Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

  To nie była Twoja wina

Go down 
AutorWiadomość
Cedric Dearborn
Cedric Dearborn

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Zawód : ex-auror, rebeliant
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

chcesz zabić i zniszczyć,
zniewolić nienawiść


ja też
OPCM : 25
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 To nie była Twoja wina Tumblr_nfuaq0ERJn1rw4rkuo7_250

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime05.09.20 0:20



Londyn, Dziurawy Kocioł

12 maja 1956


Nie minęło nawet dwa tygodnie od przedziwnej nocy z ostatniego kwietnia na pierwszego maja, kiedy to dziwny wybuch tajemniczej, mrocznej energii pochłonął zbyt wiele ludzkich istnień. Kilkanaście dni, a ani Ministerstwo Magii, ani teoretycy magii nie mieli w ogóle pojęcia czym to było, co dokładnie się stało i dlaczego miało takie konsekwencje. Wciąż nie mogłem przywyknąć do tego, że nie miałem pewności, czy mój zadziała jak powinien, mimo że został rzucony poprawnie i czy moja magia nie obróci się przeciwko mnie. Kompletnie tego nie rozumiałem. Nie wiedziałem nawet po którą księgę powinienem sięgnąć, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Mój bliski przyjaciel z lat dzieciństwa, znawca numerologii, nie potrafił mi nic podpowiedzieć, bo on sam czuł się zagubiony. Chyba po raz pierwszy ogół magicznego społeczeństwa doświadczał jednocześnie tak silnego skonfundowania i strachu przed nieznanym jednocześnie. Nie dalej jak dwa dni wcześniej całymi Wyspami Brytyjskimi wstrząsnęła najsilniejsza burza jaką kiedykolwiek pamiętałem. Kamienica na obrzeżach Londynu, w której miałem swoje niewielkie mieszkanie, drżała w posadach, tak potężne i silne były grzmoty, zaś liczne błyskawice raz po raz przeszywały niebo. Nie mogłem zmrużyć wtedy oka i wiedziałem, że dzisiejszej nocy będzie podobnie.
Spokoju nie czułem już od kilku lat, lecz od minionych dwóch tygodni nieustannie towarzyszyło mi dziwne uczucie niepokoju. Nie dlatego, że obawiałem się kolejnej zemsty ze strony tych, których ścigałem, nie lękałem się o własne życie; miałem przeczucie, że chodzi o coś większego, wobec czego pozostawałem bezczynny i zaprzątało mi to myśli wciąż i wciąż. Cały dwunasty maja spędziłem w biurze, nad stertą papierów, spisując raporty i sprawdzając przygotowane przez Kaelie dokumenty, wygrzebane z odmętów archiwum. Nie zauważyłem nawet, kiedy wszyscy inni opuścili biuro, pozostałem w nim sam. Ja, piętrzące się sterty papierzysk, płonąca świeca i pusty kubek po kawie. Przez pulsujący ból w skroniach zdecydowałem się odejść od biurka, sięgnąć po płaszcz i także wyjść, obiecując sobie solennie, że wrócę do tych dokumentów z samego rana - wierzyłem, że znajdę w ich odpowiedź.
Świeże powietrze dobrze mi zrobiło, przyniosło ulgę i orzeźwienie, ból głowy zelżał, lecz nie zamierzałem udać się prosto do domu. Nic tam na mnie nie czekało prócz czterech pustych ścian. Gdy wychodziłem rano Nike wciąż nie było po nocnym polowaniu, więc nawet na własną sowę liczyć nie mogłem. Wiedziałem już, że każda próba teleportacji kończy się rozszczepieniem, więc ruszyłem pieszo przez deszczowy, ponury Londyn. Burza nie była tak silna jak przed dwoma dniami, ale pogodę wciąż pozostawała parszywa. Nogi poniosły mnie w stronę centrum, do Dziurawego Kotła, jakbym podświadomie szukał towarzystwa kogoś znajomego. Zsunąwszy z ramion płaszcz zająłem jedno z miejsc przy barze, wzrokiem poszukując kogoś, kogo choćbym kojarzył, lecz dziś najsłynniejszy przybytek dla czarodziejów pozostawał dość opustoszały. Dwójka czarodziejów grała w katy w kącie a starsza wiedźma robiła na drutach przy podłużnym stole.
Zamówiłem szklaneczkę ognistej whisky, wdając się więc w rozmowę z barmanem, dość znudzonym tym wieczorem.





when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Powrót do góry Go down
Lydia Moore
Lydia Moore

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8739-lydia-moore https://www.morsmordre.net/t8778-do-lydii#261196 https://www.morsmordre.net/t8755-dla-przyjaciol-lydia https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8780-l-moore#261243
Zawód : goniec
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna

let me radiate

only love
only light
only healing
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: Re: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime05.09.20 22:47

Dłoń, jasna, smukła, choć upstrzona maleńkimi bliznami przy zgięciu kciuków, oparta była o krawędź blatu, lekko skurczona wyglądała, jakby ktoś siłą wyrwał spomiędzy palców coś wyjątkowo ważnego, co właściciel dłoni chciał koniecznie zatrzymać przy sobie. Kurtyna jasnych włosów, wciąż mokrych, ale dzięki obecnemu w barze ciepłu wywijających się psotnie na boki, zasłaniała bladą twarz i delikatnie otwarte usta, wilgotne od moczenia ich w alkoholu, w jakimś drinku z ognistą, rozwodnionej mamałydze, które nie odbierała zmysłów od razu, a stopniowo, w jej opinii zbyt wolno. Już się nie bała, atmosfera pozornego spokoju dała jej się odczuć, zabrała niepewność każdego kroku, ale, paradoksalnie, przekręciła to maleńkie pokrętło w magicznym radioodbiorniku i wszystkie głosy, wszystkie wspomnienia nagle stały się wyraźne, jak nie były nawet jeszcze przed godziną. Krzyk kobiety, ten lament pełen bólu i niezrozumienia, stał się jak wykrzyczany z samego krańca lodowej góry, przenikał skórę tak, że pojawiały się na niej zimne dreszcze. Bełkot chłopca brzmiał teraz jak bulgocząca się w kociołku trucizna, wynurzał się spod ziemi, raził ją krwią. Krwią, która wciąż tkwiła między drobniutkimi niteczkami linii życia, niszczyła jej niewinny, łukowaty kształt zaschniętym karminem. A może fizycznie tam już jej wcale nie było? Może to tylko zmęczony umysł podsuwał szczegóły zakłamujące rzeczywistość? A może tylko jej się zdawało.
Opróżniło szklankę do dna, skrzywiła się lekko. Miała słabą głowę, ale Tom najwyraźniej rozcieńczył napój mocniej, niż sądziła.
Mógłbyś łaskawie dać mi w końcu coś mocniejszego niż to, co właśnie w siebie wlałam? Nie proszę o cud i zabranie tych przeklętych anomalii z dala od magicznego świata. Proszę o alkohol – jej głos nie był twardy, nie był też przesadnie miękki, jakby rozlany przez połkniętą ilość procentów. Był zwyczajny, normalny, może trochę oblany bełkotliwym akcentem, trochę lekkimi pretensjami kierowanymi w stronę barmana, ale naprawdę niewiele się w nim zmieniło. Wciąż był przyjemny dla ucha, wciąż zapraszał do wysłuchania opowieści. Może jednak nie teraz. Opowieść, którą w sobie nosiła, była horrorem, koszmarem, który odnalazł drogę z piekła wprost na ziemię. – Proszę, Tom.
To ci wystarczy, Lydia. Wracaj do siebie, odpocznij, to był długi dzień – powiedział do kobiety i podał szklankę Cedricowi.
Spojrzała wtedy na niego – nie na Toma, na tego drugiego, który przywitał się z nim, jakby znał go od zawsze. Lekko przymrużyła powieki, błękitne tęczówki pociemniały pod ciężarem rzęs. Białka były lekko przekrwione, zaczerwienione, a skóra wokół oczu wciąż podpuchnięta. Pociągnęła lekko nosem. Przechyliła głowę lekko na bok i oparła policzek na dłoni.
Znam cię skądś – powiedziała cicho, jakby w narastającym zastanowieniu. Kojarzyła te pociągłe rysy twarzy, te zakreślone zmęczeniem oczy, wąskie usta, opuszczone ramiona, upstrzone zarostem policzki i brodę. Nie miała pamięci fotograficznej, ale zazwyczaj chociaż kojarzyła większość osób, którym dostarczała paczki. On się do nich na pewno zaliczał.





you don't need a reason to
save people

Powrót do góry Go down
Cedric Dearborn
Cedric Dearborn

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Zawód : ex-auror, rebeliant
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

chcesz zabić i zniszczyć,
zniewolić nienawiść


ja też
OPCM : 25
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 To nie była Twoja wina Tumblr_nfuaq0ERJn1rw4rkuo7_250

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: Re: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime05.09.20 23:08

W ucho wpadło mi słowo anomalie, które rzeczywiście pojawiało się w rozmowach coraz częściej, określając skutki uboczne rzucanych czarów i nie tylko. Nie byłem jeszcze tego świadkiem, słyszałem jednak, że bardzo dziwne rzeczy zaczęły dziać się z dziećmi, w których przebudziła się już magia i mugolami. Skutkami nie do przewidzenia. Świetnie, pomyślałem ze złością. Jeszcze tylko tego brakowało. Nie dość, że zaledwie kilka tygodni wcześniej podczas akcji na Nokturnie zginął Jordan Rogers, szef Biura Aurorów, a jakiś szalony czarnoksiężnik obwołał się Lordem, to jeszcze nawet własnej magii nie można było ufać. Jakbyśmy nie mieli dość problemów.
Krótka wymiana zdań pomiędzy barmanem, a nieznajomą, której dotychczas nie zauważyłem, przyciągnęła moją uwagę. Zwykle takie słowa padały w stronę wyjątkowo wstawionego klienta, mogącego lada chwila dać początek prawdziwemu chaosowi i pijackiej awanturze, lecz blondynka zajmująca stołek kilka miejsc dalej nie wyglądała na kogoś takiego. Gdy spojrzałem w jej stronę, ujrzałem raczej kogoś udręczonego życiem, a przynajmniej mocno zmęczonego płaczem. Wyglądała tak, jakby rzeczywiście nie powinna już dostać alkoholu - albo wprost przeciwnie. W niebieskich oczach miała coś niepokojąco znajomego, znałem zbyt dobrze ten wyraz twarzy. Niestety.
- Lepiej dla pani byłoby, gdyby nie znała - odpowiedziałem uprzejmym tonem, uśmiechając się przy tym lekko. Od dawna moje życie kręciło się niemal wyłącznie wokół pracy w Biurze Aurorów i kojarzenie mojej twarzy mogło wiązać się z byciem częścią śledztwa związanego z czarną magią - choćby w charakterze świadka. Tak, czy inaczej, to nic przyjemnego. Pozostawała też, rzecz jasna, możliwość, że minęliśmy się w szkole, lecz kiedy tak patrzyłem na blondynkę, to wydawała się ode mnie sporo młodsza. Albo to na mnie czas i praca zbyt mocno odcisnęły swoje piętno. Patrząc w lustro nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wyglądam na więcej niż trzydzieści lat, które skończyłem w styczniu.
- Proszę się nie krępować - powiedziałem, przesuwając pełną szklankę, z której nie zdążyłem się napić, w stronę kobiety.
Barman obdarzył mnie karcącym spojrzeniem i otwierał już usta, by coś powiedzieć, pokręciłem jednak głową, od razu dając mu do zrozumienia, żeby dał sobie na wstrzymanie z przyganą - jego mina mówiła, że to ja mam wziąć na siebie konsekwencje. Chwycił za butelkę, nalał whisky do drugiej szklanki, a ja wręczyłem mu kilka monet.
Przesiadłem się miejsce bliżej zapłakanej blondynki, by móc mówić ciszej i reszta gości nie przysłuchiwała się wścibsko prowadzonej rozmowie.
- Ciężki dzień? - rzuciłem niezobowiązująco, podnosząc swoją szklankę. Utkwiłem w nieznajomej pytające spojrzenie, nienachalnie, jedynie ciekawe, czy zdecyduje się napić ze mną.





when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Powrót do góry Go down
Lydia Moore
Lydia Moore

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8739-lydia-moore https://www.morsmordre.net/t8778-do-lydii#261196 https://www.morsmordre.net/t8755-dla-przyjaciol-lydia https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8780-l-moore#261243
Zawód : goniec
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna

let me radiate

only love
only light
only healing
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: Re: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime10.09.20 20:00

To nie tak, że codziennie łamała kobiece obyczaje i chwytała po szklanicę; to nie tak, że poiła się alkoholem, kiedy tylko miała okazję. Dzisiejszy dzień… tak, dzisiejszy dzień był wyjątkiem. Świat wydawał się w takich chwilach zbyt wyraźny, jakby ktoś wylał na niego jakiś płyn uwypuklający kolory, wykopał je spod ciężkiej, ziemistej pokrywy i pokazał w końcu ich rzeczywisty wygląd, oszacował wartość. Procenty zmywały to uczucie, sprawiały, że barwy blakły, tak cudownie ujednolicały się z całą resztą sprawiając, że ludzka psychika nie widziała różnić między jedną tragedią a drugą, wszystkie nagle sprawiały wrażenie wymarłych. O to jej chodziło. O ciszę we własnym umyśle, który przyzwyczajony był do tętentu kopyt, nie wrzasków, lamentów i ludzkiego cierpienia. Po odmowie Toma sądziła, że to tylko z ułatwiania sobie życia i zapominania tego, co nie do zapomnienia, a jednak… nieznajomy okazał się być bardziej troskliwy i uczynny, niż sądziła. I najwyraźniej nie za bardzo konserwatywnych poglądach, bo zamiast spojrzeć na nią z boku, z pogardą, podsunął jej własną szklankę. Spojrzała na nią nieco podejrzliwie, jak zwierzę, które doznało już krzywdy z ręki człowieka i podobnego incydentu wolałaby nie przeżywać ponownie, ale finalnie sięgnęła po nią i objęła zimne szkło szczupłymi palcami, przysuwając podarek bliżej siebie.
Szorstki pan wobec siebie jest, panie… – podsunęła, chcąc usłyszeć jego imię, nazwisko, cokolwiek, czym mogłaby się do niego zwracać. – Lydia – oddała mu część własnej osobowości w tym prostym słowie. Dzisiaj nie była Artemidą. Miała jej dość. Tej kobiety na posyłki, kobiety, która przecież jeszcze dzisiaj trzymała w ramionach ciało umierającego chłopca. Na chwilę znów oderwała się ciepła baru i poleciała w stronę zimnej trawy rozkładającej się dywanem przy zniszczonej kamienicy. Spojrzeniem spłynęła gładko z twarzy mężczyzny na przezroczysty płyn wypełniający szklankę i, nim zdążyła się na dłużej na niej skupić, przypomniała sobie, że przecież właśnie ją oddał. – Dziękuję. Dług rośnie – uśmiechnęła się lekko, niemrawo, ale w pełni własnych chęci. Nie chciała już myśleć o bólu, który wciąż ściskał jej serce, o krwi na własnych rękach. O bezradności i powoli umykającym spod jej stóp gruncie. Więc znów skupiła się na tych oczach koloru stygnącego po ognisku drewna, na obciążeniu widocznym w twarzy przeciętej bruzdami wieku, na dłoniach – na bliźnie widocznej na wierzchu jednej z nich. Przymrużyła subtelnie powieki ogniskując na niej źrenice. Podobał jej się. W swojej powierzchownej (bo przecież za krótko go znała) surowości, w nienachalnym obowiązku, który niósł za sobą jego strój, postawa, skupiony wzrok.
Zbyt ciężki jak na zaledwie dwadzieścia cztery godziny, które w sobie mieści – uśmiechnęła się lekko, bardziej do siebie, choć i również do niego, gdy przysiadł się bliżej. Poczuła go, jego zapach. Woń wody po goleniu, ostry i męski, magnetyzujący w swojej prostocie. Nie wiedziała, że od tamtej pory miał stać się nutą głowy jej własnej amortencji. – A twój? Opowiedz mi.
Opowiedz, bo chcę oderwać się od swojego ciała, chcę pomyśleć o czymś, co nie jest mną. Może wtedy przestanę się zadręczać.





you don't need a reason to
save people

Powrót do góry Go down
Cedric Dearborn
Cedric Dearborn

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Zawód : ex-auror, rebeliant
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

chcesz zabić i zniszczyć,
zniewolić nienawiść


ja też
OPCM : 25
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 To nie była Twoja wina Tumblr_nfuaq0ERJn1rw4rkuo7_250

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: Re: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime10.09.20 21:29

Widok tak młodej i ładnej czarownicy, kompletnie pijanej i spotykającej się z odmową barmana, gdy prosiła o kolejną kolejkę, rzeczywiście był dość rzadki, przynajmniej w porządnych miejscach, a Dziurawy Kocioł się do tego zaliczał. Miałem to nieszczęście, że niekiedy odwiedzałem także te mniej przyjemne przybytki, gdzie upadłe kobiety w pijaństwie nie ustępowały mężczyznom - wystarczył jednak jeden rzut oka na Lydię i wiedziałem, że do nich nie należała. W moim spojrzeniu nie było więc pogardy, dezaprobaty, czy przygany. Wyglądała na załamaną, smutek ten był tak przejmujący, że nie potrafiłbym tak pomyśleć - bo zbyt dobrze znałem to uczucie, kiedy ból jest tak silny, że staje się nie do wytrzymania i człowiek jak brzytwy chwyta się wszystkiego, by go zagłuszyć.
Podejrzliwość w kobiecym spojrzeniu była czymś, do czego zdążyłem już przywyknąć. Raczej nie dlatego, że wywierałem na innych wrażenie człowieka o nieczystych intencjach, wprost przeciwnie, a dlatego, że próbując wniknąć w przestępczy, mroczny półświatek czarnoksiężników niejednokrotnie spotkałem się z oporem, niechęcią, podejrzliwością wobec obcych, tych, którzy węszą. Czasy stały się zresztą niepewne i nierozsądne byłoby przyjmowanie trunku od obcego mężczyzny w barze bez choćby chwili zastanowienia się.
- Cedric Dearborn, pani Lydio, wystarczy jednak Cedric, jeśli nie ma pani nic przeciwko - odpowiedziałem, przedstawiając się od razu, pozostawiając jednak czarownicy decyzję o przejściu na ty; zazwyczaj nie proponowałem tego tak prędko, lecz w Dziurawym Kotle zawsze panowała mniej zobowiązująca atmosfera, zwłaszcza teraz, gdy było tak pusto, że mogłoby się wydawać, że jesteśmy tu sami.
- Odrobina surowości dla samego siebie jeszcze nikomu nie zaszkodziła - sprostowałem z lekkim uśmiechem. Gdyby to była jedynie odrobina, to pewnie nie użyłbym takich słów, a na mojej twarzy nie malowałoby się zmęczenie, nie wyglądałaby starzej niż powinna - zaledwie kilka miesięcy wcześniej ukończyłem dwudziesty dziewiąty rok życia, a spoglądając w lustro widziałem kogoś starszego.
- Proszę się nie wygłupiać. Nie ma żadnego długu - żachnąłem się. Naturalnym było dla mnie, że mężczyzna płaci podczas spotkań towarzyskich, a jeśli już zdecydowałem się do niej dosiąść, zagaić rozmowę, to chyba tak należało to traktować. Blondynka i tak wyglądała na dość zmartwioną, udręczoną, za bardzo, by przejmować się jeszcze kilkoma syklami za whisky. Nawet jednak ten smutek, zmęczenie nie potrafiły zatrzeć jej urody - konstelacji piegów na twarzy i szyi, uroczo zadartego nosa. Miała w sobie coś dziewczęco i bardzo kobiecego zarazem. Trudno było się jednak skupić na podziwianiu w myślach jej urody, gdy uwagę tak mocno zwracały oczy, przez chwilę nieobecne, zapuchnięte od płaczu.
- Dzisiejszy? Zaskakująco nudny. Góra papierów, sekretarka dręcząca o zaległy raport, jeszcze więcej dokumentów, wykopaliska w archiwum i najgorsze - skończyła się kawa - odpowiedziałem jej poważnym tonem, wcale nie odbiegając przy tym od prawdy i nie ironizując. Zawsze wolałem pracować w terenie, lecz w tej chwili cieszyłem się, że miałem zaległą papierkową robotę - nie chciałem okłamywać panny Lydii, ze swoją anielską urodą i przejmującym smutkiem wzbudzała we mnie jakiś dziwny rodzaj troski, choć wcale jej nie znałem, a historia o czarnej magii, czarnoksiężnikach i ich obrzydliwych zbrodniach nie byłaby teraz na miejscu. Miałem jakieś dziwne przeczucie, że lepiej wspomnieć o tym, że pomimo tragedii, które dotykały Wielką Brytanię od dłuższego czasu, mimo że na horyzoncie gromadziły się coraz ciemniejsze, burzowe chmury i nadchodziło jeszcze gorsze, to pomimo to życie wciąż miało wiele barw - ciemniejszych i jaśniejszych, zwyczajnych i niezwykłych.
- Czasami lepiej wyrzucić to z siebie przy nieznajomym - jest łatwiej - zaproponowałem cicho, łagodnie, bynajmniej nie nachalnie; nie naciskałem na to, by zaczęła się zwierzać, lecz chyba potrzebowała teraz obecności drugiego człowieka.





when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Powrót do góry Go down
Lydia Moore
Lydia Moore

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8739-lydia-moore https://www.morsmordre.net/t8778-do-lydii#261196 https://www.morsmordre.net/t8755-dla-przyjaciol-lydia https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8780-l-moore#261243
Zawód : goniec
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna

let me radiate

only love
only light
only healing
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: Re: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime12.09.20 22:40

Nie umiała kłamać – nie potrafiła okłamywać zarówno samej siebie, jak i osób w swoim otoczeniu. Jeśli coś na jej twarzy było widać, to zazwyczaj nieważne, jak to usiłowała ukryć, emocje i tak wypływały na wierzch. Były smutkiem w lśniących od łez oczach, w podpuchniętych powiekach, w zaczerwienionej skórze; były radością, kiedy zasłaniała usta dłonią, maskując w tej sposób śmiech; były złością zaklętą w zmarszczonych wargach i ognistym spojrzeniu. Po latach zrozumiała, że to nie ma sensu, że ludzie i tak będą wiedzieli, co czuje, więc przestała próbować ukrywać. W dodatku pod wpływem procentów zupełnie nie przejmowała się tym, jak wygląda aktualnie – może w wilgotnych od deszczu włosach i twarzy wciąż osłonionej minionym smutkiem nie było niczego ładnego; może w tej twarzy próżno było szukać kobiecej elegancji i szyku.
Cedric – uśmiechnęła się subtelnie, jakby w pijackim rozmarzeniu smakując to słowo. Były krótkie, łatwe do zapamiętania, proste. – Kiedyś ojciec czytał nam o  pewnym królu. Chyba miał na imię Cedric i to imię znaczyło „ukochany”. Ma pan kogoś, kto pana kocha? – bezpośrednie pytanie wiązało się bezpośrednio z krótką historią, którą przytoczyła, nie zdawała sobie w pełni sprawy z tego, że może być ono potraktowane inaczej, osobiście. I może przynieść złe wspomnienia. – Odrobina nie. Doskonale to rozumiem – zbyt doskonale. Nic nie bolało tak, jak uchwycenie noża własną dłonią i wbicie go sobie w serce – swój osąd zawsze bolał najbardziej, bo był też najbardziej surowy i bezlitosny. – Nie? Jest… pan pewien? – zawahała się, bo nie była pewna, czy faktycznie powinna mówić do niego per „pan”. Siedzieli w końcu razem w barze, razem pili alkohol i zdawało jej się, że nawet razem dzielili zmartwienia. – Dług jest czasami dobrym pretekstem do spotkania – podobała jej się pewność, z jaką kreowała podobne zdania podbite procentami krążącymi we krwi. W rzeczywistości, tej trzeźwej i czujnej, bywała zdecydowanie mniej wylewna i balansująca na granicy smaku. – Pracujesz w Ministerstwie Magii? – podchwyciła prędko unosząc kąciki ust w subtelnym uśmiechu. – Nie macie jakichś… jeżdżących kawiarenek? Wiesz, jak w Ekspresie Hogwart – na tę myśl nawet zaśmiała się cicho, krótko, odrobinę przez nos i odrobinę też zbyt ekspresyjnie, bo śmiać się ze swojego żartu było dość dziwnie. Gest ten jednak ukróciły jego słowa. Spojrzała na Cedrica jasnymi oczami, w których zamigotała nadzieja i wdzięczność za to, że odczytał jej pragnienia. Chciała to komuś opowiedzieć, chciała powiedzieć, jak bardzo żałuje, że nic nie mogła zrobić, że nie była w stanie ze strachu i przerażenia ruszyć różdżką. Przystała na propozycję. Spojrzenie położyła na szklance z delikatnie drgającą powierzchnią ognistej. Wypiła łyk, skrzywiła się zaciskając powieki. – Jestem gońcem – alkohol rozkazał mówić, nie pytał, czy to bezpieczne i racjonalne zachowanie. Mów, więc mówiła. – Przewożę paczki z jednego miejsca na drugie, odbieram je od różnych ludzi, oddaję kolejnym. Miałam dostarczyć jedną z nich czarodziejom mieszkających w wiosce niedaleko Londynu. Popędziłam konia, bo chciałam skończyć przed nocą, to było moje ostatnie zadanie. Nad lasem zobaczyłam pomarańczową łunę. Jakby coś się paliło – brwi marszczyły się coraz mocniej, palce zaciskały się na szklance, ale na szczęście były zbyt słabe, by ją skruszyć. – Dotarłam za późno. Wioska płonęła. Usłyszałam okropne krzyki, kobieta wołała o pomoc, ale… to nie był zwykły krzyk. Ona umierała. Wydobywała z siebie odgłosy agonii, były... po prostu okropne. Obok leżał jej synek – w oczach znowu pojawiły się łzy. Otarła je, ale nie powstrzymywała już kolejnych. Zakrwawione ciało, krtań posuwająca się w dół i w górę w kolejnych spazmatycznych skurczach, malutkie dłonie zaciskające się na trawie. – Wiesz, on… – uśmiechnęła się i chociaż ten uśmiech był naprawdę szczery i pogodny, ciepły, wzruszony, to w połączeniu z płaczem wyglądał źle, nie tak, jak powinien wyglądać gest mówiący o szczęściu. Niedbale podparła policzek dłonią. – Miał takie śliczne oczy, jasne, piwne, wyglądały jak dwa bursztyny. I włosy takie jasne, anielskie loczki. Cały był we krwi – uśmiech zniknął, głos się załamał. – Cały, calutki. Kto mógł zrobić coś takiego? Zabić dziecko? Dziecko, które nie było niczemu winne, nic złego nie zrobiło? D z i e c k o, które chciało tylko żyć? – wzięła głęboki wdech, drżący i niespokojny, od razu zasłaniając twarz dłońmi. Nie rozumiała i podejrzewała, że nigdy nie zrozumie.


Powrót do góry Go down
Cedric Dearborn
Cedric Dearborn

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Zawód : ex-auror, rebeliant
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

chcesz zabić i zniszczyć,
zniewolić nienawiść


ja też
OPCM : 25
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 To nie była Twoja wina Tumblr_nfuaq0ERJn1rw4rkuo7_250

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: Re: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime13.09.20 0:23

Na subtelny uśmiech Lydii odpowiedziałem uśmiechem, bo moje imię dziwnie dobrze rozbrzmiało w jej ustach. Choć wyraźnie była pijana i zapewne właśnie to pchnęło ją do intymnego pytania, które mi zadawała. Na wspomnienie o czytanej przez ojca opowieści uśmiechnąłem się szerzej. Była mi obca, nie słyszałem nigdy o żadnym królu Cedricu i ta geneza mojego imienia wydawała się całkiem obca, lecz niezwykle przyjemna. Zamarłem jednak w bezruchu, słysząc pytanie, a kąciki ust, choć nie opadły, to wydały się dziwnie nieruchome.
- Miałem - odpowiedziałem krótko, lecz spokojnie, nie pozwalając sobie na to, by mój głos zabrzmiał zbyt ostro, czy głucho. Po latach opanowałem dość dobrze, ukrywanie prawdziwych emocji, które ze wszystkich sił starałem się w sobie wyciszyć. Wtedy było łatwiej. Mogłem odpowiedzieć, że mam, w moim życiu wciąż były dwie kobiety, z którymi wiązały mnie bliskie relacje, matka i siostra, lecz to wspomnienie o znaczeniu imienia sugerowało, że chyba nie to miała na myśli. Mogłem powiedzieć, że mam, by uniknąć zbędnych pytań, ale jednocześnie na palcu od dawna nie nosiłem obrączki, choć niektórzy wdowcy przekładali ją na inny palec.
Uniosłem szklankę do ust, by smak ognistej whisky wypalił ukłucie bólu, które pojawiło się natychmiast na wspomnienie zmarłej żony. Tak, byłem pewien, że Allya mnie kochała tak jak ja kochałem - i wiedziałem, że to było najlepsze co przytrafiło mi się w życiu na równi z narodzinami naszej córki.
- Ale pani wygląda jakby w surowości dla siebie dzisiaj się nie oszczędzała, a to już może zaszkodzić - odpowiedziałem, chwytając się innego tematu, bo nie chciałem rozmawiać o przeszłości. Z nikim. - Jestem pewien. Skoro już razem wypiliśmy - potwierdziłem, znów uśmiechając się lekko i przysuwając swoją szklankę do szklanki Lydii, stukając szkłem o szkło, zanim napiłem się znów. Zaśmiałem się na jej słowa o długu. Chyba należała do kobiet, którym alkohol nadawał większej pewności siebie, wciąż jednak na tyle dobrze wychowanych, by zachować dobry smak - wydała mi się urocza w tej propozycji. - Istnieje wiele pretekstów do spotkania, nie trzeba się przez to zadłużać, Lydio. - Długi to niebezpieczna sprawa. Te pieniężne to mniejszy problem, chyba że człowiek zaciągnął zbyt dużą pożyczkę u goblinów, te stworzenia potrafiły wpędzić do grobu ścigając dłużników o spłatę należności. Gorzej, jeśli miał dług wdzięczności, wtedy musiał oddać przysługę w najmniej odpowiednim momencie. Zazwyczaj.
Kiwnąłem głową, potwierdzając domysły Lydii o Ministerstwie Magii.
- Pracuję - odpowiedziałem znów krótko. - W departamencie przestrzegania prawa czarodziejów - uściśliłem po chwili zastanowienia, w nadziei, że ta informacja okaże się wystarczająca. Nie zwykłem przypadkowo poznanym osobom zdradzać czym konkretnie się zajmuję, a z jakiejś przyczyny nie chciałem czarownicy okłamywać. Roześmiałem się znów, gdy w mojej głowie pojawiła się wizja czarownicy z wózkiem z Expressu Hogwart, pchającej go przez Biuro Aurorów i krzyczącej, czy ktoś czasem nie ma ochoty na karaluchowy blok albo ślimaki-gumiaki. - Nie, nie mamy takiego wózka, mamy za to niewielki bar na jednym z pięter, który ratuje mi życie. - Gdyby nie on, to pewnie umarłbym z głodu. Miałem w kuchni absolutnie dwie lewe ręce.
Uchwyciłem wzrok jasnych, zapłakanych oczu Lydii, gdy spojrzała na mnie z wdzięcznością. Zawsze dość dobrze odczytywałem ludzkie emocje, wyczuwałem, kiedy próbują mnie okłamać, wiedziałem, gdy się boją. Tym razem stało jednak za tym coś więcej, podskórnie to czułem i intuicja mnie nie myliła. W tych oczach był ból, który nie każdy mógł zrozumieć, a jednak los zdecydował się nas dziś zetknąć. Może właśnie po to, by Lydia mogła wyrzucić to z siebie i nie otrzymać w zamian jedynie pełnego niezręczności milczenia, czy poklepania po ramieniu.
Nie do końca na początku rozumiałem czym miałby zajmować się goniec, lecz szybko rozwiała moje wątpliwości. Pokiwałem głową ze zrozumieniem. To miało sens i brzmiało rozsądnie. Nastały niespokojne, trudne czasy, gdy zaufanie było zbyt cenne. Sowę nie tak trudno było znowuż przechwycić, a nie wszystko można było przekazać z rąk do rąk, twarzą w twarz. Zaufany czarodziej mógł okazać się zbawieniem.
Słuchałem opowieści w Lydii w milczeniu, nie odejmując od ładnej twarzy skupionego spojrzenia. Nie przerywałem jej nawet wtedy, gdy urywała czasem przez emocje, które widocznie nią targały. Była w tym taka... żywa, choć wydawało się, że przez ujrzenie tej tragedii spojrzenie trochę przygasło. Ta gestykulacja, emocje, które można było czytać jak książkę, płynące łzy.
Wizja, którą namalowała w mojej głowie opowieść czarownicy, wydawała się makabryczna. Mój uśmiech całkiem zgasł, zastąpił je wyraz zmartwienia, zmarszczone w zastanowieniu brwi. To wszystko brzmiało niepokojąco znajomo.
Teraz już wiedziałem i rozumiałem skąd wzięły się te łzy. Nie tylko przez ten makabryczny widok, którego nie powinny doświadczyć jej niewinne oczy. Widziałem w nich poczucie winy - podobne do tego, jakie widywałem w odbiciu w lustrze.
- Świat to paskudne, żarłoczne miejsce. Dzieją się na nim rzeczy straszne, których nie sposób wytłumaczyć. Dobrzy ludzie giną bez powodu - odezwałem się po chwili milczenia, kiedy Lydia skryła twarz w dłoniach. Wahałem się, lecz uniosłem rękę, by łagodnie dotknąć jej jasnych włosów, pogładzić je kojącym gestem. - Nie próbuj tego zrozumieć. Takiego zła nie da się wytłumaczyć. Nie sposób to pojąć - mówiłem dalej, cicho. Gdyby tylko można było to wytłumaczyć, czyż nie szło by za tym jakieś usprawiedliwienie? A nie takie nie istniało. Moje słowa brzmiały cierpko, może nie to chciała usłyszeć, lecz przynajmniej były szczere. - Musisz pamiętać, że dzieją się też rzeczy dobre, choć rozumiem, że teraz trudno sobie o nich przypomnieć.
Wróciłem pamięcią do dnia, kiedy pierwszy raz na własne oczy ujrzałem zwłoki dziecka. Ciało, któremu zadała mnóstwo bólu i cierpienia czarna magia. Czasami ten obraz prześladował mnie w snach i byłem pewien, że podobnie będzie w przypadku Lydii, że nie zapomni tego chłopca i jego bursztynowych oczu już nigdy.
- Przede wszystkim jednak... Musisz wiedzieć, że nie ponosisz za to odpowiedzialności. Nie można ocalić wszystkich - dodałem, lewą ręką unosząc szklankę.
Ognista whisky była dobrym lekarstwem na ból.






when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Powrót do góry Go down
Lydia Moore
Lydia Moore

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8739-lydia-moore https://www.morsmordre.net/t8778-do-lydii#261196 https://www.morsmordre.net/t8755-dla-przyjaciol-lydia https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8780-l-moore#261243
Zawód : goniec
Wiek : 26
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna

let me radiate

only love
only light
only healing
OPCM : 15
UROKI : 15
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: Re: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime17.09.20 0:53

Spodobało jej się to. Spodobała jej się prostota, z jaką odpowiedział na jej uśmiech. Bo on cały był prosty; powierzchownie złożony z kilku elementów, z koszuli i krawatu, z krótkiego zarostu, najwyraźniej nie kwalifikującego się jeszcze do pedantycznego ostrzyżenia, ale powoli wkraczającego w fazę drażniącego, z plastycznej skóry odpowiadającej na emocje gładko, powoli, z umiarem, z oczu, które lśniły o wiele zbyt krótko. Zauważyła tę zmianę i prędko pożałowała pytania. Nie chciała sprawić mu tym przykrości, nie chciała rozdrapywać ran ani sięgać w głąb wspomnień, o których chciał może zapomnieć.
Przepraszam – rozmarzenie prysnęło jak bańka mydlana, a wyrzuty sumienia znów zaczęły ujadać. Nie umiała całkiem zapomnieć o tym, co tak naprawdę kryło się za zasłoną alkoholu i sztucznej beztroski, jaką wywoływał. Świat wiecznie musiał o sobie przypominać. Jak rzep przyczepiony do psiego ogona. – Nie chciałam wywoływać złych wspomnień – chciała być i była szczera, zwłaszcza wobec niego. Zdawało jej się, że to niespodziewane spotkanie miało jakiś cel, może odwrócić ich uwagę od tego, co grzmiało, dosłownie, za drzwiami baru, a może chodziło tylko o chwilowe rozproszenie. Prędko zmienił temat i w pełni to zrozumiała, więc gdy stuknął swoją szklanką o tę należącą do niej, uśmiechnęła się pocieszona. – Raz nie zawsze. Ojciec zawsze mi to powtarzał. I właściwie wciąż powtarza. A dzisiaj… dzisiaj mogę być wobec siebie surowa odrobinę dłużej i odrobinę bardziej. – miała ku temu powody, nad którymi nie miała zamiaru już myśleć. Mówiła sobie stop, ale ten wewnętrzny głos był jednak zbyt słaby i wizje przeszłości powoli wiły w jej włosach ponure gniazdo. Nie poddawała się i kąciki twardo trzymała odrobinę w górze, co sprawiało, że uśmiech dawał wrażenie jakby nieprzytomnego, oczarowanego, śpiącego. – Jakich? Podaj trzy. To łatwe. – mogłaby je podać, gdyby tylko poprosił, zapytał, ale zrobiła to pierwsza, więc czekała na odpowiedź. – Jesteś aurorem? – uniosła brwi w zaskoczeniu. To wydawało się całkiem logiczne, jego strój, jednocześnie formalny i codzienny, coś w budowie ciała, coś w dłoniach i skórze. Ale nie pomyślała. Nie pomyślała, że kiedyś naprawdę spotka człowieka, który z własnej woli zdecydował się tak bezpośrednio obcować z czarną magią – wyłapywać tych, którzy nią przesiąknęli do samych trzewi. – To trudne? – łapanie czarnoksiężników, patrzenie w ich oczy wiedząc, że rzucili przed chwilą na kogoś paskudną klątwę, pętanie ciemności, kiedy nie pozwalała się spętać.
Opowieść okazała się trudna, nie potrafiła tak dobrze opisać swoich uczuć, te ginęły w niej, nie dały się zwerbalizować, jakby były mokrym piaskiem, który bezwładnie przepływał przez palce. Chciało jej się płakać, nie, ryczeć, chciała uderzać pięściami o ścianę i krzyczeć z bezradności. Ale zamiast tego milczała, kiedy już słowa z niej uszły; milczała, bo tylko ta cisza mogła pomóc jej w skupieniu się na utrzymaniu swojego umysłu w ryzach. Tam, trzymając chłopca w ramionach, krzyczała, z jej ust wydobywały się nieartykułowane dźwięki, których nie mogła nazwać, nie rozumiała wtedy siebie, nie była sobą. I kiedy sądziła, że powinna zostawić w końcu ten alkohol i zaszyć się w swoim domu, dotknął jej włosów. Jego palce mówiły, że wszystko już jest w porządku, nie bój się, jesteś bezpieczna. Zamknęła oczy. Nie przestawaj. – Rzeczy dobre najwyraźniej dzieją się tam, gdzie nas akurat nie ma – znów uśmiech, subtelny, zapłakany, ale naprawdę tam był. Robiła dobrą minę do złej gry. Była mu jednak wdzięczna za zrozumienie, które jej okazał, za dobroć, tak maleńką, a tak wiele znaczącą. – Nie można, ale dlaczego nie próbować? Dlaczego nie udowodnić sobie samemu, że jest się lepszym? Bo… świat nauczył nas, że nie poradzimy nic na jego zło, na to, co się dzieje. Ale to nieprawda. To my go kształtujemy – może to przez alkohol, może to od dawna w niej siedziało i dzięki trunkowi wypełzło z najgłębszych krańców umysłu. Przełknęła gorzką gulę tworzącą się tuż przy gardle, rosnącą z każdą łzą jak balon. Znów skrzywiła się płaczliwie, bo w końcu dotarło do niej, że miał rację. Te wszystkie patetyczne zwroty nie miały sensu, puste frazesy. – Dziękuję – otarła łzy po raz kolejny dzisiaj i rozpromieniła się nieznacznie, żeby odgonić te ciężkie chmury. – Mówisz tak, bo sam to kiedyś przeżyłeś, prawda? Tylko ludzie, którzy są obeznani z takimi… zdarzeniami, potrafią pocieszać. Nie mówią, że to minie albo czas jest najlepszym lekarstwem. Mówią, że tak już po prostu jest.
Był dobry. Czuła to.





you don't need a reason to
save people

Powrót do góry Go down
Cedric Dearborn
Cedric Dearborn

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Zawód : ex-auror, rebeliant
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

chcesz zabić i zniszczyć,
zniewolić nienawiść


ja też
OPCM : 25
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 To nie była Twoja wina Tumblr_nfuaq0ERJn1rw4rkuo7_250

 To nie była Twoja wina Empty
PisanieTemat: Re: To nie była Twoja wina    To nie była Twoja wina I_icon_minitime17.09.20 10:33

Potrząsnąłem głową, gdy przeprosiła. Nie musiała, nie sprawiła mi przykrości, a już na pewno nie umyślnie.
- Przestań. Wiem. Nie zrobiłaś tego, spokojnie - skłamałem gładko, niezadowolony z tego, że tak łatwo nieznajoma wyczytała moje emocje jak z otwartej księgi, domyślając się przykrych, niełatwych wspomnień. To, że nie lubiłem o tym rozmawiać to mało powiedziane. Na wdowim palcu nie nosiłem obrączki właśnie między innymi dlatego, aby uniknąć zbędnych pytań i pełnych współczucia spojrzeń.
Przed oczyma wyobraźni stanęła nagle Allya i Annie, lecz nie winiłem za to Lydii. Pojawiło się ukłucie bólu w piersi, żołądek stał się jakby cięższy, lecz zdusiłem ten żal kolejnym łykiem ognistej, która jak nic innego wypalała ból. Gdybym jednak miał rozpadać się za każdym razem, gdy coś nasunie mi na myśl małżeństwo, czy miłość, to musiałbym w ogóle nie wychodzić z domu. Dlatego prędko uśmiechnąłem się znów, jakby nic takiego się nie stało.
- Niech to będzie tylko dziś - powiedziałem, unosząc palec i grożąc jej nim żartobliwie, choć może nie wyszło to zbyt zabawnie. Nie należałem do osób, które sypią żartami jak z rękawa i w każdej, nawet najbardziej mrocznej chwili potrafią wzbudzić śmiech. Raczej zbyt często padało słowo sztywniak. Trudno.
- Pierwszy to kolejka ognistej whisky, skrzaciego wina, obojętnie. Drugi... partyjka szachów czarodziejów. Trzeci to może być wieczór taneczny, chociaż akurat ja nie potrafię tańczyć. - Wzruszyłem przy tym ramionami, jakbym żałował, ale wcale tak nie było. Zwykle nie miałem czasu, aby włóczyć się po potańcówkach, tym bardziej teraz. Spojrzałem na Lydię z uniesioną jedną brwią, jakbym niewerbalnie pytał Widzisz? To proste. Nic nie jesteś mi winna. Chociaż wizja drugiego spotkania wydawała się kusząca - byłem ciekaw jak błyszczą jej oczy, gdy nie są przekrwione od łez, jak brzmi jej śmiech, gdy głosu nie dławi smutek. Jednocześnie zawsze, gdy zwracałem uwagę na czarownice w ten sposób, gdzieś w żołądku czułem ciążące poczucie winy.
- To aż tak widać? - spytałem rozbawiony. Lydia była bystra. A może niepotrzebnie zdradzałem konkretny Departament. W każdym razie to już nieistotne, skoro już się domyśliła, to nie zamierzałem zaprzeczać. - Jestem. Od kilku lat. - Kilka lat, a czasami wydawało mi się, że znacznie, znacznie dłużej. W przeciwieństwie do innych, którym z wiekiem czas coraz szybciej przeciekał przez palce, to mnie się rozwlekał, jakby moje katusze miały trwać całą wieczność. Nad pytaniem, czy to trudne, zamyśliłem się z dziwnym uśmiechem na ustach, mimowolnie spoglądając na lewą dłoń, z której niegdyś jeden z czarnoksiężników zerwał skórę zaklęciem Corio. Dziś była w pełni sprawna, lecz wyglądała paskudnie - zabliźniona, poplamiona i o nierównej powierzchni. - Niełatwe. Ktoś to musi robić, by inni mogli spokojniej spać - odpowiedziałem w końcu.
Lydia opowiadała, czasami przerywając, by zaszlochać, przełknąć łzy, kiedy głos ugrzązł w gardle. Nie pośpieszałem jej, myśląc sobie, że i tak było w niej wiele odwagi, że zdecydowała się to z siebie wyrzucić. Mimo że powiedziałem jej: tak będzie łatwiej, to nie zawsze sam stosowałem się do swojej rady i zbyt wiele razy zamykałem w sobie podobne historie, dusiłem żal, nie chcąc obciążać nimi cudzych barków. Moje miały jednak na sobie już wiele, na tyle, abym się nie wahał przed przyjęciem ciężaru kolejnej, choć nie przeżyłem jej sam. Lydia wydawała się zbyt krucha, za młoda, zbyt niewinna, aby musieć radzić sobie z tym w pojedynkę.
- Czasami tak. To nie znaczy, że liczą się mniej - powiedziałem, na blady uśmiech odpowiadając własnym. Nie odejmowałem wciąż dłoni od jej jasnych włosów, wciąż gładząc je nienachalnym, powolnym gestem; były tak miłe w dotyku i mógłbym przysiąc, że poza alkoholem (którego sobie tego wieczoru nie żałowała i to całkowicie zrozumiałe, w tym momencie byłbym ostatnią osobą, która mogła ją za to potępić) wyczuwałem słodki zapach konwalii, gdy pochyliłem się ku niej.
- Można próbować, ale gdy to walka z wiatrakami, to człowiek nabawi się jedynie poczucia niemocy i bezsensu. Trzeba działać mądrze - odparłem po chwili zastanowienia i wyszedł na jaw mój pragmatyzm. Chciałem dodać, że należy działać nie po to, aby sobie udowodnić, że jesteś dobrym człowiekiem i czuć się lepszym przez własną szlachetność, bo czynienie dobra dla własnego samopoczucia zakrawało o egoizm, lecz tego także nie potępiałem - bo czy sam czasami nie postępowałem podobnie? Wydawało mi się, że jeśli poświęcę się walce z tym, co odebrało mi rodzinę, to odkupię swoje winy i będzie mi lżej. Ale nie było. W gruncie rzeczy jednak, w sytuacji, w której się znaleźliśmy, to już było obojętne dlaczego ktoś to robi - ważne, żeby robił, bo utoniemy w ciemności. - I działać, bo oni nie spoczną - mruknąłem ponuro, nie wyjaśniając kim są właściwie oni, ale to wydawało się dość oczywiste. Oni - siły ciemności, czarnoksiężnicy. Nie brakowało plugawców. Dopóki jednak gdzieś tliło się światło, to istniała nadzieja.
Odstawiwszy szklankę sięgnąłem ręką do kieszeni, aby wyciągnąć z niej kraciastą chusteczkę i podać Lydii, aby mogła otrzeć łzy, spływające po piegowatych policzkach jak dwa wartkie, górskie strumienie. Nie mówiłem jej jednak, żeby przestała płakać, podniosła brodę do góry i uśmiechnęła się, to ból minie - to tak nie działało.
- Nie ma za co dziękować - mruknąłem. Byłem jedynie nieznajomym, który zdecydował się wysłuchać. Nic wielkiego. W żaden inny sposób nie mogłem teraz pomóc, skoro chłopiec już nie żył. Nie byłem za dobry w pocieszaniu, dlatego słowa Lydii trochę mnie zaskoczyły - zwłaszcza to, gdy wspomniała, że sam mogłem przeżyć coś podobnego. Skoro jednak domyśliła się, że pracowałem jako auror, to nic dziwnego. Z westchnieniem znowu napiłem się whisky, zerkając w bok, czy Tom kręcił się gdzieś w pobliżu, aby w razie potrzeby poratować nas następną kolejką.
- Prawda - potwierdziłem krótko. Nagle zabrakło mi słów, bo była w takim stanie, że nie chciałem jej martwić jeszcze bardziej - ale to prawda. Czas nie był najlepszym lekarstwem, nie zawsze leczył rany i nie wszystko mijało. Niektóre rzeczy zostawały w człowieku na zawsze i choć dawał radę wstawać rano, nie myśleć o tym, to powracały do niego jak bumerang tak wyraźne i żywe, jakby miały miejsce wczoraj. - Prawdą jest też to, że naprawdę tak po prostu jest i nauczysz się z tym żyć - odparłem w końcu.
To, że to życie nie będzie już takie samo jak wcześniej, nie ulegało żadnej wątpliwości, ale te słowa zawisły miedzy nami niewypowiedziane.





when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Powrót do góry Go down
 

To nie była Twoja wina

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20