Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 3 V 1957, Klif Zdobywców

Go down 
AutorWiadomość
Kieran Rineheart
Kieran Rineheart

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Zawód : szef zdelegalizowanego biura aurorów
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 45
UROKI : 28
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
3 V 1957, Klif Zdobywców Kl7tyVE

3 V 1957, Klif Zdobywców Empty
PisanieTemat: 3 V 1957, Klif Zdobywców   3 V 1957, Klif Zdobywców I_icon_minitime27.09.20 19:27

Niepokorna Irlandia zdawała się witać go oceanicznym rykiem, przypominając mu o burzy w jego własnym sercu. Chłodne powiewy wiatru smagały go po twarzy, przynosząc z sobą wilgotny i słony posmak unoszony znad wzburzonych fal uderzających z wściekłą siłą o skalną masę. Odgłosy kolejnych zderzeń docierały do niego wyraźnie, mógł stać się nawet ich naocznym świadkiem, wystarczyło tylko stanąć przy krawędzi i spojrzeć w dół. Trzymał się jednak rozsądnie z dala, choć sam za młodu był jednym z tych, co skakali z Klifu Zdobywców, aby odnaleźć na dnie zatoki od wieków zatopione skarby. Na powierzchnię raz zabrał ze sobą kilka złotych monet, częściej jednak kończąc z pogryzieniami złośliwego langustnika. Upadek z tej wysokości nie musiał być śmiertelny, ale nie chciał ryzykować, przeczuwając co może go czekać już za chwilę. Coraz mniej czasu zostało do spotkania, oznajmiało to położenie słońca, tracące stopniowo na ostrości posyłane przez nie promienie. Częściej już spoglądał za siebie, czekając w ciszy i względnym spokoju na Vincenta. Obawiał się, że znów rozbudzą między sobą emocje gwałtowne, przez co zwykła rozmowa przemieni się w awanturę, a ta skończy się rękoczynami. Nawet na cmentarzu żaden z nich nie potrafił się zachować, choć obaj stali nad grobem ukochanej kobiety, najcudowniejszej żony i najwspanialszej matki. Ich ponowne zejście się w jednym miejscu podyktowane było dobrem innej bliskiej im osoby. Abigail już nie było na tym świecie, ale Jackie wciąż żyła i mogła potrzebować ich pomocy. Posłany ku niej wielokrotnie patronus o kształcie wieloryba, która nie powrócił z powrotem do właściciela, dawał Kieranowi nadzieję na szczęśliwy powrót córki.
W końcu usłyszał za sobą kroki i poczuł ogromną ulgę, która zalała całą jego duszę. Odwrócił się i spojrzał na syna, mimo wszystko ciesząc się z tego, że wyglądał całkiem dobrze. Był w jednym kawałku, chociaż tyle dobrego. Choć wcześniej miał żal do Tonks, że w ogóle odważyła się o nim wspomnieć, to jednak pocieszał się myślą, że Vincent był blisko dobrych ludzi i mógł liczyć na ich życzliwość. Rozumiał doskonale dlaczego nie zwrócił się z żadnym problemem właśnie do niego, tak było najlepiej dla wszystkich, aby nie kontaktowali się z sobą zbyt często. Dzielili z sobą jedynie pokrewieństwo, ale właśnie też przez to nie mogli ignorować się całkowicie. Nie chodziło o nich i nieopowiedzenia z przeszłości, teraz liczyła się tylko Jackie. – Dobrze cię widzieć – wyrzucił z siebie szczerze, lecz bez cienia radości, ponieważ do spotkania by nie doszło, gdyby nie wymusiły tego na nich ponure okoliczności.
Miesiąc temu poinformował go listownie o zaginięciu siostry i od tamtej pory nie zmieniło się zbyt wiele. Jackie wciąż nie dała znaku życia, nie wróciła do domu skrytego w lesie, ale Kieran wiedział znacznie więcej o tym, co wydarzyło się tamtej krwawej nocy w różnych dzielnicach Londynu. Z raportów i udostępnionych mu dobrowolnie wspomnień starał się ułożyć jak najdokładniejszych przebieg zdarzeń z Westminster, ale pewnych elementów brakowało, coś mu umykało. W odmętach cudzej pamięci dostrzegał sylwetkę młodej aurorki gdzieś w mgle, zbyt szybko nikła między budynkami, w innym wspomnieniu widział już tylko zniszczoną doszczętnie kamienicę.
Masz może jakieś wieści od Jackie? – spytał na jednym wydechu, zdradzając po sobie nerwowość, choć nie w jej pełnym wymiarze. Łudził się jeszcze, że od wczoraj coś mogło się zmienić i może tylko czarownica nie chciała go widzieć, ale była bezpieczna i cała.




(

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

)
Powrót do góry Go down
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Na taki wi­dok za­wsze
opusz­cza mnie pew­ność,
że to co waż­ne waż­niej­sze
jest od nieważnego.
OPCM : 15
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

3 V 1957, Klif Zdobywców Empty
PisanieTemat: Re: 3 V 1957, Klif Zdobywców   3 V 1957, Klif Zdobywców I_icon_minitime17.10.20 23:54

Szum wzburzonego oceanu bezczelnie wdzierał się w bębenki słuchowe. Spiętrzone, pieniste fale obijały się o kamienną strukturę rozlewając tysiące mikroskopijnych kropelek. Wilgotne skały wystawały z wodnistego wnętrza; wyglądały na śliskie, niebezpieczne, wyczekujące opadającej z klifu, bezwładnej ofiary. Niebo w kolorze metalicznej szarości wisiało nad rozległą, bezdenną połacią. Nabrzmiałe, grafitowe chmury wyczekiwały momentu, w którym silny podmuch przedrze zamknięty płat, wydobędzie wątłe krople majowego deszczu. Słony posmak osiadł na spierzchniętych ustach rosłej sylwetki. Stała na wystającym skrawku rozległego klifu, spoglądając na skotłowane tumany rozdrażnionego zalewu. Horyzont znikał za mglistą kotarą; świat wydawał się jednostajną, bardzo dziwną płaszczyzną. Ciemne, nieprzystrzyżone włosy tańczyły wokół zbyt bladej twarzy. Cienki sweter przepuszczał zimne powietrze, a ręce schowane w kieszeniach głaskały ukrytą zawartość: różdżkę, kilka drobniaków i pomiętych pergaminów. Naturalne środowisko odbijało się we wpasowanym błękicie tęczówek; były teraz bledsze, smutne, jakby nieobecne. Spacerował wzdłuż nieregularnej krawędzi nie zważając na niebezpieczeństwo. Podeszwa przesuwała samotny kamień, który po chwili przepadł w otwartej otchłani. Odetchnął ciężko czując jak ostre, kleiste powietrze osiada na policzkach, oblepia wystające kończyny, skręca pojedyncze kosmyki. Niemalże tak samo jak wszystkie niespokojne myśli oraz poczucie winy osiadłe na samym dnie zestresowanych wnętrzności. Wszystko było nie tak. Wymykało się spod kontroli, wysuwało z rąk. Znów coś stracił. Pozwolił na świadome niebezpieczeństwo i bolesne zniknięcie istotnej jednostki. Znów go nie było, nie dotrzymał obietnicy. Szedł na spotkanie naprzeciw temu, który musiał czuć to samo. A może nawet o wiele więcej?
Był nadzwyczaj spokojny. Pozbawiony nadprogramowych, widocznych emocji, które z ogromną chęcią wydobędą się na rozbieloną, irlandzką powierzchnię. Wszystko kłębiło się w niewypowiadanym chaosie niezrozumiałych przemyśleń, odczuć, okrutnych wizji skoncentrowanych przed posępnymi oczami. Nie potrafił obiecać, że dziś nie wybuchnie. Nie potrafił przewidzieć dość niekontrolowanej reakcji gdy za kilka minut ujrzy znajomy profil podstarzałego mężczyzny. Szerokie pretensje układały się pod językiem. Miał nieodparte wrażenie, że coś nieodpowiedniego wisi nad ich rodziną przysparzając coraz to nowszych problemów, kontrowersyjnych sytuacji. Chciał zepchnąć na niego ten nowy wymiar winy, lecz tym razem maczał w tym palce. Miesiące upłynęły bez słowa. Żyli obok siebie niczym obcy, nieznajomi ludzie. Wstyd.
Usłyszał kroki odbijane przez głuchą przestrzeń. Były ciężkie, posuwiste, dudniące niczym głaz przesuwany po szorstkiej, opornej, piaszczystej ziemi. Uniósł brodę chowaną w ciepłym materiale wierzchniego okrycia. Podniósł brwi próbując wyłapać charakterystyczne wyróżniki, niepokojące zmiany. Ojciec szedł lekko przygarbiony, przytłoczony; czyżby ciężarem wyniszczającej wojny, nieoczekiwanej sytuacji? Poważny, niewzruszony z twarzą zamurowaną niczym kamień. Gdyby nie wspólny, jednoczący cel, zapewne nadal nie odezwaliby się słowem. Ostatnie spotkanie dało mu wiele do myślenia; zrozumiał podejście, postrzeganie i sposób traktowania. Dla starego aurora mógłby po prostu nie istnieć. Westchnął znużony zatrzymując się w bezpiecznej odległości. Wyraźnie wrysowana granica osobista wskazywała dystans, brak przynależności oraz całkowitego zaufania. Dłoń instynktownie zacisnęła się na niewidzialnej broni. Tym razem był przygotowany. Słowa, które właśnie do niego dotarły, były słyszalne doskonale. Jedyne czego się dopuścił to porozumiewawcze skinienie. W tym samym momencie dokładnie lustrował pochmurny profil rodziciela starając się wyczytać coś więcej, wydobyć jakiekolwiek informacje.
Jackie zaginęła. Rozpłynęła się w powietrzu nie dając znaku życia. Nie mieli pojęcia co się z nią dzieje; gdzie przepadła, z kim była. Czy jest w niebezpieczeństwie, w kraju, ranna, lub w pełni zdrowia. Zniknęła, a oni nie mogli zrobić zupełnie nic. Krótka cisza zawładnęła rozwianymi sylwetkami, współrozmówca rozpoczął inicjacje kontaktu: – Niestety nie. – odpowiedział wzdychając z rozczarowaniem. Żaden list, który posłał jej w stronę nie doczekał się odpowiedzi. Elidor przysyłała ten sam, pokreślony pergamin.
– Pytałem już chyba wszystkich. Nikt nic nie wie. – dopełnił rozkładając ręce wyciągnięte z kieszeni. – A ty? – zagaił w kontrataku jakby zniecierpliwiony. – Jak do tego doszło? Wyszła z domu? Była w mieście i po prostu nie wróciła? – nie miał pojęcia o tym, że kilka dni temu narażała życie w krwawej walce. Przesuwała się między ulicami Londynu atakując wroga. Wykonywała zadanie pod jego zwierzchnictwem. Nie opuszczał inwigilującego spojrzenia. Chciał to usłyszeć. Wierzył, że żyje. Była przecież twarda i niezniszczalna.





My biggest fear is that eventually you will see me that way I see myself
Powrót do góry Go down
 

3 V 1957, Klif Zdobywców

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20