Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Kwatera główna aurorów
AutorWiadomość
Kwatera główna aurorów [odnośnik]17.03.12 14:23
First topic message reminder :

Kwatera główna aurorów

"Winda ponownie ruszyła i po chwili drzwi się otworzyły, a głos oznajmił:
- Drugie piętro, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów z Urzędem Niewłaściwego Użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu.
Minęli róg korytarza, przeszli przez podwójne, ciężkie dębowe drzwi i znaleźli się w obszernym pomieszczeniu podzielonym na boksy, z których dochodziły szmery i rozmowy. Zaczarowane samolociki śmigały jak miniaturowe rakiety, a koślawa tabliczka na najbliższym boksie głosiła: KWATERA GŁÓWNA AURORÓW.
Aurorzy pokryli ściany portretami poszukiwanych czarodziejów, fotografiami swoich rodzin, plakatami ulubionych drużyn quidditcha i artykułami wyciętymi z „Proroka Codziennego”. Jedyną wolną przestrzeń zajmowała mapa świata upstrzona małymi czerwonymi pinezkami, jarzącymi się jak rubiny."
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kwatera główna aurorów - Page 9 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]11.06.20 0:17
Z biegiem lat ich dość zażyła relacja uległa bezwarunkowej zmianie. Osobliwe zachowanie, które dla każdego z nich mogło wydawać się normalnym, wzbudzało podejrzenia, brak akceptacji oraz właściwej interpretacji. Bazowali na kilku mylnych, najbardziej widocznych elementach. Dlatego też pokusił się o tak odważne, głębokie przemyślenia oraz skrajne skojarzenia. Pamiętał go z tych ulotnych młodzieńczych dni. Charakterystyczną dwójkę odkrywczych, zafascynowanych światem chłopców, którzy w tamtym czasie, na pierwszy rzut oka, ani odrobinę nie różnili się od siebie wyglądem zewnętrznym. On nigdy ich nie pomylił. Potrafił wyłapać najdrobniejsze różnice, a przede wszystkim odmienne usposobienie. Zdecydowanie bardziej identyfikował się z rozważnym, spokojniejszym, zdystansowanym bliźniakiem. Woleli poddawać się fascynującym rozmowom, opowieściom przyswojonej lektury, powolnym spacerom po rozległych terenach zielonych przestworzy. Nie nadążali za żywiołowym towarzyszem gnającym przez podłużne pola rodzinnej posiadłości Lupinów. Doceniał, iż będąc w swym towarzystwie mogli zamilknąć, oddać przemyśleniom, osobistym pasjom. Nawiązywali zupełnie inną więź, zaciskającą przyjazne koneksje. Trudny okres dorastania zmienił tak wiele. Inne środowiska, szkolne domy, pogląd na rewolucyjną rzeczywistość, ucieczka, obustronne tragedie. Całkowite zerwanie silnego kontaktu. Odejście bez drobnego słowa pożegnania. Nie mieli pojęcia co takiego stało się w ich życiu. Musieli zbudować relację od nowa. Lecz czy w tym momencie nie byli dla siebie po prostu obcy?  
Może takie postępowanie było najwłaściwsze? Znalezienie jednego, silnego, trzymającego w ryzach celu, który nie pozwalał zbyt często rozpadać się na miliony mikroskopijnych kawałeczków. Rineheart był na tej płaszczyźnie na zdecydowanie przegranej pozycji. Ogrom zdarzeń napotkanych przez ostatnie, burzliwie miesiące stworzyły w jego wnętrzu istną huśtawkę emocjonalną. Jednego dnia potrafił euforycznie wychwalać świat do błękitnych niebios, aby następnie otrzeć się o namiastkę depresyjnej, przytłaczającej tragedii. Uzależniał się od dawno niewidzianych jednostek, które nieświadomie manipulowały jego chwiejną egzystencją. Przypominały o przeszłości, od której uciekał przez jedenaście długich i mozolnych lat. Czyż to nie absurdalne? Wchłaniał, przejmował różnorodne emocje, tworzące pierwszorzędną, przytłaczającą mieszankę wybuchową. Nie umiał zapomnieć, oderwać ostatniej, pozostawionej cząstki. Zbyt szybko zaangażował się w burzliwą doczesność chcąc oddać wszystko co miał do zaoferowania. Zbyt szybko zrzucono na niego całkowite poczucie winy. Zbyt szybko zaczęło mu zależeć – na innych.
Gdyby mógł dowiedzieć się o zaistniałej tragedii zapewne byłby bardziej wyrozumiały, delikatny, może empatyczny? Mrukliwy współtowarzysz nie wyzwalał pozytywnego wrażenia – przeciwnie – odpychał ciemnowłosego Łamacza spoglądającego z niezwykle sceptycznym wyrazem. Nad czym się zastanawiał? O czym dywagował? Jak go oceniał? Przytrzymywał spojrzenie na zarośniętej twarzy próbując wyczytać jakikolwiek odmienny, znajomy odruch, drobny gest. Dlaczego stał się tak bardzo zdystansowany, obojętny, wręcz nieobecny? Badał grunt, lustrował przeciwnika nie chcąc przekroczyć wytyczonej granicy. Wyczuwał napięcie. Podstawowe informacje pozostawały nieodkrytą niewiadomą. Pokręcił niezadowolenie głową w odpowiedzi do własnych przemyśleń. Nie chciał pozwolić na to, aby kolejny raz czuć się tym gorszym, odpowiedzialnym, a przede wszystkim winnym. Brakowało tu obustronnej inicjatywy. Nie musiał przecież nic robić, nie musiał się starać. Skoro tyle mu wystarczało – droga wolna. Odchrząknął znacząco ściągając policzki w poważnym wyrazie. Czas przejść do prawdziwych obowiązków.
Zignorował słowa wytoczone na ciasną powierzchnię. Założył ręce na klatce piersiowej i przewrócił teatralnie oczami. Gbur. Odprowadził go przenikliwym, gniewnym wzrokiem, a sam rozejrzał się po pomieszczeniu. Kolejka nie zmniejszała objętości; nowe osobistości zajmowały skrawek wolnej przestrzeni. Szykując się do rejestracji rozluźnił ramiona przymykając powieki. Musiał wypaść wiarygodnie, naturalnie, nie wzbudzać podejrzeń. Przypomniał sobie brzmienie irlandzkiego, twardego akcentu oraz formułkę tożsamości przygotowaną poprzedniego wieczoru. Zignorował odejście dalszego przyjaciela. Nawet się nie pożegnał. Pewnym krokiem poszedł do okienka czyniąc formalne powinności. Wypełnienie dokumentów, krótka rozmowa, sprawdzenie różdżki – był wolny. Z wymuszonym, udawanym uśmiechem podziękował urzędnikowi. Odetchnął z ulgą wymijając ciekawskich gapiów. Było blisko. Nie mógł narażać siebie, ani najbliższych. Odczuwając silny głód nikotynowy, pospiesznie wydostał się na chłodny dwór. Stojąc na podłużnych schodach zaczerpnął rześkiego powietrza wyciągając zniszczoną paczkę papierosów. Jeden z nich wylądował pomiędzy wargami. Schodząc z wąskich stopni podpalał używkę – nie zauważył, iż znajomy profil urzęduje samotnie na pobliskiej ławce. Zatrzymał się u szerokiego podnóża marszcząc brwi w wyraźnym zadziwieniu, wykrzywiając usta w kpiącym półuśmiechu. Długi płaszcz falował na wietrze, dym okalał kanciastą twarz. Zaciągnął się raz i wymamrotał beznamiętnie: – Myślałem, że się spieszysz. – zaczął podchodząc bliżej. – Zapalisz? – dodał po chwili podstawiając pod nos wymemłane opakowanie. Cóż więcej mógł zaproponować, może nie powinien w ogóle zaczepiać szlachetnego Pana?

[bylobrzydkobedzieladnie]



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 15.06.20 15:50, w całości zmieniany 2 razy
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]15.06.20 0:31
Byli obcy. Lyall nie czuł żadnego związku z mężczyzną, który stał obok. Oczywiście, że poznawał jego rysy, zakrzywiony nos i głębszy niż niegdyś głos. Lecz prócz pewnej, dawno zapomnianej goryczy, która zostawała na języku za każdym razem, gdy widział jego sylwetkę kątem oka, nie pojawiało się tam nic więcej. Nic znanego czy wyczekiwanego. Zdawało się, że ich ostatnie, dziecięce spotkanie rozmyło się gdzieś w dalekich odmętach wspomnień i tak szczerze to Lupin nawet nie pamiętał, czego dokładnie dotyczyło ani w jakiej sytuacji się wtedy znajdowali. Czy było to gratulowanie sobie ukończenia szkoły, czy może chodziło o coś jeszcze kompletnie innego? Nie pamiętał i tak naprawdę pamiętać nie chciał. To była przeszłość, zamglona i tak zupełnie różna od tego, co zrobiłby teraz. Czym zajmował się aktualnie i jakim stał się człowiekiem. Nie było w nim nic z tamtego dzieciaka, który nieśmiało próbował odnaleźć swoją drogę w życiu. Zmienił się. A Vincent? Kim był Vincent? Tak naprawdę?
Siedząc na ławce przed Ministerstwem Magii, Lyall sam nie wiedział, czego tak naprawdę oczekiwał od tego spotkania. Czy w ogóle chciał, żeby doszło ono do skutku. Ciężko było skupić się na logicznym działaniu, skoro przeszłość mieszała mu szyki w ten dość paskudny sposób. Wpierw zderzenie się na polu bitwy, a teraz jeszcze ta rejestracja. I kłamstwa. Kłamstwa ze strony Vincenta, ale czy brygadzistę w ogóle to dziwiło? Po spektakularnym zniknięciu i odcięciu się od przyjaciela, za którego Lyall się uważał, igranie z innymi i naginanie prawdy musiało wejść Rineheartowi w krew. Zapewne już w Hogwarcie nauczył się tego, by oszukiwać. Nic dziwnego. Dlatego widząc, jak mężczyzna zbliża się do ławki, wcale nie czuł ulgi. Nie mógłby. Nie po tym, gdy każdy z bliskich Lupinowi ludzi odchodził - sam czy to przez niego. Nie odezwał się na słowa Vincenta, nie spojrzał nawet na niego. Milczał. Milczeli obaj, wsłuchując się przez jakiś czas w odgłosy ulicy. Brygadzista mógł czuć smród palonego tytoniu, który przeżarł chyba już zupełnie mózg dawnego kompana, skoro zdecydował się oszukiwać Ministerstwo Magii, mając rodzinę poszukiwaną listami gończymi. Najwyraźniej wszyscy w tym popieprzonym kraju mieli nierówno pod sufitem. Gdy cisza zaczęła mu ciążyć, wyciągnąć różdżkę przed siebie, by przywołać Błędnego Rycerza. - Nie lepiej było pozostać martwym, Rineheart? - odezwał się w końcu, wstając z ławki i patrząc przez moment prosto w oczy dawnego przyjaciela. Cóż... Vincent sądził, że Lyall się spieszył, a Lyall sądził kiedyś, że niemożliwa była zdrada w ich relacji. Mogli za sobą skoczyć w ogień, dokonać niemożliwego. Wszystko przepadło. Lupin jednak nie był już dzieckiem i nie miał żalu do mężczyzny. Pozostała jedynie bolesna obojętność i niechęć do własnej ślepoty. Gdy autobus się zjawił, łowca wilkołaków zniknął w jego środku, zostawiając palącego wciąż czarodzieja samemu sobie. Oby już się więcej nie spotkali. Brygadzista nie wiedział, czy poniesie jeszcze kolejne spotkanie z dawnymi znajomymi.

|zt


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]15.06.20 15:49
Dobrze, że nie znał jego myśli. Gorzkich słów zatrzymanych na końcu języka. Wystarczyła postawa, wymowne gesty, nietypowe zachowanie, aby wyczytać przyjęty stosunek. Spostrzegawcze oko wyłapywało niechęć, wyraźny dystans, brak jakiegokolwiek zaangażowania, inicjatywy podtrzymania upadającej relacji. A może nawet naprawy? Stali się obcymi, niedopasowanymi jednostkami, które dość nieoczekiwanie znalazły się w tym samym, charakterystycznym, zatłoczonym miejscu. Połączeni przez ministerialne formalności, wymienili kilka grzecznościowych uprzejmości. Czy było warto? Czyż nie lepiej udawać, zaprzeczać obustronnej znajomości? Nie mogli powstrzymać niewygodnych, podejrzliwych spojrzeń ślizgających się po rosłych, męskich sylwetkach. Brakowało dawnej zażyłości, uprzejmości oraz jednomyślności. Pamiętał ów relację ze wszystkimi szczegółami, lecz po raz pierwszy, odkąd przekroczył cienką granicę macierzystego kraju – nie czuł winy, opadającej na silne ramiona odpowiedzialności. Nie musiał walczyć, karcić się za zaprzepaszczoną koligację. Ona wygasła samoistnie. Nie podjęto działań. Zmiana, która w nich zaszła była do tego stopnia rozległa, niepojęta, niezrozumiała, iż nie byli w stanie stawić jej czoła, pojąć do samego końca. Zrezygnowali, choć wnętrze Rinehearta wcale tego nie chciało. Musiał nauczyć się odpuszczać.
Idąc wąskim korytarzem Ministerstwa, zastanawiał się nad wykonaną czynnością. Brwi ściągnięte w nietypowym grymasie, wskazywały na całkowite pogrążenie w skłębionych, nawarstwionych myślach. Czy postąpił właściwie? Czy tyle wystarczy, aby uchronić najbliższych? Czy od tej pory będzie śledzony dokładnym, niewidzialnym celownikiem magicznej instytucji? Westchnął głęboko nie mogąc uwierzyć w taki obrót sprawy. Zmartwił się. Niedawny powrót otwierał możliwości kariery oraz godnego zarobku. Proces był powolny, mozolny, musiał pracować na własną renomę, zdobywając coraz bardziej wymagających klientów. Otwartość oraz swoboda ruchu po całym mieście okazała się niezbędna, pożądana. Panująca wojna nie rozpieszczała – ograniczała dostawy, blokowała handlarzy, a także tych, którzy korzystali z roślinnych ingrediencji z największą częstotliwością. Chciał wykorzystać sprzyjający moment. Pospiesznie wytoczył się na zewnątrz, odpalając uspokajającego papierosa. Płuca z umiłowaniem wciągnęły drażniący dym; dopiero po chwili ujrzał nieoczekiwany, statyczny, nieporuszony profil. Uniósł brew, niknąc w niebieskawym obłoku. Dlaczego jeszcze tu przebywał? Schodząc po wąskich stopniach próbował odgadnąć zamiary towarzysza. Czyżby chciałby coś dopowiedzieć? Wyrazić kolejną, karcącą dezaprobatę? A może przeprosić? Mając tak wiele czasu na samotne przesiadywanie, zdążył ocenić czyn, styl i sposób bycia dawnego przyjaciela? Milczał. Spoglądając w przeciwległym kierunku, powolnie delektował się ziołową trucizną. Nie spieszył się, dawał mu czas. Gdy po dłuższej chwili przesiąkniętej zmiennymi odgłosami otoczenia, Lupin podniósł się do góry, odwrócił głowę leniwie, wtłaczając w jego plecy ostre i podejrzliwe spojrzenie. Nie mógł powstrzymać kpiącego komentarza, gdy wydmuchiwał pojedynczą strużkę: – No to się nagadaliśmy. – lecz współtowarzysz nie pozostawał dłużny. Skrzyżował intensywny, cieplejszy błękit tęczówek z jego własnym i rzucił to rozbrajające, bezczelne pytanie. Ciemnowłosy zamarł, niedowierzał. Jego twarz nie miała żadnego wyrazu oraz emocji. Patrzył bezdennie, pusto. Pokręcił głową z niedowierzaniem wyrzucając niedopałek, który po chwili przydeptał podeszwą. Nie patrzył już w jego stronę; słyszał jak znajomy pojazd znika w wąskiej przestrzeni ruchomej ulicy. Co on sobie myślał? Jakim prawem go osądzał? Co o nim wiedział? Jakim prawem wyrzucał tak obelżywe stwierdzenie? Już to kiedyś słyszałeś, prawda Vincencie? Niespełna kilka tygodni temu, od osoby, której mógłby dorównać. Jesteście siebie warci. Zaśmiał się pod nosem z wyraźną kpiną. – Może i lepiej. – odpowiedział sam do siebie, cicho, obojętnie. Wkładając ręce do kieszeni ruszył chodnikiem, w lewo. Faktycznie, to mogło być ich ostatnie spotkanie. Żegnaj.

| zt



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]25.08.21 16:10
{ 3 stycznia }

Nie patrz.
Dwa krótkie słowa, powtarzane jak mantra, prowadziły mnie przez ministerialny korytarz, który wraz z każdym krokiem zdawał się napierać na mnie coraz mocniej - podczas gdy zdobiące jego ściany listy gończe migały na krawędzi mojego pola widzenia, sprawiając, że niewidzialne palce zaciskały się na moim gardle, utrudniając oddychanie i odbierając głos. Nie patrz, powtarzałam sobie, mając wrażenie, że gdy tylko moje spojrzenie zatrzyma się na ruchomej, uwiecznionej na fotografii twarzy Samuela, stopy wrosną mi w wypolerowaną posadzkę i już nie ruszę dalej - a utrzymywana z trudem fasada pozornego spokoju rozpadnie się jak domek z kart, uderzony podmuchem wpadającego przez okno wiatru. Wmawiałam sobie, że ich tam nie ma: tych nazwisk, przewin wypisanych tłustym drukiem i zer, od których mogło zakręcić się w głowie, ale i tak zdawałam sobie sprawę z ich istnienia; wwiercały się w mój umysł, mieszając się z powtarzanymi raz jeszcze słowami Keata i ostrzeżeniem Charlie. Fiolka otrzymanego eliksiru, choć nie ważyła prawie nic, ciążyła mi w wewnętrznej kieszeni płaszcza jak kamień; miałam wrażenie, że każdy może ją zobaczyć, dopatrywałam się drugiego dna w uprzejmym uśmiechu siedzącej za biurkiem kobiety i dłuższym spojrzeniu rzuconym mi przez jednego z urzędników. Zanim doszłam do połowy korytarza, zrobiło mi się gorąco - rozpięłam więc poły zimowego płaszcza i skierowałam się do toalety. Moje odbicie w zawieszonym ponad umywalką lustrze wydało mi się blade, nienaturalne; wzięłam głębszy oddech, po czym rozejrzałam się dookoła - byłam sama - i dla pewności wsunęłam się jeszcze do kabiny, zamykając za sobą drzwi. Dopiero wtedy wyciągnęłam fiolkę, odkorkowałam ją ostrożnie i całą zawartość wychyliłam na raz. Pustą fiolkę wrzuciłam do muszli i pociągnęłam za spłuczkę; naczynie zniknęło, obracając się dookoła własnej osi.
Ile musiałam czekać? Zapomniałam o to zapytać, teraz ta informacja wydała mi się jednak istotna; minutę? Dziesięć? Serce biło mi zbyt mocno, kiedy stałam oparta o ścianę kabiny, czekając - i czując, jak moje nerwy stopniowo się uspokajają, a oddech zwalnia; poczułam się pewniej - choć w dziwny i nieuzasadniony niczym sposób, jak gdybym wypiła zbyt dużo alkoholu, z tym, że tym razem nie kręciło mi się w głowie. Uchyliłam drzwi, znów podchodząc do umywalki, żeby umyć ręce i spryskać wodą twarz; spojrzałam na siebie raz jeszcze, tym razem mając wrażenie, że wyglądam inaczej, choć moje rysy wciąż były jakby obce.
Znalazłszy się z powrotem na korytarzu, skierowałam się prosto do stanowiska z formularzami, nie będąc pewną, ile miałam czasu. Skrupulatne wypełnienie rubryczek zajęło mi zaledwie chwilę, nad większością się nie wahałam; nad nazwiskiem zatrzymałam się na ułamek sekundy, ale gdy wreszcie je wpisałam, dłoń mi nie drżała - podobnie jak nie zrobiła tego, gdy zamiast swojego adresu, wpisywałam ten należący niegdyś do ciotki. Podchodząc do biurka z wypełnionym już formularzem, pozwoliłam sobie nawet na uśmiech, choć dłonie pociły mi się lekko z niepewności; o co mieli mnie zapytać? Na pierwsze z pytań czekałam ze wstrzymanym oddechem, później poszło już jednak z górki, a wymyślona kilka dni wcześniej historia o tym, dlaczego wcześniej nie zarejestrowałam różdżki (przebywałam u wujostwa poza Anglią; na północy Szkocji) spłynęła z moich ust gładko, dzięki działaniu wężowych ust nabierając sensu, którego wcześniej zdawała się nie mieć. Oddając różdżkę odczułam odruchowy opór, ale przekazałam ją urzędnikowi bez werbalizowania dziesiątek tłoczących się na języku wątpliwości; później czekałam - odliczając kolejne minuty i mając nadzieję, że żaden z dręczących mnie w ostatnich dniach koszmarów sennych nie okaże się proroczy.

| wypijam wężowe usta (stat. 40, moc +10); kłamię - mam czystą krew i nie byłam karana, zgodnie z tabelą ST wynosi więc 50, mam kłamstwo I

jeśli nie wyrzuciłam krytycznej porażki, to zt



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]25.08.21 16:10
The member 'Tessa Skamander' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 27
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kwatera główna aurorów - Page 9 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]15.09.21 13:16
2 stycznia 1958

Gmach brytyjskiego Ministerstwa Magii był miejscem wskroś przeszytym mrokiem. Sformalizowana, wielopiętrowa konstrukcja wprowadzała nieprzyjazny nastrój, już u progu witając petentów surowymi spojrzeniami mijanych urzędników i funkcjonariuszy. Szczególnie ci drudzy mieli baczenie na każdy gest nieznajomego o nader przyjaznej aparycji i spokoju ducha, który nie uśmiechał się, nie okazał też trwogi, choć przyszło mu skonfrontować się z nieznanym, o którym szeptało się nieprzychylnie. Rejestracja różdżek była procesem obowiązkowym dla współczesnych rezydentów Londynu i swego rodzaju dowodem tożsamości wdrożonym przez nowy rząd. Haczyk tkwił w tym, że czarodziejów półkrwi traktowano tutaj nieprzychylnie - a nadto rejestrujący nie był do końca osobą, za którą raczył się podać. Cień wątpliwości zagościł gdzieś głęboko w jego wnętrzu, ale potrafił panować nad ekspresją i kłamać jak z nut; z jakimkolwiek wyzwaniem by się nie mierzył, był pewien, że sobie poradzi. Pozostało mu pokonać drogę do dawnej siedziby Biura Aurorów, gdzie też urzędowała komisja ds. rejestracji i dokonać formalności, licząc, że nie zostanie przyłapany na kłamstwie.
Kiedy zesłano go do Wielkiej Brytanii, walki między owianym złą sławą Zakonem Feniksa a Rycerzami Walpurgii wciąż trwały. Trafił w sam środek bitwy o stolicę i kiedy teraz o tym myślał, dotknięty niepożądanymi przez pracodawców ideami, żałował takiego obrotu spraw - ci pierwsi, określani teraz buntownikami, nie byli tak radykalni w działaniach. Liczne rozporządzenia wprowadzające coraz to kolejne ograniczenia nie działały na korzyść agenta, który miał tu przecież do spełnienia misję - a chodziły i plotki o korupcji, i nadużyciach, które jeszcze bardziej zniechęcały do podjęcia nieprzemyślanej decyzji. Dotychczas nie zdecydował się, by dokonać rejestracji, preferując tymczasową ucieczkę z Londynu; teraz, planując powrót do siedliska zła, jak subiektywnie wyrażał się o tutejszej władzy, musiał zalegalizować swoje jestestwo.
Nie wiedział, jakich pytań się spodziewać, jednakowoż wiele miesięcy poświęcił na studiowaniu swej przykrywki. Wypełnił niezbędne formularze, podchodząc do okienka z wypełnionym dokumentem. Na zadawane pytania odpowiadał głosem emanującym naturalną pewnością swoich słów, choć z tyłu głowy kłębiła się myśl - czy aby na pewno się gdzieś nie pomylił? Różdżkę urzędnikowi podał z cieniem obaw, skupiając się, aby ich nie uzewnętrznić.

rzucam na kłamstwo (ST 50 - postać półkrwi bez mugolskich rodziców, +60 za biegłość na III)
David Hargrave
Zawód : konwojent, agent wywiadu MACUSA
Wiek : 40
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10580-david-hargrave?nid=2#321220 https://www.morsmordre.net/t10610-poczta-hargrave-a#321237 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]15.09.21 13:16
The member 'David Hargrave' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 55
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kwatera główna aurorów - Page 9 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]15.09.21 14:57
Jeszcze w trakcie wypełniania wniosku dostrzegł niemałe poruszenie wśród pracowników. Starał się zrozumieć coś z bełkotliwego zamieszania, lecz nawet jego uczestnicy zdawali się do końca nie wiedzieć, jaka jest jego natura. Nie musiał czekać w długiej kolejce do okienka; kiedy dostrzegł roztargnienie urzędnika, który nie przykładał szczególnej wagi do swojej pracy zaabsorbowany alarmującą sytuacją, wszelkie obawy ustąpiły. Formularz został sprawdzony po łebku, pracownik ministerialny zdawał się nie weryfikować specjalnie szczegółów, a nawet wielokrotnie zadawał identyczne pytania. Petenta zastanawiało, co musiało się zadziać, aby wywołać taki zamęt w głowie persony wydającej dokument, ale nie zdecydował się, by zaciągnąć języka. Ministerstwo Magii było pilnie strzeżonym miejscem upstrzonym zabezpieczeniami, o jakich nawet nie mógł sobie wyobrażać, on zresztą był teraz nieuzbrojony - czy naprawdę warto było podjąć ryzyko, by zaspokoić głód pozyskania informacji? Nie było, dlatego zamierzał zniknąć stąd tak szybko, jak różdżkę z kwitkiem otrzyma na powrót.
Nie wiedział, jak długo potrwa sam proces rejestracji i co robią z jego różdżką, ale po zaledwie kilku minutach ją odzyskał, a wraz z nią dokument potwierdzający rejestrację. Jedna rzecz się nie zgadzała - widniała na niej pieczęć Ministerstwa Magii, której na drugim ksero nie dostrzegł. Czarodziej wnioskował, że otrzymał oryginalny wydruk zamiast kopii, co zdawało się oportunistyczną okazją do naniesienia drobnych zmian utrudniających odnalezienie go po fakcie. Tak zmieniony dokument po kilku minutach oddał do okienka, udając ledwo co zorientowanego, że zaszła pomyłka z wydaniem potwierdzenia. Nie łudził się, że ktokolwiek spostrzeże naniesione zmiany, a gdy uzyskał właściwą kopię dowodu rejestracji, po prostu poszedł w swoją stronę.
Tym sposobem skłamał, podając między innymi niewłaściwy adres zamieszkania fałszywej tożsamości. W duchu uradowany, że ma to już za sobą, skierował się do wyjścia z gmachu Ministerstwa Magii. Mijał te same twarze, które lustrowały go przed godziną, kiedy tutaj zawitał, niektóre wciąż miny miały nietęgie, inne może nieco znużone biurową rutyną; przygnębiającą atmosferę tego miejsca zostawił za sobą, ciesząc się, że nie będzie musiał prędko tu wracać.

zt
David Hargrave
Zawód : konwojent, agent wywiadu MACUSA
Wiek : 40
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10580-david-hargrave?nid=2#321220 https://www.morsmordre.net/t10610-poczta-hargrave-a#321237 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]01.10.21 20:18
2 stycznia
Londyn zmienił się nie do poznania, odkąd była tu ostatnim razem - chociaż ciężko jej było właściwie przywołać z pamięci dokładną datę, kiedy to było. Ministerstwo Magii przywitało ją dobrze znanym gmachem o chłodnym wnętrzu, które poznała dokładnie w trakcie pobierania nauk z ramienia Brytyjskiego Stowarzyszenia Alchemików, lecz tym razem wydawało się być najzwyczajniej na świecie inne. Marmurowe korytarze wydawały się być puste, nie rozbrzmiewały w nich pełne ekscytacji głosy młodych adeptów sztuk alchemicznych, szkolących się aurorów czy łamaczy klątw, teraz wszyscy ludzie przemieszczali się w zorganizowany, odgórnie narzucony sposób, w równych rządkach, trzymając głowę nisko, nie witając się z mijanymi osobami i nie nawiązując z nimi nawet kontaktu wzrokowego. Revna długo wzbraniała się przed stawiennictwem przed komisją, nie widząc zbyt wielkiego sensu w rejestracji różdżki, skoro większość swego czasu spędzała w oddalonym od stolicy lesie, rzadko bywając w cywilizowanych miejscach, w których mogłyby ją spotkać konsekwencje uchylania się od ciążącego na ogóle społeczeństwa obowiązku.
Początek nowego roku przyniósł jednak decyzję, by ulec naciskom, a chęć jak najszybszego załatwienia sprawy i powrotu do zacisza Delamere Forest sprawiała, że kierowała swe kroki szybko i rytmicznie w stronę wskazanej przez urzędnika części byłego Biura Aurorów, gdzie aktualnie odbywały się rejestracje. Drugi dzień stycznia okazał się być dobrym terminem na wycieczkę do Ministerstwa - być może fale masowych rejestracji zakończyły się w poprzednich miesiącach, a być może mocno zakrapiana noc sylwestrowa wciąż zbierała swe żniwo, niezależnie jednak od wszystkiego, alchemiczka nie musiała długo czekać, a niewielka kolejka przemieszczała się szybko i sprawnie. Przekazała udręczonemu przez życie urzędnikowi swą różdżkę, wraz z niezbędnymi dokumentami, a ten, widząc porządne, czystokrwiste nazwisko powiązane z pokornym i z pewnością dawno już zarejestrowanym Cuthbertem oraz otwarcie wspierającym Rycerzy Walpurgii Lowellem, nie żądał od niej odpowiadania na dodatkowe pytania ni przedstawiania kolejnych dokumentów. Podziękowała uprzejmie, choć bez uniżenia, nim odwróciła się na pięcie, by opuścić wielkie gmaszysko i zniknąć równie szybko, jak się pojawiła.

zt
Revna Bagman
Zawód : alchemik, łowca ingrediencji
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
let it hurt
until it can't hurt anymore
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10569-revna-bagman#320253 https://www.morsmordre.net/t10660-rangvaldr#323147 https://www.morsmordre.net/t10658-written-in-the-stars#323141 https://www.morsmordre.net/f401-cheshire-delamere-forest-lesniczowka https://www.morsmordre.net/t10659-skrytka-bankowa-nr-2333#323142 https://www.morsmordre.net/t10661-revna-bagman#323148
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]21.10.21 21:38
Rejestracja Różdżki

Dura lex, sed lex. Rozbrzmiało w umyśle echem zakurzonego wspomnienia. Jednego z tych nie dość wyraźnych, aby rozpamiętywać przez lata.. Nie dość emocjonalnego, aby pozostawiło po sobie piętno. Wystarczająco charakterystycznego, by przywołać je właśnie w tym momencie. Gdy ciche, rytmiczne uderzenia obcasów roznosiły się po kamiennym korytarzu Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów. Młoda kobieta przemknęła tuż obok niej, zaledwie obdarzając ją przelotnym spojrzeniem. Elegancki jegomość ją skinął kurtuazyjnie głową, otworzył usta, zanim jednak zdążył przemówić ktoś zawołał go, wciągnął na nowo do pieczary jego gabinetu. Minęło przeszło dziesięć, gdy ostatni raz kroczyła wśród ścian ministerialnego gmachu. Rozpoznawała drzwi do gabinetu, pokój numer trzysta czternaście - przenieśli się tu na kilka dni, gdy w gabinecie wuja tuż nad jego biurkiem rozpętała się osobliwa burza, a pracownicy technicznego nie potrafili temu szybko zaradzić. Nie chciał trwonić czasu, czekając na rozwiązanie problemu przez personel pomocniczy.
Wzrok mimowolnie sięgnął wnętrza pomieszczenia. Liche biurko stało w tym samym miejscu, podobnie zresztą jak wypełnione aktami szafy. Niemalże potrafiła odwzorować każdy szczegół tamtej chwili - barwę garnituru jej opiekuna, błysk złotych spinek w mankietach śnieżnobiałej koszuli i spojrzenie jego oczu surowo wpatrujące się w nią samą; doszukujące się zrozumienia, oporu podlotka powodowanego brzmieniem rzymskiej sentencji.
Lex iniustissima non est lex. Zabrzmiało w akompaniamencie kolejnego wywodu. Dając początek dyskusji między wujem, a jego starszym asystentem. Lyssa nie dała się sprowokować, chociaż spojrzenie Valhakisa raz po raz krzyżowało się z tym jego bratanicy, gdy między jego słowami kryła się zaczepka. Milczenie sprawiało jej wtedy jednak znacznie większą przyjemność.
Rozszarpał jej młodość, wypatroszył wnętrzności na tyle precyzyjnie, by pozostawić weń jedynie to co pielęgnował przez lata. Nie pozostawił też złudzeń, że warto było zagłębiać się w jego świat, meandry prawnych konfliktów, świat podwójnych znaczeń, kreowany talentem wyśmienitego mówcy. Obserwowała jak umiejętnie dopina swego, bawi się dyskursem młodzieńca. Kącik wyginał się nieznacznie za każdym razem, gdy chciał usłyszeć to co sobie zaplanował. Nie był to jednak uśmiech dobrotliwego nauczyciela, zmuszającego swego podopiecznego do podjęcia wyzwania. To był uśmiech drapieżnika, który bawi się swoją ofiarą dla zabicia znudzenia. Znała ten grymas aż za dobrze. Raczył ją nim raz po raz. Nigdy nie traktował na dość poważnie, by brać ją pod uwagę. Nie na tyle poważnie, by dostrzegać chociażby cień zagrożenia w młodzieńczym buncie. Wszakże wiedział, że niezmiennie jak od lat, laty podda się jego woli. Wystarczyło tylko wiedzieć gdzie nacisnąć, wystarczająco mocno, na tyle ostrożnie by jej nie zniszczyć.
Dziś nie mogła ulec wrażeniu, że stał się niechlujny czy też zbyt pewny siebie, by nie dostrzec, że nacisnął zbyt mocno. Przed laty przypieczętował jej los, teraz zaś oczekiwał lojalności, na którą ona nigdy nie mogła liczyć.
Drzwi trzasnęły, odrywając od ponurej retrospekcji.
- Valhakis, Lyssa.
Uprzejmy uśmiech przyozdobił rys poważnej twarzy Greczynki, gdy posłusznie skierowała się do gabinetu, gdzie zgodnie z literą prawa dostarczyła wymaganą dokumentację i własną różdżkę.
Nie oczekiwała komplikacji. Jej rodowód był bez zarzutu. Z niewypowiedzianą niecierpliwością dopełniła rejestracji, pozostawiając za sobą gmach ministerstwa, nie zerkając tęsknie za perspektywami, które tu porzuciła. Los kierował jej ścieżkami, a te wiły się w zupełnie innym kierunku.
|zt





the chains are broken
but are you truly free?
Lyssa Valhakis
Zawód : runistka, badaczka, zaklinaczka
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
not yet corpses.
still, we rot.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9437-lyssa-valhakis-budowa#286941 https://www.morsmordre.net/t10509-atlanta#318453 https://www.morsmordre.net/t10503-p-a-r-a-s-i-t-e#318274 https://www.morsmordre.net/t10511-skrytka-bankowa-nr-2169#318466 https://www.morsmordre.net/t10510-lyssa-valhakis#318461
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]02.11.21 19:20
[ 1 6 . 0 2 - r e j e s t r a c j a]

Głupota - chodziło mu po głowie, gdy przemierzał ciemne korytarze, a odgłos jego korku mknął w górę, po powierzchni gładkich, polerowanych ścian.
Cholerna głupota - chodziło mu po głowie, gdy wypełniał wniosek, a równy, schludny charakter pisma układał się w kolejne litery jego nazwiska.

U l y s s e s V a l e

Zamrugał kilka razy, jakby chciał oswoić się z widokiem własnego podpisu. Ostatnio składał go coraz rzadziej.
Nie był w Ministerstwie od czasu swojego nagłego odejścia ze stanowiska brygadzisty i z niechęcią przyznać musiał, iż atmosfera była równie parszywa co niegdyś. Powietrze niemal ciążyło mu na ramionach, do nozdrzy wpadał chłodny zapach biurokracji i wełny równo skrojonych szat. Nie chciał tu być, sama myśl o wycieczce do Londynu w jego czasie wolnym przyprawiała go o zalążki napadu złości. Myśl o przekroczeniu progu Ministerstwa, o wszystkich tych irytujących papierach i zimnych rozmowach na temat stanu pogody (Wyjątkowo mroźna zima! Że też nie kupiłam w tym roku grubszego płaszcza), o jego nazwisku (Vale - chyba pracował tutaj jeden w depart...ach, może nie, nie - w archiwum? To musiało być archiwum). Ktoś pewnie spyta o ojca. Po ponad dziesięciu latach nadal słyszał kondolencje (Okropna tragedia, okropna. Tyle niebezpieczeństw wokół, a człowieka zabija własny dom! Dlatego powiedziałam Albertowi - żadnych schodów!).
Skrzywił się delikatnie, prawie niezauważalnie, kolejny raz przyglądając się literom na trzymanych w dłoniach dokumentach. Nie chodziło o strach przed przesadną kontrolą - czymkolwiek była, nie dbał o to specjalnie. Nie chodziło też o lęk przed toczącą się w Anglii wojną - we własnych oczach był bezpieczny i w rzeczywistości tylko to się liczyło. Chodziło po prostu o niszczenie planu jego dnia, o przymus zjawienia się tutaj, w tym mieście, w miejscu, które opuścił w złości i z uniesioną dumnie głową. Zabieranie jego cennego czasu - czasu który mógł poświecić na treningi lub pracę. Mógł nawet - na Merlina! - zaszyć się w swojej bibliotece z jakimś grubym tonem i zasnąć w fotelu, nie wychodzić do rana, może napić się whisky.
Ale nie - musiał stawić się na rejestracji.
Dawno stracił jakikolwiek związek z tym miejscem. Dawno stracił też jakiekolwiek ostatnie fragmenty wdzięczności, powoli tracił natomiast resztki szacunku. Mimo to, kiedy wysoki głos wywołał jego imię, niezadowolony grymas zamienił się w uprzejmy uśmiech tak szybko, jakby ten był naturalnym stanem jego twarzy. Ulysses przekroczył próg wyprostowany, grzeczny do bólu - skinął głową, różdżkę wyciągnął w stronę urzędnika i posłusznie wyczekiwał końca całej tej niepotrzebnej farsy. Jakie w końcu mogły czekać go problemy? Wzrok śledził ruchy dłoni badającej jego różdżkę.
Cóż, zawsze miał jeszcze nóż.

|zt


it's classic horror! if the monster learns appropriate restraint, it becomes an angel.

Ulysses Vale
Zawód : łowca wilkołaków
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
when i call myself a shell
i mean–a used up bullet casing.
as in, the aftermath of something lethal.
as in, an echo of inflicted evil
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10724-ulysses-vale#326292 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10754-vale#326472 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10785-u-vale
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]12.12.21 16:49
3.01

Przygryzał lekko policzek na myśl o tym, jak długo zwlekał z dopełnieniem tej formalności - zbyt wiele tygodni spędził zaszyty w domu w Walii, z daleka od policyjnych patroli i wojennej zawieruchy. Nowy numer "Walczącego Maga" otworzył mu jednak oczy. Zawsze starał się żyć w zgodzie z prawem, mając na szali własną reputację, praktykę, rodzinę. Godzina policyjna, zaogniający się konflikt, nowe listy gończe - dość marazmu, czas odwiedzić wreszcie Ministerstwo. Tym bardziej, że Hector wariował już w ciemnych murach parterowego domu, a wyjazd do Londynu w celu załatwienia formalności, bez syna, był doskonałym pretekstem do zażycia kilku uciech. Wmawiał sobie, że potrafi bez tego żyć, że po śmierci Beatrice przestanie, że skupi się na rodzinie, ale emocje coraz częściej nim targały, coraz łatwiej tracił cierpliwość widząc wybryki Deimosa, skumulowany stres potrzebował ujścia. Już niedługo, już niedługo. Monety dźwięczały w kieszeni - spokój ducha można kupić, czy to w gabinecie magipsychiatry, czy to w karminowej pościeli.
Zabijał czas w kolejce, lustrując wzrokiem twarze innych oczekujących. Na niektórych widział znudzenie, na innych stres. Czy urzędnicy widzieli to samo, czy też prześlizgiwali po petentach zbyt mało czujnymi spojrzeniami? Tylko formalność powtórzył sobie, odgradzając się grubym murem od emocji innych ubiegających się o rejestrację. Nigdy nie wchodził w konflikty z prawem, nie mieszał się w politykę, a czysta krew płynęła w jego żyłach od pokoleń. Poświęcił prawie dekadę życia na kultywowanie czystej krwi, wiążąc się z kobietą, której nie kochał i która podarowała mu syna o silnych zdolnościach magicznych i mocnym charakterze.
Wreszcie chwycił za pióro i żmudnie zaczął wyliczać członków swojej rodziny. Krew czysta, czysta, czysta. Czy wszyscy poświęcili temu tyle, ile ja i Beatrice? - przemknęło mu przez myśl z ukłuciem niepokoju. Ojciec i matka wydawali się kochać, ale jednak wolała spędzić ostatnie dni na walijskim wybrzeżu. On i Beatrice starali się nigdy nie okazywać Deimosowi, że coś jest nie tak - jak wiele par żyło w podobnej fikcji? Nie pamiętał dziadków, rozmywali się w mglistych wspomnieniach.
Hector Vale, podpisał się zamaszyście z cichym westchnieniem i powoli pokuśtykał w stronę wind.

/zt


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]25.12.21 20:04
2 stycznia 1958


Była wdzięczna za wszelką pomoc, którą okazali jej bracia w związku z finalizacją przeprowadzki do stolicy Anglii. Powietrze wiszące nad Londynem wciąż było ciężkie i gęste, pomimo panującego w kraju chłodu. A mimo to Valerie oddychało się nim znacznie lżej, milej, jego drżące z mrozu cząstki układały się pomiędzy jej strunami głosowymi tak, jakby do tego tylko były stworzone. Drogi do Ministerstwa nie przechodziła zbyt często — nie miała szczególnych powodów na znajdowanie się w takich miejscach. Wielkość tego budynku onieśmielała ją delikatnie, zwłaszcza w połączeniu z wiedzą, kto mógł poszczycić się zaszczytem bycia zatrudnionym w tym miejscu. Jeden ze starszych braci trzymał ją pod ramię, smutną wdowę z twarzą schowaną za czarnym woalem. Choć szeptał jej, że nic złego przecież się nie stanie — ot, nowa komisja, nowe nakazy Ministra i prawo, którego należało przestrzegać, którego przestrzegać mieli wspólnie i czerpać z tego dumę, jako obywatele Anglii Nowego Porządku — pani Vanity nie mogła powstrzymać się od myśli, że oddanie różdżki równać się będzie z chwilową bezbronnością.
Po piekle zgotowanym przez męża nie lubiła być bezbronna.
Mimo to, gdy dostali się wreszcie na drugie piętro, gdy stukot zimowych botek na średnim obcasie wypełnił przestrzeń korytarza, nerwowość Valerie zniknęła w całości. Pamiętała, dla kogo to robiła i czemu się tu znalazła. Jeszcze przed przekroczeniem drzwi, za którymi rezydowała komisja, posłała swemu bratu uspokajające spojrzenie i subtelny uśmiech. Nie mogła sobie pozwolić na więcej; chciała tylko, by wiedział, że nie była zupełnie bezbronna. W obliczu braku różdżki pozostawały jej jeszcze sztuczki zupełnie kobiece, choć nie miała przecież nic do ukrycia. Wierzyła w zapewnienia swych krewnych, że urzędnicy nie będą zamęczać jej niepotrzebnymi pytaniami, a rejestracja to wyłącznie formalność.
Zdawało się, że mieli rację. Możliwe, że to wdowi sposób prezencji sprawił, że w istocie nie zadawano jej niepotrzebnych pytań. Z przyjemnością i spokojem odpowiadała na wszystko, co interesowało urzędników. Nie miała przecież czego ukrywać, strach od niemal pół roku bladł, nie przybierał już kształtu ciężkiej postury zmarłego męża.
Po dopełnieniu formalności dołączyła do oczekującego na nią brata. Ponownie skorzystała z zaoferowanego ramienia, po czym oboje opuścili budynek ministerstwa.

| z/t


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]06.01.22 13:49
04.01.

Bez względu na to czy wierzył konieczność, czy nie – i on przybył zarejestrować swoją różdżkę, korzystając z wizyty w Londynie, będącej zawodową wycieczką ku tamtejszej filharmonii, w której dzisiejszego wieczora przewodniczyć miał koncertowi. Tak więc nie, nie udał się do Ministerstwa Magii z przyjemności, a raczej z przykrego obowiązku który odkładał sobie, znając dobrze samego siebie – kolejki i czekanie były czymś, co wprawiało Septimusa w niepotrzebny stres i nienaturalne rozdrażnienie. Pomimo jednak tego, że nie przepadał za biurokracją, będąc życiowym przeciwieństwem typowego, żołnierskiego poukładania – starał się unikać jakichkolwiek problemów, a być może, kiedy tylko pojawi się tam – spróbować wykorzystać swoje nienaganne, szlifowane latami maniery i swój uśmiech, który w przekonaniu Vanity mógł zagwarantować mu wciśnięcie się w kolejce przed kogoś poznającego jego twarz. Przecież nie było to wcale niemożliwe – kojarzył szychy po tej stronie barykady, umiał układać się z urzędnikami, nawet czasami bez użycia specjalnych sztuczek, wykorzystujących jego artystyczny autorytet. Czasami faktycznie wystarczyło być tym ładnym, poukładanym i milczącym, by nie prowokować niewygodnych pytań. Septimus z wiekiem stawał się w tym tylko lepszy.
On ubrany tak, jak zawsze na potrzeby koncertów, nazbyt elegancko jak na samą rejestrację różdżki. Pora popołudniowa, dwie godziny do próby generalnej, a kolejka nie malała. Potrzeba było mu szczęścia i rzucenia się w oczy, co na szczęście tym razem przyszło do niego samoistnie. Okazał się, że ktoś go rozpoznał. Starsza paniusia, częsta bywalczyni murów lokalnej filharmonii posłała Septimusowi spojrzenie i kiwnięcie dłonią. Wcisnęła go w kolejkę przed sobą samą i narzekając na bolące nogi powiedziała, że pozwoli mu zostać tutaj, jeżeli sama będzie mogła przysiąść na fotelu chociaż na chwilę, tam - pod ścianą, a gdy przyjdzie jego kolej – załatwić sprawę przed nim. Vanity gotów na tego typu dżentelmeńska przysługę, zgodził się na układ i nawet oburzył się, że młode pokolenie nie zdecydowało się o ustąpieniu miejsca komuś w sile wieku. Przypodobał się, co za tym szło, mógł uspokoić poirytowane wizją wydłużonego oczekiwania nerwy. Teraz nie musiał już czekać tak długo.
Oddanie różdżki w cudze ręce nie sprawiło mu problemu – czasy w których bezwzględnie polegać musiał na magii minęły już, ustępując miejsca batucie.
Nie napotkał wobec siebie urzędniczych uśmiechów – tacy jak oni bowiem, trybiki w machinie władzy, nie uśmiechali się pewnie nawet nad radością własnych dzieci. Milczenie jednak w przypadku tym okazać się miało wystarczająco przyjemna reakcją – wszystkie rubryki uzupełnił w końcu poprawnie, nawet pomimo swojego wrodzonego rozkojarzenia, a po kilku chwilach, różdżka wróciła w jego ręce. Uprzejme podziękowanie i zauważenie oczekującej na niego z boku staruszki było ostatnim co mogły oglądać mury Ministerstwa. Zapytała czy dyrygować będzie też dzisiaj, a on odpowiedział zgodnie z prawdą. Podobno bruk o tej porze roku był śliski, a ona i tak szła w tą sama stronę.
Zaproponowanie odprowadzenia jej było nie tyle co wyrazem wdzięczności, co wręcz wymuszoną przez jej słowa reakcją. Proponując ramię swojej dzisiejszej dobrodziejce, obydwoje opuścili gmach, by udać się w kierunku Filharmonii.

zt.


Dear,

I never want to fall asleep, within our dreams the weight we saw. Not all the answers are the same, yet we still play thе game
Septimus Vanity
Zawód : Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wiek : 43 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Masseduction
I can't turn off what turns me on
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 Without dreams of hope and pride a man will die
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10925-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/t10951-looney https://www.morsmordre.net/t10952-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/f409-shropshire-caynham-dom-rodziny-vanity https://www.morsmordre.net/t10950-skrytka-bankowa-2384 https://www.morsmordre.net/t10953-septimus-vanity
Re: Kwatera główna aurorów [odnośnik]07.01.22 21:27
04 stycznia '58

Wygospodarowanie wolnej chwili na obowiązkowe stawiennictwo przed komisją rejestrującą różdżki odkładała w czasie z niemożebną wręcz determinacją, nie tyle niechętna wobec spełnienia obywatelskiej powinności, co prozaicznie przesadnie przytłoczona zawodowymi obowiązkami - tymi, które najczęściej nadprogramowo wyznaczała sobie samodzielnie. W szufladzie biurka sygnowanego jej tożsamością spoczywały od dawien dawna wypełnione naręcza dokumentów potwierdzających pochodzenie oraz czystość krwi, deklaracje, że słowa w rubrykach istotnie były zgodne ze stanem faktycznym, jednak gdy echo kroków rezonowało w pociemniałych korytarzach Ministerstwa zbyt późną wieczorową porą, tą, gdy Amelia zazwyczaj udawała się do domu i na cokolwiek miała odrobinę czasu, na zejście do byłej kwatery głównej aurorów zwykle było już zbyt późno. Zewsząd towarzyszyła cisza, przerywana miarowym stukotem obcasów niewysokich czółenek; przez żyły przetaczało się gorejące poczucie samotności, nie tyle na obczyźnie, jaką zaczęła skądinąd traktować jak dom, co i w życiu, choć wszelka świadomość pleniła z niej absurd podobnych myśli żarliwie, jak żarliwie ogień trawić mógł miałkie drewno.
Tego dnia Merlin okazał się jednak łaskawy - a może to ponaglenie znajomego, dobiegające zza kotary mglistego gorąca parującego znad filiżanki z kawą, wreszcie nakazało jej nie odwlekać nieuniknionego, na dźwięk krótkiego, treściwego komunikatu. Jeśli nie przyjdziesz dzisiaj, będziesz mieć kłopoty, tak słyszałem. Nie pomogło więc nawet pełne żałości spojrzenie skierowane na stos piętrzących się nieopodal raportów, nie pomogło dzierżone w dłoni pióro błagające w metafizycznej melodii, by nie opuszczała go ani na krok, dziś musiała ulec. Polec, nawet jeśli w rzeczywistości nie było to żadną walką. Eberhart ze świstem głębokiego wydechu odłożyła na bok ówczesne zadanie i sięgnęła do skarbca drewnianej szuflady, z jego oków wyswobodziwszy plik dokumentacji, po czym podniosła się z krzesła i znowuż nie tak dziarskim krokiem ruszyła w stronę przestronnych wind, by jedna z nich zabrała ją w kierunku nużących, marnotrawiących czas kolejek. Co do jednego mogła być pewna - zatrudnienie w ministerialnych szeregach fortunnie gwarantowało jej przyspieszoną procedurę przymusowej socjalizacji z londyńską społecznością nadciągającą tu w patriotycznej posłudze, z londyńską społecznością i z... Septimusem? W lapidarności ostatniej chwili, nim ten jeszcze obrócił się, by odeskortować starszą kobietę - swoją matkę? nie, chyba nie - z komisyjnego pomieszczenia, niczym głupiutka nastolatka wycofała się fertycznie, wpadająca do pokoju obok, z krwią ściągniętą z policzków i przedziwnie dzikim spojrzeniem. Jeszcze tego brakowało, by postanowił raz jeszcze oświadczyć się na korytarzach Ministerstwa; Amelia wyłoniła się więc dopiero gdy mężczyzna zniknął z pobliskiego horyzontu, a potem z pełnym ulgi - na pewno? - wydechem ruszyła w stronę okienek legitymując się odpowiednią przepustką, zirytowana niezapowiedzianym rendez vous na tyle, by już do wieczora absurdalnie błądzić myślami.
Do diabła z kolejkami. W Berlinie nigdy nie było kolejek.
Oczywiście, Amelio, że były.

zt


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288

Strona 9 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Kwatera główna aurorów
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach