Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Brown's Point
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Brown's Point

Mugole nie są pewni, kim była Jenny Brown, na której cześć zostało nazwane to miejsce nad brytyjskim wybrzeżem. Specjaliści od magicznej historii nie mają jednak złudzeń: młoda dziewczyna była XVIII-wieczną czarownicą, która zmarła właśnie w tym miejscu z powodu głodu i wychłodzenia, oczekując powrotu swojego ukochanego. Był nim niemagiczny marynarz, który zaginął w trakcie odległej podróży. Przez około sto lat od własnej śmierci nawiedzała to miejsce, odchodząc dopiero, gdy jej odległa krewna przedstawiła jej fragment statku, na którym zginął młody żeglarz. Niektórzy z historyków domniemają, że czarownica nie była w pełni zdrowa psychicznie, co mogą potwierdzać wspomnienia lokalnej ludności dotyczące bardzo niestabilnego ducha Jenny Brown.
Do punktu można dojść dość wąską ścieżką, podziwiając urodę Morecambe Bay. Latem piaszczysto-kamienista plaża zachęca do spacerów po okolicy, a otaczająca drogę roślinność daje poczucie bezpieczeństwa. W okolicy można znaleźć też komin, będący pozostałością po wydobyciu i stopu miedzi na niewielką skalę oraz kamienny, stary dom, niegdyś należący do rodziny Brown.
Choć okolica nie jest zupełnie wyludniona, zadomowiło się tu kilka gatunków   magicznych stworzeń. Niedaleko Brown's Point można się znaleźć dość dużą populację wsiąkiewek. Często widziane są też szczuroszczęty, żywiące się pochodzącymi z zatoki skorupiakami.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Brown's Point - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


| 16 lipca

Natura miała w sobie niezwykłą moc. Nawet, jeśli wszystko wokół się waliło i pogrążało w bólu oraz ciemności, ona w dalszym ciągu zachwycała swoja urodą i niewinnością. Była zbyt potężna, aby ktokolwiek – nawet lord Voldemort – był w stanie ja zniszczyć w ciągu kilku miesięcy wojny.
Szukając odludnego miejsca, Gwen postanowiła zobaczyć to miejsce ponownie. Była tutaj, lata temu, z matką. Podziwiała wtedy zatokę tak samo, jak teraz, ciesząc się bliskością przyrody. To było tylko jedno urocze popołudnie, jednak zapadło dziewczynie na tyle głęboko w pamięć, że podświadomie wybrała to miejsce na swoja wędrówkę.  Poza tym ziemie Ollivanderów były tymi stosunkowo bezpiecznymi i miała nadzieję, że w tak odludnym miejscu nie spotka nikogo chętnego do krzywdzenia innych.
Mimo tego różdżkę trzymała cały czas w pogotowiu. Odziana w brązowa sukienkę z paskiem do której przyczepiona była Greta i Betty, szła z rękami w kieszeniach. Starała się iści spokojnie, a zwierzęta dostosowywały się do jej tempa. Jedynie koza co jakiś czas przystawała, aby skubnąć trawy. Spokojna atmosfera nie pozbawiała jednak panny Grey czujności. Dziewczyna regularnie rozglądała się wokół, sprawdzając, czy to trzaśniecie aby na pewno nie było przypadkiem krokiem któregoś z sojuszników Czarnego Pana, który przypadkiem nastąpił na gałąź.
Wtem przed sobą Gwen ujrzała ruch. Uniosła głowę, nieco przestraszona. Mignął jej rudy ogon wiewiórki. Betty natychmiast zaczęła ujadać, cofając się.
Piesku, spokojnie! – upomniała potężnego psa drobna dziewczyna.
Pies jednak nic sobie z tego nie zrobił, wciąż szczekając.  Nie szarpał jednak linki, po prostu obszczekując ruszającą się wiewiórek, która zastygła w przerażeniu. Koza jednak chyba kompletnie nie rozumiała, co się dzieje, bo gdy Gwen skupiona była na psie, zerwała się z łańcuszka, który łączył ją z paskiem malarki i ruszyła w bok, jak najdalej od szczekającej Betty.
Gwen zorientowała się, ze cos jest nie tak, gdy poczuła delikatne szarpniecie w okolicy pasa. Dojrzała uciekającą kozę i w szalonym pościgu ruszyła za nią, chwytając w dłoń smycz Betty. Pies natychmiast przestał szczekać, radośnie machając ogonem i biegnąc obok swojej pani. Greta biegła prosto po zboczu, wpadając na kamienista plaże i za późno orientując się, że na jej końcu znajduje się woda. Wbiegła w wody zatoki, zanurzając się do połowy. Gwen, nie bacząc na nic, wbiegła za nią. Betty również, bez najmniejszego wahania, wyraźnie zachwycona cala tą gonitwą. Przynajmniej ona jedna była szczęśliwa! Gwen zaczynała bowiem kipieć ze złości, a koza zastygła w przerażeniu, nie mając pojęcia, jakim cudem znalazła się właśnie w wodzie.
Głupia koza! Coś ty sobie myślała? – spytała ją, krzycząc i chwytając kozę za obróżkę, aby spróbować wyprowadzić zwierze z wody. Greta jednak nie miała ochoty się ruszyć. Stała, zapierając się ze wszystkich sil nogami. W międzyczasie, Betty doskonale się bawiła, próbując łapać zębami i łapami coś pływającego pod wodą, po chwili skutecznie opryskując słonym płynem swoja właścicielkę.
Ugh! Betty! Czy ty musisz?! – krzyknęła na nią Gwen w przypływie irytacji. Miała ochotę tupnąć swoim przemoczonym bucikiem. Gdy jednak spróbowała, nastąpiła na cos wyraźnie żywego i śliskiego, uciekającego natychmiast spod jej nóg. Pisnęła nerwowo: – Na Merlina, i jeszcze coś tu jest! Greta, no weź się rusz!


Przypominała sobie, że Jaskółka porównywała śnienie do ogrodu, mówiła, że można dzięki niemu choć na chwilę opuścić więzienie, naprawdę
poczuć niebo.


Ostatnio zmieniony przez Gwendolyn Grey dnia 12.11.20 14:13, w całości zmieniany 1 raz
Gwendolyn Grey
Gwendolyn Grey
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Bo tylko tak idzie wytrzymać: śmiejąc się z ponurych zdarzeń. A im chętniej się mnożą, tym częściej należy się śmiać.
OPCM : 20
UROKI : 24
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Za rogiem zawsze będzie czyhał jakiś nowy koszmar
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987

Powrót do góry Go down

Słońce raziło w oczy, gdy pochylał się na brzegu wybrzeża Brown's Point. Mimo to, od dłuższego czasu trwał nieruchomo, grzęznąc bosymi stopami w kamienistym piasku plaży. Pozwalał by ciepłe fale co jakiś czas obmywały rozcapierzone palce dłoni, które ułożył przed sobą. Srebrzysta powierzchnia zdawała się równie nieruchoma co on, ale od czasu do czasu pojawiał się w niej sunący pospiesznie cień. Zupełnie różny od odbicia lecących góra ptaków. Różny tez od drobnych, wodnych stworzeń, które zamieszkiwały okolicę.
Różdżka tkwiła tuż przy pasku spodni, zatknięta w kieszeń, by w razie konieczności móc jej użyć. Miał nadzieję, że ślady bytności, które zwróciły jego uwagę, okażą się tylko nadinterpretacją. Potrzebował jednak pewności, by nie popełnić błędu w powierzonej mu pracy.
Okolica obfitowała w szczuroszczęty i nie miał większego kłopotu w zdobyciu potrzebnych ingrediencji. Nadwodna okolica, darowała również inne wartościowe składniki, które przy okazji zlecenia, chciał uzupełnić dla własnych zapasów. Spędził na tym większość dnia i tylko przypadek sprawił, że próba zanurzenia się w chłodnej toni, nie dopełniła się. Wracały mu siły i chęci do działania po tygodniowym pobycie w Tower. I rzucił się w wir pracy, tym chętniej przyjmując zlecenia, które wymagały przynajmniej krótkiej podróży. Ściągnięta koszula leżała nieco wyżej, bliżej leśnej ścieżki i ukrytego, prowizorycznie obozu. Nie miał zamiaru pozostawać tu na noc, chociaż perspektywa ciszy i odległości od miejskiej zawieruchy Londynu, była szalenie kusząca. Obiecał jednak siostrze, że pojawi się przed nocą. I tym razem, nie miał zamiaru się wyłamywać, pozwalając by siostrzana troska objęła jego osobę. Wystarczająco nerwów jej przysporzył podczas swej więziennej nieobecności - Co ty tam kombinujesz prietene - szepnął, bardziej do siebie, niż do dostrzeżonego stworzenia. Większy niż druzgotek, ale mniejsze niż kelpie w kłębie. Dopóki nie wynurzy się - nie mógł mieć pewności. Okolica plaży, dawała kilka podpowiedzi, ale większość śladów porywały niewysokie fale.
Wyprostował się, wciąż jednak opierał się kolanem o wilgotny piasek. I zanim stanął całkowicie do pionu, jego uwagę przyciągnął najpierw szelest, potem ujadanie, by w akompaniamencie kobiecych nawołań, być świadkiem niecodziennej sceny. Ze ścieżki, wprost na brzeg, a potem do wody, rozbryzgując wokół toń, wbiegła najpierw koza, potem dużych rozmiarów pies, a za nimi młoda kobieta... I gdyby nie świadomość istniejącego w jeziorsku zagrożenia, prawdopodobnie zaśmiałaby się długo i głośno, komentując całe zajście cisnącym się na usta żartem. Ale to nie uśmiech wygiął jego usta, a wyraz konsternacji i cień niepokoju - Cokolwiek planujecie... stójcie przez chwilę nieruchomo - już wyprostowany, ruszył brzegiem w stronę nieznajomej. Cicho przy tym gwizdnął, zwracając uwagę skaczącego psa - i powoli zacznij...cie się wycofywać z wody - zakładał, ze kobieta w końcu zwróci uwagę na niego. Nie przejmując się brakiem własnej koszuli, Kai wskazał gestem ręki samą wodę i dużo wyraźniejsze poruszenie na jej powierzchni. Coś budziło się do życia. Coś, co zdecydowanie zostało właśnie sprowokowane do działania. Nie był jeszcze tylko pewien - jakiego. W dłoni, pojawiła się różdżka. Jeśli tylko stworzenie zaatakuje, miał chwilę, by ruszyć z cisnącym się już na język inkantacją. Zareagował jednak wcześniej, decydując się na próbę odwrócenia uwagi kotłującego się w wodzie zagrożenia, posyłając w stronę wody ciężki promień zaklęcia Confringo, daleko, poza zasięg kobiety, rozłupując skalny odłamek wynurzonego głazu.
Kai Clearwater
Kai Clearwater
Zawód : Łowca ingrediencji, podróżnik
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Cze­mu ty się, zła go­dzi­no,
z nie­po­trzeb­nym mie­szasz lę­kiem?
OPCM : 10
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8473-kai-clearwater-budowa#246888 https://www.morsmordre.net/t8515-yippe#248176 https://www.morsmordre.net/t8513-kai#248131 https://www.morsmordre.net/f182-lancashire-lancaster-17-2 https://www.morsmordre.net/t8520-skrytka-nr-2013#248322 https://www.morsmordre.net/t8516-kai-clearwater#248180

Powrót do góry Go down

Gwen nie zwracała większej uwagi na otoczenie, zbyt skupiona na swoich niesfornych zwierzakach, które najwyraźniej doskonale się bawiły. Betty wciąż machała ogonem, zataczając nim niemal okręgi, a Greta zapierała się nogami, gdy tylko jej właścicielka próbowała ją ciągnąć, w chwilach przerwy obniżając głowę i wąchając powierzchnie słonej wody. Malarce naprawdę, ale to naprawdę brakowało dziś cierpliwości do ich samowolnych prób nie wiadomo czego! Nic dziwnego, ze na Kaia początkowo nie zwróciła uwagi. W końcu wbiegła na plażę niczym błyskawica, próbując złapać uciekające zwierzę i nawet nie przyszło jej przez myśl, aby się mocniej rozejrzeć.
Dopiero gdy się zbliżył i zaczął cos mówić, Gwen nerwowo odwróciła spojrzenie w jego stronę, już gotowa, aby wyrazić swoje niezadowolenie: czemu ktoś śmiał jej przeszkadzać, kiedy ona tu miała prawdziwą katastrofę?!
Z tym, że ton głosu mężczyzny oraz jego mina natychmiast zdradziły spostrzegawczej malarce, że tu kroi się chyba cos większego, niż tylko uciekająca Greta i wariująca Betty, a gdy do dziewczyny dotarł sens jego słów, zastygła na chwile w kompletnym bezruchu, probujac ocenić sytuacje. Jej pies chyba też zauważył, że coś się kroi, bo energia czarnego zwierzęcia opadła niemal natychmiast. Betty wciąż machała ogonem, ale przestała wariować. Za to przystanęła na trzech łapach, trzymając prawą przednią nad wodą, zerkając to na Gwen, to na Kaia.
Co… co tu się? – spytała. Widząc różdżkę w dłoni mężczyzny, odruchowo sięgnęła po swoja, rozglądając się po otoczeniu. Była jednak na tyle spostrzegawcza, aby (wiedząc, ze coś się kroi) wypatrzeć bulgotającą wodę. Niemal zachłysnęła się powietrzem: – Co to? – spytała. Nie znała tej okolicy na tyle, aby moc określić, jakie magiczne stworzenia mogły tu mieszkać, ale coś jej mówiło, ze to raczej nie jest żaden zwykły dorsz. Po co inaczej nieznajomy wyciągałby różdżkę?
Zgodnie z poleceniem Kaia, wzięła głęboki oddech, próbując zrobić krok w tył, ale wtedy Greta, jak na złość, znów się zaparła, zdając sobie nic nie robić z gęstniejącej wokół atmosfery. Przygryzła wargi, starając się zachować cierpliwość.
Greta… Greta, chodź – poprosiła kozę, ale gdy to nie pomogło, spojrzała na mężczyznę, mówić cichym stonowanym tonem: – Ona… ona nie chce – wyjaśniła zrezygnowana.
Gdyby wiedziała, co siedzi tam w głębinach, mogłaby również spróbować rzucić czar i była na to z reszta gotowa, ale nieznajomy zdawał się być lepiej obeznany w sytuacji i panna Grey dobrze wiedziała, ze dopóki nie dowie się więcej, nie powinna wykonać żadnego zbędnego ruchu. To byłoby zbyt niebezpieczne.
Nie traciła jednak czujności, gotowa, aby w razie czego obronić się tez przed atakiem ciemnowłosego. Nie skupiał się teraz wprawdzie na niej i nie wydawał się groźnym dla niej człowiekiem, ale przecież mieli wojnę. Zdarzyć się mogło wszystko, prawda?
Pozbawiony koszulki tors nie robił na niej w tej chwili żadnego wrażenia. Było ciepło, byli nad woda – to więc zdawało się całkiem naturalne. Tkwiące w otaczającej ich wodzie zagrożenie było zaś zdecydowanie bardziej zajmujące.


Przypominała sobie, że Jaskółka porównywała śnienie do ogrodu, mówiła, że można dzięki niemu choć na chwilę opuścić więzienie, naprawdę
poczuć niebo.
Gwendolyn Grey
Gwendolyn Grey
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Bo tylko tak idzie wytrzymać: śmiejąc się z ponurych zdarzeń. A im chętniej się mnożą, tym częściej należy się śmiać.
OPCM : 20
UROKI : 24
ELIKSIRY : 15
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Za rogiem zawsze będzie czyhał jakiś nowy koszmar
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987

Powrót do góry Go down

25 październik

Coraz zimniej było na dworze, ale dalej piękna Anglia zachwycała w tej swojej mgle i solidnym deszczu. Jeśli Stevie miałby się nad tym głębiej zastanowić, to właściwie nie pamiętał jesieni bez pluchy. Ale to dobrze, wtedy najlepiej rosły grzyby. Beckett ubrany w rybacki kapelusz, mocno wciśnięty na głowę oraz porządną kamizelkę stanął na samym brzegu. W ręce trzymał różdżkę i mały notatnik, po czym zapisał w nim dwie rzeczy i schował do wewnętrznej kieszeni.
- Julek, to bardzo ładne miejsce, ale musimy iść głębiej w las jeśli mamy znaleźć dobre grzyby. Chociaż tu można by było rybki połowic, ale ja bym wolał borowiki na kolacje zjeść, najlepiej w jakiejś panierce - zagaił jeszcze, podchodząc bliżej młodego chłopaka. - Widziałem ostatnio parę bezdomnych kotów, może sam jakiegoś zaadoptuje... Nie, żebym się znał na nich. Mnie zwierzęta zwykle nie interesują, ale Susanne Lovegood wydaje się być bardzo nimi pochłonięta. Lubicie się, prawda?
Ach, młodzi. To piękne uczucie, które jak kwiat rozkwitało w sercach. Sam Beckett pamiętał doskonale co czuł gdy po raz pierwszy zobaczył Mary Jo.
Och, słodka Mary Jo, czemu mnie zostawiłaś?
Śluby zawsze dobrze wpływały na nastrój. Nawet w najgorszych czasach należało się cieszyć przynajmniej z jednego tematu, a taka celebracja uczucia naprawdę dobrze wpływała na morale w Dolinie Godryka. Oby im się wiodło i oby wojna zbyt wcześnie ich nie zabrała, tego Stevie mógł jedynie państwu młodemu życzyć.
- Wziąłeś koszyk? - rozejrzał się pod nogi Julien. - Jak mamy zbierać grzyby to musimy mieć koszyk, przecież nie będziemy ich nosić w rękach, mogą się wysypać - pokręcił głową, to by było bardzo głupie. Stevie ruszył przed siebie dziarskim krokiem w stronę lasu, nawet nie oglądając się za siebie. - Wyobraź sobie taki przenośny gramofon - wypalił nagle w stronę chłopaka. - Jakbyśmy teraz mogli sobie chodzić po lesie i słuchać bluesa. To byłoby ciekawe, no bo kto ma siłę, by cały ten sprzęt samodzielnie nosić albo na różdżce trzymać? To ręka zacznie boleć. A gdyby tak zrobić by muzyka tylko do uszu wpadała... Słyszałeś kiedyś o czymś takim?
Ten pomysł warto było przemyśleć. Jeśli by rozłożyć taki gramofon na części, to być może igłę dałoby się zaczarować, tak by wysyłała sygnał prosto do uszu czarodzieja. Pytanie pozostawało na jakiej częstotliwości, ale to Stevie zamierzał sprawdzić już w domu. Oby tylko nic nie wybuchło.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Stevie Beckett dnia 09.02.21 22:48, w całości zmieniany 2 razy
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Brown's Point - Page 2 CdzGjcQ
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Brown's Point - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Poprawił czerwony szalik od Botta i uśmiechnął się pod nosem, lustrując sylwetkę starszego naukowca. Pan Beckett zawsze go w jakimś stopniu rozczulał, a jednocześnie młody jasnowidz posiadał do niego ogromny szacunek. Transmutacja i numerologia stanowiły dla poety trzon tego co chciał zgłębiać, szczególnie teraz, gdy wydawało mu się, że zabawi na dłużej w Anglii, a Stevie zdawał się być wprost idealnym materiałem na nauczyciela. Nie takiego, który karci za błędy, a raczej takiego z polotem, który byłby w stanie porwać każdą chętną do nauki duszę, aby wznieść ją na wyżyny poznania. Gdy tylko usłyszał słowa naukowca, natychmiast odpowiedział, niemal jak gdyby był gotowy na to od dłuższego czasu. - Och, tak! Grzyby, moja kochana mama często piekła takie… trójkąty z serem, wyśmienite! Świeże i ciepłe były najlepsze, choć te ostygnięte – zatrzymał się i zamyślił na chwilkę. – Właściwie na zimno też były ciekawym bukietem smaków, a z pewnością tekstura stanowiła intrygujący aspekt tego dania – dodał, wpakowując ręce do kieszeni ugrowego płaszcza, udekorowanego we wzory z żółtych kwiatów, które po dodaniu kilku zaklęć transmutujących wydawały się odrobinę poruszać, zupełnie jak gdyby były obrazem. Natomiast dalsza część wypowiedzi mężczyzny wprawiła młodzieńca w lekkie zakłopotanie, przez które wydał się nieobecny bardziej niż zawsze. – Ostatnio wspominała coś o nich – przyznał, wracając do wspólnie spędzonych chwil. – Nie mogę jednak rzec, czy się lubimy, wszak nie wypowiem się za nią. Zaś mówiąc za siebie… - zerknął na taflę wody, a potem nerwowo poprawił czerwony szalik. – Upodobałem sobie darzyć ją uczuciem, choć nie potrafię go określić jednoznacznie – odpowiedział w końcu, zastanawiając się, czy nadal mówił o Sue, czy może jednak o Isabelli, Celine lub innej damie, dla której stracił głowę. Kto wie jeszcze, dla kogo ją stracił. Słysząc kolejne pytanie, zamrugał parokrotnie, jak gdyby nie do końca je zrozumiał, a dopiero wyjaśnienie uświadomiło go bardziej, o czym wujek mówił. – Non, non. Je prends le sac – odpowiedział prędko, a zaraz potem uśmiechnął się przepraszająco. – Torbę. Mam torbę – z lekka speszony wygrzebał lniany materiał z kieszeni. – Cioteczka nawet przystroiła ją w wyhaftowane grzybki – zauważył, rozkładając torbę i pokazując koślawy wzór wykonany nicią. Stał tak chwilę, otrzepując jeszcze materiał i skubiąc z niego jakieś drobinki, przez co niemal nie zauważył, że pan Beckett zdążył prawie zniknąć już między krzakami. Pędem więc ruszył w ślad za sąsiadem, przerzucając torbę przez ramię. W ciszy i skupieniu zaczął rozglądać się po poszyciu, starając się odnaleźć znajome kształty. Co prawda nie potrafił rozróżnić konkretnych rodzajów grzybów, lecz wierzył, że tę wiedzę posiadała Stevie. Cichutko zaczął, nucić pod nosem wiadomo, jaką piosenkę, aż w końcu ten błogi stan przerwał wujek, zaczynając snuć intrygujące wizje. Julien uniósł lekko brwi, potem je zmarszczył, aż w końcu tylko jedna brew powędrowała ku górze. – Nie wydaje mi się – stwierdził, zaczynając odpowiedź od ostatniego pytania, podążając dalej za mężczyzną. – Ta idea jest wyjątkowo fascynująca, drogi wujaszku. Wszak w tej chwili mamy zaledwie swe głosy, a gdyby tak faktycznie nosić ze sobą samą Celestynę i jej wybitnie nieprzeciętny wokal? I wspomina wujek, że… tylko trafiałoby to do uszu… Czyli ja mógłbym słuchać jednego utworu, a wujcio drugiego? – zapytał dla pewności, zafascynowany ideą. W końcu wyprzedził mężczyznę i obrócił się do niego, idąc przez to tyłem w nieznane. – A gdyby w ten sposób się komunikować? Tak jak przez lusterko dwukierunkowe, lecz samym głosem i nikt nie byłby w stanie tego dostrzec? – podekscytował się takim wyobrażeniem, a przez swoją nieuwagę w tej samej chwili stanął na czymś nierównym, potykając się i lądując na pupie. Twarda blacha zadudniła, choć wydawało się, że młodzieniec upadł na ziemię. – AUĆ! Quoi de neuf?! – stęknął, zerkając pod siebie. Najpierw pomasował obolałe miejsce, a potem przetarł ziemię pod sobą. – Cóż to… - wyszeptał, a zaraz potem raptownie podniósł się do góry.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Stevie już dawno się postarzał. Wszystkie starsze panie, które zamieszkiwały Dolinę Godryka, już dawno nie żyły, a młode pokolenie powoli wkraczało butami w spokojne życie. Z tego akurat się cieszył. Potrzebna była młoda krew, jurna i żwawa, by okiełznać całą tą okropną wojnę. Sam już nie miał tyle siły co niemal dziesięć lat temu. Czasy gdy sam miał ledwo ponad dwadzieścia lat, już dawno minęły. Cała lata pięćdziesiąte były jakieś dziwne. Co prawda czas poświęcał przede wszystkim pracy w warsztacie, czy to przy świstoklikach czy czegokolwiek by dusza nie wymyśliła. Czasem pomagał, opowiadał i nawet uczył, tego co sam poznał przez całe swoje życie. Tak właśnie zacieśnił więzi ze Steffenem. Dzieciak, podobnie zresztą jak Julek, przywykli mówić do niego Wujek. Nie było milszego uczucia niż czuć się jak część rodziny. Nawet jeśli absurdalnie dysfunkcyjnej.
- Te trójkąty z serem to chyba tosty, Julek - pokręcił głową, dalej czasem zapominając jak mało niektórzy wiedzą o zwykłym... to jest, o mugolskim życiu. - Musisz spróbować ze szpinakiem albo salami. O salami teraz trudno, ale... O! Wpadnij do mnie potem to dam Ci parę pomidorów, one też będą pasować do tostów. Albo, po prostu wpadnij to Ci te tosty zrobię - postanowił, nie będącym pewnym jak dobrze poradziłby sobie de Lapin, z własnoręcznym zrobieniem tosta.
Do stylu chłopaka przywykł już, chociaż ten dalej zadziwiał. Być może Beckett był już po prostu starej daty, ale zwyczajnie nie rozumiał tej mody. Wzorzyste płaszcze? Akceptował, tolerował, złego słowa by o tym nie powiedział, ale... No ale nie rozumiał. Widać czasem lata doświadczenia nie były w stanie nadążyć za młodymi. Świat pędził do przodu, a oni mieli pościć. Julek, nawet w różowym płaszczu w zielone grochy, nie pogardziłby porządną kolacją u Wujka Steviego.
- Nie zastanawiaj się za długo, Julek - powiedział jeszcze krótko. - Życie przeleci Ci przez palce, wiem co mówię. Zaśniesz dzisiaj, a jutro otworzysz oczy. Tyle, że minie dwadzieścia lat. A Ty będziesz stary i pomarszczony jak ja - mrugnął do chłopaka. - Jeśli Ci się podoba ta dziewczyna to powiedz jej o tym. Albo nie. Właściwie to... - właściwie to Beckett kiepsko radził sobie w tego typu sprawach. Wszystko jakoś wychodziło. - Właściwie to nie wiem. Ale na pewno wiem, że nie można wszystkiego zostawiać na ostatnią chwilę. Zwłaszcza jeśli chodzi o takie ważne decyzje - czy Mary Jo zgodziłaby się z nim teraz?
Torba. No dobrze, niech będzie. Biedny Julek nie mógł wiedzieć przecież, że w takiej torbie grzyby mogą się pognieść, no i nie będą miały czym oddychać. Nie zamierzał jednak teraz mu o tym mówić. Chłopak wydawał się być zbyt zadowolony z torby w wyhaftowane grzybki, by można było mu teraz o tym powiedzieć. Stevie poszedł już jednak dalej w stronę lasu. Nie mieli dużo czasu, zwłaszcza, że przebywanie poza domem, w ostatnich czasach wiązało się z ryzykiem. Swoje życie by nawet i mógł zaryzykować, i tak był już stary i swoje przeżył, ale de Lapin miał przed sobą całe, długie, piękne życie.
- Można by to było zrobić, będę musiał tylko przysiąść i policzyć, nie wiem czy znajdę teraz na to czas... - pokręcił głową, szybko przypominając sobie jak wiele ma obowiązków. - Ale gdyby się udało, może gdyby wykorzystać na przykład kwestie migotania magii? Ale jak to wycyrklować... Lusterko tak, ale to zaledwie para. A gdyby tak stworzyć odbiornik? Tyle, że przenośny? Coś jak radio... - pogrążył się we własnym rozmyślaniach, gdy nagle usłyszał stukot i dziwne francuskie chyba przekleństwo.
Julien leżał teraz na ziemi, odgarniając ją palcami, a Stevie stanął jak wryty, wybity z własnych rozmyślań. Jeśli chłopak w ten sposób chciał zbierać grzyby, to było to co najmniej dziwne. Ach... Ci Francuzi... Zawsze przerost formy nad treścią.
Dopiero wtedy dostrzegł na czym właściwie leżał młodzieniec. Wyglądało jak...
- Święty Merlinie, odsuń się, Julek! - niemal wykrzyczał i podniósł chłopaka do góry. Wyciągnął różdżkę wpatrując się w klapę w ziemi. - To wygląda jak jakiś wojenny bunkier... Albo schron. Albo kanały. Ale skąd kanały w lesie? Pamiętam takie miejsca z czasów gdy byłem dzieckiem, bawiliśmy się w nich. Raz nawet chowałem się w takim przed łobuzami - pokręcił głową, wciąż wpatrzony w punkt w ziemi. - To może być wyjście awaryjne, główne powinno być gdzieś indziej - mieli tu przyjść na grzyby, ale... - Tam może się ktoś chować - powiedział krótko.
Masz może, Juleczku, ochotę na przygodę?
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

Tosty – powtórzył jakoś tak nijako, jak gdyby słowo samo w sobie mu nie zasmakowało. Nie pamiętał, jak nazywała to mama, lecz nie leżało mu to dobrze na języku. Nie znaczyło wiele, a jego etymologia była dziwnie obca, której w tej chwili nie mógł się doszukać. Zamrugał zaraz potem, krzywiąc się lekko na wspomnienie kolejnych produktów, które można było zapiec z chlebem. – Salami? – powtórzył, ewidentnie nie będąc fanem tejże wędliny. Ktoś kiedyś powiedział mu, że mieli się w niej mózg osła! Jeśli jesteśmy tym, co jemy… to Julien, ani trochę nie chciał uchodzić za osła. Dopiero na pomidory pokiwał głową i już miał mówić, że chleba to on nie ma, więc pewnie pójdzie do Kurnika, lecz kolejna propozycja, która padła z ust starszego mężczyzny ucieszyła wreszcie poetę w pełni. – Och! Oui! Bardzo chętnie przybędę do pańskiego domostwa skosztować tostów z pomidorami – uznał doniośle, wymachując teatralnie ręką. Nigdy nie przykładał wagi do gotowania – w szkole robiono to za niego; w teatrze zajmowała się tym mama lub ktoś innych, zwykle przygotowując wyżywienie dla całego teatru; w Paryżu często chodził do restauracji; w Kurniku gotowała Ida, a czasem Alex. Umiał za to zaparzyć zioła i herbatę, ale zrobienie tostów mogło skończyć się z lekka tragicznie – najpewniej zmarnowaniem zapasów, przypaleniem tosta, siebie i połowy kuchni.  
Wizja starości umknęła na rzecz kolejnego stwierdzenia starszego czarodzieja. Julien zagryzł lekko wargi, ściągając brwi w skupieniu. Przecież… zawsze adoruje damy, prawi im komplementy, docenia ich urodę i urok, lecz tak na dobrą sprawę nigdy nie poszedł z tym dalej, poza niewinne pocałunki dłoni, ramion czy ust. Nie potrafił też związać się z jedną, choć każda była równie wartościowa! Był uzależniony od poczucia zauroczenia, zakochania i złudnej miłości, bo czy kiedykolwiek czuł najprawdziwszą miłość? Wzdrygnął się nieznacznie, przesuwając powoli dłonią po czuprynie, jak gdyby naśladując bardzo powoli czyjś gest. Dlaczego tak dziwnie się czuł, gdy o tym myślał? Przestawał sobie radzić z rozumieniem samego siebie? Chociaż czy kiedykolwiek rozumiał w pełni? Sądził, że nic go już nie zaskoczy w takich kwestiach.
Jego wzrok utknął na chwilę w oddali, a potem pomknął ku chmurom i niebiosom, roztaczając wyobraźnią widok gwiazd, których jeszcze nie było widać – był dzień. Wreszcie jasnowidz zwiesił głowę i ramiona, nie mając słów komentarza dla wujka Becketta. Ścisnął usta w cienką linię i obracając się w miejscu, był niemal pewien, że w ten sposób jakoś rozładuje wewnętrzne spięcie, które wytworzyło się przez tę część rozmowy.  
Na szczęście kolejny temat odciągnął dziwne myśli. Francuz pokiwał kilkakrotnie głową, słysząc te wszystkie naukowe pomysły. – O tak! C'est une très bonne idée! – zawołał, wszak przenośne radio byłoby genialnym wynalazkiem. – Och! Panie Beckett, a gdyby podrzucać takie radyjka w różne miejsca i nadawać z nich pokrzepiające komunikaty dla strapionych przez wojnę dusz? Tudzież wykorzystać to w podobny sposób, mogący przyczynić się do polepszenia sytuacji na froncie, co pan o tym sądzi? – zagaił, choć sam zdziwił się, jak poważna była to myśl!
Upadek najpewniej będzie musiał zaleczyć jakąś maścią od Alexa, bo kto chciałby cierpieć z siniakami na pośladkach? Lecz teraz niewiele był w stanie o tym myśleć, wszak znalezisko wydawało się znacznie bardziej absorbujące! Krzyk Becketta nieco wystraszył Francuza, na co ten natychmiast chwycił mocno różdżkę, wyciągając przed siebie w bojowej postawie, niemal jakby klapa w ziemi stanowiła największe zagrożenie na świecie. A jeśli coś takiego pod nią było? Prędkie wytłumaczenia ze strony starszego czarodzieja wcale nie ostudziły zmartwień Juliena. – Chować lub czaić – stwierdził, marszcząc lekko brwi. Chyba zbieranie grzybów musieli sobie w tej chwili darować, wszak do zebrania było coś znacznie cenniejszego. – Trzeba tam zajrzeć, czyż nie? – zapytał, nie czując się w pozycji, aby o tym decydować. To Beckett tu dowodził.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

{ 3 lutego }

Zimny, morski wiatr uderzył go w twarz, szarpiąc połami podróżnego płaszcza, gdy wraz z cichym trzaskiem teleportacji zmaterializował się na wybrzeżu, lądując na mokrych od topniejącego śniegu kamieniach, w bezwiednym odruchu sięgając lewą ręką do kapelusza – przytrzymując nakrycie głowy w miejscu, nim zdążyłby porwać je któryś z silniejszych podmuchów. Prawą, zaciśniętą na różdżce dłoń uniósł odruchowo, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia, ale okolica wydała mu się pusta – i monotonna, nie licząc kamiennego, wyrastającego z lądu komina. Manannan zawiesił na nim na moment spojrzenie, starając się odgonić od siebie nieprzyjemne uczucie bycia obserwowanym, które więcej miało wspólnego z tkwiącą głęboko w pamięci historią nieszczęśliwej czarownicy, a mniej z faktyczną czujnością, choć tę drugą mimo wszystko również starał się zachować, świadomy, że znajdował się na terenie opanowanym przez wroga.
Póki co – chyba nieobecnego; wypuścił ze świstem powietrze przez zaciśnięte zęby, przed ruszeniem wzdłuż brzegu zerkając jeszcze w zaciągnięte szarymi chmurami niebo, z którego od czasu do czasu spadały pojedyncze płatki śniegu. Biały puch osiadał też na łysych gałęziach drzew i – gdzieniegdzie – na ziemi, nadając krajobrazowi dziwnej, melancholijnej aury, potęgowanej dodatkowo przez echa snującej się po okolicy opowieści. To ona go tu przygnała; historia o nawiedzającym Brown’s Point duchu dziewczyny krążyła wśród żeglarzy odkąd pamiętał, zbyt podobna do jego własnej, by był w stanie ją zignorować – zwłaszcza, że według legendy upartą zjawę udało się wreszcie odegnać, sprawiając, że na zawsze rozpłynęła się w nicości, by już nigdy więcej nie powrócić. Szczegóły z tym związane były mętne, powtarzane prawdopodobnie zbyt wiele razy, by dało się wyłuskać ukrytą pod fikcją prawdę, ale ta wciąż jeszcze mogła się uchować – jeśli nie na samym wybrzeżu, to w opuszczonym domu Brownów, podobno po dziś dzień trzymającym się w całości.
Dostrzegłszy pomiędzy drzewami ledwie widoczną ścieżkę, zboczył z wcześniej obranego kursu, ruszając głębiej w ląd; otoczony przez ciemne, milczące pnie, czuł się zdecydowanie mniej pewnie niż w pobliżu wody, nie zatrzymał się jednak ani na moment, lustrując spojrzeniem pnący się w górę teren, dopóki zza ściany łysych zarośli nie wyłonił się zarys budynku. Szary i cichy, niemal całkowicie zlewał się z bezbarwnym tłem, odcinając się od niego jedynie czernią pustych okiennic; drewniane drzwi – jakimś cudem – wciąż trzymały się jednak framugi, co mogło oznaczać, że środek nie został jeszcze w całości splądrowany przez szukających schronienia uchodźców – choć jednocześnie nie dawało co do tego żadnej gwarancji; niszczejący dom prawdopodobnie nie miał mu do zaoferowania żadnych odpowiedzi.
Choć zaciśnięte na różdżce palce drgały w zniecierpliwieniu, nie pokonał reszty dzielącego go od wejścia dystansu od razu, zatrzymując się najpierw na krawędzi niewielkiej polany, żeby się rozejrzeć; wychyliwszy się zza ostatniego rzędu pni, omiótł otwartą przestrzeń wzrokiem, już niemal gotów do uznania, że była pusta – gdy na krawędzi jego pola widzenia coś się poruszyło. Odwrócił się w tamtą stronę natychmiast, na karku czując nieprzyjemny dreszcz, ale nie pozwalając, by opanował go lęk; cichy chrobot poruszanych podeszwami kamieni pozwolił mu na dokładniejsze określenie kierunku, ciągnąc kroki do przodu w poszukiwaniu źródła dźwięku, którym okazał się człowiek. Kobieta; zza jednego z drzew mignęła mu krawędź ubrania, jasna skóra, ciemne, długie włosy; zrobił kolejny krok do przodu, unosząc różdżkę i zapobiegawczo kierując ją w jej stronę, przez jeden absurdalny moment przekonany, że miał do czynienia z duchem samej Jenny – ale to było niemożliwe; jego przypadkowa towarzyszka nie miała zresztą wyglądu przejrzystej mary, choć z tej odległości jeszcze jej nie rozpoznawał, nie mając pojęcia, że to zjawa przyjaciela zdecydowała się znów go nawiedzić – tym razem w zupełnie innej formie. – Zatrzymaj się – powiedział spokojnie, ale na tyle donośnie, by nie mieć wątpliwości, że słowa do niej dotarły; w jego głosie zadźwięczał też rozkaz, ten sam, którego zwykł używać wydając polecenia na pokładzie Szalonej Selmy. – Kim jesteś i co tu robisz? – zapytał, w zamiarze chcąc zabrzmieć tak, jakby miał do tego prawo; poniekąd uważał zresztą, że je miał.


was it a knife in my back or a fork in the road? was it hell or high water that left us alone?
Manannan Travers
Manannan Travers
Zawód : pirat, kapitan Szalonej Selmy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
said goodbye to you my friend
as the fire spread
all that's left are your bones
that will soon sink like stones
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5/60
SPRAWNOŚĆ : 20/5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10515-manann-travers-budowa https://www.morsmordre.net/t10605-zlota-rybka#321117 https://www.morsmordre.net/t10602-hoist-the-colours#321066 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10596-skrytka-bankowa-nr-2306#320992 https://www.morsmordre.net/t10621-manannan-travers

Powrót do góry Go down

Drobna wsiąkiewka przebiegła pod stopami Ronji, gdy ta postawiła kolejny krok na ścieżce wiodącej z Morecambe Bay. W odległości kilkudziesięciu centymetrów przed nią, po śliskich kamieniach wędrował Troskliwszy Niuchacz, nieszczególnie zachwycony wilgotnością powietrza, ale za to dzielnie delektujący się tymczasową wolnością. Ostrożnie ominęła jaszczurkę i kontynuując drogę, pozwalała, by gęsta atmosfera tego miejsca osiadła na barkach kobiety, otoczyła ją ponurym milczeniem wspomnień. Znała Jenny Brown lepiej niż większość, nie tylko z kart ksiąg o historii magii, ale bezpośrednio jako studium przypadku z kursu uzdrowicielskiego. Sto lat od własnej śmierci Jenny nawiedzała to puste i niechciane przez nikogo miejsce, której wytrwałość Fancourt mogła jej pozazdrościć. Siarczyste zimno piekło w blade policzki, a trzymany pod pachą notes trzepotał wystającymi kartkami na wietrze. Spotkanie z lordem Ollivanderem odpowiedziało na kilka jej pytań, ale też wiele pozostawiło wciąż otwartych, zmuszając umysł łaknący logiki ciągłości do szukania własnych odpowiedzi. Wiedziała, że gdzieś w tych okolicach mieści się również leśniczówka Jackie, jednak kobieta jak zazwyczaj miała to w zwyczaju, komfortowo czuła się tylko i wyłącznie we własnym towarzystwie. W ciszy przerywanej szumem fal wracała do historii miłości tak silnej, że przewyższającej nawet granicę śmierci ukochanego Brown.
Ciekawiło ją, czy sama byłaby zdolna do tak intensywnego uczucia, trzymającego przy życiu dłużej niż chleb, albo woda. Ostatnimi czasy łapała się na myśleniu o miłości, o nim, częściej niż wcześniej. Rany po odejściu Earwyna stały się już tylko oddechem przeszłych doświadczeń, które przeminęły wraz z kolejnymi latami. Zatem chociaż jego już nie było, ona wciąż tkwiła w tym samym miejscu niczym nieszczęśliwa Jenny, może odrobinę wolniejsza od starego uczucia, ale wciąż samotna. Dziwna samotność, do której zazwyczaj uśmiechała się ze zrozumieniem i spokojem towarzystwa spokoju, jaki znała od zawsze. W noc sylwestrową, przyglądając się twarzom przyjaciół, cichy głos w głowie podpowiadał jednak, że sama nie jest w stanie przewidzieć, ile jeszcze dane jej będzie trwać u ich boku. Miała w sobie pokłady uczuć niezaspokojonych, poniekąd nawet obcych w tłumieniu pragnień, o których przecież myślała większość ludzkości, na głos lub też nie. Samodzielność znała jak własną kieszeń, ale perspektywa oddanego uczucia stanowiła wciąż tak wielką tajemnicę, jak choroba trawiąca skutecznie organizm kobiety. Dotyk Meduzy sprawiający, że potencjalnie szybciej jej serce zamieni się w prawdziwy kamień, niż znów pokocha. Cichy trzask teleportacji nieopodal sprawił, że dłoń powędrowała do skrytej za połami długiego do ziemi płaszcza różdżki, podczas gdy palce drugiej zacisnęły się na notesie. W jakże brutalnych czasach żyli, iż nawet ona, refleksem nie całkiem świadomym zakładała niebezpieczeństwo swojego życia.
Odruchowo omiotła wzrokiem otoczenie, zwalniając kroku, aż wreszcie całkowicie zatrzymując się w miejscu. Troskliwszy Niuchacz kilka metrów od niej uczynił to samo, unosząc wysoko wilgotny nosek w poszukiwaniu obcego. Wreszcie bursztynowe oczy spoczęły na sylwetce obcego mężczyzny, który wyciągał w jej stronę różdżkę w gotowości… Obrony? Nie, on się nie bronił. Palce ozdabiały bogactwo pierścieni pokrytych nieznanych jej symbolami, odrobinę zbyt natarczywie ubranych by stanowiły jedynie element ozdobny. Wszystko w postawie czarodzieja świadczyło o rozmachu, z jakim żył za pan brat z niebezpieczeństwem. On się nie bronił, on atakował i żądał.
Czy te pytania wymagają unoszenia na mnie różdżki? — Spytała najpierw, zachowując całkowity spokój twarzy niewzruszonej zagrożeniem. — Aż tak bardzo boisz się potencjalnej odpowiedzi? — Głos miała głęboki, lekko zachrypnięty od długiego czasu milczenia, być może tez odrobiny zaskoczony nagłością sytuacji, w jakiej się znalazła. Zagrożenie czaiło się na każdym kroku, ale dzisiejszego dnia w zmarzniętym i zmęczonym trudami codzinnego dnia ciele kobiety nie było miejsca na strach.


( nie wiesz )
co czujesz
Choć serce pali się i drga
Nie znasz swych myśli
Choć nie śpisz przez nie całą noc
To wszystko w środku bo, za maską chowasz drugie dno

Ronja Fancourt
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

to learn what we fear
to learn who we are

OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Brown's Point

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach