Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Marcelius Sallow
AutorWiadomość
WsiąkiewkaŻywotność
Wartość żywotności postaci: 241

żywotnośćzabronionekarawartość
81-90%brak-5195 - 216
71-80%brak-10171 - 194
61-70%brak-15147 - 170
51-60%potężne ciosy w walce wręcz-20122 - 146
41-50%silne ciosy w walce wręcz-3098 - 121
31-40%kontratak, blokowanie ciosów w walce wręcz-4074 - 97
21-30%uniki, legilimencja, zaklęcia z ST > 90-5050 - 73
≤ 20%teleportacja (nawet po ustaniu zagrożenia), oklumencja, metamorfomagia, animagia, odskoki w walce wręcz-60≤ 49
10 PŻPostać odczuwa skrajne wycieńczenie i musi natychmiast otrzymać pomoc uzdrowiciela, inaczej wkrótce będzie nieprzytomna (3 tury).-701 - 10
0Utrata przytomności


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

young, scrappy and hungry

OPCM : 6
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

RozgrywkaSny



jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

young, scrappy and hungry

OPCM : 6
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

RozgrywkaDawniej




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

young, scrappy and hungry

OPCM : 6
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

1957Kwiecień
12, wieczór | Hannah | Londyn
Mrzonki, nie nadawał się do tego. Nie rozumiał, skąd w jej głosie wzięło się rozżalenie, ale nie zamierzał jej narażać - patrol zjawi się tu lada moment, był tego pewien. Podbiegł za nią kilka kroków, przy pierwszym zakręcie podskakując, by chwycić się dłońmi pobliskiego muru; podciągnął się na nim, na moment przysiadł, odprowadzając dziewczynę spojrzeniem. Zniknęła gdzieś w nocnym mroku - nawet się na niego nie obejrzała. Miał nadzieję, że trafi w bezpieczne miejsce, cokolwiek tu robiła i czegokolwiek tu szukała.

Lipiec
5, wieczór | Maeve | Londyn
Rycerze Walpurgii. Oczywiście, że o nich słyszał - choć wolałby nie, wolałby, żeby to było możliwe nie wiedzieć o nich niczego. Nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Czy tacy przychodzili do cyrku, nie wiedział, czy tacy byli w cyrku, miał nadzieję, że nie - zagrażali przecież bezpośrednio jemu, choć mial nadzieję, że ci, których znal, którzy znali jego, którzy potrafili powiązać jego tożsamość z jego mugolską matką pozostawali ciasnym zamkniętym kręgiem osób dość mu bliskich, by nie musiał się tej informacji lękać. Czy było tak naprawdę, nie mógł do końca wiedzieć. Zdawało mu się, że pana Carringtona interesowało niewiele poza pieniędzmi - tak długo, jak długo on dostarczał ich jemu, mógł liczyć na jego łaskawość. A może tak mu się tylko wydawało. Dostrzegał blask szklanej fiolki, zastanawiając się nad tym, jak nisko upadł - rozmawiając o tym, czy zgodzi się donosić w zamian za eliksir, który mógł go ocalić. Jak daleko zaszedł świat - i jak bardzo nie może się już z tej drogi cofnąć. Miał nie pytać nawet po co. Ktoś uznałby, że to wygodne, ale on nigdy nie był wygodny. Nie chciał nigdy być jak swój ojciec. Nie mógłby spokojnie spać, nie wiedząc, czy jego działania nie szkodziły niewinnym  - ale  nikt powiązany z Rycerzami nie mógł być niewinnym.

10, wieczór | Cillian | Anglia
Na miejscu zjawił się nieco przed czasem. Do odległego miasteczka przeniósł go świstoklik, stamtąd na miotle skierował się we wskazane miejsce. Jakkolwiek ekstrawaganckie na sfinalizowanie transakcji się ono nie wydawało, doceniał krajobraz i piękno tego miejsca - dzikiego, niemal pierwotnego. Tak innego od Londynu, mglistego, brudnego i - przede wszystkim - przekrwionego. Lekka kurtka z naciągniętym na głowę kapturem chroniła go przed wiatrem, w kieszeni miał sakiewkę - o magicznie pomniejszonej wadze i magicznie zaklętą tak, by parzyła każdego, kto dotknie ją bez odpowiedniego powołania. Domyślał się, że wewnątrz niej znajdowało się dużo pieniędzy, najpewniej więcej, niż kiedykolwiek wcześniej widział na oczy - ale słyszał też, że stworzonko, które miało trafić do cyrku, było tego warte. A on - był też tego stworzonka zwyczajnie ciekaw. Zdarzało mu się biegać na posyłki, był jednam z najmłodszych, którzy mogli to robić, a zawsze mogło mu za to wpaść trochę dodatkowego knuta. Co jakiś czas sprawdzał, czy sakiewka wciąż leży w jego kieszeni - gdyby ją zgubił, nie wypłaciłby się pewnie z tego do końca życia. Zatrzymał się nad skałą pochyloną nad wybrzeżem; zaskoczył z miotły na głaz, przez chwilę obserwując spienione morskie wody, w tafli których odbijało się zachodzące słońce. Powietrze pachniało tutaj inaczej niż w mieście. Lepiej. I sceneria też wydawała się przyjemniejsza - bez wszechobecnych patroli Ministerstwa Magii.

12, wieczór | Tangwystl | Arena Carringtonów
Prostolinijność Tangwystl miała w sobie coś bardzo uroczego - i coś bardzo zagrażającego jednocześnie, Marcel nie miał zwyczaju konfrontować się ze swoim życiem, wypierając następujący po sobie ciąg zdarzeń, żył zbyt szybko, by zatrzymać się z refleksją nad czymkolwiek, a od pierwszego kwietnia, odkąd zaczęła się rzeź, zaczął żyć jeszcze szybciej. Wracanie do przeszłości w taki sposób, rozgrzebywanie niewygodnych tematów i zmuszanie go do konfrontacji z nimi, wywoływał u niego popłoch. Ojcowska rada wypowiedziana przez Tangwystl gdzieś zdołała przemknąć przez te mury i okopy, jego ojciec nigdy mu niczego nie radził - zostawił go bardzo wcześnie. Czy rzeczywiście był w tym dobry, był. Czy rzeczywiście nie miał czasu, pewnie by go znalazł, to tylko list. Ich drogi rozeszły się dwiema różnymi ścieżkami, nie chciał tego trzymać sztucznie, choć słowa dziewczyny zdradzały, że patrzyła na to nieco inaczej. Wtedy, kiedy się odsuwał, czasy były inne, wtedy wiedział, że sobie poradzi sama. Dziś, dziś wszystko było inne, sypało się jak domek ułożony z kart.

13, południe | Steffen | Arena Carringtonów
- To nie twoja wina - odparł w końcu, to nie on umieścił go na listach gończych, to nie on pozbawił go tchu. Nie powinien się obwiniać. Ale wiedział, że będzie. Znał go przecież dość dobrze, a mimo wbitych drzazg i zabliźnionych ran, miał przed sobą tego samego Steffena, co przed paroma miesiącami, swojego przyjaciela. - Został bohaterem - oznajmił z całą determinacją, w jaki był w stanie przekuć swój gniew. Tak, bohaterem, poszukiwano go za sprzeniewierzenie się władzy. Cokolwiek zrobił, zrobił to dobrze, zwrócił na siebie uwagę. - Słyszysz mnie, Steff? Bohaterem! Chcieli ukarać go przykładnie i został przykładem, bo wszędzie walają się plakaty, na których on - uśmiechnięty - został skreślony czerwonym atramentem. Tak jak skreślić mogą dzisiaj każdego. Ale przecież nie ma i nie będzie na to nigdy naszej zgody! - Jeśli Bertie nie bał się sprzeciwić, jeśli Bertie nie bał się działać, dlaczego on miałby? Dlaczego Steffen miałby? Dlaczego ktokolwiek miałby? Marcel był bardzo młody, najpierw robił, potem myślał, a jedyne, co naprawdę potrafił, to uciekać przed patrolami policji, ale znalazłszy wtedy ten plakat, prócz goryczy i żalu poczuł też podziw.

14, popołudnie | Morgan | Arena Carringtonów
Utrzymanie równowagi szło mu już całkiem nieźle, choć znacznie słabiej radził sobie ze sterowaniem tym zwierzęciem; o ile jako tako potrafił poradzić sobie siedząc w siodle, o tyle samo podczas ćwiczeń wolał mieć kogoś, kto trzyma lonżę. Bywały jednak i dni takie, że większość pracowała, zabawiając gości występami, a jemu nie wolno było marnować czasu - wtedy gnał ze Skoczkiem w zasadzie na oślep; ni prędkość, ni trasa, nie robiły większej w tym przecież większej różnicy, istotny był tylko chód na trzy takty. Najlepiej nie za szybko, ale w tej materii już nie bardzo mogli się dogadać. Lubił woltyżerkę, była prostsza od tego, co robił na co dzień i wydawała się przyjemną odskocznią, ćwiczył mięśnie, łącząc przyjemne z pożytecznym, kiedy akurat nie mógł dostać się na trapezy. Brakowało mu w ruchach perfekcji, kołyszący się grzbiet konia nie był tak pewnym podłożem jak drżąca lina, ale wyćwiczona taneczna gracja i doświadczenie nabrane przy bardziej precyzyjnej akrobatyce dawały o sobie znać. Niekontrolowanemu Skoczkowi, zwłaszcza na otwartej przestrzeni, zdarzało się czasem rzucić przed siebie cwałem na oślep. Czasem go prowokował, bo całkiem lubił próbować ustać wtedy na rękach.

19, popołudnie | Hagrid | Londyn
- Nie jestem klaunem - zaprotestował od razu, nieco obruszony, sztuka, którą uprawiał, wymagała niezwykłego talentu i ogromu ciężkiej pracy, nie lubił porównywania jej do najbardziej prymitywnych występów. Dzieci lubiły klaunów, inne płakały na ich widok, ale żaden klaun, którego znał, nie kochał tego co robił równie mocno co on - to co szczęśliwe na scenie wydawało się niesamowicie smutne w życiu; usta drgnęły na mało wyszukany żart, w gruncie rzeczy wydawał się w porządku.

20, popołudnie | Chłopaki | Szkocja
- Kiedy torturował cię jakiś mugol, Rigel? Bez magii są kompletnie bezbronni, co oni mogą ci zrobić?! - Bał się, naprawdę? Bał się takich, jak jego mama? Z magią jej życie byłoby o tyle prostsze, bez niej - była dzisiaj nikim i nikim pewnie umrze. Marcel nieprzerwanie wpatrywał się w źrenice Blacka, intensywnie, błękitne tęczówki niosły przepełnione emocjami iskry. Odbijał się w nim lęk, odbijał się w nim strach, przeczący słowom, które wypowiadał. Odbijało się w nim niedowierzanie, chyba było w tym też jakieś ludzkie zagubienie. To, co działo się ze światem, wciąż go przerastało. - To twoja rodzina? Oni ci tak powiedzieli? Ile dano im czasu, godzinę? Pół? Wszystko wydarzyło się w jedną noc. Jedną noc!

23, popołudnie | Frances | Londyn
- Zamknij oczy. Na jedną, niewielką chwilkę… - Poprosiła słodko z błyskiem w szaroniebieskim spojrzeniu. Czas pożegnania zbliżał się nieubłaganie i nie dało się go zatrzymać, mimo wielu chęci. I jeśli przymknął niebieskie oczęta, jasnowłosa kobieta zbliżyła się odrobinę, by nieśmiało przejechać drżącymi palcami po męskiej szyi. Serce przyspieszyło, jakoby próbowało wyrwać się z jasnej piersi, gdy powoli wspięła się na palce, uważnie obserwując jego twarz. Nie spieszyła się, pozwalając trwać elektryzującemu napięciu, a oddechom mieszać się ze sobą. Nieśmiało złożyła na jego ustach nienachalny, acz subtelny i zmysłowy pocałunek, zaspokajając wcześniejszą ciekawość. - Nie zapomnij o mnie. - Wypowiedziała eterycznym szeptem, owiewając jego skórę powietrzem, które dopiero teraz opuściło jej płuca.

23, noc | Szmalcownik | Londyn
Ostatnie sekundy życia mijały zaskakująco powoli. Zastanawiał się, czy to majaki, czy naprawdę słyszał Billy'ego- tam, w mieszkaniu, przed paroma chwilami, słyszał też smugi zaklęć, ich inkantacje, ale przecież zakrawało to absurd - skąd mógłby się tutaj wziąć? Nie widział go kilka długich miesięcy, zbyt długich, by nie brać tego za półprzytomne majaki; podobno kiedy się umiera przed oczyma przelatuje całe życie - on widział tylko Billy'ego, pamiętał wiatr we włosach przy pierwszym wspólnym locie i zapach cyrku, kiedy zobaczył go po raz pierwszy. Pamiętał też arenę, na której stanął po raz pierwszy - pamiętał Delilah, pod okiem której po raz pierwszy podciągnął się na szarfie i z wolna odkrywał w sobie sceniczną wrażliwość, pamiętał Olliego i smutek, jaki bije z jego oczu od kilku miesięcy. To nie poprawi mu nastroju. Pamiętał wzrok mamy, kiedy zapewniał ją, że wszystko jest w porządku, że nie wróci już do Hogwartu, bo nie musi, bo pięć lat to wystarczająco. Pamiętał sam Hogwart: długie godziny nad książkami, z których nic nie wynikało, a do których może gdyby przyłożył się mocniej, miałby dziś więcej pieniędzy i mógłby zająć się mamą lepiej. Pamiętał nawet tatę, zostawił ich, kiedy lat miał tylko kilka. Dalej nie pamiętał już nic - i chyba do tego momentu właśnie wracał.

23, noc | Billy, Lizzie | Oaza
Ciemność - nic nadto nie widział, nie czuł już bólu, słabości, nie ogarniały go zawroty głowy, a jedynie sen, błogi, spokojny, być może wieczny. Bladł z każdą umykającą chwilą, stając już w zasadzie siny, biel skóry przechodziła w szarość, czerwień warg w ciemniejący fiolet. Twarz, ubranie, włosy, przemoknięte były zlewającymi się ze sobą błotem, deszczem i krwią, w części jego własną, w części należącą do jego matki; ziemia oblepiała złote kosmyki, wchodziła między zęby, utknęła pod paznokciami, oblepiała podartą koszulę. Pachniał śmiercią, krwią, wymiocinami i potem.

24, poranek | Amelia | Oaza
Spał, spał długo i spał twardo, spał jak umarły, spał jak człowiek, który nie chce się nigdy zbudzić. Wyczerpany organizm łaknął regeneracji, potrzebował tego, blada skóra na jego twarzy, dłoniach, na całym ciele, sina czerwień ust sprawiały, że wyglądał nieco upiornie; oczy zakrywały poplątane brudne - czymś brunatnokrwistym - złote włosy. Oddech miał szybki i płytki, jego stan stabilizował się po praktykach medycznych uzdrowicielki, ale minie znacznie więcej czasu, nim wróci do pełnej formy. Teraz - przebudził go głód, choć wymęczone ciało nie mogło się zdecydować, czy bardziej pragnęło snu, czy pożywienia, w malignie słyszał przedziwne głosy dziewczynki rozmawiającej z... z kim? Nie do końca rozpoznawał, co tu właściwie robiło dziecko? Gdzie on właściwie był...? Nie od razu przypomniał sobie o wszystkim, co wydarzyło się w nocy, wpierw strącił z oczu włosy, ogarniając spojrzeniem wnętrze chatki: obce, nieznane, niebezpieczne? Usłyszał tylko jej ostatnie słowa, może to sąsiad?

27, noc | Josephine | Oaza
- Czekaj - zawołał na nią, kiedy odwróciła się na pięcie; chciał wstać, ale ledwie napiął mięśnie nóg, a blizny przeszyły jego ciało piorunującym bólem, usadzającym go z powrotem na miejscu. Wygiął się w przód, z bólu. - Czekaj! - zawołał głośniej, ale była już daleko - i nie pozwoliła mu wypowiedzieć ni słowa na swoją obronę. Obserwował jej niknącą w ciemnościach bezimienną sylwetkę, ze złością odrzucając leżący nieopodal kawał drewna w ogień, wybudzając z paleniska wachlarz pomarańczowych iskier. Przeklął pod nosem, przecierając dłońmi skronie, wplatając je we włosy, zaciskając oczy, zęby, pięści.

Sierpień
3, popołudnie | Tangie, Josie | Oaza
Odwrócił się przez ramię, kiedy ktoś - pewnie przypadkiem - szturchnął go łokciem, przechodząc, kiedy odwrócił się z powrotem, jej już nie było. Przechodzący obok tłum musiał ją porwać, wystąpił krok w przód, obejrzał się wokół, ale nie widział jej nigdzie. Naprawdę sądził, że zmusi ją do rozmowy głupią tradycją? Nie zachował się tamtej nocy najlepiej, mógł być bardziej uprzejmy. Ale naprawdę nie mogła dać mu drugiej szansy... ? Nie chciał, to było silniejsze od niego. Miał w głowie za dużo. Za dużo złego. Za dużo niemocy, bezsilności, żalu i rozpaczy. Stracił matkę, cudem zachował życie. Zamierzał spędzić go w taki sposób - użalając się nad sobą w nieskończoność?

Wrzesień
12, wieczór | Billy | Londyn
- Nie muszę? - zapytał, jego głos złamał się w pół słowa. - Nie zgadzam się na to, co oni robią. Jestem częścią świata, który oni próbują zmienić, choć ich jest ledwie garstka, a nas, czarodziejów mniej lub bardziej bezpośrednio wywodzących się od mugoli, dużo więcej. Czy gdyby każdy, kto się na to nie godzi, powiedział głośne nie, zamiast chować się wygodnie w czterech ścianach swojego mieszkania, czy wtedy oni byliby zdolni zdobyć cały Londyn? Kim są więc ci, którzy nic nie robią? Którzy na to pozwalają? Nie chcę być jednym z nich, Billy. Nie chcę się wstydzić, patrząc w lustro. - I nie chcę też żyć w piekle, które oni gotowi są nam zgotować. W jego oczach odbiły się iskry, głęboko wierzył w słowa, które wypowiadał. Jego serce uderzyło mocniej, nieco trudniej było mu wziąć oddech. - Muszę to robić. Każdy musi, wiesz o tym. Dlatego im pomagasz - Przecież jego też nikt nie zmuszał naprawdę, Billy tego chciał. Billy wiedział, że tak było właściwie. - Właśnie dlatego potrzebujecie kogoś, kto jest dla nich obcy i kogo jeszcze nie znają - zaparł się, nie mogli pojawić się między szmalcownikami, na ulicach Londynu, nie budząc podejrzeń, ale Marcel wciąż mógł. I zrobi wszystko, czego będą chcieli.

19, wieczór | Frances | Arena Carringtonów
Upił łyk wina z butelki, wkrótce znikając gdzieś między wagonami, w nocnych ciemnościach, zaciskając powieki, które skrywały szkliste oczy. Serce krwawiło boleśnie, ścisk w żołądku wydawał się mocniejszy tym bardziej, im mocniej oddalał się od Frances, choć powinien chyba odczuć ulgę. Nie czuł wcale. Czuł ból: ból istnienia i ból świata, wdzierający się ponurą czernią do każdego zakątka jego myśli i obezwładniając całe jego ciało. Jeśli tak smakowała miłość, chyba wcale nie chciał jej znać. Miała uwznioślać, nie sprowadzać na ziemię, tymczasem smakowała rozczarowaniem, które znał aż zbyt dobrze. Przedwcześnie uwierzył w siebie, w jutro.

20, wieczór | Marynarz | Londyn
Ognista kapucynka - podobno - w chwilach zagrożenia potrafiła sprawić, by jej gęste, na co dzień lśniące futro stanęło w niegroźnym ogniu w jaskrawo niebieskiej, błękitnej lub zielonej barwie, a w rzadkich przypadkach - nawet purpurowej. Cyrkowy treser twierdził, że można wykorzystać te właściwości do stworzenia iście fantastycznego widowiska; barwnego, zaskakującego i wciągającego, bo to jednocześnie niesamowicie inteligentne stworzenia, które można nauczyć wielu ciekawych sztuczek. W grę wchodzić miały płonące obręcze i bieg przez inne płonące przeszkody, kilka iluzji i występ kobiety-gumy, która była animagiem małpką. Przez chwilę wysłuchiwania tej przemowy miał ochotę zapytać, czy jeśli ta magiczna kapucynka jest taka ważna, to czy nie byłoby rozsądniej puścić po nią kogoś, kto na pewno przyniesie ją z powrotem, ale ostatecznie zachował to dla siebie - czas chyba mu już pokazał, że nierozsądnie jest zadawać zbyt wiele pytań.

26, wieczór | Ojciec | Londyn
-Zacznijmy od tego… - skierował różdżkę na twarz chłopaka, jakby gotując się do Balneo. -…jak dokładnie umarła Layla. - zaproponował z naciskiem, ciekawość zżerała go zbyt długo. Lekko przytknął różdżkę do skroni młodzieńca, mocniej przytrzymał go za ramię. Z Drętwotą byłoby łatwiej, ale nie miał zamiaru czekać aż Marcelius przejrzy na oczy. Element zaskoczenia dawał sporą przewagę - a skoro niegdyś powstrzymał od wyrywania się tamtą gniewną kotkę, przyszłą panią Sallow (kruczowłosą, w odróżnieniu od prawdziwej kocicy), to da sobie radę i z nastolatkiem. -Legilimens. - praktyczniej byłoby upewnić się o jego zamiarach, ale był coś Layli winny. Musiał obejrzeć jej śmierć.
30, popołudnie | System | Londyn
– O tym właśnie mówiłem, dlatego uważam, że każdy – każdy – powinien skończyć szkołę nim wyjdzie do poważnych ludzi, nauczyć się odpowiedniego zachowania – mamrotał ze złością, już znacznie ciszej. Na rozłożone na biurku raporty nawet nie spojrzał, upstrzone czarnymi, rosnącymi z każdą chwilą plamami, prawdopodobnie nie były jego problemem – a za ich zniszczenie miał odpowiedzieć ktoś inny.
[bylobrzydkobedzieladnie]


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali



Ostatnio zmieniony przez Marcelius Sallow dnia 03.07.21 17:19, w całości zmieniany 2 razy
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

young, scrappy and hungry

OPCM : 6
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

1957Październik
2, południe | Ojciec | Londyn
W kącie celi stała szklanka - do połowy pusta - z wodą. Oszczędzał ją, bo wiedział, że drugiej pewnie dzisiaj nie dostanie. Jego żołądek skręcał się z bólu, jedzenia nie dostał ani razu, w końcu miał tu być tylko na chwilę - naprawdę? Po dobie zaczął mieć wątpliwości, czy ktoś o nim nie zapomniał, a z każdą kolejną chwilą tracił wiarę w to, czy w ogóle zamierzano go wypuścić. Nocy nie przespał, rwał sobie włosy z głowy, odpędzając szczura od obgryzienia własnych stóp. Im bliżej rana, tym mocniej uzmysławiał sobie, że tylko zdrowy umysł miał szansę pomóc mu tutaj przetrwać. Rano zabrali jego współlokatora - na przesłuchanie. Nie wiedział po czym, był mrukliwy. Wrzucili go z powrotem jakiś czas temu - leżał w kącie - skatowany i nieprzytomny, prowadziła do niego krwista smuga. Ostatnie parę godzin spędził wpatrując się tępo w jego nieprzytomne ciało. Próbował rzucić na niego okiem, ale przecież nie potrafił go zbadać - a stan, w którym się znajdował, daleko wykraczał ponad zwykłe kontuzje. To samo zrobią jemu? Za co? Za nic?

4, wieczór | Anne | Londyn I, II
Próbował tylko ukraść parę jabłek - chwalebne, wyjątkowe i szumnie świętowane rządy nowego Ministra przyniosły straszliwą falę głodu; pan Carrington dbał o zapasy w cyrku, ale nawet on nie był cudotwórcą. Czarodzieje - ludzie, mugole też tam byli - z Oazy nie mieli skąd zdobywać jedzenia, czas pędził, nie biorąc jeńców, niosąc coraz szerszy wachlarz trosk. Strach przed jutrem ciągnął się za nim jak ponury i czarny cień, przyszli już po mugoli, dobrze wiedział, że w następnym kroku przyjdą po takich jak on. Skrywana tożsamość miała szansę go obronić, ale to nie niosło pocieszenia: nie chciał więcej śmierci. Sięgał po owoce, kiedy przechodzący obok straganu patrol go dostrzegł - rozsypane na ulicy pozostawił za sobą, rzucając się do ucieczki. Z duszą na ramieniu, zbyt szybko bijącym sercem i oddechem szybszym niż gwałtowny bieg. Dłoń niemal odruchowo pomknęła do kieszeni kurtki, odnajdując w niej różdżkę, ale przecież z doświadczonymi funkcjonariuszami nie miał żadnych szans - po prostu nie mógł dać się złapać. Bał się, bał się, że znajdą więcej, niż powinni, że prędzej czy później dotrą do jego prawdziwej tożsamości - w Ministerstwie Magii kilka dni temu był przecież o krok od tego. Dopiero co wyszedł z więzienia, nie zamierzał tam wracać. Słyszał krzyki. Nie chciał tam zostać. Następnym razem mogli nie wypuścić go wcale. Ile miał właściwie żyć? Dwa już stracił, koty podobno mają ich siedem. Ale on nie był kotem, z kotem łączyła go tylko sprężystość mięśni pozwalająca na niemożliwe - w tym na to, by umknąć z życiem.

5, wieczór | Bojczuk | Londyn
- Słuchaj, też umiem nową sztuczkę, patrz - zawołał rączo, podejmując nomenklaturę narzuconą przez Hagrida. Nie puszczając Bojczuka - nieco chwiejnie - wyciągnął z kieszeni różdżkę i niewielką butelkę, którą odkorkował zębami i chwycił palcami w tę samą dłoń, w której trzymał butelkę po Ognistej. Manewry wykonywał tak, by nie puścić Bojczuka. - Patrz! - zawołał, przytykając jedną z nich do ust, nabierając łyku, połgębkiem wypowiadając zaklęcie incendio - przytykając ogień do cieszy, którą wypluła na bok, zamierzając przedstawić ekscytujący pokaz ognistego oddechu - ostatnio na Arenie mu wyszło, co mogło pójść nie tak?

6, poranek | Keat | Londyn
- Zwijajmy się - przytaknął na jego słowa, bez zbędnych tłumaczeń, potrafił przełamywać zabezpieczenia, ale nie je nakładać - na nic by się przy tym zdała jego pomoc. Ludzie Ministerstwa mogli się tu zjawić w każdej chwili, a ich nie powinno już tutaj być. Nie mogło ich tutaj być, ich bezpieczeństwo to jedno, bezpieczeństwo informacji, które posiadali, to drugie. Chyba ojciec pozwolił mu to sobie uzmysłowić, wdzierając się w jego myśli gwałtem przy przypadkowej okazji. Chwycił ucho, w ciszy unosząc spojrzenie od ceramiki do Keata, skupionego na formułach i inkantacjach, kiedy poczuł charakterystyczne szarpnięcie i zamknął oczy, otwierając je w całkiem innym miejscu - w pomieszczeniu, które przypominało... kuchnię? Zdaje się, że Steffen podobnie to zapowiedział. Położył dłoń na pobliskiej ścianie, uspokajając lekkie zawroty głowy po gwałtownej podróży, omiatając pomieszczenie wzrokiem, byli tutaj sami.

15, wieczór | Reggie | Londyn
Sklep jubilerski - nie trzeba było być geniuszem, by pojąć, co mogło ich tutaj przywieść. To, z czym walczyli, było znacznie bogatsze od nich - stare czarodziejskie rody, wsparcie Ministerstwa Magii, podczas gdy w Oazie panowała nędza. Szczerze wątpił, by Zakon Feniksa miał więcej pieniędzy, niż pokazywała to wyspa - prowizoryczny Festiwal Lata ukazał więcej niż braki, choć przypadkiem zaplątany na brzeg drapieżnik zapewnił czarodziejom wyśmienitą ucztę. Przemykając bocznymi uliczkami - dobrze znał topografię miasta - korzystał raczej ze skrótów, bez trudu przeskakując z dachu na dach, z wiaty na wiatę, przez mury i zagrody; bez trudu nauczył się wykorzystywać swoje akrobatyczne umiejętności również w miejskiej przestrzeni - i korzystał z tego, zamierzając wieczorami pozostać dla magicznej policji nieuchwytnym. Miał duszę na ramieniu i raz za czas oglądał się przez ramię, by upewnić się, że nikt za nim nie szedł - zdawał sobie sprawę z ryzyka, jakie niosło ze sobą członkostwo w Zakonie Feniksa, ale dołączył do niego w pełni świadomie - i świadomie zapewniając Billy'ego, że nie chciał dłużej stać bezczynnie.

16, wieczór | James, Neala, Anne | Devon
- Sam nic nie znaczysz, palancie - odparował elokwentnie, czujnie spoglądając na jego uniesione dłonie; cwaniacki uśmiech nie znikał z jego twarzy, podłość z języka też nie. Chyba jeszcze nie dostał nauczki na tyle, na ile powinien - choć zdawał się ledwie trzymać na nogach. Nie miał nawet krzty honoru. Nie odsunął się od niego, sięgnął jego ramię, ściągnął pięścią koszulę koszulę, ciągnąc ku sobie.  - Powiedziałem przeproś ją!  - powtórzył, szarpiąc go na bok; był dość osłabiony, by nie sprawiło mu to większej trudności.

16, noc | James, Neala, Anne | Devon
Zdawało się, że gniew wprawiał krew w wrzenie, ale ustępująca adrenalina przypominała mu, że był tylko człowiekiem; nie pamiętał nic prócz przeszywającego bólu, kiedy jego ciało upadło bezwładnie, pochłonięte słodkim snem, który powrotnie przywołał najstraszliwsze krwawe koszmary. Bestie goniły go ze wszystkich stron, ich długie pazury wbijały się w jego ciało, pod żebro, we śnie krzyczał, we śnie cierpiał, drżał z bólu, pożerany i rozszarpywany przez dzikie zwierzęta. Ten niepokój, ten ból, dało się pewnie odczytać z jego twarzy, kiedy nieśli jego bezwładne ciało. Już nie krwawił, szybka i sprawna pomoc Neali pozwoliła oczyścić ranę ze szkła i zatamować krwawienie. Wydawał się bledszy niż wcześniej, jego krew zalała podłogę tamtego pubu - dla ciała zostało jej niewiele, wzmagając poczucie przenikliwego chłodu, z którego jednak niewiele sobie robił. Kiedy przytomność do niego wróciła, był już daleko; odzyskana władza w dłoniach pozwoliła zacisnąć się ramionom wokół szyi Jamesa, który niósł go na plecach; chwiejnie stanął na nogi o własnych siłach, dalszą wędrówkę pokonując samodzielnie - początkowo unikając spojrzenia dziewcząt. Mokra koszula lepiła się do ciała, była brudna szkarłatem, na boku, na prawym łokciu, pocięta ostrymi krawędziami tamtej butelki. Czuł smród krwi. Własnej krwi. Ale prawie się nie zataczał, kiedy szedł.

20, popoludnie | Charlene | Oaza
- Uwierz mi, że na obiad prościej jest jednak zabić świnię niż ciebie - odparł bez zawahania, nie zamierzając, nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że ktoś rzeczywiście dla chleba mógłby zaszlachtować ją na ulicy; prawdopodobnie bardzo się mylił, dlatego odsuwał to od siebie tym mocniej. Dla pieniędzy człowiek był w stanie posunąć się do najgorszych czynów - ale chęć obdarowania żywnością swoich bliskich lub nawet nieznajomych, nie stała nigdy u przyczyn podobnych zachowań. Tylko skrajny egoizm mógł pchnąć złą rękę do czegoś tak potwornego. Ale przecież widział już wojenne zezwierzęcenie. - Nic ci po pieniądzach, kiedy nie ma co za nie kupić - Ale to przecież też było prawdą. To nie brak pieniędzy był problemem a brak żywności: brakowało podstawowych produktów, kraj był oparty o handel morski. Wszystko zostało odcięte. Bezgłośnie wypuścił z ust powietrze, odpowiadając jej łagodnym uśmiechem.

21, wieczór | Celine | Arena Carringtonów
- Celine... - odpowiedział, ze zrezygnowaniem, proszącym tonem, jakby miał nadzieję, że zaraz przez powietrze przemknie jej perlisty śmiech, który zdradzi, że jej wyznanie było tylko ponurym żartem. Westchnął, może coś w tym było, dworskie korytarze z pewnością były teraz bezpieczne. Czy to miejsce też takim było: szczerze wątpił, port pełen był oprychów, a ona, ona przyciągała ich niby lep muchy, każdym ruchem, obrotem, słowem i wyśpiewaną nutą, każdym spojrzeniem, każdym odrzuceniem srebrnych włosów, każdym spokojnym uśmiechem. Roztaczała wokół siebie niezwykłą aurę, aurę, na którą nikt nie mógł pozostać obojętnym. - Nie boisz się jej? Jej rodziny? - Ufasz jej, jesteś pewna, że nic ci tam nie grozi? Powiedz proszę choć tyle. - To pewnie chora wiedźma, jak oni wszyscy, jesteś pewna, że możesz jej zaufać? - Być, mieszkać pośród nich. Że nie sięgną cię tam żadne oślizgłe ręce, że nikt cię nie wykorzysta, że twoje piękno będzie mogło kwitnąć dalej; naprawdę chciał jej szczęścia. Bezpieczeństwa. Jeśli miała je odnaleźć wśród zwyrodnialców, nie miał prawa jej go odbierać. Mury ich pięknych pałaców pewnego dnia runą, ich głowy zawisną za popełnione zbrodnie, ale ona, ona przecież za nie wtedy nie odpowie.

Listopad
1, wieczór | Aurora | Szkocja
A potem zaległa cisza, o której nie wiedział, jak powinien ją przerwać. Miał podziękować? Przeprosić? Powiedzieć coś uprzejmego, co? Wydawało mu się, że każde słowo, które wypowie, będzie teraz nieodpowiednie. Nie tylko dlatego, że Finnie ją obraziła, też nie dlatego, że wykrzyczała prawdę w twarz im obojgu, przede wszystkim dlatego, że to nie powinno się zdarzyć. Była zła? Smutna? Czy czuła się wczoraj tak samo jak on, a on to wykorzystał jak... jak kto? Czy patrząc w lustro miał zobaczyć twarz własnego ojca? Podobno Ministerstwo Magii przechowywało zmieniacze czasu, które mogły odmienić losy pojedynczego człowieka i całej ludzkości: oddałby wszystko za to, żeby jeden pochwycić teraz do rąk. Unikał jej spojrzenia, chyba martwiąc się tym, co mógłby w nim znaleźć. Rozczarowanie? Zawód? Złość? Pretensję? Pamiętał słodycz jej oczu, ust i słów, była piękna, ale nie tym go zauroczyła - a tym, jak mówiła i co mówiła. Wrażliwością. Wrażliwość była jak szklana figura, to, co zrobili, było z kolei jak uderzenie w tę figurę ciężkim młotem. Była starsza od niego, dojrzalsza. Czy miała przed nim innych? On nie miał, bo wierzył, że nie jest taki, a rozkosz minionej nocy, choć niezapomniana, nie mogła okazać się ważniejsza od przyzwoitości i okazywanego jej szacunku.

4, wieczór | Parszywe Towarzystwo | Londyn
Ledwie okno popuściło, ledwie zdążył je otworzyć, wpuszczając do dusznego wnętrza tawerny świeże powietrze, ledwie wyciągnął ramię w kierunku chłopaka, chcąc ponaglić go do opuszczenia pubu, ledwie usłyszał rozgniewany głos własnego ojca i błyski zaklęć, coś - ktoś - pchnął go w plecy, wyrzucając na drugą stronę okna; nie zamierzał wcale opuszczać Parszywego Pasażera, zdradził policji swoje nazwisko a zadumana mina komendanta nie pozwalała się domyślić, czy je zapamiętał, czy wręcz przeciwnie, uznał za zwyczajnie nieistotne. Co gorsza, dopiero parę chwil temu dostrzegł w pomieszczeniu ryżego roznoszącego Proroka, tego, który miał przy sobie torbę - w której mogły być gazety. Wracały do niego wspomnienia tamtego dnia, kiedy gnał z Keatem przez miasto w rozpaczliwej próbie powstrzymania katastrofy, bo gazety dostały się w nieodpowiednie ręce. Jego torba wcześniej płonęła - czy ogień mógł zniszczyć wszystko? Czy ogień - mógł ocalić jego? Jak wielkim zagrożeniem był ten jeden chłopiec dla miasta?




15 marca 1951 https://www.morsmordre.net/t9813-hogwart-1951#297675

18 sierpnia https://www.morsmordre.net/t8507p15-miniaturowy-salonik#316050

5 października https://www.morsmordre.net/t8410p15-kacik-pokerowy#3158584
8 października https://www.morsmordre.net/t8903-zagrody-zwierzat#316641
15 października https://www.morsmordre.net/t8902-zaczarowane-trapezy#313103
25 października https://www.morsmordre.net/t9317-tyly#316766

1 listopada https://www.morsmordre.net/t9574-dach-wagonu#316137
5 listopada https://www.morsmordre.net/t10057-mniejszy-pokoj#304758
9 listopada https://www.morsmordre.net/t412p90-dom-bathildy-bagshot#288947
11 listopada https://www.morsmordre.net/t551p150-dworzec-king-cross#305829
13 listopada https://www.morsmordre.net/t8898-wagony#302670
20 listopada https://www.morsmordre.net/t4970p150-zamknieta-czesc-portu#303633

11 grudnia https://www.morsmordre.net/t9184-przetwornia-ryb#305814
30 grudnia https://www.morsmordre.net/t7611p75-promenada-nad-tamiza#316035
19 grudnia https://www.morsmordre.net/t2827p60-holland-park#307110
20 grudnia https://www.morsmordre.net/t8089p450-connaught-square#317018

5 stycznia https://www.morsmordre.net/t7024p75-sala-przesluchan#317546


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

young, scrappy and hungry

OPCM : 6
UROKI : 3
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502

Powrót do góry Go down

Marcelius Sallow

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach