Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Orbitarium
AutorWiadomość
Orbitarium [odnośnik]15.09.20 3:10

Orbitarium

Orbitarium to nic innego jak sporych rozmiarów wystawa interaktywna. Jej centralnym elementem jest tellurium, które służy jako model ruchów Ziemi i Księżyca względem Słońca oraz pokazuje oświetlenia Ziemi w różnych porach dnia i roku, faz Księżyca, zaćmień Słońca i zaćmień Księżyca. Sięgająca aż pod sufit wielka machina jest ulubionym miejscem nie tylko najmłodszych odwiedzających, ale również i tych starszych. Dzięki niej astronomowie mogą w pełni badać trajektorię Układu Słonecznego.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Orbitarium Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Orbitarium [odnośnik]20.09.20 18:22
vivienne & jayden5 września
Pojawienie się w planetarium było naturalną koleją rzeczy w przypadku pierwszoklasistów, którzy mieli dać się zachwycić pięknem astronomii. Odkąd tylko Jayden pojawił się w Szkole Magii i Czarodziejstwa, wprowadził do planu zajęć właśnie ów wizytę, mającą na celu rozruszanie dziecięcej wyobraźni. Oraz przy okazji miała pozwolić na dostrzeżenie tego, że najbardziej oddalona od Ziemi nauka, mogła być w zasięgu ludzkiej dłoni. A gdzie lepiej można było spotkać zderzenie kosmosu z człowieczą planetą, jeśli nie właśnie w sercu astronomicznej pasji? Dzieci łatwo było zachwycić, łatwo zafascynować, ale Jayden nie ignorował potencjału leżącego w tych początkowych stadiach rozwoju młodocianego umysłu. Nigdy nie był zwolennikiem suchych teorii oraz przekazywania wiedzy bez poparcia tego zmysłami - sam pamiętał siebie w okresie dzieciństwa, gdy musiał dotknąć globusa, map, teleskopu, ciepła wyczarowanego prototypu Słońca. Meteorytów w pracowni dziadka. Ta rozbudzona za młodu ciekawość pchała go dalej i pozwoliła kontynuować pragnienie eksploracji w dorosłym życiu. I zdawał sobie sprawę, że jego uczniowie nie mieli nagle tłumnie stać się astronomami, ale nie na tym polegała jego praca. Miał poszerzyć ich horyzonty i zapoznać z inną odsłoną świata, w którym się znajdowali. Rozniecić nową pasję lub przynajmniej pokazać im, że istniało coś ponad nimi. Coś większego, coś wszechogarniającego. Coś... Nieskończonego. Patrząc po reakcjach zabranych ze sobą Puchonów oraz Gryfonów, mógł stwierdzić od razu, że postąpił właściwie. Przez te siedem lat, podczas których piastował funkcję nauczyciela astronomii, nigdy nie dostał żadnego upomnienia czy skargi od niezadowolonego rodzica w przypadku jego formy nauczania. Na pewno metody obrane przez zaledwie dwudziestoczteroletniego wówczas Vane'a były nowatorskie i przez niektórych uznawane za zbyt modernistyczne, odciągające wręcz uwagę uczniów od nauki, zamiast ich do niej przyciągać, ale świeżo upieczony profesor nie przejmował się słowami innych. Planował pokazywać młodym czarodziejom i czarownicom świat taki, jaki sam chciał poznawać. Dlatego wprowadzał wiele praktycznych, wiele wyjazdowych zajęć, ucząc swoich podopiecznych, że nauka nie musiała być nudna i żmudna. Mogła być żywa i pełna kolorów.
Niczym sala w orbitarium, w którym się właśnie znajdowali. Gromadka uczniów miała przed sobą nie tylko wystawę, którą mogli spokojnie podotykać i poeksplorować, ale również i seans mający zabrać ich w wędrówkę po bezkresach Wszechświata. Wykład od jednego z pracowników planetarium imienia Jana Heweliusza mieli już za sobą. Prócz gromadki uczniów w budynku znajdowali się również inni goście oraz zwiedzający, jednak nie wydawali się szczególnie zaaferowani obecnością małych czarodziejów. Ci zachowywali się odpowiednio, słuchając swojego profesora i chociaż zdarzały się małe incydenty ze strąconym globusem czy poruszony tellurium, odpowiednie zaklęcia chroniły wszelkie eksponaty. Jayden nie musiał więc non stop pilnować pierwszorocznych, ale i sam mógł czerpać z wyprawy. Wciąż prowadził wszak swoje badania, które mogły okazać się przełomowe. Kontrowersyjne dla wielu, ale jeśli miał rację, magia mogła nabrać nowego znaczenia, a wraz z nią wszystko, co dotąd wiedziano na temat świata czarodziejów. Cieszył się z podobnego projektu, bo na nowo pozwalał on na rozwinięcie miłości mężczyzny do swojej pasji. I pracy. Właśnie one pozwalały mu odegnać od siebie wszelkie natrętne myśli o chorej teraźniejszości chociaż na chwilę. Gdy nie musiał zagłębiać się w pogardę do samego siebie za wszystkie decyzje, których się podjął i które kontynuował dla dobra rodziny. Gdy nie musiał myśleć o tym, w jak nienaturalny stan został wtrącony wraz ze swoimi synami. Gdy nie musiał myśleć o przyszłości bez niej.
Na szczęście nie miał tego dnia czasu, by się w to zagłębić. Strażnik wystawy zapowiedział gościom, że zaraz rozpocznie się seans w planetarium, dlatego upraszał o pośpiech. Dzieci pobiegły za pracownikiem, uprzednio dostrzegając pozytywne skinienie głowy nauczyciela, a sam Jayden wkrótce miał do nich dołączyć, tylko chciał jeszcze sprawdzić, czy na sali orbitarium nie został żaden samotny uczeń. I gdy to robił, zamarł, czując gwałtowne pojawienie się gorących potów z lodowatymi dreszczami. - Pom? - wyrwało mu się, bo mógłby przysiąc, że kątem oka dostrzegł sylwetkę żony obracającej się do niego właśnie tyłem i mającej zniknąć w drzwiach razem z innymi zebranymi. Vane w tym momencie nie myślał... Nie wiedział nawet, że nie sprawdził całego pomieszczenia. Zapomniał o uczniach, tylko skupił się na celu, który zaraz mógł rozmyć się wśród tłumu. Nie pamiętał tego, jak pokonywał drogę dzielącą go od kobiety i kiedy złapał ją za ramię w delikatny, ale równocześnie stanowczy sposób. - Pom - rzucił już pewniej, zmuszając czarownicę do przeniesienia na niego spojrzenia. Gdy czarownica odwróciła się do niego, momentalnie pojął swój błąd. Nic dziwnego, że nie reagowała na wymawiane przez niego imię w żaden sposób. To nie była jego żona. Nie mogła być. Dopiero teraz to widział. Przedstawicielka damskiego grona miała inne rysy twarzy, kolor włosów, styl ubierania się - jedyne co łączyło ją z Pomoną to podobna sylwetka... Nic więcej. Co też strzeliło mu do głowy, żeby upatrywać w niej swoją żonę?! - Ja... Przepraszam - zreflektował się błyskawicznie, otrząsając z dziwnego zaskoczenia i puszczając ramię młodej kobiety. Czuł, że gardło ścisnęło mu się z żalu i bezradności, bo przecież... Przecież oddałby wszystko, żeby to była ona. - Pomyliłem panią z kimś - wybąkał wciąż będąc w szoku swojej pomyłki. Czy zaczynał już mieć omamy? Merlinie! Co się z nim działo?! Jego własny stan przysłonił mu w międzyczasie w ogóle fakt, że w normalnych warunkach normalnie rozpoznałby zatrzymaną kobietę. Ale od lipca nie zaznał normalności... Był żałosny.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Orbitarium [odnośnik]20.09.20 19:39
Kult nauki plasował się na piedestale wyznawanych wartości, które pozwalały rodzinie Bulstrode zajmować obrane za cel miejsce. Musieli być o krok, o słowo, o szept przed innymi, wiedzieć gdzie postawić kropkę; kogo pochłonąć, stłamsić i przeobrazić w antymaterię pierwowzoru, złożoną z wykonawcy czynów i ich promotorów, spoczywających w cieniu jaśniejącej gwiazdy. Gdy była młodsza, ledwie podlotek ćwierkający w cieniu starszych braci, nie rozumiała ich postępowania, dopóki nie wytłumaczyli jej tego z pomocą planet, gwiazd i księżyców. Chciała być gwiazdą, och, jak wesoły głosik wykrzyknął oczywiste pragnienie zauważenia. Nadano jej jednak pozycję księżyca, krążącego wokół przyszłej rodziny będącej planetą. Gwiazdą był ład; gwiazdą była struktura, którą kreowali od pokoleń- miała odbijać rażące po oczach światło gwiazdy, kierując nim ślepych w mroku wędrowców. Z tego powodu były rzeczy, na których lord Bulstrode nigdy nie żałował córce: wykwintne potrawy, gromadzone na blacie pobielanej toaletki perfumy i edukacja. Nawet jeśli to ona miał kierować jej losem, nadawać rytm stępującym po parkiecie pantofelkom, to musiała potrafić radzić sobie samej, stawiając rozsądek nader wszystkie zdolności. Hołd edukacji, hołd nieograniczonym niczym wszechświat możliwościom.
Drobne ciało podążało pośród innych zgromadzonych, zdecydowanie wyróżniając się pełnym gracji ruchem. Zapatrzone w misterny twór tęczówki, odnajdywały wymagane przez estetkę piękno w szczegółach. Łagodny łuk owalnej planety, delikatny błysk naszkicowanych, odległych gwiazd i ciche szepty zdziwienia, gdy pokryte białym jedwabiem ciało, zatrzymało się w centralnym punkcie sali, zarysowaniami szczęki wskazując na głębokie zastanowienie w obserwowanej z uniesioną głową wizji wirtuoza światów. Nigdy nie była uzdolniona w astronomii, bo choć poświęcała jej w Hogwarcie nader dużo czasu z powódek większych i mniejszych, to zanadto rozwodziła się w swoich rozmyślaniach nad tym, co nieodkryte i niewytłumaczalne. Każde przesunięcie błękitu po linijce tekstu doprowadzało do rozmyśleń nad końcem nieskończoności i czy wykonalnym jest, by coś nie miało końca i nie nazywało się ''duma lady Bulstrode''. Szczupłe palce odnajdywały wtedy miejsce na brodzie, nadając jej oparcia, gdy spojrzenie stawało się puste, oddalone od prozaicznego tu i teraz.
Ledwie zdołała rozbudzić sztorm myśli, gdy ciche polecenie strażnika wskazało kontynuację zwiedzania. Szelest materiałów, ciche podszeptywania będących w parach osób i śmiech dzieci, które wkroczyły na łamy zdobywania wiedzy w praktyczny i jakże urokliwy sposób. Wyższe obcasy wydały w pomieszczeniu głuchy stukot, gdy wraz z pozostałymi odwiedzającymi, suknia Vivienne wydała cichy szelest ruchu. Nie znosiła połaci materiału okrywającego całe ciało, nader niepewnie czując się w zapinanych pod szyję sukniach. Dlatego, choć nie rezygnowała z podkreślających pełne kształty -według matki zbyt pełne, choć jakże zdrowe i ani odrobinę nie za duże- wzmocnień talii, z materiału uszytej sukni ukazywał się fragment skóry dekoltu i obojczyków, łaknących ujrzeć coś więcej z życia, niż mrok odziewanych sukni. Odstępstwo od całkowicie zakrytego ciała miało jeden, główny cel- mogła pozwolić sobie na uśmiech z odrobiny dowolności w miejscu tak odległym od rodzimych włości, niknący pod nałożoną maską obojętności. Uścisk był pierwszym sygnałem, który dotarł do ciała pogrążonego we własnym bycie. Momentalnie odwróciła bladą twarz w kierunku powstrzymującej ją osoby, marszcząc brwi w niemym niezadowoleniu. Broda uniosła się ostrzegawczo wraz ze zbiciem ust w cienką linię, gdy odnalazła w głosie, uścisku i bliskości osobę, którą już dawno próbowała wyrzucić z zalegających na dnie umysłu chęci. Ledwie kilka lat wcześniej dałaby się pokroić za zmieszanie jej słodkawych, kwiatowych perfum z charakterystycznym zapachem skóry mężczyzny stojącego obok. Nie teraz.
Szybka kalkulacja, spojrzenie wędrujące po znanej twarzy i dobór odpowiedniej mimiki, która teraz przedstawiła łagodny, nienaturalne pokorny uśmiech zrozumienia. Rozluźniła brwi, pozwalając zadrżeć kącikowi prawej wraz z następnym, wymuszonym słowem.
- Nic nie szkodzi, profesorze. - W przeciwieństwie do tego, jak upokorzyłeś mnie przed laty. Podszeptywał bliźniaczo podobny, śpiewny głos wewnętrznych wyrzutów, gdy odsunęła się na bezpieczną odległość kroku. Rozpromieniona twarz jaśniała pośród półmroku pomieszczenia, wreszcie odnajdując bezcelowość podziwiania przystojnej twarzy w przerodzeniu niezręczności na coś bardziej zjadliwego.
- Choć, w istocie, za to należy się pięć punktów dla Ravenclaw. - Pięć punktów, których nigdy nie chciał dać za jej zasługi. Pięć punktów, które nie potrafiłyby załagodzić upokorzenia rozbudzonego z letargu, gdy chłodne spojrzenie było jedynymi gratulacjami za wybitne wyniki domu. Pięć punktów.Pięć punktów przemienionych w smutek, rozgoryczenie i niechęć głębi błękitnych tęczówek, gdy na ustach dalej pozostawał powabny uśmiech. Wspomnienia dziewczęcego, naiwnego zauroczenia i wewnętrznej walki, gdy jako jedyny nie chciał wyłożyć kart na stół dobijały się z podświadomości w łaknąca zwykłości świadomość. Pragnęła jedyne myśleć o niezręczności, czuć odrobinę współczucia wobec omylnego i odejść z obojętnością wobec dotyku, który teraz stanowił odległe widmo. Lecz on, nauczyciel, wróg i cichy obiekt odległych westchnień, znajdował się teraz tuż obok, rzutem losu pragnął ją zatrzymać. Być może to złośliwość losu, być może wręcz przeciwnie- rzut na taśmę przyszłości usianej różami, ale z pewnością nie pozostanie to chwila bez ujmującego, wbijającego w ziemię poczucia niechęci, które zawsze odczuwała przy kimś, kto nie dał się omamić. Prawdopodobnie nie da też teraz, mając przed sobą skrajność na drobnym, ledwie zauważalnym fragmencie sarnich ocząt, rozmarzonych i młodziutkich, przerażonych i skorych do walki w przegranej bitwie.


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode
Re: Orbitarium [odnośnik]20.09.20 19:41
Ludzkość patrzyła na edukację przez pryzmat szkół, a nie całego życia, co było błędem. Wszak nie było momentu nawet w dorosłości, kiedy dokształcanie się kończyło na pewnym etapie. Jayden widział starszych od siebie zaczytanych w opasłych tomach, które wydawać, by się mogło, że nie posiadają już niczego, z czego mogliby czerpać ludzie w tym wieku. A jednak wcale tak nie było i istota uczenia się nie malała. Wzrastała wręcz, im człowiek był starszy, im bardziej pojmował, że naprawdę nie miał pojęcia o niczym. Jako naukowiec profesor dostrzegał to, że im więcej pracował i im silniej zgłębiał temat związany nie tylko z jego pasją czy pracą, lecz w ogólnym tego słowa znaczeniu, tym wyraźniej zderzał się ze swoimi brakami. Rozszerzając horyzonty wcale nie przyswajał większej ilości informacji - to ich zakres się rozszerzał, a jego świadomość wiedzy malała. Ten cudowny paradoks był jednak nie demotywacją a zachęceniem do postąpienia kolejnego kroku. Do zajrzenia poza kulisy tajemnic życia, które od wieków były w centrum ludzkiej uwagi. Nieodkryte czekały na swoich bohaterów, którzy nie przepraszając, mieli wedrzeć się w ich otuloną grubym płaszczem samotnię i zerwać pierwszą warstwę. Bo tych warstw było nieskończenie wiele, a jedna zasycająca fascynacją silniej od poprzedniej. Widział to po sobie i z jakim oddaniem traktował astronomię, teraz wchodząc również szerzej w tajniki matki nauk - numerologii. Im dalej w nie się zagłębiał, tym czuł większy głód, większą ciekawość. Silniejszą grawitację. Przyciąganie było niesamowite i sprawiało, że ciągle na nowo potrafił zachłysnąć się cudem życia. Patrząc po tym, co działo się aktualnie, Vane miał swoją własną teorię, w której dostrzegał braki i ludzkie lenistwo jako wynik odrzucenia edukacji i nauczania. Czy gdyby wykształcenie odgrywało istotną rolę, ludzie wyrzynaliby się, sprowadzając własne myślenie do pierwotnych instynktów? Poddawaliby się ulotnym emocjom, nie umiejąc zapanować nad sobą? Ciało miałoby nad nimi kontrolę czy rozum? Dlaczego myślenie w tych czasach było dla mas tak wielką trudnością? Gdzie byli ci, którzy zwali się politykami i nie umieli dyplomacją wywalczyć swoich racji? Czy właśnie na tym polegała ludzka siła? Na bezrozumnym przelewie krwi, który prowadził do wyginięcia jednej i drugiej strony? Kiedy miało się to zakończyć? Ile pokoleń jeszcze miało się umaczać w przemocy, żeby nastał czas rozumu? Może nigdy? Czy w takim razie ich gatunek w ogóle zasługiwał na przetrwanie?
Jayden nie miał wątpliwości, że zasługiwał. Bo nawet jeśli miało okazać się, że jedynie garstka była warta ocalenia, oznaczało to, że ludzkość musiała przetrwać. On chciał żyć i chciał, żeby wszyscy mogli korzystać z piękna, które oferowało istnienie, dlatego nie potrafił zrozumieć tych, którzy to sobie i innym odbierali. Nie rozumiał kolejnych Ministrów Magii, Rycerzy Walpurgii, Zakonu Feniksa. Nie chciał, by ludzie się dzielili, bo czy właśnie nie ów podział wcisnął się niczym złodziej w jego związek i nie wyrwał ukochanej? I nie była to żadna kolejna, do której cokolwiek poczuł. Była to pierwsza i jedyna, za którą tęsknił wbrew wszelkiej logice. Czy więc dziwne było, że serce skoczyło mu w piersi, gdy sądził, że dostrzegł ją w tłumie? Pełne kształty były tymi, które sobie tak ukochał i których wypukłe linie znał. Przebiegając palcami po nagim ciele, czuł gładkość i miękkość, a w połączeniu z drżeniem mięśni satysfakcję oraz spełnienie. Miało być mu to na zawsze odebrane? Odgrodzone? Wyrwane dla powodu, którego nie potrafił zrozumieć? Czasami zdawało mu się, że nocami słyszał znajomy głos wymawiający jego imię w cichym westchnieniu, od którego potrafił przebiec mu po plecach dreszcz. Kiedyś przyjemności, teraz świadomości samotności i opuszczenia. Odebrania mu ciepła. Oddałby wszystko, by móc znów dotknąć ukochanego ciała, zanurzyć twarz w znajomym zapachu, usłyszeć melodię niemalże zapomnianego głosu. Nikt nie powiedział, że to będzie tak boleć. Zdrada kogoś bliskiego; kogoś, kto obiecywał, że będzie już zawsze. I na zawsze...
Choć, w istocie, za to należy się pięć punktów dla Ravenclaw.
Sprowadziła go na ziemię, zgodnie ze swoimi zamierzeniami i - nie mogła o tym wiedzieć - również i jego własnymi pragnieniami. Ile to już razy obiecywał sobie, że ostatni raz myślał o Pomonie. I ile razy odrywał się przez to od teraźniejszości. Był potrzebny w tym konkretnym momencie, nie w odmętach pokiereszowanego umysłu. Nie mógł sobie na to pozwalać, bo odbierało to równocześnie uwagę od teraźniejszości i przyszłości, którą obiecał sobie chronić. Nie mógł zapadać się w przeszłości i poświęcać tym samym swoich własnych synów. Tym bardziej zależało mu na tym, by wyciągnąć z siebie uczucia skierowane ku żonie. Musiał przestać to robić, żeby móc skupić się na teraźniejszości i wychowywaniu jak najlepiej chłopców. Kiedy w końcu miał to pojąć, do cholery? Nie miała wrócić i chociaż od jej odejścia minęły niecałe dwa miesiące i oczywiste więc było rozgoryczenie oraz boleść trawiąca serce, Vane uparcie nie zaprzestawał zanurzać się w świecie oklumencji, łaknąc zamknąć swój umysł na uczucia, które miał względem kobiety. Nosił w pamięci wspomnienie tego, co się z nim działo ostatnim razem, gdy musiał liczyć się z odejściem bliskich i tym razem nie posiadał luksusu na ucieczkę przed światem. Teraz znał swoje obowiązki i wiedział, że zajęcie się mieszczącymi się w jego dłoni dziećmi było priorytetem. Może gdyby nie ciągłe rozdrapywanie ran, zdałby sobie sprawę z przesłania, które szło za kolejnymi zdarzeniami. Wszak ostatni czas był czasem natrafiania na czarownice z jego przeszłości. Czyżby los mówił mu, że powinien był iść dalej? Że na świecie wciąż byli ludzie, którzy to zrobili - trwali mimo przykrości i boleści.
Czy właśnie wysłanniczką ów fatum była Vivienne? Stojąca przed nim z uniesionym podbródkiem i oczami wbitymi w jego twarz. I chociaż na jej ustach oraz głosie czaiła się dobroć, we wzroku tliło się coś kompletnie innego. Musiał odpowiedzieć i chociaż dla niego ów cisza nie była niezręczną, młode spojrzenie wpatrujące się w niego oczekiwało reakcji. Tak samo harde jak niegdyś, łaknące walki, stawiające na swoim i osiągające to, co sobie zamierzyło. Pięć znamiennych punktów, które wiązało się z konkretnym wspomnieniem i twarzą, która nie nosiła na sobie maski. Ten jeden jedyny raz, gdy pozwoliła sobie na zapomnienie się. - A teraz na nie zasługujesz? - spytał w końcu, zastanawiając się, czy stojąca przed nim młoda czarownica różniła się od uczennicy, która nie potrafiła zrozumieć, dlaczego została przez niego pominięta. I on wtedy też nie potrafił do końca pojąć, z jakiej przyczyny zależało jej na opinii kogoś, kto ani nie był opiekunem domu, w którym aktualnie przebywała, ani nie był jej nauczycielem. Jednak wtedy, jak i teraz podejrzewał, że sama wtedy nie umiała pojąć tego, że ktoś się z nią nie zgadzał. Nie docenił, pominął i ugodził. Wypowiadając pytanie, nie kpił. W tych kilku, krótkich słowach chciał narzucić nie tylko jej, ale również i samemu przemyślenia, co do tego, co się wydarzyło na przestrzeni ów lat. Czy i on zasługiwał na to, by faktycznie móc nazwać się dobrym człowiekiem? Spełnionym i prącym naprzód? Osiągnął tak wiele, trwał w rozwoju, a równocześnie jeszcze więcej tracił. Czy ktoś mógł wyrównać ów rachunek? - Wybacz, Vivienne. Nie chciałem cię zatrzymywać.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Orbitarium [odnośnik]20.09.20 19:54
Ludzkie umysły, szczególnie te uznające się za nieomylne, stają w niekwestionowanej komitywie z zaniechaniem możliwości edukacji. Przynajmniej tej w najklarowniejszym sposobie, w udźwignięciu dobitnych frazesów odkrytych dawno prawd. Wypierała z umysłu pragnienie i wymogu nauki- tą dojmującą myśl, że niczym z wewnętrznymi potrzebami rozwijanej osobowości, tańczy z przeświadczeniem o niezaprzeczalnej konieczności rozwoju. Tańczy na linie. Tańczy nad przepaścią. Szargana nieznośnymi sprzecznościami, rodowymi wymogami, kulturowymi niesnaskami i wewnętrzną niepewnością każdego stawianego kroku, odnajdywała tę chwilę jako krótkie podarowanie ładu. Chaos w zaklętej, arystokratycznej klatce wreszcie przygasł, aby mogła czerpać przyjemność z pływającego po dziele ludzkiej kreatywności i merliniej ręki spojrzenia. Fascynacja każdą dziedziną życia, ciche przyzwolenie na to, by pokryte nikłym oświetleniem obrazy pozostawały w umyśle, dając o sobie znać kiedyś, w przyszłości, gdy będzie to przydatne i mile widziane. Łaknęła podstaw, te bowiem wystarczały, aby rozbudowywała swoje naturalne zdolności, zamiłowania i jedyną dziedzinę tłumaczoną w objęciach wyższości- dosięgnąć głębi innych, natknąć się na ich prawdziwe imię, niezaprzeczalnie łączone z koniecznością orientowania się w pasjach innych. Każdy miał coś, na czym pragnął się znać- nawet głupcy oddawali się w denne rozrywki, co by tylko zaakcentować przynależność do istot rozumnych, choć -z przykrością musiała to stwierdzić- często niemyślących.
Jej pasja, potrzeba edukacji i rozwoju osobistego tkwiła w innych. W mimice, słowach, wewnętrznych rozterkach, zarysowanym tonie słów, które zbyt często zakrawały o ułudę, by mogła im ufać bez badania całej otoczki. Ludzkie umysły, na których barki pokładało się cały dorobek istniejącego świata, były w istocie najmniej zbadane. Niepoznane, choć zwyczajne, wręcz prozaiczne w porównaniu do wiedzy na wyższym poziomie. Powódki zachowań, umiejętność zakradnięcia się w czeluście przemyśleń i złamanie niepisanej blokady umysły- zdaje się, że na to wszystko pozwala magia, lecz nawet ona -twór wywyższający osoby jak Vivienne, nadając szlachetnego błysku w stosie pozostałych obrzydliwości- nie potrafiła dojrzeć najgłębszych szczegółów. Ciągu przyczyn i skutków, bodźców wewnętrznych, które sprawiają, że ludzkie zachowania są w identycznych sytuacjach tak różnorakie. Żart dokuczliwego losu tkwił w tym, że choć ona pragnęła zbadać głębię myśli i zrozumieć podstawy zachowań, nigdy nie zbadała podstawowego obiektu, który powinien stanowić stelaż- samej siebie.
Chłonęła drobne szczegóły, idealną topografię spowitej zaskoczeniem i niezręcznością twarzy. Niegdyś to on był jej boleścią- ułomną częścią umysłu, który pragnął zawsze wygrywać, zawsze mieć to, co w danej chwili zagościło w myślach. Nie otrzymała od niego nic, prócz jednorazowych, pięciu punktów dla Ravenclaw, które i tak nie były jej osobistą wygraną. Kazał jej egzystować w całkowitej niemocy uroku, który roztaczała idealnym wyuczeniem poczynań.
I jakże pytać mam księżyca, gdy on się kocha w Twych źrenicach.
- Zawsze na nie zasługiwałam. - Delikatnie uniesienie brody wzmocniło zaciśnięcie ledwie muśniętych szminką ust. Klatka leniwie uniosła się pod naporem pragnącego dotrzeć do każdej, przepełnionej skrajnymi emocjami, komórki nadając przy tym wrażenia niezadowolenia. Koszmary i marzenia przeszłości, szara poświata na rozbłyśniętych wolnością i chwałą latach, gdy szorstkość głosu dobijała się przez każdą, najmniejszą cząstkę kręgosłupa moralnego. Był człowiekiem, którego nie potrafiła zrozumieć, mając przed oczyma okaz naturalnej, bijącej w każdym szczególe dobroci. Siebie nigdy nie potrafiła określić jako dobrą, nawet daleko jej było do przyzwoitości gdy, choć ciało zakryte było doszczętnie, to dusza błądziła pośród materializmu należytego mężczyznom, nie damom o delikatnych niczym płatki sercach. Przeliczała ludzi na informacje, informacje na wartość a wartość na umocnienie jej w drabinie korzyści rodzinnych.
A on, już podczas pierwszej lekcji przywitał uczniów promiennym uśmiechem- był inny. Dziwnie, nienaturalnie, boleśnie szczery. Tak odległy od tego, co znała na co dzień z rodziny, ze swojego wychowania i znajomości. Był swojego rodzaju zagadką, problemem nie do rozwiązania, niczym wszystkie pytania, które roiły się w głowie na myśl o kosmosie.
- Żaden problem. - Zdała się skinąć ugięciem kolan, nie pozwalając uśmiechowi odejść od pieczołowicie dobranej maski obojętności, godnej dawnego nauczyciela. Nie mogła jednak nie przyznać, że bijące wewnątrz organizmu serce nie rozpoczęło szaleńczego tanga, oddalając marazmu z wizyty pośród konstelacji gwiazd. Gdzieś tliły się myśli, że powinna odejść, obejść się smakiem. Czy potrafiła to zrobić? Skądże. Dłonie spoczęły grzecznie przy dekolcie, wiążąc się przekładanymi palcami wraz z całą konstrukcją przylegających do tułowia ramion. Nie była gotowa odejść, podświadomej blokując jakąkolwiek ucieczkę ciała.
- Rozumiem, że profesor ponownie próbuje rozpalić pasję poprzez praktykę? - Całkowicie słuszne działanie, które na moment skłoniło błękit tęczówek do pokrycia sobą osobę krzątających się przy wyjściu dzieci. Ledwie moment, przesunięcie -może z odrobiną troski?- po maleńkich sylwetkach pierwszaków, gdy znów obdarzyła pełną uwagę mężczyznę, który postanowił odwieść jej osobę od własnych, pokrętnych domniemywań o zależnościach w kosmosie.
- Słusznie. Choć myślę, że należy mieć na nich oko. - Kąśliwość uwagi rozpłynęła się pośród delikatnego uśmiechu, gdy pozwoliła spojrzeniom ponownie się połączyć, dłoni odnaleźć zgięcie szyi. Ledwie muśnięcie opuszek, ledwie zażegnanie łaskoczącego kosmyka, które miało odwieźć grę pozorów od trzepotu rzęs, do idealnie gładkiej skóry. Wysublimowanie sygnałów, sprzecznych i niezrozumiałych- jeśli on nie chce dać jej się odkryć, to jej należy grać identycznie. Badać, zanurzać w naukę, która była jej osobistą drogą rozwoju- naukę innych ludzi, ich mechanizmów i pragnień zawartych w zawołaniu imienia, które brzęczało pośród wspomnień dawnych rozmów. Odpychała od siebie naturalną potrzebę zapytania, całkowicie wytłumaczalną mając na uwadze mierzwiący dalej, choć teraz odległy, dotyk dłoni na ramieniu.


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode
Re: Orbitarium [odnośnik]20.09.20 20:09
Nigdy nie musiał szukać definicji własnego jestestwa - a przynajmniej nie do chwili, w której okazało się, że gwałtowna śmierć odebrała mu dwie bliskie osoby. Następne ciosy bombardowały jego umysł niczym fale tsunami, przychodząc, niszcząc, odchodząc i znów wracając. Wrażliwa wówczas emocjonalność profesora była wystawiana na próbę, gdy niczym sinusoida opadała, wznosiła się i znów spadała na samo dno. Między kolejnymi granicami, szczytami i studniami nicości osobowość łamała się, pozostawiając głębokie rany oraz zapomnienia. Wyrywało elementy składające się na postać mężczyzny i chociaż wszyscy zdawali się iść dalej, on zostawał w miejscu. Nie rozumiał, dlaczego istniało to bezsensowne cierpienie. Czemu służyło i jak to możliwe, że ludzkość mogła wyzbyć się uczuć? Czy na to zasługiwał, by stać się tacy jak oni? Zasługiwał na najgorsze przez to, że większość życia był ślepy? Zamknięty we własnej rzeczywistości? To miała być jego kara, której miał doświadczać bez końca, tracąc powoli wszystkie emocje? Przecież Jayden nie był pustą machiną, która miała za zadanie tylko uśmiechać się w określonym momencie i której wcale nie ruszało to, co się działo. A jednak coraz częściej chciałby nie czuć nic i udawać, że żadna z tych sytuacji nie wpłynęła na niego w żaden sposób, ale skłamałby, a nie chciał kłamać. Nie potrafił. Do momentu zrozumienia swoich uczuć względem Pomony i pojęcia, że mogła być jego ostoją i końcowym azylem, nie spodziewał się, że kiedykolwiek poczuje się pełen. Wszak kradziono z niego kawałek po kawałku, aż nie zostało praktycznie nic, ale ona to zmieniła. Sprawiała, że znów pragnął pozostania przy jednym i tym samym ciele, nie bojąc się iść naprzód i sięgać po to, czego chciał. Ponownie czuł się na miejscu i w domu, którego szukał tyle czasu – w końcu mógł odetchnąć ze spokojem i oddać się w znajome, bezpieczne ramiona. A później to wszystko mu odebrała.
Gdyby Vane miał spojrzeć na swoje życie, gdyby miał cofnąć się na linii czasu, dostrzegłby, że to już tam zaczęła rodzić się jego cała kolekcja niepewności oraz mikrourazów, które w końcowym efekcie stworzyły właśnie jego. Przepełnionego wyjątkowym smutkiem, nieszczęśliwego człowieka. Patrząc po swoim przykładzie, astronom mógł stwierdzić, że smutek nie pojawiał się nagle - przychodził powoli, zagnieżdżał się w ludzkim sercu i oswajał człowieka stopniowo z ów uczuciem. Przyzwyczajał do siebie. Bo czy nie łatwiej byłoby walczyć z wyraźnie obcym wrogiem? Z wrogiem, który przychodził nagle i narzucał się swoją obecnością? Czy ta walka z góry nie obudziłaby w ludziach sprzeciwu oraz motywacji do postawienia się? Wyprowadzenia kontry? Zrzucenia z siebie krępujących ruchów okowów? Smutek był najdziwniejszym z uczuć; czynił człowieka bezradnym. Był jak okno otwarte wbrew woli – przy nim można było wyłącznie dygotać z zimna i właśnie to zimno chciał w końcu przestać odczuwać stojący w orbitarium mężczyzna.
Zawsze na nie zasługiwałam.
Śmiało wypowiedziane słowa różniły się od tonu, którym zwracała się do niego ostatnim razem, gdy próbując malować na ustach uśmiech, walczyła z własnym niezadowoleniem. Pamiętał tę chwilę dokładniej, niż mógłby przypuszczać, gdy w ferworze ciemnej szaty z niebieską tarczą, szła za nim, nie odstępując na krok. Początkowo była opanowana, jednak z każdą kolejną mijaną chwilą, którą spędzali wspólnie, stojąc na szkolnym korytarzu, traciła zaporę tak szczelnie i dzielnie budowaną. A wtedy Vane nie był tym człowiekiem, jakim był teraz - mimo to jednak potrafił wyczuć, że potencjał krukońskiego dziecka był blokowany przez nikogo innego jak właśnie samą zainteresowaną. Zarzucała mu niesprawiedliwość i obojętność, bolesne ugodzenie jej starań. Ale Jay nie popierał tego, jak bardzo chciała osiągnąć swoje cele bez względu na wszystko. Czy na tym miała polegać polityka Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, w której zapominano o wartości człowieka, a patrzono tylko przez pryzmat osiągniętych przed niego wyników? Czego zamierzano jej nauczyć, skoro nagradzano ją tytułem prefekta naczelnego za umiejętność wpływania na ludzi? Czy dzięki temu miała się zmienić? Stać się lepszą? Patrząc na nią aktualnie, astronom widział to samo spojrzenie, co niegdyś, podejrzewając, że i wnętrze się nie zmieniło. Mimo że nie mógł nie zauważyć wyostrzenia rysów, zarysowujących się w przyjemny dla oka sposób - z dziecka wyrosła na młodą kobietę, która nie obawiała się przeciwstawiać figurom z przeszłości. Reagowała tak tylko w stosunku do niego czy wciąż trwała w ciasnej bańce sprzed trzech lat? A skoro tak, to dlaczego podtrzymywała rozmowę, skoro ewidentnie nią gardziła?
Rozumiem, że profesor ponownie próbuje rozpalić pasję poprzez praktykę?
- Tak. Próbuję to dobre słowo, bo nie na wszystkich działa w ten sam sposób - odpowiedział, a na jego ustach zatańczył w tym krótkim momencie szczery uśmiech chwilowego rozbawienia, które rozbrzmiało również w dźwięku głosu. Patrząc czysto ludzkim, czysto nauczycielskim okiem nie dało się w równym stopniu zafascynować wszystkich swoją dziedziną nauki, a stojąca przed nim młoda czarownica była tego świetnym przykładem. Uporczywości, zapalczywości, świadomego odrzucenia. Gdy pojawił się na stanowisku profesora, trzynastoletni umysł lady Bulstrode był nastawiony na zupełnie inne części nauczania niż astronomia. A mimo to to właśnie jego figura spędzała sen z powieki młodej arystokratce, gdy w świetle dnia stawał w opozycji do jej zachcianek. - Zdecydowałaś jednak zapoznać się z astronomią? - spytał, ignorując jej słowa o swoich podopiecznych. Wydawało mu się, że to nie na swoich uczniach powinien był się skupić... Vivienne była jedynym nieodgadnionym elementem w całym pomieszczeniu, równocześnie mogącym pozostać biernym, jak i tym, który mógł sięgnąć po atak z zaskoczenia. Wolał nie odwracać się do niej plecami, bo w tej dziewczynie drzemał przyczajony i gotowy do skoku lew. W tym odważnym spojrzeniu czaiło się wiele - Jayden nie potrafił powiedzieć, co dokładnie, ale nie bał się. Nie jej. Jedyne co mogło go przerazić, tkwiło w chwilowym niezrozumieniu. Ślady jego dłoni już dawno zamazały się na delikatnym ramieniu, a jednak ten jeden moment zdawał mu się czymś niesamowitym. Gdy palce zetknęły się z miękkim materiałem sukni i gdy nadzieja wybuchła w jego wnętrzu z niesamowitą mocą. W myśleniu o tym, że mógł mieć do czynienia z Pomoną - co było teraz absurdalne - znajdował coś, czemu nie umiał się oprzeć. Co wołało go do domu hipnotyzującym, syrenim wołaniem. A jednak napotkanie Vivienne było w pewnym względem surrealistycznym wybawieniem - wszak odepchnęła jego myśli, które znów balansowały na granicy rzeczywistości i bólu, ściągając uwagę ku sobie. Powinien czuć względem niej wdzięczność? Nieświadomą i niewypowiedzianą? Chyba właśnie bez intencji dawała mu brutalną lekcję otrząśnięcia się, dorośnięcia. By przestał tkwić w przeszłości, która miała nie wrócić. Musiał się obudzić. I właśnie gdy jego spojrzenie badało dorosłe, piękne rysy arystokratki, powoli to robił. Bo wiedział, że ten ciepły uśmiech nie był prawdziwy, a wojownicze spojrzenie żądało od niego uwagi. - Mam nadzieję, że los jest teraz dla ciebie łaskawszy niż kiedyś. - Łaskawszy, odkąd nie musiałaś mijać mnie praktycznie każdego dnia. Miała męża, dzieci? A może narzeczonego z wyznaczoną datą ślubu? Jakie cele posiadała teraz Vivienne Bulstrode?


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Orbitarium [odnośnik]21.09.20 1:44
Nie popierał istoty, której narzucone z samego faktu narodzenia pozostało uczynienie znajomości ponad szalę honorowych przysiąg. Pragnął widzieć w prefekcie kogoś stanowiącego autorytet, cichą statuę piastowanych za nadrzędne cechy- otrzymał zaś kogoś na wskroś niegodziwego, nie tylko w jego opinii, ale też jej własnej. Nie znaczyło to jednak, że przyznała w niemym poddaniu uwłaczanie, z jakim zetknęła się po wygranej domu. Nie mogła tego zaakceptować, bo nawet jeśli przeinaczał jej obraz w kwintesencję zadufanej dziewuchy, to nie zmieniało to istoty osiągnięć, jakie tymi pobożnymi łgarstwami osiągnęła. Pragnęła wierzyć w to, że widzi w niej tylko zepsucie, które blokowało wszelkie możliwości zbliżenia, którego pragnęła i nie chciała. Nie mogła chcieć. Może w ten sposób oszukiwała samą siebie, że nie można widzieć w niej innych wad, czyniąc tym samym uwłaczający ciężar dwulicowości czymś normalnym? Nie była najlepszą uczennicą, najlepszym człowiekiem ani nawet najlepszym przykładem zauroczonej podopiecznej, daleko jej bowiem do słodkiego akceptowania swojego stanu- ale była Bulstrode, krwią z krwi tych, którzy od czasów rycerskich piastowali się kimś ponad podziały i ponad ograniczenia. Mianowali podstawą swojej polityki pociąganie za sznurki, szepty i pokładanie pokoju w swoich dłoniach, które nieświadomie pchają innych na odpowiednie tory. Mógł z nią uczynić podobnie, lecz obustronnie przerodzili to w bolesne, och jak bolesne, pchnięcie w dalszą, zszarganą problemami moralnymi stronę.
Pytanie rodziło się w momencie, gdy teraz -wiele długich miesięcy po opuszczeniu murów Hogwartu- znalazła się naprzeciw bolesnym wspomnieniom wykrwawiającego się, niewieściego serca. Uczucia rozpierzchły się pod naporem nowego, prostszego i jednocześnie trudniejszego życia i pozostały tylko ucieczki ciała i duszy w stronę niefrasobliwych chęci, czynów i przekonań. W inny, dojrzalszy sposób dalej pękała w obecności kogoś, na kogo czar dopasowywania idealnie płynnych sposobności nie wpływał- teraz wiedziała jak walczyć z uczuciem rodzącym się w głębi piersi, gdzie strapione niemożnością serce przygrywało rytm nieskończonego udawania, tańczenia pośród kolców utraty samej siebie.
- Czy nie widział profesor pasji do astronomii w mej osobie już wcześniej? - Pytanie czysto retoryczne zagościło pomiędzy nimi, odrzucając wszelkie konwenanse. Teraz tkwiła tylko przyjemność, mierzwiące uczucie ograniczenia było czymś, co stanowiło niespotykaną dla niej otoczkę przyjemności. Bawiła się niczym kot otrzymujący w miękkie łapki ścisłą włóczkę. Bawiła się niczym na wskroś paskudna osoba o pięknej aparycji. Bawiła się, bo pragnęła zawadiackość lekkiego skwierczenia w spojrzeniu ujrzeć i w nim. Masochistyczne pragnienia, uwłaczanie komuś, kto przywykł do posiadania innych żywotów na wyciągnięcie ręki i nader chłodne poczucie odrzucenia w niezrozumiały sposób przyciągały ją do mężczyzny, który powinien ją oburzać. Pozwolił wszak na ujmę dumie, która zwykła być jedynie przyjemnie łechtana.
- Łaskawość... - Powtórzone słowo rozbrzmiało tak niewinnie, słodko, jak gdyby jej spojrzenie nie biło chłodem błękitu. Los zdawał się łaskawym w momencie, gdy podarował jej nazwisko sławetne i miejsce w rodzinie, która potrafiła ją docenić. Zaakceptować uwarunkowane biologią słabości, cenić zalety charakteru i podkreślić jej ważność w oczach innych. Błogosławieństwo, łut szczęścia czy coś, co powinno być całkowicie naturalne? Łaskawość. Łaska. Nie, nie była osobą, którą można była traktować z łaską.
- Los docenił to, co nie każdemu udało się zauważyć. - To, co umykało uwadze profesora od astronomii, który szybkie kroki kierował w surowość spojrzenia, tego samego, które wobec innych zbliżone było ojcowskiej trosce, niż surowej reprymendzie. Teraz to jednak ona wygrywała, z przyjemnością przyjmując spojrzenie zdzierające z niej resztki szkolnego umniejszenia. Ręka zdziałała swoje, mogąc grzecznie -niewinnie, chciałoby się rzec- spocząć na wysokości brzucha w splątaniu długich, nieprzyzwyczajonych do pracy rąk. Była obrazem naprzemiennych uniżań i hołdowania wygranej; biczowała się niemalże myślami odległymi od zauroczenia, niezwanymi jednak nienawiścią. Uczucia -niedoścignione koleje przemyśleń zszytych boleśnie z przebytymi wydarzeniami- były nieuchwytnymi obiektami jej prywatnych badań -niepisanych i niezdradzanych w najmniejszym słowie- a teraz sama nie potrafiła zrozumieć swoich. Uchwycić w sieć realnych obaw i słuszności. Może powinna już dawno, niemalże w aktualnie lekko drżącym kąciku ust umieścić przeświadczenie, że swoich uczuć nigdy się nie zrozumie i nie zbada tak, jak mogła to czynić z innymi. Zbyt dużo ucieka podświadomości, której plugawe czyny obrysowywały się niewidzialną kotarą zachowań ulotnych spojrzeniu samego sprawcy. On, nawet jeśli umysł zapamiętywał dokładną mapę jej ciała, nie był w pełni świadomy zapisywanych szczegółów, które ona obserwowała i pochłaniała z podwójną dawką. Nie mógł wiedzieć o lekkim rozszerzeniu powiek prawego oka, o rozdzieleniu szczelnie przylegających do siebie warg- powinna akceptować to w sobie, niczym łagodniejące spojrzenie było niezaprzeczalnym elementem jej osoby. Właśnie, było. Niestety.
Serce obijało się o drobną klatkę i przysięgłaby, że odsłaniająca więcej niż całkowicie zabudowana suknia, ukazywała ten szaleńczy galop. Nie była maszyną zaprogramowaną na łapanie ludzi w swoją sieć- owszem, wyciągała macki po każdą wartościową rodzinie znajomość, nadal jednak pozostawała człowiekiem. Nawet jeśli tego nie chciała. Jayden -merlinie, nie wypada tak określać nauczyciela imieniem- stanowił zagadkę nie tylko przez swoje usilne blokady, ale przez to, jak działał na spragnioną odkrycia tajemnicy jestestwa Vivienne. Kogoś, kto zdawać by się mogło, że zna ludzi na wylot, przechodząc poprzez wszystkie odcinki emocjonalnych trzewi.
- Przejdźmy dalej. - Zabłąkane w podkreślaniu szlachetnych rysów spojrzenie wreszcie musiało spocząć na wyjściu, które znajdowały się ledwo za jej plecami. Zdawać by się mogło zwykłe zwrócenie uwagi, niemalże dobitne wskazanie niezręczności w jego zachowaniu. Nie do końca, gdy wykonała płynny krok, ledwie widoczny w przepełnionym gracją ruchu, aby przesunąć opuszkami palców po ramieniu mężczyzny, drugą ręką jednocześnie wskazując drzwi. Idealnie złączone słowa, gesty i wewnętrzne przekonanie o tym, jak wiele narzuca podświadomie mowa ciała drugiej osoby. Pragnęła ukazać, że są niemalże na równi- ona znajduje się subtelnie wyżej, ona zaprasza go dalej, niczym gościa. Ona jest tą chłodną, pewną siebie i nieakceptującą półśrodków. Jego krok do tyłu to jej do przodu; utrzymywali stałą odległość nieprzekraczalnej granicy przyzwoitości, niepewności i prywatnych walk. Nawet, teraz gdy spoglądała na niego zdecydowanie niższa i drobniejsza, byli równi. Może w istocie musiał dojrzeć w swoich skołtunionych myślach, by znów przewodził w tej rywalizacji?
Jakie cele posiada teraz Vivienne Bulstrode? Świetnie pytanie, na które nie znajdzie odpowiedzi nikt z ich dwójki, dopóki będą usilnie podszeptywać swoim poczynaniom inną głębię.


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode
Re: Orbitarium [odnośnik]21.09.20 12:14
Błędnie zakładała, myśląc, że przez urodzenie odmawiał jej zasług. Nigdy nie był nastawiony wrogo do żadnego dziecka niezależnie od jego rodowodu czy statusu krwi. Szlacheckich potomków - tak samo jak i tych urodzonych w niemagicznych rodzinach - wspierał w momentach, gdy na to zasługiwali, a dyscyplinował, gdy przekraczali granice. Dlatego to nie w urodzeniu panna Bulstrode winna doszukiwać się sprzeciwu, który okazywał jej profesor. W końcu niedawno jeszcze sama Marine Lestrange chodziła z tarczą Slytherinu na piersi, mając jego pełne poparcie przy zajmowanej przez siebie pozycji prefekta. Temperował jej zachowania, gdy tego wymagały, lecz nigdy nie powstrzymywał, czy nie stawał w opozycji do decyzji przełożonych. U Vivienne było inaczej. Jej zwinne lawirowanie i obracanie sobie wszystkich wokół palca było niebezpieczną grą, nawet jak na tak młodą osobę, a skoro nie chciano takich osobowości promować w dorosłym życiu, dlaczego miano ją wynagradzać i za młodu? Jako pedagog Jay uważał, że popełniano błąd. Nie odmawiał zdolności naukowych młodej arystokratce. Dostrzegał spore niedopatrzenie w przypadku społecznych zależności opartych na zawiązywanych przez nią relacjach, gdy w naturalnie sztuczny sposób wiła sieć domniemanych znajomości. Nie miał z nią zbyt wiele do czynienia, ale tych kilka spotkań na przestrzeni lat nauki, którą odbywała w Hogwarcie, nie zmieniało zdania astronoma. A wręcz go gruntowało w decyzji. Nie jego celem było trzymanie uczniów na krótkiej smyczy i podcinanie im skrzydeł w przypadku rozwoju talentów, ale Jaydenowi przede wszystkim zależało na wydobyciu osobowości takiego podopiecznego na światło dzienne. Ich prawdziwości i szczerości. U Vivienne nie potrafił dostrzec jej nawet chęci odsłonięcia się i uzewnętrznienia. Jedynie wtedy gdy nie obdarował jej uwagą - która według niej była jej należna - widział jak maska kruszyła się, aż koniec końców opadła. Niezadowolona, niepocieszona dziewczyna rozgoryczona niedocenieniem. Z perspektywy czasu oraz nabranego doświadczenia Vane widział w tamtym momencie zdecydowanie więcej niż kiedyś. Spotkanie Bulstrode ponownie poruszyło machinę wspomnień zarysowanych emocjami, obrazami, nawet zapachami niesionymi od letniego deszczu, który bombardował wtedy okolice Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Ani przez chwilę nie odczuwał wobec szlachcianki żalu skierowanego ku jej osobie. Ani razu nie pomyślał o niej jako o rozpuszczonej pannie, której od dnia narodzin wszystko podtykano pod nos. Vivienne, siedemnastoletnia wówczas krukonka posiadała swój własny rozum, była inteligentna i świadoma swoich zachowań - to w jaki sposób wykorzystywała ów łatwości, spotykało się z negacją od strony profesora. Powiedział jej wtedy, że rola człowieka nie zatrzymuje się jedynie na szukaniu poklasku. Pytanie dlaczego tak bardzo zależało jej na jego zdaniu, pozostawało puste. Minęły trzy lata, odkąd przydzielił jej pięć punktów. Pięć punktów, które nabrały nowego, innego niż dotąd znaczenia - nie były nagrodą, a piętnującą karą, lecz niemającą na celu ośmieszenia. Każda kara była wszak w swej naturze pozytywna i winna być taka, by powrócić osobę karaną z powrotem na właściwe tory. Chciał jej tym ukazać, że domaganie się i otrzymywanie wymarzonej nagrody, wcale nie równało się zawsze z satysfakcją i dobrym samopoczuciem. Ze spełnieniem. Jaką lekcję wyciągnęła z tego lady Vivienne Bulstrode? Nie miał pojęcia.
Los docenił to, co nie każdemu udało się zauważyć.
- Łatwo więc cię zadowolić, Vivienne. - Nie brzmiał złowieszczo czy pogardliwie. Zauważył fakt, którym się z nim podzieliła z pewną dumą w głosie, ale również wyrzutem, który odczuł. Skierowany w jego stronę, bo czy od początku ta rozmowa oszczędna w słowach nie posiadała pewnego napięcia? Ukształtowanego przez samą zainteresowaną? Od pierwszych zgłosek czaiła się na końcu języka ironia, a sarkazm płynął z wygiętych w pięknym, ale nieszczerym uśmiechu. Tak, wspomnienia z łatwością wracały. Nawet jeśli na młodej twarzy nie widniało już dziecięce zaokrąglenie dorastającej dziewczyny. Jayden nie odpowiedział na wcześniejsze słowa o pasji do astronomii, pozostawiając to niejako na dalszym planie. Oboje dostrzegali na pewno przekorę tego spotkania oraz miejsca związanego tak silnie z kultem kosmosu - w odniesieniu do łączącej ich przeszłości było to jak nieśmieszny żart. Tak samo jak kolejne słowa Przejdźmy dalej oraz związane z nimi gesty. Delikatnie i łagodnie wymknął się jej dłoni, odsuwając się i obracając w przeciwnym od wejścia kierunku. - Przepraszam - wydobyło się spomiędzy jego warg, gdy męska uwaga skierowała się ku wnętrzu orbitarium. Zanim zdawało mu się, że spostrzegł sylwetkę żony, miał przejść przez pomieszczenie w poszukiwaniu zagubionych uczniów. W końcu nie mógł wyjść, nie sprawdzając takiej możliwości, bo wszak... To były dzieci. A im różne rzeczy czaiły się po głowie, prócz dopatrywania w swoim profesorze przeciwnika, którego należało na siłę zneutralizować. I jak Vivienne odgrywała taniec swoimi dłońmi, jego powędrowały ku włosom, żeby przeczesać je, jak zawsze w charakterystycznym geście. Można było poznać dość łatwo, że nad czymś myślał. Ale gdy czuł się zawstydzony i zmieszany również, chociaż w ostatnim czasie te emocje nie atakowały go tak często, jak niegdyś. Gdy wystarczył drobny element, a pełen empatii profesor wręcz spalał się w rumieńcu zażenowania własnym zachowaniem. Był takim dzieckiem... Kiedy to było? Nie tak dawno temu, a wszelkie oznaki braku dojrzałości zniknęły zastąpione tym, co wszyscy tak uwielbiali nazywać męskością.
Połączona z ojcowskim ciepłem w momencie gdy działy się takie sytuacje, jak ta. - Philipie, co ty tam robisz? - spytał profesor, unosząc brew na widok jednego z uczniów kurczowo trzymającego się Saturna wielkiego tellurium. Ciekawość prowadziła ludzi w różne miejsca - niektórych do podbicia wielkich planet w Układzie Słonecznym i wcale nie trzeba było być naukowcem, by to osiągnąć. - Wespłem się, sorze - rzucił Gryfon, starając się nie brzmieć na przerażonego, ale najwidoczniej wysokość dzieląca go od podłogi nie wydawała się już wcale taka zabawna jak wcześniej. Trzymając się kurczowo okrągłego modelu wirującego pod sufitem sali, wyglądał wyjątkowo bezbronnie, ale też Jayden nie był w stanie zatrzymać uśmiechu cisnącego się na usta. - Poczekaj - rzucił i po chwili trzymał już niewielkiego czarodzieja w rękach, by odstawić go bezpiecznie na ziemię. Mały Philip Longbottom był wyjątkowo drobny na swój wiek, ale nadrabiał to charakterem - jak każdy z jego rodziny łaknący przygód. Profesor kucnął, żeby znaleźć się na tym samym poziomie co chłopiec, a poprawiając rozczochrane włosy i przesuniętą szatę, nie powiedział słowa. Nie musiał. Nie było to nic strasznego czy nieodpowiedzialnego. Po prostu... No, właśnie. Dziecko. - Dołącz do reszty. - Gdy wstał, wskazał brodą znikających w drzwiach uczniów, którzy co moment się przepychali i jeszcze wesoło między sobą rozmawiali. Wkrótce mieli podziwiać piękno zaczarowanego sufitu planetarium, odbywając wędrówkę po kosmicznym Wszechświecie i czując ją wszystkimi zmysłami. Jak i każdy, kto miał zgromadzić się w tamtym pomieszczeniu. Przez jeszcze chwilę odprowadzał wzrokiem młode pokolenie, ale nowa myśl znów sprowadziła go ku wciąż stojącej niedaleko czarownicy. Wieńcząca, powoli już zamykają ich... Niespodziewane spotkanie. Niefortunne? - Mimo wszystko cieszę się, że się spełniasz. W sposób, w którym czujesz się doceniona. - Podjął przerwany wątek, przenosząc spojrzenie niebieskich oczu na swoją towarzyszkę i szukając w niej kontynuacji zadowolenia. Bo właśnie tego chciała, prawda? Akceptacji i ugięcia się innych, nadawania zasad. Skoro to miała, dlaczego miał odmawiać jej satysfakcji? Już dawno skończyli stawiać się w przypisanych im niegdyś rolach; już dawno przestali być uczennicą i jej profesorem.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Orbitarium [odnośnik]24.09.20 15:33
Rzadko kiedy powracające obrazy przeszłości zmieniają również ówczesną opinię na dany temat, dalej plasując jako podstawę przeżyte wtedy emocje. To coś, na co nie mieliśmy wpływu- opinia ulega zmianie, wspomnienia rozpływają się łagodnie na chłodnym gruncie czasu, ale emocje zawsze pozostają równie silnymi wspomnieniami. Nawet teraz, w odległej ucieczce od szkolnej rzeczywistości, czuła bolesne kłucie serca na wspomnienie rozszalałego, przepełnionego temperamentnym duchem, ciała. Niegdyś drobnego, niedojrzałego w pełni i skrytego pod zlewającą się z tłumem szatą; teraz, w pełni okazałości rozbudzonej kobiecości, stała i dalej, dalej czuła to samo, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z powódek dawnego nauczyciela. Uparcie tłumaczyła sobie je inaczej, pchała kłamstwo na granicę dobrego smaku i zbezczeszczała, wszystko w imię rozluźnienia uderzających fal dawnej emocjonalności.
Z odłamów dawnej, niedojrzałej siebie, powrócił każdy szczegół tamtych chwil i wszystkich kolejnych. Miękkość kosmyka włosów, który spoczął na nosie dzięki sponiewieraniu wiatrem, dodając ciepłej otuchy zziębniętej przewiewem twarzy. Srogi, uderzający wręcz chłód spojrzenia i rzęsy, które na domiar złego, to u mężczyzn zawsze bywają długie i podkręcone. Na koniec mała plamka na tęczówce, ledwie szczegół gry świateł, która skupiła oddane szukaniu słabych punktów spojrzenie, pozwalając całej samonapędzającej się machinie spocząć na sekundę, ledwie ułamek sekundy przed kolejnymi atakami słownymi. Pamiętała nerwowe zaczerpnięcie powietrza, szybkie rozpięcie górnego guzika szaty, który mierzwił szaleńczo unoszącą się klatkę.
Każdy szczegół swoich emocji, które powróciły i teraz, nawet jeśli całe ciało kłamczuchy zdawało się chłodne i nieruchome niczym posąg. Niedościgniony wzór kobiety, nienagannie sprawującej swoją rolę. Córki, wnuczki, przyszłej matki i żony. Niegdyś uczennicy i -o ironio- jedyna odległa od rodzinnego obowiązku rola zdawała się przytłaczająca. Nikt, nikt nie potrafiłby wyprzeć się nazwiska Bulstrode z jej personaliów mając przed sobą taki obraz, tym bardziej nikt, kto nie wiedział jak oddana samej sobie jest ta rodzina.
- Gdy ma się wszystko, ciężko, by każda kolejna rzecz nie była zadowalająca, panie Vane. - Panie Vane, Vane, Jayden Vane. Profesor od astronomii, ponad 10 lat starszy o ile świetna pamięć jej nie myliła. Prawdopodobnie równie spełniony w życiowych, narzuconych biologią rolą co ona, a jednocześnie mający to, czego jej zawsze brakowało. Smykałkę do najklarowniejszej formy nauki. Talentu w tym, w czym szarzy ludzie potrafili dojrzeć możliwość posiadania umiejętności.
Jej upodobania -dziedzina wszak nie poznana, niezrozumiana i dodatkowo niemożliwa do edukacji dla damy, jeśli nie robiła tego na własnej skórze- sprowadzały się jedynie do interesowności; nawet niezbyt ją to na co dzień uwierało, gdyby nie zazdrość kiełkująca wewnątrz. Ta, która uniemożliwiała zaczerpnięcie tchu rozrośniętej dumie.
Rola człowieka nie zatrzymuje się jedynie na szukaniu poklasku. Rola człowieka jak zatrzymana w poszukiwaniu poklasku w sobie. Dążyła do tego każdym stąpaniem po rozgrzanej do czerwoności ziemi, pozwalając boleśnie ranić delikatną skórę stóp. Wewnętrzna siła, wewnętrzne poczucie wyższości odnajdywała w sobie, tylko i wyłącznie, innych stosując niczym narzędzia. Doskonale wiedziała, kto jest podobnie fałszywy co ona, kto jej nie ufa, a kto ufa bezgranicznie, jak więc mogła opierać się na opinii ludzi, którzy wszak nic nie znaczyli swoim zachowaniem? Czy nie był tym samym wyjątkiem, jedną z niewielu osób, których opinia się liczyła, bo nigdy szczerze nie rozumiała jego niechęci?
Czy był wyjątkiem, bo wobec niego pierwszy raz okazała się naiwna?
Ledwie skiniecie głową, gdy powiodła spojrzeniem za oddalającą się sylwetką mężczyzny. Nie mogła wiedzieć dlaczego jej ciało odmówiło ucieczki, odsunęło od siebie potrzebę skrycia wewnętrznych obaw, które wraz z każdą kolejną sekundą, przeradzały się w świadomość upadku. Utknęła w swojego rodzaju zaczarowanej chwili, pośród strzępek złości i nieodpartej potrzebie pochłonięcia każdego szczegółu z chwili, która rzucała całkowicie inne światło na osobę profesora. Niegdyś, gdy otaczał opieką jej rówieśników, zdawała się gotować w sobie przeraźliwe ilości złości. Teraz, w dalszym otumanieniu swoistym zapachem mężczyzny jedynie nikły, całkowicie szczery uśmiech pozwolił rozczuleniu wyjść na światło dzienne. Łagodność zarysowań męskiej żuchwy, nieśmiałe przesunięcie kciukiem po opuszkach pozostałych palców i szczera, niezaprzeczalnie urokliwa troska. Niemalże zapamiętywała każdy najdrobniejszy, najmniejszy szczegół sceny, która teraz rozgrywała się przed błękitnymi oczami. Chcąc nie chcąc, negatywne emocje złagodniały pod naporem jawnej przyjemności tegoż widoku, zakończonej chwilą cichego złączenia spojrzeń.
- Spełniam, niezaprzeczalnie. - Kącik ust delikatnie drgnął, niemalże niepewnie w całym spektrum emocji, które na powrót przewróciły postrzeganie rzeczywistości. Napięte ścięgna szyi podkreślały nerwowe przełknięcie śliny, gdy ponownie zagościła między nimi chwila niepewności. Pragnęła powiedzieć coś więcej -wyszeptać, wykrzyczeć czy chociażby wymamrotać- zamiast tego usiadła głębiej w niezręczności, topiąc się w chłodnym odcieniu jego tęczówek. Nikt nie spodziewałby się takiego spotkania; z daleka do rodzimej Anglii, blisko zaś temu, co ich połączyło wiele, wiele lat wcześniej. Lekcje astronomii, mała makieta Układu Słonecznego, cichy zachwyt nad osobą, która niezaprzeczalnie była ostatnią, którą powinna cenić i pragnąć na każdy możliwy sposób.
- Dziękuję. - Odparła jedynie, nim poddała się powolnej drodze do następnej sali. Ledwie bolesne odwrócenie się pozwoliło, by znów była sobą; broda uniesiona z należytą dumą, chłodne spojrzenie i aura wyższości, która nie uciekła w ostatnim geście. Wiele kroków przed nim, ułamek sekundy, gdy przystanięcie pozwoliło jej spojrzeć za ramię z delikatnym, nieodgadnionym uśmiechem.


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode
Re: Orbitarium [odnośnik]24.09.20 22:35
Nie był świadomy burzy, która działa się we wnętrzu młodej reprezentantki czarodziejskiej socjety. A przynajmniej nijak nie odczytywał tego w sposób bliski prawdy. Wszelką nerwowość czy skierowane w jego stronę wyzywające spojrzenia przekładał po prostu na niechęć do kogoś, kto stawał w opozycji do jej pragnień. Był figurą z przeszłości oczywiście kojarzącą się ze sprzeciwem, niedocenieniem, wrogością. Jawnym upokorzeniem. Nie dziwiło go więc to, że reagowała na niego w ten sposób, skoro nie pałała do niego nigdy sympatią. Dlaczego miałoby się to zmienić nagle po trzech latach przy przypadkowych spotkaniu? Rozumiał tę wersję wydarzeń i nie miał jej tego za złe, bo... Co by zmieniło, gdyby w jakikolwiek sposób darzył ją niechęcią? Nigdy tak nie było. Po prostu ufał temu, że stać ją było na więcej. Chciał, żeby to nie jego słowa stawały się dla niej przykrością, ale by dojrzała właściwą ścieżkę, po której winien był się poruszać dobry człowiek. Być może brzmiało to banalnie i prostolinijnie, ale Vane dążył właśnie do tego - by jego podopieczni nie byli ciężarem dla świata, przybijając go jeszcze mocniej. Mieli go wznosić poprzez własne czyny, własną perspektywę, własną innowację. Bo gdyby postępowali tak wszyscy czarodzieje wychodzący w dorosłość, wyglądałaby ona o wiele inaczej od tego, co znali aktualnie. Byłoby łatwiej i nie trzeba byłoby walczyć o przetrwanie, niczym żebrzący o odpadki ze stołu pies. Właśnie tego chciał uniknąć, dlatego też przykładał tak dużą wagę do edukacji oraz swojej roli jako nauczyciela. Był nie tylko opiekunem, ale również niósł na swoich barkach odpowiedzialność za przyszłość kogoś więcej niż jedynie samych uczniów - w świadomości miał kolejne pokolenia, które jeszcze się nie narodziły. Patrząc na Vivienne, widział możliwości w przyszłości prowadzące do nieprzyjemnych skutków, więc przecież powinien był zrobić co w jego mocy, żeby do tego nie dopuścić. Ale nie mógł przeżyć życia za nią ani nie mógł jej tam towarzyszyć bez końca - nawet jeśli by go o to poprosiła. Miała jeszcze czas, by nie być zmarnowanym potencjałem i Vane chciał w to wierzyć mimo oczywistych przesłanek, że nie powinien był tracić na nią uwagi. Wiele rzeczy nie powinien, a jednak je robił, będąc naiwnym wyznawcą wiary w ludzkość. Być może jedynym ocalałym w tym morzu szaleństwa...
Nie. Nie miał bladego pojęcia o rozterkach czarownicy, jednak czy mógłby w jakiekolwiek sposób pomóc w pozbyciu się ów szalejących emocji? Nic, co by zrobił, nie usatysfakcjonowałoby zarówno jego i jej równocześnie. Jedynym rozwiązaniem byłoby zniknięcie i ponowne odsunięcie się, by w rozdzieleniu zajmować się na powrót swoimi obowiązkami. Tak, jak przez ostatnie trzy lata. Bo nie byłby w stanie w żaden sposób odwzajemnić uczuć, uznać ich za coś, co mogłoby dostać więcej czasu. Co mogłoby przełożyć się na przyszłość. Pochodzenie, wiek, jej kultura, wizja na rzeczywistość - różnili się wszystkim. Gdyby powiedziała mu, co się działo, nie zrozumiałby władających czarownicą uczuć nie ze względu na ich charakter, lecz na samego siebie. Sądził, że jedyną osobą, która była w stanie poczuć do niego cokolwiek więcej nad to, co znał, była i miała zostać jedynie jego żona. Po tym, co się stało, odtrącił ów naiwną filozofię. Przestał patrzeć przez pryzmat tego, że ktoś mógłby go szczerze pragnąć i spojrzał twarzą w twarz z realiami. Nie zasługiwał na uwagę - zasługiwali na nią ci, którzy potrzebowali uwagi oraz opieki, przewodnictwa w trwającym świecie barbarzyńców. Dlatego właśnie zamierzał na siłę nawet wyplenić z siebie słabości przeszłości i skupić się na przyszłości swoich dzieci i podopiecznych.
Gdy ma się wszystko, ciężko, by każda kolejna rzecz nie była zadowalająca.
Ocknął się, schodząc na ziemię wraz z wypowiadanymi przez Vivienne słowami. I mimo że pozostawał jeszcze na poziomie delirium, nie zastanawiał się nad odpowiedzią. - Gdy zdobywa się coś bez wysiłku, jest to nic niewarte. - Nie bał się wymówić tego na głos. Tonem jakby nie z tego świata, odległym i nienaturalnym. Widział jednak tę wymianę niczym powrót do pojedynków słów, które między sobą wypowiadali. Później jego uwaga została oderwana i na parę chwil ułożona na niewielkim lordzie, który raczej nie wyznawał zasady bycia ułożonym od A do Z. Ale... Czy oznaczało to, że to było złe? Absolutnie nie. Stąd też Jayden nie dał dziecku żadnej kary, nie wyglądał na surowego ani nie brzmiał gniewnie. Nie czuł też na sobie spojrzenia stojącej niedaleko czarownicy, ale nie dlatego, że nie poświęcała mu uwagi - po prostu mężczyzna był zajęty czymś zupełnie innym. Czymś, co sprawiało mu wiele przyjemności i czym się spełniał. A później... Później nadeszło to dziwne spojrzenie, którego nie umiał rozszyfrować oraz jedno słowo również wpychające go w ponowne niezrozumienie. - Nie zrobiłem nic, za co powinnaś dziękować - odparł cicho, a jego brew drgnęła w zdumieniu. Bo... Co takiego uważała za tak cenne, by wypowiadać Dziękuję skierowaną ku komuś, kto nie zajmował w jej sercu oraz umyśle pochlebnego miejsca? Czy była to jej kolejna gra? Tyle że... Nie brzmiało w ten sposób. Zanim pozwoliła mu pojąć, widział już, jak kierowała się ku wyjściu. Sięgnął wówcza po krótkie pożegnanie, którego wydźwięk musiała nadać sobie ona sama. - Lady Bulstrode - odpowiedział, obserwując oddalającą się sylwetkę jeszcze przez moment. Nie dostrzegł tego zerknięcia przez ramię - odwrócił spojrzenie dokładnie wtedy, zauważając, że zrobił to na siłę. Gdy został sam, odetchnął głęboko, zamykając oczy. Profesor opuścił orbitarium wkrótce potem, dołączając do uczniów i poddając się temu, do czego był stworzony. Astronomii oraz trzymania dzieci na oku.

|zt :pwease:


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Orbitarium [odnośnik]12.10.20 13:46
Nie mogła się z nim zgodzić, niemalże zapierając rękami i nogami przed przyznaniem, że wszystko, co ma jest nic niewarte. Na piedestale stawiała rodzinę, dar i talenty, które rzecz jasna otrzymała naturalnie, niemalże z faktem przyjścia na świat. Jak mogłaby więc uważać, że podstawa jej jestestwa jest nic nie warta, bo nieosiągnięta trudami rzeczywistości?
Ujmujące poczucie pogardy, jakie zagościło w głębi wypiętej dumnie piersi, przerodziło się w coś na kształt mierzwienia. Czy ludzie mogą uważać ją więc za bezwartościową, skoro nie udowodniła swoich osiągnięć ciężką pracą a naturalnymi zdolnościami? Jeszcze niedawno sądziłaby podobnie, słysząc o stawianej jako nadrzędna zaleta urodzie- z nią się wszak rodzimy, nie mamy na to wpływu niemalże najmniejszego; ale teraz, gdy dotyczyło to jej samej, hipokryzja sięgnęła zenitu. Boleśnie spadła na grunt nieakceptowania samej siebie, niemalże spłynęła z grzbietu własnej dumy na realne utwardzenie - i utwierdzenie - słuszności słów, z którym nie mogła się zgodzić. Nie chciała. Nie, bo dotyczą jej. Nie, bo dotyczą każdego, kto patrzy dalej niż na czubek własnego nosa, nawet jeśli boleści towarzyszą tylko tym, którzy są w istocie samolubni.
- Radzę ważyć na słowa, można nimi boleśnie skarcić samego siebie. - Uparcie pociągała za sznurki, oddając słowa w niebanalny taniec pośród setek ułudnych porywów serca. Lawirowali pośród tak wielu słów, które utknęły w gardle, boleśnie kalecząc nasadę języka. Merlinie, pierwszy raz czuła się tak zdezorientowana, niepewna i niezrozumiana, a wszystko za sprawą jednego spotkania, które odrzuciło wniwecz poczucie ułożenia życia. Jedno spotkanie, które niegdyś wyobrażała sobie jako coś całkowicie odmiennego, teraz przekształciło rzeczywistość w całkowicie inne barwy. Nie potrafiła być tak obojętna, nie potrafiła tak po prostu zapomnieć, gdy wszystkie emocje powróciły z krwistym zmazem zawsze tak samo bijącego mięśnia. Silnie. Boleśnie. Rozrywając silną strukturę kośćca.
Krok po kroku, delikatnie obijające się pantofelki o siebie, gdy rozzłoszczone ciało wdało się w tan niewerbalnych wyrzutów. Złość falowała niczym unoszące się na plecach kosmyki, niemalże odbijając się głuchym stukotem w całym wnętrzu nabierającego szybkości ciała. Nie zajęła miejsca w następnym pokazie, wyrzucając z myśli jakiekolwiek wspomnienie powódek znalezienia się w Orbitarium. Przed oczyma, wyryte pod powiekami, zapisane setkami określeń pozostawały jedynie krótkie momenty, zapisane w szeregach kwitnących epitetów.
Zęby przesuwały nerwowo po fragmentach złączeń, złość wdzierała się w idealnie wypolerowaną maskę powagi i spokoju. Ledwie podmuch wiatru przy otwieranych drzwiach sprawił, że piegowaty nos pokrył się różem złości, przelewanym na pozostałą część policzków. Chciałaby wszystko wykrzyczeć, oddać w szum wiatru setki ciążących frazesów- zamiast tego pęknięcia poszerzały się, wydzierały żywy materiał tkanek, krwawiły bezbarwną poświatą łez. Tyle razy przygotowywała się na ponowne spotkanie, ustalając koleje wypowiedzi, które nigdy nie mogłyby wybrzmieć w taki sposób- przede wszystkim dlatego, że sznureczki marionetki nigdy nie zostały przywiązane, nie miała najmniejszego wpływu na słowa profesora. Był jedną z osób, których nie potrafiła pokonać i teraz, gdy chłodne uderzenia powietrza zdejmowały resztki poczucia wyższości, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Czy to właśnie dlatego serce z każdym biciem delikatnie kuło, przeradzając się w głęboki ból całej piersi. Była zła na swoją niemoc, czy niemoc, którą na nią sprowadził?
| zt fluffy


and just in time, in the right place

steadily emerging with grace

Vivienne Bulstrode
Zawód : Arystokratka
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
shuffling the cards of your game
and just in time
in the right place
suddenly I will play my ace

OPCM : 10
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty
skryta pośród szarości.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8796-vivienne-l-bulstrode https://www.morsmordre.net/t8813-listy-do-vivienne#262276 https://www.morsmordre.net/t8811-it-s-all-lies-darling https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8814-vivienne-bulstrode
Re: Orbitarium [odnośnik]25.03.21 16:16
belvina & jayden5 grudnia
- Kurwa. - Ciche słowo opuściło męskie gardło, drżąc na schrypniętych falach i unosząc się krótko po opustoszałym orbitarium, by rozmyć się w braku odpowiedzi. Jeszcze chwilę wcześniej zamykał za sobą drzwi, odcinając się od korytarza prowadzącego do reszty planetarium, w którym przebywała całkiem spora gromada naukowców oraz zainteresowanych tematem osób. Przybyli tam dla niego. Jego nazwisko znajdowało się na zapowiedzianych zaproszeniach i chociaż sam go na nich nie umieścił, w jego wnętrzu przejawiało się obrzydzenie do samego siebie. Gość specjalny - profesor Jayden Vane. Na samą myśl jego usta wykrzywiły się w grymasie pogardy i żałości. Nie mógł na to patrzeć. Gdyby wiedzieli... Gdyby tylko znali prawdę... Jayden Vane. Głupiec. Jayden Vane. Kłamca. Tak właśnie mieli go wkrótce postrzegać? Tak właśnie o nim mówić? Przecież był osobą publiczną, znaną. Nieznajomi kojarzyli jego twarz oraz nazwisko, a anonimowość już dawno przestała łączyć się z jego sylwetką; ciężko było więc uciec przed spojrzeniami. Przed opiniami. Przed sytuacjami, które nigdy nie powinny mieć miejsca... Jak ta przed paroma momentami. Jak ta wywołująca w nim kaskadę bombardujących jego umysł emocji oraz wspomnień. Wchodząc do wyłączonego na ten dzień z odwiedzin orbitarium, szukał spokoju. Potrzebował przynajmniej kilku minut, by ochłonąć i wrócić do tej samej postawy, którą nosił od kilkunastu tygodni. Od lipca. Od września. Od cholernych osiemnastu miesięcy. Będąc samemu w miejscu wielkiego tellurium, mógł na moment zrzucić z siebie ów niewygodną maskę. Wymęczony, zrezygnowany, ale ze świadomością, iż gra się jeszcze nie skończyła. Ale tylko teraz... Tylko ten jeden oddech bez udawania. Tylko on i nic więcej.
Oparł się plecami o chłodną ścianę i odchylił głowę, chcąc złapać oddech. Musiał uciec z tej tłocznej sali wykładowej i pozostać chociaż przez chwilę sam. Przed powrotem do paszczy lwa i podjęciem urwanych tematów. By rozmawiać z tłoczącymi się przy katedrze ludźmi. Udając, że interesowało go to, co mieli do powiedzenia... Cyrk. Teatr. Jego własna karykatura. To było straszne. Nie spodziewał się podobnej sytuacji - nie, gdy robił to, co kochał. Nie podczas edukacji innych. Nie w taki sposób... Ale świat się zmieniał, a on musiał brutalnie się z nim zapoznawać. Podobnie zresztą jak z kolejnymi figurami ludzi. Uśmiechali się w jego kierunku, gratulowali, pytali o postępy w pracy, ale każdy z nich chciał znać odpowiedź na jedno pytanie. Interesowało ich wszystko inne, tylko nie on sam. Pomona. Pom... Pytanie o żonę na wykładzie naukowym uderzyło w astronoma niczym policzek. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a świadomość, że oczy innych ludzi w takim momencie wpatrywała się w niego wyczekująco, piorunowała. Zmroziła go i zniewoliła. Zapędzili go w kozi róg, obserwując to, jak bardzo bezbronny się stawał. Podeszli go podstępem, łapczywie wyczekując odpowiedzi i oczekując sensacji. Oczywiście, że spotykał się wcześniej z dziennikarzami - wścibskimi, zadającymi niewygodne pytania, dlatego poradził sobie z tą kwestią, nie zamierzając komentować rzeczy nietyczących się treści wykładowej. Ale po kolejnym pytaniu musiał zrobić sobie przerwę. Spokojnie i bez większego ekscytowania się, z twarzą przesiąkniętą powagą oraz chłodem wyszedł niezbyt poruszony, ale gdy tylko wiedział, że był sam - uciekł. Czy tak właśnie miało to wyglądać? Czy nikt nie zamierzał szanować prywatności? Czy w ogóle istniała jeszcze prywatność? Czy ludzi interesowała nauka? Czy szanowali granice? Czy w ogóle szanowali śmierć... - Kurwa! - warknął głośniej, uderzając lekko tyłem głowy o ścianę, jakby chciał dzięki temu zapomnieć, wymazać to, co zadziało się jeszcze przed momentem. Ból, który rozprzestrzenił się w tym samym momencie, był jednak jedynie delikatnością w porównaniu z winą, jaką odczuwał profesor. Za to, że pozwolił, by sprawy wymknęły się spod kontroli. By ktoś wyciągnął ukochane imię ponad resztę. By przejął go strach. By świat stał się tak obrzydliwie okrutny... W takich realiach miały dorastać jego dzieci? Jego synowie? Myśląc o nich, przytaknął, iż dobrze się stało, że nie zabrał chłopców, pozostawiając ich z mamą, bo chyba byłoby to jeszcze bardziej żałosne... Nie to, że wstydził się rodziny, lecz dlaczego o tym nie pomyślał? Dlaczego... Pomona znajdowała się na plakatach od wielu miesięcy. Jego nazwisko przy jej imieniu zwracało uwagę... A on? Nie był przygotowany... Jak jakiś kretyn. Jakby miał znów te dwadzieścia lat i nic nie rozumiał... Jakby niczego się nie nauczył po tych wszystkich okrutnych sytuacjach. Jakby poświęcenie innych poszło na marne...
Mężczyzna odetchnął ciężko, a jabłko Adama przesunęło się na odsłoniętej szyi. Wpatrywał się w sufit orbitarium, mając tylko jedno marzenie - by ten dzień nigdy się nie wydarzył i by mógł wrócić do przeszłości. Do tamtego jednego momentu, gdzie byli razem, sami i szczęśliwi. Pom... Kochanie.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Orbitarium [odnośnik]16.04.21 17:28
Pojawiając się na sali, czuła się jakoś nie na miejscu pośród tych wszystkich czarodziejów. Każdy tutaj poświęcał swe życie astronomii, była pasją, była hobby, była częścią wykonywanego zawodu. Dotyczyło to wszystkich, nawet stojącą obok znajomą, która aktualnie pochłonięta była żywą rozmową z poznanym przed chwilą mężczyzną. Każdy tutaj miał swój cel w poświęconych godzinach, jakie przyjdzie im spędzić w większości w roli biernych słuchaczy. Sama parę lat temu odsunęła na bok astronomię, nie negując jej istotności, lecz nie znajdując dość czasu, aby zgłębiać bardziej. W codzienności potrzebowała innych dziedzin o wiele istotniejszych, by pomagać. Mimo to dała się skusić i nie kazała długo namawiać, zwłaszcza gdy padła informacja, kto będzie gościem specjalnym. Profesor Vane. Kiedy poznała go, był po prostu Jaydenem Vane, ambitnym chłopakiem zafascynowanym gwiazdami, sama za to była ledwie początkującą stażystką. Z tego duetu On zdecydowanie osiągnął więcej, czym zaskarbił sobie jej szacunek. Właśnie, dlatego nie mogła odpuścić. Chciała spotkać go ponownie, zamienić kilka zdań o ile będzie to możliwe i znów dotrzeć do momentu, w którym obiecają sobie spotkanie. Kolejne, które nigdy nie będzie miało miejsca, bo znów codzienność okaże się zbyt pochłaniająca. Zabawne, ile razy próbowali już, by później wpaść na siebie przypadkiem i zorientować się, że parę tygodni temu minął rok czy dwa. Kąciki jej ust drgnęły delikatnie na samą myśl i świadomości, że tym razem pewnie będzie tak samo.
Obserwowała go z zaciekawieniem, podobnie słuchała, gdy został zarzucony pytaniami i powoli starał się odpowiadać. Nic nie zapowiadało tego, co zaraz padnie i na chwilę wywoła przejmującą ciszę pośród tylu osób. Chyba każdy zrozumiał, że przekroczona została jakaś granica i naruszony zbyt drażliwy temat, ale równie szybko podniósł się harmider. Ciemne tęczówki spoczywały na Jaydenie. Przyglądała się jak utrzymał maskę spokoju, chociaż zdawało jej się, że dostrzega pęknięcia w pełnej kontroli.
Odprowadziła go wzrokiem, by powoli podążyć za nim i opuścić salę.
W chwili, gdy nacisnęła klamkę i weszła do orbitarium, dobiegło do niej przekleństwo rzucone w przestrzeń.- Cóż za niewybredne słownictwo, profesorze Vane.- zagaiła łagodnie, podchodząc bliżej. Każdy krok w wysokich obcasach, odbijał się echem po pustym pomieszczeniu, nie było to więc najcichsze wejście, ale wcale jej na tym nie zależało.- Chciałabym spytać czy wszystko w porządku, ale wystarczy Ci się przyjrzeć, by mieć odpowiedź.- stwierdziła cicho, zatrzymując się kawałek od niego.- Ludzie to czasami idioci bez krzty taktu.- westchnęła delikatnie, przestając skupiać na nim spojrzenia, a unosząc je na tellurium. Zawahała się na moment, chcąc odciągnąć jego myśli od tego, co stało się ledwie chwilę temu.- Kiedy zaczynałam uczyć się astronomii, lubiłam takie miejsca. We Francji w jednym z obserwatorium posiadają identyczny model, można spędzić nad tym godziny, nawet jeśli obserwuje się to samo. Gwiazdy nigdy, nie budzą znudzenia- podjęła, dobierając słowa ostrożniej, nawet jeśli mówiła o błahych sprawach. O przeszłości, o własnych przemyśleniach, jakie posiadała parę lat temu.- Niebo ma przed Tobą, jeszcze jakieś tajemnice? – zerknęła na niego. Niech zacznie myśleć o tym, czemu poświęcił wiele lat, a w czym był bez wątpienia nad wyraz dobry. Dalej, Jay, skup się na czymś innym.



Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz. Chodź, pocałuję cię w czoło, w duszę. Pocałuję cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na nigdy. Na teraz. Na kiedyś.

Belvina Blythe
Zawód : Uzdrowicielka na urazach pozaklęciowych, prywatny uzdrowiciel
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Nasze miejsce jest tutaj
W nocy
Bez nikogo
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 29
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7692-belvina-blythe https://www.morsmordre.net/t7734-senu https://www.morsmordre.net/t7733-belvina https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t8111-skrytka-bankowa-nr-1850#231862 https://www.morsmordre.net/t7735-belvina-blythe
Re: Orbitarium [odnośnik]16.04.21 19:21
Nie miał tak wiele czasu jak kiedyś. Na prelekcje, na wykłady, na prowadzenie projektów badawczych. Na pokazywanie się publiczne i długie dywagacje na nieistotne tematy. Potrzebował konkretnych działań. Wiedział, że każda minuta poświęcona czemuś trywialnemu odbierała mu możliwość spędzenia jej ze swoimi synami. Odciągała go od prawdziwie istotnych kategorii, od kwestii, które znajdowały się blisko jego serca. Nie mógł sobie pozwolić na marnowanie cennego czasu również z szacunku do ludzkiego życia - im dłużej wszak zwlekał z postępami własnej pracy, z pomocą swoim podopiecznym, tym więcej osób mogło i miało ucierpieć. Nie. Nie walczył brutalnością oraz brakiem rozsądku zagubionym we własnych ambicjach, lecz skupiał się na drugim człowieku. Na czymś, co dla wielu przestało istnieć już wiele lat wcześniej. Na czymś, co nie miało publicznej wartości, podczas gdy dla niego znajdowało się na podstawie priorytetów i na budulcu filarów jego egzystencji. Na czymś, co było istotne. Co sprawiało, że istota nie była jedynie jednostką, lecz człowiekiem z krwi i kości. Tego właśnie dnia uświadomił sobie, że być może dotarła do niego kolejna z wartości wyznawanych przez Vane'ów; kolejna lekcja, których miał wiele na swojej drodze potomków Diarmuida Ua Duibhne. Jego przodkowie nigdy nie wybijali się na przód, nigdy nie zamierzali być w centrum uwagi i zwracać na siebie spojrzenia innych. Nie chcieli być zauważeni, bo najistotniejsze było dla nich działanie, nie zaś oni sami. Pokornie szli przez wieki, pozwalając na rozwój nauki, nie oczekując nic w zamian dla siebie. Oddawali się w całości swoim rodzinom, społeczeństwu. Światu. Wierząc niezachwianie, iż ich odkrycia miały go zmienić. Miały go naprawić. Miały go ulepszyć i ukształcić dla przyszłych pokoleń. Bo czy i tak nie głosiła ich rodzinna dewiza? Ta sama, która znajdowała się nad wejściem do jego aktualnego domu? Ta sama, która budziła uśpione wilki gotowe bronić swoich? Irlandzkie Ar scáth a chéile a mhaireann na daoine, zawołanie żołnierzy Fianna stanowiące szkielet budujący spokojnych, lecz idących naprzód Vane'ów. Chronili się nawzajem i mieli dzięki temu przetrwać.
Przetrwamy? Merlinie, przetrwamy? Męska dłoń okryła prawą część zmęczonej twarzy, gdy kolejna fala wątpliwości spłynęła na czarodzieja. Nie był wszak tak silny jak swoi przodkowie. Nie posiadał ich mądrości. Ich doświadczenia. Nie posiadał nawet ukochanej postaci, bo był zbyt słaby, żeby ją przy sobie utrzymać. Zbyt słaby, żeby obudzić się na czas i złapać jej dłoń. Zbyt słaby, by zapewnić własnym synom prawo do posiadania matki. Zawiódł ich już na początku - w dniu ich narodzin. Jak więc mógł być w stanie zapewnić im przyszłość? Jak mógł być pewien, że przetrwają? Wiedział jednak jedno - nawet jeśli wszystko miało go ranić, nawet jeśli miał krwawić, nawet jeśli miał czuć uciekające z krwią życie, nie miał przestać się starać. Nie miał zamiaru uciekać, bo jego miejsce było z dziećmi. Miał być z nimi bez względu na cenę, bronić ich, opiekować się nimi, walczyć o lepszą przyszłość. W końcu bez nich, bez ich obecności byłby niczym. Nie posiadałby żadnej wartości, nie posiadałby celu ani znaczenia. Byłby pusty jak wtedy, gdy po raz pierwszy doznał śmierci bliskich. Otumaniony bólem i krzywdą nie potrafił działać, poddając się całkowicie opiece Pomony i znajdując w jej ramionach odpowiednie wsparcie, by ustać samodzielnie. Oddałby wszystko, by jeszcze chociażby jeden raz poczuć jej zapach, utonąć w miękkości gęstych włosów, przesunąć dłonią po gładkiej skórze i zrozumieć, że wywoływał tym samym drżenie jej ciała. Wystarczyło słowo, wystarczył gest, wystarczyła jedynie obecność, by należał do niej. A ona do niego. Otumanieni sobą nawzajem łaknący zostać tak na zawsze. We własnym, składającym się z samych kontrastów świecie.
Cóż za niewybredne słownictwo, profesorze Vane.
Drgnął lekko, słysząc czyjś głos oraz rejestrując obecność drugiej jednostki, które nieprzyjemnie sprowadziły go na ziemię i przerwały moment, w którym - jak sądził - był całkowicie sam. Czas jednak się skończył. Wcześniej niż sądził, ale nic nie zamierzał z tym zrobić. Nie mógł ukryć zmęczenia, lecz na powrót przyjął chłód i dystans natychmiast zajmujące swoje stałe - od wielu tygodni - miejsca w profesorskim umyśle i postawie. Nie poruszył się. Nie zmienił swojej pozycji, jednak coś było inne niż jeszcze kilka sekund wcześniej. Niewidoczne gołym okiem, lecz wyczuwalne dla każdego, kto posiadał przynajmniej odrobinę wrażliwości na emocjonalną aurę. Czy i ona ją posiadała? Niespodziewana współtowarzyszka przerwanej lekcji własnego samosądu. Rozpoznał ją, chociaż tak naprawdę nigdy nie musiał jej rozpoznawać - wiedział, kim była. Ona. Belvina. Zatrzymana w czasie przelotnych znajomości i równie płonnych rozmów, które przeprowadzali. Ze zdecydowanie kobiecym dźwiękiem obcasa oraz figurą przyciągającą męskie spojrzenia, a jednak tak bardzo nieistotnym w jego oczach. To nie to zapamiętał i nie to miał pamiętać, dlatego nie odzywał się, słuchając. Próbując poznać, dopasować słowa do obrazu Belviny Blythe, jaki w sobie nosił. Próbując znaleźć go w brązowych oczach, patrzących na niego po długiej rozłące. - Całe niebo jest tajemnicą - odparł, śledząc uważnie kobiece ruchy, a mięśnie skroni na moment drgnęły, nadając męskiemu spojrzeniu ostrożności. Tak dużo słów. Tak mało czasu. Nie mógł pozbyć się uczucia pewnego niezrozumienia. Czyżby pominął jakiś element ich znajomości, który sprawił, że znajdowali się właśnie w tym miejscu? Że poszła za nim? Że mówiła mu to wszystko? Kiedy widzieli się ostatnim razem? Nawet nie pamiętał i nie wiedział, jak skończyło się to spotkanie. Jej otwartość wzbudziła od razu wątpliwości oraz zdystansowanie, którego nie potrafił i nie chciał ukryć. Nie. Nie posiadał już tej otwartości, którą miał wcześniej. Wiary, naiwności, przekonania co do szczerości ludzkich zachowań. Jak zresztą mógłby mieć? Po tym, co się stało... Po tym, z czego konsekwencjami musiał żyć do końca. Był zmęczony i nie potrzebował, nie chciał niepewności. Chciał prawdy. Wiele pytań pojawiło się w jego umyśle, łaknąc odpowiedzi, lecz tylko jedno przebijało się na tyle, by przecisnąć się przez obniżoną grdykę oraz uciec spomiędzy męskich ust. I trafić wprost na kobiecą sylwetkę razem z uważnym spojrzeniem jasnych oczu. - Co tu robisz, Bell? - Po co to robisz?


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Orbitarium [odnośnik]29.05.21 18:12
Nie próbowała sobie wyobrazić, jak trudne było pogodzenie życia zawodowego z prywatnym, gdy w grę wchodziła własna, założona rodzina. Odnaleźć odpowiednią równowagę między tymi dwoma światami, pozornie tylko spójnymi, bo będącymi częścią jednej osoby, musiało być wyjątkowo ciężkie. Nie posiadała dzieci, nigdy nie zdecydowała się, aby zostać matką z powodów egoistycznych, lecz również przez strach. Wolała swoją swobodę i wolność, która nie zatrzymywała w domu dłużej niż na parę godzin, które zwykle poświęcała nauce, bądź odpoczynkowi. Nie widziała siebie w roli osoby troszczącej się o kolejne pokolenie, o własne dzieci. Co prawda była osobą, która potrafiła poradzić sobie z poczuciem obowiązku, lecz nie wiedziała, jak miałoby się to w chwili, gdy musiałaby zmienić własne życie dla kogoś. Dla drobnej istotki zdanej wyłącznie na nią. Nikt nie wiedział, że po prostu się tego bała, wiedząc, że od tej decyzji nie byłoby już odwrotu. O wiele bezpieczniejsze było dla niej wejść w wir pracy, której w ostatnich tygodniach znów wzięła na siebie zdecydowanie więcej. Lubiła jednak się rozwijać, podejmować kolejnych wyzwań w szpitalu czy wobec rodu Black, którym służyła swoją wiedzą oraz pełnią umiejętności. Mimo to potrafiła w tym znaleźć czas dla siebie, odwrócić się plecami wobec innych, aby przez chwilę robić tylko to, co lubiła. To, że była dziś tutaj, tak daleko od Londynu było tylko tego potwierdzeniem. Mogła skupić swą uwagę na czymś innym, niezwiązanym z pracą, a dawno porzuconą pasją, którą wypadało od czasu do czasu odświeżyć. Mapy nieba, gwiazdy i tajemnice, jakie w sobie skrywały, ciekawiło ją od lat. Potrafiła godzinami spoglądać w górę, szukając tam odpowiedzi na niewypowiadane pytania i podobnie długo pochylać się nad księgami z zakresu astronomii. Lubiła to, odnajdując w tak spędzonym czasie sposób na zwalczenie stresu, poradzenie sobie z przytłaczającymi ją wydarzeniami. Uciekała w książki, atlasy, zajmowała myśli wiedzą, nawet jeśli nie miała później z kim się podzielić własnymi wnioskami. Dopiero miejsca takiej jak to, dawały szanse rozmowy, poruszania tematów, które żywo interesowały. Mogła rozwijać nurtujące kwestie, tworzyć kolejne pytania, na jakie z czasem nadejdą odpowiedzi. Nie przypuszczała jednak, że pewne oczekiwania zaburzy jeden moment, nietrafnie wypowiedziane słowa, po których uwaga wszystkich skupi się na gościu specjalnym. Czarodziej, który najprawdopodobniej dla wielu pozostawał tylko kimś, kogo podziwiać można z daleka, kogo bez podobnej okazji nie miało szansy poznać lepiej. Dla niej natomiast był kimś więcej, towarzyszem rozmów, powiernikiem wątpliwości i nieobecnym kompanem, z którym wypowiadała kolejne obietnice spotkań, niemające się ziścić.
Nie wahała się długo, tknięta impulsem, aby iść jego śladem. Spoglądając na niego z daleka, słysząc ostre słowa, miała pewność, że dobrze zrobiła. W takiej chwili, wbrew błędnemu poczuciu, pozostanie samemu, stawało się krzywdzące. Znała ten stan, poczucie straty i powolną autodestrukcję, gdy emocje okazywały się zbyt silne, aby je znieść z obojętnością. Podchodząc powoli, błądziła wzrokiem po jego sylwetce, częściej skupiając się na twarzy. Zmrużyła delikatnie oczy, dostrzegając drobną zmianę, której nie potrafiła jeszcze do końca zinterpretować. Widziała, jak powraca pewna maska, zajmuje swe miejsce i uniemożliwia dotarcie do tego, co faktyczne. Nie miała mu tego za złe, tej gry pozorów, rozumiejąc ów stan i wiedząc, że nie była kimś przed kim mógł się otworzyć. Ta znajomość, mimo że pielęgnowana latami, pozostawała za słaba.
- Kiedyś mogłoby przestać.- stwierdziła cicho, jeszcze przez moment spoglądając na model. Pozorna otwartość była jedynie grą, odpowiednim doborem słów, aby przebić się przez mur, który powstawał zawsze. Przenosząc ciemne tęczówki na mężczyznę, nie ignorowała myśli, że czas nie obchodził się z nimi łagodnie, rzucając pod nogi kłody. Zdawało się jednak, że Vane potknął się o raz za dużo, nie mogąc już wyprostować pod ciężarem nałożonym na barki.
Słysząc pytanie, milczała dłuższą chwilę, by jedynym dźwiękiem, jaki przerywał ciszę, był odgłos obcasów na podłodze. Zbliżyła się do niego powoli, zatrzymując wręcz na długość ramienia.- Musiałam przyjść.- szepnęła, wiedząc dobrze, jak mało konkretna była to odpowiedź.- Nie rób sobie tego, nie zadręczaj się.- dodała równie cicho.



Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz. Chodź, pocałuję cię w czoło, w duszę. Pocałuję cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na nigdy. Na teraz. Na kiedyś.

Belvina Blythe
Zawód : Uzdrowicielka na urazach pozaklęciowych, prywatny uzdrowiciel
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Nasze miejsce jest tutaj
W nocy
Bez nikogo
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 29
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7692-belvina-blythe https://www.morsmordre.net/t7734-senu https://www.morsmordre.net/t7733-belvina https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t8111-skrytka-bankowa-nr-1850#231862 https://www.morsmordre.net/t7735-belvina-blythe

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Orbitarium
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach