Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Tereny cyrkowe
AutorWiadomość
Tereny cyrkowe [odnośnik]18.10.20 18:04
First topic message reminder :

Tereny cyrkowe

★★
Rozległe tereny ciągnące się za namiotami, tak głównym, jak pomniejszymi, sprawiające wrażenie pustych, wykorzystywane przez artystów do codziennych ćwiczeń - niekiedy rozkłada się tu odpowiednie przyrządy, sprowadza zwierzęta, tworzy dogodne warunki na świeżym powietrzu, z dala od zaduchu płacht namiotowych i przypadkowych gapiów. Tereny otoczone są gęstą mgłą, która zatrzymuje i trzyma z daleka tak mugoli, jak niepowołanych czarodziejów. Niska trawa, gdzieniegdzie udeptana do gołej ziemi, pozwala na użycie praktycznie każdego rekwizytu. Kilka stałych konstrukcji pozwala na ćwiczenia na wysokościach.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:16, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Tereny cyrkowe - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Tereny cyrkowe [odnośnik]23.01.22 21:46
Roześmiał się, ciepło, serdecznie, obserwując profil jej twarzy, dobrze było móc ujrzeć tę radosną ciepłą iskrę w jej ciepłych oczach. Inną niż zmartwienie, lęk, strach, inną od temu, co otaczało ich ostatnimi czasy naturalnie. Dziś nic nie miało tak wyglądać, dziś mieli spędzić ten dzień przyjemnie, tak po prostu.
- To brzmi jak bajka - przyznał, unosząc spojrzenie w górę, na dwie czarne jaskółki tańczące na tle jasnego nieba. Mógłby być ptakiem. Chciałby być ptakiem: móc zamieniać się w zwierzę, które bez trudu złapie w skrzydła wiatr i uniesie się na jego żywiole. Nie na linie, trapezie, a jedynie mocą własnego ciała. Magiczne i niesamowite. Ale wiedział, że nigdy nie był orłem. Że odstawał od innych, że nie miał takich możliwości jak oni. Że nigdy nie uczył się dobrze, bo miał problemy z koncentracją. Że miewał zaległości. Nie posiadał wiedzy, która pozwalała mu opanować tak trudną sztukę. Nigdy nie będzie w stanie jej opanować. - Gdybym był ptakiem, zwiedziłbym cały kraj w tym kształcie. A potem wyleciał nad morze poszukać wielorybów. - Nigdy nie widział prawdziwego wieloryba. Słyszał, że są imponujące. Na pewno były, podobno olbrzymie. - Albo udałbym się z innymi ptakami w podróż do ciepłych krajów - rozmarzył się, w jego chłodnych na pozór tęczówkach odbijało się to samo ciepło. Rozmarzone ciepło. - Zastanawiałaś się kiedyś, dokąd odlatują? Jak myślisz, kryją się w parnych dżunglach, obsiadają piramidy czy koczują nad rzekami pełnymi krokodyli? Świat jest taki wielki, a my znamy go tak niewiele - westchnął, marzyły mu się podróże. Chciałby zobaczyć więcej. Dalej. Ale trwała wojna, a na podróże trzeba było mieć dużo pieniędzy. - A ty, Sissy? Co byś zrobiła jako ptak? - zapytał, uśmiechając się do niej ciepło. i utrzymał ten uśmiech, kiedy uścisnęła jego dłoń, małe gesty znaczyły czasem więcej niż słowa. Słowa i tak niewiele mogły zmienić.
- Wiewiórki potrafią być bardzo zawzięte. Nic dziwnego, że pogoniły drania - odparł z udawaną powagą; nie wiedział jeszcze, że gdy za parę miesięcy długie i mozolne ćwiczenia odniosą pierwsze efekty, że gdy - wzorem innych Zakonników - zdoła po raz pierwszy przywołać zwierzęce uosobienie jego duszy, patronusa, odkryje w nim nie kształt lwa Gryffindoru, a kosmatą wiewiórkę. Czasem przeznaczenie rysowało zabawne szlaki, wiewiórka na zawsze pozostanie jej obrońcą. - Thomas był dobrym bratem, prawda? - zagaił, z zamyśleniem, nie taki miał jego obraz, nie taki chciał mieć jego obraz. Pamiętał opowieść o taborze, który płonął: ogniem, który zaprószył właśnie on. Nawet jeśli nie bezpośrednio, to odpowiadał za niego w pełni. Nie uważał go za dobrego brata. Nie uważał go nawet za dobrego człowieka, a momentami nie był pewien, czy w ogóle uważał go za człowieka. Ale Sheila go kochała, był jej bratem.
Zaśmiał się na jej słowa, wciąż ciepło, wciąż szczerze; zawsze lekko podchodził do tematu pieniędzy, po prawdzie nie wiedząc, o ile mniej zarobi na jednym kradzionym bilecie; nie spodziewał się dużej różnicy, nie żałował też tej kwoty Sheili. Nie pieniądze były przecież w życiu najważniejsze. - Nazwijmy to stałym karnetem, po znajomości z gwiazdą. To prezent, co ty na to? Niegrzecznie jest nie przyjmować prezentu, a jeszcze mniej grzecznie byłoby go zwracać. A tak się składa, że mam już dla ciebie upatrzone świetne miejsce - zapewnił bez zawahania, i wcale nie z grzeczności. Żył dla świata i żył dla ludzi, lubił się dzielić. Źle się czuł bez tego. Może będzie miał kłopoty, jak ktoś ją przyłapie. Przez tydzień, może dwa, odpracuje stracony zysk, nic wielkiego się nie stanie.
- Przydomki nie mają znaczenia, kiedy ludzie nadają je sobie sami. Są wtedy puste i śmieszne. Ty mi powiedz, jak by mnie mogli nazwać? - zapytał, wciąż z rozbawieniem. Nie potrzebował poklasku ani legendy otulającej jego imię, ale przecież każdy lubił marzyć. Jego marzeniem było zostać bohaterem. - Byłbym akrobatą, który wykorzystuje swoje umiejętności, żeby włamywać się do domów bogatych i rozdawać biednym to, co znajdzie - oznajmił z powagą, trochę prowokacyjnie. Robił to, ale życie nie było piękną baśnią: gdyby ktoś się o tym dowiedział, zawisnąłby na szubienicy szybciej, niż ktokolwiek zdążyłby ułożyć piękną pieśń. Daleko mu było zresztą do legendarnych umiejętności Robin Hooda. W baśniach też miał zdecydowanie mniej wątpliwych kompanów, niż on: portowe obszczymurki nie wyglądały dobrze jako towarzysze wielkiego herosa. Nie mówiąc już o barwach szarości, które w legendzie o królu złodziei były tylko białe albo czarne. Życie tak nie wyglądało. Nikt nie hołubił złodziejom, boleśnie miał się o tym przekonać już nazajutrz.
- Dzisiaj to ty będziesz najjaśniejszą gwiazdą, Sissy, nie ja i nie Ollie. Żadne z nas nie śpiewa tak pięknie jak ty, ale myślę że tu, na Arenie, w ogóle nikt nie śpiewa równie pięknie, co ty - zapewnił ją, opierając się łokciami o zagrodę słonia. Obejrzał się na niego przez ramię, troskliwie. Lubił jej głos. I lubił jej romski akcent w cygańskich pieśniach. - Ha! Ollie wyczuje fałszywą nutę z kilometra - zażartował, jego usta drgały nieprzerwanie. - Ale tobie to nie grozi, masz precyzję w palcach, a ucho prawie tak dobre, jak Ollie - dodał nieznacznie poważniej. Nie odpowiedział nic, kiedy przyznała, że Thomas dalej nie miał pracy, nie chciała słuchać tego, co myślał na ten temat. Może powinien z nim jeszcze raz porozmawiać. - To nerwy? - zapytał, ten sen. - Nie czujesz się dobrze, odkąd się odnaleźliście? - Czy pytał o sprawy zbyt osobiste? Niepokoiło go to, dni, po których się odnaleźli, wreszcie razem, powinny być tymi najszczęśliwszymi. Wyglądało na to, że wcale nimi nie były. Pamiętał spojrzenie Eve, niechęć przed powrotem do domu. Pamiętał własne zaskoczenie, kiedy pojawił się Thomas. Wyobrażenia bardzo często bywały słodsze od rzeczywistości. Może nie powinien był pytać. Przysiadł obok niej, na skrzyni, kiedy zaczęła grać, w ciszy delektując się tą pieśnią, raz spoglądał na nią, raz na słonia, który po drugiej zwrotce przestąpił z nogi na nogę i podszedł nieznacznie bliżej ogrodzenia, wyciągając w górę trąbę. Marcel uśmiechnął się szeroko, najpierw na ten widok - potem zachęcająco do Sheili. No i się ożywił! Zaklaskał, kiedy skończyła, do oklasków dołączając głośny gwiazd.
- Niesamowita Sheila Doe i jej zaczarowana harfa! - zawołał, przedstawiając artystkę, jak gdyby rzeczywiście wystąpiła właśnie na scenie. - O czym jest trzecia zwrotka? Nigdy nie potrafiłem wychwycić ostatniego zdania - zapytał, spoglądając na nią z zainteresowaniem.
Spojrzał na nią, westchnął, nie opuszczając słoika z miodem - by mogła poczęstować się nim w każdej chwili. Wzruszył nieznacznie ramieniem, chciała dobrze, dlatego pytała. Ale jak wyznać prawdę, o której nie wolno mówić? Skinął głową na jej słowa. Nie odpowiedział nic, kiedy dodała, że jej przykro, uciekając wzrokiem w bok. Dotyk jej dłoni na ramieniu był krzepiący, dobre słowo też. Ale nie chciał, by dostrzegła spojrzenie, które na krótki moment stało się szkliste.
- Ostatnio po prostu nic nie układa się tak, jak powinno - odpowiedział, kiedy pozbył się tego niewygodnego zawilgotnienia. - Po tym jak mama... - Umarła. - Napisałem list do mojego ojca. Chciałem, żeby wiedział. I chyba wskrzesiłem ducha, którego nie powinienem był ruszać. To potwór. I nie chce się ode mnie odczepić. - I chyba trochę się go boję. Ale tego powiedzieć jej nie mógł, nie chciał jej straszyć. - Pracuje dla Ministerstwa Magii. Ma to swoje uroki, powiedział mi, na przykład, że moja była dziewczyna złożyła na mnie zmyślony donos w zemście za nasze rozstanie... - Pokręcił głową z dezaprobatą, ale na usta wpełzł znów uśmiech. Teraz, kiedy sprawa ucichła, a nic nie wskazywało na to, żeby ktoś deptał mu po piętach, wydawało mu się to zabawne. Frances gdzieś zniknęła, chyba wyjechała. Może ktoś wyznał się na jej kłamstwach. - Nie wiem - zamyślił się nad jej słowy. - Czasem mam wrażenie, że scenariusz mojego życia wymyślił ktoś z niezłym poczuciem humoru, choć jak na mój gust trochę zbyt czarnym. - Nie sięgnął po drugą kromkę, nabrał miodu na palec, oblizując go z błogością. - Na szczęście mamy je czym osłodzić. Jedz, Sissy, nie wiadomo kiedy znowu zobaczymy miód. Ależ on jest pyszny! - Zaraz jednak zeskoczył ze skrzyni, nie wypuszczając słoika z dłoni, wolną wyciągając w kierunku Sheili, chcąc zabrać ją bliżej zagrody. - Chodź, Ollie podszedł. Chce się przywitać, a my jesteśmy u niego gośćmi. Zachowajmy się grzecznie. - Wciąż miał wysoko uniesioną trąbę. - Wyciągnij rękę - poprosił, gotów pochwycić jej dłoń, jeśli bała się zrobić to sama. - Wolisz zrobić to razem? - dopytał się, stając tuż za nią.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Tereny cyrkowe [odnośnik]20.02.22 13:14
Też lubiła, gdy Marcel się uśmiechał – było to o wiele swobodniejsze niż konwersacje pełne bólu, gniewu albo rozczarowania, kiedy emocje sięgały zenitu. Sylwester przysporzył jej więcej bólu głowy i zmęczenia niż zabawy, nie mogła więc mówić, że dobrze się bawiła, a zaraz potem wyszedł kolejny problem z Jaydenem i wczorajsza rozmowa, przez którą wciąż było jej źle. A teraz w końcu mogła o tym nie myśleć, skupiając się jedynie na obecności Sallowa, który robił wszystko, aby poczuła się tu swobodnie. I chociaż na chwilę zapomniała o wszystkim.
- Na pewno dalej byś się popisywał, latał tak ładnie, że wszyscy by byli zachwyceni. – Wiedziała, że by tak robił. Tak samo w szkole, gdy huśtał się na taboretach, tak samo kiedy zeskakiwał z jednego miejsca w drugie, tak samo kiedy zwisał z gałęzi drzew, niby od niechcenia. Ptasia forma nie różniłaby się w tej kwestii – musiałby się ruszać, nie mogąc usiedzieć w miejscu, a jednocześnie bawiłby się z otoczeniem, jakby to robił zawsze. – Gdzie byś poleciał najpierw w kraju? Jest dużo miejsc, które chciałbyś zobaczyć? – Zastanowiła się o tych ciepłych krajach, potrząsając lekko głową. – Nigdy się nie zastanawiałam. Wiedziałam, że nie wyjadę nigdy poza granice, więc niezależnie od tego, gdzie by to było, zawsze myślałam o tym, że to było po prostu gdzieś…wiesz, moich dalecy przodkowie pochodzą z Hiszpanii, znaczy, wciąż byli cyganami, ale mieszkali w Hiszpanii i potem stamtąd uciekli. Ale wciąż Hiszpania to dla mnie coś obcego. Więc jak dla mnie mogą mieć w sumie podobnie jak tutaj, tylko cieplej? – Wiedziała o co mu chodzi, szukała w swojej wyobraźni niesamowitych pałaców. Ale nie umiała jakoś, nie teraz. Może już nigdy.
- Ja? Ja bym siedziała na gałęzi i śpiewała, tak aby ludzie mogli usiąść i się odprężyć, przez chwilę tak aby nie musieli się martwić. To by było miłe, nie sądzisz? – Uśmiechnęła się jeszcze, podskakując lekko i okręcając się dookoła siebie, podniosła dłonie jakby przez chwilę tańczyła jak ptak zrywający się do lotu, ostatecznie jednak zwalniając i idąc normalnie już, bez większych wygłupów.
- Są prześliczne, prawda? Wiewiórki znaczy, wyglądają bardzo uroczo. Może przez to ludzie ich nie doceniają i potem mogą mocno podrapać. Ale to chyba tym bardziej ciekawe. – Ledwie pamiętała, jak wyglądał jej patronus i miała spore przypuszczenia, że gdyby próbowała go wyczarować ponownie, wcale by się to nie udało, zarówno przez magię jak i dość ciężki stan myśli na ten moment. Nie byłaby bardziej pomocna od kogokolwiek innego. Pytanie wydawało się w jakiś sposób…nie tyle bolesne, co po prostu niełatwe. Ale ciche westchnięcie wyrwało się z jej ust.
- Tommy jest…wiesz, biega wszędzie. Wciska się do każdego kąta, zagląda w każde miejsce. Uważa, że urocze błyśnięcie zębami i dobra bajeczka wyprowadzą go z każdego problemu. Dba o mnie, robi wszystko, żebym jednak jadła albo żeby kanapa zawsze była dostępna, chyba, że przyszedł po Tower, to wtedy dałam mu tam spać, bo z jego siniakami lepiej nie. – Zastanawiała się, jak to zgrabnie ująć, tak aby nie brzmieć roszczeniowo. – W domu jest cudownym bratem. Ale kiedy jesteśmy poza nim, przestaje się liczyć słuchanie siostry. Ewentualnie mnie starają się chronić, ale…nie posłuchać. – Nie podobało je się to, nie ukrywała tego, w słowach czy obecnych emocjach. – Nie chcę im nic bronić ale widzisz po zeszłych dwóch miesiącach, jak to wszystko się kończy.
Thomas i jego pamiętne Tower dwa razy. Zmarszczyła brwi, czując, że im dłużej porusza ten temat, tym bardziej się nakręca na narzekanie, a tego wcale nie chciała.
- Tylko jak już zostaniesz bardzo sławny to będę mogła liczyć na autograf bez opłaty? – Uśmiechnęła się, szturchając go lekko, zastanawiając się, co jeszcze miał je do powiedzenia na temat występów. Na upatrzone miejsce starała się lekko, ale wciąż dość nieumiejętnie ukryć podekscytowanie. Naprawdę chciałaby mieć chwilę dla siebie, ostrożnie obserwując jak Marcel szybuje pod dachem namiotu. Zaśmiała się cicho, kiedy zapytał ją o przydomek którym mogliby go nazwać, chciałaby wymyśleć coś dobrego. Uwagę odnośnie wkradania się do domów skomentowała jedynie poprzez ponowne uciśnięcie jego dłoni, nieco mocniej. Tak aby pamiętał, że cokolwiek się nie zadzieje, była tutaj.
- Hmmm, ciebie? Nie wiem, Nocny Znikacz…nie, czekaj, to nie brzmi zbyt dobrze. – Zaśmiała się, czując, że wcale nie wychodzi jej dobrze to wymyślanie pseudonimów. Na wspomnienie o śpiewaniu uniosła lekko brwi, wydymając lekko usta w rozbawieniu, tak jakby nagle rozległ się jakiś nieśmieszny żart o tym wszystkim. – Skoro nie macie nikogo do śpiewania, to może czas zatrudnić? Bo jeszcze przyjdę, zrobię wam konkurencję i będziecie musieli mnie zaprosić do przedstawienia, bo w innym wypadku okaże się, że wysadzę was z interesu przez przypadek. – Nie byłaby w stanie, nie w pojedynkę, nawet nie chciała, ale jednocześnie snucie bardzo absurdalnych scenariuszy pozwalało jej na uśmiechnięcie się do samej siebie. Świat był prostszy w takich sytuacjach.
- Ja…ja się cieszę, że jesteśmy razem. Ale wiesz jak to jest. Zobaczą okazję na ulicy. Wyczują coś, co myślą, że będzie dla nich dobre. A potem siedzę i czekam. Czy tym razem zniknie Thomas na tydzień czy na zawsze? Czy w ogóle wyrzucą gdzieś jego ciało, czy może jednak wywieszą je na bramie? Jak któryś zdecyduje się coś ukraść od kogoś ważnego, to skończy gorzej niż w Tower? Nie wiem, leżę po nocach kiedy znikają i siedzę i myślę. Nie będę w stanie tego zmienić. – Nie dopóki sytuacja jakoś się nie uspokoi. A nie zapowiadało się, aby miała się uspokoić.
Muzyka pozwalała się z tego uwolnić, chociaż na chwilę, tak aby nie musiała martwić się o cokolwiek, po prostu płynąć przed siebie, tak jak melodia ze strun płynęła między nimi. Muzyka podobno łagodziła obyczaje i coś w tym było, bo dawała radę teraz skupić się na czymś zupełnie innym niż swoje własne przeznaczenie. A teraz, teraz nie myślała już o niczym, niczym poza kolejnymi zwrotkami. Czasem jej spojrzenie uciekało, czy na w stronę Marcela, czy to w stronę Olliego, który wydawał się samą melodią zainteresowany, ostatecznie jednak uśmiechnęła się, odsuwając głowę kiedy tylko piosenka dobiegła końca.
- O tym, że jeszcze wrócimy na dawne pastwiska, dla koni w sensie, ale teraz musimy wędrować dalej jak zawsze. – Przetłumaczyła to dość luźnie, ale czasem ciężko było tłumaczyć rzeczy jeden na jeden. Niektóre słowa niosły znaczenia poza swoimi wrażeniami.
Słuchała go ostrożnie. Każdej sprawy, która go bolała, jak z byłą dziewczyną. Każdej obawy, zwłaszcza o ojca. Rozumiała, czego się bał i wiedziała, że taki wypadek potrafił być najgorszym z możliwych. Jedno potknięcie, kiedy ojciec wiedział, jedna nieprawidłowość. Pytanie, jak bardzo jego ojciec chciałby mu zaszkodzić. Chciała go pocieszyć, odłożyła harfę, ale co miałaby zrobić. Było mu ciężko, zbyt ciężko na jedno poklepanie po plecach aby stwierdzić, że już jest lepiej i nikt nie ma z tym problemów.
Dlatego ostrożnie go przytuliła. Lekko przyciągnęła do siebie, pozwalając, aby znalazł się na tę chwilę w jej ramionach. By było mu łatwiej, by przez chwilę nie musiał uciekać spojrzeniem gdzieś na bok. Trzymała go w objęciach, bezpiecznych, dających jakieś poczucie swobody. Tak aby wiedział, że nie ważne, co się zadzieje, miała być obok.
Podniosła się, wypuszczając go z objęć, ostrożnie podchodząc w stronę zagrody. Spoglądała z zaniepokojeniem na słonia. Wydawał się miły, a jednocześnie był duży, a rozmiarowo dominował nad otoczeniem. Ostrożnie skierowała się w stronę zagrody, kiwając głową kiedy zapytał, czy chcą zrobić to razem. Wysunęła przed siebie dłoń niepewnie, nie wiedząc, czy powinna poczekać aż słoń sam wyciągnie dłoń, czy jednak nie.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 9
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Tereny cyrkowe [odnośnik]27.04.22 14:26
Uśmiechnął się ciepło i wsparł rękoma o drewnianą barierkę słoniowego boksu, chciałby potrafić odpowiedzieć na jej pytanie tak jak należy, ale tak naprawdę niewiele wiedział o świecie, o kraju, o pobliskich miastach, poza Londynem widział ich w życiu niewiele. Nie znał ciekawych miejsc. Słuchał opowieści - tych, którzy wędrowali od trupy o trupy, o dalekich krajach, o krajobrazach, o wielkich wodospadach i podmiejskich bagnach, o kwitnących wiśniach i dusznych oparach wschodnich ziół, o morskiej wodzie tak czystej, jak tafla lustra, o miejscach, w których nie znają śniegu i miejscach, w których śnieg leży cały czas.
- W wysokie góry i ponad wyspy, nad szkockie źródła, i na północ, skąd widać zorzę, nad klify, a potem tam, gdzie zniósłby mnie wiatr, bo wierzę, że wszędzie jest coś pięknego, co można byłoby zobaczyć. Czasem najpiękniejsze jest nieznane, ukryte. To, o czym nie mówią ludzie - zastanowił się, nie odejmując wzroku od Olliego. - Wszędzie będzie pięknie, kiedy wojna się skończy - dodał smętnie, teraz wszędzie było niebezpiecznie. Zagrożenie czyhało co krok, wszędzie i na każdego. - Hiszpania brzmi świetnie - Jego uśmiech nie zniknął mimo goryczy, która na moment osiadła na języku. - Tam pewnie jest gorąco, co? Muszą mieć piękne plaże - westchnął, przenosząc spojrzenie na nią. Uciekała od tego, od podróży. Nie lubiła zmieniać tego, co już miała - szkoda, ryzyko nie zawsze wiązało się z zagrożeniem. - Na pewno - przytaknął jej wizji, ciepło. - Sam chętnie usiadłbym pod tym drzewem. Uwielbiam twój śpiew, Sissy - przyznał, szczerze, śpiew ptaków miał w sobie coś niesamowitego, innego. Odprężał, koił, przyciągał; kiedy zerwała się do obrotu, bez zawahania dołączył do jej tańca; pochwycił jej dłoń, wyciągając ją w górę, ze śmiechem pomagając jej wykonać kolejny obrót; wypuścił ją z rąk ledwie parę chwil później, klaszcząc w dłonie. - Doskonały występ, kroniki towarzyskie będą o nim mówić przez wiele tygodni - zapewnił ją z rozbawieniem, wsuwając dłonie z powrotem do kieszeni kurtki. Wciąż się uśmiechał, na anegdotkę o wiewiórkach - roześmiał się cicho. Mimo żartu nie upatrywał we wiewiórkach szczególnego zagrożenia, wielkie zwierzęta go zachwycały, małe czasem ciekawiły. Wiewiórki były rzeczywiście urocze i w tej chwili wydawało mu się, ze to jedyne, co można na ich temat powiedzieć.
Wysłuchał jej dalszych słów, wciąż z uśmiechem. Wydawało mu się to naturalne, że chciała mieć jakiś wpływ na braci, ale była ich młodszą siostrą - trochę nieporadną, lękliwą, wymagającą opieki, siostrą, o którą zawsze się troszczyli. Nie słuchali jej, bo to ona powinna słuchać ich, to ona tego potrzebowała. To ona potrzebowała opieki. Nie wszystko jej mówili, bo nie wszystko wiedzieć musiała, ale przede wszystkim nie wszystko rozumiała. Westchnął, kiedy wspomniała o ostatnich dwóch miesiącach. Na placu Thomas wpadł w kłopoty przez niego, nawet jeśli zarobił sobie na to, by mieć u niego dług wdzięczności; Sheili trudno było zrozumieć, że największy problem leżał w czasach, w których żyli. Jak można było przewidzieć konsekwencje swoich czynów, gdy do więzienia można było trafić za gorszy nastrój przypadkiem napotkanego funkcjonariusza? Jaki mieć żyć bez kradzieży, kiedy o pracę było trudno, a pieniądze coraz nędzniejsze? Ale to dobrze - mogła się od tego odciąć i żyć w swojej bezpiecznej bańce, z dala od traum, które oni przechodzili na co dzień. W głębi ducha chyba się cieszył, że Sheila tego nie rozumiała. Rzeczywistość nie zdążyła jej jeszcze dotknąć zbyt mocno - i oby tak pozostało. Oby pozostało tak już do końca wojny.
- Nikomu nie jest teraz łatwo - odpowiedział wymijająco, nie chcąc wchodzić w tę rozmowę, spoglądając na słonia. Miał takie mądre oczy, jakby potrafił z tych rozmów wyciągnąć wszystko. Jakby potrafił to wszystko zrozumieć lepiej niż oni, lepiej niż ludzie.
- Dla ciebie zawsze - zapewnił, wdzięczny za zmianę tematu; ze śmiechem, wiedział, że nigdy nie będzie tak sławny, cyrkowi artyści byli anonimowi, nikt ich nie podziwiał, nikt za nimi nie wzdychał, nikt nie pisał o nich na okładkach gazet. Może to lepiej, życie w światłach musiało strasznie męczyć - a może tylko sobie mówił, że tak jest lepiej? Parsknął na pseudonim nocnego znikacza, mimowolnie wracając wspomnieniem do poranka, w którym uciekł z łoża dzielonego z Aurorą, w zakłopotanym zażenowaniu odwrócił na krótko wzrok, by upewnić się, że jego twarz nie była i nie będzie czerwona.
- Co w tym złego? - zastanowił się, usta wciąż drżały w rozbawieniu; na Arenie występowali akurat talenty, którymi dysponowali, śpiew wybrzmiewał w operze, niekiedy akompaniamentował występom, ale w ostatnim czasie raczej gościnnie. Wygryzienie ich z interesu przez Shielę było mało prawdopodobne, ale snuł tę myśl tak, jak gdyby w rzeczywistości mogła się ziścić. - Zamkniem Arenę i znajdziemy sobie inne zajęcia. W porcie zawsze jest robota, ale mam nadzieje, że uda się zarobić wystarczająco dużo, żeby móc dostać bilety na twój występ. Będziesz jeszcze pamiętała o dawnych przyjaciołach, kiedy zostaniesz gwiazdą? - Żartował, oczywiście, że tak. Wiedział, że będzie, gdyby tylko ta absurdalna myśl z jakiegoś powodu stała się realna. Kiwnął głową, kiedy wróciła do tematu braci.
- Jest wojna, Sissy. Nikt nie wie, co będzie jutro. To potrwa jeszcze jakiś czas. Pewnie dłuższy - Nic nie zapowiadało zmian. Obie strony walczyły zajadle. A to w tym momencie nie prowadziło donikąd. Każde z nich mogło odejść w każdej chwili, wyjść z domu i już nigdy do niego nie wrócić. Nie miał odwagi powiedzieć jej tego na głos. Miała rację, Thomas mógł zginąć. Każdego dnia. Tak jak James, tak jak on, tak jak ona. - Wiem, że to trudne, ale nie możesz zadręczać się czymś, na co nie masz wpływu. Mimo tego, co się dzieje... trzeba próbować łapać strzępy normalności. Strzępy dawnego życia. - Nędzne ochłapy, nic już przecież nie było i nic już przecież nie będzie takie jak dawniej. - Cieszyc się chwilami, które są, kiedy mamy świadomość, że mogą być już tymi ostatnimi - dodał, ponuro, zamykając oczy, by odpędzić wspomnienie bestialsko zamordowanej na jego oczach matki.
Przytuliła go - odpowiedział tym samym, chwytając ją w objęcia, przejmując w tym geście rolę, którą na siebie wzięła. To on chciał być jej wsparciem, potrzebowała go, wcale nie mniej, niż on. Subtelny uśmiech wciąż tkwił na ustach, gdy przez jej ramię przyglądał się szamoczącej się na wietrze płachcie namiotu. Tym byli tylko, pyłem smaganym wiatrem. Dziś byli, jutro ich nie będzie. I nikt nad tym nie zapłacze. Bicie jej serca wydawało się spokojne, westchnął, ściskając jej ramię - chcąc wspomóc ją mocniej, choć wiedział, że to niemożliwe. Wciąż uśmiechnięty prowadził jej dłoń w kierunku Olliego, obejmując jej dłoń delikatnie własną; słoń przesunął się bliżej nich, imponująco potężny a jednocześnie zbyt mądry, by wykorzystać tę potęgę przeciwko nim. Zwinął trąbę, sięgając jej rozpostartej dłoni - palcami upewnił się, że podeszła do niego jak do konia - końcem trąby połaskotał jej skórę, zniżając w ich stronę całą głowę. Marcel wypuścił jej dłoń i sięgnął jego szyi własną, wyskakując na dzielące ich ogrodzenie i przysiadając na nim bokiem. - Śmiało - zachęcił ją, podając jej dłoń, by i ona mogła stanąć stabilnie na niższym szczeblu zagrody - z podwyższenia łatwiej było go sięgnąć.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Tereny cyrkowe [odnośnik]08.05.22 1:18
Znała dość sporą część Anglii, ale poznawała ją raczej zza szyby wozu, niemilknącego stukotu, rżenia koni czy zza dymu ogniska, który przysłaniał wszystko kiedy pochylała się nad garnkiem w którym gotowała się potrawka a cienkie kosmyki włosów wysuwały się aby opaść jej na policzki zaczerwienione od ciepła. Mimo przemierzenia wielu kilometrów, świat był dość wąski w jej mniemaniu, składając się zawsze z wozów, wspólnoty, czasem drobnych prac kiedy roboty było dużo i chcieli zarobić jak najwięcej. Ale nie miała tych przygód opisanych w książkach, nie walczyła z nikim (to akurat dobrze), nie spotykała niesamowitych stworzeń ani magicznych i niezwykłych rzeczy. Nie mogła powiedzieć, że to źle, ale czasem była po prostu ciekawa czy jest coś więcej i jeżeli tak, to gdzie i co dokładnie.
- W sumie masz rację, wszędzie da się rade coś zobaczyć. A chyba najlepiej już w ogóle jak ma się do tego dobre towarzystwo, prawda? Wtedy możesz coś takiego dzielić z inną osobą i mieć wsparcie dla niej, a jeżeli coś się stanie, zwłaszcza złego, to łatwiej jest wtedy wyjść z problemów. – Stanęła obok, nie chcąc jakoś wdrapywać się na barierkę. Początkowa nieśmiałość wobec słonia zmieniła się raczej w ostrożną ciekawość. Z tego, co opowiadał o nim Marcel, wydawał się mocno samotny. Czy nie lepiej byłoby mu gdzieś na wolności? Chrząknęła na to wspomnienie o wojnie, ale nie skomentowała, nie chcąc ciągnąć tematu. Chociaż raz.
- Nie wiem, jaka jest tak na dobrą sprawę. Minęło prawie pięćset lat odkąd ktokolwiek z naszego taboru widział Hiszpanię. Ale jakby miała zgadywać… - rozważała, kołysząc się lekko podczas wspinania się na palce aby zaraz opaść, podeszwą butów uderzając o grunt. - …to tak od razu kojarzą mi się pomarańcze i jakieś stare zabytki, ale takie bardzo stare. Nie takie zimne jak tutaj, ale nawet kamień byłby ciepły. Ale nie palący, tak przyjemnie ciepły, tak jak gdy dotykasz świeżego bochenku chleba i kojarzy ci się dobrze. Rozumiesz? – Nie była pewna, czy podążał za jej tokiem rozumowania, ale ciepło czasem przyniosło też dobro.
- Dziękuję. To naprawdę daje mi wiele śmiałości jeżeli chodzi o grę. – Nie chodziło o to, że nie dotknęłaby strun gdyby nie jego pochwały, ale zawsze było milej kiedy o tym mówił, że mu się podobało. To zawsze dawało jej więcej wiary w siebie i chęci, aby dalej próbować, rozwijać się, no i pokazywać grę inną. Zaśmiała się kiedy wyciągnął dłoń aby chwycić jej własną, tym szczerym i spokojnym śmiechem. Lubiła kiedy tańczył, a dawno już nie mieli okazji aby zrobić to razem. Kiedy zaklaskał, dygnęła lekko, dłońmi jeszcze zamiatając spódnicą na boki.
- Mam nadzieję że kroniki wspomną o moim wielce utalentowanym partnerze? – Zapytała, szturchając go jeszcze łokciem w jego łokieć, ale niezbyt lekko. Nigdy tego nie robiła mocno, nawet jak wątpiła aby jakkolwiek mogła go uszkodzić. Co nie znaczyło, że chciała sprawiać mu jakikolwiek ból i chyba o to się martwiła. Nawet jeżeli tylko go szturchała podczas rozmowy o wiewiórkach.
Przystanęła jednak już spokojniej, ostrożnie zdejmując szalik aby jeszcze owinąć go wokół szyi Marcela. Spodziewała się że ten, jak zawsze w biegu, jak zawsze gdzieś po drodze, gubi przynajmniej jeden na całą zimę, to może nowy by się mu przydał? Czasem wysyłała mu jakieś drobne uszyte prezenty, ale nigdy nie pytała czy chciałby coś innego. W końcu nie zamierzała go obrażać, sugerując mu przypadkiem, że nie stać go na ubrania.
- Co nie znaczy, że nie możemy się przestać wspierać, również na polu rozmowy. – Mruknęła jeszcze, ale nie była na tyle naiwna aby nie widzieć, że ten temat Marcelowi jest zupełnie nie w smak. Na wspomnienie o autografach dłoń położyła na sercu, kłaniając się na nowo, w ramach wielkiej wdzięczności obdarowywanego nieśmiałego fana do wielkiej gwiazdy sceny cyrkowej.
- Nawet o tym nie myśl. Specjalnie ułożę program tak, aby znajdować się tam mogły gwiazdy cyrkowej areny i będziecie występować ze mną! A potem zbudujemy taki duży dom gdzie wszyscy się pomieszczą, a Ollie będzie spał na wielkich jedwabnych poduszkach. – Snuła te nierealne marzenia, a ton głosu wskazywał na to, że absolutnie w to nie wierzy, ale dobrze było chociaż przez chwilę iść w zupełnie niemożliwą rzeczywistość. To sprawiało, że ta obecna stawała się na chwilę uderzeń serca znośna, jeżeli odpływało się w marzenia. Gdyby tylko zderzenie z rzeczywistością, tą realną, nie było tak brutalne…
- Pewnie masz rację… - westchnęła, wydmuchując jeszcze powietrze po raz drugi aby kosmyk ciemnobrązowych włosów łagodnie spłynął na bok. – Ale wiesz, że zawsze się będę martwić o was wszystkich. Jesteście mi tak bliscy, że nawet strata jednego z was to strata to strata siebie. Tak jak James udaje twardego, ale gdyby cokolwiek się stało komukolwiek, złamałoby to mu serce już na zawsze, nawet jakby miotał się, że wcale tak nie jest. Więc..postarajcie się, dobrze? Wy wszyscy pamiętajcie, że zawsze jest rodzina, która na was czeka.
Wyczuła jego uścisk, kładąc przez chwilę głowę na jego klatce piersiowej aby wyczuć bicie serca. Może właśnie o to chodziło? Że mimo zalet, mimo zwinności, to chyba nie ta cała uroda, taniec, wdzięk czy gracja były w nim najważniejsze, a właśnie to, że delikatne i wrażliwe serce sprawiało, że chronił i opiekował się. Może nie zawsze pytał na ile ktoś tej opieki chce bądź potrzebuje, ale gdy potrzebował, to tam właśnie był. Dzielny Marcel, najdzielniejszy.
Ostrożnie wyciągnięta dłoń w stronę Olliego była z jej strony jakimś aktem odwagi, ale dopóki Marcel nie złapał jej i nią nie pokierował, to wszystko było dość niepewnie. Dotknięcie sprawiło, że zaśmiała się cicho pod dziwacznym uczuciem trąby słonia, mimo wszystko delikatnie pogładziła ją, mając ochotę słonia uściskać ale się powstrzymując. Na zachęcenie Marcela przygryzła lekko wargę, ale jak nie teraz, to kiedy? Złapała jego dłoń, tak aby się podciągnąć i podążyć za nim.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 9
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Tereny cyrkowe
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Możesz odpowiadać w tematach