Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Legowisko Umhry

Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Legowisko Umhry Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime16.09.20 20:26

Legowisko Umhry

Legowisko Umhry - rzecznego trolla raczej małych jak na tę rasę rozmiarów - mieści się w pomieszczeniu odchodzącym tuż od wejścia, za dwuskrzydłowymi, sztucznie poszerzonymi drzwiami; dnie najczęściej spędza na sienniku usypanym dla niego wewnątrz, lekkim snem czuwając jednak nad bezpieczeństwem lecznicy. Od samego pomieszczenia ciągnie się korytarz w dół, do piwnic, który Umhra wykopał sobie sam. Stąd - ciągnie się jednie pochyłą ziemią i wydaje się nieszczególnie stabilny. Na dnie leżą kości, pozostałości po posiłkach. Porozstawiane wzdłuż ścian kadzidła usilnie próbując zamaskować nieprzyjemny zapach - latem mniej, zimą bardziej skutecznie.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime17.09.20 10:18

cassandra & jayden30 sierpnia
Hep! Następny zryw w okolicach żołądka szarpnął profesorem, wyrywając go z kolejnej już rozmowy i odbierając mu możliwość jakiejkolwiek reakcji, obrony czy próby zapobiegnięcia trwającemu chaosowi. Chyba nie było skutecznego sposobu na to, by niezapowiedziana podróż się zakończyła, zanim doszłoby do jakiejś tragedii. Chwilę wcześniej przecież o mało co nie został rozjechany przez samego Błędnego Rycerza i jedynie refleks kierowcy zdołał go ocalić przed bolesnym wypadkiem. A gdy już czarodziej znalazł się w bezpiecznym wnętrzu szalonego autobusu, czknięcie wyrwało go i cisnęło w nieznane mu miejsce. Jayden liczył, że następny cel chaotycznego skakania będzie jego ostatnim i być może właśnie aktualne przeniesienie miało się tym cechować, jednak zamiast trafić na brzeg morza, do Błędnego Rycerza czy chociażby na ścieżkę w lesie, profesora porwała i otoczyła ciemność. Zanim jednak w ogóle dostrzegł brak oświetlenia, poczuł silne uderzenie po lewej stronie ciała, gdy upadł na coś twardego. Zgłuszony jęk wydobył się z zaciśniętego gardła mężczyzny, ale jeszcze trochę trwało, nim mógł normalnie oddychać. Vane czuł, jakby coś zablokowało mu możliwość łapania powietrza, ale nie było to nowe doświadczenie. Już nie raz, gdy spadał z wysokości jako dziecko, doświadczał tego w identyczny sposób. Nie oznaczało to jednak, że czas jakkolwiek zmienił postrzeganie ów nieprzyjemności...
Wpierw astronom musiał poradzić sobie z oddychaniem, a dopiero później dotarły do niego inne bodźce. Jak chociażby palenie na policzku, który stykał się z czymś chłodnym i lepiącym się... Jayden podejrzewał, że był to długo niesprzątany bród. Do tego wszystkiego było ciemno. Ciemno, brudno i cuchnęło czymś, czego Vane nie potrafił zidentyfikować. I zdecydowanie nie był na zewnątrz, ale wyrzuciło go do zamkniętego pomieszczenia? Groty? A może piwnicy? Na szczęście wciąż czuł drewno różdżki w tylnej kieszeni spodni - próbował dłonią sprawdzić, czy się nie połamała przy upadku, ale na szczęście drwo jabłoni nie ugięło się ani nawet nie zarysowało. Nie miał pojęcia, która była dokładnie godzina, bo nawet jeśli wcześniej spytałby kogoś podczas swoich dzikich wojaży, w następnym momencie mógł być gdziekolwiek indziej, zatracając poczucie czasu. Wiedział tylko, że podczas pakowania swoich rzeczy w Wieży Astronomicznej, trwało późne popołudnie. Każdy kolejny teleportacyjny przeskok chronologicznie przesuwał wskazówki zegara, ale ile minęło od tamtej chwili, nie potrafił powiedzieć. Czy był już środek nocy, czy była dopiero dziesiąta wieczorem? To było jednak nieważne, bo istotniejsze dla czarodzieja było znalezienie drogi wyjścia z tego zatęchłego... Czegoś. Trzymając w palcach prawej dłoni różdżkę, Vane wymacał lewą ścianę. A więc pomieszczenie... Niewerbalne zaklęcie uderzyło go po oczach, na chwilę oślepiając, ale równocześnie dodając otuchy w ciemnościach. Co to było za miejsce? Gdzie go porwała ta cholerna teleportacja? Jeszcze nie spotkał się z tak silnymi objawami czkawki, ale słyszał o czarodziejach, których ona dopadała. Mówili, że po prostu musieli poczekać, aż się ona zakończy. Świetnie... Ale jaka była z tego rada? Miał nadzieję, że wkrótce miał znaleźć się gdzieś, gdzie mógł czuć się bardziej pewnie. I chociaż wciąż trwał sierpień, profesora przeszył chłód przewiewu bijącego z ciemności. Powiew dostał się pod materiał koszuli, wywołując na skórze mężczyzny gęsią skórkę. Ile by oddał, żeby mieć przy sobie chociażby marynarkę, która odrobinę rozgrzałaby jego boleśnie wychłodzone ciało... I odpędziła od niego to nieprzyjemne uczucie.
Idąc wzdłuż ściany, astronom starał się ignorować chłód, niepewność, spięcie. Musiał znaleźć wyjście bez względu na wszystko, dlatego gdy okazało się, że przystanął przed drzwiami, odetchnął z ulgą. Na dosłownie chwilę. Bo w tym samym momencie Jayowi zdawało się, że nie był w tej nicości sam... Obrócił się powoli, przylegając plecami do podwójnych drzwi, jakby miały stanowić dla niego podporę. Coś poruszyło się w ciemnościach czy była to jedynie jego wyobraźnia?





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
Cassandra Vablatsky

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Kruk źrenice swe ogniste utkwił we mnie, jak szachista, gdy szyderczo syczy:
s z a c h
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 26
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10/60
SPRAWNOŚĆ : 5/5
Genetyka : Jasnowidz

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime27.09.20 14:45

Jeśli przeszło mu przez myśl choć na chwilę, że to tylko wyobraźnia mogła płatać mu figle, prędko mógł się przekonać, jak bardzo się mylił: choć przez rozciągające się ciemności trudno było dostrzec cokolwiek, z wnętrza przedziwnej pieczary wydobył się pomruk przechodzący w warkot; takiego warkotu nie mógł z siebie wydać zwykły pies. Unoszący się w tym miejscu zapach przybrał na intensywności, a ukryte w cieniu stworzenie zaczęło stawiać kroki przed siebie - ich ciężkość była wyczuwalna pod stopami i doskonale słyszalna. Istota musiała być bardzo duża i bardzo ciężka, choć po odgłosach kroków mogła też sprawiać wrażenie... niezgrabnej. Głośne mlaśnięcie uprzedziło drugi warkot, stworzenie musiało być już blisko.
W czasie, gdy nieproszony gość wdarł się do lecznicy, Cassandra poczyniała wieczorne porządki; dojrzała pacjentów przed zbliżającą się nocą, upewniła się, że jej mikstury i eliksiry były dostatecznie zabezpieczone, nabrała pewności, że chorzy niczego nie potrzebowali, uprzątnęła brud nagromadzony w ciągu dnia - zarówno rozlane medykamenty, jak i krew, której nie była zdolna domyć od razu - w końcu upewniając się, że w jej kuchni leżały tylko czyste naczynia, które należało pochować do szafek; resztki jedzenia z całego dnia, zarówno własnego, jak i tego sporządzanego dla pacjentów, mieszała razem w glinianej misie i zanosiła Umhrze - trollińska wszystkożerność miewała doprawdy ogromne zalety. Jej twarz, jak zawsze ostatnimi czasy, zdradzała drastyczne oznaki zmęczenia, włosy przewieszone miała przez ramię w grubym warkoczu, a ubrana była w prostą, długą czarną sukienkę z ramionami przykrytymi fioletową chustą - odczuwalny był już wieczorny chłód. Zbliżywszy się do legowiska trolla, pchnęła drzwi, wpuszczając do środka nieco światła... i wypuszczając nieproszonego gościa, z jej ust wydobył się krzyk - krzyk wystraszonej kobiety, zaskoczonej obecnością intruza w jej własnym domu; gliniana misa wypadła jej z rąk, przetoczyła się wzdłuż jamy i zatrzymała się tuż przed istotą, którą Jayden wcześniej mógł wyczuwać. Istotę o nieproporcjonalnie krótkich nogach, szarawej fioletowej skórze, z której gdzieniegdzie wychodziły rzadkie, długie czarne włosy, o wielkich mocno umięśnionych łapach zwieńczonych stalowymi pazurami, o brzydkim pysku, z którego wystawały przydługie kły, lekko unosząc w górę górną wargę. Czarne świńskie oczy spoglądały na intruza nieprzychylnie - i najwyraźniej troll gotów był strzec swoją panią. Każdym sposobem. Jego pomruk wydobył się ponownie - tym razem znacznie groźniejszym i donośniejszym warkotem. Cassandra nie usłyszała go wcześniej.
Twarzy mężczyzny nie rozpoznała, skryta w cieniu pozostawała obca, a w zaskoczeniu ni myślała szukać u niego sojuszu. Wdarł się - w jakis sposób - do jej lecznicy i, co gorsza, najwyraźniej zamierzał się tutaj ukryć. Kim był? Czego chciał?
- Ostrzegam cię - ani kroku dalej...  - zapowiedziała surowo, cedząc każdą głoskę bez miara równie bezkompromisowo jak wówczas, gdy zażądała od córki pochłonięcia całej zupy. Jej dłoń zwinnie, szybko, odnalazła w połach spódnicy różdżkę, którą wymierzyła w kierunku mężczyzny. Ni słowem nie zatrzymała trolla, który zbliżał się do nich powoli, czekając na znak.






bo ty jesteś
prządką

Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime02.10.20 13:13

Czasami lepiej było być pozbawionym wyobraźni. Jaydenowi nigdy jej nie brakowało i traktował to jako zaletę, jednak teraz żałował tego, co podsyłała mu do mózgu podświadomość. Początkowy szok spowodowany nowym miejscem, nieznanymi fakturami oraz zimnem powoli przechodził, ale zostawiał miejsce dla wybijających się ponad wszystko zmysłów. Jednak pierwsze, co uderzyło w profesora, nie było związane z żadnym gwałtownym ruchem - to powiew, który buchnął w twarz mężczyzny, odebrał mu dech. Mocny, śmierdzący i okrutnie drażniący nie tylko gardło, lecz również i oczy, w których pojawiły się łzy. Jay wiedział, że te zaszły mu mgłą, ale i tak nic to nie zmieniało - pomimo zaklęcia jaśniejącego na końcu różdżki, czerń tego miejsca tłumiła nikły blask jakby wbrew logice działania magii. Początkowo astronomowi przeszło przez głowę, że może trafił do jaskini smoka, ale szybko się tej myśli pozbył. Nie znał się na magicznych stworzeniach zbyt dobrze, ale umiał rozpoznać zapach siarki a miejsce, do którego trafił, wcale nią nie pachniało. Zresztą w jego plecy wbijała się klamka od drzwi, a nikt racze nie mógłby trzymać w piwnicy smoka... Prawda? Pomimo ciemności ziejących z zakamarków odgłosy, pomruki, skrzypnięcia i zgrzyty dochodziły do niego coraz wyraźniej, klarując się na przeróżne melodie. Otarcie grubej skóry o ziemię, chrzęsty piachu przy poruszeniu się, stłumione, ale równocześnie wyraźnie słyszalne tąpnięcia ciężkich kroków... To, co kryła ciemność, zbliżało się, a Jayden nie tylko mógł to usłyszeć, ale również wyczuć. Jego stopy wszak drżały przy każdym nierytmicznym uderzeniu. Czy to... Stworzenie było ranne? Niezgrabne? Może i obudziłoby to w nim ciekawość, gdyby nie rosnące poczucie niepokoju przeradzającego się w przerażenie. I chociaż lęk stawał się coraz większy, Vane nie zapomniał o rozsądku. Starał się uspokoić, lecz wiedział, że teleportacja w takim stanie, zapewne zakończyłaby się dla niego koszmarnie, a ryzyko było zbyt duże. Zawsze mógł spróbować się obronić. Jak szło to zaklęcie, którego uczył go Kai podczas ich wyprawy? Conjunctivitis? Tak. To było to! Astronom pamiętał też akcent i ruch dłoni, który należało wykonać. Wtedy istniało zagrożenie spotkania z trollami. Czy teraz też miał...
W ułamku sekundy wydarzyło się parę rzeczy na raz. Nawet nie wiedział, kiedy drzwi za jego plecami otworzyły się, światło wpadające z zewnątrz oślepiło Jaya na chwilę, stracił równowagę, a stworzenie wyłoniło się z ciemności i było tak blisko, że z łatwością dało się wyczuć ciepło jego tchu na skórze. Do tego czyjś krzyk, upadające naczynie, aż w końcu słowa, które dopiero po czasie dotarły do świadomości czarodzieja w jakiejś całości. - Nie! Nie! - rzucił, trzymając różdżkę w górze na znak poddaństwa. Wciąż nie widział za dobrze - mgła od załzawionych oczu i nowe źródło światła sprawiały, że praktycznie poruszał się po omacku. Kierował jednak twarz tam, gdzie - jak przypuszczał - znajdowała się ludzka sylwetka. - To... Czkawka - wyrzucił z siebie, powstrzymując się od kolejnego zerknięcia przez ramię. Które i tak nic mu nie dawało, bo wciąż oślepiony nie mógł zobaczyć stwora za jego plecami. Ale wyczuwał go, słyszał i wiedział, że się zbliżał. Serce waliło w piersi profesora, bo wszystko zależało do tego, czy kobieta miała w ogóle mu uwierzyć, czy zostawić na pastwę właściciela tej... Tej... Myślenie w takich warunkach było trudniejsze, niż można było przypuszczać. Jayden jednak skupił się ponownie na jedynej osobie, która mogła go jeszcze wyratować. - Ja... Nawet nie wiem, gdzie jestem. Proszę! - rzucił, nie mając pojęcia, co powinien był powiedzieć. W końcu nie miał bladego pojęcia, co się działo. Jak więc miał się wytłumaczyć? Ze znalezienia się razem z potworem w szafie? I to czyjejś prywatnej szafie...





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
Cassandra Vablatsky

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Kruk źrenice swe ogniste utkwił we mnie, jak szachista, gdy szyderczo syczy:
s z a c h
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 26
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10/60
SPRAWNOŚĆ : 5/5
Genetyka : Jasnowidz

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime05.10.20 1:24

Kiedy światło padło wreszcie na twarz tajemniczego mężczyzny, Cassandra spodziewałaby się po nim chyba wszystkiego - od dziecka, które sądziło, że było sprytniejsze niz było, ale zgubiło drogę, przez drobnych cwaniaczków, po włamywaczy, którzy jeszcze nie do końca zdawali sobie sprawę z sytuacji, w której się znajdowali. Nie spodziewała się jednak dostrzec podobnego widoku, czarodzieja zdecydowanie nie nastawionego agresywnie i zdecydowanie żałującego swoich win, jakiekolwiek by nie były. Gdyby czytała więcej gazet, być może rozpoznałaby w nim twarz nauczyciela, ale ich nie czytała i nieszczególnie interesowała się aktualnościami ze świata. Widziała przed sobą tylko człowieka, który najprawdopodobniej znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, za sprawą... czego? Czy mógł mówić prawdę, czy mogła go tutaj rzucić teleportacyjna czkawka? Gdyby kłamał i wdarł się pod jej dach z premedytacją, wiedziałby pewnie, że jako uzdrowicielka będzie w stanie poddać jego słowa medycznej weryfikacji. Zatem, istniało spore prawdopodobieństwo, że rzeczywiście mówił prawdę.
- Umhra - rzuciła w ciemność - ashtanmar shrakacuku shrakuakum ashtazag guocusemar - Odsuń się, ale pozostań czujny, trollińskie głoski nie układały się w jej ustach płynnie, ich wymowa przychodziła jej z trudem, ale zapamiętała kilka najważniejszych komend, które pozwalały jej skutecznie komunikować się z Umhrą. Odpowiedział jej niezadowolony pomruk, bo stworzenie było już głodne. Resztki z jedzenia leżały w jego pobliżu, rozsypane w pierwszym szoku. Przez chwilę jeszcze się wahała, pozwalając sobie na stagnację, kiedy intruz, pewnie zbyt przerażony przedziwną sytuacją, nie był w stanie zareagować. Ostatecznie uznała, że woli zaryzykować, niż mieć na sumieniu życie niewinnego człowieka. Troll wycofał się wgłąb ciemności, zabierając ze sobą misę.
- Jak się nazywasz? - zwróciła się do mężczyzny, nie ruszając się z drzwi ani nie opuszczając różdżki. Rozmowa z tej pozycji wydawała jej się dość bezpieczna, by móc się upewnić co do jego zamiarów. - Kim jesteś? - Jeśli rzeczywiście znalazł się tu przypadkiem, te pytania miały być pozbawione znaczenia. Nie sądziła, by jego personalia powiedziały Cassandrze cokolwiek. - Przywiodła cię tu czkawka teleportacyjna? - Ściągnęła brew, przyglądając się mu nieco krytycznie. Tak naprawdę nie sprawiał wrażenia człowieka, który bezkarnie napadałby samotne kobiety, ale pozory potrafiły mylić. W tym przypadku - miała wrażenie, że widzi w nim coś... znajomego. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, co konkretnie, więc przyglądała się jego twarzy długo i uważnie. - Trafiłeś na Aleję Śmiertelnego Nokturnu - wyjaśniła, uważnie obserwując jego twarz w tym momencie. Spodziewała się zaskoczenia. - Ale miałeś dużo szczęścia, skoro wszystkich ulic trafiłeś akurat pod moją strzechę. Być może będę w stanie pomóc ci się z tym uporać. - Uniosła lekko jedną brew, zastanawiając się, czy miała w lecznicy odpowiedni lek. Powinien gdzieś leżeć, w przypadku podobnej przypadłości zawsze starała się trzymać jego zapas. Zwykle nie miała dużo czasu, aby go podać: albo raczej, pacjent nie miał zbyt dużo czasu dla niej, lada moment przenosząc się w zupełnie inne miejsce.






bo ty jesteś
prządką

Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime07.10.20 16:51

Jeśli ona nie spodziewała się zobaczyć kogoś takiego jak on, to Jayden nie spodziewał się stanąć przed osobą. Jakąkolwiek. Jeszcze moment wcześniej wszak sądził, że wpadł do odizolowanej od wszystkiego pieczary i szybciej spotka się ze smokiem niż z człowiekiem. Klejąca od brudu ziemia, chłód oraz czerń atakowały profesora z każdej strony tworząc w jego wyobraźni miejsce na krańcu świata - zapomniane, dawno opuszczone i przywłaszczone przez istotę kryjącą się w podziemiach. Dlatego wpierw wyczuwalna klamka wbijająca się w jego plecy, a następnie ona były niczym wybawienie. Ślady cywilizacji i ratunku ucieleśniające się w przedmiocie i kobiecie. Zaskoczyli się więc oboje, bo gdy oczy profesora dostosowały się już do jasności, której nie pożerała wszechogarniająca ciemność, dostrzegł wyraźnie zarysowaną sylwetkę czarownicy oraz jej wyciągniętą ku niemu różdżkę. Była wysoka i szczupła. Widział tylko kawałki jej szaty i oczy. Duże, sarnie wyróżniały się na jasnej, niemal bladej twarzy, ale Jayden musiał odwrócić wzrok w momencie, gdy coś brąchnęło tuż za nim. Przez dziwny surrealizm tej sytuacji całkowicie oderwał się od faktu obecności trolla, jednak odgłosy i chrząknięcia wydobywające się z ust kobiety kazały wrócić mu na ziemię. Gdy najwyraźniej dawała polecenia istocie, Vane patrzył na nią przez chwilę w dziwnej fascynacji, by zaraz zarejestrować wycofywanie się podopiecznego. On sam starał się nie robić żadnych gwałtownych ruchów z uwagi na czarownicę i wciąż obecnego trolla za swoimi plecami. Mimo że zaczął znikać mu z pola widzenia, nie oznaczało to wcale, że nie mógł wrócić, jeśli tylko wyczułby zagrożenie płynące od nieznajomego. Kai miał rację - może i wyglądały na głupie, ale były pojętniejsze, niż mogło się wydawać. Zaraz jednak jego myśli zostały przerwane przez kolejny ostry ton, który zwracał się wprost do niego, a nieufność znów skondensowała napięcie wokół. - Jay. Jayden znaczy - odparł bez specjalnych oporów. Zresztą... Czemu miałby? Zresztą to wciąż ona dyktowała warunki, a Vane wolał nie mieć w niej wroga. Może bardziej... Neutralnego sojusznika? Kim jesteś? Co miał jej odpowiedzieć? Jestem nauczycielem, pracuję w Hogwarcie. Muszę wrócić do dzieci. Czy to by ją usatysfakcjonowało, czy ośmieszyło jego jeszcze bardziej? - Chciałem wrócić do domu, ale... - urwał, bo z trollem za plecami jednak wciąż ciężko było czuć i myśleć w miarę swobodnie. Nawet jeśli tamten schowany był w ciemnościach. Sama myśl o tym, sprawiła, że myśli Jaydena pogalopowały w konkretnym kierunku. Gdyby astronom był w innej sytuacji, zapewne zaśmiałby się, bo przecież nawet troll był mądrzejszy od wszystkich tych, którzy walczyli. Ukrywał się poza zasięgiem wzroku i nie wychodził, gdy nie musiał. A mimo to napawał lękiem... Zaraz jednak znów słowa kobiety przywołały go do porządku. - Nokturn? - Nokturn. Nigdy nie był na Nokturnie to jakim cudem przeniosło go właśnie tutaj... Dlaczego czkawka zaciągnęła profesora w odizolowaną od reszty Londynu dzielnicę? A ona? Stojąca przed nim czarownica nie obawiała się tego miejsca? Trolla schowanego w szafie? Zaraz też zganił się za te myśli, bo przecież jeśli mieszkańcy Ulicy Śmiertelnego Nokturnu byli chociaż odrobinę podobni do czarownicy stojącej przed nim, byli niesprawiedliwie oceniani. Byli? Być może będę w stanie pomóc ci się z tym uporać. - Jesteś uzdrowicielką? - Nie musiała odpowiadać, ale mogła usłyszeć w jego głosie coś, co przypominało... Wspomnienia. Nie było dokładnie słowa, które opisywało zmianę w tonie astronoma, ale przestał być tak bojaźliwy jak wcześniej. W końcu jego ojciec był medykiem i zawsze miał szacunek wobec tego zawodu. Nawet jeśli część z posiadających uprawnienia nie wykonywała ich z poczucia odpowiedzialności za innych... Czy właśnie z tego powodu Jayden ośmielił się przyjrzeć dokładniej twarzy nieznajomej? Miała w sobie coś, co przypominało błogi, dawno zapomniany sen, a jednak nie mogła być częścią jego rzeczywistości. Nigdy wcześniej nie zagubił się po drodze na Pokatną ani nie trafił pod opiekę uzdrowicielki innej niż Roselyn. - Przepraszam, ale... Znam cię skądś? Wydaje mi się, że znam - powiedział cicho, zdając sobie sprawę, że jego proces myślowy odżył, chcąc ją przyporządkować do odpowiedniej sytuacji, odpowiedniego imienia czy chociażby odpowiedniego obrazu. Błądził w nieskończonej pętli, nie mogąc przestać. Na pewno znam, mówiła mu podświadomość i dziwnie prędzej uderzające w klatce piersiowej serce.





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
Cassandra Vablatsky

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Kruk źrenice swe ogniste utkwił we mnie, jak szachista, gdy szyderczo syczy:
s z a c h
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 26
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10/60
SPRAWNOŚĆ : 5/5
Genetyka : Jasnowidz

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime08.10.20 2:29

Im dłużej przyglądała się jego twarzy... tym wyraźniej mogła to dostrzec, znajome rysy, oczywiste podobieństwo, wiedziała, że spotkali się już wcześniej, choć nie mogła sobie przypomnieć, gdzie. Nie tylko nie wydawał się nietutejszy, nie był tutejszy, o czym świadczyły jego zaskoczone słowa, kraina Nokturnu była dla niego obca, nieznana, inna, zaskoczneie na jego twarzy wypisało się wystarczająco wyraźnie, by nie mieć w tym względzie żadnych wątpliwości. Ale wcześniej - wcześniej zdążył się przedstawić i dopiero jego imię rozjaśniło mroki pamięci wiedźmy, na krótką chwilę malując na jej twarzy bardzo plastyczny wyraz zaskoczenia. Jayden Vane był wybitnym profesorem astronomii, który dość... zaskakującym zrządzeniem losu ofiarował jej prywatną lekcję tego przedmiotu. Sam psikus Kupidynka wspominała z mieszaniną zażenowania i żałości, ale spotkanie, do którego to doprowadziło pozwoliło jej... rozszerzyć swoje horyzonty.
- Profesor Jayden Vane - wypowiedziała zatem w końcu na głos, zupełnie tracąc zainteresowanie istotą, która zniknęła w ciemnościach. Kiedy wypowiedział imię, potrafiła dopasować je do twarzy i nazwiska, czując się nieco głupio, że nie zrobiła tego wcześniej. Jednocześnie nie miała mu za złe, że nie pamiętał tamtego spotkania - nie miała sobą do zaoferowania równie rozległej wiedzy, co on. Mężczyźni z reguły nie budzili u Cassandry zaufania, ale Jayden już na pierwszy rzut oka pozbawiony był tej irytującej pozy, potrafiła zresztą obdarzyć szacunkiem wybitny umysł - a jego z całą pewnością do takich należał. Przedziwne zrządzenie losu, że ten zupełnym przypadkiem postawił im sobie na drodze już nie pierwszy raz. Pchnęła drzwi mocniej, rozpościerając oba skrzydła i uwalniając drogę wyjścia z tej mrocznej pieczary. - Proszę wyjść, to mój troll, Umhra. Ma... baczenie na to miejsce, domyślasz pewnie, że nietrudno tu trafić na bandytów. Tak jak trudno jest w kimkolwiek położyć większe zaufanie - I z pewnością nie uczyniłaby tego tak łatwo względem człowieka znalezionego we własnej piwnicy, ale jego  - zdążyła przecież poznać i zapamiętała go jako człowieka, który sprawiał wrażenie takiego, który nie skrzywdziłby nawet muchy. - Tak, trafiłeś do mojej lecznicy - mówiła dalej, zostawiając drzwi pieczary otwarte; nigdy nie zamykała trolla na noc. Miał być dobrze widoczny. Miał odstraszać. - Cassandra - zdradziła i swoje imię, rzadko sięgała po nazwisko, ale nie pamiętała, w jaki sposób przedstawiła się tamtego dnia. - Cassandra Vablatsky. - wypowiedziała je zatem raz jeszcze, tym razem w pełni. - Spotkaliśmy się  - zawahała się, czy pamiętała, kiedy to było dokladnie? W zeszłym roku? Półtorej roku temu? Przy Calchasie czas mijał jej zbyt szybko, choć była niemal pewna, że wtedy jeszcze nie była nawet brzemienna - kilka miesięcy temu w okolicach magicznego portu, kiedy te ulice... były jeszcze odpowiednie na spacery - w jej głos wkradła się pewna monotonia. I tak nie miała czasu opuszczać lecznicę, rzadko wyściubiała nos poza tę aleję. - Odbyliśmy pogawędkę o... ciałach niebieskich - przypomniała, bo głównie dlatego to zapamiętała - profesor pomógł jej zrozumieć sprawy, z którymi wcześniej - sama - miała trudności. Dyplomatycznie pominęła szczeniackie zaloty otumanionego magią umysłu, o której pisano później w gazetach - była pewna, że to Kupidynek odpowiadał za jej odurzenie. Nie była już podlotkiem, żeby zakochiwać się w ten sposób, choć nie mogła odmówić temu spotkaniu pewnej dozy... niezręczności. - Chodź ze mną, poszukam dla ciebie lekarstwa - rzuciła, prowadząc mężczyznę przez korytarz do pomieszczenia kuchennego, gestem wskazując na pobliski stół, otoczony krzesłami niewątpliwie stanowił wygodniejsze miejsce od legowiska trolla. - Przygotować ci coś? Herbatę? Jak długo już tak... skaczesz? - Czkasz, jakkolwiek to nazwać; miał prawo zdążyć się zmęczyć.






bo ty jesteś
prządką

Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime08.10.20 10:29

Podczas gdy dla niej stawał się coraz bardziej znajomy, dla Jaydena ona również nabierała wyraźniejszych kształtów z przeszłości. Starał się ukryć te urwane spojrzenia posyłane w jej stronę, ale ciężko było się powstrzymać, gdy umysł tak poważnie pracował nad wydobyciem konkretniejszych wspomnień. Zapętlał się wobec tej jednej rzeczy i nie mógł ruszyć dalej, nie mógł zaznać spokoju, jeśli nie znalazł odpowiedzi. Dlatego też badał wzrokiem czarne włosy, które lśniły niemalże fioletem w słabym świetle domowych świec. Obserwował dalej twarz, której kształt i rysy przypominały o ostrych krawędziach dawnych rzeźb. Wydawało się, jakby kobieta stojąca przed nim stworzona była z marmuru. A przy akompaniamencie przygaszonych świateł i słabych poświat dochodzących z różnych stron domu to wrażenie się jedynie potęgowało. Gdy wypowiedziała jego pełne imię i nazwisko, w mimice mężczyzny pojawiło się ponowne zaskoczenie, lecz odmienne od tego, które przejawiło się w momencie wspominania Nokturnu. Na twarzy profesora wykwitło coś zmieszanego zarówno ze zmieszaniem, zawstydzeniem, ale również jak i odkryciem prawdy. Bo już pamiętał i zrozumiał, skąd cała jej postać była mu dziwnie znajoma. Nie było dane mu jednak zareagować od razu, bo to czarownica go wyprzedziła, otwierając szerzej drzwi i dając mu możliwość wejścia do sieni. A Jaydenowi nie trzeba było mówić dwa razy, bo już wpuszczenie cieplejszego powietrza z wnętrza domu sprawiło, że ciało czarodzieja wręcz ciągnęło ku korytarzowi. Jak najdalej od buchającej chłodem pieczary. Słuchając słów swojej niespodziewanej gospodyni, obserwował to, jak się zachowywała i co robiła. Wszystko, co dla niego wydawało się odmienne - troll w szafie, nieproszeni goście, niepokój czający się za drzwiami - dla niej było codziennością. I gdy tak sobie o tym rozmyślał, zdał sobie sprawę, że dobrze było coś powiedzieć. - Nie przejmuj się - powiedział, gdy w końcu dane mu było wyjść z pieczary i przekroczył granicę domu. Poczuł się lżej ze świadomością, że nic mu już nie groziło, a Umhra miał co innego tego wieczoru na kolację, niż jego... - To... Nieoczekiwana sytuacja - dodał, próbując jakoś doprowadzić się do porządku. Policzek i lewy bok wciąż go piekły od uderzenia, nie było chyba nieumorusanej niczym części jego stroju. Wyglądał i czuł się żałośnie, ale najważniejsze powinno być to, że nie został skonsumowany i wciąż miał wszystkie części ciała. Troll nie urwał mu ręki czy nogi... Dopiero wtedy też zobaczył, że te kilka kroków, które zrobił, zostawiły za nim ciemne ślady butów. Zamarł więc, żeby zaraz zaklęciem usunąć cały brud, który ciągnął i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że kobieta patrzyła w jego kierunku. Wypuściła go ze swojej piwnicy parę chwil temu, a on już szastał zaklęciami na prawo i lewo... Świetnie, Jayden. Świetnie, przeleciało przez głowę mężczyzny, gdy szukał jakiegoś dobrego usprawiedliwienia. Zupełnie jakby stał przed nauczycielką, tłumacząc się z kolejnej nocnej wyprawy po zamku... - Wybacz ja... Przepraszam za nieporządek i przepraszam za to - odezwał się w końcu, niepewnie przenosząc spojrzenie na swoje buty, a potem robiąc to samo z trzymaną przez siebie różdżką. Ludzie nie lubili, gdy ktoś inny czarował w ich domu, a on zrobił to odruchowo i... Całkowicie nieprzemyślanie. Schował więc magiczne drewno do tylnej kieszeni spodni, nie chcąc w żaden sposób znów sprawiać, żeby czarownica pożałowała swojej decyzji wypuszczenia go. Szybko jednak temat zszedł na ich spotkanie, a gdy tylko się przedstawiła, Vane'a uderzyły ponownie emocje związane z ich spotkaniem. Poczuł się, jakby widzieli się zaledwie tego ranka, a on wciąż czuł się onieśmielony i skołowany jej obecnością. Już nie pamiętał, czy to Kupidynek znów zamarzył sobie, by swatać ludzi, czy nie był to ten słynny wybuch amortencji w pracowni alchemicznej, ale nie miało to większego znaczenia. Spotkaliśmy się. Odbyliśmy pogawędkę... - Pamiętam twoje ciało... - wyrwało mu się, ale zaraz zrozumiał, co powiedział i zaczął się tłumaczyć, żałując, że Umhra jednak go nie zjadł. - Znaczy tę rozmowę o ciałach! Pamiętam rozmowę. I pamiętam ciebie. Nie, żeby w jakiś dziwny sposób, bo to... Nie. Pamiętam po prostu tamten dzień. Ja... Kurdę... - plótł już jak potłuczony, czując tylko, że zrobiło mu się wyjątkowo ciepło. Ironicznie, bo przecież moment wcześniej cały drżał z zimna.Zamknij się, Vane. Zamknij się, warczał w myślach, walcząc z sobą, żeby już przestać się tłumaczyć i robić z siebie pajaca. Chociaż Cassandra zapewne nie miała o nim dobrej opinii. Dlatego też zacisnął usta w wąską kreskę i poszedł jej śladami niczym posłuszne dziecko, by usiąść na wskazanym przez nią krześle i czekać. Miał nadzieję, że już o nic go nie spyta, żeby jeszcze bardziej się nie pogrążał, ale tak się nie stało. Zanim się odezwał, odchrząknął, by pozbyć się tej niezręczności trzymającej go za gardło i skupić na odpowiedzi. Jak długo już to trwało? - Nie mam pojęcia. Nie wiem, która jest godzina, ale wiem, że to piąte miejsce, gdzie trafiam - powiedział, przeliczając wszystkie skoki. Sussex, Dorset, Sherwood, Swindon. Teraz Nokturn. - Trafiam na czarownice, które znam. Lub znałem. Myślisz, że to jest jakoś powiązane? Czkawka i to, że spotykałem tych ludzi? Może to by wyjaśniało skoki. Zakrzywienie magii, powiązanie w jakiś sposób naszych wiązek... Tylko czy to by było możliwe? Takie związanie z drugim człowiekiem - wyjaśniał dalej, czując, że z każdą chwilą dziwna niezręczność przemijała. Pozwalało mu to w końcu zebrać myśli, odetchnąć i faktycznie poczuć, jak zmęczony i wyczerpany był. Chwilę trwała ta zaduma, w której Jayden już tkał numerologiczne powiązanie czkawki teleportacyjnej z homoiomeriami i wpływem na ludzi, gdy wrócił na ziemię za sprawą odgłosów przesuwanych na półkach fiolek. Uzdrowicielka z Nokturnu robiła to, co obiecała - szukała lekarstwa. A on czekał niczym posłuszny pacjent. Surrealizm... - Wiesz... - zaczął cicho. - Nie obraź się, ale... To całkiem miłe wspomnienie. To z portu. Nawet jeśli nie byliśmy sobą. Przypomina mi o czasie, kiedy wszystko było... - Normalne? Westchnął cicho, przyglądając się jeszcze przez chwilę, jak Cassandra stojąca tyłem szukała odpowiedniej rzeczy. W końcu odwrócił jednak spojrzenie, kierując je ku oknu wychodzącemu na zewnątrz. Właśnie tam czaił się Londyn - miejsce, w którym się urodził, które ukochał, a które teraz było jak z innego świata. Astronom chciał do niego wrócić i równocześnie tego nie chciał. Gdzieś tam byli jego rodzice, a on nie mógł nawet do nich dotrzeć. Czy to nie było dziwne, że mimo wszystko magia go tu sprowadziła? A może sprowadziło go to niewytłumaczalne połączenie przeszłosci z właścicielką lecznicy? Cokolwiek to było, pozostawało tajemnicą i jedynie on mógł nadać temu jakieś wyjaśnienie. Niekoniecznie naukowe. Nie odrywając spojrzenia od ciemności nokturnowych alejek, przerwał znów ciszę panującą w kuchni głębokim głosem. - Cass. Jak to jest? Tutaj w Londynie? - Jak to jest, gdy tak wiele się zmieniło.





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
Cassandra Vablatsky

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Kruk źrenice swe ogniste utkwił we mnie, jak szachista, gdy szyderczo syczy:
s z a c h
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 26
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10/60
SPRAWNOŚĆ : 5/5
Genetyka : Jasnowidz

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime08.10.20 21:38

Dopiero w świetle bijącym od sieni mogła przyjrzeć się mu dokładniej, dostrzegając ślady po uderzeniu - czy mógł go zostawić Umhra? - chyba nie, wydawały się zbyt lekkie, czkawka musiała go wyrzucić w niedogodnej pozycji. Dostrzegła też jego sylwetkę w pełni, dzięki czemu wróciło do niej więcej wspomnień; jedno za drugim układały się w spójną całość, zdradzając coraz więcej szczegółów z tamtego spotkania. Pamiętała już nie tylko opowieści o kosmosie, ale też ten wzrok, którym obdarzył ją - tak bardzo podobnym - w tym samym momencie.
- Tak - przytaknęła, godząc się z profesorem odnośnie ... dość niespodziewanej sytuacji. Nie, w najdziwniejszych snach nie sądziła, że spotkają się ponownie, nie w takim miejscu, nie o takim czasie i nie w taki sposób. - Zdecydowanie nieoczekiwana - powtórzyła za nim, niemal bezwiednie, jeszcze krótką chwilę zastanawiając się, czy to nie był sen lub mara. Nie był, sen lub mara nie byłby na tyle dokładny, by prędko przypomnieć, że mężczyźni mają zwyczaj wchodzić w życie z butami i to w dość dosłowny sposób. Z rezygnacją pociągnęła wzrokiem za ubłoconymi śladami na podłodze, którą dopiero co wysprzątała, nie zamierzając jednak oglądać się za siebie i zachowując krytyczne słowa dla siebie, gdy Vane zaskoczył ją ponownie - i jako jeden z nielicznych jej gości zadbał o to, by jednak nie pozostawić po sobie brudu. Czy któryś z Mulciberów zrobił to choć raz? Tylko raz? Zamyśliła się, jeszcze przez chwilę wbijając wzrok w miejsce, które przed momentem ubrudzone było błotem, gdy jej myśli gwałtownie wyrwał głos Jaydena - mrugając kilka razy uniosła spojrzenie ku niemu; nie zdążyla usłyszeć słów, które do niej wypowiedział.
- Tak? - zamrugała jeszcze raz. - Ach, tak, nieważne - ukróciła temat, mając nadzieję, że nie był istotny; głos Jaydena brzmiał przepraszająco. Czy powinna podziękować za posprzątanie po sobie, czy to jednak coś, czym cechują się ludzie kultury? Trudno było jej powiedzieć  - najwyraźniej spotykała takich zdecydowanie zbyt mało. - Och - lekkie westchnienie wydobyło się przez jej rozchylone usta, gdy wspomniał o jej ciele, zatrzepotała rzęsami jeszcze raz, upewniając się, czy się nie przesłyszała, czując przedziwny ścisk w żołądku; ścisk wspomnień, sztucznie - sztucznie! - wznieconego uczucia, które na kilka chwil przeobraziło ją w zakochanego podlotka. Kiedyś sądziła, że już nigdy nie poczuje się w taki sposób. - Ach, rozmowę... - przytaknęła ze zrozumienie, zatrzymując świdrujące spojrzenie na jego twarzy, zastanawiając się, czy jego słowa rzeczywiście były tylko przejęzyczeniem, czy może jednak stało za nimi coś więcej. Po dłużej chwili zagubiony wyraz jej twarzy przeobraził się w łagodny uśmiech, gdy Jayden poplątał się w słowach jak chłopiec, który pierwszy raz został sam na sam z dziewczyną. Było w tym coś bardzo uroczego, świeżego... i całkowicie jej obcego. Mężczyźni, których znała, brali to, czego chcieli i wtedy, kiedy chcieli, nie patrząc na konsekwencję swoich działań. On był inny. Nie ułatwiła mu wybrnięcia z tego nijak, przyglądając się mu w milczeniu, usta nie drgnęły, ale trwały w tym samym uśmiechu - lekkim, łagodnym, przepełnionym nienaturalnym spokojem.
Gdy znaleźli się już w kuchni, przez chwilę krążyła przy blacie, by nabrać z wiaderka wody do glinianej miski, machnęła nad nią różdżką, formułując na jej wierzchu nieco lodu, który następnie owinęła w jeden z czystych, leżących na stole, bandaży.
- Usiądź, proszę - zwróciła się do niego. - Zajmę się tym - zaproponowała, zbliżając się do niego z przygotowanym lodem, który przyłożyła do policzka Vane'a, to powinno przynieść mu chwilową ulgę. Otarcie pewnie nieco piekło. Wsłuchiwała się w jego słowa z rosnącym zaciekawieniem, powinna wiedzieć o czkawce teleportacyjnej więcej, ale według jej wiedzy jej ścieżkami rządził wyłącznie przypadek. Kwestią sporną pozostawał fakt, czy przypadek w ogóle istniał: wierzyła przecież w przeznaczenie i czuwające nad nią fatum, ba, wiedziała o jego istnieniu, bo potrafiła go bezbłędnie czytać. To, co nazywali przypadkiem, przeważnie było jednocześnie starannie zaplanowanym scenariuszem. - Wszystko jest ze sobą powiązane - odparła spokojnie, pewna swoich słów. Jej trzecie oko otwierało się na przyszłość. Potrafiła ją dostrzec. Nie rozumiała jej i nie zawsze interpretowała ją poprawnie, ale wiedziała, że wszystko zmierzało ku temu, by przyszłość wydarzyła się dokładnie taką, jaką ona ją widziała. Pomimo tego, że przeważnie widziała ją straszną.  - Każde spotkanie ma swoje miejsce i czas. Każde spotkanie do czegoś prowadzi i wygląda na to, ze nasze przyprowadziło cię tutaj dzisiaj.   - Chroniąc przed Umhrą? Czy wypuściłaby go z pieczary trolla, gdyby nie wiedziała, kim był? - Kiedy okoliczności sprawiają, że przychodzi ci zastanawiać się nad tym, czy coś w istocie mogło być dziełem przypadku, czy było jednak fragmentem większego planu, przeważnie wszystko wskazuje na to drugie. - Nie wiedziała wiele o wiązkach, o tym, co mogło, a co nie mogło połączyć czarodziejów. Widziała w tym coś prostszego. - Nazywamy to przeznaczeniem, Jaydenie - Lecz dlaczego jego przeznaczenie prowadziło akurat tutaj, tego wiedzieć nie mogła. Przysiadła obok, na krótko odejmując od jego policzka lód, by przyjrzeć się otarciu z bliska; nie wymagało większej pomocy. Najdalej do trzech dni zaniknie. - Dobrze wiedzieć, że wszystko u ciebie w porządku. Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo to, o czym mi opowiedziałeś, pomogło mi w pracy. Jestem ci bardzo wdzięczna. -  Przeniosła wzrok ku jemu oczom, wsłuchując się w jego dalsze słowa; miłe spotkanie, bo przypominało -  o czym?  
O beztrosce, siedzieli razem na skwerze, tak po prostu, jak robili to podlotki, młodzi ludzie, kiedyś, zanim zaczęła się wojna. Wyprostowała się instynktownie, przykładając lód ponownie do jego policzka, przykrzywiając głowę lekko w bok, by uciec od niego spojrzeniem. - Przytrzymaj to, proszę - zwróciła się do niego, wstając, z ulgą chcąc zwrócić się do niego tyłem. Była za tę wojnę odpowiedzialna. Możliwe, że bez niej, nie doszłaby do skutku, jeszcze nie teraz. Bez niej martwych byłoby kilku - kilku najważniejszych! - rycerzy więcej. Bez niej siły byłyby dużo słabsze. Kiedyś gotowa była przysiąc strzec ludzkiego życia i wiedzą swoją nikomu nie szkodzić, dziś jedyne, czego chciała, to przetrwać. Zbliżyła się do półek raz jeszcze, szukając odpowiedniej fiolki. W końcu jej palce trafiły na bladozieloną buteleczkę, którą wyciągnęła pod słońce, upewniając się co do zawartości. Jego pytanie zawisło w powietrzu, a ona uzmysłowiła sobie, że Jayden nawet nie mieszkał w Londynie - odciętym od świata blokadą, która powinna zatrzymać jego teleportację, ale tego nie uczyniła.
- Niebezpiecznie - odparła jednym słowem, lecz znacznie więcej mówił jej głos. Żałowała młodych ludzi, którzy umierali. Nie chciała patrzeć na rzeź. Ale pomagała w jej przeprowadzeniu, bo to była drogą, którą wybrała dla siebie. - Walki wciąż trwają i nie skończą się, póki nie ucichnie ostatni głos sprzeciwu - W to wierzyła, przewaga rycerzy była miażdżąca. Tego chciała, bo w tym pomogła. I to wszystko sprawiało, że zdarzało jej się czuć do siebie odrazę. - Weź to - podała ją Jaydenowi - nie pij teraz. Londyn jest odcięty, nie wydostaniesz się z niego. Poczekaj, aż przeniesie cię w bezpieczne miejsce.   - Takie, z którego będzie w stanie się wydostać pomimo ustania napadu popularnej dolegliwości.






bo ty jesteś
prządką

Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime09.10.20 7:28

Sam nie wiedział, jak to się stało, że czkawka teleportacyjna dosłownie cisnęła go na ziemię, podczas gdy wcześniejsze przenosiny były bardziej stabilne. Czy to z uwagi na wyczerpanie organizmu i coraz mniejsze skupienie bijące od profesora sprawiło, że i jego przeskok był chybotliwy? Magia potrafiła być kapryśna, bo przecież wszyscy mówili, że z każdym kolejnym, niechcianym przeniesieniem się siła niedogodności malała. U niego najwyraźniej było na odwrót, zapewniając mu wrażenia na sam koniec. Do tego ślad na twarzy oraz boku miał się chyba utrzymywać z dzień lub dwa - chyba Roselyn miała jakąś maść na obicia, która była głównym ratunkiem dla graczy quidditcha. Tak słyszał... Nie mógł przecież zaczynać roku szkolnego cały poobijany. To jednak zeszło na drugi, a nawet trzeci plan, gdy okazało się, że z ratunkiem przyszła mu osoba, którą najmniej spodziewał się ujrzeć. Bo przecież wtedy wyraźnie czuł, że się zakochał i nic nie było w stanie tego z niego wyplenić. Nieważne jak niezręcznie przebiegało tamto spotkanie, wciąż niósł w swoim ciele wspomnienia tamtych emocji. Może to i lepiej, że wydarzyło się to wówczas, a nie w aktualnym czasie, gdy tak wiele się pozmieniało. A jednak utkwione w nim spojrzenie wcale takie nie było. Było dokładnie takie samo, jak wówczas i przypominało o czymś, czego Jayden nie potrafił nazwać. Był w końcu w tym jakiś spokój, smutek, ale również i ukryta siła. Zielone tęczówki odbijały cały wszechświat, jakby znały wszystkie jego tajemnice. I wciąż potrafiły zrobić wrażenie na astronomie, który niczym złaknione wiedzy dziecko chciał z całych sił ów sekrety poznać. Dlatego właśnie co jakiś czas podczas ich spotkania zdarzało mu się odpłynąć. Zupełnie odbić od zaistniałej sytuacji myślami oraz duchem i jedynie kolejne słowa uzdrowicielki sprowadzały go na ziemię, przypominając o tym, gdzie się znajdował. W każdej chwili mógł przenieść się w inne miejsce, gdyby taki był kaprys czkawki i zostawiłoby to za sobą żal. Bo w tym wszystkim było coś nie z tego świata. Ona również.
A jednak potrafiła mu odpuścić, gdy się plątał. Wiedział, że to przejęzyczenie się było dosłownie sugerujące, ale czy nie odbijało jakiegoś dziwnego wrażenia z przeszłości? Z ich spotkania kiedy to od niej wypływały słowa, które dopiero teraz dla Jaydena miały sens? Obrazowy i odważny nawet na otumanionych czarami czarodziejów. Działo się to tak dawno, że normalnie zapewne nie pamiętałby tych wszystkich szczegółów, ale z każdą kolejną spędzoną chwilą w jej towarzystwie nabierały wyrazu. I wpędzały go w jeszcze większe zawstydzenie. Widząc jednak uśmiech, który pojawił się na jej twarzy - szczery i niewymuszony - poczuł uścisk w gardle. Nie pamiętał, kiedy widział ten sam grymas u Pomony... Gdy jego słowa czy zachowanie sprawiły, że uniosła kąciki ust w trywialnej, ale pięknej reakcji. Naturalnej i bardzo wynagradzającej. Dlaczego więc uśmiech na twarzy innej kobiety sprawił, że poczuł to wszystko? Że tęsknił i chciał dostrzegać ów grymas częściej? U Cassandry? Potrząsnął już później tylko głową, żeby skupić się na aktualnej chwili w innym wydaniu, niż jedynie zatapianie się w swoich myślach.
Wchodząc do kuchni i siadając na wskazanym miejscu, zorientował się, że nie odpowiedział na jedno pytanie, które zawisło w powietrzu i chociaż z grzeczności chciał odpowiedzieć negatywnie, by nie kłopotać jej już więcej, wychłodzone ciało zareagował prędzej. - Herbata byłaby doskonała. Dziękuję. - Po wypowiedzeniu tych słów zaczął sobie wyrzucać, że kazał tej zapracowanej kobiecie nad sobą skakać o tej porze, a powinien był po prostu wyjść i dać jej odpocząć. Nie wymagać. Przecież by sobie poradził, a jej słowa wynikały z... Zaraz jednak jego uwagę zwrócił chłód, który osłonił jego pulsujący policzek i stał się powodem nagłego dreszczu przebiegającego przez plecy mężczyzny. Tysiące igiełek wbijało się w przetartą skórę profesora, by przynieść po pierwszym szoku ulgę. Jayden nie zauważył też od razu, że instynktownie podniósł rękę do zawiniętego w materiał lodu, natrafiając równocześnie na skórę Cassandry. Dopiero wtedy zdał sobie z tego sprawę i zabrał dłoń, pozwalając zająć się tym uzdrowicielce. - Przepraszam... - mruknął pod nosem, nie chcąc wprowadzać ją w nieprzyjemności, ale chyba nie szło mu najlepiej. Raz za razem robił coś, co powinno ją zirytować, a jednak zachowywała - przynajmniej - zewnętrzny spokój. Nie miał pojęcia, co mogło dziać się w kobiecym wnętrzu, ale liczył na to, że nie miała mu mieć tego za złe. Miała do tego pełne prawo, by się tak czuć, mimo to jednak profesor niósł w sobie nikłą nadzieję, że było inaczej. Słuchając słów padających z jej ust, czuł, że mógłby słuchać jej wypowiedzi jeszcze długo. Na jakimś wykładzie, gdzie prezentowałaby swoją wiedzę innym i dzieliła się nią, by stawiać przed słuchaczami pytania do rozwikłania. A równocześnie sprowadzać najbardziej skomplikowaną materię do prostych wyrażeń. Wszystko jest ze sobą powiązane. Przeznaczenie. - Nieskończone nici losu... - powiedział cicho bardziej do siebie niż do niej. Większość naukowców nie wierzyła w to, że życiem nie rządził przypadek. Odrzucali podstawę istnienia, tłumacząc się tym, że większość przełomowych badań była wynikiem czystego szczęścia. Ślepego trafu. Jednego na miliard. Jay patrzył na to inaczej - patrzył na sam początek wszechświata, gdy coś ruszyło cząstki i spowodowało Wielki Wybuch. To, co działo się po nim, nie mogło być przypadkiem. Oni sami nie byli jedynie losowym skutkiem zamierzchłych czasów. Nie byli echem przeszłości. Tworzyli jedność, całość, która umykała tak wielu światłym umysłom. Jak mogli być jednym i tym samym z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością? Przecież wystarczyło zdać sobie sprawę z faktu, że czas nie istniał. Wszak bez ludzkości czas nie miałby prawa istnieć i upływać, bo dopiero fakt świadomej obserwacji tego, jak staje się Wszechświat, powodował, że można było odczuwać coś takiego jak upływający czas. I w tej wielkiej dyskusji byli oni - wieszczka przeznaczenia i naukowiec. Mimo że winni wykluczać się nawzajem i być swoimi przeciwieństwami, patrzyli na świat tak samo. Potwierdzali jedność, połączenie wszystkiego i wszystkich, z różnych perspektyw dochodząc do tego samego. Jestem ci bardzo wdzięczna. - Dlaczego? Za co jesteś wdzięczna? Rozjuszyłem ci trolla, przestraszyłem cię i teraz okradam cię z zapasów. - Kolejne ciche słowa przerwały milczenie w czterech ścianach skromnej kuchni. Chwilę później Jayden podłapał pytające spojrzenie swojej towarzyszki, gdy urwał w połowie zdania. Widząc jednak jej spojrzenie, zdecydował się to wyjaśnić. Musiał to wyjaśnić, chociażby sobie samemu. - Tęsknię za tym. Za czasem, gdy jeszcze zdarzały się normalne dni. - Normalne w ich odniesieniu takie nie było, ale jednak tamten czas był odmienny.
Zgodnie z jej poleceniem, przytrzymał lód przy twarzy, zaczynając już czuć miejscowe znieczulenie. Analogicznie do powolnego zapominania, jak w ogóle znalazł się w jej towarzystwie i dlaczego. Może właśnie dlatego mieli się spotkać, żeby przeprowadzić tę rozmowę. Dać sobie do myślenia i wprowadzić coś nowego do ich życia. Może delikatnego i pozornie nieznaczącego, ale później istotnego? Kiedyś wierzył, że każdy napotkany przez niego człowiek pozostawiał w nim ślad i wciąż trzymał się tego przekonania. Cassandra również go napiętnowała w nieznany im jeszcze sposób. - Musisz czuć się silnie związana z tym miejscem, skoro zostałaś. - I nie mówił jedynie o Nokturnie. Mówił o ludziach, Londynie i niepokoju mu towarzyszącym. Została, chociaż potrafiła trzeźwo ocenić sytuację. Bała się, nie ufała sąsiadom - w końcu trzymała przy drzwiach trolla, a jednak wciąż trwała w swoim małym bastionie. - Wierzysz w to? - spytał, wracając do niej spojrzeniem i starając się zaobserwować odpowiedź. Czy takie było jej przeznaczenie? Ich przeznaczenie? By czekać, aż jedna strona wykończy drugą? By zostać i przetrwać? Rozumiał tych, którzy zostawali. Sam w końcu mógł zabrać dzieci i wyjechać za granicę, by zapomnieć nawet o istnieniu czy jakimkolwiek połączeniu z Wielką Brytanią, ale na samą myśl o tym robiło mu się niedobrze. To był jego dom. Nieważne, w jakim był stanie, chciał w nim zostać. Miał Hogwart, miał swoich uczniów, miał swoich przyjaciół, którymi musiał się opiekować. Nie zamierzał i nie chciał uciekać.
Gdy jego gospodyni wróciła z lekarstwem, wstał z krzesła i odłożył na stół trzymany przez siebie owinięty w bandaż lód. Jego wizyta dobiegała końca, dlatego wyciągnął rękę po przekazywany mu specyfik, ale zamiast go po prostu odebrać, zawahał się. Czuł, jak ciśnienie mu wzrosło, a serce znów uderzało dudniąco w klatce piersiowej. Z wielką ostrożnością i delikatnością, niemalże niewyczuwalnie przesunął palcami po dłoni kobiety, jakby chciał podziękować za wszystko, a równocześnie zrobić coś jeszcze. Ślad. Pozostawić ślad, który ona na nim już zostawiła. - Mój syn... - zaczął, nie wiedząc za bardzo, co i jak miał to powiedzieć. Czy w ogóle powinien był się odzywać... Czy w ogóle to wszystko było normalne... Czy w ogóle mógł? W końcu był gotowy na to, by odsunęła rękę i zaniechała pomocy, a jednak znów robił coś, czego nie powinien. - Cassian. Nazwałem go w ten sposób, bo... Miałem w pamięci twoje imię. Nie pamiętałem dokładnie skąd. Bardzo lubię to imię - odezwał się w końcu, odrywając spojrzenie od jej ręki i przenosząc wzrok na kobiece oczy. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, w oczach zatańczyło ciepło, które miało w sobie niecodzienne podziękowanie. Bo może właśnie to było ich przeznaczeniem? Żeby dowiedziała się tego, zanim miał znów zniknąć i przenieść się w niewiadomą? Być może już na zawsze rozdzielając ich losy, a równocześnie stając się tym, czym był czas. Względnością.





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
Cassandra Vablatsky

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Kruk źrenice swe ogniste utkwił we mnie, jak szachista, gdy szyderczo syczy:
s z a c h
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 26
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10/60
SPRAWNOŚĆ : 5/5
Genetyka : Jasnowidz

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime11.10.20 22:42

Czasem zastanawiało ją, jak wyglądałoby jej życie, gdyby wszystko przebiegło inaczej. Gdyby tamtego dnia wszystko potoczyło się jak trzeba, gdyby jej dłoń nie zawahała się nad pacjentem, gdyby ukończyła kurs, dostała powołanie do Munga i do dziś pracowała w głównym czarodziejskim szpitalu jako uzdrowicielka. Gdyby jej stopa nigdy nie stanęła na Nokturnie, gdyby nigdy nie poznała Mulcibera, pierwszego, drugiego, trzeciego ani ich ojca. Czy nigdy nie zaszłaby w ciążę, czy zaszłaby w nią z innym mężczyzną, czy Lysandra byłaby Lysandrą, czy innym dzieckiem, czy gdyby podjęła w życiu kilka rozważniejszych decyzji, byłaby dzisiaj szczęśliwsza? Zderzenie z Jaydenem prowokowało te myśli, Vane nie był mężczyzną w jej typie i gdyby nie tamto zdarzenie, nie spojrzałaby na niego w taki sposób, w jaki spojrzała wtedy. Ale - dlaczego? Bo był porządny, ułożony, inteligentny, bo najwyraźniej myślał o czymś poza sobą, bo wydawał się wrażliwy, trochę roztrzepany, fakt, ale przy tym sprawiał wrażenie takiego, na którym można było polegać i w czyje słowo można było uwierzyć. Takiego, który nie kłamał. Któremu można było tak po prostu - zaufać. Nie znała takich ludzi, a już na pewno nie znała takich mężczyzn. Wspomnienie, które przywołał gdzieś między wierszami, dość obrazowo, niosły falę sprzecznych uczuć; z jednej strony była przekonana, że jej fatalne zauroczenie wynikało wyłącznie z przedziwnej magii, jaka roztoczyła się wtedy nad Anglią, a z drugiej - potrafiła wspomnieć nie tylko widok, nie tylko bliskość, ale i poruszenie serca, jakiego wtedy doznała. Ceniła intelekt, nie tylko u mężczyzn, Jayden był z kolei niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie, która zawsze była jej bliska. Sama rozmowa z nim była intelektualną ucztą, doprawienie jej krztyną filtru przyjemnym zaskoczeniem. I tak też teraz - trzymając lód przy jego skórze, gdy dotykał skóry jej dłoni, nie była pewna, co czuła dzisiaj i co czuła wtedy. Przyglądała się jego twarzy, badała fakturę skóry, źrenic, sińców pod oczami, kącików ust i odchodzących od nich zmarszczek, kiedy było się świadomym ludzkiego ciała, z samej twarzy i jej niezdrowych defektów dało się wyczytać zaskakująco dużo. Był zmęczony, może przepracowany, żył w stresie, jak chyba każdy dzisiaj. Rozchyliła lekko usta, kiedy dotknął jej dłoni, ale nie powiedziała nic, po chwili sam zabrał rękę. I chyba poczuła pustkę. Zimną, czarną i pozbawioną dna, bo Ramsey już od dawna nie reagował na jej dotyk w ten sposób. Zaczął żądać, wymagać, rozkazywać, stając się coraz bardziej obcym, coraz dalszym i coraz mniej proszonym gościem. Nie było w nim już tego, co czuła dzisiaj od Jaydena. Zainteresowania - czymś innym, niż on sam. Na krótko zamknęła oczy, odpędzając od siebie wspomnienia. Nie odpowiedziała, kiedy przeprosił, nie zatrzymała go też, gdy zabrał rękę. Nie była kobietą dla niego.
- To tylko herbata - Zbyła jego słowa, zlewając liście podgrzaną przy pomocy magii wodą; postawiła przed mężczyzną gliniany kubek z naparem. Mógł go trochę postawić na nogi po przygodzie z Umhrą - doprawdy nie miał szczęścia, aportując się tuż przed niego i na dodatek w zasięgu jego ramion. Herbata i prosty lek na czkawkę, żadne zapasy, ale sposób, w jaki martwił się, by nie był pod jej dachem kłopotem był tak ludzki i tak obcy jej zarazem. Już od dawna nikt nie traktował jej w taki sposób. Już od dawna - tylko od niej wymagano. - Nie przejmuj się Umhrą. Moja córka potrafi go uspokoić w kilka chwil - mruknęła, było to prawdą, troll miał do Lysandry słabość. Doskonale wiedział, że nie wolno mu zrobić jej krzywdy, a Lysandra wciąz uczyła się wypowiadać w trollińskim proste komendy. - Jestem ci wdzięczna, bo tamto spotkanie pozwoliło mi zrozumieć układy, nad którymi pochylałam się od tygodni. Widzisz, to moja lecznica, przyjmuję tu rannych. Przygotowuję dla nich leki. A gwiazdy pomagają mi te leki wzmocnić - dzięki tobie. Ocaliłeś życie wielu, Jaydenie Vane - Iluż miała pacjentów, którzy odeszliby, gdyby nie sporządziła dla nich wystarczająco silnego wywaru? Mogła to uczynić - uwzględniając mapę nieba podczas ich warzenia. Uwzględniając nauki, jakimi uraczył ją wtedy Jayden, skromny wykład, którego nie zapomniała nigdy, a który pomógł jej otworzyć oczy. Może to było uczciwe, żeby o tym wiedział. A pacjentów - znów miała coraz więcej, uciekła wzrokiem w bok, gdy zaczął mówić o normalności. Czym właściwie była normalność? Cassandra nigdy jej nie miała. I nigdy mieć nie będzie. Zrzucona zasłona pomagała separować się od wojny, w której brała przecież udział. To nie tak, że była z tym związana, po prostu nie miała dokąd odejść. Nie miała innej drogi. Nie mogła zostawić tych ludzi, potrzebowali pomocy, zwłaszcza w płonącym mieście. Cassandra została uzdrowicielką, bo czuła powołanie.
- Wierzę w przeznaczenie - odparła zatem, trochę pokrętnie, ale prawdziwie. Nie wolno jej było krytykować przelewu krwi, nawet jeśli go nie popierała. Nie wolno jej było krytykować rzezi, nawet jeśli jej nie chciała.  - Czasem tylko ono decyduje o naszej ścieżce - Jej przeznaczeniem było pomóc rycerzom w ich krwawej krucjacie. Nie mogła się z niej wycofać, nie tylko dlatego, że było to związane z zagrożeniem, nie chciała tego robić. Nie mogła zostawić ich bez pomocy. Nie chciała ich zostawić, nie potrafiła tego zrobić. Ramsey, Deirdre, Sigrun, oni wszyscy byli jej tak bliscy - choć czasem tak dalecy. Jej syn. Syn Ramseya. Jego przeznaczenie było jasne, niezależnie od tego, co sądziła o nim w tym momencie. A jasność tego przeznaczenia gwarantowała mu bezpieczeństwo. Przynajmniej na razie.
Uniosła ku niemu spojrzenie, gdy pochwycił jej dłoń - nie cofnęła jej. Otworzyła szerzej oczy, po tonie spodziewając się, że miał do powiedzenia coś ważnego. Twój syn, Jaydenie? Coś w niej zamarło, zastanawiało ją, jakie nici losu splotły ją z samym Jaydenem - i czy to był ich koniec - ale też jakie nici splotły ją z jego dzieckiem. Miał imię po niej. Cassandra wierzyła, że nic nie dzieje się bez przyczyny i że każde działanie ma swój skutek. Skutek tego, wiedziała, miał ją jeszcze w przyszłości zaskoczyć. Coś podpowiadało jej, że spotka to dziecko, choć nie wiedziała jak ani kiedy. Była wróżbitką, widziała tylko to, co złe i straszliwe. Może to lepiej, że nie wiedziała. Na pewno lepiej dla Cassiana.
- Cassian Vane - powtórzyła za nim, chcąc zapamiętać tę tożsamość. Chcąc móc ją wspomnieć, gdy nadejdzie odpowiedni czas. Wiedziała, że nadejdzie. - Będę o tym pamiętać - obiecała, choć nie była pewna, czy rozumiał, dlaczego. Czy rozumiał, co miała na myśli. Chyba czuła, że była temu dziecku coś winna. - Będę o nim pamiętać - dodała, badając spojrzeniem jego twarz - z powagą. Wierzyła w znaki. Nie wierzyła w przypadki.






bo ty jesteś
prządką

Powrót do góry Go down
Jayden Vane
Jayden Vane

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Zawód : astronomer, head of ravenclaw house, the one who lived to an old age, father of three
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime12.10.20 18:39

Kiedyś gdy tylko poddawał się myślom, które kierowały go w kierunku domysłów, odpuszczał. Zawracał, wiedząc, że nie było w takich momentach odpowiedzi, a zbytnie zagłębianie się w takowe rozmyślania prowadziły donikąd. Przypuszczenia tyczące się własnych decyzji sprawdzały się jako autorefleksja, lecz nie dumanie o tym, co by było gdyby. Chyba nigdy tego w sobie nie miał - rozckliwiania nad podobnymi rzeczami, bo żył w danym momencie. Czerpał i doceniał to, co stawało przed nim. Wyciągał po to ręce, by nie raz się sparzyć, ale przez większą część czasu doświadczał po prostu małych cudów. Z naiwnością dziecka przemierzał świat, chcąc i łaknąc więcej. Nie miał zwyczajnie czasu na to, by żyć równocześnie w alternatywnej wersji rzeczywistości i nie posiadał nawet takiego pragnienia. Nie istniało także cokolwiek, co chciałby w tamtych dniach zmienić. Nie oznaczało to jednak, że nie marzył. Marzył. O wszechświecie, o nieprzerwanych kosmicznych podróżach, odkryciach, które napędzały jego ciekawość oraz były powodem motywacji do dalszej eksploracji. Marzył, żeby każdy uczeń był szczęśliwym i dobrym czarodziejem. By zdali swoje egzaminy jak najlepiej. Później marzył już o czymś innym. Gdy równie ważny wszechświat musiał walczyć o podium z kimś nowym - żoną, a później trzema niewielkimi chłopcami. Tak małymi, że mieszczącymi się w ojcowskiej dłoni. Trojaczki zawsze rodziły się szybciej od innych dzieci i chociaż po porodzie było to faktem, ich kruchość wciąż potrafiła zaskakiwać. Z zamkniętymi, czarnymi oczkami szukały źródła ciepła, wtulając się w siebie nawzajem lub w swojego ojca. I tylko jego. Właśnie wtedy do Jaydena dotarło, że zaczął zastanawiać się nad tą alternatywną wersją wydarzeń, która nie doprowadziłaby do pustego domu. Co by było, gdyby zareagował w odpowiednim momencie? Gdyby może bliżej się przyglądał zachowaniu kobiety? Co by było, gdyby bardziej o nią dbał? Gdyby tej nocy nie zasnął? Gdyby... Gdyby... Gdyby. A jednak nie żałował i nie chciał żałować tego, co się wydarzyło i do czego doprowadziła znajomość z Pomoną. Mimo że był ojcem od tak krótkiego czasu, nie wyobrażał już sobie świata bez swojej drobnej trójki. Nawet jeśli w każdym równoległym wszechświecie przeznaczeniem było, by czarownica od niego odeszła, jeśli istniały w nim jego dzieci, jego własne emocje nie miały znaczenia. Bo tamtego ranka obiecał sobie, że postawi je ponad wszystko inne. Ponad żonę, której już nie było, ponad naukę, ponad siebie samego. Ponad całą resztę. A jednak siedząc na krześle w niewielkiej kuchni Cassandry, świat dokoła jakby zniknął, zostawiając go tylko tu i teraz. Wpatrującego się w pewne, ale delikatne ruchy doświadczonego medyka specjalizującego się w czymś znacznie bardziej zaawansowanym, niż to, z czym przyszło się jej aktualnie zmierzyć. Jego otarcia nie były poważne - mimo to nie bagatelizowała jego stanu i zachowywała pełne skupienie, nie dając się rozproszyć. Miała w sobie coś z cierpliwości, troski, za którymi tęsknił i w tym samym momencie poczuł się źle z tą świadomością. Zupełnie jakby dopuszczał się czegoś na wzór zdrady, chociaż tak naprawdę miał pełne prawo czuć się w ten sposób. Brakowało mu tej... Kobiecej obecności, która po prostu była obok i niczego nie chciała w zamian. Ani nie musiała w żaden sposób sobie zasłużyć na jego uwagę.
Moja córka potrafi go uspokoić w kilka chwil.
- Więc jest odważniejsza ode mnie - odparł, pozwalając sobie na krótkie rozbawienie, które zaraz zostało przerwane, gdy skóra zaszczypała przy zbytniej ekspresji twarzy. Chyba to obicie miało być bardziej uciążliwe, niż sądził... Dalsze słowa kobiety sprawiły, że spoważniał, a brwi zmarszczyły się jakby w formie skarcenia. Ton wyrażał sprzeciw, chociaż w oczach Jaydena jednak nie było widać gniewu. Pozostały tak samo ciepłe i szczere jak wcześniej. Bo przecież nie ganił jej ani nie pouczał. Dostrzegał jedynie dziwną tendencję do umniejszania siebie samej, a tego nie był w stanie przemilczeć. - Nie mów tak. Gdyby nie ty, nic z tego, by się nie wydarzyło - odparł, czując się niezręcznie z jej słowami i nie chcąc, żeby przypisywała mu coś, czego nie zrobił. Jednak patrząc na nią, cierpliwie tkającą swoje lekarstwa, nie był w stanie zbyt długo zachowywać się w ten sposób - właśnie dlatego niemal momentalnie jego twarz ponownie się wygładziła i nabrała łagodnych rysów. - Mój ojciec jest uzdrowicielem. Widzę u ciebie to samo poświęcenie, które widziałem u niego - powiedział cicho, po czym odetchnął niemal bezszelestnie. Ojciec. Matka. Londyn. Nokturn... Czkawka. Dom... Przeznaczenie decydujące o ludzkich losach... - Może. Ale niemądrze jest też się nim zasłaniać ze strachu - odpowiedział, ponownie w tej krótkiej wizycie zagłębiając się we wspomnienia. Te mroczne, przenoszące go ku chwilom związanym z depresją, otumanieniem. Wtedy wydawało mu się, że nic nie może zrobić. Ruszyć się, zrobić kroku, oddychać, pracować, bo był i czuł się pusty. Dopiero później zauważył, że była to ślepota i nie było to żadne fatum, lecz jego lęk przed rzeczywistością. Przed zrozumieniem, że nie był w stanie nikogo ocalić w przeszłości, a użalanie się nad sobą nie miało nikomu pomóc w przyszłości.
Był zmęczony tym całym teleportacyjnym chaosem, dlatego z ulgą przyjął wiadomość, że właśnie miała być mu przekazana substancja, która miała zapobiec dalszym skokom. Zanim jednak wziął ją od czarownicy, poprawił brudną, rozdartą na rękawach koszulę, przesunął palcami we włosach opadających mu na czoło i sprawdził różdżkę, czy wciąż znajdowała się w spodniach i czy przypadkiem nie została uszkodzona. Nieważne, co się wydarzyło, nie chciał wracać do domu i wyglądać jak siedem nieszczęść. Dzięki Cassandrze obicie na twarzy nie miało być aż tak czerwone, chociaż i tak pewnie miał się tłumaczyć... W tym momencie tłumaczył się komu innemu niż czekającej na niego przyjaciółce. Czując pod opuszkami palców obcą skórę, która przed nim nie uciekła, zdał sobie sprawę, że czuł się... Dobrze. Jakby cały ten chaos, miał naprawdę prowadzić do tego momentu. Urwanego, wyrwanego z kontekstu ich życiorysów, ale jednak tajemniczo istotnego. Na swój specyficzny sposób. Cassian, obietnica pamięci i bijąca z oczu czarownicy szczerość. Taka, której się nie negowało. Będę o nim pamiętać. - Wiem - odparł krótko, uśmiechając się ciepło i ściskając delikatnie jej nadgarstek, do którego dotarły jego palce. Dopiero wtedy cofnął rękę i odebrał od czarownicy lekarstwo, by dość szybko dać porwać się kolejnemu zrządzeniu losu. Lądując w jednym z irlandzkich miasteczek, mógł bez problemu poczuć się bezpieczniej, ale pijąc antidotum, wcale nie myślał o swojej czkawce. Myślał o zostawionej za sobą matce z darem do uzdrawiania. I potworem w szafie.

|zt x2 :shylove:





if I gotta be sacrificed for the greater goodthen that's what it gotta be
Powrót do góry Go down
Elvira Multon
Elvira Multon

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Zdradliwa i wierna,
i dobra i zła,
i rozkosz i rozpacz,
i uśmiech i łza,
i gołąb i żmija,
i piołun i miód,
i anioł i demon,
i upiór i cud
OPCM : 3
UROKI : 0
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 27
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
choking on my pride

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime08.04.21 16:48

09.12

Niewielu członków organizacji darzyła zaufaniem i jedynie z garstką z nich miała chęć spędzać wolny czas, który wychodził poza obowiązki i misje związane bezpośrednio z ich wojenną działalnością. Nie była nigdy kobietą przesadnie sympatyczną, cudzej sympatii więc również nie poszukiwała - albo ktoś jej podpasował i bez wysiłku była w stanie znosić jego towarzystwo albo nie zamierzała tracić czasu na ponure uprzejmości. I tak z niektórymi widywała się tylko z przymusu, a z innymi każda wizyta była przyjemnością samą w sobie - Cassandra należała do drugiej grupy. Kilka miesięcy temu wybrała się do niej pierwsza, chłodno zaintrygowana domorosłą lecznicą na Nokturnie, a teraz mogła mówić, że ma na tej zapuszczonej ulicy prawdziwą sojuszniczkę, powierniczkę utrapień, przyjaciółkę. Nie wiedziała wcześniej, że jest do tego zdolna - poczuć do innej kobiety niewinną, a jakże silną więź wiedźmy do wiedźmy. Bez zazdrości, zawiści i gniewu. Żadnego jadu toksycznej niezgody, który spływałby z ust z każdym co słodszym słowem.
Dziwacznie. Obco. Interesująco.
Cassandra zasługiwała jednak na Elvirę i na świat (a zasługiwanie na Elvirę było rzecz jasna sprawą większej wagi), blondwłosa uzdrowicielka dopingowała więc kobiecie ze szczerym pragnieniem, by ujrzeć niezależną, triumfującą czarownicę o wielkiej wiedzy i jeszcze większych umiejętnościach. I nie zazdrościła, choć wciąż uważała, że może ją prześcignąć. Bo nie była matką, a matkowanie... zdawało się wybitnie intrygującym rodzajem ograniczania wolności i czasu. Ugh.
W całej swej wzdrygającej niechęci do perspektywy rodzicielstwa nie mogłaby jednak nie docenić kultury i ułożenia Lysandry. Mała wiedźma żyła dokładnie takim dzieciństwem, jakie Elvira marzyła sobie dla siebie; gdyby los zechciał kiedykolwiek pokarać ją niespodziewaną ciążą, to mogłaby może przełknąć tę gorycz, gdyby jej córka była taka jak Lysa. Małą wiedźmą i silną dziewczyną przygotowywaną do tego, by stać się w przyszłości wybitną kobietą.
Zgodnie z listownym zaproszeniem, pojawiła się na progu lecznicy wczesnym wieczorem, kiedy ciemność prędko zapadającej nocy nie spowiła jeszcze w pełni zasypanego śniegiem Nokturnu. Trzęsła się pod grubym płaszczem, przytulając do piersi okute rękawiczkami dłonie. Ani nasunięty na włosy kaptur ani szal nie mogłyby oszukać wprawnego oka; Elvira wciąż była chora, zmęczona przeciągającym się przeziębieniem.
Po wejściu i eskortowaniu przez uprzejmego trolla, kichnęła głośno i otarła nos granatową chustką, którą nosiła w kieszeni. Ciężko jej się oddychało, ale przynajmniej opanowała gorączkę. Najbardziej uciążliwy pozostawał ból w okolicy lewego boku, tam, gdzie niedawno utworzyły się blizny pooparzeniowe. To właśnie na nie pomóc miał słoiczek maści, pozostawiony przez Cassandrę w sieni na jej osobistą prośbę.
- Dzięki ci, Cass... - wymamrotała pod nosem, zastanawiając się, czy powinna wejść głębiej i się przywitać, czy może zniewagą byłoby pokazywać się w takim stanie; zwłaszcza, że niedawno spędziła tu noc, trawiona chorobą po pamiętnym pojedynku w Niebieskim Lesie. Odwróciła się, żeby wspiąć na schodek i opuścić legowisko trolla, wtem jednak spostrzegła, że cały ten czas obserwowały ją wielkie, połyskujące oczy. - Dzień dobry, Lysandro - przywitała się tonem, który jasno wskazywał na okropny katar. - Przekaż matce moją wdzięczność za maść, bardzo mi się przyda.




Wszyscy zachowywali się tak, jakbym była jakąś niebezpieczną substancją chemiczną na granicy samoczynnego wybuchu, a byłam tylko sobą.

Do bólu nieprzewidywalną
Powrót do góry Go down
Lysandra Vablatsky
Lysandra Vablatsky

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t9682-lysandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9687-mala-sroka#294548 https://www.morsmordre.net/
Zawód : Mała Sroka
Wiek : 7
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
A siedem to sekret nigdy niezdradzony
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime08.04.21 21:02

Legowisko Umhry było miejscem, w którym spędzała sporo czasu w ciągu dnia. To było jej miejsce ucieczki w świat baśni. Umhra zaś zawsze jej towarzyszył we wszystkich przygodach jakie przeżywała i nigdy jako towarzysz broni i drogi jej nie zawiódł. Tego dnia nie wychodziła za dużo na zewnątrz jak zwykła czynić zimową porą. Choć śnieg pięknie się iskrzył i sprawiał, że ponura ulica przybierała iście bajkowy wygląd, niczym kraina królowej lodu, tak nocne sny mocno ją zmęczyły, a obrazy, które widziała nie należały do tych co zawsze się ukazywały.
Będąc u Umhry mogła przymknąć na chwilę oczy, odpłynąć na małej łódce po szmaragdowej wodzie w towarzystwie sroki, a ona zawsze była obok. Na brzegu stał trzyoki jeleń; zapewnienie spokojnego rejsu, kłusował wzdłuż brzegu nie chcąc stracić z widoku małej Lysy. Później opowiadała trollowi co wyśniła, a ten pomrukiwał cicho dając jej do potrzymania kolejne kamienie, które Lysa układała na swoich kolanach. Tak jak on opiekował się nią i mamą, tak ona mogła zająć się jego kamieniami, które przecież miały już swoje imiona i swoją opowieść.
Po jakimś czasie poczuła jak prawa noga jej drętwieje, a nieprzyjemne uczucie mrowienia sprawia, że chcesz się gwałtownie zerwać i podskakiwać rozmasowując stopę, po której biega stado wyimaginowanych mrówek. Wyimaginowany, to słowo, które ostatnio poznała i bardzo się jej spodobało. Było takie wykwintne i mądre. W tym momencie drzwi do lecznicy zostały uchylone i w progu stanęła zmarznięta osoba. Cała się trzęsła, wręcz telepała z zimna jakby zaraz miała paść na ziemię. Po chwili do niej dotarło, że to nie kto inny ale Elvira przyszła po maść, którą matka dla niej zostawiła i poprosiła Lysę aby dopilnowała by jasnowłosa czarownica ją wzięła. Starając się nie stawać na mrowiejącej nodze córka Cassandry powoli podniosła się z ziemi.
-Dzień dobry, ciociu E. - Odezwała się Lysandra głosem spokojnym i cichym niczym szum wiatru w liściach drzew. Wyszła z cienia legowiska Umhry przyglądając się uważnie kobiecie. - Wejdziesz na chwilę?
Zagadnęła przekrzywiając na bok lekko głowę niczym mały ptaszek. Nie wiedzieć czemu, ale była przekonana, że cioci przyda się chwila odpoczynku i odrobina ciepła nim wróci do siebie.
-Piłam z Umhrą herbatę - nie zważając na zdrętwiałą nogę pochyliła się w głąb legowiska trolla, aby wyciągnąć rzeczony jeszcze ciepły czajnik oraz kubek, do którego nalała parującego płynu i podała Elvirze wzrokiem, który przypominał ten jaki dawała Cassandra buntującym się pacjentom.


Powrót do góry Go down
Elvira Multon
Elvira Multon

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f212-pokatna-20-4 https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Zawód : Prywatny uzdrowiciel
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Zdradliwa i wierna,
i dobra i zła,
i rozkosz i rozpacz,
i uśmiech i łza,
i gołąb i żmija,
i piołun i miód,
i anioł i demon,
i upiór i cud
OPCM : 3
UROKI : 0
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 27
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
choking on my pride

Legowisko Umhry Empty
PisanieTemat: Re: Legowisko Umhry [odnośnikLegowisko Umhry I_icon_minitime09.04.21 9:19

Maleńka sroka zawsze zdołała znaleźć sposób, aby ją zaskoczyć - mimo obiektywnie wyostrzonej spostrzegawczości, w ciemnej lecznicy dziewczynka biła ją na głowę, bo znała doskonale każdy zakamarek, każdy cień, każdy róg swojego skromnego królestwa. Na piętrach drewnianej kamienicy należało uważać na to, co się mówi, na nieopatrzne gesty i czyny - bo jeżeli nawet Cassandra była zajęta pacjentami lub drugim dzieckiem, ściany miały oczy i uszy, gdyż nikt tak jak Lysandra nie potrafił obserwować w absolutnej ciszy i bezruchu. Gdyby była przesądna, uznałaby to za niepokojące. Jako inteligentna, dorosła kobieta nie obawiała się jednak dzieci; mogła co najwyżej docenić ich spryt, jeżeli takowy przejawiały.
Rzadko, bo rzadko, ale Lysa stanowiła wyjątek od wielu znanych jej reguł.
Pozwoliła sobie na wyjątkowy w swym przypadku uśmiech sympatii, gdy dziewczynka zwróciła się do niej "ciociu". Kiedyś chciała wkraść się w jej łaski, by użyć małej do wpływania na matkę, teraz niebezpiecznie balansowała na granicy tego, by to Lysa zmanipulowała ją.
Nie od razu odpowiedziała, rozważając ofertę w milczeniu. Ustaliła sobie, że nie będzie zbyt długo kręcić się tu chora; zasmarkana, czerwona i drżąca stanowiła marny obraz czarodziejskiej siły, chciała odchorować w domu i wrócić do siebie. Inaczej jednak było wejść w progi lazaretu i narazić się na niechciane spojrzenia, a inaczej zamknąć w ciemnym kantorze z dziewczynką i jej przyjacielem trollem. Nie miała kogo się wstydzić ani na kim robić wrażenia, a ciepła herbata w lecznicy zawsze smakowała jakoś lepiej niż ta, którą sama parzyła w mieszkaniu.
- Niech będzie - stwierdziła wreszcie, ostrożnie zsuwając się po stromych stopniach do ciemnicy i udając, że wątły smród trolla w powietrzu wcale jej nie przeszkadza; Cassandra i tak postarała się, rozstawiając tu wszędzie kadzidła, mogłoby być znacznie gorzej. - To dla mnie? Dziękuję, jesteś bardzo hojna - skomentowała lekko, gdy przyjmowała gorący kubek, z rozkoszą otaczając go skostniałymi dłońmi. Ziołowa para odtykała nos, wciskała w płuca świeżość. Warto było zostać choćby dla tego naparu. - Sama parzyłaś herbatę? Pachnie wybornie - Przysiadła na chwiejącym się krześle, opierając stopy pewnie na podłożu. Lysandra miała siedem lat, ale Elvira nigdy do niej nie sepleniła ani nie próbowała obniżać wartości rozmowy, żeby dostosować ją do poziomu dziecka. Sama nienawidziła tego, gdy była w wieku dziewczynki, więc teraz uszanowała jej autonomię i rozmawiała z nią jak z dorosłym.
Pomijając może kilka wybitnie dorosłych tematów.
- Czekolada ci smakowała? Mam jej więcej, jak wam zabraknie, będę mogła dosłać - Matka Elviry lubiła rozpieszczać ją prezentami, ale sama nie byłaby zdolna wybić tyle kakao i nie dostać cukrowej zapaści.
Co za szkoda, że Miriam Multon nie przyszło nigdy do głowy zapakować w papier butelki porządnej Ognistej...




Wszyscy zachowywali się tak, jakbym była jakąś niebezpieczną substancją chemiczną na granicy samoczynnego wybuchu, a byłam tylko sobą.

Do bólu nieprzewidywalną
Powrót do góry Go down
 

Legowisko Umhry

Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu :: Lecznica-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21