Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Tyły domu
AutorWiadomość
Tyły domu [odnośnik]18.10.20 10:22
First topic message reminder :

Tyły domu

Theach Fáel nie posiada typowego ogrodu — wokół domu rośliny rosną, jak chcą i nikt nie planuje zapanować nad dziką naturą. Na tyłach jednak znajduje się mały trawiasty kawałek, na którym zazwyczaj stoi jeden stoliczek. Gdy pojawia się więcej osób, odpowiednie zaklęcia powiela siedzenia do ilości przybyłych gości i w ten sposób nigdy nie zabraknie dla nikogo krzesła. Jest to idealne miejsce do podziwiania Macgillycuddy’s Reeks — pasma górskiego z najwyższym irlandzkim szczytem.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Re: Tyły domu [odnośnik]19.01.21 21:36
Z różdżki nie wydobyła się nawet najmniejsza smuga, drewno nie rozgrzało się żadną magią, nie zadrżało, a pył ponownie się rozsypał po drewnianym blacie stołu. Vane poczuł, jak coś w nim przeskoczyło i zmieniło poirytowanie w kolejne stadium. Znów to samo. Znów! Co robił nie tak, do cholery, że wszystko się sypało?! - Gobshite - warknął pod nosem jakieś przekleństwo, nie rozumiejąc, co szło nie tak. Odepchnął medalik dalej, powtarzając czynność oczyszczenia miejsca, na którym pracował z kosmicznego komponentu, nie będąc już tak delikatnym i ostrożnym jak przy dwóch poprzednich razach. Nie. Nie był zirytowany. Był zły. Zły, że nawet coś tak prostego jak robienie pieprzonych świstoklików mu nie wychodziło. Naprawdę znał swoje możliwości i najmniej zaawansowany zaklęty przedmiot nie stanowił wcześniej żadnego wyzwania. Owszem, musiał się napracować, ale przecież wystarczyło, że machnął różdżką, wymówił odpowiednie słowa i wszystko działo się samo. Już przy mniejszym zaangażowaniu w numerologię szło mu lepiej. Paranoja! Robił coś nie tak, ale nie miał pojęcia, gdzie leżał błąd. Powinien był być w stanie normalnie funkcjonować, powinien był normalnie czarować, powinien był też normalnie zaklinać magię. Powienien... Powinien był być lepszym ojcem. Lepszym czarodziejem. Lepszym mężem, a nie pierdołą, która nie umiała się sprawdzić w banałach. Następną godzinę szarpał się z tym, co mu zostało, czując, że od nagromadzenia się emocji rozgrzało mu się ciało i nie czuł panującego poza domem zimna. Nic nie czuł prócz tej frustracji i złości. Złości na samego siebie za te wszystkie porażki. Za to, że pozwolił na to, żeby umarła. - Portus! - warknął w gniewie, zaciskając sztywną już żuchwę i zbijając dłoń trzymającą różdżkę w pięść. Nie obchodziło go już, czy ruchy były poprawne. Czy akcent był właściwy. Chciał tylko, żeby ten pieprzony pył zlał się w całość z medalikiem. Nie mógł dać się pokonać temu wszystkiemu. Nie mógł po prostu przegrać. Musiał w końcu przestać być tak żałośnie słaby.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Tyły domu [odnośnik]19.01.21 21:36
The member 'Jayden Vane' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 76
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Tyły domu - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Tyły domu [odnośnik]09.10.21 16:08
Thomas & Jayden

7 stycznia 1958

« Cierpienie jest istotą życia i wobec tego nie przychodzi do nas z zewnątrz, lecz jego niewysychające źródło tkwi w każdym »
Słyszał stukot męskiego obcasa na korytarzu, schodach. Słyszał zamykane za sobą drzwi. A pióro, które jak dotąd trzymał w dłoni, nie poruszyło się ani przez moment, by finalnie wypaść z chwytu palców i pozostawić na pergaminie rozlany kleks atramentu. Niecodzienny dla kogoś, kto całe swoje życie spędził, badając oraz zapisując kolejne stronice — wszak sztukę piśmiennictwa opanował miał do perfekcji. To jednak nie brak warsztatu był winowajcą. Przejmujące emocje powzięły kontrę i opanowały — zdawać by się mogło — opanowaną sylwetkę dorosłego czarodzieja. Twarz astronoma ukryła się w jego własnych rękach, a łokcie oparły się o blat biurka, gdy świadomość tego, co właśnie się stało, dotarła do ludzkiego umysłu. To było za wiele. To wszystko, co się wydarzyło. To wszystko, co już miało miejsce dawniej, jak i całkowicie świeżo. Karuzela kuriozalności nie zatrzymywała się ani na moment, nie pozwalając, aby Vane chociaż na chwilę złapał oddech i odnalazł siłę do dalszej drogi. Gdy wydawało się, że już jego rany ledwo się zasklepiły, sięgało go ostrze noża, rozszarpujące ją na nowo. Nieraz głębiej, nieraz dodając kolejną przy okazji. Ile człowiek mógł wytrzymać, wykrwawiając się? Nieważne jak silna była jego wola, nie mógł utrzymać się na nogach zbyt długo. A przecież musiał iść, bo jego istnienie nie miało zwieńczyć istnienia jedynie należącego do niego samego. Odpowiadał za innych, ale czy nie oznaczało to także, że odsunięcia się od tych, którzy nie mieścili się lub nie mogli mieścić się w tych kategoriach? Nie mógł uratować wszystkich, nieważne jak bardzo by tego pragnął, a minione przed paroma minutami spotkanie ujawniło przed nim nieprzyjemną prawdę. Kolejny raz... Mógł ocalić kogoś z Tower of London, lecz nie mógł zmusić go do życia. Do pozostania dla niego kogoś bliskim...
Po rozmowie z Jamesem Jayden postanowił, że musiał wyjść na dwór. Pomimo mrozu potrzebował odświeżenia i oczyszczenia myśli. Dopiero gdy chłopak opuścił jego gabinet, profesor poczuł powracające bóle głowy, które dokuczały mu tak przeraźliwie, odkąd zaczął zdecydowanie zbyt mocno inwestować w rozwój umiejętności oklumencji. Gdy było przeraźliwie źle, brał po prostu eliksir przeciwbólowy, jednak w żaden sposób nie leczyło to sedna problemu. A sytuacja życiowa w żaden sposób nie pomagała. Wstał więc, zaglądając uprzednio do dzieci i skierował się do wyjścia, by zaklęciem przywołać swój płaszcz. Ten jednak się nie pojawił. Nie było go również na wieszaku tam, gdzie ostatnim razem widział go jego właściciel. - James... - mruknął pod nosem ze smutnym uśmiechem tuż przed tym, jak znalazł się w starej garderobie, gdzie wciąż znajdowały się ubrania jego przodków. Grube futra pyszniły się, wołając o uwagę, lecz astronom sięgnął po dużo mniej okazały, ale wciąż użyteczny płaszcz po pradziadku. Przedawniony krój przypominał mu jednak wciąż aktualne stroje szlacheckie, mimo że tak dalekie od jego własnych preferencji. Nie poświęcał przesadnie dużo czasu zewnętrznemu ubiorowi, zarzucając płaszcz na ramiona i kierują się na tyły domu. Momentalnie uderzyła w mężczyznę ściana chłodu, ale także świeżości górskiego, pozbawionego kurzu powietrza. Jednym zaklęciem oczyścił ze śniegu ogrodowy fotel i usiadł jedynie, zapalając kilka zaczarowanych ogników, by nie zamarznąć na śmierć. W tym samy takcie przywołał do siebie jedno z win z rodzinnej spiżarni, pozwalając, by w dłoni obleczonej w skórzaną rękawiczkę pojawił się kieliszek czerwonego płynu. Tak bardzo kontrastującego z nieskazitelną bielą leżącego wokół śniegu.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Tyły domu [odnośnik]10.10.21 0:24
Mimo, że sen nie był w stanie wynagrodzić mu tego wszystkiego, co miało miejsce w przeciągu ostatnich dwóch dób, rano poczuł się dużo lepiej. Wciąż ciężki, obolały czy senny otworzył jednak oczy. Oczywiście, że od samego rana spojrzał na brata, jak on się czuł i czy czegoś nie potrzebował. I pocieszał go uśmiechem, pocieszał go swoim własnym wesołym nastawieniem, bo i to znacznie łatwiej mu przychodziło po przespanej nocy.
Miał więcej sił, nawet jeśli dom profesora go po prostu onieśmielał. Był ogromny, był tak inny od tego co on doskonale znał… Małe wozy, mieszkania pracownicze, sypialnie w Hogwarcie, spanie pod gołym niebem czy to deszcz, czy słońce - to były warunki, które Thomas znał i akceptował. I nawet, gdyby chciał może i dla brata czy siostry lepszych warunków to sam nie czułby się w nich dobrze. Nie na dłuższą metę. To było po prostu… obce. Jakkolwiek miłe i przyjemne, to było czymś zupełnie mu nieznanym.
Kiedy James wyszedł z kuchni, nie sprawdzał i nie kontrolował tego, dokąd ten szedł. Najstarszy Doe zasiadł do jedzenia, nigdy go nie odmawiając. Wiedział jak istotną kwestią był pełny brzuch, a jeśli mógł się najeść za darmo to zawsze korzystał. Wydawał się być dużo spokojniejszy, nawet jeśli jego mętlik w głowie wciąż dawał o sobie znać. Starał się go ignorować, nie myśleć - po prostu skupić się na herbacie, na mleku, na chlebie, na innych wędlinach czy serze, czy czymkolwiek innym co jeszcze było wyłożone na stole ze spiżarni Jaydena.
Nie kombinował, nie zastanawiał się jak wykorzystać tę sytuację jeszcze bardziej. Może poza przygotowaniem kanapki, próby ukrycia jej w kieszeni, zerkaniu na ruch który miał miejsce w domu. Tak ogromny, tak wielki i… miał wrażenie, że pusty? Chociaż może to wrażenie było złudne. W końcu większość życia spędził w jednym wozie z rodzeństwem i dziadkami, ale z drugiej strony trochę dzięki temu nie potrzebował aż tak wiele miejsca dla siebie. Nie przeszkadzało mu to, że brat wchodził w jego przestrzeń osobistą czy potrzebował się przytulić, potrzebował porozmawiać - nie przeszkadzał mu ścisk w londyńskim mieszkaniu, bo chodź niewielkie to było pełne osób, na których mu zależało. Nawet jeśli po dwóch latach rozłąki mieli problemy w komunikacji i rozmowach, może mieli też problem w zaufaniu do siebie po tym jak musieli polegać tylko na sobie.
Nie usłyszał, że James wyszedł z mieszkania, skupiając się na jedzeniu i oglądając swoją harmonijkę czy ta nie została uszkodzona po konfiskacie w Tower. Wydawało się być wszystko w porządku, jednak wolał się upewnić…
Przynajmniej do momentu, w którym nie zauważył jak coś zaczęło unosić się w powietrzu. Butelka. Alkohol?
Mimowolnie, zainteresowany przedmiotem, wstał w końcu od stołu z na wpół zjedzoną kanapkę w jednej i z harmonijką w drugiej dłoni, ruszył za butelką. Chociaż widząc, że ta leci na zewnątrz, cofnął się jeszcze szybko po swoją kurtkę, nie chcąc zmarznąć na zewnątrz. Jak to tak James mógł iść i pić z Jaydenem bez niego!? Nie zaproponować starszemu bratu! Chociaż… czy naprawdę James piłby z nim? W końcu zarówno ostatnio, kiedy wyszedł temat profesora jak i wczoraj, młodszy Doe stanowczo był negatywnie do niego nastawiony…
- Ej, ja też się chciałem napić. Czemu mnie nie zawołaliś… cie… - zaczął dość wesoło z wyrzutem, zaraz jednak rozglądając się za Jimmym, którego jednak na podwórku nie dostrzegł. Robiąc dość tęgą minę, jakby nie rozumiejąc dlaczego młodszego tutaj nie było, po prostu wgryzł się znów w kanapkę.
- Nie ma tu Jamesa? Nie wrócił do kuchni… - rzucił z pełnymi ustami, zamykając za sobą drzwi i stając na mrozie, który szczypał go po policzkach. Ale chyba potrzebował tak świeżego powietrza. Od razu też zaczął się rozglądać po otoczeniu, próbując zorientować się, gdzie się tak właściwie znajdowali i czy jego podejrzenia o okolicach Hogsmeade były prawdziwe.



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Tyły domu - Page 2 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Tyły domu [odnośnik]10.10.21 15:07
« Cierpienie jest istotą życia i wobec tego nie przychodzi do nas z zewnątrz, lecz jego niewysychające źródło tkwi w każdym »
Dawno nie miał sposobności do napicia się alkoholu. Nie było okazji, ale też nie miał po prostu ochoty. Profesor nie był typem, który sięgał po — nawet najbardziej wyszukany — alkohol w chwilach kaprysu. W dodatku podczas jakichkolwiek uroczystości wolał zadowalać się czymś wyzbytym procentów. Nie niósł w tym jednak żadnej większej idei. Unikał zagłuszaczy ze względu czysto przypadłościowych — zwyczajnie nie lubił smaku żadnego z trunków, nie czerpiąc żadnej przyjemności z ich kosztowania, dlatego trzymał się bezsprzecznie swojego toku rozumowania. Bywały jednak momenty kiedy smak nie grał roli, a chodziło o pewne upieczętowanie chwili. W jakimś stopniu utrwalenie jej w profesorskiej pamięci. Nie było ich wiele, lecz sytuacja z Jamesem była cierpka, jak cierpkie było wytrawne wino z rodzinnej winiarni. Pozostawiony na języku smak przypominał i uzupełniał to, co się właśnie wydarzyło. Poczucie bezsilności wymieszane z zawodem, smutkiem i niezrozumieniem mogło jedynie przepływać przez profesora, by finalnie wyciszyć pompujące żywo emocje, uśpić je, ale nie uwolnić. Nie miały zniknąć. Miały czekać przyćmione, by w odpowiednim momencie przypomnieć o swym istnieniu.
Być może dlatego w pierwszym momencie nie zauważył nadchodzącego towarzystwa, ale wraz z szuraniem butów oraz znajomym głosem, obrócił twarz, by Thomas mógł zobaczyć profil profesora. Jayden rzucił byłemu podopiecznemu szybkie spojrzenie. Nie ma tu Jamesa? - Nie ma - odpowiedział krótko, nawet nie utrzymując wzroku na sylwetce starszego z braci, a jedynie wracając nim do patrzenia przed siebie. Zimowy krajobraz uspokajał go w jakimś minimalnym kontekście. Jego czystość sprawiała, że również i myśli właśnie takie chciały być. Nie uzdrawiały się jednak, nie oczyszczały, ale przynajmniej... Może odrobinę, może na chwilę... Silna biel je oślepiała. - Zabrał wasz świstoklik do Doliny - oznajmił gardłowym głosem, biorąc kolejny łyk wina. Cierpkość rozlała się po jego gardle, powodując, że po ciele Jaydena przeszła fala ciepła. Sądził, że James nie zamierzał ruszać się z domu profesora bez Thomasa, ale najwyraźniej się mylił. Zostawił go za sobą, ale czy w jakiś sposób go to dziwiło? Po prawdzie był to ostatni z problemów, jakie zaprzątały głowę astronoma. - Nie mam drugiego, jeśli to chcesz wiedzieć. Skrzat jednak może cię tam przenieść. - Nie proponował tego rozwiązania wcześniej z tej prostej przyczyny, że Doe wyglądali na takich, co nie chcieli mieć związku z Jaydenem, dlatego skorzystanie z takiego rodzaju pomocy, zapewne by ich ubodło. Stąd Vane postawił po prostu na świstoklik. A przynajmniej młodszy z braci ewidentnie cały aż raził agresją nakierowaną na byłego nauczyciela. Thomas... Thomas nie wyglądał na wściekłego. Ani dnia poprzedniego, ani aktualnie. Dlaczego? Na pewno wiedział o domysłach dotyczących swojego rodzeństwa, wspominając o wyjeździe. Wiedział więc o liście, a mimo to milczał. Nie odezwał się pod tym względem. Wiedział, że to kłamstwa, czy po prostu próbował łapać się ostatniej szansy, jaka pojawiła się na horyzoncie? Oskarżenia Jamesa nie miały żadnego sensu, jednak nie oznaczało to, że Vane nie chciał zrozumieć ich sedna. I faktu skąd się w ogóle wzięły... Przez chwilę milczał, ale koniec końców przesunął nogą stojący obok niego ogrodowy fotel, nakierowawszy go w stronę Doe. - Usiądź, proszę - mruknął, przerywając ciszę i zwracając się do wciąż stojącego Thomasa. Nikogo innego tam nie było. Mogli więc porozmawiać względnie spokojnie.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Tyły domu [odnośnik]10.10.21 19:45
Zmarszczył brwi na odpowiedź profesora zmartwiony i zaniepokojony, nie do końca rozumiejąc co mężczyzna właśnie mu przekazywał. Jak to zabrał świstoklik? Nie rozumiał - chociaż nie słów i ich znaczenia, bo przecież wiedział czym był ten magiczny przedmiot i co znaczyło, że ktoś coś zabrał! Po prostu nie rozumiał sensu w tym dlaczego James miałby sam zabrać świstoklik bez słowa? Dlaczego nie zawołał go, nie przyszedł po niego? Nie odezwał się nawet słowem na ten temat?
O czymś rozmawiali? Musieli, skoro Jayden wiedział, gdzie jego młodszy brat się znajdywał. Znów się pokłócili, znów James próbowałby go zaatakować? Nie zdziwiłoby go to w najmniejszym stopniu, w końcu sam doskonale znał zasoby złości młodszego brata, na które tak naprawdę nigdy nie wiedział co poradzić. On sam… nie miewał takich ataków. Przyjmował wszystko z łatwością, skupiając się raczej na pozytywach czy rozwiązaniach. Często na pewno jego uśmiech mógłby sugerować, że przecież wszystko ma pod kontrolą - i nawet jeśli nie było to prawdą, łatwiej było tak kłamać, szczególnie młodszym Doe, aby się nie martwili. Nie powinien ich obarczać tym, że ma jakieś zmartwienia czy nie potrafi czymś się zająć. Jeśli tylko postara się odpowiednio mocno, większość sytuacji udawało mu się w końcu rozwiązać. Albo uśmiechało się do niego szczęście. Jak wiele już go miał w życiu? Nie zbliżał się już do jakiejś granicy? Zawsze spadał jak kot na cztery łapy w złych sytuacjach, ale szczęście mogło go w końcu opuścić.
- Skrzat..? Oh, jasne, tak. To jest dobry pomysł. Chociaż jeśli Dolina jest niedaleko to mogę przywołać też miotłę - stwierdził, rozglądając się mimo wszystko po krajobrazie jakby próbując odgadnąć gdzie tak właściwie się znajdywali.
Zerknął przelotnie na krzesło, zaraz w nim jednak zasiadając. Po cichu liczył, że jednak skoro profesor sam pił alkohol to się też z nim podzieli - bo w końcu dlaczego miałby pić sam?
- O czymś mówił? James znaczy się… Chyba się nakręcił tym wszystkim, i Tower i tą Hiszpanią całą, i po prostu wszystkim - stwierdził, rozsiadając się wygodnie w krześle, nieco się zsuwając z niego. Jego kręgosłup mógł wołać przez to o pomstę do nieba, ale wygodniej było mu w ten sposób oprzeć kark o plecy krzesła i zerknąć bardziej w niebo. Nie przepadał za zimą, teraz chyba jeszcze bardziej. Wolał wiosnę czy lato, nie te mroźne miesiące, kiedy musiał zawsze się martwić o przetrwanie. Jednak teraz czuł się po prostu spokojny. Wiązało się to z tym, że znów udało mu się ucieknąć śmierci? Uciec z Tower? Uciec przed konsekwencjami czegoś?
I tak, i nie. Bardziej był zmęczony swoim ciągłym udawaniem, ale też i tym jak przez ostatnie dwa dni wszystkie emocje w nim buzowały przez strach i lęk, przez ból i kompletną beznadzieję, mieszając się w złość i gniew. Ale teraz… teraz był po prostu spokojny. Może zaniepokojony zachowaniem brata, ale stanowczo łatwiej przychodził mu uśmiech. Był najedzony, względnie wyspany i wcale wiele więcej nie było mu potrzeba do szczęścia. Może poza tym, żeby wrócić do Doliny do siostry, ale jeśli James tam już był to wcale nie musiał się śpieszyć, prawda?



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Tyły domu - Page 2 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Tyły domu [odnośnik]11.10.21 12:37
« Cierpienie jest istotą życia i wobec tego nie przychodzi do nas z zewnątrz, lecz jego niewysychające źródło tkwi w każdym »
Nie wiedział, jak wyglądał poranek braci tego konkretnego dnia i czy w ogóle ze sobą rozmawiali. Nie była to jednak pierwsza rzecz, o której nie miał bladego pojęcia lub której zwyczajnie nie rozumiał. Mógł przywyknąć do niewiedzy, jednak ciężej było mu przywyknąć do mylących informacji, siania dezinformacji i nie jedynie wówczas, gdy sam był w nie zaplątany. Miał dość niedomówień i niedopowiedzeń. Ostatnie spotkanie z jego własnym ojcem też zakończyło się w niewiadomej. Słowa Ethana wyraźnie wybrzmiewały jednoznacznie dla Jaydena i były boleśnie dotkliwe. Starszy Vane znał doskonale historię Roselyn, znał także relację syna z czarownicą, a mimo to przyjął oczywistość, gdy tylko usłyszał o współdzieleniu domu. Nic dziwnego, że astronom nie chciał dalej iść w — już i tak naszpikowane napięciem — spotkanie. Uzdrowiciel oburzył się, gdy zostało mu to wypomniane i nawet jeśli nie miał niczego złego na myśli, wypowiedź mówiła sama za siebie. Czy więc i profesor potraktował w ten sam sposób Jamesa? Czy ich rozmowę z dawnym ucznie można było przyrównać do tej, którą miał parę dni wcześniej z własnym rodzicem? A jeśli tak, dlaczego czuł w tym przypadku smutek aniżeli rozgoryczenie i złość? Dlaczego Doe nie chciał pozbyć się tej aury złości? I nie chodziło jedynie o Sheilę. Przecież nie wyrzucał mu tego, gdy spotkali się na Pokątnej. A może... Może Vane za dużo rozmyślał...
Westchnął ciężko, pozwalając na to, by przez moment jego ciepłe czoło zetknęło się z chłodem kieliszka. Mimo że siedział na zewnątrz i panował środek zimy, to orzeźwienie było silniejsze w akcencie niż temperatura go otaczająca. Pojawienie się Thomasa również odwróciło jego uwagę i być może nawet lepiej, że tak się stało. Starszy Doe nie wyglądał na zdenerwowanego czy wrogo nastawionego w stosunku do profesora, co było na pewno miłym zaskoczeniem. A przynajmniej po tej burzy z poprzedniego wieczora i poranka Jayden nie zniósłby kolejnych wyrzutów. - Mam jeszcze ale, jeśli wolisz - odezwał się, widząc, jak spojrzenie młodego czarodzieja uciekało z dobre trzy razy w stronę lewitującej niedaleko gospodarza butelki wina. - To Irlandia. Jesteś w Irlandii - powiedział po usłyszeniu słów o Dolinie Godryka, wyjawiając chłopakowi w końcu miejsce ich pobytu. Wcześniej nie miało ono znaczenia. Byli bezpieczni, byli na pustkowiu. Z daleka od Londynu, z daleka od Tower. Z daleka od wszystkiego. Otaczały ich jedynie wzgórza i względny spokój. Kto by się jednak spodziewał wybuchu tam, gdzie miało go zabraknąć? Opadnięcie na fotel Thomasa nie wróżyło jednak powtórki z interakcji z jego bratem. Vane przyjął też z wyraźnym zadowoleniem fakt, iż ten wspomniał o kuchni. Miał więc sporą nadzieję, że zjadł śniadanie. W końcu... Od zawsze miał duży apetyt, a w jego wieku potrzebował sił do dalszego rozwoju. Przez krótką chwilę obaj cieszyli się nieprzerwaną ciszą, jaka nie potrwała długo, gdy Thomas zdecydował się odezwać ponownie. Nic czego Jayden nie mógł przewidzieć. A jednak w jakimś stopniu powrócenie do zdarzeń sprzed kilkudziesięciu minut wydawało się zbyt mocno świeże, aby podejść do tego bez emocji. Ze spokojnym duchem. W końcu... Tamte uczucia wciąż kotłowały się w astronomie i nie ucichły.
O czymś mówił?
- Szwajcaria. Genewa jest w Szwajcarii - zaczął, biorąc po swoich słowach kolejny, głęboki wdech i pozwalając na przedłużenie wypuszczenia powietrza. - I wiem, czemu wyrzucił mi podejrzenia związane z Sheilą. Wiem, że to on wysłał mi list, w którym podpisał się jej imieniem. Rozumiem, że obaj macie mi to do zarzucenia, tylko się lepiej z tym maskujesz. I nie kłam, że nie wiesz. Wiem, kiedy kłamiesz. - Nie bawił się w półśrodki. Mówił wprost. Chciał wiedzieć, skąd brało się to absurdalne przekonanie. Które w sumie nie było przekonaniem — pewność i nienawiść, jakie biły od młodszego z braci Doe były aż nadto wymowne, by mówić o podejrzeniach. W jego oczach to była prawda. - Wyrwane z kontekstu słowa zawsze mogą przybrać inny wydźwięk. Rzucone raz oskarżenia ciężko później wycofać. Dlaczego jednak... - urwał, czując, jak gardło odmawiało mu posłuszeństwa. Nie wierzył w to, że musieli o tym rozmawiać, jednak nie zamierzał przerywać już tego, co zaczęli. - Wiem, że dzieli nas mała różnica wieku. Ciebie i mnie w szczególności, ale jak bardzo chore i wynaturzone powinno być to, co... - Westchnął, chcąc chociażby w jakimś stopniu się uspokoić. Dopiero jednak wtedy spojrzał na Thomasa, wyłapując wzrok młodszego czarodzieja. - Nie pisałem listu z myślą o wykorzystaniu twojej siostry. Nie mam wobec niej żadnych zamiarów innych aniżeli dbanie o jej bezpieczeństwo. Traktuję ją, Jamesa i ciebie jako część mojej odpowiedzialności. Myślisz, że czemu wyciągnąłem was z więzienia? Myślisz, że czemu zależy mi na tym, żebyście nie musieli jedynie podążać za światem, ale go kształtować? - Ucichł, powracając spojrzeniem do oddalonych na horyzoncie gór. Przez chwilę nie odzywał się, śledząc irlandzkie szczyty otulone czapami śniegu. Dokładnie jak wszystko, co ich otaczało. - Możecie mnie nienawidzić. Nienawidźcie mnie jednak za coś, czemu jestem winien - powiedział jeszcze, podnosząc się z ogrodowego fotela i przechodząc kawałek w głąb otwartego ogrodu.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Tyły domu [odnośnik]11.10.21 14:13
- Chętnie - odpowiedział na słowa o ale. Nie odmawiał alkoholu, nie odmawiał innych napojów, jedzenia czy tytoniu. Nigdy tego nie robił, bo dlaczego by miał? Był na to łasy i przekupny, i przede wszystkim zbyt ufny, kiedy ktoś się z nim dzielił podobnymi dobrociami.
Chociaż na słowa o Irlandii pierw spojrzał zaskoczony na Jaydena, a już po chwili znów spojrzał na otaczający ich krajobraz, jakby go chłonąc. Uwielbiał podróże, zresztą to robił przez większość swojego życia. Zarówno w Szkocji, jak i w Anglii, jak i w Kornwalii. Uwielbiał podróżować, uwielbiał poznawać i podziwiać… A w Irlandii nie miał nigdy okazji przebywać, wiec może powinien zapamietać trochę widoków tak na przyszłość.
Jednak na kolejne słowa mężczyzny przesunął wzrok na profesora. Już chciał coś odpowiedzieć, jednak powstrzymał się. Nie był pewny czy chciał kłamać, czy powinien. Sheila mu ufała - mężczyzna, na którego patrzył był jednym z niewielu obcych, którym jego młodsza siostra rzeczywiście ufała. I Jeanie mu ufała. Nie potrzebował wiele więcej powodów do tego, żeby mieć do kogoś pewnego rodzaju zaufanie. A mimo to, wiedział że w nim również pojawiały się wątpliwości - prawdopobnie tym bardziej podsycane przez Jamesa i Marcela w mieszkaniu, kiedy odkryli list.
- Nie wiem - powiedział nagle, odwracając jednak wzrok i znów skupiając się na otoczeniu. Na drzewach, na górach, może nawet śnieg inaczej wyglądał niż w Anglii?
- Nie wiem czy mam to za złe… Sheila ci ufa. Jeanie też ci zawsze ufała. Ale te listy… To po prostu… To nie tak, że jesteśmy Anglikami. Nawet nie chcę myśleć o tym, ile razy kiedy Sheila była sama, groziło jej porwanie, albo ktoś chciał jej zrobić krzywdę… Albo żonie Jamesa. Wiemy z Jamesem, że one są piękne i zwracając uwagę… I dużo osób chce im zrobić krzywdę - wyjaśnił, marszcząc brwi. Nie ufali obcym z wielu powodów, część z nich była może i irracjonalna, ale z drugiej strony - dlaczego mieli ufać komuś, kto często chciał ich zguby? W Anglii teraz wszyscy stawali przeciwko mugolom albo za nimi, ale dla Tomka nie miało to znaczenia - bo zarówno miał przyjaciół w tych, którzy nie potrafili czarować, jak i w tych, którzy posługiwali się magią.
- Jeśli mówisz, że nie miałeś… to dobrze. To wszystko… po prostu dziwnie wygląda i wyglądało. Mówiłem Jamesowi, że powinien pierw porozmawiać z Sheilą, ale też mówiłem… No taki list powinien dostać pierw James lub ja, bo jesteśmy jej braćmi i jesteśmy za nią odpowiedzialni - dodał cicho, nie wiedząc jak ma zareagować. W końcu nie rozmawiał zazwyczaj na ciężkie tematy, nie rozmawiał na temat tego, co kogo bolało. On to ukrywał, zawsze. Nie mógł przecież powiedzieć młodszemu rodzeństwu, że coś go dręczyło.
A z drugiej strony zawsze był tym mniej konfliktowym. Nie chciał stawać do bójek, do kłótni, wolał wszystko załatwić drogą pokojową. Bał się starć. Był lekkomyślny, ale nigdy nie odważny - czasem nie rozumiał, dlaczego został przydzielony do Gryffindoru. Marcel był odważny, Steffen zawsze też do innych wyciągał dłoń i nie bał się, a James zawsze pierwszy wszędzie szedł i głośno krzyczał, co mu nie pasuje i kto mu nie pasuje. A on? Zawsze w centrum uwagi, ale nigdy nie robił niczego odważnego. Był wręcz potulny, nawet jeśli wychodził przez szereg i psocił to szybko kulił ogon, przepraszał, komplementował czy odwracał uwagę. Ale nigdy nie był odważny.
Zaraz jednak znów spojrzał na profesora, marszcząc brwi. Również umilkł przez moment. Nienawidził go? Nie był pewny… Nie wiedział tego. Rzadko czuł w cudzą stronę gniew czy nienawiść, rzadko był zły w stosunku do kogoś…
- Nienawidzę strażników, tego Sallowa z przesłuchania… Dlaczego miałbym nienawidzić ciebie? - zapytał, nie rozumiejąc i wbijając wzrok zaraz w ziemię, zaczynając nogą kopać w śniegu. To przez Jamesa? Jego złość… to nie tak, że była zawsze skierowana w kogoś przecież. Wiedział o tym, doskonale zdawał sobie sprawę, kto był przyczyną tej całej złości która się w nim gotowała. Tak jak wtedy na ulicy Londynu, kiedy się spotkali. James był zły, ale nie na niego - był zły, bo był zraniony i tęsknił. On też tęsknił za swoim rodzeństwem. Ale wiedział, że nie on sam był przyczyną tej całej złości. - James… jest podobny do naszego ojca. Nie panuje nad tym. On nie jest zły… on… po prostu tak już ma. Nie panuje nad tym - wyjaśnił, samemu nie będąc pewnym jak to miał określić. - Nie wiem czy cię nienawidzi. Może dlatego, że jest zły teraz… Ale jak się uspokoi to mu przejdzie. Zawsze mu przechodzi, kiedy się uspokoi. Pójdzie z Marsem na spacer, Mars go przeciągnie po krzakach to zapomni.



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Tyły domu - Page 2 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Tyły domu [odnośnik]12.10.21 11:49
« Cierpienie jest istotą życia i wobec tego nie przychodzi do nas z zewnątrz, lecz jego niewysychające źródło tkwi w każdym »
Myśli przelewały się przez profesorski umysł, a on nie potrafił, nie chciał ich zatrzymać. Wiedział, że musiał od nich odetchnąć, nie pozwolić sobie zwariować, lecz z drugiej strony nie mógł przestać analizować. Rozpracowywał tak wiele możliwości, tak wiele elementów — gdyby przestał, przestałby również podejmować decyzje i zginąłby. Wraz z nim polegliby inni od niego zależni. Właśnie na tym polegała odpowiedzialność — na wymaganiu od siebie niemożliwego dla dobra drugiej osoby. Nawet nie tak bliskiej, bo przecież nie wszyscy uczniowie w Szkole Magii i Czarodziejstwa mieli chociażby możliwość rozmowy ze swoim profesorem astronomii. Traktował ich jak jedno, równocześnie traktując jak oddzielne jednostki. Niewielu mogło pojąć sposób myślenia czarodzieja, jednak nie oczekiwał, aby tak się działo. Zależało u jedynie na fakcie wychowania młodych ludzi w świetle prawdy. Odkłamania tego, co zostało zmienione, co zostało im wpojone. Dawania perspektywy na to, że krew nie definiowała człowieka. Podobnie jak pochodzenie czy status rodziny. Oni wszyscy mogli żyć wspólnie. Mogli uczyć się od siebie nawzajem, mogli się inspirować i chronić. Nie musieli walczyć o przewagę, niszcząc przy okazji o wiele więcej, aniżeli zbudowali. Wyszarpane trofeum posiadało ubytki, zdobyta ziemia nasiąkała krwią, nadchodzące pokolenia miały poranione umysły strachem, brutalnością i śmiercią. Skrzywione od urodzenia... Niepełnosprawne i koślawe w życiu społecznym. A przecież to już się działo. To już miało miejsce. Patrząc po dzieciach, które spotykał. Patrząc po młodych ludziach, z którymi przebywał. W jakiej rzeczywistości przyszło im żyć, skoro nie moli zapewnić bezpiecznego dorastania najmłodszym i możliwości wyboru? Nie tylko ścieżki kariery, ale wszystkiego innego. Poglądów. Rodziny. Przyjaciół. Miejsca, w którym chciały żyć. Dlaczego odbierano im prawo do edukacji i życia? Dlaczego decydowano o życiu jednych, gdy równocześnie skazywano na śmierć drugich? Dlaczego nie martwiono się o te z dzieci, które zostały w efekcie porzucone na ulicach i musiały same nauczyć sobie radzić? W końcu... System w żaden sposób nie pomógł rodzeństwu Doe. System, którego był częścią.
Zaraz po tym jak Thomas wspomniał o ale, u jego boku pojawił się wspomniany wcześniej alkohol. Zamknięte w szklanej butelce czekało na wzięcie w garść, podczas gdy wymieniane słowa przybierały na sile. Jayden słuchał swojego młodszego rozmówcy w milczeniu, nie przerywając mu, ale równocześnie notując w myślach tematy, które musiały zostać wyjaśnione. Dlatego gdy Thomas zamilkł, profesor skorzystał z okazji, aby się odezwać i potwierdzić przypuszczenie, które czaiło się w jego umyśle od jakiegoś czasu. - Eve... Chodzi o tę Eve, prawda? - spytał już głośniej, zerkając na drugiego czarodzieja. Nie dało się jednak nie usłyszeć w jego głosie bardziej stwierdzenia aniżeli pytania. To imię padło już ze strony Sheili, gdy się spotkali i opowiedziała mu o sytuacji aresztowania. Wczoraj w salonie usłyszał to imię ponownie od Thomasa. Nie usłyszał go od Jamesa, lecz rano dawny Gryfon wspomniał o żonie. Teraz jego brat również...
No taki list powinien dostać pierw James lub ja, bo jesteśmy jej braćmi i jesteśmy za nią odpowiedzialni.
- Wiesz, że to nieuczciwe. Próbowałem się z wami skontaktować. Przez dwa lata, Thomas. James dostawał listy, ale nigdy nie odpisywał. Sheila nie wiedziała, gdzie byliście. Ja tym bardziej. Musisz zrozumieć, że gdyby sytuacja była inna, wiedzielibyście o tym. Nie możesz więc oczekiwać, że ominąłem was w tej komunikacji specjalnie. Zresztą skoro byliście już razem, nie wierzę w to, że Sheila zataiłaby przed wami moją propozycję. - Nie mogłaby. Gdyby się tego podjęła, i tak musiałaby wytłumaczyć swoje zniknięcie. A skoro odzyskała braci jej nieobecność, nie wchodziła nawet jako opcja. Gdyby wiedział, że obaj się znaleźli, nie proponowałby jej tego. Rozumiał jednak nadopiekuńczość braci. Szczególnie po tak długim okresie rozstania z młodszą siostrą. Nie potrafił jednak zrozumieć, jak bardzo zboczyli z kursu ze swoimi oskarżeniami i domysłami. Jayden podejrzewał, że w swojej złości James nie zamierzał nawet analizować słów, jakie padały z ust profesora. Czy miał to zrobić po czasie? Nie... Nie wiedział.
Dlaczego miałbym nienawidzić ciebie?
Nie odezwał się, patrząc jeszcze chwilę przed siebie, jakby chłód zimy odgrywał ważną rolę w tej dyskusji. I tak naprawdę tak właśnie było. Rozpraszało myśli, równocześnie je porządkując. Łyk wina spłynął po męskim gardle, a palce bawiły się przez jakąś chwilę kieliszkiem, zanim nie padło nazwisko. - Sallow, o którym wspomniałeś... Kto to? - spytał w końcu, marszcząc brwi w niezrozumieniu. Thomas nie mówiłby o tym czarodzieju bez powodu, a do tego... Constantia. Chodziło o jej brata? Równocześnie wyciągnięcie tematu Tower of London pociągnęło myśli starszego czarodzieja w kierunku, który został zepchnięty na dalszy plan, chociaż przecież był powodem, dla którego wszyscy znaleźli się w aktualnym położeniu. Vane zanurzył usta w winie, a gdy kieliszek został pusty, pozwolił, by magia napełniła go z powrotem. Dopiero wtedy spytał o to, co zastanawiało go od samego otrzymania listu od Sheili. - Thomas... Co tam się wydarzyło? - Tam nie oznaczało portu. Tam nie oznaczało aresztowania. Tam dotyczyło konkretnie tego, co działo się w samym Tower. Po starszym bracie nie było to aż tak bardzo widać, ale gdy Jayden zobaczył Jamesa... Legilimencja niszczyła umysły. Zmieniała je. Nawet tam, gdzie służyła do nauki oklumencji. Sam w końcu nie był taki sam, gdy pozwolił wślizgnąć się tamtej czarownicy do własnych myśli.
James… jest podobny do naszego ojca.
Ciało profesora spięło się, a on sam zamarł na pół uderzenia serca w miejscu, nie będąc w stanie się poruszyć. Spojrzenie uciekło mu w bok, zupełnie jakby obawiał się, że jego przejęcie zostanie zauważone. Kiedy ostatnim razem słyszał cokolwiek o rodzicach rodzeństwa Doe? Kiedy ostatni raz rozmawiał na ten temat? Przecież wiedział doskonale, że to młodszy z braci mu o tym opowiedział. Jeszcze wtedy gdy nie było większych granic między nimi. Gdy mogli spędzać czas obok i nie czuć spięcia, niechęci, dystansu. Gdy James był po prostu chłopcem... - Twój brat jest dobrym dzieckiem - powiedział bez większej zależności, wciąż zatopiony umysłem w przeszłości. Jakby nieobecny w ich aktualnej chwili. Bo przecież wciąż miał przed oczami tego małego Gryfona, który sięgał mu do łokcia i mówił, że jednak fajne te szlabany. Blady uśmiech pojawił się na ustach astronoma, gdy poczuł w sobie zarówno smutek, ale również jak i czułość. - Wszyscy jesteście, a ja... Ciągle zawodzę. Wydawało mi się, że mnie potrzebujecie, ale chyba sam potrzebowałem was mocniej. - Skierował spojrzenie na moment na Thomasa, posyłając mu krótki grymas uśmiechu. Zaraz jednak podszedł do niego i ułożył mu rękę na ramieniu, wyłapując spojrzenie, gdy twarz nabrała poważniejszego wyrazu. - Wiem o Jeanie. Przykro mi. Naprawdę.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Tyły domu [odnośnik]12.10.21 15:12
Przejął butelkę, upijając nieco alkoholu. Od małego z Jamesem pili i podbierali alkohol, czy też tytoń od starszych z taboru. Nikt nie zwracał na nich uwagi, nikt im nie bronił, nikt ich nie ganił za to. Alkohol był jak każdy inny napój, nawet jeśli gdzieś tam w środku wiedzieli, że czasem nie można było przesadzać - trochę tak jak podczas sylwestra, kiedy z Jamesem zdecydowali się nie pić przed ich drobną kradzieżą w londyńskim mieszkaniu. Wiedzieli, ze lepiej być wtedy trzeźwym niż pijanym.
- Oh… A, tak, chodzi o Eve. To żona Jamesa, braliśmy ślub w tym samym czasie. Ona też chodziła z nami do Hogwartu, znamy ją od małego z taboru - wyjaśnił, jakby dopiero teraz się orientując, że chyba nigdy nie wspomnieli profesorowi, kim była Eveline. Ale to było czymś, o czym zawsze zapominali - o komunikacji. Tak wiele rzeczy się działo, ciężko było zapamiętać, że ktoś mógł nie mieć jakiejś informacji. Tym bardziej, kiedy kłamało się tak jak Thomas na temat wielu rzeczy, które często dla innych osób nie wymagały kłamstwa. Ale tak czasem było łatwiej.
Jednak przy kolejny słowach profesora, wbił wzrok w ziemię. Nienawidził bycia ganionym, a tym bardziej za coś o czym doskonale wiedział. Tak jak wtedy, kiedy dopiero wrócił, kiedy spotkał rodzeństwo… Kiedy spotkał Marcela. Doskonale wiedział, że nie był w stanie naprawić swoich błędów - że nie był w stanie ich cofnąć. A jednocześnie… co miałby zrobić innego niż spróbować być przy swoim rodzeństwie? Odbudować to co stracili, nawet jeśli to już nie mogło być takie samo.
- Wiem przecież, powiedziałem dokładnie to samo Jamesowi, że Sheila by nam powiedziała o tym, że nie powinien odpisywać w jej imieniu, bo to głupie - odpowiedział, a raczej wymamrotał. W końcu zawsze jako rodzeństwo się o siebie troszczyli i dbali. Nie miewali przed sobą sekretów, nie tak poważnych i głębokich.
On miał raz. Tylko jeden jedyny raz, który zakończył się tak tragicznie… I nie chciał tego powtarzać. Nie chciał zatajać tak istotnych rzeczy przed swoją rodziną, bo mógł znów zaryzykować ich bezpieczeństwem.
- Cornelius Sallow - odpowiedział, zaciskając palce na butelce i zaraz znów przechylając jej zawartość do ust, aby osadzić na niej zęby, jakby potrzebował czegokolwiek żeby się nie uspokoić. Był zły, zdenerwowany… A na kolejne pytanie milczał przez chwilę. Bo o czym miał opowiedzieć? O torturach? O swoich poprzednich wizytach?
Nie był pewny.
- Mi nic, nie zrobili mi dużo tym razem. Taryfa ulgowa - stwierdził, chociaż czy nie było to do końca oczywistym po jego wyglądzie? - Marcela i Jamesa wynieśli pierwszych na osobne przesłuchania… Wcześniej ich skopali - mówił, chociaż z pewnością przez to, że zębami stukał o szyjkę butelki było dużo ciężej go zrozumieć. - Jak nas odprowadzili… Marcel już nie miał dłoni… James był w lepszym stanie, ale nie wiem co mu robili też…. Był już pobity i skopany, oboje byli… Później zabrali nas do tego pieprzonego legimilenty… legilenty… Do Sallowa - rzucił, marszcząc brwi, kiedy nie potrafił wypowiedzieć legilimenty. Po tym wzruszył lekko ramionami.
- Nie wiem czego chcieli od nas. Znaczy, jakiś informacji, bo nie mają informatorów i nie wiedzą co się dzieje. Łatwo jest im zmyślić informacje i sprzedać, łatwo jest w Londynie wprowadzić zamieszanie… Wystarczy biegać i plotkować po Londynie, bo nikt nie chce z nimi współpracować, więc nikt im nie donosi co robisz - mówił spokojnie, marszcząc brwi i nie podnosząc wzroku na profesora. Mówił za dużo? Możliwe. Ale sam nie wiedział do końca czy dobrze robili. Robili to co mogli - nie mogli robić wiele więcej poza przekonywaniem ludzi do tego, żeby nie ufali władzy czy poza dawaniem tej władzy fałszywych informacji. Wiedział, że wciąż powinien się skontaktować z Thalią… ale to mógł zrobić w najbliższym czasie.
- Oczywiście, że jest! Wiem, że jest i wiem, że nie robi tego specjalnie. Nie jest jak on - zaraz się obruszył, bo nie miał na myśli tego, ze jego brat w pełni przypomina alkoholika, który nad nimi się znęcał. - Po prostu… czasem musi pamiętać, że nie może być jak on pod tym względem. Nie pamiętam dużo z krzyków, kiedy ojciec się budził, ale wiem, że James był przerażony zawsze… Ja po prostu… to się chyba nasiliło razem z moją magią i… nie pamiętam nic, bo nagle teleportowałem się na zewnątrz jak zaczynał krzyczeć - wyjaśnił, samemu do końca nie wiedząc, co działo się wtedy na mieszkaniu, w piwnicy. Co ich ojciec próbował zrobić Sheili czy Jamesowi, nawet jeśli czuł że jako starszy brat powinien tam być. Przy nich, bronić ich. Ale nie potrafił tego zrobić, nie potrafił zrobić tego nawet te ponad dwa lata temu. Może gdyby potrafił, może wtedy wciąż mieliby tabor? Może Jeanie by żyła, może nie wylądowaliby w Tower.
- To jest nas dwóch, bo ja nawalam całe życie - stwierdził i na moment podniósł wzrok na profesora, ale jeszcze bardziej ścisnęło go w środku. Nie lubił o tym myśleć, nienawidził. Za każdym razem myśl o tym co się stało Jeanie, była nie do wytrzymania. Tym bardziej nie wiedział jak zareagować na gest Jaydena, decydując się na nie wykonanie żadnego ruchu. Wbił po prostu wzrok w butelkę, zagryzając policzek od środka.
- Dzięki… - rzucił cicho. - Jestem samolubny..? W sensie… Gdyby się z nią nie ożenił, może mogłaby… no wiesz… żyć. Ale jednocześnie nie chciałbym nie mieć z nią tego czasu.. tych kilku lat… - rzucił znów cicho, wbijając wzrok w śnieg, w którym jeszcze bardziej kopał butem, nie wiedząc nawet dlaczego pytał. Jeszcze na początku nowego roku… jeszcze kilka dni temu czuł podekscytowanie na myśl, że może jednak powinien spróbować na nowo z kimś. Że może mógłby nie zawieść tym razem, że wszystko tak dobrze się zaczynało, a jednocześnie te dwa ostatnie dni… Może… może to lepiej, że nie pojawił się w sobotę w Dolinie? Może tak było bezpieczniej dla Kerstin?



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Tyły domu - Page 2 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Tyły domu [odnośnik]14.10.21 15:58
« Cierpienie jest istotą życia i wobec tego nie przychodzi do nas z zewnątrz, lecz jego niewysychające źródło tkwi w każdym »
Nigdy nie miał sposobności, by zawiązać silniejszej relacji z Thomasem. Co prawda byli w Hogwarcie wspólnie przez cztery lata, jednak na początku Jayden dopiero skończył dwudzieste czwarte urodziny, a najstarszy Doe był jedynie o dekadę młodszy. Jakakolwiek możliwość większego zaufania rozmijała się, gdy przychodziło, co do czego. Vane nie był wszak w wieku jego ojca, a zaledwie starszego brata, z którym jako nastolatek nie miało się szczególnie poważniejszej więzi. Nie znaczyło to jednak, że astronom w ogóle nie brał pod uwagę Gryfona, gdy chodziło o trójkę rodzeństwa. Fakt, iż mieli ze sobą najmniej do czynienia — lub właściwie jakiegoś poważniejszego — sprawiał, że profesor próbował zapoznać się z charakterem ucznia w inny sposób. Oczywiście, że jednym ze stałych elementów były usilne próby uprzykrzania nauczycielowi życia, jednak nigdy finalnie tak się nie działo. Najczęściej, zanim cokolwiek mogło się wydarzyć, Jeanie przychodziła i mówiła o planach Thomasa, ostrzegając kolejnym, nieprzyjemnym dowcipem, jaki zamierzał spłatać Doe. Na samo wspomnienie cień uśmiechu przemknął przez twarz profesora. Pasowali do siebie — ona i Thomas. Mimo że tak zupełnie odmienni w swoich charakterach, dzięki temu uzupełniali się, tworząc idealny duet — on prowodyr problemów, ona zapobiegająca i kojąca wszelką nadchodzącą katastrofę. Ciężko było więc słuchać opowieści Sheili o tym, co się wydarzyło. Przecież w pamięci Jaydena wciąż tkwiły te roześmiane twarze. Żywe. Ekscytacja z wiadomości o ślubie młodych szybko została przyćmiona smutkiem na wieść o śmierci Jeanie. Nie zasługiwała na to. Ani ona, ani Thomas... Mogło się to wydawać w jakiś sposób okrutne, lecz świadomość wdowieństwa młodego mężczyzny sprawiła, że astronom poczuł z nim nić porozumienia. Niewypowiedzianego i nigdy wówczas nieskonfrontowanego. W końcu... Przeszedł to samo. Życia ich żon zostały przedwcześnie zakończone, a oni nie mogli z tym nic zrobić. Nie mogli nic więcej zrobić... Prócz trwania.
Vane milczał większą część czasu, nie odnosząc się do słów o żonie Jamesa ani dalej o liście, który został wysłany przez drugiego z braci. Pozwalał, aby słowa przepływały między nimi, pozostawione w sposób, w jaki egzystowały na ten jeden, krótki moment. Wyraźnie jednak ponownie włączył się do rozmowy, słysząc znajome nazwisko. Nazwisko, którego nie spodziewał się usłyszeć. - Cornelius Sallow? Ten polityk? - spytał, patrząc z wyraźną konsternacją na Thomasa. Słuchał jednak dalej kolejnej części opisów tego, co działo się w murach Tower i poczuł, jak coś w złości wykręca mu żołądek. Jego twarz wyostrzyła się, linia żuchwy nabrała wyrazistości, a w oczach błysnął gniew. Cornelius Sallow był tym legilimentą. Legilimencja... Rozczłonkowywanie zatrzymanych... Wolna dłoń profesora zacisnęła się w pięść, podczas gdy druga niemal nie rozbiła trzymanego kieliszka. Zaraz jednak opanował się i spojrzał wymownie na Thomasa, nakazując mu równocześnie na siebie patrzeć. - Tym razem? I czemu ktoś tak wysoko postawiony przyszedł specjalnie do was? Pracujecie dla niego? Któryś z was dla niego pracował? Obiecaliście mu coś? Thomas. Przyszedł do was nie bez powodu, więc dlaczego? - Wiedział, że chłopak chciał to w jakiś sposób lekko zbyć, jednak profesorowi nie pasowało zaangażowanie kogoś ściśle związanego z Ministrem Magii w sprawę, która nie powinna była go nawet obchodzić. Skoro siedzący przed nim czarodziej nie wiedział... James albo Marcelius.... - Uważaj, Thomas. W końcu szczęście przestanie wam dopisywać i traficie tam, skąd nikt was nie wyciągnie.
Milczał, gdy chłopak mówił o ojcu. Był to pierwszy moment, gdy Vane słyszał cokolwiek podobnego z ust najstarszego z braci. Sheila nawet tego nie pamiętała. To James wprowadził profesora w przeszłość, chociaż sądząc po jego zamglonych wspomnieniach, również był zbyt mały, by wszystko pamiętać w odpowiedni sposób. Tym razem Jayden obserwował jednak Thomasa, który z jakiegoś powodu postanowił podzielić się tym ze swoim dawnym nauczycielem. Nigdy sam nie zaznał przemocy czy traumy związanej z którymkolwiek z rodziców. Państwo Vane byli ideałami, którym nie dało się odmówić poświęcenia i zaangażowania. Byli tak inni od tego, jacy byli matka z ojcem rodzeństwa Doe, jednak to nie w stosunku do rodzicielki całej trójki astronom odczuwał wstręt i gniew. Nigdy nie poznał tamtego mężczyzny. Nie wiedział nawet, jak wyglądał, ale zrobiłby wszystko, aby móc stanąć przed nim. By zobaczyć tego, który był potworem w ludzkiej skórze. Potworem z dziecięcych opowieści.
Jestem samolubny?
Brwi profesora zmarszczyły się, a spojrzenie, które na moment uciekło w drugą stroną, wróciło, by osiąść na sylwetce młodego czarodzieja. Przywołał zaklęciem swój fotel bliżej i usiadł naprzeciwko swojego towarzysza, nie odsuwając już wzroku od jego twarzy. - Hej. Spójrz na mnie. Thomas. - powiedział stanowczo, wyzbywając się z tonu delikatności. I dopiero gdy Doe spełnił warunek, mógł kontynuować. - Przestań. Była szczęśliwa. Z tobą. Nie z kimś innym. Wybrała ciebie. Samolubne byłoby myślenie, że powinieneś odejść i nie dać jej tego, co od ciebie otrzymała. Wspominaj, ciesz się tymi latami, które dane wam było spędzić, lecz nigdy nie żałuj was. Podważając tego wartość, podważasz wspomnienie o niej. - Nie mógł wątpić we własną żonę. Mógł wątpić we wszystko, lecz nie w nią samą. Nie w uczucie, które ich łączyło. Nie w to, co zbudowali. Przecież to była podstawa miłości, jaką współdzielili ci, którzy zdecydowali się na wspólne życie. On sam przecież też wybrał kobietę, tak jak ona wybrała go. Z zaletami, ale także wadami. Z przeszłością, teraźniejszością i nieznaną przyszłością. Kochali się. A Jeanie i Thomas... Już za czasów szkoły byli nie do rozdzielenia — tam, gdzie była ona, był także i on. Jaką więc pustkę musiał odczuwać, gdy jej zabrakło... Jak bardzo zagubiony i osamotniony... - Rozumiem cię. Lepiej niż mógłbyś przypuszczać. - Ciche słowa opuściły usta profesora, gdy spojrzenie przebiegło instynktownie po murze własnego domu i zatrzymało się na moment na oknie dziecięcego pokoju. Pomony mogło już nie być, lecz zostali oni. Żywi, gotowi do życia. - Nieważne co się działo, Thomas — nasze żony na pewno nie chciałyby, byśmy do końca życia rozpamiętywali przeszłość, skoro czeka nas jedynie przyszłość. Przyszłość, w której może nie będą fizycznie z nami, ale nigdy nas nie opuszczą - urwał na chwilę, by zbadać spojrzeniem twarz młodego czarodzieja, który teraz, jak jeszcze nigdy, wydawał się być mu bliski. I tak bardzo podobny do Jamesa i jego zaufania, jakim niegdyś odważył się obdarzyć profesora. - Byłeś szczęśliwy i możesz jeszcze być. Chciałaby tego.
Na moment trwała między nimi cisza. Mogli w niej zatopić własne myśli lub mogli całkowicie odciąć się od wszystkiego. Nieważne co robili, Jayden chciał, aby ta rozmowa, ta sytuacja, to spotkanie nie było bezowocne. Nawet jeśli zakrapiane gniewem Jamesa i jego rozżaleniem, pragnął z całych sił, aby Thomas na tym zyskał. Co konkretnie? Spokój ducha być może lub świadomość zrozumienia. Bo nie był sam. I nawet jeśli jego rodzina współczuła straty, nikt z nich nie stracił współmałżonka, a tutaj, w Irlandii, chociażby przez moment mógł dostrzec, że był ktoś, kto mógł pojąć to, co przeżywał. Z czym się mierzył. Że rozumiał. Vane nie wiedział, ile trwało ich milczenie. Finalnie jednak przerwane przez samego gospodarza, który pozwolił, by alkohol zniknął mu z ręki, a wolną dłonią delikatnie przesunął po włosach, na których osiadły płatki śniegu. - Chcę ci coś pokazać - zakomunikował byłemu podopiecznemu wstając i zmierzając z powrotem do wnętrza domu. Zanim miał zniknąć, musiał coś zobaczyć.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Tyły domu [odnośnik]14.10.21 22:20
Będąc w Tower, nie pamiętał i nie wiedział, dlaczego twarz tego mężczyzny wydawała się mu być znajoma - nie potrafił nigdy zapamiętać kto i kiedy rządził, bo często to nie było nawet w kręgu jego wpływów. Były to dla niego puste informacje. Ale kiedy wrócił do Londynu, natknął się na gazety - starsze i nowsze wydania, które czasem z braku innego zajęcia, decydował się przeczytać. Znał jego twarz, a kiedy w celi usłyszał nazwisko - wszystko stało się jakby jasne. A jednocześnie jeszcze bardziej nieklarowne. Po co ten mężczyzna się tam zjawił? Dlaczego? Dlaczego on i czego od nich chciał?
- Nie wiem czego chciał, ale to był on. Nie... - powiedział, wahając się przez moment. Marcel mógłby dla niego pracować? Nie, na pewno nie po tym co zrobił, co mówił. Marcel taki nie był, nie sprzedałby się psom. A James? Mógłby, ale wciąż nie był pewny czy coś między nim a Sallowem było - jego brat nie miał tego do siebie, żeby ściągać sobie na głowe aż tak niebezpiecznych ludzi. To on od tego był, to on zazwyczaj poznawał lady i lordów, osoby bogate i wpływowe, i całą tę zgraję. - Może James dla niego pracował? Ale wątpię... Marceli na pewno by tego nie zrobił. Ja donosiłem... Ale nie dla niego. I nie mają informatorów, o tym mówili. Brakuje im źródeł informacji i chcieli się dowiedzieć czy będziemy im przydatni, przynajmniej tyle zrozumiałem z ich rozmowy... - powiedział, marszcząc brwi i znów upijajcie porządny łyk z butelki. Tym razem miał szczęście. Nie oślepł, nie został tak brutalnie pobity, nie grożono mu w żaden sposób...
Skrzywił się na wspominenie wydarzeń z listopadowego pobytu w Tower. Był zły i poddenerwowany. Mocniej zacisnął palce na butelce, bo jeszcze bardziej odczuwał to że nie mogą zrobić niczego w tej kwestii. Byli bezsilni, nie mogli nic poradzić na to jak wyglądała ich codzienność i to go frustrowało, szczególnie od tego momentu jak zobaczył jak potrawani zostali jego bliscy. To nie było fair! Nie mogli tak po prostu pozwolić na to, żeby to wszystko miało miejsce. Trafienie do Tower następnym razem mogło być dla nich końcem, na który żaden z nich nie powinien się zgodzić.
Ale zagryzł wargi, nie wiedząc nawet czy powinien - czy w ogóle chciał mówić o tych obrazach i nazwiskach, które go nawiedzały. Wiedział, że skazano wtedy różnych czarodziejów - a może i zwykłych mugoli - za nic. Za podejrzenia, pewnie za przewinienia, za które cena śmierci wcale nie była adekwatna. Ale co miał zrobić? Po co miał o tym wszystkim opowiedzieć? Siedziało to w nim mocno, drażniło.
Miał szczęście - ogrom tego pieprzonego uśmiechu losu. Czy była w ogóle szansa, że kiedykolwiek by zginął? Został zamordowany? Dotychczas nie wiedział co się działo w żadnej z sytuacji, w których się znalazł - i za każdym razem jakimś dziwnym trafem los się do niego uśmiechał.
- Tam to znaczy gdzie? Nawet z Tower można już nie wyjść, wyprowadzają ludzi w środku na plac i po prostu ich zabijają - rzucił ponuro, wbijając bezsilne spojrzenie uparcie w śnieg. - James nie ma szczęścia, ani Sheila. Mieliby lepszego brata. Z jakiejś dziwnej przyczynę ja mam wieczne szczęście. Przeżyłem wtedy, kiedy oni po nas przyszli... Spotkałem dementora, który po prostu obok mnie przeleciał, anomalie na mnie nie wpłynęły, nie wyrządziły mi krzywdy. Zjawiam się w pieprzonym Londynie i jak człowiek chcę iść złożyć papiery do rejestracji i wiesz co? Myślałem, że mnie zabiją. Byłem tego pewny. Już mnie wysyłali na egzekucje, zamknęli mnie dzień przed wykonaniem egzekucji, ale przeżyłem. Później zostałem zgarnięty do tego samego pierdla znowu. Wiesz dlaczego? Bo poszedłem po darmową zupę na plac, którą szlachta rozdawała. Znali mnie, więc mnie wypuścili… A wczoraj ty. Za każdym razem coś się dzieje. Zawsze się działo - stwierdził i nawet jeśli mnóstwo osób mogłoby uznać to za szczęśliwy uśmiech losu, on już sam nie wiedział. To jak często jego życie było w zagrożeniu i niemocy, to jak często naraż tym samym innych ludzi, którzy byli mu bliscy -bo przecież o tych dalszych nie dbał. Często o nich nie myślał, często o nich zapominał i często po prostu ignorował. Ale coraz częściej doskwierała mu tak niesprawiedliwość, która ich wszystkich dotykała. Wszystkich, i jego, i Marcela, i innych dzieciaków - nie chciał o tym myśleć wcześniej, ale teraz… jak mógł to zignorować?
Nawet jeśli wiedział, że nie był odważny i nie mógł zrobić wiele sam. Marcel był tym odważnym, James podejmował akcje zanim myślał, Steffen miał wiedzę, z której korzystali. Nawet prefekt puchoński zdawał się momentami lepiej pasować na Gryfona niż on sam! Ale nigdy by mu tego przecież nie powiedział… Jeszcze by uznał, że już mu nie będzie zabierał okularów i zacznie za bardzo pyskować, ale nie mógł mu na to pozwolić. Jeszcze soda uderzy do głowy Castora i tyle będzie.
Nie spojrzał na niego na początku, mimo że słyszał i zauważył jak przesuwa krzesło. Nie chciał słyszeć kazania, że się myli lub pieprzy od rzeczy, że przecież nie wie jak działa świat - nie potrzebował tego. Wiedział przecież doskonale jak ten świat działał, bo w nim dorastał! I nie raz czuł, że jest sam, kiedy dorastał. Nie mógł przecież nigdy się zwierzać Jamesowi czy Sheili, bo nie mógł ich obarczyć swoimi problemami. Dziadkowie nie chcieli go słuchać, szczególnie w momentach, w których on sam nie potrafił się skupić na wykonywaniu obowiązków i jego uwagę rozpraszała każda rzecz dookoła.
A mimo to podniósł w końcu wzrok na profesora, spodziewając się kazania. Widać było, że nie był zadowolony, ale już po chwili jego mina stężała, nie wiedząc do końca jak miał zareagować. Był gotowy się bronić i zaprzeczać, powiedzieć że przecież on tego nie wie i nie rozumie, że Jeanie zginęła przez niego i może, gdyby był silniejszy i mądrzejszy, to nie ona narażałaby wtedy swoje życie dla niego, ale nie zdążył wydobyć żadnego dźwięku nawet pomimo próby otwarcia ust.
Zacisnął mocniej palce na butelce, zamykając zaraz usta i rezygnując z odpowiedzi.
nasze żony…
Nie wiedział, bo skąd by mógł mieć? Nie zastanawiał się nigdy nad tym, nie pytał. Nawet teraz nie pytał kim była uzdrowicielka, która się nimi zajęła poprzedniego dnia. I nie wiedział czy chciał dopytywać, bo wiedział doskonale z własnej perspektywy jak próba opowiedzenia o Jeanie go bolała. Nie był w stanie, nie mógł o niej opowiadać. Nie był gotowy i nie wiedział czy kiedykolwiek będzie, nawet jeśli z czasem stawało się to łatwiejsze. Im częściej o niej mówił na głos, tym łatwiejsze to się stawało. Ale nie mógł pozwolić sobie na łzy, nawet teraz czując że szklą mu się oczy na samą myśl o ukochanej, odwrócił w końcu wzrok od Jaydena. Nie czuł się komfortowo, co dało się powiedzieć po tym jak bardzo wbił się w fotel, starając się zachować dystans. Był spięty, bawił się butelką w rękach, chcąc skupić się na czym innym, ale to nie tak że nie słuchał - bo było inaczej. Chyba nigdy w życiu podczas zajęć w Hogwarcie nie był tak cicho, nie siedział tak pilnie. Nawet jeśli jego twarz teraz krzywiły się walcząc z emocjami. Niezrozumienie, smutek, dyskomfort. Nie wiedział czy potrzebował takich słów, ale na pewno nie wiedział jak ma się czuć i zachować w takiej sytuacji. Nigdy nie był w podobnej postawiony, bo kto by go miał w niej postawić? Nie dawał się do siebie zbliżyć w Hogwarcie. Mimo wielu znajomych, mimo łatwości w nawiązywaniu kontaktów, nie otwierał się przed nikim.
Ale rzeczywiście zamiast żałować to, na co nie miał już wpływu, może powinien… powinien spróbować znowu? Wiedział, że dzisiaj w Dolinie ktoś na niego czekał, ale nie mógłby się przy niej pojawić. Nie, musiał wrócić do Sheili i Eve, uspokoić je - i napisać do Marcela, napisać do Steffena, skontaktować się z kilkoma osobami. Miał plan, który musiał zacząć realizować…
Chociaż żołądek ścisnął mu się na myśl, że Kerstin nie będzie chciała go zobaczyć po tym jak nie pojawi się dzisiaj na placu. Będzie na niego zła? Smutna, zawiedziona? A może uzna, że to wszystko co myślała o Cyganach to zwyczajnie w świecie prawda? Możliwe…
Ale nie mógł nie spróbować, prawda? Nie mógł pozwolić sobie na wahanie. Tak jak rozmawiał kiedyś po bimbrze z Castorem. Pamiętał to co mówił, że bałby się nie dostać czasu z osobą, którą kochał niż martwić się, że mogą się kiedyś rozstać. I chyba tutaj czuł dokładnie tak samo…
W końcu był wdzięczny za każdy dzień i każdą minutę, którą mógł spędzić z Jeanie. I był pewny, że nigdy nie pożałowały ani jednej minuty spędzonej z Kerstin. Nawet jeśli były tak podobne, a jednocześnie tak różne. Nie mógł zapomnieć o jednej i nie mógł przecież pozwolić, aby przez swoje obawy nigdy nie spróbować stworzyć czegoś z tą drugą. Powinien im dać szansę, nawet jeśli Kerry będzie na niego zła… Ale pamiętał, że sprzedawała jajka i przetwory codziennie na placu w Dolinie. Powinien tam przyjść, powinien to zrobić jako pierwszą rzecz rano - pójść i przeprosić za to, że nie zjawił się, że zawiódł. I wytłumaczyć, dlaczego to się wydarzyło. W końcu to nie była do końca jego wina…
W końcu jednak nieco się rozluźnił, słysząc o pokazaniu czegoś. Jednak nie wstał tak od razu, czując że potrzebował nieco dystansu. Poczekał aż Jayden wejdzie do środka domu i dopiero wtedy sam poderwał się z fotela, wciąż ściskając butelkę z alkoholem i ruszając za mężczyzną do środka. Wciąż milcząc, wciąż nie wiedząc nawet co miałby odpowiedzieć. Zawsze przecież w momencie, w którym słyszał słowa, że ktoś go rozumie, było mu bardzo łatwo to obalić - bo i często były to puste słowa. Zaczynał się bronić czy nawet atakować drugą osobą, wyciągając wszystkie brudne zagrywki, o których tylko mógłby pomyśleć i wspomnieć. Ale teraz? Teraz nie miał pojęcia co miałby powiedzieć. Nie wiedział czy Jayden rzeczywiście to rozumiał, ale… nie był w stanie sam podważyć bólu jaki ktoś odczuwał po stracie osoby, którą kochał. Sam przecież go doznał, i sam odchodził w Tower od zmysłów na myśl, że James mógłby tam umrzeć na jego kolanach, w tej śmierdzącej spleśniałej celi. Nie chciał tego dla niego, nie chciał tego dla Eve ani Sheili.
I dlatego zdecydował się w ciszy iść, nawet nie przykuwając większej uwagi do tego, w którym kierunku tak właściwie szli. I tak nie znał dobrze tego domu, nie mógłby odgadnąć, co miało czekać za jednymi z drzwi.



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Tyły domu - Page 2 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Tyły domu [odnośnik]25.10.21 9:24
« Cierpienie jest istotą życia i wobec tego nie przychodzi do nas z zewnątrz, lecz jego niewysychające źródło tkwi w każdym »
Milczał przez cały czas, gdy jego młodszy towarzysz przemawiał. Nie pozwalał, by cokolwiek uciekło spomiędzy jego własnych warg, chcąc całkowicie skupić się i poświęcić Thomasowi. Wiedział wszak, że nie była to zwykła rozmowa i być może miała się ona już nigdy nie powtórzyć. Rodzeństwo Doe mogło zniknąć z jego życia w każdym momencie, idąc własną ścieżką, która nie przecinała się z tą, którą podążał profesor. Dlatego też Jayden chciał uważnie zapamiętać szczegóły spotkania, aby zamknąć je w butli czasu i pozostawić nietkniętymi. Nie chciał też — w przypadku starszego z braci — doprowadzić do feerii gniewnych emocji, jakie zaszły w przypadku Jamesa. Gniew, żal, gorycz, smutek kumulowały się w jedno w radioaktywnej mieszaninie, by finalnie rozbłysnąć wraz z momentem opuszczenia przez młodego czarodzieja gabinetu, a finalnie także całego domostwa. Nie było to nic prostego ani chcianego. Nie było to coś, do czego dążył Vane, lecz nie mógł pozwolić na to, aby ojcowskie uczucia w kierunku Jamesa zmąciły mu wizję sytuacji. Czasami gdy wiązało się z danym człowiekiem własne emocje, należało odmówić. Należało odsunąć się i poprzez skrzywdzenie, wspomóc. James musiał wszak zrozumieć, że bez względu na wszystko, nie mógł oskarżać i oczekiwać pomocy. Nie mógł też wyrzucać profesorowi czegoś związanego z jego siostrą, skoro nie interesował się nią przez dwa lata. Astronom potrafił wiele wybaczyć, ale były granice, jakich nie zamierzał przekraczać dla nikogo. Gdyby Thomas, gdyby Sheila byli w podobnej sytuacji i odtworzyli kroki swojego brata, profesor nie zareagowałby inaczej. Nie ugiąłby się ani nie dał powiązać z czymś absurdalnie niemożliwym w jego postrzeganiu. Ale przyszedłby na ratunek, jeśli tego wymagałaby sytuacja... Bez względu na konsekwencje wyciągnąłby ich z tego pieprzonego Tower w każdej rzeczywistości, w każdym wymiarze i każdym wszechświecie. Zapłaciłby łapówkę, ukorzył się, schował dumę do kieszeni, nigdy nie podejrzewając się o to, że mógłby sięgnąć po takie oszustwo. Po złamanie własnych zasad. Ale złamał je w konkretnym celu. Czy jednak to oznaczało, że miał się czuć mniej winny? Mniej obciążony? Mniej brudny?
Obaj jednak pozwolili sobie na opuszczenie stanu zawieszenia, jaki ogarnął zarówno profesora, jak i dawnego ucznia. Vane wstał pierwszy, a później usłyszał, że Thomas ruszył za nim, dopiero gdy sylwetka profesora zniknęła we wnętrzu domu. Nie przeszkadzało mu to. Rozumiał, że młody czarodziej chciał nabrać dystansu. Nie tylko on — sam Jayden czuł się lepiej, jeśli mógł odetchnąć, chociaż na chwilę. Odkąd James opuścił gabinet, emocje nie pozwoliły sobie całkowicie zniknąć i ochłonąć. Podczas drogi na piętro przywołał do siebie skrzata domowego i kazał mu upewnić się, że młodszy z braci Doe faktycznie przeniósł się do Doliny Godryka. Jakieś dziwne przeczucie profesora trąciło go, aby sprawdzić tę jedną, ostatnią rzecz. Czy była to kontrola, czy troska — nie potrafił powiedzieć dokładnie, chociaż nieobiektywnie chciał wierzyć, iż troska kierowała nim w tym wszystkim. Być może ostatnia, jaka miała mieć miejsce między nim a skrzypkiem. Zanim i Thomas miał zniknąć z irlandzkich ziem, Jayden zatrzymał się przed drzwiami do dziecięcego pokoju, pozwalając wpierw przekroczyć jego próg młodemu chłopakowi. W łóżeczku mogli zastać małe ciałka trójki niemowląt i jedno większe należące do sześcioletniej Melanie. Znów wymknęła się własnej matce, by przypilnować młodszych od niej Vane'ów. Patrząc na ten obraz, na twarzy astronoma pojawił się rozczulony uśmiech. Nie patrzył na Thomasa, a jedynie czerpał z chwili, by finalnie znów zabrać głos. Tym razem cicho, by nie pobudzić odpoczywających dzieci. - Jesteśmy sobie nieznani, my poznający, my sami samym sobie. Nigdy nie braliśmy pod uwagę koncepcji, by szukać samych siebie — w końcu jak można znaleźć samego siebie? Niektórzy mogliby powiedzieć, że kierując się słowami gdzie jest wasz skarb, tam jest i serce wasze. Nasz skarb jest tam, gdzie stoją ule naszego poznania. Jako skrzydlaki z urodzenia i zbieracze miodu duchowego, dążymy zawsze do tego, troszczymy się z serca właściwie tylko o jedno — by coś przynieść do domu. Co się tyczy życia, tak zwanych wydarzeń życia — któż z nas bierze to dość poważnie? Lub kto ma wystarczająco na to czasu? Obawiam się właśnie, że zapominamy. Że nie przykładamy się do tego. I poprzez to tracimy tak wiele momentów wartych zapamiętania. Przepuszczamy je przez palce, nie wiedząc, kiedy je przegapiliśmy ani kiedy minął czas. - Umilkł, by zewnętrzną stroną dłoni przejechać delikatnie po policzku śpiącego Ardena. - Nie wyobrażam sobie życia bez nich. I nie wyobrażam sobie, aby ominąć jakikolwiek dzień, by zdać sobie finalnie sprawę, że nie było mnie przy nich. Pytałeś, co rozumiałem przez miejsce, z którego się nie wydostaniesz. Nie miałem na myśli jedynie fizycznej lokacji. Są gorsze losy od tortur czy nawet śmierci. - Niezbyt głośne, ale wciąż wyraźnie słyszalne słowa wydobyły się spomiędzy warg profesora, gdy spojrzenie wbijało się w nieistniejący punkt, a oczy na moment drgnęły w zmrużeniu. - Więc nie zmarnuj tego. Faktu, że tu jesteś i wciąż żyjesz.
Nie zdążył jednak powiedzieć nic więcej. Do pokoju zapukał Śpioszek momentalnie zwracając uwagę Jaydena. - Miałem informować - wytłumaczył się panu domu, ale zaraz też kontynuował:
- Chłopak nie zabrał świstoklika. Idzie w kierunku miasta. Zabrał płaszcz pana profesora. Mam go sprowadzić?
Astronom nie odpowiedział. Zamiast tego przeniósł wzrok na Thomasa. Znał lepiej swojego brata, a Jayden nie wydawał się już być potrzebny, by interweniować w życie młodych czarodziejów.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Tyły domu [odnośnik]09.11.21 18:37
Ani Thomas, ani James nigdy nie radzili sobie z emocjami. Zresztą, czy ich młodsza siostra potrafiła to robić? Martwiąc się wszystkim, przejmując… Najstarszy z rodzeństwa zawsze kłamał i udawał, nie chciał pokazywać innym, że coś było nie tak; że coś mogło go zaboleć czy coś miało na niego wpływ. W końcu to były słabości. Martwienie się? A tfu! Strach? Tym bardziej nie! Chociaż z pewnością większość mu bliskich doskonale wiedziała jak ogromnym był tchórzem. I kłamcą.
James za to był wiecznie i zawsze zły. Na wszystko, na każdego - na każdy element w życiu, który tylko szedł nie po jego myśli. Albo wytrącił go z równowagi. Wszystko…
Nie do końca rozumiał, co też profesor chciał mu pokazać. Chociaż stawało się to coraz bardziej jasne, kiedy zaczął przekraczać próg pokoju. Wbił spojrzenie w dzieci, te mniejsze jak i starszą dziewczynkę, lekko się uśmiechając na ich widok. No tak, w końcu sam bardzo miło wspominał te czasu, kiedy opiekował się siostrą i bratem, chociaż często wychodziło mu to pokracznie. A przecież nie byli wcale tak dużo młodsi od niego! A mimo to wciąż widział ich jakby mieli mniej niż dziesięć lat - jak te dzieciaki, które pamiętał tuż przed swoim pierwszym rokiem w Hogwarcie. Pamiętał jak Sheila była przerażona, kiedy pierwszy raz dotarli do taboru - i jak James próbował udawać dorosłego. Bo w końcu oboje byli braćmi Sheili, powinni się zajmować siostrą. No i… przecież im kłamał, że wiedział co się działo. Mimo, że chyba przez całe życie nie miał bladego pojęcia co zrobić, co się działo, co zrobią później.
A mimo to, teraz musiał o tym myśleć. Co jeśli nie Londyn? Gdzie jeśli nie w Londynie… jeśli nie w taborze?
Uśmiechnął się do dzieciaków mimo, że te śpiąc nie mogły tego dostrzec. Był to swego rodzaju odruch, bo w końcu regularnie dorabiał w ten sposób w ostatnich latach - opowiadając bajki i inne historie dzieciakom z różnych miejsc, z różnych rodzin. Ale jakoś… zawsze dobrze się czuł, opowiadając historie. Czasem do tego grał na harmonijce, czasem tańczył razem z resztą, pomagał dzieciakom wymyślać gry i zabawy. Czuł się po prostu dobrze w takim towarzystwie. A czy świadczyło to o jego niedojrzałości? Nie miał pojęcia i nigdy się nad tym nie zastanawiał.
Rzadko zresztą zdawał się mieć jakieś egzystencjonalne przemyślenia, tak samo kolejne słowa profesora niekoniecznie do niego docierały. Wpatrywał się z uśmiechem w śpiące twarze maluszków. Cóż… w końcu sam wielokrotnie jeszcze w Hogwarcie myślał o tym, że chciałby mieć własne dzieci. W taborze szybko zawierali małżeństwa, szybko zakładali rodziny… chociaż teraz wydawało się to być tak odległe. Wyobrażenie założenia rodziny. Tym bardziej w czasach wojny. Ale z drugiej strony kiedy miałby być odpowiedni moment? Kiedy będzie spokojnie? Jak dorastali, kiedy chodzili do Hogwartu… owszem, było spokojniej, ale też nie do końca. Zawsze spotykali się z wyzwiskami i nieprzychylnymi spojrzeniami. Podczas tej wojny po prostu rzadziej w nich rzucano kamieniami, choć jednocześnie łatwiej ich karano za drobne przewinienia.
W końcu to co im zrobiono… i za co? Za nieudaną kradzież?
I z pewnością powinien coś odpowiedzieć. Przynajmniej był tego pewny, bo zawsze był tym wygadanym z rodzeństwa. Zawsze pierwszy gadał i zagadywał, nigdy nie brakowało mu słów, nawet jeśli były one głupie. Ale może… może już powiedział za dużo? A może powinien nauczyć się lepiej wyłapywać sytuację? Może powinien nauczyć się czasem po prostu milczeć.
Tak jak teraz. Bo nigdy też nie myślał o tym jakby się czuł, gdyby… gdyby jednak z Jeanie mieli czas na założenie rodziny, a jej by w pewnym momencie brakło. Chociaż czuł się okropnie każdego dnia, kiedy był w Szkocji. Nie mógł spać, obwiniał się za wszystko co spowodował. W końcu to było jego winą… tak samo jak to, co wydarzyło się w Tower. Gdyby powiedział Jamesowi wtedy na jarmarku zwykłe nie… a może inaczej by ich potraktowano, gdyby nie był tam rozpoznany? Może był w stanie temu wszystkiemu wtedy zaradzić?
Zerknął na Jaydena słysząc jego słowa. Wiedział o tym… chyba. Że miał cholerne szczęście. Całe życie miał cholerne szczęście, lądując na czterech łapach po każdym możliwym upadku. Jakim cudem? Nie miał pojęcia, ale jakoś już tak wychodziło.
Ale chyba za każdym razem nie doceniał wystarczająco tego szczęścia, ryzykując znowu i znowu. Za każdym pieprzonym razem… Może tym razem rzeczywiście doceni je bardziej, nie pakując się znów w nieprzemyślane kłopoty?
Odwrócił się w stronę drzwi, kiedy usłyszał pukanie, a słowa skrzata... Zaskoczyły go.
Zostawił ich? Tak po prostu? Co on sobie w ogóle wyobrażał?! Zostawić ich jak tchórz? Zniknąć, bo... bo właściwie dlaczego? Nie rozumiał teraz tego, co kierowało jego bratem.
Zmarszczył jedynie brwi, kręcąc zaraz lekko głową. Tym bardziej, kiedy poczuł na sobie spojrzenie Jaydena, który wyraźnie oczekiwał od niego decyzji.
- Da sobie radę... Na razie... Nie wiem, napiszę do niego. Powinienem wrócić do Doliny, do siostry, martwi się na pewno - powiedział, marszcząc brwi. Wciąż nie rozumiał... dlaczego James wyszedł tak bez słowa? Co zamierzał?
- Dzięki... W sensie... No... dzięki... - rzucił jeszcze cicho, tylko przelotnie zerkając zarówno za dzieci Jaydena, jak i na samego profesora. A po tym już wyszedł, mając przecież wrócić do Doliny, a skoro brat nie zabrał świstoklika to on miał z niego zamiar skorzystać.

Zt x2



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Tyły domu - Page 2 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Tyły domu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach