Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Chata starej pustelniczki
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Chata starej pustelniczki

Boczna uliczka odchodząca od głównej ulicy w Dolinie Godryka  zdaje się prowadzić donikąd. Gasną błyski latarni, pod stopami nie widać już kamieni, jedynie piasek i suche patyki. Spomiędzy starych drzew wyłania się chata. Wiekowy, ciasny budynek mocno wrastający w ziemię. Jest szary i wydaje się kruszyć pod palcami tego, kto ośmieli się go dotknąć. Zatrzaśnięte mocno drzwi sprawiają wrażenie nieotwieranych od stu lat, a wyrastające wokoło domu krzaki ranią ciekawskie paluchy. Mówi się, że mieszka tam podła wiedźma. Dzieci boją się spojrzeć w popękane, szare okna, wyobrażając sobie wstrętny nos staruchy i pająki wypełzające spod poszarpanej szaty. Powiadają, że pustelnica winna jest największym nieszczęściom w Dolinie Godryka, że zna legendy mostu, że wie, co czai się katakumbach, a jej spojrzenie petrifkuje największego śmiałka. Niewielu ma odwagę, by zbliżyć się do chaty i zbadać tę tajemnicę. Nieliczni pamiętają, że wiele lat temu w tym miejscu mieszkała młodość i radość, a pod rdzą na bujającej się na wietrze tabliczce kryją się jakieś litery i symbol baśniowego wrzeciona.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Chata starej pustelniczki - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Ach, czyli po prostu źle zrozumiałem Bellę...! No tak, teraz już wszystko było jasne.
Uśmiechnąłem się, kiedy powiedziała, że w dalekiej, dalekiej przyszłości chciałaby widzieć siebie trzymającą wciąż za rękę Steffena. Pokiwałem głową. To było dobre marzenie.
- Na pewno tak właśnie będzie - odpowiedziałem ciepło.
A co ja zamierzałem robić jako staruszek? Szczerze to jakoś się nad tym nie zastanawiałem... ale jak miałbym powiedzieć tak, o, teraz z marszu to...
Spojrzałem na zasnute chmurami niebo, jakbym na nim szukał odpowiedzi na to pytanie.  
- Hmm... nie wiem, ale chyba byłoby fajnie być profesorem na uniwersytecie, być na bieżąco z nowinkami kosmologicznymi, samemu coś odkrywać...? - odpowiedziałem tak na poczekaniu... chociaż może Belli nie do końca o to chodziło? Mniejsza jednak o to, bo z każdą chwilą ta wizja nabierała coraz więcej kolorów i szczegółów - mieszkałbym w przytulnym mieszkaniu w kamienicy w Londynie albo innym dużym mieście, chadzałbym sobie na piechotę na uczelnię w kapeluszu, z fajką w zębach (taką prawdziwą fajką, nie że z papierosem) i gazetą w ręce i opowiadałbym studentom o kosmosie. Może skonstruowałbym super wrażliwy teleskop, odkrył jakąś gwiazdę albo lepiej - nową planetę! Opracował jakąś rewolucyjną teorię... To by było coś ekstra! Profesor Louis Bott... Ech, czemu moje imię i nazwisko brzmiało tak niedorzecznie z tym tytułem?
Zmarszczyłem lekko nos niezadowolony. "Profesor Bott" też nie brzmiało dobrze... Czy powinienem zmienić nazwisko jeśli chciałbym zostać profesorem?
O, i zabierałbym studentów na wypady za miasto, żeby oglądać z nimi niebo! Może w okolice Doliny Godryka, żeby później odwiedzać Idę i Alexa, Bellę i Steffena i...
Poczułem jak żołądek nieprzyjemnie skręca mi się w supeł, kiedy na pięknej wizji przyszłości pojawiła się paskudna szrama. Odsunąłem jednak od siebie tą myśl momentalnie. To z pewnością nie dlatego się tak poczułem - chodziło o głód, nic dzisiaj nie jadłem, to i brzuch mnie bolał, tak? Jedyne logiczne wytłumaczenie tego stanu rzeczy.
Na kolejne słowa Belli speszyłem się już całkiem i choć uśmiechałem się z zakłopotaniem, to wzrok wbiłem w podłoże i zgarbiłem się jeszcze bardziej niż zwykle przy niej. Nic nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem nawet co. Miałem cnoty, o których szlachcice mogli marzyć? To brzmiało, jakbym był rycerzem! I strasznie mi było miło, ale...
- To była tylko gałąź lub dwie - wybąkałem w końcu cicho, odruchowo sięgając wolną od koszyka ręką do swojego karku. Ot, taki odruch.
Na szczęście państwo Peterson wyratowali mnie i rozmowa przeszła na zupełnie inne tory.
- Krzaczki? Ach, tak, tak! Są i porzeczki i maliny i krzak jeżyn... Już stare, owoców mają niewiele - odpowiedziała staruszka.
No tylko, że później nazwała nas parą, zobaczyłem jak Bella się zawstydziła i postanowiłem szybko ratować sytuację.
- Pani Peterson my... my się tylko przyjaźnimy - pospieszyłem z wyjaśnieniem, ale ona spojrzała najpierw na mnie, a później na Bellę z uśmiechem, który oznaczał (tak mi się przynajmniej wydawało), że wcale mi nie uwierzyła. Ech... No już trudno.
I najwyraźniej nie tylko ja byłem rozdarty pomiędzy tęsknotą za kawą a zadaniem, które mieliśmy do wykonania... Ja bym pewnie tutaj został na tej kawie... dlatego dobrze, że pozostawiłem decydujący głos Belli. Miała zresztą absolutną rację, no i... ziemniaki póki co wciąż jeszcze były ciepłe, więc najlepiej było je zanieść do potrzebujących od razu.
- Tak, bardzo dziękujemy, naprawdę. Następnym razem z chęcią porozmawiamy - zapewniłem. Pani Peterson wprawdzie wyglądała na ciut zawiedzoną, ale powiedziała, że rozumie i że nas zaprasza, "bo oni starzy i tak się stąd nigdzie nie ruszają".
Do kolejnego domu mieliśmy niedaleko, choć trzeba było przejść już właściwie na obrzeża Doliny Godryka. Łatwo byłoby przeoczyć tą niepozorną, mizerną chatkę, gdyby nie dziecięcy gwar dobiegający z jej wnętrza.
- Znasz tą rodzinę? - zapytałem jeszcze Belli. Sam wiedziałem tylko, że to jedni z najuboższych w tej okolicy i Ida chyba wspominała, że mają chorowite dzieci i od czasu do czasu pojawiają się w Lecznicy. Z każdym krokiem, kiedy zbliżaliśmy się do ich chatki dostrzegałem coraz więcej rzeczy, które powinno się w niej naprawić. To znaczy... dom był do generalnego remontu, i prezentował się gorzej niż Rudera... ale były usterki, które można było i wręcz trzeba było ogarnąć jak najszybciej - przed zimą. Nieszczelności desek w ścianach... i dałbym sobie łeb uciąć, że w dachu też... Już teraz musiało być zimno w chatce, a co dopiero jak przyjdzie grudzień i styczeń!
Tak, już wiedziałem do kogo przyjdę ze swoją skrzynką z narzędziami następnym razem. Nie mógłbym spać spokojnie ze świadomością, że u sąsiadów dach przecieka, a w chatce hula wiatr... Nic dziwnego, że te dzieciaki chorowały.
Westchnąłem cicho i zapukałem do starych drzwi.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Odszukanie kogoś, kto widział ją szorstką, kto widział ją surową, kto widział w niej ostrość i konkret, któremu należało się podporządkować, wydawało się niemożliwe. Tym razem jednak stało się coś niesłychanego. Oto bowiem Bella, kraina uroku, płomieni i fruwających emocji, posłała paniczowi Bottowi spojrzenie z pewnością nie tak łagodne, bardzo niespodziewane. Kiedy znów postawił opór jej wizją, kiedy zaprzeczył ewidentnej cnocie rycerskiej, kiedy próbował się grzecznie kłócić – tupnęła nóżką, choć nie tak bezpośrednio a bardziej mentalnie, i zgniotła go w wyraźnym spojrzeniu. Och, tak, musiał wiedzieć, o co chodziło, kiedy aż mocno zmarszczyła czoło i zapowietrzyła się lekko. To przecież prawda. Jakże mógł więc wciąż z nią dyskutować? Zgromiła więc go, zapiekła iskrą, drasnęła błyszczącymi oczyma. Oby sobie to tylko dobrze zapamiętał! Nie była to jednak ani wrogość szczera, ani obraza dumnej arystokratki. Raczej tylko… ostrzeżenie. – Louisie Bott – wypowiedziały w końcu różowiutkie usta, karcąco, upominająco. Pokręciła głową, a potem w cichym westchnięciu powróciła znów do aury letniego poranka – beztroskiej i ciepłej, zupełnie niegroźnej. Podążyła dalej tak, jakby nigdy nic się nie przytrafiło. Podążyła dalej, nie dając mu możliwości zareagowania. Dla Belli to wcale nie była gałąź, ani dwie. I nawet nie o nich teraz pomyślała. Niemniej mocniej zaciągnęła się wilgotnym, jesiennym powietrzem. Między ich stopami porzucone na ścieżce liście wznosiły się w powietrze.
– Latem musi być mnóstwo pysznych owoców. Tak żałuję, że nie poznałam was szybciej, droga pani Peterson. Och, jakże miły musi być to widok, urocze podwieczorki w ogrodzie, soczyste maliny i porzeczki. I warzywa, jestem pewna, że chowa tam pani za domkiem wspaniały warzywny zakątek… - mówiła miłym głosem, wdając się z mieszkańcami w serdeczną pogawędkę. Podeszła nawet bliżej kobiety, z chęcią oglądała wnętrze przedsionka, uśmiechała się i nie ustawała w objawianiu tak przyjaznej aury. Chciałaby, aby o nich nie zapomnieli, aby poczuli się szanowani, otoczeni troską młodszych. Zapamiętani. Och, tak, ciotka Margaret zwykła powiadać, że na nic już debiutantkom święte rady seniorki, ale za to sekrety skarbca… tak, te z pewnością się liczyły. Pamiętała szelest jej ciężkiej, grubej sukni i pstryknięcie okularów układanych na złotym stoliczku. Biedaczka, Bella była prawie pewna, że nikt nie poinformował jej o tym, co naprawdę przydarzyło się jej i Lucindzie.
Zaróżowiona przytaknęła, kiedy tylko Louis pospieszył z wyjaśnieniem. Nie chciała dodatkowo przeciągać nieporozumienia. Przecież nosiła na palcu pierścień od Steffena, jej serce należało do niego, ich los wkrótce stać się miał jednym. Zaintrygowane spojrzenia staruszków wydawały jej się jednak tak niegroźne i pogodne, że nie spieszyła wcale z gorączkowym tłumaczeniem tego, jak sprawy faktycznie się miały. Padła prawda, jej dodatkowe tłumaczenie mogłoby zepsuć atmosferę odwiedzin. Na tej zaś zależało jej wyjątkowo. – Dziękuję za wasze zrozumienie – odpowiedziała króciutko jeszcze, a po krótkim pożegnaniu opuścić mogli urocze gospodarstwo – nim ziemniaczki całkowicie ostygną. Isabella zamierzała dotrzymać obietnicy, nie mogłaby ich zawieść. Widziała w tych oczach niesamowitą gościnność i radość z możliwości dzielenia wspólnej chwili. Była ich bardzo ciekawa!
Wiele kroków później lichawe domostwo odsłaniało przed nimi swe troski. Już na horyzoncie spostrzegła, że przed nimi trudniejsze spotkanie. Tym bardziej, że zdołała przez wakacje poznać niektórych członków tej licznej familii. – Widywałam ich w lecznicy. Szczególnie jedno dziecko, malutka Annabelle. Jest bardzo słabowita. Matka często ją przyprowadzała. Czasami brała ze sobą inne, by nie pozostawiać ich bez opieki. Biedaczka wygląda, jakby nosiła na ramionach ciężką klątwę. Wydaje się taka zmęczona, choć.. wiem, że bardzo dba o swoje maluchy. Jest ich mnóstwo. Nie jestem pewna, czy poznałam wszystkie. I nie wiem, co z ich ojcem. Nigdy go nie widziałam. Może tak ciężko pracuje? Och, Lousie, widok tej chaty łamie me serce. Nigdy bym… nigdy bym nie pomyślała, że można tak mieszkać – przyznała łamiącym głosem, kiedy weszli na teren zagraconego, marnego ogrodu. Przywitało ich psie szczekanie, ale czworonoga nie było nigdzie widać. – Przyjdźmy tu kiedyś nocą, albo.. albo zwabię ich do lecznicy, a w tym czasie może magią, albo nawet nie moglibyśmy coś poradzić na nieszczęście tych ścian – oznajmiła poruszona, ale zamilkła, kiedy młody Bott zapukał. Pomysł w niej nie przygasł, obiecała sobie, że dopilnuje tej spraw. Porozmawia ze Steffem, może jego transmutacyjne sztuczki okażą się dobrą radą dla rozpadających się desek, dla skrajnego nieporządku. Biedna matka nie miała sił, a pewnie martwiła się wieloma sprawami.
– Bobby, eeeej, Bobby! –
zawołało dziecko, może siedmioletnie, które otworzyło im drzwi i niemal od razu wskoczyło w ramiona młodego astronoma. Ściskana przez malca książka upadła na progu. Bella zerknęła zdumiona na zbitkę małej radości. – Mamo!!! Mówiłem ci, że on żyje. I że sobie nie wymyśliłem. Przyszedł mój Bobby! Jest wielki! Mój bohater! Mamo! Alice, Felix!! Chodźcie zobaczyć! – wykrzykiwał, mocno ściskając Louisa. W drzwiach wkrótce mieszkańcy Kurnika ujrzeć mogli pięć par ciekawskich oczu. Buzie dzieci były czyściutkie, ubrania bardzo skromne, poprute, wyblakłe i niekiedy zbyt duże na bardzo chude ciała. – Anabelle! – zawołała Bella, ujrzawszy znajomą duszę. Pochyliła się i wyciągnęła ramiona w stronę księżniczki. – Jak się czujesz, moja miła? Czy służą ci wciąż te kolorowe tasiemki? Widzę, że masz śliczny warkoczyk. Jak prawdziwa dama! – skomplementowała ją przyjemnie, jeszcze zanim przepadli w morzu dziecięcej ekscytacji. Szóstka? Siódemka? Ósemka? Patyczkowate rączki były wszędzie.
Isabella Cattermole
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Chata starej pustelniczki - Page 2 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn

Powrót do góry Go down

Do tej pory nie przypuszczałem nawet, że Bella może być taka hm... stanowcza. Nie spodziewałem się w każdym razie poczuć na sobie jej surowego, karcącego spojrzenia. Tymczasem przewiercało mnie ono na wskroś i czułem je wyraźnie, choć sam wciąż wpatrywałem się nieśmiało w czubki swoich butów. Właściwie nie zrobiłem nic złego, a jednak kiedy wypowiedziała moje imię i nazwisko niczym upomnienie, momentalnie poczułem skruchę i już ani myślałem się z nią nie zgadzać, a co dopiero kłócić. Rzuciłem jej tylko przepraszające spojrzenie i nie wracałem do tematu. Niech będzie - może faktycznie jakieś tam cnoty rycerskie posiadałem... skoro Bella tak uważała, to pewnie tak było. W moim mniemaniu była dosłownie księżniczką, a kto jak nie księżniczki zna się na rycerzach najlepiej? Ot, i wszystko jasne.
Staruszkowie zostali pożegnani, a my ruszyliśmy dalej, do kolejnych potrzebujących.
Nawet na mnie ta chata robiła ponure wrażenie, a co dopiero na wrażliwej Belli? Kiedy zaczął jej się łamać głos, odruchowo położyłem jej rękę na ramieniu, choćby w ten sposób starając się jej dodać otuchy. Nie, raczej podczas... czarowania nie chciałbym się znajdować w pobliżu, ale...
- Zrobię co będę mógł - obiecałem zanim zapukałem do drzwi domostwa. A obiecałem nie tylko po to, żeby ją uspokoić, ale tak właśnie zamierzałem zrobić.
Wtedy też drzwi się otwarły na oścież, dziecięcy rumor stał się donośniejszy, a nim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, coś z piskiem na mnie wpadło. A właściwie ktoś. Zaskoczony odruchowo złapałem dzieciaka, który właściwie na mnie wyskoczył w nagłym przypływie entuzjazmu. Nie znałem go i nie wiedziałem czemu tak właściwie nazywa mnie Bobbym, ale malec był tak uroczy i tak się cieszył, że nie miałem serca jeszcze wyprowadzać go z błędu. Pewnie powinienem... ale no...
- Cześć, a tobie jak na imię, bohaterze? - zagadnąłem chłopca uśmiechając się szeroko.
Generalnie nie miałem nigdy za wiele do czynienia z dziećmi, czego poniekąd żałowałem - w końcu marzyło mi się rodzeństwo. No, ale teraz miałem okazję się trochę z dzieciarnią oswoić i... całkiem mi to odpowiadało. Jakoś w ich towarzystwie poczułem się jak w swoim żywiole, choć... czy słusznie? To się jeszcze miało okazać.
Póki co jednak schyliłem się po upuszczoną przez chłopca książkę, żeby mu ją podać, a ten to momentalnie wykorzystał wdrapując mi się na ramiona. Parsknąłem tylko śmiechem, nie mając nic przeciwko temu. Dzieciak był tak lekki, że nawet nie obawiałem się utraty równowagi z tego powodu.
- Tylko się trzymaj - ostrzegłem już z książką w ręku powoli się prostując. Zaraz potem zadarłem głowę, żeby na niego spojrzeć i się uśmiechnąć jeszcze szerzej.
- No popatrz, teraz ty też jesteś wielki - zauważyłem pogodnie i podałem mu książkę, na którą wcześniej rzuciłem okiem z ciekawością. Spojrzałem jeszcze rozczulony na kucającą Bellę rozmawiającą z jedną z dziewczynek, po czym odszukałem wzrokiem matki całej tej ferajny.
- Dzień dobry - przywitałem się w końcu z gospodynią. - Jesteśmy z sąsiedztwa, Bellę już pani zna... - spojrzałem na swoją towarzyszkę. - Nie chcemy przeszkadzać, przyszliśmy tylko z takim skromnym podarkiem - wyciągnąłem w stronę kobiety rękę z koszykiem z pieczonymi ziemniakami. Powoli też ruszyłem z miejsca, chociaż nie było to takie łatwe - pozostałe dzieciaki mnie otoczyły, wyraźnie też chcąc być noszonymi na barana.
- Trzeba się nawzajem wspierać w tym trudnym czasie - dodałem uśmiechając się ciepło, żeby nie miała wątpliwości, że nie chcemy nic w zamian.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Louis pochwycił skoczne ciało malca, ale Bella czuła, że właśnie tak będzie. Chłopiec wyraźnie odnalazł w nim swojego baśniowego przyjaciela. Obydwoje nie musieli dopytać, nie musieli rozumieć, obdarowywali się zabawą, w powietrzu zapachniało obietnicą przygody. Porwane do podniebnego lotu ciało zdawało się nagle otrzymać najpiękniejsze ze skrzydeł. Kątem oka wyłapała, jak dziecko sprytnie wspięło się na męskie ramiona, dobrze wiedząc, że z tej pozycji ujrzy rzeczy, o których wcześniej nie miało pojęcia. Obserwując tę scenę, mimowolnie pomyślała o tym, że panicz Bott byłby doskonałym ojcem. Nie odrzucił nieco napastliwych dziecięcych ramion, nie zraził się nagłością i dziwacznością tej intensywnej uwagi.
Nagle znaleźli się w kręgi małych ocząt. Złapani w pułapkę na werandzie nie mogli tak po prostu odejść. Annabelle uśmiechała się słodko i machała brzegami wypłowiałej sukienki, aby pokazać Belli, jak materiał pięknie się kołysze. Była bardzo zawstydzona i tylko przez palce odważyła się spojrzeć na szalonego brata dumnie wymachującego rękami przy głowie obcego mężczyzny. Isabella pogłaskała ją po ślicznych, jaśniutkich włosach. Z tajemniczej kieszeni we własnej spódnicy wyciągnęła maleńka fiolkę. Odkorkowała ją i namoczyła paroma kroplami dwa palce. – Podaj mi dłoń, Annabelle – zachęciła ją łagodnie i wyciągnęła w jej stronę rękę. Gdy dziewczynka wykonała ten gest, Bella lekko posmarowała miejsce na nadgarstku. – Powąchaj, to są perfumy. Perfumy od damy dla damy. Podobają ci się? – zapytała z uśmiechem, obserwując, jak Anna przystawia wonną skórę do nosa. Potrząsnęła główką. Po jej obu stronach znalazły się wkrótce zainteresowane dziecięce twarze. Wszyscy chcieli powąchać. – Skoro tak, zasłużyłaś na odrobinę magii – kontynuowała tajemnicze przedstawienie, kusząc wciąż więcej i więcej rozbieganych ocząt. W tle słyszała, jak Louis zabawia małego rzezimieszka. Wyciągnęła dłoń w stronę malutkiej szyi i lekko przesunęła wilgotnym palcem po gładkiej skórze. – Ten zapach zostanie z tobą na dłużej. Jesteś już teraz prawdziwą księżniczką. Czy to nie wspaniale? Och, proszę, weź tę fiolkę. Możesz podzielić się z siostrami. To wiosenne kwiaty, delikatne, świeże uczucie – opisała woń, upewniając się, że dziewczęta będą wiedziały, co należy z tym zrobić.
Gdy zaś w progu stanęła matka, Bella podniosła się i wyprostowała plecy, witając się z nią uprzejmie. – Miło was widzieć, Meggie – obwieściła leciutko, wciąż zauroczona dziecięcymi uśmiechami. – Droga pani mamo, drogie dzieci… mamy nadzieję, że nasze ziemniaczki wam zasmakują – dopełniła słowa swego towarzysza i z wdzięcznością na niego popatrzyła. Należało powoli wyplątać się z tych młodych ramion i ruszać dalej w drogę. Podziękowała uprzejmie i dygnęła – jak prawdziwa dama – bo i pośród pięknych dam i paniczów się znajdowała. Cofając się powolutku w stronę bram, zaczepiła sukienką o kawałek porzuconej na podwórzu, rdzawej maszyny. – Och, nie! – pisnęła, pociągając mocniej za materiał. Sukienka się przedarła, ale Bella zdołała się uwolnić. Na ścieżce ze smutkiem przyjrzała się tej stracie. – Będę musiała coś z tym zrobić. Tak niewiele sukienek już mi pozostało… - Westchnęła, posyłając Louisowi nieco pochmurne spojrzenie. Wypuściła jednak spomiędzy palców rąbek materiału i objęła ramię swego towarzysza. – Tak się cieszę, że to zrobiliśmy. Czuję się teraz tak lekka i szczęśliwa. Louisie, te dzieci muszą mieć tyle marzeń. Chciałabym móc spełnić chociaż część z nich… - rozprawiała głośno, kiedy wędrowali już do Kurnika. Bott nie mógł liczyć na spokojną wędrówkę w ciszy. Nie przy niej. Nie przy Isabelli.


zt :pwease:
Isabella Cattermole
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Chata starej pustelniczki - Page 2 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn

Powrót do góry Go down

(strasznie przepraszam, ja tylko na postka, muszę świstoklik zrobić)

10 listopada 1957

Żal było tego wesela, które wczoraj Alexander i Ida musieli odwołać. Beckett szykował się na tańce, a ostatecznie skończyło się to wycieczką po połowie Doliny Godryka, aby poroznosić tort. Oczywiście, czas spędzony z małą Amelią Moore, dał mu do myślenia. Nawet jeśli to było jeszcze dziecko. Mógł porozmawiać z sąsiadami, a plecy po niesieniu tak ogromnego ciasta już prawie go nie bolały. Żal tylko było tej potańcówki, ale to nic... Jeszcze będą podobne czasy.
Od kiedy zaczął bardziej udzielać się w wojnie, musiał się lepiej przygotować. Jeśli ktokolwiek złapałby go ze świstoklikiem prowadzącym prosto do jego domu... Aż strach było myśleć, co mogłoby się stać. Dla bezpieczeństwa Trixie nie mógł tak ryzykować. Jeśli ktokolwiek niepowołany wdarłby się do Warsztatu, to mogłoby zagrozić jej bezpieczeństwu, a przecież była ostatnim, co mu w życiu zostało. Czort jeden wiedział, co takiego mogło się wydarzyć w przyszłości...
W Dolinie Godryka mieszkał już od prawie 40 lat, więc większość terenu znał na pamięć. Zapuszczając się często do lasu na grzyby, widywał tę chatę, czasem nawet podchodził bliżej. Wydawała się być kompletnie opuszczona i to od dawien dawna. Dla osoby, która nigdy tam nie była, która nie pochodziła z Doliny, ciężko było też rozpoznać, gdzie dokładnie się znajduje, więc to miejsce Beckett wybrał na "awaryjne". Było wystarczająco blisko do domu i do lecznicy, ale wystarczająco daleko by nawet przy przechwyceniu świstoklika, nie pozostawić żadnego tropu. Z kieszeni wyciągnął mały drewniany grzebień, który położył na jednym ze ściętych pieńków nieopodal chatki. Oprószony księżycowym pyłem, lekko pobłyskiwał w słabym świetle listopadowego słońca. Miał służyć dla dwóch osób. Użyje go gdy będzie taka potrzeba, ale będzie nosić przy sobie. Na wszelki wypadek. Tak właśnie postanowił i tego będzie się trzymał. Wsłuchał się tylko w ciszę dookoła, upewniając się, że jest tam sam. 
Wziął jeszcze krótki oddech i wycelował w mały drewniany grzebień różdżką i spokojnym głosem wypowiedział inkantację - Portus.

świstoklik typu I z księżycowego pyłu (st 40), numerologia IV, przedmiot: drewniany grzebień
jeśli udane - zt


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 51
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Chata starej pustelniczki - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Te dzieciaki to był chaos w czystej postaci. Jedno gadało przez drugie, krzyczały, śmiały się, ciągnęły mnie za rękawy... a ja byłem zachwycony, że nareszcie tyle się wokół działo. Na chwilę zamieniłem się w starego siebie - skaczącego, śpiewającego i żartującego w najlepsze. Udawałem wielkiego niedźwiedzia, stałem się wierzchowcem dla całego rodzeństwa, no i oczywiście bohaterem Bobbym ku uciesze dzieciaków. Zresztą sam też doskonale się bawiłem. Od czasu do czasu spoglądałem w stronę Belli, która zdradzała jakieś kobiece tajniki dziewczynkom. To właśnie jej widok przypomniał mi, że choć było bardzo miło i wesoło, to jednak zjawiliśmy się tutaj w konkretnym celu i że niedługo trzeba będzie wracać do Kurnika.
Kiedy żegnaliśmy się z gromadką urwisów, byłem już lekko zmachany (okazało się, że rumakiem dla każdego z nich miałem być aż po trzy razy), ale uśmiechnięty. Zapewniłem wszystkich, że z pewnością ich odwiedzę i to szybciej niż później i wreszcie ruszyliśmy w drogę powrotną. Nie obyło się jednak bez kolejnej przygody.
- Uważaj...! - ostrzegłem swoją towarzyszkę, ale za późno. Jej suknia zaczepiła się o metalowe ustrojstwo, Bella pisnęła i usłyszeliśmy dźwięk rozrywanego materiału.
- Nic ci się nie stało? To tylko sukienka? - upewniłem się. Dla mnie to faktycznie była tylko sukienka, bo przecież o ile gorzej by było, gdyby Bella zaczepiła o ten sprzęt nóżką? Na szczęście nic takiego się nie stało... chociaż kiedy wspomniała, że ma już coraz mniej sukienek, to trochę mi się głupio zrobiło. Dla niej przecież to były ważne rzeczy, prawda?
- Jestem pewien, że da się ją jakoś naprawić - zapewniłem starając się ją pocieszyć. Ech, dla Belli to sam bym się mógł nawet nauczyć szyć, chociaż... miałem wątpliwości czy nabrałbym kiedykolwiek takiej wprawy, żeby naprawiać suknie balowe Belli. Na pewno znajdą się w tym bieglejsze osoby w okolicy. A może po prostu wystarczy sama... magia?
Szybko jednak zmieniła temat, co przyjąłem z ulgą - to oznaczało chyba, że nie przejmowała się AŻ TAK bardzo tą suknią...?
Uśmiechnąłem się, kiedy oparła się na moim ramieniu i w ten sposób spacerkiem szliśmy z powrotem do Kurnika.
- Nie mogę uwierzyć, że dotąd nie znałem tej rodziny! - oświadczyłem. - Dobrze, że tu przyszliśmy. W ogóle w Dolinie Godryka jest tylu wspaniałych ludzi, nie uważasz? - uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Może... może to całe miasto wcale nie było mi potrzebne do szczęścia? Tu miałem Lexa, Idę, Bellę... i oczywiście Juliana. Miałbym ich zostawić na rzecz Londynu? I sporadycznie odwiedzać...? Nie, to byłoby zupełnie bezsensu. A pozostali mieszkańcy Doliny? Zdążyłem się już do nich przywiązać w mniejszym lub większym stopniu. Tworzyliśmy swego rodzaju wspólnotę, a w mieście? Co miałbym w mieście? Tutaj też mógłbym sobie ułożyć życie - z nimi wszystkimi u boku. Tak, teraz byłem tego pewny.

[zt]


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

22 listopada 1957 r.

Biegła. Świetlisty pantofelek naciskał na rozmiękłą ziemię, wokoło chlupało. Dręczone ciasnotą gorsetu oddechy kotłowały się i nie mogły dobrze ułożyć. To pęd, to zabłocone końcówki sukni, jakiej nikt z mieszkańców Doliny Godryka raczej nie widywał. Może teleportowała się wprost z książęcej sali balowej? To zmokła dama, którą złapała jesienna ulewa, gdy zbyt nieroztropnie dała się skusić błyszczącemu słońcu. Tymczasem wystarczyło pół godziny, by nad malowniczą krainą zebrały się szare chmury. Dziewczęcy krzyk i zawieszona ponad głową torebeczka migały między leśną ścieżką. Za tamtym skupiskiem złoto-czerwonych drzew kryło się kłębowisko domów. Jeden z nich należał do Isabelli, tam w przyjemnym saloniku płomień rozgrzewał dłonie domowników. Tam w małe okienka uderzały ciężkie, ciekawskie krople. Wszystkie kury pochowały się w drewnianej budce, a w ogrodzie, pod szklistym zakątkiem zielarki prężyły się zachwycone duchotą pędy. Ich opiekunka gnała gdzieś zgubiona i całkiem nieidealna, niedopasowana do eleganckiej falbany i oburzona kałużami w bucikach. W sercu niewielkiej mieściny odwiedzała sklepik z tkaninami. Ślub zbliżał się wielkimi krokami, potrzebowała dobrać koronkę do rękawów i wybrać odpowiednio miękki tiul na czwartą, piątą i siódmą warstwę śnieżnobiałej kreacji. W uroczym saloniku spędziła jednak zbyt wiele minut, a wszystko przez za długi ciąg cyfr na srebrzystych metkach. Długi nawet jak na skromność tutejszego regionu. Kiedyś nie spoglądała na ceny, kiedyś potrząsała sakiewką pełną tatusinych monet i tylko przebierała w znakomitościach. Ubierała się u Parkinsonów, rzadko nosiła sukienkę więcej niż raz w jednym sezonie. Teraz już nic nie było takie same, ze smutkiem i rozczarowaniem wciskała ubraną w jasną rękawiczkę dłoń do wąskiej torebeczki. Ani śladu brzękających galeonów. To samo w kieszeniach płaszczyka. Z siedmiu warstw zrobią się dwie, a fantazje o koronce będzie musiała transmutować w coś o wiele skromniejszego. Marzyła, by tego dnia odtworzyć wyjątkowość, w jakiej przyszło się narodzić, by nadać temu nową formułę. Miała pogodzić dawne życie z tym nowym, zjednoczyć płynącą w niej błękitną krew z domem i ludźmi, którzy teraz stanowili jej jedyną rodzinę. Kolejno odrzucała więc materiały, kręciła nosem jak wielka panienka i, nawet w otocze słodkich uśmiechów i zachwyconych ocząt, pracownice zakładu zaczynały mieć dość tak niekonkretnego dziewczęcia. Wpadła tu jak iskra, natchniona, niesiona marzeniem, z entuzjazmem opowiadała im wszystkim o wspaniałej ceremonii i tym szczęśliwym dżentelmenie. Tymczasem wszystko na nic, bo strojną falbanę mogła jedynie przyłożyć do nieskazitelnie bladego ramienia. Nie zabierała niczego do domu, podziwiała i cichutko wzdychała. Teraz była uboga, a za kilkanaście tygodni miała wystąpić jako panna młoda. Dyskretnie pociągnęła nosem, upewniając się, że nie widać jej znad wieszaka z kolorowymi tasiemkami. Marne to trudy.
Gdy wychodziła, czuła się jak ta paląca się kulka papieru, która wtrącona do kominka gaśnie, a przecież miała wzniecić prawdziwą ścianę ognia. Na domiar złego już na dwóch schodkach sprężyste loki maźnięto złośliwie deszczem. Grzmiało, drobne krople stawały się coraz bardziej brutalne, a sprężysty krok panienki przerodził się w szaleńczy bieg. Domu, szukała domu. Droga do Kurnika wydawała się nagle tak odległa, a pelerynka szybko chłonęła wilgoć. O wielka Wendelino! Dlaczego ogień zawsze przegrywał z wodą? Długa, dość strojna kreacja zaczynała ciążyć, dama nie przywykła do tego, by tak długo przebywać na deszczu. Powinna ją osuszyć, ale nigdzie nie natrafiała na sprzyjający iskrom daszek. Dopiero tamta chatka, dość stara i trochę przerażająca. Wątpliwa weranda wabiła suchą kryjówką. Spomiędzy pomazanych czarnymi smugami okien nie wydobywało się żadne światło i żadna twarz. Zboczyła tam, dość pewnie niemądrze, ale za nic nie umiałaby dojść w tym stanie aż do ukochanej furtki. Musiała przeczekać najgorszą falę ulewy. Pantofelek przycisnął deskę na schodku, paskudy dźwięk wydostał się spod podeszwy. Isabella prędko wbiegła wyżej i osłoniła ciało przed natarczywymi kroplami. Pod dachem uspokoiła nieco zmęczone maratonem serce, a potem popatrzyła w dół, prosto na pochlapaną błotem sukienkę. - No nie! Ależ ze mnie szkarada! – zawołała, a potem z jakimś dziwnym grymasem wypuściła powietrze z ust. Przecież to się nie godziło. Była... była brudna, mokra i rozczarowana. Chlipnęła sobie pod nosem, a potem przetarła osłonięte ciążącym okryciem ramiona i zaczęła nucić, tak na pocieszenie, pieśń o legendach potężnej ognistej przodkini, niepokonanej wiedźmy, która w ogniu budowała swą wielką siłę. Choć nie miała już prawa nazywać się jej córką, choć nie mogła wzywać Selwynowych błysków, wciąż czuła się, jak element tej wielkiej historii. Z rękawków wycisnęła wodę, a potem lekko zachwiała się całą postacią. Oparła plecy o pokrytą drewnianymi deskami ścianę i popatrzyła na zawieszoną na werandzie gęstą pajęczynę. Czy ktoś w ogóle tutaj pomieszkiwał? Brzegiem dłoni otarła mokre policzki. Przerwana na chwilę piosenka mogła być wkrótce kontynuowana. Cicho niosła się leśnej pustce, tłumiona przez burzową wariację, prawie nieusłyszana.
Isabella Cattermole
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Chata starej pustelniczki - Page 2 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn

Powrót do góry Go down

Listopadowa pogoda przez cały czas sprawiała wrażenie dość nieprzyjaznej, jakby pogoda usilnie starała się pokazać, że nie są mile widziani, przynajmniej odczuwałem to przy każdym wyjściu z mieszkania. Kirył nie potrzebował wychodzić nazbyt często, ja z kolei szukałem wyjścia z całej tej opresji. Kolejny poranek spędzony na zaczytywaniu się w jedną z niewielu rosyjskich ksiąg, które zabraliśmy z domu. Potężna Londyńska Biblioteka, która jakiś czas temu stała się moim miejscem kultywowania nauki sprawiała, że nie musiałem mieć tomów na własność, wystarczyło tam tylko przyjść. Bardzo możliwe, że przywoływała mnie również atmosfera. Powolność i skupienie oraz co najważniejsze - możliwość nauki bez momentami impulsywnego brata, który potrafił porządnie przyłożyć za nieprawidłowe sformułowanie wyrazów. Wiedziałem jak ważne było opanowanie tego wszystkiego, musiałem sprostać, nie było innego wyjścia, bo choć nie byliśmy już sami, wciąż potrzebowałem możliwości operacji swoim najbardziej efektywnym narzędziem, mowa oczywiście o zdolnościach oratorskich. Powoli coraz sprawniej poruszałem się w podstawowych zwrotach, choć nijak nie potrafiłem jeszcze nadążyć z tempem narzucanym przez rozmówców. Nienawidziłem barier, nigdy nie było mi pisane osiadać na laurach, a tym bardziej przyjmować porażkę, przecież cały czas wierzyłem, że jestem ponadto, choć nie miałem niczego potwierdzającego ten stan umysłu. Wchodząc na dziedziniec, nie byłem do końca pewien czy mądrym pomysłem jest wejście do środka. Drewno chętnie spiłoby kropelki oferowane przez długi płaszcz, jednak nie sądziłem, żeby godziło się tak paradować w nieco wilgotnym stroju, włosy już nieco oklapły, bo nieprzyzwyczajony zwykłem nosić tylko odzienie wierzchnie na plecy, nie głowę. Przystanąłem przed wejściem, czujny wzrok wyłapał ruch gdzieś w oddali zaś z bliska jedynie fontanna przypominała o płynącym równolegle z każdą kroplą czasem. Wyciągnąłem kieszonkowy zegarek skryty w wewnętrznej kieszeni płaszcza narzuconego na flanelową, białą koszulę i sprawdziłem co dzieje się z bratem. Wskazówka mówiła, że był w domu bezpieczny, nic więcej nie potrzebowałem, żeby śmiało już rozpocząć wędrówkę myśli po kolejnych dziełach, które zdołałbym dzisiaj pochwycić. Niestety dreszcz przeszedł wzdłuż mojego skrytego pod łukiem budynku ciała. Nie byłem przygotowany na takie zimno, choć moja tendencja do zimnolubności nie zaprzeczała przyjemnym dreszczom spływającym po ciele. Chyba faktycznie należało zabrać jakiś parasol, ale nie bez powodu jest się czarodziejem, czyż nie? Jasna różdżka z sykomory pojawiła się na widoku i kiedy już otwierałem usta, by wymówić zaklęcie suszące, niespodziewanie kichnąłem w przestrzeń.
Nagłość nieopanowanego gestu spowodowała, że po raz pierwszy pozwoliłem sobie na odsłoniętą twarz, cóż za wstyd. Czujnym wzrokiem rozejrzałem się wokół, jednak zamiast reprymendy poczułem krople jeszcze bardziej przyciągające moje włosy do twarzy. Czułem się jak mokry szczeniak, który ujrzawszy jakąś chatę, szybko skierował tam swoje kroki, jakbym szukał jakiegoś skarbu! Niedługo musiałem czekać na zmniejszenie dystansu z tyłami domu, warto byłoby odnaleźć jakieś wejście i kiedy już byłem prawie pewien, że nikt nie zamieszkiwał rudery, usłyszałem głos. Damski, lekki, trochę jak promyk słońca próbujący przebić się przez poranne chmury, może nawet bardziej przesłyszenie w wietrze i deszczu niż faktyczny śpiew. Nie miałem czasu na zastygnięcie, po prostu wyciągnąłem różdżkę. Gdzie się podziałem?
Stanowczo, choć niespiesznie obszedłem dom, już wychodząc zza rogu, zauważyłem jakąś mniejszą postać o nie tylko damskich rysach, ale również jasnych włosach. Zdezorientowany zlustrowałem ją z góry do dołu, robiąc to oczywiście dyskretnie, na tyle by nie zdążyła zdać sobie sprawy z tego, że sprawdzałem, kim była, a pewnym stała się sugestia umysłu mianowicie - nie mieszkała w tej ledwo stojącej ruderze. Byłem przekonany, że z tym miejscem wiązały się jakieś przebrzydłe historie, o ile nikt poza naszą dwójką nie zapomniał o tym skrawku świata.
- Pani - zacząłem po angielsku z mocnym akcentem, byłem już przygotowany, zbliżyłem się pod werandę, choć nie wszedłem po schodkach, nie chcąc jej przestraszyć, tym bardziej że musiałem skłonić nie tylko głowę, ale i resztę ciała w dygnięciu do damy. - dzień dobry. - dokończyłem, szukając kolejnych słów, które mogłyby uratować sytuację, żebym mógł się spytać, czy nie będzie problemem, jeśli skryję głowę po drugiej stronie werandy, bo przecież... była pierwsza. - Schować ja? - spytałem łamanym angielskim, pełną dłonią próbowałem wskazać na miejsce pod werandą. Niech tylko pozwoli mojemu moknącemu ciału schronić się pod dachem, nawet tym prowizorycznym! Nawet nie próbowałem sprawdzać różnic we wzroście, a tym bardziej jakoś bardziej zapoznawać się z jej twarzą, choć w oko wpadły mi już poszczególne cechy. Nie byłem w stanie również omieszkać jej stroju. Musiało być zimno, jak mnie. Przeklęta ta Anglia, choć czy aby na pewno to wciąż ten sam kraj? Kirył mnie zabije jeśli nie wrócę na kolację.
Kostya Kalashnikov
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : 14
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089

Powrót do góry Go down

Niezrażona melodią ponurych chmur wyliczała te wszystkie krople na ciele, zastanawiając się trochę pod nosem, a trochę w myśli, czy mogłaby wzniecić taki ogień, by one wszystkie wyparowały. By uleciały z ciężkiej spódnicy, by przestały lepić tkaninę do ramion i oddały jej wyrwaną w burzy lekkość i delikatność. Bo w tej mokrej plątaninie warstw, włosów i nieznośnego bałaganu czuła się przytłoczona. Nie lubiła tego uczucia, nie znosiła, gdy coś wstrzymywało ją przed kolejnym krokiem. Chciała z ożywieniem i uśmiechem rozpalać ogniska w pustych kątach świata. Chciała kolorować swoje nowe życie, z nowym nazwiskiem i wymarzonymi zajęciami. A ten zryw deszczy, ha, ależ to było niewdzięczne! Nic jednak nie mogła w obliczu kapryśnej natury. Dobrze, że chociaż odnalazła to miłe schronienie. Miłe? Prędzej straszliwie. Gdy przestąpiła z nogi na nogę, kiedy tupnęły lekko pantofelki w spróchniałe deski werandy, prawie słyszała te stada stukających w drewno korników. Ponad głową wznosiły się baldachimy pajęczych jedwabiów, które nijak nie przypominały tych delikatnych materiałów, z którymi miała do czynienia w pałacu salamander. Za sobą zaś brudzące zbitki desek, pomazana, nisko osadzona okiennica ze szkłem zbyt mętnym i sekretnym, aby dało się podejrzeć choćby rąbek nadziei, wyłapać najbardziej marne pocieszenie. Jak to możliwe, że wodospady wody nie zdołały położyć tych ścian? Bardzo podatna wyobraźnia chętnie przyciągała niestworzone obrazy i dość niebanalne scenariusze, w których wodne smugi oplatają ciasno starą chatę, byleby tylko odsłonić kryjącą się we wnętrzu niepewność. A ogień? Gdyby tylko płomyk mógł uczepić się suchego drewna wewnątrz, gdyby tylko znalazł dla siebie ledwie jeden kawałek – tak zająłby wszystko od wewnątrz i zawstydził tysiące wodnych mrugnięć. Słońce mogło być nieobecne, parzące słońce zawsze można było stworzyć tak jak cudne Selwynowe fajerwerki na najbardziej ciemnym, nocnym niebie. Samo ich wspomnienie rozczuliło byłą szlachciankę, bo przecież już nigdy nie ujrzy najbardziej symbolicznego kawałka własnego dziedzictwa. Bez herbów i tytułów – teraz musiała uczyć się, jak wydobyć z siebie pożar bez udogodnień, jak sięgnąć po niego do głębi siebie. Na pewno jednak nie teraz, nie w tej okropnej pogodzie, kiedy niebo płakało nad najpiękniejszą Doliną Godryka.
Śpiew drażnił te krople, prowokował, by jeszcze głośniej demonstrowały swą moc. To była gra żywiołów. Walka zapędzonego pod dach ognia, który był zbyt mokry, aby zagrozić rozczulonemu niebu. Jeszcze przez chwilę więc usta składały się w nucone delikatnie, nieśpiesznie słowa. Kaptur opadł na plecy, a odgarnięte na boki mokre pasma odsłoniły uszy dawnej arystokratki. Babka zwykła opowiadać małej Isabelli o tym, że zostali wyrzeźbieni, że tworzy ich receptura pierwotnej magii, że są idealnym wzorem czarodziejskim. Oni, szlachetne rody, idealna krew i potęga czasami tak nieoczywista, szczególnie u damy. Były niesamowite dłonie, gładzone przez bogów pożarów palce i zachwycające ogniki w niepozornym spojrzeniu. Choć oczy miała zielone, przyłapywała w nich czasem obecność wielkiego światła. Nie bez powodu strzeżono tych genów, nie bez powodu pielęgnowano wszystkie arystokratki jak ostatnie kwiaty tego świata. Teraz, gdy wyglądała jak byle pomywaczka złapana w sidła niepogody, nikomu nie przyszłoby na myśl, że jest w niej coś wyjątkowego. Teraz dawne prawdy już wcale nie miały znaczenia. Po prostu przywoływała melodię, odganiała parującymi nutami wiatry zawistnej wilgoci. Byleby sobie stąd poszła. Choć radości w sobie chowała mnóstwo, deszcz budził w niej niepokój. To też wyniosła ze złotej kołyski. Pociągnęła nosem i z grymasem popatrzyła na stado upartych kropli. Wciąż nic. Przygarbiła się trochę. Nie do końca pewnie się czuła na terenie tak tajemniczej posesji. Lepiej niczego nie dotykać.
A on? Uniosła główkę. Cóż to za głos, co za dziwny akcent, trochę szorstki. Nijak nie przypominał romantyzmu francuskich lordów, nie był też tak swobodny jak czar włoskiej operetki. Któż to? Próżno szukać w nim gwałtowności. Nie odważył się stanąć przy niej, krople spływały mu po nosie. Był młodzieńcem. Bardzo wysokim, ciągnął się aż do tych szarych obłoków. Może nawet mógłby czołem dotknąć dachu. – Dzień dobry – odpowiedziała trochę podejrzliwa, trochę ciekawa. Cóż to za zjawisko? Dygnął! Ojej! Odruchowo chwyciła dwa rąbki sukienki i również skłoniła się na powitanie dokładnie tak, jakby witała młodego lorda, a nie przypadkowego przechodnia w dolinie. A jeśli to ktoś, kto ją rozpoznał? Nie, chyba nie znała tej twarzy. Był powabny, młoda dusza z manierami. Ucieszyła ją myśl, że ktoś, ktokolwiek potraktował ją z taką niesamowitą grzecznością. Być może powinno ją to bardziej zaniepokoić, ale tym razem wygrało to drugie uczucie. Skądkolwiek się wziął, najwyraźniej i jemu pogoda postanowiła spłatać psikusa. Angielski dość skromny, przeplatający się z obcą nutą. To gość z dalekich stron. – Schowaj się, schowaj, proszę – odpowiedziała natychmiast, gestem dłoni wskazując na kawałek wolnego miejsca pod werandą. Przecież to nic złego. Biedaczyna moknął tak samo jak ona. Ileż by dała za ciepło promiennego kominka. Panicz, zdaje się, odciągnął uwagę damy od chłodu zaplatającego się na jej ciele. Przyglądała się mu ukradkiem spod mokrej kupki loczków. Milczenie jednak nie było czymś, co zwykła często praktykować. – Skąd się tutaj wziąłeś? – zapytała najpierw. Pękła tama ciekawości. – Czy tobie ta chatka też wydaje się taka upiorna? Mam nadzieję, że nie zamieszkuje jej jakiś zły pan. Nigdy nie widziałam, by w tych okienkach paliło się światło, ale… Spójrz, czy także myślisz, że to miejsce jest przerażające? – zaczęła zarzucać nieznajomego kawalera lawiną słów. – Myślałam, że już dość dobrze poznałam dolinę, ale teraz wydaje mi się, że ma w sobie mnóstwo niespodzianek. Ileż bym dała, by znaleźć się przy palenisku i popatrzeć, jak drewno znika w ogniu – mówiła natchniona, a jej oczy wciąż spoglądały na pole drzew przed domem. Później jednak obróciła głowę i popatrzyła w stronę młodzieńca. – Potrafisz przegnać deszcz? Och, tak właściwie to… - urwała, bo nagle przypomniała sobie, że chłopiec ten nie mówił płynnie po angielsku. – Mówię zbyt pośpieszenie? Wybacz mi – zapytała trochę mniej pewna i ulokowała spojrzenie na tym mokrym licu.
Isabella Cattermole
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Chata starej pustelniczki - Page 2 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn

Powrót do góry Go down

Czknąłem, czy kichnąłem? Cóż to za różnica, kiedy krople spływały po koniuszkach włosów, dostając się tam, gdzie zimno uczucia chłodu i mokrości pozwalało przebiec po moim karku dreszczom nieprzyjemności. Mimo to stałem tam wpatrzony w dziewczę, które swoimi ruchami ani trochę nie przypominało byle mieszczanki. Może tylko chciałem tak myśleć? Jej dygnięcie było wystarczającą odpowiedzią. Musiała trafić tu przypadkiem, choć czy aby na pewno? Los płatał różne figle, większość z nich nie była nawet tak zabawna, jak powinna, w kącikach jej oczu zauważyłem brak komfortu, a może znowu tylko mi się wydawało? Nie, przecież nie mogę sobie pozwalać na pomyłki. Była zagubiona. Słowik schwytany w mroku przez niepogodę. Wydawała się dosyć dobrym okazem do mojej kolekcji, która zważywszy na brak szczególnych znajomości na Brytyjskich wyspach, mogła okazać się przydatna. Każdego można było wykorzystać.
Nagły gest przyzwolenia pozwolił mojemu ciału na skrócenie dystansu z werandą. Lekko schylony uważałem, aby żadna z nici pajęczyny nie próbowała przykleić się do moich nieco mokrych, oklapłych włosów. Stanąwszy w przyzwoitej odległości od dziewczęcia, przeczesałem głowę ręką, pozwalając niewsiąkniętym kroplom osiąść na mojej dłoni. Kolejny dreszcz przeszedł wzdłuż mojego nieco zbyt cienko okrytego ciała. Nie powinna widzieć, bo przecież litość nie była tym, co chciałem wzbudzać. - Dziękuję - mój mocny akcent ponownie przeciął powietrze, które pomimo deszczu nie wydawało się tak chłodne. Wzrokiem starałem się patrzeć gdzieś na schodki werandy, żeby tylko nie musieć posyłać w jej kierunku uprzejmych uśmiechów, bo też nie chciało mi się ponownie udawać, że sytuacja jest komfortowa. W myślach wertowałem zaklęcia, szukając tego odpowiedniego do rozgrzania ubrań. Napiłbym się kakao, choć Kiro z pewnością zdążył już wyżłopać ostatnie krople wspaniałego trunku. Przeklęta Anglia. Wciąż pozostawało pytanie, gdzie jestem?
Moje rozmyślenia przerwała nieznajoma. Cieszyłem się, że przejęła ster i spróbowała nieco umilić nam te kilka minut niepogody, a raczej chciała sprawdzić, kim jestem. Niektórych należało brać na przetrzymanie, z nią nawet nie było ciężko. Zielononiebieskie tęczówki odnalazły drobną twarz panny, pozwalając lekkiemu uśmiechowi objąć również kąciki w oczach, najpierw należy wzbudzić zaufanie. Mówiła dużo, a nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, bardzo dobrze. Przywodziła na myśl skaczącą pośród pola łanię, która przemieszcza się zbyt szybko by móc ją uchwycić. W rzeczywistości wystarczyło tylko odpowiednio wycelować, a z tym nigdy przecież nie miałem problemów. Zamiast błądzenia po jej twarzy skupiłem się na słowach, które przebijały się pojedynczo z niezrozumiałego bełkotu. Nie lubiłem uchodzić za ignoranta, a tym bardziej idiotę, dlatego bez zbędnych przeszkód kulturalnie pozwalałem jej się wygadać. Chata, zły, okna, światło - strach? Bogata mimika przy wypowiadanych słowach była wspaniałym drogowskazem po nieznajomej historii, czy też pytaniach. Ludzie często nie zdawali sobie sprawy z tego, że najdrobniejsze gesty samej twarzy potrafiły powiedzieć więcej niż tysiące słów, a ja lubiłem obserwować. Zapadlina, czy dolina? Ogień... tak to było pewne, również chciałem się ogrzać, być może w środku zdołalibyśmy odnaleźć upragnione ciepło? Dalej było coś o deszczu, aż w końcu obróciła głowę w moją stronę, pozwalając dojrzeć ją w pełnej okazałości. Nie znałem się na rysach twarzy na tyle, by móc stwierdzić, kim była, jednak jej wręcz dziecięce podniecenie widoczne w słowach wyrzucanych niczym zaklęcia w trakcie pojedynku wystarczyło mi, żebym domyślił się o jej młodym wieku. Może nawet rówieśnica? Młodsza? Może trochę starsza? Ciekawe kim była.
Przeprosiła, a ja kiwnąłem głową na znak przyjęcia jej równie drobnych, co ona sama, słów. - Ja jestem z Rosji. - przyzwolenie do dorzucenia kilku swoich słów wykorzystałem po chwili namysłu. Czas na namyślenie się pozwalał dawać wrażenie wiekowości, zauważyłem to w praktyce, bardzo przydatna zdolność. - Nie bój się. - stwierdziłem wprost, bez szczególnego wysiłku wymuszając na twarzy sympatyczny wyraz. Lubiłem grać, szczególnie w te gry słowne, szkoda tylko, że nie byłem w stanie odpowiedzieć wystarczająco dużo. - Może ogień? - zaproponowałem, wskazując dłonią na drzwi o chaty, może była opuszczona? - Deszcz długi. - dodałem w ramach jakiegoś argumentu, który przecież nie był niezaprzeczalnie mocny, a jednak tylko na taki mogłem sobie pozwolić. Wolną dłonią poprawiłem płaszcz przy karku. Przez cały ten czas musiałem się lekko schylać w klatce piersiowej, żeby tylko nie dotykać niskiego daszku. Wciąż wydawało się to lepsze niż moknięcie, tylko te pajęczyny... odwróciłem wzrok od dziewczęcia, próbując dojrzeć coś przez okiennice, ba, nawet do nich podszedłem. Ciekawe czy były zabite deskami, to powiedziałoby bardzo dużo o stanie opuszczenia domu. Pnącza roślin przysłaniały wszelki widok odbierając mi możliwość przewidzenia ewentualnego spotkania z właścicielem lub właścicielką, wielka szkoda. - Ktoś tu żyje? - spytałem urzeczony drewnem wijącym się po powierzchni ściany oraz okna. Mój angielski faktycznie nabierał coraz więcej wprawy, szkoda tylko, że były to tak podstawowe komunikaty. Jutro będę musiał spędzić podwójną liczbę godzin w Londyńskiej Bibliotece, jak nic. Dłonią przejechałem wzdłuż linii najbliższego z pnączy.

1 - pnącze zareaguje i zacznie wić się dookoła nadgarstka Konstantyna
2 - roślina oplącze się wokół kostki Isabelli
3 - nic się nie dzieje
Kostya Kalashnikov
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : 14
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089

Powrót do góry Go down

The member 'Konstantyn Kalashnikov' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 1
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Chata starej pustelniczki - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Mówili, by z obcymi nie rozmawiać, by nie kusić losu, by nie nadużywać słów i gestów, kiedy nie miało się pewności, co do zamiarów tej drogiej strony, kiedy było się ledwie delikatnym dziewczęciem porzuconym gdzieś w szerokim świecie. Nawet w przyjaznych krainach straszydła potrafiły ubierać się w tak piękne buzie tak ta. Znikąd się zjawił, znikąd dał przyciągnąć zielonym oczom zmokłego anioła. Serdeczność nie pozwalała odmówić kawałka dachu i paru suchych desek, które przecież mogła dzielić z nieznajomym tak, by zachować kulturalny odstęp i jednocześnie osłonić ich przed płaczliwym żywiołem. Lecz gdyby ludzie tylko zawsze przestrzegali zasad i chodzili z wiecznie zasznurowanymi ustami, niczym ofiary złośliwego silencio, to na świecie panowałaby wielka cisza, a rzesze samotników kryłyby się w chatkach takich jak ta, bez drugiej iskry u swego boku, bez pociesznego towarzystwa i wzajemnego pociągania się ku przygodzie, odkryciu, ku miłości. Nie poznałaby Steffena, gdyby nie odważył się otworzyć ust i przekroczyć granicy i gdyby tylko sama uciekłaby jak przepłoszone paniątko z dobrego domu – chociaż może wtedy tak nakazywała szlachetna etykieta. Trudno pogodzić rozsądek z własną naturą.
Nieznajomemu wciąż się przyglądała. Młodziutki kawaler, wyglądał na tak samo zmokłego i zagubionego w tej części doliny jak ona. Potrzebował pomocnej dłoni, choć szybko miała odkryć, że wcale nie należał do tych płochliwych młodzieńców, którzy uciekali przed trującym wzrokiem kobiety. Trzymał się eleganckiej zasady, nie przerywał i pozwalał jej dokończyć myśl, a to coś, co nie zdarzało się nazbyt często. Zwykle mało kto potrafił wytrwać do końca. Rozpędzona jak świetliste płomyki Isabella nie przestawała mówić. Wychwyciła w wyrazie jego twarzy skupienie, uwierzyła, że naprawdę jej słuchał. Oczywiście wiedziała o obco brzmiącym akcencie i pewnych przeszkodach, które mogły pojawić się w rozmowie, ale było zbyt wcześnie, aby mogła tak całkowicie to ocenić. Wciągała w siebie ludzi. Zachęcała ciepłem i uwagą, jej oczy ciekawsko przesuwały się po smukłej sylwetce. W tym kaftanie nie wyglądał jej na tutejszego. Ani nie złoty książę, ani też parobek wytargany z pobliskiej stajni. O tym jednak jeszcze nie zdążyła wspomnieć, bo przywołane tematy skupiały się jednak na żarze, niewdzięcznej pogodzie i fantazjach związanych z tajemniczą chatką. Kiedy wreszcie ustała dziewczęca paplanina, oddano mu głos, choć nie mógł uciec przed zaintrygowanym spojrzeniem. Czy nie byłoby wspaniale, gdyby dotrzymali sobie uprzejmie towarzystwa do czasu, aż deszcz złagodnieje? Na tę myśl, jak na złość, gdzieś za chatą warknęły pioruny, posyłając w ich stronę błysk. Dotarły ledwie resztki nagłej poświaty. Burza nie ustawała, a nowe oczy podarowały jej rozwiązanie pierwszej zagadki. – Rosja! Przecież to tak daleko! Widziałam kiedyś rosyjski balet. Czy lubisz balet? Wasi artyści są wspaniali, jak... jak motyle! – Westchnęła promiennie i zadarła wyżej głowę, ale znów ujrzała wyłącznie deski zadaszenia i pajęczynę. Nieco rozczarowana opuściła głowę. Nie bój się. Czy powinien właśnie tak mówić? Sympatyczny cień połaskotał policzki chłopięcia, a Isabella skłonna była mu uwierzyć. Że naprawdę to wszystko minie i za chwilę przyjdzie im znaleźć się w cieplejszym miejscu. Nie boję, miała ochotę odpowiedzieć, ale ostatecznie zamknęła buzię i spotkał wyłącznie trochę zafascynowane, trochę speszone wejrzenie byłej salamandry. – Ta chata… – Przyłożyła dłoń okrytą rękawiczką do ściany domu. – jest zimna. Nie wiem, czy w środku moglibyśmy odnaleźć ogień, ale zawsze można go rozpalić. Tylko nie chciałabym wchodzić do domu, który nie jest mój. Ktoś mógłby się pogniewać, drogi… drogi paniczu z Rosji – zauważyła, zdecydowanie nie chcąc nikomu tutaj się narazić. Już jednak krótko po tych słowach zaczęła wątpić. Młodzieniec bowiem miał rację. Morza spadały z nieba, a ona nie potrafiła pływać. A on? Potrafił? W środku byłoby sucho i może nawet odnaleźliby komin, by w nim zamknąć źródło lata, źródło mocy. Już prawie się łamała, bo nieznajomy wydawał się tak mądry, odważny! Być może to zbyt daleko posunięty wniosek, zbyt naiwne przeczucie, ale postanowiła mocno się go chwycić. – A co jeśli to jest taki samotny domek, o którym zapomniał świat? – odpowiedziała, trochę dla samej siebie, a trochę w reakcji na jego pytanie. Musiała przyznać, że akcent towarzysza zaciekawił ją, wydawał się taki… taki właśnie rosyjski! Dawno już nie poznała nikogo, kto mówiłby tak inaczej. Trochę nawet jej się podobał ten głos, te ostrożne słowa, które mimo wszystko wyrażał tak, jakby dokładnie wiedział, o czym mówił. A jego dłoń, jak hipnotyzujące wahadełko magipsychiatry, przyciągała zielone tęczówki i sprawiła, że te stawały się cieniem. Głowa poruszała się, by dobrze obserwować drogę palców. Co chciał zrobić? Dokąd zaprowadzić miało go to poznanie?
– Nie! –
zawołała nagle, kiedy tylko rozpoznała charakterystyczny kształt pędu. Wcześniej kompletnie nie zwróciła uwagi na to, że stanęli tak blisko zagrożenia. I nie była nim wcale stara chata pustelniczki. Zielone nitki wypełzały z dziury w szkle, inne wiły się aż na bok i pewnie tył domu, być może wyrastały z samej piwnicy. Wiedziała, co to oznaczało. – Uważaj! Nie ruszaj się! Tentakula. Jest jadowita. Ostrożnie, nie ruszaj. Wiem, co trzeba zrobić. Nie bój się wysłała garść krótkich, kluczowych komunikatów, jakby w nawiązaniu dla jego kłopotów językowych. Wierzbowy patyczek wysunął się ze skrytki w spódnicy i skierował bliżej złośliwych pędów, które przyłapały chłopca na ciekawskim dotyku. – Oddychaj – szepnęła bardziej do siebie niż dla niego. Jedna z macek, zupełnie jakby miała oczy, świsnęła jej złowieszczo przed twarzą. Być może spłoszył ją widok różdżki, albo to zbędne zamieszanie. Byli w końcu intruzami. – Diffindo – wymówiła, kierując końcówkę prosto w kapryśne łodygi przy chłopięcym nadgarstku. Powinno wystarczyć, by unieszkodliwić roślinę.

1 – roślina się opiera i bardziej owija wokół młodego Konstantyna. Jej pędy sięgają ramienia, a inny zabłąkany zbliża się już do nogi. Zaklęcie nie zadziałało.
2 – roślina zostaje uszkodzona, przestraszyła się i wycofuje. Chwilę później okazuje się, że to tylko zmyłka i wraca do chłopięcej dłoni. Dodatkowo jednak inna macka chwyta za lewą dłoń Isabelli.
3 – łodyga zostaje przecięta, roślina płoszy się i posłusznie uwalnia Konstantyna z ucisku, zraniona przestaje się psocić.



[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Isabella Presley dnia 03.06.21 20:05, w całości zmieniany 1 raz
Isabella Cattermole
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Chata starej pustelniczki - Page 2 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn

Powrót do góry Go down

The member 'Isabella Presley' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 3
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Chata starej pustelniczki - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Dobrze wiedziałem, jak działa wrażenie bycia słuchanym, sam przecież lubiłem je otrzymywać, napalać się faktem bycia w kogoś oczach centrum zainteresowania, szczególnie kiedy mówiłem coś z ukochanych mi dziedzin. Ona nie miała pojęcia o tym, co faktycznie było moją prawdziwą miłością i czy miała się dowiedzieć? Wątpliwe, byliśmy przecież tylko losowym duetem ściągniętym pod długie, spadziste skrzydła dachu, pod którym wydawałem się przeraźliwie wysoki. Przecież wystarczyło, abym wyciągnął rękę w najwyższym punkcie, a nawet przy zgiętej ręce zdołałbym dotknąć drewnianych desek! Cóż za śmieszna chata dla gnoma, nie człowieka! Jednak, zamiast przywoływać ich rzeczywistość do faktów, gdzie ona wystąpiłaby jako niska postać, wolał utrzymywać te uwagi za zębami, bo któż lubił być wytykany za swój wzrost? Chyba tylko ja i mi podobni. Widok z góry dawał wiele przyjemności, choćby w samym spoglądaniu na każdego bez większego wysiłku, już nie mówiąc o ‘tym’ spojrzeniu, które powodowało, że osoby o skąpym wzroście zamieniały się niemal w karzełki. Uwielbiałem doprowadzać innych do przepraszania za tak absurdalne kwestie, na które nie miało się wpływu, choć gdyby tak się lepiej temu przyjrzeć… jesteśmy czarodziejami, sposób znajdzie się zawsze z lub bez kości. Wszelkie rozważania przerwał jej głos. Powtórzyła po mnie dawną nazwę mojego kraju, a potem próbowała coś o… balecie? Faktycznie, słynęliśmy ze wspaniałych baletmistrzów, jednak nie spodziewałem się, aby te słowa były do siebie tak podobne! Nie wiem, co próbowała mi powiedzieć dalej, wystarczyło, że podłapała i nie starała się drążyć więcej. Moja odwieczna obawa, kiedy proszą o pochodzenie, choć gdybym był sprytny, powiedziałbym w rodzimym języku tak, aby niezrozumiała. Następnym razem postąpię lepiej!
- Tak, балет. – przytaknąłem z rodzimym akcentem, bo przecież mówiliśmy o czymś pięknie brzmiącym w najpiękniejszym języku świata, musiało więc odpowiednio wybrzmieć, czyż nie? Panienka na pewno zgadzała się ze mną w stu procentach. Wystarczyło tylko spojrzeć, jak rozjaśniła się jej twarz na wspomnienie o mym kraju. Ani trochę nie dziwiło mnie to, że większość Brytyjczyków kojarzyła ZSRS, bo przecież któż inny jest taką potęgą na globie, jeśli nie my? расы лордов. Tęsknota za krajem była czymś więcej niż pustym słowem, jednak nie pozwalałem sobie na takie niuanse i głupoty, umysł musiał być jasny i przejrzysty, a to oznaczało skupienie na tym, co tu i teraz. Dziewczyna, brak wiedzy gdzie jesteśmy, krople deszczu dostające się za kołnierz zarówno płaszcza, jak i wełnianej koszuli… niedobrze. Mogłem bardzo szybko zachorować, w najłagodniejszym wypadku przeziębić lub – co gorsza – dostać zapalenia płuc. Oczywiście żadne z nas nie było na tyle mokre, na własne szczęście zdołaliśmy uniknąć wielu kropel wciąż bębniących o dach nad nami. Ich harmonia składała się w przyjazną dla ucha całość, szczególnie kiedy pioruny przeszywały niebo, wyładowując swoją złość w ziemi. Lubiłem, kiedy cały świat drżał, szczególnie z przyczyn tak naturalnych, jej odruchy strachu były zabawne, nie było w tym ani krzty uroku, bo przecież wykazywała się słabością, cóż z tego, że każdy dźwięk nie był spodziewany? Mimo to starałem się wykazywać przyjazne gesty, nie musiała wiedzieć, co w rzeczywistości myślałem.
Pozwalałem jej fantazjować, wymyślać, bo przecież cóż innego taka istotka mogłaby zrobić? Nie spodziewałem się, żeby mogła przełamać jakikolwiek spośród stereotypów wysoko urodzonych panienek z Brytanii, które dotychczas poznałem. Te nasze, ZSRSowskie miały prawdziwe zdolności i charakter, nawet dziewczęta studiujące w Skandynawskiej szkole potrafiły wykazać się czymś więcej. Ona przykładała dłoń, obawiała się, nawet nie musiała tego mówić, wszystko było widoczne na jej szczerej twarzy. Zamiast skupić się na tej oczywistej jasnowłosej, musiałem odnaleźć nowe źródło zainteresowania, długi palec naznaczył linię, która skończyła się nagłym uściskiem nadgarstka. Niespodziewany ruch rośliny jedynie oburzył moje oczy, które szeroko otworzyły się jakby w szoku. Brwi momentalnie odnalazły bliższą sobie drogę poprzez zmarszczenie czoła. это шутка?
Powiedziała coś, ale zamiast jej słuchać, obserwowałem pnącze, którego dotyk uporczywie zaciskał się na dłoni. Czułem, jak pręga zaczyna ścskać coraz mocniej i mocniej, kompletnie pozbawiając mnie złudzenia, że byłem bezpieczny. Próbowała gdzieś ciągnąć, wskazać drogę. Dlaczego ta roślina w ogóle śmiała skierować ku mnie pnącze? Różdżka w dłoni odnalazła się chwilę po zaklęciu nieznajomej. Zaintrygowany skierowałem na nią wzrok, dopiero wtedy orientując się, że próbowała mnie uratować. Czy ktoś ją w ogóle o coś prosił? Chłód przeszył moją pierś, jednak nie odezwałem się w żaden sposób, jedynie odsunąłem na krok od miejsca złapania przez łodygę. Przechyliłem głowę w bok, szukając jakiegoś logicznego wytłumaczenia, po co to zrobiła? Czy myślała, że będę teraz jej dłużnikiem? глупая девушка.
- Co to jest? – spytałem zamiast podziękowania, mogąc tłumaczyć się przez chwilę, że wszystko było spowodowane szokiem. Moja zaskoczona mina bardziej była spowodowana jej reakcją niż nagłym uściskiem rośliny na mojej dłoni. Pierwsze i drugie było irytujące, a jednak bardziej szokująca była interwencja jasnowłosej. – Czy to złe? – nawet nie próbowałem udawać, że wiem, cóż takiego postanowiło opleść moją rękę. Mocny akcent ponownie przeciął orzeźwiające powietrze. Czerwona pręga na nadgarstku odznaczała się dość wyraźnie w stosunku do bladego, wychudzonego ciała. Chyba pozostanie mi pamiątka… Чёрт. Podniosłem ją na wysokość twarzy, przyglądając się z zaciekawieniem śladowi po to, by zaraz opuścić ją wzdłuż ciała i schować w kieszeni płaszcza, jakby to miało zapobiec piekącemu uczuciu na skórze. Jakby ktoś mu zrobił konkretną pokrzywkę dookoła całego nadgarstka i kawałka dłoni. – Czy tu dużo takich? – zapytałem, nie próbując ukryć faktu, że bolało, choć nie miałem zamiaru nic z tym zrobić. Nie do czasu powrotu do boku brata. Z pewnością znajdzie mi jakiś eliksir. Przecież nie mogłem się tak nigdzie pokazywać! Co bym sobą reprezentował?
Kostya Kalashnikov
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : 14
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Chata starej pustelniczki

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach