Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Sypialnia gościnna
AutorWiadomość

Sypialnia gościnna

Jeden z pokoi, który przeznaczony jest dla osób, które akurat nocują w domu Tonksów. Poza łóżkiem szafa i szafką koło łożka znajduje się niewielkie biurko z krzesłem. Obecnie stał się prywatną sypialnią Hannah. W razie potrzeby na dole znajduje się kilka nadal wolnych kanap.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Sypialnia gościnna Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down

19 października
Chłodny podmuch jesiennego wiatru zatrzymał się na zarośniętej twarzy, gdy wolnym krokiem przemierzał jedną z bocznych ulic irlandzkiej stolicy. Pierwsze, pożółkłe liście o poszarpanej strukturze zerwały się do wirującego tańca lądując na zakurzonej i popękanej kostce brukowej. Biało-szare obłoki mknęły po zachmurzonym niebie zwiastując rychłe opady drobnego deszczu. Cienkie promienie słońca nie dały rady przedostać się przez nieprzepuszczalne sklepienie; mimo wczesnej, przedpołudniowej pory, otoczenie wydawało się zaciemnione, przykryte cienistą kotarą. Choć okrutne jarzmo wojny, nie miało okazji rozgościć się na terenach sąsiadujących z uciemiężoną Wielką Brytanią, niepokój zagnieździł się w przyspieszonych sercach tutejszych mieszkańców. Różnorodne informacje rozchodziły się w zawrotnym tempie. Ostre macki propagandy mieszały się z czynnym działaniem aktywnej rebelii. Prawda nakładała się na utopijny fałsz zaskarbiając podzielonych zwolenników. Rozgłośnia radiowa rozbrzmiewała patetycznym nawoływaniem, a ciche szepty zgromadzonych przy sklepach przechodniów wnikały w głąb niewyleczonego umysłu. Miasto wydawało się skurczone, jakby opustoszałe. Coraz mniej zabieganych jednostek załatwiało codzienne sprawy; starali się zrobić zapasy, przemknąć niezauważenie znikając w ceglanej przestrzeni miastowej kamienicy. Unikał obcych; wścibskie tęczówki zawieszone na lekko przygarbionym przechodniu, przerażały. Od momentu opuszczenia plugawych podziemi więzienia, nie czuł się bezpiecznie; obserwowany, śledzony przytłoczony samotnością, lub zbyt obszerną obecnością. Szedł w swoim tempie przyciskając cienki materiał płaszcza do odkrytej szyi. Dzisiejszego dnia nie czuł się najlepiej. Przez całą noc praktycznie nie zmrużył oka. Po raz kolejny błądził między wąskimi korytarzami kamiennego labiryntu natrafiając na lodowe pułapki, martwe place najbliższych przyjaciół, pragnące zacisnąć się na kostkach, nadgarstkach, wrażliwej krtani. Bolała go głowa, lecz poprzez nadmiar obowiązków starał się oddalić niewygodne i nieprzyjemne objawy. Fiolki z przygotowanymi ingrediencjami obijały się o siebie wydając charakterystyczny, szklisty dźwięk. Zlecenia choć liczne, nie dawały tak owocnego przychodu. Ludzie walczyli z wszechobecną biedą, brakiem zaopatrzenia i podstawowych produktów. Coraz więcej rąk wystawiało się po odrobinę wsparcia i bezinteresownej jałmużny. I choć czynny żal zalewał organ tłoczący życiodajną krew, nie był w stanie pomóc każdemu. Musiał zadbać o siebie, a przede wszystkim o nią. Myśli skoncentrowały się na Gwardzistce przebywającej w rodzinnym domu. Rekonwalescencja była istotna, musiała potrwać kilka tygodniu, w których pragnął wspomóc w powrocie do pełnego zdrowia. Dlatego też przyspieszył tempo niknąć za ostrym zakrętem. Zimne kropelki spadły z przeciążonego nieba, kiedy stukał w drewniane drzwi prowadzące do siedziby angielskiego alchemika – wojennego uciekiniera.
W domu pojawił się około godziny czternastej. Przemoczony do suchej nitki zrzucił z siebie skórzaną torbę oraz wierzchnią warstwę ubrań zostawionych w korytarzu. Wzdychając ciężko powlókł się do sypialni, aby przygotować coś stosownego i zastępczego. Z trudem omijał porozrzucane przedmioty nie zwracając uwagi na nagromadzony bałagan. Od ponad tygodnia nie miał czasu, aby porządnie zająć się zakupionym domostwem. Nawarstwione naczynia, sterty ubrań, kurz piętrzący się na antycznych meblach i ozdobnych ramach mnogich obrazów; czy mogło być jeszcze gorzej? Planowany remont rozciągał się w czasie; musiał przygotować jakąś rozpiskę, konkretny plan działania, który zaprezentuje przyjacielowi z Oazy. Zapowiedział się, iż przekaże mu wymyślone przez siebie zlecenie, lecz obecny stan posiadłości nie nadawał się do wglądu osób trzecich. Stukot zwierzęcych łap rozbrzmiał w korytarzu. Po chwili biała, puchata istota przywitała go gromkim szczeknięciem machając ogonem na wszystkie strony. Tonąc w obszernym materiale ciepłego swetra, wymamrotał w stronę współlokatorki cichy komunikat: – Młoda, szykuj się na wycieczkę. – okrycie znalazło się na ciele, a on przeczesał dłonią niesforne kosmyki. Ciężkie powieki pragnęły zaznać chwili wytchnienia, lecz nie miał na to czasu. Dokończył przebieranie i zszedł na dół, do kuchni chcąc przygotować dzisiejszą wyprawkę. Znajdując płócienną torbę zapakował do niej: dziesięć jajek, z których mógł przygotować kolację, pół słoika płatków owsianych, zsiadłe mleko na ewentualne śniadanie. Dorzucił kilka dorodnych jabłek pochodzących z jego własnej jabłoni; dopełnienie porannego posiłku, a także przysmak blond oblubienicy. W mały pojemniczek odsypał trochę kawy zbożowej, którą mógł zaserwować w każdej chwili. Zagwizdał na małą bestię, która zjawiła się przy nim w tempie natychmiastowym szarpiąc za przydługą nogawkę. Pokiwał głową zrezygnowany nie mając pojęcia jak wychować niesfornego zwierza. Porwał ją do góry przyczepiając do obroży coś w rodzaju smyczy, którą zdążył zakupić na początku miesiąca. Pies kręcił się na wszystkie strony podgryzając cienką linkę. Z półki w holu zgarnął jeszcze tomik francuskich wierszy i zabierając płaszcz, wykorzystał świstoklik, prowadzący w okolice Wrzosowej Przystani.
Drobiny deszczu pomieszane z morską bryzą wypełniły tak świeże i rześkie powietrze. Ostatnie łodygi filetowych wrzosów kiwały się na coraz silniejszym wietrze; postanowił zerwać kilka z nich jako prezent dla biednej mieszkanki tych malowniczych terenów. Zbliżając się do niewielkiego domku poczuł coś w rodzaju nienaturalnego stresu ulokowanego na wszystkich wnętrznościach. Dziwne poczucie winy ciążyło na przemęczonym ciele nie dając chwili swobody. Za każdym razem cofał się o kilka tygodni wstecz, do dnia, w którym wyrwali ją z piekielnej otchłani; do momentu, w którym dźwigając nieruchome ciało w drżących ramionach, był pewny, że widzi ją po raz ostatni. Zostawił ją właśnie tam, na pewną i bestialską śmierć. Do środka wszedł niepewnie, bez pukania. Domownicy wiedzieli, że zjawiał się tu niemalże codziennie. Pociągnął za sobą stawiającego opór psa, który właśnie w tej chwili ujrzał na zewnątrz coś interesującego. Rozszczekał się na całą okolicę, co spotkało się z gromką dezaprobatą: – Cicho już. – ponaglił zsuwając wilgotny płaszcz oraz buty. Po cichu przemknął do kuchni odstawiając przyniesione pakunki. Spokój, który panował wewnątrz domu nasilił szmer pobliskiej wody, zgiełk mnogich kropel uderzających o blaszaną powłokę dachu. Mężczyzna postanowił poszukać dziewczyny zachodząc do jej osobistej sypialni. Kiedy nie trafił na znajomą sylwetkę, wszedł po schodach mówiąc głośne: – Jest ktoś w domu, Justine? – przeszedł korytarzem do samego końca, otwierając drzwi po prawej stronie. Pamiętał, że mieli jeden dodatkowy pokój przeznaczony dla gości, może chciała po prostu zmienić otoczenie? Nie mylił się. Uchylił lekko drzwi, widząc wyraźny zarys skryty pod kraciastym kocem. Znalazł ją. Uśmiechnął się z ulgą wchodząc ostrożnie, aby przypadkiem nie wyrwać jej z objęć samego Morfeusza. Nie spała, czytała książkę obłożoną papierową obwolutą; czyżby coś traktującego dziedzinę białej magii? – Tu jesteś! – wymamrotał łagodnie podchodząc bliżej i siadając w nogach łóżka. Zaraz potem wsunął się na nie trochę bardziej, nieporadnie, przytulając się do jej nóg, kładąc głowę w okolicę kolan i wzdychając ciężko. Dopiero teraz zdał sobie sprawę jak bardzo był zmęczony, znużony, wyczerpany… Westchnął cicho zdając się na kolejną wypowiedź: – Tęskniłem za tobą, wiesz? – tak samo jak wczoraj, przedwczoraj, dzisiaj rano i jeszcze przed południem. Jean wbiegła do pokoju wskakując na posłanie. Od razu przykleiła się do blondynki oddając jej całą, nagromadzoną miłość. – Ach no i przywiozłem ci kilka niespodzianek. To jedna z nich. – dodał zamroczony, a jego głos nikł gdzieś w pościeli. Przycisnął się do jej nóg jeszcze mocniej, objął kolana i na chwilę zamknął powieki. W tym momencie było mu naprawdę dobrze. Czuł jej obecność, zapach, uspokajający oddech. Już dobrze.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 08.08.21 21:28, w całości zmieniany 1 raz
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

Czuła się pusta.
I było jej przeraźliwie zimno. Jakby czas który spędziła w Azkabanie, temperatura, która tam panowała wbiła się tak głęboko w jej skórę i kości, zmieszała ze szpikiem, na zawsze mając pozostać jej częścią. Może właśnie na to zasłużyła. Właściwie, może nie zasłużyła na nic, poza tym, by zgnić w stęchłej celu Azkabanu.
Nigdy nie powinni po nią wracać.
Chciała wtedy umrzeć, nie mogła okłamać samej siebie. Czuła tą okrutną potrzebę by w końcu zamknąć oczy na zawsze i już ich nie otworzyć. Tak straszliwie zmęczona, wykończona fizycznie i psychicznie wszystkim, co sprowadziła na swoje braki sama. Zniszczyli ją. Rozbili, roztrzaskali. Choć walczyła, opierała się, przegrywając raz po razie. Właściwie nie pamiętała rozprawy, unosiły błękitne spojrzenie w którym zaczynał pojawiać się obłęd. Cała reszta zdawała się skryta za mgłą. Pierwsze dni w Oazie były nierealne. Oderwane od rzeczywistości w której nadal nie mogła się odnaleźć. Była pewna, że wszyscy zginęli, umarli, przez błędne kroki, którym się poddała.
Szybko odpuściła próby ucieczki, kiedy pierwsza nie wyprowadziła ją na korytarze Azkabanu. Jeśli śniła, nie chciała się budzić. Pozostała niemym obserwatorem, popadając w swojego rodzaju.Przyjmowała posiłki wiedząc, że tego się od niej oczekuje i pozostawała w łóżku tylko dla nikłej obietnicy, możliwości, poczuć znów dotyk jego ciepła. Tylko ona zdawał się realnie, wyciągając ją z granicy szaleństwa.
I w końcu znalazła się w domu, ale czuła się tutaj obco. Znajome miejsca zdawały się inne, a rzucane spojrzenia pełne litości. Rzeczy opierały się jej, a dłonie kompletnie nie słuchały wydawanych poleceń. Co chwilę coś upadało marazm, przeplatając frustracją. Nie sądziła, by zasługiwała, żeby w ogóle tu być.
Mimo to, codziennie wybudzała się z trawiących ją koszmarów, początkowo prawie nie ruszając się z łóżka, odnajdując jakiekolwiek chęci by uchylić powieki, kiedy znajoma obecność znajdowała się przy niej. Błękitne tęczówki nadal posiadały potrzebę sprawdzania, że jest realny. Nadal, niezmiennie tak samo. Nie rozumiejąc dlaczego nadal, uparcie się zjawiał, przy tak beznadziejnym bycie. Dotyk przynosił chwilę ulgi i czegoś w rodzaju przebaczenia. Zdawał się naprawdę chcieć jej żywej.
A ona nie rozumiała dlaczego.
Dlaczego powracał. Dlaczego pozwalała by wyciągnął ją z łóżka, choć nie chciała go już nigdy więcej opuszczać - w nim przecież, nie mogła popełnić żadnych błędów. Dlaczego podchodził z takim spokojem i wyrozumiałością, kiedy na nią zwyczajnie nie zasługiwała. Bo była okropna, okrutna, mimo że nie wypowiadała słów. We frustracji strącała ze stołu przedmioty, które podnosił. Odsuwała jedzenie, które jej podawał. Powoli, nieśpiesznie, cierpliwie, wyciągając ją z dnia. Codziennie przyciągając bliżej światła. W końcu zaczęła podnosić się sama, stawiać czoła przerażającej pustce, odnajdując w niej objawy własnego szaleństwa. Słyszała głosy, wyraźnie, ale gdy się odwracała nigdy nie mogła dostrzec nikogo. Częściej ćwiczyła dłonie, zaczęła nawet czytać… chyba sama nie rozumiała do końca dlaczego. Dusiła się w czterech ścianach i jednocześnie obawiała się wyjścia poza bezpieczne mury otoczone zaklęciem. Nienawidziła patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Blizna na czole przyciągała spojrzenie jako pierwszy wykrzywiając jej usta, odciągając wzrok. Nie potrafiła wytrzymać widoku samej siebie. Nikt nie zawiódł jej bardziej niż ona sama siebie.
Szczeknięcia przyciągnęły jej uwagę, ale nie wyszła z posłania. Została w łóżku, które wcześniej zajmowała Hannah. Tęskniła za nią, przywykła do tego, że była obok, na wyciągnięcie ręki. Długość kilku kroków które dzieliły ją od razy, albo porządnego rabanu. Czytała jedną z książek o oklumencji, którą podzielił się z nią jakiś czas temu Skamander, nadal nie wiedząc dlaczego. Zakorzeniona wewnętrznie potrzeba parcia do przodu musiała wygrywać z chęcią odpuszczenia całkowicie. A może, nie robiła tego dla siebie.
Jej własne imię zatańczyło wypowiedziane znajomym tonem. Przymknęła powieki, biorąc wdech w płuca. Czując, jak ulga spływa na nią całą, jakby każdego dnia obawiała się, że tego konkretnego nie przyjdzie. Że odpuści, zostawi ją, będzie miał dość. Dość jej humorów, niepełnosprawności, szpetnego wyglądu. Oddychała ciężko, nadal dziwnie niepewna, do czasu do momentu w którym jego sylwetka nie stawała przed nią. I za każdym razem, kiedy jej wzrok w końcu trafiał na niego jeszcze nie ufała temu, co widzi. Tęczówki zawisły na nim, przechylając trochę głowę w lewą stronę. Zamknęła książkę układając ją na podciągniętych nogach. Dłonie położyła na brzuchu. Zmarła ledwie wyczuwalnie na chwilę nie rozumiejąc, dlaczego nie odrzuca go to, co widzi. Codziennie odnajdywać siebie w nim na nowo. Codziennie uczyła się utęsknionej bliskości w której zdawała się ostrożniejsza, niepewna, jakby wszystko za chwilę miało minąć. Mrugnęła, wyrwana z zawieszenia, kiedy kolejne zdanie opuściło jego usta. Uniosła rękę, ale zanim ta zdążyła do niego dotrzeć na łóżku znalazła się Jean. Wyciągnęła do niej ręce, zatapiając chude palce w miękkiej sierści. Obserwując radość szczeniaka, przez chwilę z nią bawiąc. Jej dłoń przesunęła się dalej ku mężczyźnie składającym głowę na jej kolanach. Palce wplotły się w ciemne, włosy, przesuwając po nich powoli. Nachyliła się nieśpiesznie, nie odciągając dłoni. Możliwe, że po raz pierwszy rzeczywiście odpowiadając na kontakt. Przytykając wargi i nos do jego czoła. Wzięła drżący oddech w płuca, przymykając powieki. Ręka przesunęła się dalej zagarniając krótkie kosmyki za ucho, by powędrować na kark.
Wyglądał na zmęczonego.
Pociągnęła go wyżej, na poduszki, nie musieli przecież nigdzie się ruszać.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Sypialnia gościnna Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down

Czuł się winny.
Robił dosłownie wszystko, aby uciszyć nieprzemijające, przytłaczające wyrzuty sumienia. Mieszanka zgryźliwych dźwięków wchodziła głęboko w cienkie warstwy podświadomości przywracając odległe, zamazane obrazy. Potrafił odtworzyć nieznośne odczucie słonecznej spiekoty, towarzyszącej upalnemu dniu publicznej egzekucji. Czuł wyraźną woń stłoczonego tłumu, zakurzonego bruku, metalicznej krwi spadającej na drewniany podest. Pamiętał nieznajome twarze wykrzywione nienawiścią, zmieszaną z paranoicznym strachem oraz całkowitą bezradnością. Widział też , zawieszoną pomiędzy obłokami, zwalczającą kłamliwą propagandę największego wroga. Nie potrafił zatrzymać silnego przeświadczenia, które przekonywało o zbyt dużej bierności. Powinien walczyć za wszelką cenę, troszcząc się o jedną z najważniejszych osób w jego nędznym i nic nie wartym życiu. Wpaść na błyskotliwy pomysł, którym ułatwiłby sposób ucieczki, unicestwił nieświadomych przeciwników. Wybawił od zguby, cierpienia, na które nie zasługiwała, którego nie zdążył zdjąć z jej wąskich i przeciążonych ramion.
Powinien być na jej miejscu.
Pochwycony przez otumanionych pachołków władzy, zaprowadzony do ciasnej, obskurnej celi, w której w końcu policzyłby się z własnym losem. Przemyślał całe, dotychczasowe życie pełne nieprzepracowanej traumy, samotności i wyniszczającej goryczy. Byłby dla nich bezwartościowy. Nie posiadał żadnych, kluczowych informacji umożliwiających unicestwienie drugiej strony. Mogli poddawać go najokrutniejszym torturom, które zniósłby z godnością. Niewzruszony, statyczny, pozbawiony emocji, chęci do jakiejkolwiek interakcji. Pozostawiany w odmętach czarnej otchłani razem z bandą najokrutniejszych recydywistów. Mógł odejść z tego świata wiedząc, że na końcu swej drogi przyczynił się do czegoś dobrego. Wyratował silną opozycjonistkę, która finalnie zakończyłaby tą krwawą i niepotrzebną wojnę. Unicestwiła brzemię noszone przez niewinnych mieszkańców.
Zawiódł.
Wrzesień był dla niego mglistym wspomnieniem. Cisza panująca w pustych pomieszczeniach niedawno zakupionego domostwa doprowadzała do niewypowiedzianego szału. Nie potrafił znieść własnej obecności, spojrzeć na zamglone odbicie w zaśniedziałym lustrze. Unikał ludzi, praktycznie nie wychodził na zewnątrz, przekładając umówione zlecenia. Obce tęczówki wwiercały się w miękką tkankę, potęgując niewygodne poczucie. Drażniły go bliskie interakcje, urwane śmiechy, troskliwe czułości przyprawiające o poranne mdłości. Potrafił całymi dniami snuć się bez celu, nie mając żadnego, konkretnego zajęcia. Nie miał ochoty na wstawanie z rozkopanego łóżka, dbanie o wygląd, czy regularne, pełnowartościowe posiłki. Zadowalał się marnymi skrawkami zapijanymi tanim alkoholem. Troszczył się jedynie o zwierzęta, próbując ukryć tak paniczne i frustrujące myśli. Te krążyły wokół znajomej sylwetki przykutej do kamiennej ściany. Oczami wyobraźni widział to, co najgorsze. Czuł przenikliwy ból rozprzestrzeniony po całym ciele. Serce drżało w panicznym strachu, gdy nocą budził się z realistycznych koszmarów. Płuca piekły od wstrzymanych i urwanych oddechów. Nie był sobą. Wyczekiwał momentu, w którym wyrwany z bezsensownego rytmu szarej codzienności, uda się na ratunek. Nie wiedział czy wezmą go pod uwagę; czy pozwolą, aby wspomógł wymagającą misję. Dopuszczał do działania wiedząc, że przyczynił się do zguby jednej z nich. Nie zareagował, gdy był na to odpowiedni czas.
A teraz? Miał cel, być tylko i wyłącznie dla niej. Nie odstępował jej nawet na krok troszcząc się o każdy, najmniejszy element. Musiała powrócić do zdrowia i odpowiedniej formy. Martwił się niepewnym stanem, wybiedzonym i wychudzonym ciałem, które nie odzyskało jeszcze dawnej mocy. Nie chciał, aby zamknęła się we własnej otchłani walcząc z koszmarami i wewnętrznymi demonami. Pragnął być obok, nieprzerwalnie, niezmiennie codziennie. Z ogromnymi pokładami cierpliwości konfrontował kolejne dni, zmienne humory, niemoc, która zabierała ją z tego świata. Lecz on walczył wydzierając ze szponów bezradności, bezsilności i obojętności. Przynosił odrobinę normalności opowiadając o najzwyklejszych zdarzeniach: pomyleniu ingrediencji podczas wczorajszej transakcji, kupienia nieświeżego owocu, który skonsumował wraz z dzisiejszym śniadaniem. Rozprawiał o dziwnych poczynaniach śnieżnobiałego szczeniaka ganiającego za wyimaginowanym wrogiem, a także o przelotnie napotkanych jednostkach, z którymi zamienił kilka, niewymagających słów. Pilnował regularności posiłków. Nie pozwalał, aby przepuszczała choć najmniejszy kęs. Ze spokojem przyjmował ataki frustracji przymykając powieki, sprzątając rozbite talerze. Był przy niej, tuż obok, nawet jeśli podświadomie nienawidziła natarczywej, nachalniej i zbyt upartej obecności. Robił wszystko, aby poczuła się lepiej: przynosił pojedyncze okazy różnorodnych kwiatów, czytał ulubione książki, pomagał w ćwiczeniu zesztywniałych nadgarstków, które wracały do formy w naprawdę szybkim tempie. Nie była w stanie go powstrzymać. Jeśli wygoniłaby go drzwiami, znalazłby sposób, aby przedostać się zakleszczonym oknem. Zależało mu, jak nigdy dotąd.
Do pokoju wślizgnął się niemalże bezszelestnie. Zostawił lekko uchylone drzwi, wiedząc, że puchaty potwór zapragnie wspólnego towarzystwa. Uśmiechnął się przyjaźnie lokując swój roziskrzony błękit na ulubionej postaci. Cieszył się, że mógł przebywać w jej towarzystwie, spoglądać ukradkiem nasycając się tak uroczym pięknem. Nie przeszkadzały mu nabyte pamiątki, nie zwracał na nie uwagi, były po prostu niewidzialne. Bez zastanowienia, bez pozwolenia usadowił się na miękkim łóżku, aby za moment przytulić się do zgiętych kolan, schować twarz w miękkiej i usypiającej pościeli. Poczuł jak drobna siła wgniata pikowany materiał. Pies ocierał się o dziewczęce dłonie, podgryzał palce, wykładał się na plecach prosząc o nieprzerywalne pieszczoty. Chciał dobrać się do ciemnych, zbyt długich kosmyków, lecz delikatna dłoń odsunęła małego, niesfornego łobuza. Palce zanurzyły się w zakręconych włosach; przymknął powieki pomrukując niewyraźnie. Przysunęła się do niego, poczuł wilgoć chłodnych warg w okolicy czoła. Rozchylił powieki, aby móc na dłużej przytrzymać ów chwilę. Pozwolił, aby jej ręka wędrowała za linią ucha, przechodząc aż do wrażliwego karku. Uśmiechnął się do siebie, gdy pociągnęła go wyżej. Pomógł przesunąć swe rosłe ciało opadając na przyjemną, białą poduszkę. Nie potrafił zatrzymać ziewnięcia. Był wykończony, coś ciężkiego zsunęło się na cieniste oczy. Walczył o odrobinę uwagi. Przekręcił się w jej stronę, przysuwając jeszcze bliżej. Ręce wcisnęły się w okolice talii oraz barku, do których przywarł całym sobą. Głowa wtuliła się w szczupłe ramię odziane w przyjemny sweter. Zanim zamknął oczy, zapytał jeszcze trochę niewyraźnie: – Jadłaś coś? – kobieta poruszyła się nieznacznie; zapewne skubnęła część pozostawionej potrawy, dlaczego go nie słuchała? Ziewnął ponownie, bardziej przeciągle: – Obiecuję, że za moment, już za chwilę wstanę i coś ci przygotuję, ale za chwilę dobrze? – wymamrotał krótko nie mając ochoty ruszać się z tak wygodnego posłania. Pokręcił się jeszcze chwilę szukając najlepszej pozycji. Nie wiedzieć kiedy odpłynął w krainę błogiego i głębokiego snu. Wiedział, że potrzebowali siebie nawzajem, aby po prostu przetrwać.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

Popełniła błąd.
Podjęła się złych kalkulacji. Nie wzięła pod uwagę wszystkich możliwości. Plan, choć miał szansę powodzenia, poprowadziła zwyczajnie źle, nieodpowiednio. Nie powinna była wypowiadać inkantacji zaklęcia na głos. Tak samo, jak powinna była zawisnąć wyżej na miotle. Niewielkie rzeczy, które sprawiły, że poniosła klęskę. Zmieniła podstawowy plan, pod wpływem chwili, powinna była być mądrzejsza, nauczona doświadczeniem, które przecież zdążyła zebrać. A jednak, nadal czasem nie panowała nad własną impulsywnością. Wybuchała, niczym burza, niezapowiedzianie, nagle, gwałtownie. Czasem trwała godzinami, latami, czasem mijała równie szybko jak się pojawiła. Była okropna, humorzasta, niepełna. Nie miała pojęcia, czym go do siebie przyciągała, choć widok jego - wtedy na placu sprawił, że drgnęła. A mimo to, nie zaprzestała, nie zatrzymała się kiedy jeszcze mogła.
Pamiętała ich twarze.
Każdego jednego, który pojawił się przed nią w ciemnych czeluściach Azkabanu. Dokładnie wyryły się w jej pamięci. Te znajome, należące do Macnaira i Rookwood, jak i te, których jeszcze wcześniej nie widziała. Pamiętała rysy twarzy uzdrowiciela, który przychodził podtrzymywać ją przy życiu. Pamiętała uzdrowicielkę, którą zabrał ze sobą Shafiq - dziwne, że kiedyś przez myśl jej przeszło, że może być nawet poczciwym człowiekiem wybierając pracę w Mungu. Tam przecież, pomocy udzielało się wszystkim, niezależnie od statusu krwi czy ich majętności. Pomyliła się jednak bardzo. Pamiętała też legilimentkę, która próbowała przejrzeć jej wspomina. I te dwie, bezimienne jednostki pozwoli stawały się kolejnymi punktami. Ktoś musiał je znać. Ktoś musiał coś o nich wiedzieć, a ona zamierzała dowiedzieć się wszystkiego. Odnajdywała powoli cel, kolejny powód, urazę, rosnącą z każdym dniem spędzonym w Azkabanie nienawiść. Czasy kiedy wybaczała, kiedy zapominała, kiedy uznawała, że ktoś skręcił w niewłaściwą ścieżkę odeszły, razem z tą jej wersją, która nie zaznała szaleństwa roztaczanego przez zimne, kamienne ściany i obecność dementorów. Doprowadzona do granic szaleństwa, całkowicie rozbita, niebezpiecznie złamana. Czas litości był za nią. Zmarł wraz z częścią jej własnego ja, które tamtego dnia umarło. Tego, które oglądało śmierć swoich bliskich, miało krew na rękach. Ta, ciepła, czerwona, spływała po jej palcach kapiąc na ziemię. To ją zmieniło, choć sama jeszcze tego do końca nie wiedziała. Nie była jeszcze świadoma zmian, które w niej zaszły.
Oszukała Śmierć.
Po raz kolejny, choć nie dzięki sobie samej. Jej własna wola zawodziła raz za razem, ciało osłabione nie było w stanie przeciwstawić się temu, przeciwko czemu postawiła się sama. Nie powinni byli jej ratować, nie zasłużyła na ratunek. Powinna była zgnić w ciemnej celi Azkabanu. I nie mogła wyzbyć się tego wrażenia po powrocie. Nie umiała odnaleźć się w codzienności, od której odwykła. Czuła się zwyczajnie obco, nie czując, że tu przynależy. Nie potrafiła wyciągnąć się z marazmu, niechęci do dalszego działania, obawy przed popełnieniem kolejnych błędów. Zamykała się w sobie nie chcąc nikogo obok siebie, jednocześnie potrzebując ludzi jak powietrza. Przy nich zdawała się nie słyszeć głosów, które słyszała kiedy była sama.
On był niezmienny.
W swojej stałości. Pewności, którą ona straciła całkowicie. Cierpliwości, której jej brakowało. Spokoju, kiedy ją przepełniała frustracja. Zbierał upadające przedmioty, nie wypowiadając gniewnych słów. Delikatnym dotykiem masował obolałe nadgarstki. Zazwyczaj siadał wtedy obok niej, opowiadając o jakiś mało istotnych sprawach. Przymykała lekko powieki, żeby skryć zbierające się łzy. Tak bardzo tęskniła za dźwiękiem jego głosu. Pilnował, żeby jadła, choć wcale nie miała na to ochoty. W pierwszych dniach jedzenie stawało jej w gardle. Czasem zwracała je, gdy nieprzyzwyczajony żołądek nie był w stanie sobie z nim poradzić. Widziała zaniepokojenie w jego oczach, kiedy ją na tym nakrył. Kiedy frustracja wychodziła z niewielkiego ciała, potrafił uspokoić ją czułym dotykiem. Choć ona sama nie inicjowała kontaktu, czasem, kiedy dotknął jej niespodziewanie umykała wystraszona czując jak przez jej ciało przechodzi dreszcz, nie potrafiła odrzucić od siebie okrutnych wizji i doznań, których dopuścili się wobec niej strażnicy. Robiło jej się niedobrze. Zaczynało brakować powietrza, serce obijało się boleśnie, a ona zaczynała panikować. Ale jego spojrzenie potrafiło ją uspokoić. Nie potrzebowała spokojnych słów zapewnień - to widziała w spojrzeniu. Powoli ją oswajał, niczym dzikie zwierzę, które niegdyś zostało skrzywdzone. Jak poradziłaby sobie, gdyby nie było tu jego?
Nie wiedziała.
Zamknęła książkę, którą czytała, unosząc tęczówki w oczekiwaniu na to, aż jej przypuszczenia po raz kolejny okażą się prawdą. Serce mimowolnie zabiło trochę szybciej, kiedy drzwi uchylały się, a ona sama wstrzymała oddech. Wypuściła cicho powietrze, kiedy odnalazła tak znajome tęczówki. Nie potrafiła zrozumieć, co w niej dostrzegał. Nie wyróżniła się niczym, poza niewielkim wzrostem i czasem niewyparzoną buzią, może zbytnią bezpośredniością i upartością. Nie była piękna, miała wystające kości policzkowe i cienki usta. Patykowate palce. Szpetne blizny na całym ciele, a teraz nawet na twarzy. A mimo to, tak jak wtedy, wiele dni temu w Irlandii nie wydawały się się mu przeszkadzać tak i teraz zdawał się nie dostrzegać tego, czego ona sama nie potrafiła w sobie zaakceptować. Niewielka, mała kulka wtoczyła się do pokoju i znalazła na łóżku. Chwilę uwagi poświęciła szczeniakowi. Bawiąc się z nią, ale też nie pozwalając jej na zbytnie podgryzanie. W końcu przesunęła się, by ściągnąć ją z łóżka, odsunąć, w jakiś sposób czuła się bardziej gotowa. Wyciągnęła rękę, pozwalając by palce zbadały strukturę ciemnych włosów. Przysunęła się bliżej, składając krótki całus na należącym do niego czole. Pociągnęła go za sobą, wierząc, ze będzie w stanie odczytać jej zamiary i gesty. Zdawał się czytać z niej coraz lepiej, mimo, że nie była w stanie wypowiedzieć nawet słowa. Ciepło ciała, dłoni, które owinęły się wokół niej i na które była gotowa sprawiły, że przymknęła lekko powieki, biorąc drżący wdech. Coraz mocniej uświadamiała sobie, że potrzebowała go jak powietrza. Padające mimo zmęczenia i ziewnięć pytanie, sprawiło, że jej warga zadrżała lekko. Skinęła głową, choć nie była pewna, czy w takiej pozycji będzie w stanie dostrzec jej gest. Jadła coś. Trochę. Bo wiedziała, że gdyby nie zjadła choć odrobiny słuchałaby kazania. Kolejne słowa uniosły jej rękę, palce ponownie wplotły się w ciemne kosmyki, przesuwając po nich spokojnie. Bawiąc się nimi, przesuwając uspokajająco głowę.
Śpij.
Zdawała się gestem zaklinać, niemo prosząc by oddalił się do krainy snu. Kiedy jego oddech stał się miarowy, a ciało przestało się wiercić zsunęła z palca pierścień z czarnym turmalinem, który był w stanie powstrzymać koszmary, ale nie wspomnienia i wsunęła go do kieszeni jego spodni. Pociągnęła koc, przykrywając nim też jego. Dłoń powróciła do wcześniejszej czynności, oddychając cicho, ze spokojem, przymykając powieki. Sama też poddając się krótkiej drzemce z której wybudziła się drgając lekko. Poczuła wtedy jak silniej zaciskał wokół niej rękę, przygarniając ją bliżej. Odetchnęła, czując ulgę, że nadal tu jest. Obok. Pogrążony we śnie. Rozluźniła się, Przekręcając się powoli, co jakiś czas odsuwając kawałek dalej, by w końcu niezauważenie zsunąć się z łóżka. Jean, która oddała się snu tak jak i oni otworzyła ślepia merdając ogonem. Ruszyła do wyjścia, uderzając w nogę gestem przywołując zwierzaka. Zamykając za sobą drzwi zeszła na dół. Minęło trochę czasu, ale miała nadzieję, że Vincent prześpi ich jeszcze kilka. Potrzebował snu, widziała zmęczenie w jego oczach. Ściągnęła z regału różdżkę. Machnęła nią, żeby rozpalić ogień w kuchence ale pierwsza próba zawiodła. Tak samo jak drugi i trzeci. Dopiero za czwartym razem wykonała odpowiednio gest czując, jak coraz mocniej rośnie w niej frustracja. Nalała wodę do czajnika i postawiła go na nim. Unosząc rękę, żeby przeczesać włosy. Wyciągnęła z koszyka jedno z jabłek przez chwile obracając je w dłoniach, jednak odłożyła je. Z trudem i wysiłkiem zapięła coś, czego wcześniej musiał używać Vincent do przypięcia Jean i z herbatą w rozwiązanych butach wyszła na zewnątrz. Jean zaszczekała radośnie, a ona odłożyła na stolik napój, schodząc po schodach ganku. Przespacerowała się krótko wokół domu, nie wychodząc poza działanie zaklęcia. Poczekała aż psina nie załatwi swoich potrzeb, by później wrócić na ganek i zasiąść na nim na kilka chwil otulając się kocem. Nie wiedziała ile czasu minęło, kiedy wróciła do środka. Przenosząc się do salonu, postanowiła zająć się trochę psiakiem. Wyciągnęła baraninę i odcięła niewielki plasterek. Resztę schowała zostawiając tylko ten plaster na desce. Powoli, z problemami pocięła ją na mniejsze, nierówne kawałki. Wrzuciła je na miskę, przechodząc do salonu, wraz z drepcząca za nią Jean. Postawiła miskę wyżej w dłoń biorąc tylko kawałek. Uklękła na miękkim dywanie, usadzając się na stopach. Dłonią postukała w miejsce przed siebie.
Chodź.

| przekazuje czarny turmalin Vincentowi



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.


Ostatnio zmieniony przez Justine Tonks dnia 04.04.21 10:56, w całości zmieniany 1 raz
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Sypialnia gościnna Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down

Od samego początku, nawet przez moment, nie zastanawiał się dlaczego postąpiła właśnie w ten, konkretny sposób. Postawiła na szali swój cenny żywot, zaglądając w paszczę najokrutniejszego oprawcy. Nie przedstawiła swoich zamiarów, nie napomknęła o żadnym, kiełkującym planie, który odpowiednio rozwinięty mógł zakończyć się pomyślnie. Czyżby aż tak mu nie ufała? Nie był dla niej istotny? Nie miała nic do stracenia? Organizacja, której się oddała, którą tak zapalczywie wspierała, zdawała się równie zdezorientowana, niedoinformowana, pominięta? Gwałtowna reakcja, była jednoznaczna; nie mogli od razu popędzić na ratunek. A co jeśli, tamtego dnia, nie przesłałby wiadomości? Wybrał inną drogę powrotną, omijającą bezwzględny plac, zbrukany krwią niewinnych? Czy mieliby szansę na przygotowanie odwetu, zdobycie konkretnych nowin? To wszystko było zbyt świeże, zbyt niezrozumiałe. Wracało niczym mantra, nie chciało przejść przez gardło. Nie umiał zapytać, skonfrontować się z sytuacją, skarcić za impulsywną bezmyślność, o którą nie mógł jej podejrzewać. Trwał, bezdennie, jakby nic, nigdy się nie stało.
Bo przecież nic się nie stało.
Zastanawiał się czy kiedyś, pewnego, zimowego dnia porozmawiają o tym, co zdarzyło się w przeciągu ubiegłego miesiąca. Czy siedząc na miękkiej, bezpiecznej kanapie, będzie w stanie przybliżyć zatrważające, bestialskie wręcz zdarzenia z czeluści piekielnego więzienia? Nie potrafił wyobrazić sobie co przeżyła, jak ogromne brzemię zrzucono na wąskie i wychudzone ramiona. Ilu ich było? Bezwzględnych oprawców pastwiących się nad bezbronną kobietą. Zadających świadomy ból, stwarzających lodowatą, rozdzierającą atmosferę pozbawiającą godności, człowieczeństwa i chęci do życia; czy pamiętała ich twarze, potrafiła zidentyfikować tożsamość? Czy mógłby, pewnego dnia złożyć im wizytę, poprosić o spłatę leżących na sumieniu grzechów? Wymierzyć sprawiedliwość, zacisnąć palce, dokonać zemsty. W jaki sposób wytrzymała przez tyle, monotonnych, wydłużonych dni? On nie potrafił zapomnieć tego jednego; gdzie wyostrzone zmysły wychodziły poza granice wytrzymałości. Gdzie umysł nie wytrzymywał napięcia podsyłając niemożliwe obrazy, wyciągając z człowieka najgorsze, niewidzialne dotąd demony. Gdzie złośliwe, syczące szepty były tak wyraźne, obezwładniające, namawiające do złego. Gdzie koścista śmierć wypełniała każdą szczelinę poczynając od chłodu lodowatych ścian, trupów rozwieszonych na ostrych skałach, aż po nafaszerowane pułapkami cele, korytarze pełne dementorów, ciał pozbawionych duszy. To wszystko tkwiło w nim głęboko, powracając niemalże codziennie. Najgorsze okazywały się sny; tak prawdziwe, realistyczne, dobitne. W nocy, przeżywał wszystko od początku; wybiedzone ciało przelewało się przez obolałe ramiona, gdy błądził wśród kamiennego labiryntu. Nie umiał znaleźć wyjścia. Nie chciał spać, po prostu bał się zasnąć, zamknąć znużone powieki, odpłynąć w bezkresną krainę cudownego wypoczynku.  
Nie mógł być inny.
Nie potrafił zostawić jej na pastwę losu i ciężkich samotnych dni. Nie umiał opuścić, ani odpuścić. Przelewał pokłady nagromadzonej troski i rozedrganego przejęcia. Myślał, że będzie inaczej. Nie miał pewności, czy udźwignie tak wielką odpowiedzialność, wytrzyma natłok obcych emocji, wiedząc, że te jego zgniatały go od środka. Tak często zawodził, poddawał się, upadał w ostatnim momencie. A co jeśli nie wytrzyma presji? Nie zdoła wyciągnąć z mętnych zaświatów przypominających coś w rodzaju czyśćca? Była tam zawieszona, rozszczepiona między prawdziwą rzeczywistością, a upadającą tragedią. Bał się, każdego dnia, każdej godziny spędzonej na nieustannej walce. Musiał patrzeć na chodzące cierpienie, przy okazji walcząc ze swoim. Widział jak męczy się zwykłym funkcjonowaniem, nieakceptacją jedzenia, nieporadnością wynikającą ze zdrowotnej niesprawności. Robił wszystko, aby poczuła się lepiej. Codzienne odwiedziny, łączył z mnogimi obowiązkami, do których zasiadał późnymi wieczorami, lub w ciemnym środku nocy. Unikał ludzi, starał się nie wpadać na najbliższych domowników. Wiele spraw pozostawało niewyjaśnionych; męczyły go. Coś ciężkiego osiadło na wnętrznościach, nie chcąc wydostać się na powierzchnię. Przytłaczało, obezwładniało, czasami zabierało oddech; lecz on trwał, nie poddawał się. Walczył z własnymi instynktami, możliwością ucieczki. Zależało mu, jak nigdy dotąd. W tym momencie mógł poświęcić dla niej dosłownie wszystko. Każdy, drobny pomysł, płomyk otwartości sprawiał mu ogromną, wewnętrzną radość. Ta odbijała się w jasnych, zaszklonych źrenicach, którymi patrzył z tak wielkim umiłowaniem. Odkąd wywinął się z kościstych palców śmierci, nie było przeszkód, których nie zdołałby pokonać.
Dla niego była najpiękniejsza. Każdy mankament zdobyty podczas najszczerszych, oddanych pojedynków był szczególnym, przyciągającym, wyjątkowym wyróżnikiem. Odpowiednia, właśnie taka, jakiej potrzebował naprawdę. Poczuł jak zwierzę ugniata ciepłe okrycie zaskarbiając całą uwagę. Westchnął lakonicznie oddając się przeszywającej fali zmęczenia. Pies wiercił się ochoczo, zauroczony blond właścicielką. Chciał dobrać się do części ciała leżącego mężczyzny, lecz zwinna dłoń przetransportowała go na kawałek podłogi, wywołując niezadowolone szczeknięcie. Przyjemnie było poczuć jej delikatny dotyk, dreszcz przepływający w dół pleców, gdy natrafiła na wrażliwe punkty. Posłusznie podsunął się do góry, przywierając do ciepłego, lekko drżącego ciała. Czuł ją, rozumiał, dlatego zacisnął ramiona jeszcze mocniej, aby poczuła się pewnie, swobodnie, a przede wszystkim bezpiecznie. Świat powoli tracił na ostrości, słowa stawały się niezrozumiałe, powolne, przypominające bełkot. Odetchnął po raz pierwszy, drugi, trzeci… Wąskie place błądzące po odsłoniętym policzku nadawały rytm spokojnego oddechu. Odpływał, przepadał, opadając w głęboką krainę snów.
Spał.
Nie wiedział jak długo. Nie miał snów, był niedostępny, gdzieś daleko, głęboko. Odpoczywał. Rozluźnił mięśnie, pozbył się notorycznego bólu głowy. Zakopany w przyjemnym cieple wełnianego koca, nie chciał otwierać oczu. Wystarczyła mu świadomość, że znajdował się tuż obok niej, dzieląc tak kojącą czynność. Nie poczuł wyraźnego drgnięcia, ugięcia materaca, gdy wychodziła z pokoju. Nie pozwoliłby jej wstać, zatrzymując na dłużej. W końcu otworzył oczy. Powieki kleiły się do siebie, nie łapał jaskrawości. Zamrugał kilkukrotnie, a wolną ręką poklepał przestrzeń obok siebie, była pusta. Strach zagnieździł się w okolicach mostka, a on zerwał się pospiesznie; może coś się stało? Była w niebezpieczeństwie, które po prostu przespał? Mimo obrony narzuconej na całe domostwo, nie miał pełnego zaufania. Pospiesznie zsunął się z łóżka, potykając się o kant dywanu. Z podniesionym ciśnieniem, w niepokoju, zbiegł po schodach odznaczając energiczne korki. – Justnie, gdzie jesteś? – rzucił nerwowo rozglądając się dookoła. Wbiegł do salonu znajdując niespodziewany obrazek; dziewczyna klęczała na samym środku tresując małego potwora. Oparł się o framugę drzwi i zgiął w pół kręcąc głową z niedowierzaniem: – Spałem za długo. – zakomunikował rzucając lekko niezadowolone spojrzenie. – Mogłaś mnie obudzić, myślałem, że coś się stało… – dodał pokrótce odpychając się od drewna i podchodząc do swych uroczych towarzyszek. Kucnął na moment, aby jedną ręką pogłaskać spragnionego uwagi szczeniaka, a drugą ułożyć na jej dłoni, popatrzeć w bliźniacze tęczówki: – Nie uciekaj mi tak. – poprosił, siląc się na subtelne muśnięcie warg pozostawione na jej policzku. Zaraz potem dźwignął się do góry z zamiarem przejścia do kuchni. – Przyniosłem trochę jedzenia. Napijesz się kawy? – zapytał w przelocie odwracając głowę. Z drugiego pomieszczenia mówił jeszcze głośniej: – Przyniosłem też jajka, zrobię ci jajecznicę. Macie jakieś warzywo? Wtedy będzie smaczniejsza. – westchnął i podrapał się po głowie. Wyciągnął potrzebne produkty, wykładając je na blacie. Rozejrzał się po kuchni, której układu kompletnie nie znał. Zajrzał do kilku szafek, lecz nie natrafił na patelnię, ani upragniony talerz. Zmarszczył brwi; w kwestii gotowania nie mógł być samowystarczalny: – Powiesz mi gdzie macie patelnię? – krzyknął opierając ręce w okolicach bioder.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

Czas mijał, ale jakby spokojniej. Świadomość, że znajduje się ledwie kilka metrów dalej zdawała się prawdziwie kojąca. Ale nie miała serca budzić go, kiedy otworzyła oczy sama. Widziała przecież ciemne cienie malujące zmęczenie na jego twarzy. A mimo tego, mimo wyczerpania, które odbijało się w tęczówkach niezmiennie pojawił się u niej. Wracał, codziennie, niezmiennie, niezależnie od tego czy dzień wcześniej minął w spokoju, czy w niemej kłótni, której towarzyszył dźwięk spadających przedmiotów. Stał się stałą, jej własny constans, który trwał obok, choć nie potrafiła zrozumieć dlaczego. Każdy prędzej czy później z niej rezygnował. Albo ona odchodziła sama, podskórnie przeczuwając jaki będzie koniec. W końcu przestała dalej próbować, spętana uczuciem, coraz mocniej jednocześnie nim pochłonięta i coraz mocniej miotająca się w sobie znajdowały chwilowe ujście własnej frustracji. Dlatego podświadomie była właściwie pewna, że i tym razem nie będzie inaczej, a jednocześnie nie chciała niczego bardziej jak ten jeden raz się mylić. Przerażało ją to, jak przyzwyczaiła się do jego obecności. Dlatego czasem ponownie cofała się, zdawała się bardziej zamknięta. By potem znów wyjść trochę dalej, trochę bliżej ciepła które jej przynosił. Naprawdę nie rozumiała. I ta niewiedza, ani trochę nie smakowała. Bała się, bała się że pewnego dnia okaże się problemem. Problemem od którego ucieknie. Problemem który nie był w stanie oddać mu w tym momencie tyle ile i on dawał. Ciągle potrzebowała czasu. Nie tylko by wyleczyć swoje ciało, ale i swoje serce.
Uniosła głowę słysząc napływające wołanie. Słyszała teraz kroki stawiane na drewnianych deskach piętro wyżej. Szybkie, jakby zaniepokojone i pospieszne. Jean skorzystała z okazji wyciągając zębami z jej dłoni kawałek mięsa. Zignorowała to jednak przenosząc tęczówki w stronę wejścia do salonu. Od samego początku zwracał się do niej tak, jakby była w stanie odpowiedzieć. Jednocześnie nie oczekując żadnej konkretnej odpowiedzi. Kiedy się pojawił obłąkańcze, uparte szepty ucichły. Odwróciła się kontrolnie w stronę z której dochodziły ale jak i wcześniej tak i teraz nie była w stanie nic dostrzec. Niebieskie tęczówki znów zawisły na nim. Wywróciła pogodniej oczami - przynajmniej spróbowała - i pokręciła lekko głową.
Nie mogłam.
Uparcie zdawała się odpowiadać nie odejmując spojrzenia. Przez krótką chwila w oczach zaświeciło się coś w rodzaju winy. Może rzeczywiście powinna była zostać bliżej? Ale w domu była bezpieczna a poza granice czaru nie wystawiała stopy. Nie chciała, żeby się martwił. To był chyba jeden z powodów, który uparcie trzymał ją pod powłoką postawionego Fideliusa. To i fakt, że nie czuła się jeszcze na siłach. Nie potrafiła spojrzeć światu w twarz. A może nie chciała. Nie potrafiła też być znów taka jak wcześniej. Nie całkowicie, nie do końca. W Azkabanie coś w niej umarło. Nie była jednak pewna co dokładnie. Z początku zdawało jej się, że całkowicie pozbawiona jest chęci do życia. Dalszego funkcjonowania. Wszystko zdawało się jednym, wielkim, wymuszonym kłamstwem. I do tego naprawdę marnym. Nie chciała się podnosić, nie chciała próbować, odpuściła, zapadając się w sobie. Krótkie chwile przytomności, kiedy spędzała je w samotności, przemykały głosy, które czasem zwracały się wprost do niej. Czasem dochodziły gdzieś z oddali. Jednak kiedy odwróciła się, nigdy ich nie widziała. Czasem odpowiadała im w myślach. Czasem próbowała ignorować, choć dźwięk szeptów wbijał się głęboko w podświadomość.
Wszyscy już od dawna jesteście martwi.
Obrazy ciał swoich przyjaciół przychodziły do niej kiedy zasypiała wiercąc się na łóżku. Przerzucając z boku na bok. Próbując zakląć jakoś łóżko, by sny były dla niej tej nocy łaskawsze. Ale żadnej nie były. Bo nie śniła, widziała mary własnej wyobraźni, widziała coś, co uważała przez długi okres czasu za rzeczywistość. Coś, co nadal jej się nią zdawało. Czasem tak długo, aż nie potwierdziła dokładnie, że wszystko było jedynie wytworem jej własnej skrzywionej wyobraźni. Trwała w zawieszeniu, między realnością a tym, co za nią czasem uznawała.
Ciemność była straszna.
Na samym początku kiedy otwierała oczy w środku nocy, wpadała w histerię, której nie potrafiła zrozumieć. Serce obijało się o żebra jak szalone, niczym dzwon dudniący w środku noc. I nie była w stanie się uspokoić, póki wokół niej nie pojawiało się światło. Ciemność była straszna, przynosiła zimno, które zdawało się okalać jej całą. Wspomnienie mokrego ciała na działanie ponurej i mroźnej atmosfery Azkabanu. Drżała. Zimny pot oblewał ją całą, nie miała na to wpływu otoczenia. Tylko wyobrażeń, których nie potrafiła przezwyciężać. Ciemność, była straszna. Była okrutnym, rozległym potworem, który owijał wokół niej swoje macki. Czuła je dokładnie. Miały kształt męskich dłoni, przesuwających się niewybrednie po jej ciele. Drżała, czując jak gęsia skórka zaczyna rosić jej ręce i nogi. Robiło jej się niedobrze. Czasami wymiotowała nie potrafiąc powstrzymać odruchu. Łzy spływały po jej policzkach z upokorzenia z którym nadal nie była w stanie sobie poradzić.
Była zepsuta. Była złamana. Zniszczona. Zbezczeszczona.
Ciągle czuła się brudna.
A woda kojarzyła się jej z wiadrami zimnej cieczy, którą była oblewana. Nienawidziła oglądać swojego ciała. Czasem szorowała się tak zawzięcie, że zdzierała naskórek w miejsce którego powstawał zaczerwieniony ślad. Czasem nawet wtedy nie przestawał. Któregoś dnia próbowała zetrzeć wraz ze skórą tatuaż na szyi przy pomocy pumeksu. Tarła i tarła, nie zaprzestając działania, nawet wtedy, kiedy ból rozchodził się po jej ciele, a krew powoli zaczynała barwić ubrania. Nie była pewna, czy w ogóle by przestała, gdy nie została wyrwana z transu w który wpadła. Musiała się tego pozbyć. Zwyczajnie nie dopuszczała innej możliwości, po prostu musiała.
Kiedy odepchnął się od drewna pociągnęła rękaw swetra, żeby zakryć swoje niedawne przewiny. Jasne tęczówki obserwowały jak zbliża się do nich powoli. Śledziła tor ręki, nie chcąc uciekać przed jego dotykiem jak oszalała. Przymknęła na chwilę powieki, biorąc w wargi drżące powietrze. Dwa błękity zwróciły się znów w jego kierunku, kiedy usta wypowiadały krótką prośbę. Uniosła wolną rękę, ale ta mimowolnie się zatrzymała, zawahała na chwilę  Przemknęła spojrzeniem po tęczówkach, kiedy jego twarz z każdą chwilą się zbliżała. W końcu była w stanie ruszyć dalej rękę, która łagodnie, niepewnie przesunęła się po zarośniętym policzku. Ciepły oddech wymieszał się z powietrzem, niwelując między nimi przestrzeń. Przymknęła znów powieki, czując jak w środku kołacze jej serce.
Nadal go przy sobie miała.
Na wspomnienie kawy jej oczy rozszerzyły się w cichym zdumieniu. Nie była pewna w jakiś sposób te wszystkie rzeczy załatwiał. Skinęła krótko głową, odprowadzając go w kierunku kuchni. Słysząc kolejne pytanie, sama dźwignęła się do pionu. Nieśpiesznie przeszła do kuchni zabierając za sobą miskę z resztą baraniny, którą mu podała. Mógł ją dorzucić do jajek. Wyciągnęła z dolnej szuflady patelnię. Otworzyła górną szafkę by wspinając się na palce ściągnąć dwa talerze. Potem przeszła kawałek dalej do spiżarni by wyciągnąć średnich rozmiarów cebulę. Położyła ją na stole, z jednej z szuflad wyciągając deskę. Podciągnęła rękawy za dużego swetra - należał do niego - zapominając o śladach, które pozostawiła na skórze wcześniej. W jedną z dłoni ostrożnie złapała cebulę. Drugą chwyciła za nóż. Mając zamiar chociaż spróbować zająć się tym, możliwie jak najbardziej zawzięcie.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Sypialnia gościnna Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down

Nie mógł się od niej odwrócić. Zostawić na pastwę losu, pozwolić, aby ponownie poddała się woli obezwładniającej ciemności. I choć sam nie radził sobie z całą sytuację, zawsze przybywał na ratunek. Praktycznie nie zwracał uwagi na własne potrzeby; dobro drugiej jednostki było dla niego najważniejsze, najistotniejsze. On sam, da sobie przecież radę; nie potrzebował zbyt dużej ilości snu, przedmiotów pierwszej potrzeby, wykwintnego jedzenia, czy wyrafinowanych warunków mieszkalnych. Przyzwyczaił się do zbędnego, wystarczającego minimum. Całą energię przekładał na mnogą ilość obowiązków, z których uzyskiwał konkretne profity. Czuł się za nią odpowiedzialny. W ogromnym poczuciu winy chciał pomóc w rekonwalescencji, jak najszybszym dojściu do zdrowia. Przy niej starał się być wyrozumiały i cierpliwy. Odporny na niesprawiedliwe zagrania, zachowania wystawiające na prowokującą próbę. Widział to w postawie, obojętnym i nieobecnym spojrzeniu, którym czasami odbierało go jako najgorszego wroga. Zaciskał wtedy zęby, zbierał pokruszoną zastawę, przynosił nową porcję znienawidzonej kolacji, aby poddała się jego woli, skonsumowała w swym nietypowym milczeniu przeklinając siarczyście. Bywał ostry i nieustępliwy. Denerwował się, lecz upust nagromadzonych emocji odreagowywał w smutnych, zimnych czterech ścianach irlandzkiego domostwa. Zapuszczone kąty rozwiewały tumany kurzu, gdy siedząc przy salonowym stole sączył szklankę bursztynowego alkoholu, uciszając zgryźliwe, złowieszcze, wewnętrzne głosy. Głowa opierała się na blacie, a ręce przyciśnięte do uszu starały się zagłuszyć obcą, niechcianą obecność. One nie istniały, to tylko paskudne, nieistniejące złudzenie! Lecz, czy aby na pewno nie były już częścią jego życia? Przebywanie z nią przerywało paniczną samotność, strach, który zagnieździł się pod skołatanym sercem. Wracając z codziennych zleceń, w jego jasnych tęczówkach odbijało się niezrozumienie i ogromne przerażenie. Nie umiał obcować z ludźmi - tak jak dawniej. Nieznajome żywoty przemykające przez długie, miastowe ulice napawały ogromnym niepokojem; ich wzrok wwiercał się w miękką tkankę ciała, gotowy do ataku. Wiedzieli co się stało. Był na celowniku, został całkowicie zdemaskowany. Mając ją obok czuł się zdecydowanie bezpieczniej. Zasypiał swobodniej, bez koszmarów rozdzierających przemęczony umysł. Nie czuł zmęczenia, nie rozróżniał go. Korzystał z najbliższej obecności wyzwalającej najlepsze odczucia. Nigdy nie byłaby dla niego problemem. To on je tworzył, uciekł na jedenaście, długich i mozolnych lat. A wtedy, tego jednego, zimowego dnia, jako pierwsza dała mu drugą szansę.
Zbiegł po schodach pospiesznie, przeskakując kilka ostatnich stopni. Dłoń sunęła po gładkiej balustradzie, a rozbiegany wzrok szukał kobiecej, zbyt szczupłej sylwetki. Przejmująca cisza nie pomagała w niewypowiedzianych poszukiwaniach. Ogrom najgorszych myśli uderzył mu do głowy, a stres sparaliżował wnętrzności. A co jeśli zabezpieczenie nie wytrzymało? Była w potwornym niebezpieczeństwie, które po raz kolejny wydarzyło się tuż pod jego okiem? Nie mógł do tego dopuścić, z przyspieszonym oddechem skręcił do salonu, zatrzymując w drewnianych drzwiach. Oparł głowę o część balustrady i odetchnął z ulgą; była tam. Psi powiernik pilnował blond uciekinierki ocierając się o jej dłonie i wyrywając kolejny okrawek mięsa. Uśmiechnął się kącikiem ust koncentrując błękit spojrzenia na ulubionym profilu klęczącym przy małej zwierzynie. Skrzyżowali wzrok, a wymowne przewrócenie oczami tylko go nachmurzyło. – Nie wykręcaj oczami, martwiłem się. – skomentował od razu ruszając w jej stronę. Nawet nie zdawała sobie sprawy jak wielki ciężar opuścił największy mięsień. Krew znów rozpłynęła się po żyłach, przypomniał sobie jak poprawnie oddychać. Przegonił mary, które czaiły się, aby zaatakować. Przykucnął, przysunął się jeszcze bliżej, decydując na odważne gesty. Był niczym cień, który stąpał po wątłych śladach, sprawdzając czy wszystko znajduje się pod odpowiednią kontrolą. Martwił się, od zawsze – wszystkimi i wszystkim.
Czasami zastanawiał się co czuła, jakie emocje ukrywa w niewyleczonym wnętrzu. Czy pamięta co działo się przez ostatni miesiąc? Twarze bestialskich, bezczelnych oprawców, którzy dopuścili się bezwzględnych tortur cielesnych, psychicznych i duchowych? Czy była w stanie odpędzić od siebie ich głos; złowrogi, zgryźliwy jęk więźniów współdzielących najciaśniejszą, nafaszerowaną pułapkami celę? On nie potrafił ich zapomnieć. Czy pewnego dnia byłaby w stanie stanąć z tym doświadczeniem twarzą w twarz, przedstawić jedynemu powiernikowi, którego miała zawsze obok, który chciałby wymierzyć ostateczną sprawiedliwość?  Widział, że męczy się z konsekwencjami, bolesną codziennością zapierającą dech. Walczy z koszmarami, niedowierzając w ostateczne wyratowanie. Niweluje paraliżujący strach wybudzający z błogiego snu, wkładający lodowate dreszcze. Obserwował niezrozumiałe ataki, dystans, którym obarczała także jego, choć za wszelką cenę starał się go zmniejszyć, zdobyć zaufanie, nie prezentować żadnych, złych intencji. Przyłapywał na dziwnym nienaturalnym postępowaniu, bojąc się, że zrobi sobie krzywdę. Wiedział, że nienawidzi czarnego znaku, lecz w głębi duszy, miał pewność, iż znajdą sposób, aby go usunąć... Rozumiał ją. Doświadczył więziennego brzemienia na własnej, posiniaczonej skórze. I choć nie spędził tam tak wiele czasu, wystarczyło… Śmierć owinęła się wokół cienkiej szyi odkąd razem z grupą przekroczyli próg; weszli do wilgotnych, piekielnych podziemi, aby przepaść na wieki. Bardzo chciał jej pomóc. Zrobić wszystko, aby poczuła ulgę, zetrzeć łzy płynące po bladych policzkach. Wykurzyć objawy, które targały wychudzonym ciałem. Podać odpowiednie leki, przykryć pod samą brodę, gdy w nocy zrzucała z siebie kraciaste okrycie. Potrzymać za rękę, wesprzeć, odebrać tak ogromną ilość trosk, z którymi nie dawała sobie rady. Zrobiłby dla niej wszystko, aby po prostu odżyła.
Jego dłonie oparły się na miękkiej sierści, oraz chłodnej skórze należącej do kobiety. Wzrok zatrzymał się na jej twarzy, oddając ogromne umiłowanie, łagodność, ciepły uśmiech, którym ją obdarował. Odległość zmniejszyła się momentalnie, a jako wargi zatrzymały się na gładkim policzku składając zachęcający pocałunek. Wąskie palce musnęły zarośniętą powierzchnię gładząc mimowolnie. Było tak przyjemnie. Uśmiechnął się szerzej zahipnotyzowany wyjątkową chwilą. Wolna dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku; odsunął ją od siebie, ucałował lekko i podniósł się do góry wyrzucając świadomą, kuszącą prośbę. Uniósł brew i kątem oka obserwował, czy jego przynęta zadziałała. Znalazł się w kuchni starając się odszukać naczynia pozwalające na przygotowanie jedzenia. Znalazł gliniany kubek, do którego wsypał aromatyczny proszek. Skrzywił się na samą myśl o tak wielkim uwielbieniu do czarnej cieczy i nastawił czajnik parujący na kuchence. Obok siatki ze składnikami odnalazł fioletowe gałązki wrzosu, które zerwał po drodze; zapomniał o nich. Ujął je między place, a gdy Justine przekroczyła próg kuchni, pospiesznie schował je za siebie odwracając się do niej frontowo. Uśmiechnął się niewinnie i odchrząkując krótko zamierzał przekazać jej pewną informację. Przecież po to też tutaj przyszedł, prawda? – Justine, bo, zanim przejdziemy do reszty, to chciałbym cię o coś spytać… – zaczął niepewnie pocierając kark w dziwny zdenerwowaniu. A co jeśli się nie zgodzi? Wypomni niedawną ceremonię, w której tak bardzo zawiódł? Nadchodzące wesele było okazją, aby wyrwali się ze szpon okrutnej codzienności, obowiązków, brzemienia, które nosili na swych wąskich barkach. Mogli poczuć coś w rodzaju normalności, swobody, spokoju ducha, wejść w kolejny etap znajomości. Odetchnął ponownie: – Czy nie zechciałabyś towarzyszyć mi na ślubie i weselu Alexandra? – wydusił z siebie na jednym wdechu, po czym wyciągnął zza pleców uroczą wiązankę wręczając swej oblubienicy: – Obiecuję, że będziesz się dobrze bawić i… – zatrzymał na moment patrząc prosto w tak samo jasne źrenice: – I że nic już nie wywinę. – usta zwinęły się w prostą kreskę, wspominając ślubne przewinienia; potworną zazdrość, zawód, kłótnię, alkoholowe upojenie. Miał nadzieję, że zdążyła mu wybaczyć, wyrażając szczerą chęć na wspólną celebrację. Westchnął ciężko odwracając się do blatu. Szczeniak obijał się o jego nogi, a czajnik zakomunikował swą gotowość. Zdjął go z gazu, zalewając kubek z kawą. Dziewczyna błyskawicznie poradziła sobie z odszukaniem przedmiotów; wyciągnęła talerze, deskę, sztućce, wręczyła żeliwną patelnię, na którą popatrzył z mocno rozszerzonymi powiekami: – No dobrze, dobrze, zajmę się tym. – ustawił ją na średnim palniku. Rozejrzał się w poszukiwaniu tłuszczu, natrafiając na maleńki kawałek masła, schowany za dużymi miskami. Odkroił część wrzucając na patelnie. Pozwolił, aby zajęła się dodatkami. Z lekkim uśmiechem zatrzymał się przy niej mówiąc: – Ćwicz, ćwicz. – a gdy zrzuciła z deski ostre kawałki cebuli, zabrał się za miarowe mieszanie. Był naprawdę skupiony, zależało mu, aby potrawa wychodząca z jego inicjatywy była jak najlepsza. – Pij kawę, bo ci wystygnie! – ponaglił zaraz, zajmując się rozdrabnianiem przyniesionego przez blondynkę mięsa. Wrzucił je na patelnię i patrząc kątem oka dopytał: – Robię wszystko tak, jak trzeba? – powinna go kontrolować. Przed nimi punkt kulminacyjny, wrzucenie jajek i odpowiednie przyprawienie. Wyciągnął je z torby i zawahał się na moment; rozbijając je o kant patelni wbił je na skwierczący ogień mieszając energicznie. Trochę soli, pieprzu, czy gotowanie naprawdę jest, aż takie trudne?

1. Od -50 do -20 - zdejmuje z patelni nieściętą, surową jajecznicę, która wymaga konkretnego doprawienia i dosmażenia.
2. Od -19 do 10 - zdejmuję z patelni w połowie nieściętą jajecznicę, a w połowie odpowiednio dobrą. Jajecznicy brakuje ostrości, sól wydaje się w normie.
3. Od 11 w górę - zdejmuję z patelni praktycznie udaną jajecznicę; jest odrobinę za mocno przysmażona, ale to nie przeszkadza w jej degustacji. Obie przyprawy są w normie.


[bylobrzydkobedzieladnie]



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 07.03.21 14:39, w całości zmieniany 4 razy
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

The member 'Vincent Rineheart' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 96
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Sypialnia gościnna Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

W jakiś sposób chyba nawykła do tego, że ludzie mieli w nawyku ją zostawiać. A może nie ludzie, ale mężczyźni. Jakby im bliżej ją poznawali im mocniej związywali z nią swój własny los, odkrywali coś, co nie pozwalało im kontynuować. Może ona sama była wadliwa, nigdy nie przestała właściwie myśleć, że było inaczej. Coś, ewidentnie, musiało być z nią nie tak. Choć sama nie potrafiła odnaleźć dokładnych powodów. Teraz chyba też na to czekała. Na moment w którym będzie patrzeć jak wychodzi po raz ostatni drzwiami. Na świadomość, że kolejnego dnia już nie będzie. Może właśnie dlatego nie angażowała się zbyt mocno teraz? Bo niezmiennie bała się otworzyć bardziej, pozwolić pochłonąć całkowicie, żeby nie cierpieć tak bardzo. Zupełnie przegapiając moment w którym zaczęło jej naprawdę zależeć. W której spokojny strumyk podjętych działań powoli żłobił w postawionych w niej murach wnękę, pozwalając znaleźć się dalej, głębiej. Na nic zdawały się nagłe cofnięcia, jakby sam rozsądek ciągnął ją do tyłu za rękę. Na nic kolejne niesprawiedliwe próby które sama prowokowała, jakby chcąc popchnąć go w kierunku w którym nie chciała by kiedykolwiek było mu na rękę. Była okrutna - zarówno dla siebie, jak i dla niego. Chyba za mocno nawykła do tego, że każda głębsza relacja na końcu w swoim wyniku miała jedynie garść cierpień.
Nie była pewna w którym momencie rzeczywiście zdała sobie z tego sprawę. Z zależności która rosła coraz mocniej i coraz prędzej. Z potrzeby posiadania go blisko, nieraz zwykłego trzymania za rękę. Obawiała się tego. Nie potrafiła nie rozmyślać nad tym, czy wszystko co rosło, powoli stawało coraz pewniej nie było jedynie złudzeniem spowodowanym chwilą. A może szukała usprawiedliwienia dla samej siebie. Może też dla niego, gdyby więcej miał nie znaleźć się obok. Kolejno mijające minuty czasem były zupełnie nie na rękę, kiedy myśli zadręczały ją swoim własnym istnieniem, a zajęcia nie wymagały skupienia na tyle uważnego, by odgonić je dalej skutecznie.
Nie była pewna w którym momencie zaczęła odpuszczać dokładnie. Kiedy przestała samą się trzymać za rękę. Odmawiać własnym potrzebom, czy pragnieniom. Chyba kiedy drugi tydzień chylił się ku końcowi, a on nadal zjawiał się witając ją z uwielbieniem zaczęła wierzyć, że nie jest tylko chwilowym pragnieniem. Przelotną znajomością. Momentem zapomnienia. I sama, po raz pierwszy od dawna nie chciała nim być. Świadomość nadal żyjącego Skamandera kładła się na niej cieniem, ale pamiętała słowa przyjaciółki i zamierzała sięgnąć po to, co rzeczywiście było dla niej najlepsze. Egoistycznie, samolubnie, przynajmniej z początku zaczynając odczuwać znaną już wcześniej potrzebę. Chciała, żeby i on mógł zobaczyć siebie w taki sposób w jaki ona widziała jego. A nie było to łatwe, nie tylko przez małą wiarę posiadaną przez niego samego, ale przez okoliczności, które nie pozwalały wybrzmieć temu, co coraz mocniej potrzebowała wypowiedzieć. Zaczęła nieśmiało wraz z rozpoczęciem nowego tygodnia. Nie potrafiła wiele i chyba tak naprawdę, jeszcze nie była całkowicie na konfrontacje gotowa. Ale mogła przecież… chociaż spróbować. Pochylając się nad pergaminem i piórem, codziennej rutynie którą poświęcała na ćwiczenie dłoni, jednocześnie postanowiła wykorzystać na pozostawienie własnego śladu. W poniedziałek, wsunęła niewielki kawałek pergaminu między stronice książki, którą właśnie czytał, napis na nim głosił krótkie: come back to me. Jeszcze kiedy czekała na jego powrót z kuchni kilka razy wyciągała i wkładała z powrotem niewielki świstek papieru nie będąc do końca pewna, czy robi właściwie. Nie dlatego, co napisała. Nie dlatego, że myślała inaczej. Chyba po prostu się bała. A ten pierwszy pozwolił spokojniej sięgać po kolejne, zostawiane w różnych miejscach, kieszeni kurtki, czy spodni. Wsunięte nieśmiało do torby. Mówiły różne rzeczy. Głównie o tym, ile znaczył. Krótkie, mieszczące kilka wyrazów. Wyraźnie jeszcze koślawych. Ten wczorajszy odważnie stwierdzał you feel like home. I nie bała się tego zdania. Przy nim, czuła się lepiej, przy nim czuła się bezpieczna, zwyczajnie dostateczna. Odprowadzała go spojrzeniem, albo stawiając bose stopy na drewnianych deskach, niezmiennie obawiając się, że ta wizyta jest ostatnią. Że na więcej nie będzie już miejsca.
Kiedy odgłos kroków dotarł do jej uszu uniosła głowę, od momentu w którym mógł ją dostrzec, ona zawieszała tęczówki na nim. Zabrany przez szczeniaka kawałek mięsa uwolnił jej obie dłonie i kiedy skomentował jej niemy gest, złożyła ręce i ułożyła je pod przechyloną głowę wskazując na niego, unosząc zaraz kciuk ku górze.
Powinien więcej spać.
Krótki przekaz, tak trudny, kiedy nie dało wesprzeć się go żadnym słowem. Ciepło palców na skórze i oddechu otulającego jej policzek mimowolnie przymknęły jej powieki, kiedy machinalnie odchyliła odrobinę głowę. Niewielki, niedługi dotyk, przynosił przyjemny dreszcz, przechodzący pod skórą. Uniosła rękę, czasem dłonie, przedłużając chwilę która zawsze kończyła się zdecydowanie za wcześnie. Chyba zauważała więcej, kiedy nie operowała słowem. To jak spoglądał w jej stronę, delikatność gestów. Krótkie pocałunki składane na jeszcze niesprawne dłonie. Kawa zwabiła ją szybko razem z pytaniem o kuchenne rzeczy. Podniosła się, zabierając miskę. Kiedy weszła do kuchni zmarszczyła brwi spoglądając na Vincenta. Już w postawie coś było inne, mniej swobodne. Kiedy zaczął mówić skupiła się na nim, trochę po omacku odkładając miskę na stół. Obserwowała jak unosi rękę, żeby potrzeć kark, widocznie zachodząc o coś w głowę. Czekała a wypadające na powierzchnię pytanie najpierw rozszerzyło jej oczy odrobinę. Chyba w tym wszystkim zapomniała… Nawet nie pogratulowała Alexowi, tego że będzie niedługo miał żonę. Nie była też pewna, czy powinna się tam zjawiać. Spojrzała na wrzosy wyciągnięte w jej stronę. Rozchyliła odrobinę wargi, robiąc krok w jego stronę, ale mówił dalej, więc zatrzymała się, przechylając głowę w prawą stronę. Odbierając kwiaty, unosząc je do nosa, żeby zaciągnąć się zapachem, który zawrócił jej już dawno w głowie. Chyba po raz pierwszy od dawna uśmiechnęła się prawie swobodnie. Warga drgnęła, kiedy obiecywał nic nie wywijać. Ostrożnie z dbałością odłożyła na stół kwiaty, przysuwając się łagodnie bliżej. Ujmując jego dłonie by ułożyć na swoich biodrach. Zadrała brodę, szukając jego spojrzenia, własne ręce układając na jego klatce, przesuwając je wyżej na ramiona. Wpatrywała w jego twarz, przesuwając po niej spokojnie spojrzeniem, by - posiadając pewność, że podąża za jej gestami wzrokiem - skinąć krótko głową. Wspięła się na palce, żeby złożyć na jego policzku krótki pocałunek, opadając na pięty uniosła dłoń, żeby łagodnie, żartobliwie trącić palcem w nos Vincenta, złapała za jego dłoń, unosząc ją wykonała obrót puszczając chwilę później. Próbując uśmiechnąć się choć trochę, ale gest niezmiennie wyszedł krzywo. Obawy nie odsunęły się ani trochę, ale… mogła pójść dla niego i dla Alexa. Przez samą imprezę przemykając trochę bokiem.
Najpierw znalazła niewielki słoik i wstawiła wrzosy w wodę, by zaraz później zacząć znajdować potrzebne kuchenne przybory. Patelnię wyciągając od razu w jego stronę. Zaczęła przygotowywać się do podjęcia próby krojenia cebuli. Wzięła wdech w płuca, patrząc na nią niepewnie trochę. Uniosła głowę jakby zaskoczona. Zmierzyła go spojrzeniem, powoli skinając głową. Skupiła się więc na własnym zadaniu, powoli, nierówno o wiele, wiele dłużej. Przygryzała dolną wargę z prawej strony. W końcu skończyła. Nie było idealnie. Ale tak czy siak jadalnie. Podeszła zrzucając z deski cebulę, rozrzucając jej trochę naokoło. Odsuwając się, zacisnęła na krótką chwilę lewą dłoń na jego przedramieniu. Krótka uwaga sprawiła, że złapała za kubek, przystając z boku. Odłożyła go tylko na chwilę, żeby wsunąć się biodrami na szafkę. Podciągnęła bosą stopę i oparła ją o drewno, brodę układając na kolanie. Przytaknęła krótko głową, kiedy chciał wiedzieć, czy postępuje odpowiednio. Po prostu patrzyła, milcząco śledząc nie jego ruchy, ale mimikę twarzy. Zsunęła się z blatu, podstawiając dwa talerze, zabierając jeden ze sobą razem z kawą. Nigdy nie przeszkadzało jej, kiedy ta robiła się zimna - taką też lubiła. Usiadła przy stole naprzeciw niego, nie zaczynając jeść póki i on nie zaczął. Wrzucała pokarm, chociaż zwyczajowo, nie była za bardzo głodna. Widziała jednak jego starania i to na nie odpowiadała. A jajecznica, okazała się naprawdę smaczna. Kiedy skończyła sięgnęła do kieszeni swetra przesuwając palcami po pergaminie, który dzisiaj spisała. Z krótkim zawahaniem wyciągnęła go, układając pismem do dołu. Chyba nadal się bała, własnych uczuć, potrzeb, reakcji. Przesunęła skrawek papieru w jego stronę, podnosząc się by zebrać talerze i od razu skierować swoje kroki do krany by podjąć się zmywania.

musiałam po angielsku, bo brzmią fajniej rolling



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Sypialnia gościnna Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down

On nigdy by tego nie zrobił; nie zostawił, nie opuścił mimo niezrozumiałych, paraliżujących przeciwności. Potrafił wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, prezentowane zachowania. Gdyby sytuacja wydawała się niejasna, niepokojąca – zażądałby natychmiastowych wyjaśnień. Wyczerpujących, wielogodzinnych, doprowadzających do należytego porozumienia. Nie odwracał się od ludzi, nie przekreślał, gdy przekorny, psotliwy los popychał do nieoczekiwanych i nieodpowiednych decyzji. Sam nie był nieskazitelny; poszukiwał zrozumienia, wybaczenia, prawdziwego pojednania aby finalnie dostać go właśnie od niej. Wszyscy ci, którzy wprawili ją w tak potworny stan, byli nie warci kobiecej uwagi – nie zasługiwali na bezgraniczne oddanie, ogromne zaufanie, którym była w stanie ich obdarzyć. Nie powinni prosić o żaden, przychylny gest, hipnotyzujący wzrok tęczówek w kolorze nieba, przyjemny, kojący dotyk wyganiający wszystkie, nagromadzone troski. Nie był taki. Nie rozumiał dlaczego traktowała go w ten sam sposób, nie potrafiła zaufać do końca, dać szansy, przepuścić o jeden krok dalej. A może nadal wątpiła, nie była go pewna? Może nie był do końca właściwy, swym konkretnym postepowaniem przypomniał tamtych? Nieodpowiedzialnych, tchórzliwych, nie potrafiących walczyć o dobro relacji, komfortu drugiej jednostki. Za wszelką cenę starał się przegonić wstrętne demony przeszłości przybierające charakterystyczne, lecz nieznane sylwetki. Wypędzał niepotrzebne myśli, pragnął zastąpić je tylko i wyłącznie sobą. Bo nią zdążył już przesiąknąć i nie miał zamiaru pozbywać się tak niesamowitego i nadzwyczajnego poczucia.
Nie sądził, iż jedno, niespotykane uczucie mogło utrzymać się przez tyle długich i mozolnych lat. Pamiętał odległe czasy beztroskiej szkoły, gdzie jako nastoletni, niedoświadczony młodzieniec podjął tak drastyczną decyzję. Idąc za głosem rozsądku zakończył rozkwitające, silne powiązanie nie mając pewności o jego odwzajemnieniu. Tego pamiętnego, majowego dnia w środku opustoszałej klasy przeżywał mieszankę skrajnie niemożliwych uczuć: topniał pod siłą niesamowitego pocałunku, bliskości dziewczęcego ciała, ulotnego oddechu, specyficznego dotyku, aby następnie, w kolejnym etapie, paść ofiarą paraliżującego bólu, rozdarcia i rozczarowania. Poczuł pustkę, niezrozumienie, niedopasowanie oczekiwań. Nie był przecież tym, kim oczekiwała: nie miał popularności, dobrego nazwiska, reputacji i zbyt dużej brawury. Chował się w cieniu szkolnej biblioteki ślęcząc nad opasłymi tomiszczami z najróżniejszych dziedzin. Wybierał długie spacery, eksplorowanie świata w niespiesznym, zwolnionym tempie. Był inny. Nie wyrósł z destruktywnych myśli, obezwładniających wątpliwości przychodzących niemalże codziennie. Krążąc po szerokiej, rozległej obczyźnie próbował ułożyć sobie życie, wchodzić w zobowiązujące koligacje, wyszukiwać brakujących elementów, które mogły stanowić dopełnienie – złudnie. Wszystko to było jedynie namiastką prawdziwej potrzeby, o której nie zdawał sobie sprawy. Pewne wyciszone uczucia, schowane głęboko między wnętrznościami, czekały na odnalezienie odpowiedniej, jedynej jednostki, która potrafiłaby wybudzić je z głębokiego snu. I tak się stało. Zrozumiał to zbyt późno, dopuszczając się kolejnych bezmyślnych, nieplanowanych poczynań. Zrozumiał, że im bardziej oddalała go od siebie, tym bardziej starał się być blisko. Podchodzić, podpytywać, znajdować się w tej samej okolicy. Poświęcać codzienność, przekraczać granice, wkraczać w ten sam świat. To obezwładniające uczucie ogarnęło go całkowicie; był zaślepiony, a może zauroczony? Odnalazł zagubioną jednostkę, której tak bardzo mu brakowało. Wszystkie elementy łączyły się w jedną, konkretną całość tworząc idealistyczną wizję. I choć masa przeszkód wyrastała na jego drodze, był na nie gotowy, stawał im naprzeciw, choć nie zawsze się udawało.
Widział je. Niewinne karteczki spisane na kawałeczkach żółtawego pergaminu. Drukowane, rozedrgane pismo wykreślało plątaninę tak pięknych i wymownych słów. Odnajdywał je w najmniej oczekiwanych momentach, niespodziewanych miejscach, o nieplanowanych porach. Wysuwały się niepozornie, mimowolnie wypadając na drewniane deski. Przyciągały zaskoczony wzrok, drażniły długie palce, gdy wczytywał się w ich treść: come back to me. Uśmiechał się, poznawał, przytrzymywał jak najbliżej serca. Wzruszał się podświadomie, bezwstydnie, gdyż tak nieśmiały wyraz robił na nim największe wrażenie. Zabierał je ze sobą; spoczywały między stronicami podręcznego notatnika. Pojawiały się codziennie: w warstwach jesiennego płaszcza, wciśnięte w niewielką kieszeń, wystawiające z zakładek torby, leżące na salonowej szafeczce. Były idealne. Poprawiały nastrój, cieszyły rozmigotane tęczówki. Siedząc na skrzypiącym łóżku, będąc we własnej sypialni, wysypywał je na kraciasty pled, aby jeszcze raz, po raz kolejny przeczytać ich treść. Imponowały mu, rozmiękczały największy mięsień tłoczący życiodajną krew. You feel like home – mówiła karteczka z wczoraj, której przyglądał się najdłużej. Czyżby odnalazł przynależność, całkowitą akceptację? Znalazł swoje miejsce na tym parszywym ziemskim padole? Pojedyncza kropla spłynęła po policzku ginąc w kilkudniowym zaroście. Nie zasłużył. Nie rozumiał, starał się po prostu uwierzyć.
Pokręcił głową przeczącą, gdy wymowny gest zaznaczył, iż nie musiał zrywać się o tak wczesnej porze; powinien być na każde zawołanie, czuwać, reagować na najdrobniejszą zmianę. Skupił się na ulotnej czułości, której zawsze było mu mało. Skradł przelotny pocałunek przeciągając magnetyczną bliskość, po czym przesunął się do kuchni, przygotowując odpowiednie składniki, wyszukując konkretne naczynia. Westchnął ciężko nie odnajdując się w plątaninie drewnianych szafek. Pies zaplątał się pod nogami dodając otuchy. Zaszczekał wraz z rozgwizdanym czajnikiem. Specyficzny zapach kawy otulił całą kuchnię, sąsiednie pomieszczenie. Dźwięk znajomych kroków rozniósł się wyrazistym echem; nie miał zbyt wiele czasu. Rozszerzył źrenice, uchwycił przygotowany bukiet, w ostatniej chwili schował go za siebie przyciskając się do wystającego blatu. Odchrząknął wymownie spoglądając na podejrzliwą oblubienicę. Uśmiechnął się zakłopotany dokonując zaproszenia, dokładając odpowiednie gesty. Tak bardzo chciał, aby tym razem towarzyszyła mu na tak wspaniałej uroczystości. Pragnął mieć ją przy sobie, celebrować wszystkie, piękne chwile, pokazywać się wśród znajomego tłumu, który ten jeden raz przestanie go przerażać. Zaproszenie gwarantowało odrobinę swobody, oderwanie od bolesnego zgiełku krwawej wojny, wydarzeń, które odcisnęły na nich bolesne piętno. Musiała zapomnieć, podążał dalej nie oglądając się za siebie. Patrzył jak odbiera wonny bukiet ciesząc się jego kuszącym zapachem. On też go uwielbiał. Wywoływał dziwne odczucie w okolicy podbrzusza, działał pobudzająco, a może narkotyzująco? Błękitne tęczówki zaświeciły się jaśniejącym blaskiem, gdy szczery uśmiech ozdobił szczupłe policzki. On też to zrobił. Patrzyła na niego tak głęboko, wymownie; nie wiedział co się dzieje. Czekał na znak, minimalne potwierdzenie. Przysunęła się, skrzyżowała bliźniacze źrenice, łaskotała miarowym oddechem. Skinęła głową, niezrozumiale ciepło rozlało się po całym ciele, poczuł ulgę. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, szepcząc krótkie: – Cieszę się… – mokre wargi opadły na rozgrzany policzek. Przez chwilę przytrzymał ją przy sobie przytulając jak najdłużej. Wyswobodziła się zgrabnie zaczepiając wymownie, okręcając się wokół wyciągniętej dłoni. Zaśmiał się, tak szczerze, prawdziwie, przez dłuższy moment: – Musimy nauczyć się tańczyć… – wyrzucił zaraz tłumiąc chichoczące dźwięki. Niezgrabne koki mogły zrujnować całą imprezę. W tym przypadku musiała być przecież idealna.
Przyjmował kolejne naczynia, układając je w odpowiednich miejscach. Ściągnięte brwi, lekko przygryziona warga wskazywała na głębokie skupienie. Rozgrzewał patelnię, wrzucił ostatki masła; będzie musiał załatwić nową kostkę. Krzyżując ręce na klatce piersiowej czekał, odliczał uciekające sekundy. Podglądał kątem oka, gdy zawzięcie ćwiartowała płaczliwe warzywo. Uśmiechał się kącikiem ust; radziła sobie naprawdę dobrze. Gdy składnik wylądował na teflonie, zabrał się za intensywne mieszanie. Dorzucił jajka, kawałki mięsa, kontynuował. Poprosił o potwierdzenie, lecz ona skinęła głową rozsiadając się tuż obok. Lubił na nią patrzeć. Było w tym coś codziennego, lecz niezwykle pociągającego. Drewniana łyżka szorowała po powierzchni, twarz pozostawała niewzruszona. Chciał pokazać, że potrafi, wspiąć się na wyżyny, przekroczyć barierę. Zmęczył się. Podczas gdy blondynka szykowała stół, on sięgnął po wolny, gliniany kubek i otwierając znajomą puszkę, wysypał suszoną mieszankę ziół. Zalał pozostałym wrzątkiem ciesząc się specyficznym aromatem. Upił wątły łyk zdejmując patelnię. Zaniósł ją do salonu stawiając na środku stołu. Wrócił po parujący napar i zasiadł naprzeciwko. Wziął głęboki wdech i zanim rozłożył porcje powiedział: – Mam nadzieję, że nie jest trująca. I bądź ze mną szczera… – poprosił wyciągając palec wskazujący. Szczeniak szczeknął pod stołem marząc o odrobinie potrawy. Mężczyzna przyłożył palec do ust, ignorując nawoływanie. Rozłożył jajecznicę tak, aby większa ilość przypadła partnerce życząc krótkie: – Smacznego. – zabrał się za konsumowanie. Była naprawdę dobra! Zdziwił się odpowiednią konsystencją, dobrze dobranymi proporcjami. Przechylił głowę nie kryjąc niezrozumienia. Spojrzał na nią przelotnie zastanawiając się, czy czuje to samo. Jadła, nie ukazując wyrazu niezadowolenia, czy obrzydzenia. Niesamowite. Skończył wcześniej gestem zachęcając ją, aby dokończyła całość. Popijał ziołowym naparem, które zapach mieszał się ze specyfiką kawy. Przesadził z ilością, przekręcił oczami odchylając się na drewnianym krześle. Pokręcił głową i rzucił w jej stronę: – Będzie ze mnie jeszcze szef kuchni? – wyrzucił w zabawnym półtonie zawieszając na niej swe badawcze spojrzenie. Nie wiedział co kombinuje; dłoń powędrowała do kieszeni swetra wyciągając malutką karteczkę. Znajomą, kolejną. Usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu, wyciągnął dłoń, aby odebrać zawiniątko i musnąć końcówki jej palców. Poderwała się do góry, lecz on zdążył przeczytać wdzięczne linijki. Zatrzymał ją na moment, odwracając w swoją stronę. Spoglądał ze wzruszeniem, uwielbieniem, spokojem. Zdołał wyszeptać krótkie: – Piękne… – podnieść się do góry, odebrać jeden z talerzy i ucałować w kącik ust, tak po prostu, niewinnie, szczerze. Nie musiała się tego wstydzić. Imponowała mu, sprawiała przyjemność. Pomógł posprzątać po dość specyficznym obiedzie. Wracając do salonu zatrzymał się na jego środku zastanawiając się przez chwilę: – Poczekaj na mnie, przyniosę sobie tu pracę. Wezmę też te książkę, którą czytałaś. – zniknął na moment wspinając się po drewnianych schodach. Chwycił rączkę torby i opasły tomik. Zszedł na dół rozsiadając się na podłodze, którą po krótkiej chwili zapełnił masą notatek, kwiecistych rycin, sprawozdań, wymagających natychmiastowej poprawy. W takim towarzystwie mógł pracować do samej nocy.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

Wiedziała, że była niesprawiedliwa. Że należała mu się całkowicie czysta karta i miejsce na popełnianie błędów z których można było wyjść znów na prostą. Wiedziała, doskonale o tym wiedziała, ale nie potrafiła całkowicie mu tego sprezentować, chociaż starała się naprawdę. Nie umiała jednak nie próbować ochronić siebie samej i własnego, poranionego tak okrutnie serca. Finalnie zawsze zostawała sama. I tego okrutnie się obawiała ale jednocześnie też najmocniej tego nie chciała. Wewnętrznie złożona z rozbitych, pokruszonych fragmentów. Słów, które nadal mimo upływu lat nadal dźwięczały w jej głowie. Byli egoistami, stawiającymi ją przed faktem dokonanym. Słowa które wypowiedział jej Skamander były niesmaczną strawą. Uwiązał ją nimi jeszcze bardziej, zapewniając, że mogłaby być wszystkich, jednocześnie otwarcie głosząc, że nie pozwoli jej na to. A co jeśli zmieni zdanie, co jeśli mogłaby go przekonać, skoro mogła być odpowiedniać, taka jakiej potrzebował? To przez miesiące nie dawało jej spokoju, zapadało ją jeszcze mocniej i jeszcze bardziej. Czasem naprawdę pragnęła, żeby była inna, bardziej… odpowiednia.
I był też on w ostatnim czasie pewny, niczym niezmienna wyspa, statyczna, pewna, bezpieczna. Mimo kłótni, nieporozumień, czasem złości, czy jej własnych działań wracał do niej. Widziała jak na nią patrzył, nie mogłaby udawać nawet, że nie dostrzega tego co czaiło się w podobnych do jej tęczówkach. Nie tylko w nich mogła to dostrzegać, gesty mówiły równie dużo. Czasem niewielkie, całkowicie nieduże zdawały się mówić wszystko. Oswajał ją wytrwale i widocznie nie brał żadnych jeńców, ofiarując jej całego siebie, całą ją też biorąc.
Taką, jaką była.
Może tak naprawdę, wszystko źle wtedy zrozumiała. Może musiała tą pustkę po jego wyjeździe gdzie ulokować. Znaleźć jakąś namiastkę tego, a może całkowite przeciwieństwo tego, czego jeszcze wtedy w pustej klasie pragnęła. Chciała jego, ale kiedy zostawił ją tak gwałtownie i nagle, znikając niedługo potem znalazła kogoś, kim zastąpiła wewnętrzne, zupełnie nieświadome pragnienie. Kogoś mniej różnego, kogoś bardziej do niej podobnego. Kogoś kto nie mógł wydobyć całego jej potencjału, zamkniętego i widocznie… cierpliwie czekającego właśnie na niego. Choć i z tego nie zdawała sobie sprawy. Nie dostrzegała jeszcze wszystkiego. Tego jak potrafiła się przy nim wyciszyć. Jak jego akceptacja, całkowita i bezsprzeczna zaczynała powoli budować w niej inną pewność. Poczucie któego zawsze brakowało. Uczucie bycia odpowiednią, potrzebną, nareszcie całkowicie chcianą.
Dlaczego więc tak bzdurnie buntowała się przeciw temu wszystkiemu?
Spłoszona sobą samą, nadchodzącą zmianą, wizją czegoś nowego - czegoś innego, od tego, co dobrze znała. Wewnętrznie przerażona i nie pragnąc niczego innego.
Ale jej strach zaczynał przegrywać z budowanym przez niego poczuciem stałości i bezpieczeństwa. Chwilami obawiała się, że to dlatego, że była teraz słaba, zmęczona, złamana. Tak bardzo krucha, potrzebująca opieki i wsparcia. Co jeśli znów wszystko pomieszała. Co jeśli potrafiła być tylko sama? Teraz egoistycznie wykorzystując to, że był obok. Nie chciała, żeby przez nią cierpiał. Jednocześnie pragnąć go mieć i bojąc się tego.
Nie chciała, żeby odchodził.
Przy nim czuła się bezpieczna, przy nim czuła się piękna mimo wszystkich przywar, które nosiła. Nie musiała przy nim udawać. Nie bała się przy nim płakać. Nie chciała tego wypuszczać, tego zostawiać, tam myśl sprawiała, że chciała by wiedział choć tyle. Choć sama nie wierzyła czasem, czy nie jest tylko wytworem jej głupiej, chorej wyobraźni. Marą, którą stworzyła by poradzić sobie z powrotem, by poradzić sobie z tym co stworzyła. Ale ciepły dotyk codziennie zapewniał ją o tym, że był realnym tworem.
To dlatego je zostawiała. Choć nie otwarcie, wetknięte w stronice książki, którą czytał, czy kieszeń płaszcza. By znalazł je później, potem, nie obok, nie przy niej. Jeszcze niepewne, drżące dłonie odnajdywały odpowiednie miejsce.
Westchnęła, wywracając ostatni raz oczami, kiedy się z nią nie zgodził gestem. Chciała, żeby mógł tutaj też odpoczywać. Dom był obłożony potężnym zaklęciem. Nic nie mogło ich tutaj złego dosięgnąć - naprawdę w to wierzyła. Uniosła rękę, przytrzymując go przy sobie chwilę dłużej. Przymykając powieki, oddychając głębiej, jakby schodził z jej ramion ciężar. Był tutaj, obok, przy niej i dla niej. Chwilę później samo poszła za nim słysząc nawołując prośbę. Już od progu widząc, że zachowuje się nienaturalnie. Jej brew mimo wszystko pomknęła do góry. Ale do jednej, dołączyła druga, kiedy słowa opuściły usta, a przed nią pojawił się wonny bukiet. Odebrała go, przyjmując z uśmiechem, który tym razem bez wysiłku oplótł jej usta. Nie było innej odpowiedzi, nikt inny nie był odpowiedni. Dotyk większych dłoni, ciche bicie serca. Opadając na palce obróciła się krótko. Kiedy z jego ust wydobył się stwierdzenie uniosła palec i pokręciła przecząco głową. Wskazała nim na niego. Ona potrafiła całkiem nieźle tańczyć.
Wsunęła się na szafkę obok, podciągając nogę, układając brodę na kolanie. Obserwując jego poczynania, chociaż wzrok zsuwał się z patelni, na skupioną twarz, sylwetkę, po której przesuwała bez wstydu, we wzroku kryła się trochę inna nuta. Zsunęła się ze swojego siedzenia, zaczynając szykować stół. Zasiadła zabierając się do jedzenia, zaskoczona tym, że poszło mu… naprawdę dobrze. Właściwie, nie była pewna, czy sama kiedyś lepszą zrobiła. Wsadziła sobie w usta kolejną porcję kiedy z jego ust wypadło żartobliwe pytanie. Uniosła obie dłonie, żeby pokazać kciuki uniesione ku górze. Kiedy skończyła jeść jej dłoń zatopiła się w kieszeni swetra. Dłoń przesunęła się po spisanej kartce. Biorąc wdech w płuca w końcu ją wyciągnęła, próbując jednocześnie uciec, jakby bojąc się zobaczyć prawdziwą reakcję. Nigdy wcześniej jej nie widziała, dbając o to, by odnalazł spisywane słowa kiedy jej nie będzie obok. Elektryzujący impuls przemknął, kiedy jego palce dotknęły tych jej. Podniosła się, łapiąc za talerze, ale był szybki, szybszy niż się spodziewała. Z drżącym sercem pozwoliła by odwrócił ją w swoją stronę. Skrzyżowała z nim spojrzenie. Jedno słowo, sprawiło, że uśmiechnęła się trochę koślawo, trochę w zdenerwowaniu i niepewności. Przymknęła powieki, kiedy zbliżyła się do niej. Zajęła się sprzątaniem w jego asyście.
Skinęła krótko głową, na wypowiedzianą prośbę. Skierowała kroki w stronę ulubionego fotela, siadając na nim. Cóż, rozkładając się bardziej, po swojemu, dziwacznie, całkowicie odwrotnie. Z jednej strony przed podłokietnik przerzuciła nogę. Na drugim położyła poduszkę i głowę, kiedy wrócił zajmując miejsce na podłodze gestem poprosiła, żeby znalazł się bliżej trochę, na wyciągnięcie ręki. Układając na kolanach książkę próbowała skupić się na zdaniach. Wolna ręka powędrowała w kierunku ciemnych męskich włosów na głowie. Przesuwała leniwie palce między nimi wzrokiem sunąc po literach.
Było naprawdę spokojnie, tak jak zawsze chciała.

| ztx2 :pwease:



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Sypialnia gościnna Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks

Powrót do góry Go down

Wydarzenia ostatnich kilku dni zajęły go tak bardzo, że niekoniecznie znajdował czas, by oddać się swemu ulubionemu zajęciu. Ulubionemu, bowiem po pierwsze, wiązało się z alchemią, nauką, której postanowił poświęcić całe swoje życie, a po drugie wciąż stanowiło jego główne źródło utrzymania. Dzisiaj wreszcie, po dwudniowym maratonie roznoszenia pluskiew i nieco dłuższym, dziejącym się równolegle, a dotyczącym szeroko pojętej działalności prozakonnej, przeplatanej szeregiem obowiązków, które trzymały go w Puddlemere przy lordzie Macmillanie, odnalazł czas na spokojne spędzenie przedpołudnia w swoim nowym domu.
Sypialnia gościnna powitała go zupełnie tak, jakby nigdy gościnną nie była. Prędko zapełniła się szeregiem przedmiotów, które Castor przytargał ze sobą z Wrzosowiska, chociaż zdecydowaną większość stanowiły rzeczy składowane przez niego dotychczas w szopie. Planował oczywiście przeniesienie ich wreszcie do szopy nowej, jednakże Michael obiecał, że niedługo zabierze się za jej posprzątanie, zaś Castor, jako doświadczony pomimo młodego wieku alchemik nie zamierzał pracować w niezbyt higienicznych warunkach. Z tego również powodu dzisiejszego dnia do pracy przystąpił w okolicznościach wyjątkowych, bowiem za blat roboczy posłużyć mu miało jedynie niewielkie biurko znajdujące się w pokoju. Ale poradzi sobie. Kto jak nie on.
Pracę, jak zawsze, rozpoczął od uprzątnięcia przestrzeni wokół siebie. W centralnym miejscu biurka ustawił zatem złoty kociołek, który od prawie miesiąca stanowił jego główny przybór alchemiczny. Na godzinie drugiej od kociołka ustawił wagę alchemiczną wraz ze złotymi szczypcami i łyżeczką, dzięki której odmierzał odpowiednie porcje komponentów, zaś o ścianę zostały oparte notatki, które — jak zawsze — sporządził własnoręcznie. Wszelkie surowce potrzebne do wykonania zamówionych talizmanów, którymi miał się dziś zająć, ustawił jednak na podłodze, w trzech rządkach równoległych do krawędzi łóżka. Proces tworzenia i łączenia odpowiednich składników zawsze przebiegał u niego nieco intuicyjnie. Było to zarówno dobre (sądząc po ostatnim paśmie udanych talizmanów), jak i niosło za sobą ryzyko porażki w przypadku nieodpowiedniego dobrania składników (co również mu się zdarzało i musiał brać pod uwagę, gdy będzie pracować nad drugim z talizmanów). Przyglądał się swojemu dziełu chwilę, aż uznał, że wszystko powinno być gotowe do zabrania się do dzieła.
Ogień pod kociołkiem zapłonął, a jego lewa dłoń powędrowała w stronę pierwszego ze składników. Smoczą kość obracał już w palcach kilkukrotnie, a ostatnie dwa przygotowane przez niego talizmany z runą kwitnącego życia podobno nosiły się świetnie. Pan Rineheart oraz tajemnicza pani M. musieli naprawdę cieszyć się ze swych nowych nabytków, bowiem niespodziewane zamówienie od nikogo innego jak pana Foxa, tego samego Foxa, którego poznał na weselu Steffena i Isabelli było dla niego niemała zaskoczeniem. Uśmiechał się jednak na myśl, że to właśnie ten talizman został przez pana Foxa wybrany. Runa kwitnącego życia, zwana także runą zdrowia była ostatnimi czasy niezwykle ceniona przez klientów, a Castor musiał zaopatrzyć się w odpowiednią ilość ołowiu oraz smoczej kości. Wracając jednak do tej drugiej, trafiła ona do kociołka jako pierwsza tak, aby odpowiednie przetrzymanie jej w cieple doprowadziło do jej delikatnego zmiękczenia. Przetrenował już ten sposób łączenia surowców ze sobą przy okazji tworzenia wcześniejszych talizmanów podobnego typu. Odsunął się więc na chwilę od kociołka, aby zbliżyć się do rządku, w którym ustawił sobie wszystkie posiadane przez siebie bazy. Kucnął przed nim, poświęcając chwilę na analizowanie zebranych tam baz. Dłoń krążyła mu przez kilka chwil nad pojemnikami, aż wreszcie wybór zawęził się do dwóch potencjalnych baz. Ruda żelaza olbrzymów wydawała się być idealną drugą bazą, chociażby ze względu na to, że olbrzymy należały do grupy istot wyjątkowo trudnej do ubicia. Z drugiej jednak strony odrzucił ten pomysł, przypominając sobie, że olbrzymy przy swych imponujących rozmiarach nie cechowały się inteligencją, którą już zdążył u pana Foxa dostrzec. Wygrał przecież w duecie z panną Clearwater (chyba tak się nazywała? Castor nie mógł być tego pewny) konkurs na budowanie i odgadywanie śnieżnych figurek gości. Daleko mu więc było do olbrzymskiej prostoty. Ostatecznie więc dłoń Castora spoczęła na pojemniku z przetopioną podkową centaura. Centaury, przynajmniej w umyśle blondyna, reprezentowały mądrość, zaś podkowa według wszystkich ludowych wierzeń wskazywała na szczęście. Te dwa aspekty z kolei w połączeniu z siłą smoczych kości wydawały się mu być zaskakująco pasujące do osoby zamawiającego.
Wyprostował się, choć niemal od razu schylił się po jeszcze jedną rzecz. W nagłym przebłysku jasności uznał, że najlepszym odczynnikiem, który powiązałby obie bazy ze sobą byłby wyciąg z asfodelusa. Roślina ta nie dość, że wykorzystywana była przy potężnych eliksirach leczniczych takich jak wywar żywej śmierci czy eliksir wiggenowy, swego czasu porastała niezwykle dużo cmentarzy, stanowiąc coś na kształt "pokarmu dla zmarłych", o czym czytał kiedyś w jednej ze swych książek dotyczących zielarstwa. Dualność tego surowca uznał za rzecz niezwykle dojmującą, nie zastanawiając się nawet nad wyborem innego odczynnika. Tego wyboru był bowiem pełen całym sobą.
Gdy powrócił do kociołka, zauważył, że smocza kość zdążyła już przybrać odpowiednią miękkość. Ostrożnie dołożył do kociołka przetopioną podkowę centaura, po czym odczekał równo minutę, zanim ostrożnym, niewielkim strumieniem wlał do środka także wyciąg z asfodelusa. Pozwolił składnikom dojść do wrzenia, po czym nie zmniejszając ognia pod kociołkiem, zabrał się za mieszanie powstałej substancji tak, by mieć pewność, że wszystkie składniki połączyły się ze sobą równomiernie. Dwadzieścia jeden okrążeń w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara załatwiło robotę. Mógł wyłączyć ogień pod kominkiem i zająć się przygotowaniem odpowiedniej formy.
Tej, która pomagała mu w tworzeniu pierścionków musiał poszukać nieco dłużej, schowała się bowiem na samym dnie jego toreb, wraz z drugą, którą wyciągnął "na zaś". Chwilę majstrował przy rozmiarze formy tak, aby pasowała na standardowych (tak przynajmniej ocenił z daleka, dłonie pana Foxa nie wydawały mu się odbiegać szczególnie od męskiej normy) rozmiarów męskie palce. Gdy uznał, że dopasowanie było prawidłowe, cofnął się raz jeszcze do rzędu, tym razem skupiając się na tym, który zawierał w sobie wszystkie serca talizmanów. Odnalezienie ołowiu nie stanowiło dla niego szczególnej trudności. To przy doborze drugiego z serc zawiesił się na moment, lecz nie tak długi, by pozwolić temperaturze mieszanki baz i odczynnika opaść poniżej wymaganego poziomu. Ostatecznie jednak postanowił podążyć za głosem swej intuicji ponownie, wybierając niebieskie pióro memortka. Użył podobnego w talizmanie dla tajemniczej pani M., tamten talizman się udał, a memortki również miały swoje połączenie z mitami o życiu, zdrowiu oraz śmierci. Wsparcie pióra tego magicznego zwierzęcia może się okazać nieocenione, a Castor czuł podskórnie, że właśnie tak będzie i dziś.
Gdy pojemniki z dwoma składnikami stuknęły cicho o powierzchnię biurka, Castor cofnął się jeszcze o kilka kroków tak, by przystanąć przy drzwiach. Nasłuchiwał chwilę, czy nikt nie spaceruje po domu, bowiem jednym z głównych jego strachów dotyczących pracy w przestrzeni zamkniętej, którą dzielił z innymi ludźmi, było to, że kreślona przez niego runa wybuchnie mu wreszcie w twarz i przy okazji uszkodzi jeszcze kogoś niewinnego. Na całe szczęście nie słyszał, aby ktokolwiek nadchodził, zatem przystąpił do kolejnej części tworzenia. Ostrożnie przelewał zawartość kociołka do przygotowanej wcześniej formy, obserwując, jak prawie srebrny, choć znacznie ciemniejszy w barwie płyn wypełnia przygotowany pierścień formy. Gdy tylko kociołek został opróżniony oraz odstawiony na miejsce, Castor odkręcił pojemniki z przygotowanymi wcześniej sercami. Za pomocą złotych szczypców, które przygotował sobie wcześniej, umieścił w formie serca talizmanu. Na pierwszy ogień poszedł ołów, którego niewielka, ale regularna bryłka została umieszczona tak, aby przygotowana wcześniej masa bazowo—odczynnikowa całkowicie ją pokryła. Po jej umieszczeniu zrobił sobie krótką przerwę po to, by zaklęciem oczyścić szczypce z pozostałości masy, przed tym, jak zabierze się za osadzenie pióra memortka. Te umieścił już znacznie wyżej, starając się całą swą precyzję skupić na tym, by pióro wtopiło się z jednej strony w talizman, z drugiej jednak pozostało wciąż widoczne, pomimo pokrycia cienką warstwą smoczej kości, wyciągu z asfodelusa oraz przetopionej podkowy centaura. Nie złapał się nawet na myśli, że poddając się własnej intuicji i kiełkującemu zmysłowi artystycznemu, uczynił z niego pierścień niemal bliźniaczy dla tego, który — jak podejrzewał — zdobił palce pani M. No trudno, może się nie spotkają? Gdy tylko uświadomi sobie własne roztargnięcie, będzie miał na pewno taką nadzieję.
Ostatnią czynnością, najważniejszą z punktu widzenia talizmanu było nakreślenie nań odpowiedniej runy. Castor chwycił więc swą różdżkę, wziął głęboki wdech i przystąpił do pracy. Chciał podejść do zadania czysto profesjonalnie, nie pozwolić sobie na zasianie nawet najmniejszego ziarna niepewności, bowiem każde drgnięcie jego dłoni mogło skutkować niepowodzeniem talizmanu lub w najlepszym wypadku obniżeniem jego mocy. Zależało mu jednak na dalszym doskonaleniu się w swoim fachu — nie tylko dla satysfakcji własnej, ale również tej klientów. Miał nadzieję, że zamówiony przez pana Foxa talizman trafi w jego gusta.

| tworzę talizman: runa kwitnącego życia (ST70) +30 z eliksirów
rzucam k100 na powodzenie talizmanu
rzucam 8k6 na wartość X
1436 słów; z/t chyba, że k1


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

The member 'Castor Sprout' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 45

--------------------------------

#2 'k6' : 1, 1, 5, 5, 2, 3, 5, 3
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Sypialnia gościnna Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

30 stycznia 1958
późne popołudnie; po wizycie w Weymouth


Gdy wrócił do domu po wyjątkowo owocnym w emocje dniu, musiał jeszcze splunąć sobie w brodę, że po wykonywaniu wczorajszego zamówienia znów posprzątał swoje surowce. Ucieszyłby, gdyby dzisiaj mógł sobie darować ich ponowne ustawianie, lecz prawda była taka, że dodatkowa praca fizyczna była jednocześnie obowiązkiem i karą. Obowiązkiem, ponieważ właściwe składowanie surowców zapobiegało ich przypadkowej kontaminacji, a karą z tego prostego powodu, że mógł to sobie równie dobrze przygotować z ranka, gdyby tylko pamiętał. Krótka pamięć i roztrzepanie zbierało swoje żniwa w postaci konieczności dodatkowej pracy.
Ale mimo wszystko humor Sprouta nie opuszczał.
Jakże by mógł! Dziś kolejny raz stawał przed zadaniem wielkiej wagi. Do tej pory jego próby z runą szczególnej krwi nie należały, łagodnie mówiąc, do szczególnie udanych. Co prawda za pierwszym razem coś się udało, jednak powtórzenie próby okazało się być zupełną porażką. A takie nieprzyjemne wyniki własnego rzemiosła działały na Castora jeszcze bardziej motywująco, w pewnym sensie zmuszając go do jeszcze głębszego zapadnięcia się w tajniki tej konkretnej runy.
Dzisiaj więc przygotowany był niemalże odświętnie. Po ustawieniu surowców w rządki, tak jak zrobił to dzień wcześniej (dziś różnica była taka, że ustawione zostały pod ścianą, ponieważ chciał zachować sobie swobodny dostęp do łóżka), zasiadł wśród miękkiej pościeli, na kolanach trzymając jeden z zaawansowanych podręczników do run. Była to pozycja, do której nie sięgał za często, zazwyczaj zniechęcony tym, że nie łapał wszystkich kwestii w lot, pomimo posiadania już poważnego doświadczenia w tej dziedzinie. Chciał się jednak rozwijać. Obiecał sobie też, że jeżeli faktycznie dzisiejsza próba rzemiosła okaże się próbą poprawną, przyłoży się do nauki jeszcze bardziej. Każdej nocy przed snem czytać będzie ten cholerny podręcznik, aż nauczy się go recytować na wyrywki, a runy kreślić będzie z zamkniętymi oczami. Tak właśnie będzie.
Książka ta traktowała przede wszystkim o runach samych w sobie, pomijając kwestię talizmanów. Castor jednakże był wystarczająco bystry, by samemu móc przełożyć zdobywaną wiedzę na grunt zawodowej pracy. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że temat był wyjątkowo wdzięczny. Na marginesie notował sobie pytania, które nasuwały mu poszczególne kwestie, a które musiał rozwiać z jednym ze swych znajomych, którzy na runach znali się lepiej od niego. Steffen lub Vincent na pewno będą znali odpowiedzi na nurtujące go pytania. Gdy doszedł do runy szczególnej krwi, zatrzymał się na poświęconych jej fragmentach na dłużej. Uważnie wczytywał się w słowa, a im dalej zagłębiał się w tekście, tym bardziej trafiało do niego, gdzie popełniał wcześniejsze błędy. Nieumiejętne posługiwanie się runą kontrolną... Kto by pomyślał... — zaczął w głowie, lecz odpowiedź nasunęła się mu prędko, niekoniecznie pytana — Vincent i Steffen zapewne.
Po lekturze zamknął księgę, odkładając ją ostrożnie na łóżko. Nie chcąc pozwolić, by nowozdobyta wiedza uleciała mu w trymiga, podszedł prędko do swego złotego kociołka, pod którym odpalił ogień. Zaraz po tym zwrócił się w kierunku ściany, pod którą ustawione były poszczególne surowce. Złoto ustawił specjalnie niedaleko nogi biurka tak, by nie musieć szczególnie się za nim rozglądać. Nie, żeby miał problemy w dostrzeżeniu go wśród innych komponentów. Złoto było wystarczająco charakterystyczne, by nawet ktoś nieposiadający podstawowej wiedzy w zakresie minerałów i kamieni o różnym stopniu szlachetności mógł rozpoznać je bez trudu. Więcej uwagi musiał poświęcić odpowiedniemu wyborowi drugiej z baz, do czego przeszedł niedługo po tym, gdy przy pomocy wagi odmierzył odpowiednią ilość złota, które później przetransferował do rozgrzanego kociołka. Gdy pierwsza z baz poddawała się termicznej obróbce, Castor przykucnął przy rządku z pozostałymi surowcami mogącymi zostać bazami. Jego uwagę w szczególności przykuła kość zwierzęca, o ile dobrze pamiętał słowa handlarza, była to kość psa. Pamiętał, że wzdrygnął się na tamtą wiadomość dość silnie, a mimo wszystko zdecydował się na zakup, ciekawy tego, jak sprawdzi się w jego rzemiośle. Obrócił się na moment przez ramię, by zerknąć na Szarlotkę śpiącą na łóżku niedaleko i wtuloną w psa fioletoworóżową kulkę Racucha. Nie dam z was zrobić talizmanów...
Chwycił jednak słoiczek z kością, którą za pomocą szczypiec przetransportował do kociołka. Pozwolił obu z baz odpowiednio zmięknąć pod wpływem temperatury, dając im jak zawsze w takim przypadku około dziesięciu minut. W tym czasie raz jeszcze przewertował strony księgi ułożonej na łóżku, sprawdzając, ile zapamiętał ze swej lektury. Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że z jego pamięcią nie było znowu tak źle. Gdy zakończył powtórkę, podszedł do rządku przeznaczonego na odczynniki. W pierwszej chwili, chyba z czystej złośliwości — tworzył bowiem talizman dla wilkołaka, dla przyjaciela i mentora, Michaela, na którego jeszcze nie tak dawno był śmiertelnie zły i z którego powodu... musiał przemyśleć minimum kilka kwestii — wyciągnął dłoń po wyciąg z szaleju, uznając, że będzie pasował idealnie do narwanych epizodów Tonksa, ale ostatecznie wystarczyło mu przypomnienie sobie kilku z ostatnich przyjemnych wspomnień z udziałem starszego z blondynów. Obiecał mu tojad w formie eliksiru. Na to musieli jeszcze poczekać, ale mógł oddać mu wyciąg z tojadu. Ten sam wyciąg, który następnie dawkował odpowiednio odsunięty od kociołka, by nie nawdychać się jego oparów, a jednocześnie móc kontrolować wlewaną doń ilość.
Zgasił ogień pod kociołkiem, aby przesunąć po blacie formę na pierścień. Jedyną, którą przygotował sobie jeszcze wczoraj, bowiem poza talizmanem zamówionym przez pana Foxa miał zamiar wykonać jeszcze ten, ale nieoczekiwane zmiany zweryfikowały jego plany. Dobrze wiedział, jakiego rozmiaru dłonie miał jego przyjaciel, toteż z odpowiednim ustawieniem formy nie było problemu. Raz jeszcze cofnął się do swych surowców, po pierwsze, by chwycić pierwsze z serc w postaci róży piaskowej. Chwilę poświęcił jednak na zastanowienie się, jakie inne serce będzie pasowało do Michaela. Wahał się pomiędzy kilkoma wyborami, choć ostatecznie jego uwagę przykuł biały howlit. Kamień, który przynosić miał szczęście i powodzenie, a także pobudzać wyobraźnię. Miał uczyć cierpliwości i wspomagać pamięć. W dodatku pamiętał, gdzieś na końcu pamięci, że słyszał kiedyś, iż w różnych odmianach paramedycyny ceniono howlit jako pomoc przy bólach fizycznych. Czuł, że trafił idealnie.
Podobnie jak idealnie chciał umieścić oba serca na swych miejscach. Do tego jednak musiał najpierw przelać masę, którą wcześniej wymieszał trzy razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a potem raz jeszcze, odwrotnie. Aksamitna, jasnozłota masa wypełniła dokładnie formę, a Castor nie czekał na jej ostygnięcie, gdy przy pomocy złotych szczypiec zajął się umieszczaniem serc w formie. Na pierwszy ogień poszedł howlit, którego biel wybiła się na tle jasnego złota. Tuż obok niego umieścił różę piaskową, jednak ją zanurzył w masie zupełnie, obawiając się, że jeżeli pozostawi ją na powierzchni, może szybciej ulec pokruszeniu, a przez to talizman trzeba będzie szybciej wymienić. Odłożył złote szczypce z delikatnym szczęknięciem, po czym sięgnął po swoją różdżkę.
Runa kontrolna, Cas.
Zabrał się do ostrożnego, a przy tym pewnego kreślenia runy szczególnej krwi. Och, jak bardzo chciał zrobić Michaelowi niespodziankę! Na pewno by się ucieszył...

| tworzę talizman: runa szczególnej krwi (genetyka: wilkołak) (ST75) +30 z eliksirów
1) rzucam k100 na powodzenie talizmanu
2) rzucam 2k6-2 na wartość X
3) rzucam 1k3 na wartość Y


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Sypialnia gościnna

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach