk bólu usadowionej za nim uzdrowicielki. Nie spadła jednak. Jeszcze.
Światło, które w końcu sięgnęło jego oczu przyjął z niejaka ulgą. Początkowe rozmazane kształty w końcu dały szanse na bardziej wyrównany lot, bo chociaż jego towarzyszka wciąż starała mu się wskazywać drogę, szczęśliwie ponad drzewami, manewrowanie podczas lotu z dodatkowym obciążeniem - było wyzwaniem. A o tym, że to wyzwanie powiększyło się poczuł, gdy tylko przemieniony w gęś czarodziej, nabrał kształtów. I wielkości.
Zdusił przekleństwo, desperacko starając się wymanewrować miotłę tak, by możliwie zmniejszyć bolesność upadku, który był już nieunikniony. Wylądowali w zaspie, a śnieg zamortyzował, przynajmniej częściowo, obrażenia. Oddychał ciężko, zbierając się do pionu, wciąż zaciskając trzonek miotły. W pierwszej chwili szukając wzrokiem uzdrowicielki - Żyjesz? - dopiero teraz mógł dostrzec oparzenie i czerń spalonego materiału na udzie. Uwagę przeniósł na przemienionego na powrót więźnia - Nie zdążymy go dowieźć do lecznicy - klęknął, starając się sprawdzić, czy ten jeszcze żyje - Pościg zgubiliśmy, ale nie możemy tu zostać. W okolicy jest zajazd Pod Gruszą. To nasza szansa teraz - jedną dłonią, przelotnie sięgnął do wściekle pulsującej bólem rany, ale palce zacisnęły się na płaszczu, który z siebie ściągnął - Załóż - odezwał się do uzdrowicielki - Przynajmniej częściowo osłoni cię przed chłodem i... wyjmij to cholerstwo ze mnie - wskazał na ranę. Było mu niedobrze, wiedział, że wyczerpywał pokłady sił, ale z uzdrowicielską pomocą czarownicy i własnej magii mógł działać dalej. Skierował różdżkę na nieprzytomnego - Pullus - nigdy nie czuł się dobrze w dziedzinie transmutacji, ale czepiał się prostych inkantacji. Nie stało się jednak nic. Westchnął, rozluźniając palce i jeszcze raz sięgając po moc zmiany - Caldasa - jeszcze prościej. Najbardziej prowizoryczna forma ochrony przed mrozem. Być może odrobina ciepła, pomoże zachować go przy życiu.
Zaczekał, aż uzdrowicielka zajmie się odłamkiem i zatamuje krwawienie i dopiero wtedy raz jeszcze sięgnął po magię - Pullus - zdecydował, by nieszczęśnika ponownie zmienić w gęś. Dopiero wtedy wpakował ją na miejsce, zaczekał aż czarownica wsiądzie na miotłę i już polegając na własnych zmysłach, skierować się w stronę zajazdu możliwie najszybciej. Wiedział, że na miejscu musiał wysłać co najmniej dwa listy, (z czego jeden do sir Longbottoma) i jeszcze szybciej zabrać więźnia na przesłuchanie, nie narażając kuzynki z zajazdu na dodatkowe niebezpieczeństwo.

| Wszystkie zaklęcia
A tutaj już list


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 54
UROKI : 31
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
Brzeg rzeki Lune - Page 12 9l89Y7Y
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340
Re: Brzeg rzeki Lune [odnośnik]29.12.21 22:29
- Figidu Horribilis. - Z trudem utrzymywała się na nogach, wciąż jednak jako pierwsze stawiając dobro ich "zakładnika". Niestety, siły i zmęczenie przeważyło. Ronja z trudem opanowała kolejne fale drgawek, zaciskając szczękę na tyle mocno, na ile potrafiła, aż we wnętrzu ust poczuła metaliczny posmak krwi. Następnie zwróciła się ku swojemu towarzyszowi, chcąc chyba wymrugać z siebie zmęczenie. - Ledwo, ale trzymam się. - Oznajmiła, kuśtykając bliżej i bez pardonu zaglądając w otwartą ranę. Kilka sprawnych ruchów pomogło ulokować odłamek. - Uwaga, zaboli. - Wyszeptała, jednym machnięciem oczyszczając ranę, a następnie skrzętnie rzuconym Fosilio wstrzymała krwotok. Okolice Lancashire nie były jej całkowicie znane, ale mgliście rozpoznawała miejsce zajazdu, o którym wspominał auror. - Dobrze, będziemy mieć chwilę na przegrupowanie się i uspokojenie sytuacji. Zatamowałam krwotok, ale rana wymaga... - Zgięła się z bólu w usilnie przezwyciężanym odruchu. - Opatrzenia. - Zakończyła, zgrzytając zębami po raz setny. - Mam jeszcze jego różdżkę, tutaj. - Przekazała ją, zaraz potem ubierając na siebie dodatkową warstwę odzienia i na powrót próbując odnaleźć się na niewygodnym trzonku miotły. - Sergerego. - Miała nadzieję chociaż trochę odciążyć ich gromadę, ale magia nie zamierzała dłużej współgrać. Nic więcej nie mogli tutaj zdziałać.
| zaklęcia i tu, przekazuję różdżkę policjanta Samuelowi


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Brzeg rzeki Lune [odnośnik]03.01.22 23:45
Thomas

Nie mogłeś być pewien, co właściwie się z tobą działo; poruszałeś się wolniej, a przy każdym kroku coś ciężkiego zdawało się wywracać w twoim żołądku, zupełnie, jakbyś zjadł worek kamieni; złamana ręka zdążyła zdrętwieć, choć nie zniwelowało to promieniującego od niej bólu – ten się przemieszczał, wzdłuż ramienia i barku, potęgował, zajmując kolejne centymetry sześcienne świadomości, nagle skurczonej do jednego, prostego na pozór zadania: wydostania stąd siebie i dzieci. Prudence zniknęła, a ty nie mógłeś mieć pojęcia, dokąd; czy planowała wezwać pomoc, czy rzeczywiście pozostawiła cię – was – w tyle, porzucając na pastwę szmalcowników.
Dziewczynka, do której się odezwałeś, spojrzała na ciebie szeroko otwartymi oczami; widziałeś, że się bała – strach był doskonale widoczny na jej drobnej twarzyczce, teraz umorusanej pyłem z opadającego z sufitu kurzu, ale w reakcji na twoje polecenie, kiwnęła głową, po czym pobiegła przed siebie, w stronę schodów. Nie dotarła jednak na górę, zatrzymała się obok czołgającego się chłopca, którego nogi wciąż wydawały się niewładne. Coś do niego powiedziała, jej usta się poruszyły, mimo że dźwięki zniknęły w hałasie; drobnymi dłońmi chwyciła go za ramię, chcąc pomóc mu przemieszczać się szybciej, ale oboje wciąż poruszali się niemożliwie wręcz powoli.
Chcąc dać dzieciom możliwość uchronienia się przed odłamkami opadającymi z sufitu, skierowałeś różdżkę w górę, ból w ramieniu nie pozwolił ci jednak na poprawne rzucenie zaklęcia; gdy tylko wypowiedziałeś inkantację, poczułeś, jak siła niewielkiej eksplozji odrzuca cię do tyłu. Straciłeś równowagę, twardo upadając na kamienną posadzkę, nieszczęśliwie – częściowo przygniatając ciężarem ciała złamaną rękę. Ból, który wstrząsnął twoim ciałem, na moment cię oślepił; czułeś się, jakby to ciebie przygniotły kamienie, jakby ktoś podpalił twoje mięśnie i nerwy żywym ogniem, jakbyś umierał; wysoki, monotonny pisk wypełnił twoje uszy, powoli przeradzając się w ciche dzwonienie, oczy zaszły ci łzami – a kiedy je otworzyłeś, miałeś wrażenie, że krawędzie pola widzenia przesłania ci czerwona mgiełka. Krążąca w żyłach adrenalina pozwoliła ci na powolne zebranie się z posadzki, a gdy już to zrobiłeś, mogłeś dostrzec, że dwójka dzieci, które próbowałeś ochronić, wydostała się spod sufitu i była już w połowie drogi na górę schodów.
Zaklęcie rzucone w stronę Elige’a uderzyło w jego klatkę piersiową, nie wyglądało jednak, by odniosło jakiś skutek; mężczyzna spojrzał na ciebie krótko, przez sekundę wyglądał jakby się zawahał – ale kiedy ruszył się z miejsca, nie zbliżył się, zamiast tego przechodząc chwiejnie kilka metrów i przyklękając przy swojej siostrze. Hazel wciąż leżała nieruchomo, z oczami wbitymi nieprzytomnie w sufit.
Chociaż nadal czułeś się, jakby ciężkie kamienie ciągnęły cię w dół, zdołałeś dotrzeć nad krawędź rzeki; jej wody były ciemne, prąd rwący, znikający w czymś, co wyglądało jak wlot do tunelu a może kanału. Nie miałeś pojęcia, co było dalej, korytarz niknął w ciemności, nie starałeś się ich jednak przejrzeć – zamiast tego wciskając w dłoń chłopca eliksir. Ten spojrzał na ciebie w panice, ale przechylił odkorkowaną buteleczkę. Trwało to chwilę, może pół minuty, oczy chłopca rozszerzyły się – a kiedy kolejny raz pociągnął dziewczynkę w swoim kierunku, udało mu się – z trudem – wyciągnąć ją na brzeg. – J-j-joe – odpowiedział na twoje pytanie, kiwając jeszcze głową. – Chodź, Kate, szybko – dodał, zwracając się do siostry, po czym oboje ruszyli w stronę schodów.
Pozostałeś na brzegu sam, odwracając się ku szmalcownikom; Elige nadal nie zwracał na ciebie uwagi – klęcząc przy Hazel, starał się jej pomóc; Leo pozostawał nieprzytomny na posadzce, Travis zdążył już jednak się podnieść i stał wyprostowany, celując w ciebie różdżką. – Lamino – wypowiedział mściwie; widziałeś salwę ostrych jak brzytwa noży, które pomknęły w twoim kierunku, połyskując w panującym w grocie półmroku.

Prudence

Ucieczka z podziemi przyniosła ulgę jedynie na chwilę; zdawałaś sobie sprawę, że nie oddaliłaś się jeszcze tak zupełnie od niebezpieczeństwa, że w każdym momencie mógł ruszyć za tobą pościg – a ty nie byłaś w stanie biec ani nawet iść. Przewrócenie się na brzuch wywołało kolejną, potężną falę bólu w okolicach klatki piersiowej, tylko odrobinę niwelowanego zimnem, wgryzającym się pod ubranie i kąsającym skórę. Czołganie się w głębokim śniegu nie było proste, obolałe ramiona nie chciały ciągnąć cię do przodu, a bezwładne nogi nie pomagały w zadaniu; miałaś wrażenie, że każdy ruch kosztuje cię ogromne pokłady energii, przybliżając do celu jedynie nieznacznie. Gdy już – po paru minutach, które w twojej wyobraźni rozciągnęły się w całe godziny – dotarłaś do krawędzi skarpy, tuż pod sobą dostrzegłaś rzekę Lune – mogłaś rozpoznać charakterystyczne zakola – nigdzie nie widziałaś jednak wraku statku, co oznaczało, że oddaliłaś się znacznie od miejsca, w którym zaczęliście swoją misję.
Fiolka z eliksirem otrzymanym od Samuela szczęśliwie okazała się nienaruszona, a mikstura rozgrzała cię przyjemnie od środka, dodając nieco sił – choć nie uleczyła twoich obrażeń; nogi nadal pozostawały nieruchome i bezwładne, nie czułaś ich – zupełnie jakby ktoś pozbawił cię władzy nad ciałem od pasa w dół. Wydawało ci się ono ciężkie, jakby martwe, z kolei każdy szarpany oddech wywoływał kolejne fale bólu w żebrach; oddychało ci się coraz trudniej, miałaś wrażenie, że twoja klatka piersiowa się zapada, albo że powietrze nie zawiera tlenu. Gdzieś w oddali rozległ się trzask, nie wiedziałaś – czy wywołany przez szmalcownika czy kogoś innego; skupienie się na skutecznej teleportacji w takich warunkach było trudne, adrenalina wciąż nie opuściła twojego organizmu, świadomość rozproszona była bólem. Pierwsze szarpnięcie w okolicach pępka było zbyt słabe, przez moment mogło ci się wydawać, że się nie uda – śnieg gdzieś niedaleko zachrzęścił, ktoś się zbliżał – ale sekundę później coś szarpnęło tobą mocniej, pole widzenia zalała czerń – i zniknęłaś, wciągnięta w nicość, deportując się znad ośnieżonego brzegu.

Upadłaś twardo na ziemię niedługo później, zmęczona już tak bardzo, że nie byłaś w stanie podnieść się do pozycji siedzącej. Nad sobą widziałaś szare, zasnute chmurami niebo, a jeśli znalazłaś siły na obrócenie się na bok, dostrzegłaś też zarys rezydencji w Puddlemere. Coś było jednak nie tak, śnieg, na którym leżałaś barwił się szybko czerwienią – a chociaż w okolicy sparaliżowanej nogi nie czułaś bólu, to kiedy zatrzymałaś na niej spojrzenie, zauważyłaś, że materiał na twoim prawym udzie był rozdarty – i mokry od krwi, obficie wypływającej z głębokiej, szarpanej rany. Obraz rozmył się przed twoimi oczami, wypity eliksir przez chwilę jeszcze utrzymywał cię we względnej przytomności, ale słabłaś szybko; po paru sekundach twoje pole widzenia znów zasnuło się czernią, gdzieś niedaleko rozległy się krzyki – a potem zapanowała już ciemność i cisza.

Samuel, Ronja

Czas was gonił, prześlizgując się przez palce zwłaszcza nieprzytomnego mężczyzny, ale wspólnymi siłami zdołaliście przynajmniej częściowo opatrzeć swoje rany. Wciąż byliście słabi, obciążeni dodatkowo obecnością policjanta, ale zajazd, do którego chcieliście dotrzeć, szczęśliwie nie był daleko – udało się wam zrobić to, nim mężczyzna na powrót przyjąłby ludzką formę. Zbadany na miejscu, okazał się żyć, choć był bardzo słaby i wymagał pomocy uzdrowiciela, podobnie zresztą jak wy. Ani jego, ani waszemu życiu nic już jednak nie zagrażało, mieliście czas na uleczenie ran, ogrzanie się i powrót do sił, mogliście się też przegrupować; wysłane listy zniknęły, poniesione przez sowy – pozostawało wam oczekiwać na odpowiedź.

Samuel, Ronja, Prudence, Herbert – mistrz gry dziękuje za wspólną zabawę i jednocześnie przeprasza za przestoje; mam nadzieję, że nie popsuły Wam mocno planów. Jeśli macie ochotę (w jakiejkolwiek konfiguracji i czasoprzestrzeni) kontynuować rozgrywkę i potrzebujecie arbitrażu mistrza gry, dajcie znać.

Prudence – przytomność odzyskałaś następnego dnia w Puddlemere; służba, która cię odnalazła, zabrała cię do dworku, gdzie zajął się tobą uzdrowiciel, zaleczając większość powierzchownych obrażeń. Ryzykowna teleportacja zakończyła się jednak groźnym rozszczepieniem na wysokości prawego uda, rana sięgnęła kości, pozbawiając cię sporej ilości krwi i fragmentu mięśni. Rana uniemożliwi ci podniesienie się z łóżka przez kolejny tydzień fabularny, ból będzie uniemożliwiał ci stanięcie na zranioną nogę; po tym czasie będziesz mogła zacząć powoli poruszać się na niewielkich odległościach, ale przez kolejny fabularny miesiąc będzie się to wiązało z utykaniem (w tym czasie otrzymujesz też stałą karę do kości -15, obowiązującą bez względu na żywotność). Długie stanie czy chodzenie będzie powodowało potęgowanie się bólu, któremu ulżyć pomogą eliksiry lub odpoczynek w pozycji siedzącej bądź leżącej. Po rozszczepieniu pozostanie ci blizna – na długości około 30 centymetrów, podłużna, o nierównych krawędziach, początkowo przybierze barwę mocno czerwoną, z czasem jednak zblednie.
Blizna została dopisana do znaków szczególnych w karcie postaci.

Samuel – osłabienie i ból związane z raną na wysokości brzucha utrzymają się przez kolejny fabularny tydzień; po tym czasie wrócisz do pełni sił. Zranienie pozostawi po sobie jasną, ledwie widoczną bliznę na wysokości żeber, o długości około 10 centymetrów.

Ronja – rana po poparzeniu zniknie po upływie dwóch fabularnych tygodni, w rekonwalescencji pomogą lecznicze maści. Przez kolejny miesiąc fabularny będziesz bardziej niż zazwyczaj wrażliwa na zimno; nawet niewielki chłód będzie powodował czerwienienie policzków i drętwienie palców u dłoni i stóp. Przez fabularny tydzień powinnaś też się oszczędzać, będziesz osłabiona i będą towarzyszyć ci zawroty głowy.

Thomas, bawimy się dalej.


(wersja powiększona)


Czas na odpis: 5.01 do godz. 23:59, w przeciągu tury możesz wykonać maksymalnie 2 akcje - to, czy będą umieszczone w jednym poście czy rozbite na dwa (lub więcej) zależy wyłącznie od ciebie. Rzuty kością możesz wykonywać w temacie lub w szafce zniknięć - jak ci wygodniej.

Działające zaklęcia i eliksiry:
Eliksir kurczący (Henry) - 2/10 tur
Nieznane zaklęcie (Thomas) - 2/? tur
Eliksir byka (chłopiec) - 1/5 tur

Żywotność i energia magiczna:
Thomas - PŻ: 125/220 (-20); EM: 33/50 (obrażenia: 50 (miażdżone) - złamanie lewej ręki z przemieszczeniem; 10 (tłuczone) - wybicie małego palca ze stawu; 35 (psychiczne) - od nieznanego zaklęcia i bólu; -10 do uników)

ekwipunki:
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Brzeg rzeki Lune - Page 12 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Brzeg rzeki Lune [odnośnik]04.01.22 2:04
Świat jakby przez moment zwolnił - wszystko wydawało się być i dziać gdzieś w oddali - gdzieś tam, nie tutaj. Za szybą, za lustrem, za magicznym przejściem. Wszystko było odrealnione i wypaczone, to nie działo się tutaj. To był sen, prawda? Na pewno był to sen - jakiś pieprzony koszmar.
Była przerażona nie mniej niż on - tak jak mała Sissy. Ona bała się, James przecież też. Robił to już nie raz, nie dwa - zawsze się uśmiechał. Jego mięśnie twarzy i teraz spróbował posłać lekki uśmiech, taki który mógłby nieco ją uspokoić i dodać otuchy. Musiała być odważna, jeszcze przez moment. Później mogła wybuchnąć płaczem i krzykiem, i zasnąć po wszystkim ze zmęczenia, ale nie teraz. Nie mógł teraz na to pozwolić.
Czuł jak leciał, czuł upadek - ale nie czuł już nawet czy to był twardy, czy miękki, czy jakikolwiek. Spróbował się zerwać, spróbował się przewrócić na bok wciąż oszołomiony spazmem bólu i szoku - był ślepy? Nie mógł zobaczyć? Plamy, odgłosy, ten pisk, to wszystko! Zacisnął szczękę mocniej, czując jak wstrząsa całym jego ciałem. Nie mógł powstrzymać tych odruchów - czuł frustrację tym większą, że przecież zawsze był w stanie to zrobić! Bolało jak diabli, pisk w uszach, ból który paraliżował do tego stopnia, że nie był w stanie złapać oddechu. Ręka bolała w takim stopniu, że nie był pewny czy jeszcze ją czuje, czy już była drętwa, czy w ogóle była w tym miejscu, w którym powinna.
Podniósł się mając pole widzenia - odzyskał je, było słabe i okropne, ale lepsze niż żadne. Poczuł minimalny skrawek ulgi, choć jedynie przez krótki urywek czasu, kiedy z każdym ruchem docierał do niego ból.
Trafiło? Zadziałało? To nie miało teraz znaczenia, dopóki nie leciały w jego stronę żadne zaklęcia - dopóki mógł iść.
Musiał iść. Na kim miały polegać one? Na kim miał polegać on? Miał teraz zawieść wszystkich? I te dzieciaki, i swoją rodzinę, i zmarnować to, że wtedy to on przeżył? Rozumiał gdzieś w głębi, że Tonks mógł poświęcić lepiej czas niż na trenowaniu go - bo na co to się zdawało teraz?! Nie potrafił pomóc nawet tym dzieciakom! Wciąż się bał, był przerażony! Wciąż był tym małym tchórzem z mieszkania w Birmingham, który nie panował nad magią - którym magia rzucała jak chciała, teleportowała go gdzie chciała byleby dalej od rzucającego się pijanego ojca. Nie był w stanie pomóc wtedy Jamesowi, ani Sheili. Nie był w stanie ich uchronić w szkole, ani w taborze, ani na jarmarku - nawet w lutym, kiedy Michael wpadł do ich mieszkania. Co zrobił? Rzucił w jego stronę brokatem! Był do niczego, absolutnym zerem. Jedyne co potrafił to kłamać, ale jak miał teraz się bronić słowami?
- Dasz radę Joe - szepnął, znów starając się uśmiechnąć do dzieciaka. Lekko i pokrzepiająco, starał się wykorzystać te resztki sił, które w sobie miał. Czy ucieknie? Nie wiedział, nie był pewny. Zerkał na dzieciaki, którym udało się ruszyć w kierunku schodów, podestu, kominku? Tego czegoś, tego cholerstwa...
- Joe, biegnij, zbierz wszystkich, jasne? W szóstkę musicie... musicie tam iść, okej? Jak krzyknę już... krzyknę to macie uciekać, tak? - powiedział, nie wiedząc czy w ogóle da radę stąd uciec z nimi. Może powinien... może miał szansę się teleportować?
Przeleciał wzrokiem po szmalcownikach. Trzech na dole, na kolanach, został tylko on... ten pieprzony... gdyby... Może by się udało? Gdyby nie ten pieprzony Travis!
Znajdzie go jeszcze. Nie wiedział co z nim zrobi, ale przecież był kreatywny, tyle wystarczy.
Nie znał zaklęcia, ale nie mógł pozwolić, żeby ten rzucił cokolwiek więcej w niego. Nie tutaj, nie teraz... Nie mógł, po prostu nie!
- Negforaminis! - zawołał, próbując rzucić zaklęcie na prawo od Travisa. Kiedyś mu je pokazywała, mówiła o nim - że trzeba być ostrożnym, że trzeba z nim ostrożnie tak jak nigdy. Musiał... musiał coś zrobić! Ale teraz to nie miało znaczenia, nie jego bezpieczeństwo - a tych dzieciaków. - Negforaminis! - powtórzył znów, w to samo miejsce - na prawo od Travisa, w pobliże kolumny. Nawet jeśli te noże, które w niego leciały trafią - nawet wtedy, to dzieciaki będą miały wystarczająco czasu, żeby uciec. Miał taką nadzieję, może ta pieprzona Prudence jest gdzieś tam na zewnątrz wciąż - gdzieś na powierzchni. A może Samuel i reszta? Może patrol aurorów? Może aurorzy je znajdą? Może gdzieś... gdziekolwiek...
Zaczął ruszać w kierunku podestu, musiał jeszcze wytrzymać chwilę - tylko odrobinę, tylko moment dłużej. Dojść do tego podestu. Czy sieć fiuu działała? Była bezpieczna? Teleportacja? Nic nie było, nie teraz i nie w jego stanie - tego był pewny.
Ale co więcej mu pozostało?



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Brzeg rzeki Lune - Page 12 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Brzeg rzeki Lune [odnośnik]04.01.22 18:44
Miałeś zaledwie sekundy na reakcję – ułamki sekund, być może – ale chociaż dostrzegałeś kątem oka mknące w twoją stronę noże, nie próbowałeś się przed nimi obronić. Kierując różdżkę w prawo, daleko od schodów i podestu, sięgnąłeś po magię trudną i skomplikowaną, wymawiając inkantację zaklęcia, które nawet w pełni sił byłoby wyjątkowo wymagające – a co dopiero w momencie, w którym rozpraszał cię ból i targające ciałem emocje. Pierwsza próba zakończyła się fiaskiem, słowa jedynie rozbrzmiały pusto w przestrzeni – a nim jeszcze ucichły, poczułeś ostry ból rozlewający się tuż pod twoimi żebrami, na wysokości lewego ramienia, po prawej stronie szyi; trzy noże cię zraniły, dwa głęboko, jeden – powierzchownie, pozostawiając piekącą, krwawiącą ranę. Zachwiałeś się, cofnięta do tyłu stopa zaszurała na krawędzi podziemnej rzeki, ale nim straciłeś równowagę, zdołałeś wymówić inkantację ponownie – a tym razem coś, może determinacja, może adrenalina, sprawiło, że drewno różdżki zadrżało mocno pod twoimi palcami. Przestrzeń groty jakby się zakrzywiła, coś czarnego i pustego pojawiło się zaledwie parę metrów od Travisa, na którego twarzy błysnęło zaskoczenie, gdy niewidzialna siła pociągnęła ku sobie najpierw jego, później nieprzytomnych Leo i Hazel; Elige zaparł się nogami o ziemię, jedną ręką uchwycił kolumny, ale i on nie był w stanie opierać się długo – szmalcownicy oddalali się, dając dzieciom szansę na ucieczkę, gdzieś po twojej lewej stronie buchnęły zielone płomienie – ale było to ostatnim, co dostrzegłeś, nim nogi odmówiły ci posłuszeństwa, a wywołane ranami i bólem osłabienie w końcu pociągnęło cię w dół – prosto w lodowate odmęty.
Nie wiedziałeś, jak długo targała tobą podziemna rzeka; chłód i tępe uderzenia o kamienne ściany raz po raz przywracały cię do przytomności, nie pozwalając całkowicie osunąć się w niebyt; co najmniej kilka razy próba nabrania powietrza w płuca skończyła się zakrztuszeniem – woda smakowała stęchlizną, ziemią i czymś jeszcze, rdzawym i nieprzyjemnym; ciągnący cię prąd próbował wepchnąć cię pod jej powierzchnię, musiałeś walczyć o to, by nie utonąć – stopniowo tracąc siły i wolę, wynurzanie się kosztowało cię coraz więcej wysiłku, uwieszona na ramieniu torba ciągnęła w dół. A gdy już zacząłeś pragnąć tylko tego, żeby to się skończyło – rzeczywiście tak się stało, zalała cię ciemność i zimno.
Ocknąłeś się jakiś czas później – a właściwie obudziło cię potrząśnięcie, krótkie i mało delikatne; jeśli spróbowałeś uchylić powieki, zalała cię biel śniegu i dnia, a twoje oczy natychmiast wypełniły się łzami. Bolało cię całe ciało, płuca, ręka; twoje kończyny wydawały się zdrętwiałe i ociężałe, nie byłeś w stanie się poruszyć ani podnieść, nawet oddychanie sprawiało ci problem. – Ten żyje – usłyszałeś męski głos gdzieś nad sobą, nie byłeś jednak w stanie dopasować go do żadnej znanej ci osoby. Poczułeś, jak para silnych dłoni obraca cię na bok, a wtedy wstrząsnął tobą gwałtowny kaszel; wypluwałeś wodę, przemieszaną z czymś jeszcze. – Zabieramy go, ich – temu już nie pomożemy, ale nie możemy go tu zostawić, do rana zjedzą go wilki – powiedział ten sam głos; później jakaś siła pociągnęła cię po ziemi, przemieszczałeś się – ale nim zdążyłbyś się zorientować dokąd, znów straciłeś przytomność.

Thomas, rozgrywkę kontynuujemy tutaj.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Brzeg rzeki Lune - Page 12 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Brzeg rzeki Lune [odnośnik]06.01.22 13:34
[4.02.1958 - las Bowland]

Wsłuchiwała się w dudniącą pośród leśnych kniei głuchą ciszę, usiłując zorientować się w terenie, na którym znalazły się wraz z towarzysząca jej Aurorą. W głowie miała wskazówki zdyszanego mężczyzny, który wpadł do Zajazdu przed kilkunastoma minutami powiadamiając ich rozpaczliwie o kolejnym ataku garborogów. Wieści o wzmożonej aktywności tych magicznych stworzeń krążyły pośród mieszkańców Lancashire już od kilku dni. Sam Havelock Ollivander powiadomił wszystkich o zagrożeniu, sprawiając, że prawdopodobnie każdy z domowników zajazdu Pod Gruszą miał się na baczności, nie decydując się na samotne wędrówki w głąb okolicznych lasów.
Henrietta rozgrzewała się przy kominku, gawędząc życzliwie z jednym z gości zajmujących jeden z pokojów na piętrze, gdy do zajazdu wpadł zdyszany mężczyzna. Po chwili z trudem chwytanych oddechów i wstrząsającego jego ciałem kaszlu, w dosyć chaotyczny sposób przybysz powiadomił ich o rannych znajdujących się pośród kniei lasu Bowland. Z tego, co Bartius udało się zrozumieć, magiczne stworzenia niemal od razu oddaliły się od miejsca incydentu, pozostawiając po sobie nie tylko poszkodowanych czarodziejów, ale i mugoli.
- Szczęście, że akurat byłaś na miejscu - zwróciła się do Aurory, obdarzając ją uśmiechem. Nie była pewna jaki widok zastaną na miejscu, spodziewała się krwi, poturbowanych przez potężne zwierzęta ciał i mniej lub bardziej poważnych ran, dlatego z ulgą przyjęła obecność uzdrowicielki w zajeździe. Przed kilkunastoma minutami podniosła się z fotela zupełnie instynktownie, fakt wystąpienia w jednym zdaniu słów mugole i magiczne stworzenia sprawiły, że mimowolnie poczuła się w obowiązku, aby spróbować w jakiś sposób zaradzić sytuacji. Mimo sytuacji panującej w kraju i świadomości, że niemagiczni tak czy siak odkryli prawdę na temat istnienia świata czarodziejów, który mimowolnie wciągnął ich w toczącą się na wyspie wojnie, nie mogła dopuścić do tego, aby i wiedza na temat żyjących na tych terenach magicznych stworzeń stała się tak powszechna. Obawiała się strachu jaki ta wiadomość mogłaby wzbudzić pośród mugoli, a co za tym idzie, że zaczęliby oni organizować spontaniczne polowania chcąc unicestwić zwierzynę. Czuła się więc zobowiązana do sięgnięcia po swoje amnezjatorskie umiejętności, w głowie obmyślając możliwe wspomnienia, które należałoby wczepić w umysły ofiar, tym samym wymazując z nich na zawsze wspomnienie ostatnich przeżyć. - Jeśli tylko będę ci mogła jakoś pomóc daj znać - dodała, gotowa spełnić wszystkie zakomunikowane instrukcje. Zamierzała początkowo zająć się przede wszystkim uspokojeniem ofiar, świadoma, że w pierwszej kolejności to właśnie umiejętności panny Sprout okażą się ich największym atutem. - To chyba tutaj - wskazała kierunek, gdy do jej uszu dotarły wyraźne jęki. Przełknęła głośno ślinę, przybierając kamienny wyraz twarzy, nie chcąc, aby na jej twarzy odbiły się wyraźnie emocje, których się spodziewała. Widok rannych nigdy nie należał do najprzyjemniejszych.


I’ll just keep playing back
These fragments of time Everywhere I go, These moments will shine Familiar faces I’ve never seen Living the gold and the silver dream
Henrietta Bartius
Zawód : amnezjatorka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4/39
SPRAWNOŚĆ : 7/12
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10582-henrietta-bartius https://www.morsmordre.net/t10642-racuch https://www.morsmordre.net/t10639-etta https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10697-skrytka-nr-2335 https://www.morsmordre.net/t10641-h-bartius
Re: Brzeg rzeki Lune [odnośnik]13.01.22 1:51
Apogeum jeszcze nie nadeszło. Wciąż lawirowała na krawędzi szoku, który w pewnym sensie chronił jej umysł przed zniszczeniami zarówno zaklęcia, jak i samych fizycznych doświadczeń tamtej nocy. Pomału jednak zaczynały docierać do niej sygnały, że coś jest nie tak, ale jednocześnie nie umiała w tym wszystkim znaleźć pomocy. Samotoność, to było coś, co było jej znane i w pewnym już sensie oswojone, ale pamiętała, że nie prowadziło do niczego dobrego. Musiała spróbować znaleźć pomoc, zanim będzie za późno. Zanim straci zmysły i pogrąży się w otchłani szaleństwa. Ilekroć jednak spoglądała w zatroskaną twarzy taty, czy schorowaną twarz papy, nie była w stanie zmusić się do tego, by dołożyć im zmartwień. Z jakiegoś powodu przyszedł jej do głowy zajazd, w którym nie była już długo, ale z jakiegoś powodu kojarzył jej się jedynie w dobry sposób — pachniało drewno we wnętrzu, a Aurora czasem myślała, czy to żywicą, czy może inna pasta do drewna. A może tylko sobie to uroiła? Niczego nie była już pewna. Nawet swoich umiejętności w leczeniu, dlatego, właśnie gdy dzisiaj została poproszona o pomoc, miała moment zawahania. Czy da radę? Czy powinna się w to angażować? Z drugiej strony, ktoś mógł potrzebować pomocy i to o wiele bardziej niż ona.
Nie zdążyła się z nikim rozmówić. Nie zdążyła poszukać porady dla siebie, gdy Henrietta, którą spotkała w zajeździe, poprosiła o wsparcie. Sprout nie zaprotestowała nawet mimiką, tylko wsunęła się nos w kołnierz swojego płaszcza.
- Dobrze, że ty też byłaś. Zupełnie nie znam tej okolicy. - Wyznała zgodnie z prawdą. Wiedziała jedynie jak dojść do zajazdu, a i tak czasem aportowała się ledwie za zabezpieczeniami, żeby przypadkiem nie pobłądzić. Odpowiedziała przy tym na miłe słowa towarzyszącej jej kobiety. Być potrzebną — to uczucie, które w jakimś stopniu wypełniało pustkę i ciemność. Nie pora jednak była na sentymenty. Jeśli chciała rzeczywiście się do czegoś przydać, to powinna się skupić. Nie musiały iść daleko, chociaż nim cokolwiek udało im się zobaczyć, rzeczywiście do ich uszu dotarły pierwsze jęki.
- I wzajemnie. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, powiedz. - Nie miała pojęcia, co zamierzała Henrietta, ale jak tylko uda jej się opatrzyć rany, może na Aurorę liczyć. - Możesz spróbować rzucać Paxo. Może ich uspokoić. - Rzuciła jeszcze, skupiając zaraz wzrok na mężczyźnie, którego oparta o pień drzewa sylwetka, wiła się. To właśnie jego jęk Aurora usłyszała przed chwilą. Nienaturalnie wygięta ręka od razu rzucała się w oczy. To musiało boleć i to jak cholera.
- Halo, proszę pana. - Aurora ruszyła w jego stronę. W odpowiedzi usłyszała, jeszcze głośniejszy jęk. Mężczyzna miał zamknięte oczy, a twarz ubrudzoną piachem i własna ślina toczyła mu koryta po obu stronach ust. - Spróbuje panu nastawić rękę. - Powiedziała wreszcie, kucając obok niego. Niestety — w momencie, gdy Aurora przyłożyła różdżkę do jego skóry — zwątpiła. Czy na pewno da radę? Czy nie skrzywdzi go bardziej. Z kulejącą pewnością siebie, chybiła zaklęciem. I chciała spróbować po raz drugi, ale wtedy mężczyzna gwałtownie otworzył oczy i szarpnął się z całych sił, jakby nie zależało mu, czy jego przedramię zostanie z nim, czy zostanie w dłoniach Aurory.
- Spokojnie... Spokojnie. - Powiedziała szybko Aurora i wykorzystała wiedzę, którą przekazał jej Silly. - Jestem lekarzem. Nastawię ci rękę. - Obserwowała go wtedy, słuchała, jak Silly przemawia do mugolskich lotników.
Coś w jej spojrzeniu lub słowach musiało sprawić, że mężczyzna jej uwierzył. Że przestał szarpać złamaną ręką. A może zwyczajnie nie miał już sił i było mu wszystko jedno?
Aurora wzięła się w garść i wreszcie rzuciła zaklęcie w sposób poprawny.
- Fractura Texta - Mruknęła i usłyszała niezbyt przyjemny trzask kości. Nastawiła się. Patrzyła przez krótką chwilę na proces leczenia, zanim podniosła głowę, zerkając za Henriettą.
- Jak ci idzie? Ja muszę jeszcze zabezpieczyć rozcięcia na skórze i możemy pomóc innym. Wiadomo, ilu ich jest? - Nie dosłyszała wszystkich słów od spanikowanego mężczyzny. Miała jednak nadzieję, że nie ma ich zbyt dużo.
Mężczyzna obok nich zajęczał, mimo że, rana już się goiła.
- Co to za czary? - Wymamrotał dość niewyraźnie. Chyba stracił w starciu z garborogiem kilka zębów. - Kim jesteście? Gdzie mój brat? - Nagle zadał im kilka szybkich pytań, przenosząc wzrok z jednej kobiety na drugą.


Suddenly,
I'm not half the man I used to be.There's a shadow hangin' over me — Oh, yesterday came suddenly
Aurora Sprout
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Brzeg rzeki Lune - Page 12 D836eb438dea1946dc5bb9dd21fef622
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9381-aurora-sprout?nid=102#284845 https://www.morsmordre.net/t9435-duke-owlington#286919 https://www.morsmordre.net/t9436-i-walked-with-you-once-upon-a-dream#286936 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t10010-skrytka-bankowa-2171#302538 https://www.morsmordre.net/t9438-a-sprout#328488

Strona 12 z 12 Previous  1, 2, 3 ... 10, 11, 12

Brzeg rzeki Lune
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach