Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Sypialnia Michaela
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Sypialnia Michaela


Męska, czyli skromnie urządzona sypialnia - z półką uginającą się od książek, wygodnym łóżkiem i widokiem na wrzosowiska Kornwalii.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Sypialnia Michaela - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down


-Dziękuję... - wymamrotał, zdziwiony. Miło byłoby się położyć. Dać sobą zaopiekować, dostać i wypić lekarstwo na kaca. Odruchowo przeniósł wzrok na łóżko i...
-N..nie, nie teraz. Muszę oddać te ubrania, znaleźć tamtego kierowcę, skrzyknąć innych aurorów. - wypalił, walcząc ze zmęczeniem. Trochę słaniał się z nóg, ale wiedział, że nie da rady odpocząć dopóki nie doprowadzi sprawy do końca. -Byłem w Kent, to tereny objęte wojną, a tam są mugole, nie mogą czekać, musimy ich ewakuować... - zaczął wyjaśniać, gorączkowo, nerwowo. Tak, jakby liczył, że Kerstin zrozumie.
Ale chyba nie zrozumiała. Nagle wyprostowała się jakoś sztywno, zrobiła jakąś zimną minę. W samym pomieszczeniu stało się chłodniej.
A potem w ustach rozbrzmiał mu krzyk. Piskliwy, wysoki, głośno wibrujący w uszach.
-Wrócę na plażę w Kent, po ten szalik... - zaczął, gdy mógł jeszcze rozróżniać słowa. Ale Kerstin krzyczała dalej, coś o włóczce, skąd on weźmie dla niej włóczkę, może Riley spał na tym szaliku, oby zostawił go na plaży, bo przecież go o to nie spyta, nie po tym jak zniknął z plaży jak ostatni dupek, tamten człowiek też chciał krzyczeć, ale nie był w stanie...
Zamrugał, bo w jego myśli zdradziecko wtargnął ktoś obcy. Już nie Kerrie, nie Riley, a tamten więzień, z którego na oczach Michaela uleciała dusza.
Nie pomogłem mu, tak jak nie pomogłem mugolowi w Kent...
Ani się waż o tym myśleć...
Kerstin ma rację, nie potrafię być odpowiedzialny, nie pomogłem mu...
ZAMKNIJ SIĘ
TY SIĘ ZAMKNIJ, POTWORZE, NAWET CIĘ TO NIE OBCHODZI
I TU SIĘ MYLISZ, SAM JESTEŚ POTWOREM I NIE WIEM CZEMU JEJ SŁUCHASZ, SPADAMY STĄD - zarządził Fenrir, a jego warkot zagłuszył krzyk Kerstin. Michael odruchowo uniósł drżące dłonie do uszu, wpatrując się gdzieś w przestrzeń. Zrobiło mu się zimno, tak strasznie zimno, ogarnęła go rozpacz, potworny smutek.
Zaradzę na to - I wtedy poczuł znajomy, gorący dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Mógłby się mu poddać.
Zapomnieć. Choć na chwilę. Może znowu obudziłby się pod gwiazdami, obok kogoś, kto nie ma go za potwora.
Nie, nie, nie - prawie, prawie miał ochotę się poddać, ale przypomniał sobie o Kerstin.
Otworzył szeroko oczy, łapiąc gwałtownie powietrze i spoglądając na Kerrie odrobinę przytomniej. Nadal było mu gorąco, przez twarz przemknął grymas strachu. Ile czasu mu zostało? Kilka sekund, kilkanaście?
Był doświadczonym aurorem, tyle musi wystarczyć. Wprawionym, błyskawicznym ruchem sięgnął po różdżkę.
-Abesio. - syknął, usiłując skupić się na lesie za domem, a nie na bolesnych skurczach mięśni. Ryzyko rozszczepienia było niewielką ceną w porównaniu za utratę kontroli przy Kerstin.
Zniknął, a ona pewnie nic z tego nie rozumiała. Dla mugolskiej pielęgniarki wyglądał jak człowiek dotknięty atakiem paniki.

Teleportował się za dom i od razu krzyknął -Ascendio! - a różdżka pociągnęła go do przodu, pomiędzy drzewa. Upadł ciężko i choć chciał rzucać Ascendio dalej, to już nie mógł wstać. Czaszkę rozsadził mu ból, w ciele czuł ogień. Objął głowę ramionami i zwinął się w pozycję embrionalną, usiłując z tym walczyć, zagłuszyć paniczny warkot Fenrira. Nie było tu dementorów, tu była rodzina, nie mógł uciec do wilczego ciała. Wzdłuż kręgosłupa nadal pulsował mu gorący ból, ale już się nie rozprzestrzeniał.
Wszystko zepsułeś.
Pokiwał głową, zgadzając się z Fenrirem. Co prawda, tamtemu chodziło o nieudaną przemianę, a Michaelowi o ryzyko, na które właśnie naraziłby rodzinę. Jęknął cicho i chwiejnie usiadł pod drzewem, głowa nadal mu pękała, tym razem nie tylko z kaca, a w gardle czuł gorzki ciężar.
Jesteśmy potworem - przypomniał sobie i Fenrirowi, ciężko opierając czoło na kolanach. Miał ochotę się rozpłakać i wiedział, że zaraz do głowy przyjdą mu jeszcze gorsze myśli, zwabione poczuciem winy. Gałęzie tych drzew wydawały się stabilne, udźwignęłyby jego ciężar.
Kilka minut i po problemie. Już teraz dławił się powietrzem, dusił własną rozpaczą.
Ale nie miał nawet szalika, a Fenrir bał się tego jeszcze bardziej niż on.
Trudno, będziemy musieli się odważyć - postanowił Michael w przypływie gniewu, gorąca krew nadal pulsowała mu w żyłach.
I wtedy poczuł zapach gwiazd na swoim golfie.
Zamarł, a potem ostrożnie podciągnął kołnierz aż pod nos i zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie, jak czuł się kilka godzin temu.
Przy kimś, kto nie uważał go za potwora.
Niektóre ciężary są lżejsze od innych. To poczucie winy było lepsze od tamtego. Łatwiejsze do zignorowania. Zignorował je więc i pozwolił Fenrirowi i sobie przypomnieć sobie piękną i ciepłą noc, zapomnieć na moment o innych problemach i o złowieszczych gałęziach drzew. W końcu wstał chwiejnie i ruszył z powrotem w stronę domu. Musiał być odpowiedzialny, musiał wrócić po te ubrania i zwołać aurorów i wrócić do Kent.
I nie wpaść na Kerstin po drodze. Nie zniósłby chyba wstydu. Wśliźnie się do domu bardzo, bardzo cicho.

rzuty: k1 azkabanowe, udane abesio, udane ascendio, nieudana przemiana w wilkołaka, dostaję 25 obrażeń psychicznych

/zt tutaj


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Sypialnia Michaela - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

7/8 luty 1958


Po udanej akcji spichlerzowej przeprowadzonej ze Steffenem — wciąż jeszcze nie wierzył, że naprawdę im się udało; w najśmielszych snach nie pomyślałby, że coś takiego może przydarzyć mu się w asyście wesołego i trochę roztrzepanego przyjaciela — nie mógł spoczywać na laurach. Choć ręce drżały mu w ekscytacji, gdy odbierał fiolki od Cattermole'a jeszcze przed rozstaniem i ponownym dotarciem (jak zawsze w asyście Michaela) do Wrzosowej Przystani wiedział, że to dopiero początek jego pracy. Niektórzy mogli powiedzieć, że najbardziej ekscytujący etap miał już za sobą, jednakże nic bardziej mylnego. Michael był na tyle uprzejmy, że udostępnił mu swoją sypialnię; miejsce, w którym Castor mógł znacznie prościej zebrać myśli, w którym minimalna niemal ilość przedmiotów nigdy go nie rozpraszała, gdzie nie było jego kochanych przecież zwierząt, które swoją ekscytacją mogły zrobić krzywdę zarówno sobie, jak i ich właścicielowi. Musiał pamiętać, by odpowiednio podziękować przyjacielowi następnego dnia.
Tymczasem gdy tylko trafił na piętro domu, pierwsze kilkanaście minut poświęcił na przeniesienie do sypialni Michaela wszystkich alchemicznych przyrządów, które mogłyby przydać mu się w tym zadaniu. Na jedną noc sypialnia aurora zmieniła się w coś na kształt laboratorium, a Castor znów zatęsknił za swoją szopą. Uśmiech na twarzy przywołał dopiero wtedy, gdy przypomniał sobie, że już całkiem niedługo będzie mógł otworzyć swoją aptekę. I — Merlinie, bądź łaskawy — dalsze tego typu badania przeprowadzać już na miejscu, w odpowiednim i przystającym do okazji otoczeniu.
Rozpoczął swoją pracę od opisania każdej z fiolek odpowiednim numerem. Razem ze Steffenem zebrali dziesięć próbek ziarna, po jednym z każdego z wielkich worków składowanych w spichlerzu. Dlatego też na każdej z fiolek odnalazł się numer od jednego do dziesięciu właśnie. Ustawił je w dwóch równych rządkach, po pięć w każdym. Już na tym etapie wiedział, że ziarna przez nich zebrane były różnorodne. Większość potrafił nazwać po prostu z obserwacji wzrokowej, jednak jego dotychczasowe doświadczenia, a zwłaszcza wciąż zajmujące go kwestie wpływu białej (i konsekwentnie, gdzieś na krańcu rozważań, jako tragiczne dopełnienie tej tezy także czarnej) magii na rośliny wszelkiego rodzaju nakazywały mu wzmożoną czujność. Potrzebował największego skupienia, musiał być przy tym niezwykle precyzyjny. Miał wrażenie, że wreszcie miesiące spędzone na doprowadzanie ruchów własnych rąk do perfekcji wymaganej przy tworzeniu talizmanów okazały się prawdziwie opłacalne.
Chwycił w dłoń pierwszą z fiolek, opisaną numerem jeden. Na złoty alchemiczny talerzyk wysypał około jedną trzecią z jej zawartości, aby następnie przy pomocy złotych szczypców rozdysponować ziarna w równej od siebie odległości. Żółto—złota barwa oraz charakterystyczny, podłużny kształt ziaren podpowiedziałyby nawet nowicjuszowi w dziedzinie zielarstwa, że w istocie były to ziarna owsu. Castor jednak nie zamierzał poprzestać na tej prostej obserwacji. Na dowiedzenie się o przydatności ziarna do czegokolwiek nie składało się wyłącznie określenie jego gatunku. Przysunął bliżej siebie alchemiczną wagę, na której umieścił ziarna. Zapisał sobie ich wagę na przygotowanym wcześniej pergaminie, po czym zebrał ziarno na powrót na talerzyk. Dopiero wtedy chwycił za swą różdżkę.
— Calidi — zaklęcie wybrzmiało w pokoju, a z wycelowanej w ziarna różdżki wyleciała smuga magii. Smuga, która prędko zasuszyła ziarna, nawet szybciej, niż Castor by się tego spodziewał. Ale zauważył, że ostatnimi czasy podarowana przez sir Ollivandera różdżka spisywała się znacznie lepiej niż na samym początku. Chyba zaczynali się dogadywać. Wracając jednak do pracy, przesypał zasuszony produkt na powrót na wagę, z której ponownie zczytał wagę. Pozostało jeszcze podstawić odpowiednie dane pod przygotowany wcześniej wzór. Znów podziękował w myślach za możliwość nauki numerologii z wujkiem Beckettem. Gdyby pozostał sam sobie, pewnie poległby na tak prostym zadaniu. Tymczasem lata przepełnione próbami zrozumienia tej materii okazały się wreszcie przydatne. Wynik obliczeń ucieszył Castora o tyle, że według jego najlepszej wiedzy procent wilgotności tego konkretnego zbioru ziaren owsa wynosił 13,5%. Niemal modelowo.
Przesypał susz do kolejnej z fiolek, którą opisał "susz owsa, 7.02.58". Niezbyt wyszukane, ale na teraz wystarczy.
Sięgnął po drugą z fiolek, powtarzając proces. Tym razem ziarno było ciemniejsze, nieco krótsze od wcześniejszego i pozbawione charakterystycznych "lotek" na końcach. Żyto, bowiem tym właśnie była próbka opisana numerem dwa, wyglądała na całkiem zdrową. Ponowił wcześniejsze zabiegi — tym razem wynikiem działania pozwalającego na odkrycie poziomu wilgotności okazało się być 14%. Idealnie. Ponownie przesypał ziarno do czystej fiolki; "susz żyta, 7.02.58".
Przy trzeciej z kolei próbce zmarszczył mocno czoło. Zdobycie dobrej jakości pszenicy w dzisiejszych czasach graniczyło z cudem. Anomalie oraz spowodowane nimi zmiany pogodowe poważnie wpłynęły na stan zbiorów, dlatego też szczerze powiedziawszy, nie spodziewał się, że zastanie tutaj właśnie to ziarno. Podejrzewał, że nie pochodziło z Wielkiej Brytanii. Na wyspach każdy bowiem wiedział, że zeszłoroczne zbiory można było bez większego zastanowienia nazwać najgorszymi, jakie zdarzyły się w tym miejscu od lat. Więc może Francja? Wyobrażał sobie, że południowy klimat tego kraju musiał służyć ziarnu. Wyglądało na to, że utrzymywało naprawdę najwyższą jakość.
Nie mógł się powstrzymać. Sięgnął więc po niewielki, ostry nożyk, przecinając ziarno na wskroś, posiłkując się występującym w nim naturalnie wgłębieniem. Ziarna pszenicy były szczególnie wdzięczne do krojenia — nie posiadały bowiem tak zwanej ości, po której mogło prześlizgnąć się ostrze. Gdy rozkroił ziarno, wstrzymał na moment oddech. Spodziewał się tam wszystkiego — począwszy od larw, nadgryzień, czy może trującego wypełnienia. Zamiast tego, ku swojej uldze okazało się, że ziarno było zupełnie zdrowe. Może czasami wypadało zarzucić myśli o najgorszym i pozwolić sobie działać bez uprzedzeń? Tym razem odstąpił od badań wilgotności ziarna. Przeczuwał bowiem, że będzie utrzymywało się w podobnym przedziale, co wcześniejsze próbki. Zamiast tego, przy pomocy ostrza ostrożnie rozbierał ziarno na czynniki pierwsze. Pozbawiał każdej z trzech warstw osłonki, mrużył oczy z okularami podciągniętymi wysoko na sam mostek nosa, nieziemsko przy tym zgarbiony. Taki zabieg pomógł mu określić, że nawet zawartość brudu, czy też jak to nazywali niektórzy ze specjalistów w dziedzinie ziaren "popiołu" również była zaskakująco niska. Na koniec gołe ziarno roztarł pomiędzy palcem wskazującym i kciukiem. Mączny osad pozostał na jego palcach, co przyjął z kolejną dawką ulgi. "Pszenica, 7.02.58".
W fiolce numer cztery znajdowała się kolejna porcja żyta. Tym razem nie poddał jej ponownemu wysuszeniu, przechodząc bezpośrednio do praktykowanej przy pszenicy sekcji ziarna. Dłoń nie drgnęła, gdy pozbawiał je zewnętrznej, najbardziej podobnej do papieru osłonki. Ta ustąpiła bez najmniejszego oporu, Castor zaś czuł się, jakby obierał bardzo dziwnego, miniskularnego banana, a wszystko przez to, że to na górze ziarna znajdowało się najlepsze miejsce, by podważyć kolejne warstwy, następnie przeciągnąć je w dół, w kierunku wyimaginowanej łodygi, jakby właśnie z żyta tworzył coś w rodzaju kwiatu. Gdyby miał do czegoś to porównać, prawdopodobnie wybrałby kwitnące malwy, choć osłonka żyta musiałaby mieć raczej bardziej okrągły, niż podłużny kształt. Na koniec wyciął również ość, zauważając, że po oczyszczeniu ziarna znajdowało się w nim znacznie więcej brudu niż w przypadku wcześniej obserwowanej pszenicy. Nie powinno go to dziwić. Żyto potrzebowało mniej wyśrubowanych gatunków, mogło więc być... krajowe.
Przy numerze pięć zatrzymał rękę dość prędko. Coś podpowiadało mu, że w jęczmieniu (wyjątkowo długie ości odznaczały się w tym gatunku ziarna szczególnie) mogła czaić się na niego niespodzianka. Pchany intuicją postanowił, póki co nie próbować zaklęcia zasuszającego. Zamiast tego przeciął ziarno ostrożnie na połowę, w ruchu prostopadłym do ości.
To, co zobaczył przed swoimi oczami, sprawiło, że aż przeklął w myślach. Ziarna były wyraźnie nadgryzione. Przeczesał prędko włosy dłonią, jednocześnie marszcząc w zamyśleniu nos. Po części spodziewał się, że napotka na jakieś problemy. I cieszył się, że stało się dopiero w połowie stawki. Zagryzł delikatnie policzek, przestępując do przecięcia pozostałych, zgromadzonych na talerzyku ziaren. Wszystkie nosiły te same ślady; osłonki pozostały nienaruszone, przynajmniej na to wyglądało, oznaczało to więc, że odpowiedzialne były wołki zbożowe, rodzaj robactwa, który spędzał sen z powiek większości ludzi zajmujących się przechowywaniem i hodowlą zbóż. Z jednej strony czuł spore rozczarowanie — miał nadzieję przesłać sir Longbottomowi same dobre wieści, niestety... nie było mu to dane. Stan nadgryzienia sugerował jednak, że owady wciąż znajdowały się w fazie wzrostowej. Dopiero dorosłe osobniki mogły zrobić zbożu większą i poważną krzywdę. Odpowiednie przechowywanie mogło skutecznie wyplenić szkodniki, a po oddzieleniu uszkodzonych ziaren od tych zdrowych pozwolić na dalszą eksploatację ziarna. Musiał pamiętać, żeby i o tym wspomnieć w liście, a także podzielić się pomysłem z Herbertem, do którego miał trafić już jutro. "Wołki zbożowe — jęczmień — 07.02.58".
Nigdy nie spodziewał się, że analiza zboża może być tak zajmująca. W pokoju zrobiło się ciemno, mroźne objęcia nocy chciały chyba go rozproszyć, zaprosić na krótki odpoczynek, ale Castor nie potrafił się poddać. Nie patrząc nawet na to, co odnalazło się w kolejnej, szóstej już fiolce, przesypał jej zawartość na talerzyk. I niemal podskoczył, słysząc charakterystyczne szczęknięcia. Wcześniejsze ziarna opadały na talerzyk miękko, tak jak powinny. Tym razem jednak ziarna były znacznie cięższe, co można było wywnioskować z samego tylko słuchu. Gdy Sprout spojrzał na talerzyk, ledwo zdusił w sobie rozbawione parsknięcie.
Kukurydza. Jakże by inaczej.
Ona również wyglądała na zdrową. Dla świętego spokoju postanowił przekroić jedno z ziaren, lecz gdy zobaczył, że pozostawało w środku nietknięte, przystąpił ponownie (ze spokojną głową i sumieniem) do mierzenia poziomu wilgoci.
— Calidi — tym razem zaklęcie zadziałało właściwie jeszcze szybciej, niż na początku. A może był zmęczony i tylko mu się tak wydawało? W każdym razie, po podstawieniu zmiennych w odpowiednich miejscach równania wilgotność ocenił na 16%. Nie było to znowu źle; w każdym innym ziarnie niż kukurydza uznałby to za potencjalnie niebezpieczne i przestąpiłby do badania czy w takiej próbce nie znajdują się ziarna zainfekowane chociażby roztoczami lub pasożytniczymi odmianami grzybów. Kukurydza miała to do siebie, że mogła prezentować delikatnie wyższy poziom wilgotności od ziaren suchych.
Podciągnął rękawy ciemnego swetra do łokci, po czym przeciągnął się w miejscu. Kilka kości strzyknęło niebezpiecznie, on sam pozwolił sobie nawet na dość szerokie ziewnięcie — był w końcu sam w pomieszczeniu, a natura jego pracy była na tyle cicha, że był pewien, iż nikomu nie przeszkadzał. Nie zostało mu wiele do końca, lecz musiał zachować czujność oraz trzeźwość umysłu. Dotychczasowe wyniki, choć w znakomitej większości idące po jego myśli, okazywały się czasem zaskakujące. Wciąż zastanawiała go kwestia pochodzenia pszenicy z trzeciej fiolki, niesmak pozostał po larwach nadżerających zawartość fiolki piątej.
Co czekało na niego w siódmej? Podobnie jak w przypadku wcześniejszej fiolki — i zgodnie z informacjami przekazanymi w liście, którego treść z okazji spalenia zaraz po odczytaniu po raz pierwszy musiał przywoływać z pamięci — nie było to tylko zboże. Nasiona gryki zwyczajnej w tym domu znajdowały się przede wszystkim w formie kaszy gryczanej i Castor przez moment pomyślał, że chyba był głodny. Michael pewnie ucieszyłby się na tę myśl, Sprout natomiast uznał ją teraz za skrajnie nie wygodną i niepotrzebną. Ziarna pachniały dość intensywnie, znacznie intensywniej, niż zapamiętał je z czasów innego życia, tego przed ugryzieniem. Ponownie w ruch poszedł nożyk, którym tym razem najpierw zmiażdżył jedno z ziaren, rozsmarowując je na talerzyku. Osad, jaki po sobie pozostawił, był modelowy. Pamiętał swego ojca, który w podobnych przypadkach, gdy ktoś z sąsiedztwa zachodził do Wrzosowiska szukając porady, rozpoczynał badanie tak samo. Gdy części ziarna przyklejały się do ostrza, ojciec uśmiechał się szeroko. Jako mały berbeć Castor jeszcze nie do końca rozumiał, dlaczego tak się działo. Teraz, jako wciąż młody, ale wykształcony człowiek mógł powiedzieć, że chodziło o wysoką zawartość skrobii w ziarnie i jej przydatność na cele paszy dla zwierząt lub poddania przetworzeniu w młynie. Nie znał się przecież szczególnie na gotowaniu, ale sam z głowy mógł przywołać chociażby tę kaszę gryczaną, albo nawet otręby lub płatki. Przy okazji nie zauważył żadnych śladów po jakichkolwiek szkodnikach, do jego nozdrzy nie doszedł nawet delikatny swąd niepokojącego zapachu. Siódmą fiolkę mógł uznać za bezpieczną. "Gryka zwyczajna, 07.02.58".
Czy można było mu się dziwić, gdy w dobrym humorze brał fiolkę numer osiem? Chwila rozkojarzenia przyszła akurat w momencie, w którym jedną ręką przesypywał jej zawartość na talerzyk, a drugą pocierał kąciki zmęczonych oczu. Nie zauważył wtedy, że ziarno w kształcie przypominające pszenicę miało znacznie ciemniejszą barwę, wpadającą odcieniem w czerwień albo fiolet, nie był jeszcze do końca przekonany, w który kolor bardziej. Początkowo wydawało mu się, że to tylko wina potarcia oczu oraz dziwnego światła. Zaniepokojony podsunął jednak talerzyk bliżej źródła światła, a gdy okazało się, że to wcale nie były przewidzenia, poczuł, jak ściska mu się żołądek. Z trudem przełknął ślinę i powstrzymał się od wstania z miejsca, przemaszerowania do najbliższego dostępnego do tej pory Tonksa i oznajmienia im z nieukrywanym oburzeniem, że to wszystko prawda, że nie dość, że Aquila Black karmi biedaków zupą z trupów, to jeszcze Malfoy trzyma w spichlerzu zatrute ziarno. Informatorzy sir Longbottoma, kimkolwiek nie byli, wykonali naprawdę kawał dobrej roboty. Castor niekoniecznie jednak chciał być tą osobą, która potwierdzała najgorsze z przypuszczeń.
Czubek języka zatrzymał pomiędzy dwoma rzędami zębów, gdy ostrożnie przecinał jedno z ziaren. Wnętrze różniło się znacząco od tego, które widział wcześniej, przy próbce numer trzy. Zmarszczył brwi mocniej, irytacja odłożyła się w pionowej zmarszczce, która niemal nigdy nie pojawiła się w jego ekspresji. Środek zamiast bieli lub przynajmniej jasnej żółci był zupełnie czarny. I nie była to wina nadmiernej wilgoci, w wyniku której ziarno mogło po prostu zgnić. Ziarno nie było także ofiarą eliksiru herbicydy. Castor widywał kilkukrotnie uprawy uszkodzone tą miksturą i nigdy nie był świadkiem czegoś takiego. To musiało być coś innego. Coś, do czego każdy porządny zielarz by się nie posunął. Coś, co musiał przedyskutować poważnie z Herbertem, może nawet zachaczyć o lorda Prewett. Toksykolog powinien znać się na takich rzeczach. Póki co mógł wyłącznie powiedzieć, że dla bezpieczeństwa wszystkich należało unikać tego rodzaju zboża. "Zatruta (?) pszenica — 07.02.58".
Dziewiątą fiokę powitał z większym sceptycyzmem. Nie pomogło nawet, że już przy przesypywaniu zauważył, że był to jęczmień, drugi egzemplarz zresztą. Spodziewał się, że podobnie jak jego poprzednik będzie zainfekowany pasożytami, dlatego chcąc upewnić się w swym toku rozumowania rozpoczął ponownie od oględzin — tak zewnętrznych jak i wewnętrznych. Westchnął głośno, z niewymowną ulgą, gdy okazało się, że wszystkie ziarna z tej próby pozostały nienaruszone. Uniesione w napięciu ramiona opadły, on sam zsunął się nieco na krześle, potarł się energicznie dłonią po policzku. Jasny zarost podrażnił lekko skórę — tak, gdy tylko rano wstanie, musiał pamiętać by się ogolić. Ale sensacja ta pozwoliła mu ponownie usiąść jak człowiek, wykrzesać z siebie jeszcze trochę wysiłku fizycznego jak i umysłowego.
— Calidi — wypowiedział raz jeszcze, gdy ziarna po wcześniejszym spisaniu wagi przed ususzeniem ponownie trafiły na wagę. Tak jak pozostałe próby, okazało się, że przedstawiały niemal modelową wilgotność. Jęczmień miał w sobie około 13,8% wilgotności, po zaokrągleniu oczywiście, gdyż resztka po przecinku wydawała się Castorowi ciągnąć w nieskończoność. Ziarna przesypane do przedostatniej z wolnych fiolek zostały opatrzone notatką "jęczmień zdrowy, 07.02.58".
Ostatnia z próbek okazała się być chyba drugą najwdzięczniejszą do analizy. Ziaren amarantusa nie dało się pomylić z żadnym innym zbożem, nawet z rodziny zbóż rzekomych, do której należał. Jego przypadku nawet bezcelowe było roztrząsanie, czy był gatunkiem wyhodowanym w Wielkiej Brytanii — Castor wiedział, że nie było takiej opcji. I chyba zrobił się z tego powodu jakiś złośliwy. Malfoy miał czas i pieniądze, by ściągać amarantusa zza morza, a ilu ludzi głodowało? Nie tylko w Londynie, przecież wśród jego własnych przyjaciół mógł z łatwością znaleźć tych, którym się nieszczególnie powodziło. Przecież nawet Tonksowie przyjmujący go pod dach nie narzekali na nadmiar jedzenia! Roztarł między palcami dwa ziarna, po czym przytknął je sobie do nosa. Pachniały odpowiednio, gdyby miał w sobie nieco więcej zacięcia komediowego mógłby uznać, że zgodnie ze wzorcem. Nie było mu jednak do śmiechu, nie po tym wszystkim, czego dowiedział się z zajęcia, które jedni uznać mogliby za nudne, a jemu zajęło właściwie całą noc. Po opatrzeniu ostatniej z fiolek adnotacją "amarantus, 07.02.58" przeciągnął się bowiem na krześle raz jeszcze. Gdy obrócił głowę w bok, w kierunku okna, zauważył, że zaczynało świtać. Niebo wciąż było ciemne, choć na horyzoncie rysował się pierwszy, jaśniejszy pasek. Naprawdę tyle czasu mu to zajęło? Ziewnął raz jeszcze, tym razem odruchowo zasłaniając usta dłonią.
Chyba zasłużył na odpoczynek? List w całej swej skondensowanej informacyjnie treści napisze — dla pewności — po drzemce. Jeszcze pomyliłby się w szczegółach, których od niego wymagano. A na to nie mógł sobie pozwolić.

| 2689 słów.
rzuty na Calidi
z/t


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Sypialnia Michaela

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach