Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Zaczarowane trapezy
AutorWiadomość
Zaczarowane trapezy [odnośnik]18.10.20 18:06
First topic message reminder :

Zaczarowane trapezy

★★
Zaczarowane trapezy wiszące nad główną areną wzbogacone o koła, liny, szarfy i inne przyrządy akrobatyczne służą podniebnym gimnastycznym popisom; ich tłem jest wewnętrzna płachta cyrku zaczarowana tak, by zmieniała barwę i scenerię w zależności od tematyki występów. Zaczarowany jest również sam namiot, wysokość, na której znajdują się akcesoria, zmienia się w zależności od konkretnego pokazu. Niektóre pośród przyrządów lewitują w powietrzu zaklęte odpowiednimi czarami, inne upięte są na magicznych linach opiętych o lewitujące haki.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:17, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zaczarowane trapezy - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Zaczarowane trapezy [odnośnik]02.01.22 15:19
Minął już prawie miesiąc.
Siedział na niskiej rampie okalającej arenę, z ciężkim zwojem grubego jutowego sznura stóp i paroma solidnymi dłuższymi kijami, które powinny wisieć już na górze; trzymał jego końce stopami, owiniętymi zbyt lekkimi jak na zimę skórzanymi butami, fragment przytrzymując kolanami, usiłując pleść więzy jedną ręką. Zawzięcie. Na Arenie każdy musiał na siebie zarobić, a on przestał występować, musiał pracować przyziemnie więcej, niż wcześniej. Nikt nie próbował się nad nim rozczulać, kalectwa się zdarzały, nawet najlepszym. To urazowa zabawa. Urazowy sport. Weź się do roboty, królewno, powtarzał jak echo jego przybrany ojciec, nic nie rozumiejąc. Bo niby jak miał się wziąć do roboty? Znał marynarskie węzły, ale nie potrafił ich pleść jedną ręką - a pomoc nóg to za mało. Gubił pętle, brakowało mu precyzji, wszystko zaciskało się nim zdążył zareagować - lub przeciwnie, niczego docisnąć nie mógł. A precyzja była ważna. Mogła zaważyć na czyimś życiu. Z każdą mijającą chwilą frustrował się coraz mocniej, czuł w sercu wzbierającą się złość - na tę cholerną linę, choć nie ona była tutaj winna. Na swoją bezradność. Bezsilność. Niemoc. Plótł ją nie dla siebie, a dla kogoś, kto go zastąpi, co ostrym dłutem ryło w sercu głęboką ranę. Ze złością pociągnął za linę w swoją stronę, próbując zacisnąć wyblinkę na żerdzi trapezu, którą mocno przydeptał stopą - coś poszło nie tak, lina ześlizgnęła się bokiem; próbował ją zatrzymać wciąż fantomowym odruchem, ale drugiej ręki już nie miał; cisnął to wszystko niedbale, gniewnie przed siebie, wspierając łokcie na kolanach, zapadając się w sobie szukają ucieczki. Od dzisiaj, od jutra, od wczoraj, od rzeczywistości. Do oczu cisnęły mu się łzy, ale je zatrzymał. Policz do trzech i spróbuj jeszcze raz. Raz, dwa, trzy. Nie chcę. Już nie chce.
Godziny mijały szybciej niż wiatr, kiedy siedział w ten sposób, wpatrzony w ciemne sklepienie, za którym całym ściśniętym sercem tęsknił. Ktoś, kto miał go zastąpić, miał mieć dzisiaj generalną próbę, ostatnią przed występem, który od niego przejął. Nie znał go. Nie przyszedł się nawet przywitać. Nie chciał go poznać, miał to gdzieś. Do niewielu osób na Arenie odzywał się w ostatnim czasie, nie interesowały go nowe pojawiające się tutaj osoby. Nie wychodził z wagonu więcej, niż musiał. Pracując koncentrował się na pracy. Dużo czasu spędzał tam, gdzie nikogo nie było, karmiąc zwierzęta w stajniach. Zmierzwione włosy były nieuczesane i nieumyte. Twarz sprawiała wrażenie ziemistej, zbyt bladej i zmęczonej. I też trochę niechlujnej, brudnej. Sińce pod oczami podkreślały nienaturalną chudość ciała, większą jeszcze niż wcześniej. Wytarte spodnie były stare, koszulę przysłaniała szara pelerynka, przeszyta dla niego z nieużywanego już stroju scenicznego. Nie była zbyt ciepła, ale jej poły dyskretnie i zadziwiająco lekko przysłaniały prawą rękę, chowając brak dłoni gdzieś w fałdach materiału. Jakby pod nią nie było nic niepokojącego. Jak malunek na twarzy skrywający gniewne spojrzenie i skrzywione w grymasie usta. Jak sztuczny uśmiech. Nie wolno mu było chodzić bez niej poza wagonami, straszył gości. Nikt nie przychodził do cyrku po to, by oglądać bezrękich złodziei: to był przecież kolorowy świat bez ograniczeń, świat marzeń i radości, miejsce, gdzie osiągano niemożliwe, nadawali życia baśniom i rozmywali granice między tym, co prawdziwe, a tym, co należało tylko do świata snów.
Cholernej pierdolonej radości.
Nie dostrzegł Jamesa od razu, może to szamotanina z liną osłabiła jego czujność, a może otępienie, w którym trwał od tygodni - usłyszał dopiero jego słowa. Wypowiedziane przez ducha, który miał zniknąć w Irlandii na zawsze. Znaleźć życie, które pozwoli mu o tym wszystkim zapomnieć. Nie musiał na niego patrzeć, żeby mieć pewność, wszędzie i zawsze rozpoznałby ten głos. Nie spodziewał się jego wizyty, ale czy był na nią gotowy?
- Cześć - odpowiedział, przekręcając głowę w przeciwną stronę. Uciekając wzrokiem, twarzą, od niego. Nie wstał. Kiedy go nie widział, zacisnął powieki mocniej, chcąc wyzbyć się szklistości źrenic. Policz do trzech: raz, dwa i trzy.
Ale kiedy je otworzył świat wcale nie przestał istnieć.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Zaczarowane trapezy [odnośnik]05.01.22 2:37
Ciemne tęczówki zawisły na zwoju liny, z którą Sallow się siłował. Kojarzyła mu się z utratą wolności, więzami splątanych nadgarstków. Tych Marcela, wtedy przez niego w Tower, prowadzonego przez strażnika. Zabierali jak worki ziemniaków, zapominając o tym, że są ludźmi. Kiedy togi, którymi ich odziali — a może tylko jego? — zsuwały się obnażając nagie, poobijane ciała, wystawiając ich na pośmiewisko wszystkich zgromadzonych, a nawet tych bardziej chętnych, zainteresowanych naiwną młodością. Mógł sobie wyobrażać co więcej spotkało Marcela, ale gdy tego nie widział było łatwiej. A teraz stał i patrzył na niego ze świadomością, że zamiast jego ręki tam poruszał się niezgranie tylko kikut. Wystająca, zalepiona tkankami i skóra kość. Śmieszna, obrzydliwa. Ta lina kojarzyła mu się także ze śmiercią, pętlą zaciskającą wokół szyi. On sam miał ją na ramionach, nawet teraz, stojąc tu, pośród pierwszych dźwięków muzyki rozrywkowej, głosów dobiegających gdzieś z tyłu. Zaciskała się na jego szyi każdej nocy, kiedy to wszystko do niego wracało, a później budził się rankiem, jak gdyby nigdy nic, pozbawiony tego wszystkiego. Jakby coś lub ktoś nad nim czuwał, nie pozwalając mu na to, by dławił się własnym żołądkowym kwasem. Nie ucieknie od tego. Dopadnie go prędzej czy później. Pluł sobie w brodę; powinien być tu wcześniej. Powinien był go wspierać, podnosić na duchu. Ale był słaby. Za słaby, by pomóc najlepszemu przyjacielowi, podnieść go po upadku. I to była największa ze wszystkich przewin — nieobecność.
Nie miał niczego na swoją obronę.
Nie patrzył na niego, ale przecież nie spodziewał się, że popatrzą sobie w oczy z uśmiechem. Zawiódł go. Dwukrotnie — wtedy, gdy pozwolił mu na to poświęcenie, teraz, kiedy go zostawił. Potarł nos, spoglądając w kierunku areny. Cisza, która się między nimi pojawiła, przedłużała się, ale nie potrafił znaleźć słów, które wydawały mu się wystarczająco dobre, odpowiednie. nawet na ten początek rozmowy. Patrzył w piasek rozsypany pod nogami. Był tchórzem, uciekł. Nie, nie by tchórzem, wrócił. Był tu. Musiał stawić temu czoła, musiał zrobić to, co powinien był od początku.
— Ubij — szepnął, podchodząc do niego i sygnalizując, że chciał siąść obok. Było za mało miejsca, by bez tego zmieścili się obaj, Marcel musiał kawałek się przesunąć. — To musi być beznadzieję przedstawienie — zaczął, rozglądając się, dookoła, świadom, że Marcel jutro nie wystąpi. — Pomyślałem, że może wybierzemy się za miasto. Załatwię coś do picia.— Na jego miejscu nie chciałby pojawiać się publicznie.. Nigdzie, gdzie ktoś by go mógł tym zobaczyć. A potem umilkł na chwilę, chciał złapać kilka oddechów, przeprosić, go, ale coś utknęło mu w gardle. W tej ciszy rozejrzał się dookoła, chcąc pozbyć się tego. I dopiero kiedy był gotów przełknąć ślinę, odezwał się, k odbiegając od przeprosin, wiedząc, że gdy powróci do tematu Tower nie powie już niczego. — Byłem w Irlandii — mruknął, bawiąc się palcami. — Pokłóciłem się z Vanem. Próbowałem go uderzyć, ale chyba złamało mi to rękę. Jego tarcza. Myślałem wtedy, że jego słowa to same oszczerstwa, dlatego go olałem i wyszedłem – Dziś czuł, że to była prawda. Może nawet we wszystkim? — Próbowałem wrócić jakoś do Anglii. Pozwiedzałem trochę.. Dawno tego nie robiłem — przyznał gorzko, ze słabym, mdłym uśmiechem. Dwa lata w ten sposób szukał krewnych. A teraz próbował dotrzeć do Marceliusa. To dlatego, wrócił do Londynu, zamiast Doliny. Zakaszlał ciężko; bolały go wciąż płuca. Na dworze było zimno, bywało ciężko.— Ja... — zaczął, czując, że znów rośnie mu kamień w krtani. — Ja powinienem był.. To moja wina. — Nigdy nie był dobry w słowa, nigdy nie potrafił ubrać swoich uczuć w nie, dlatego zwykle wolał działać. Ale co tu mógł zrobić? Nie potrafił ani cofnąć czasu ani zwrócić mu dłoni. Powstrzymał wyciągnięcie ręki, poklepanie go po plecach. W tym geście było coś z ignorancji. Próba pocieszenia kogoś, kto uznawał to za mało poważne, jakby chciał tym gestem rzucić: nie dramatyzuj. Nie było to stosowne. Może dlatego siedział obok, nie robiąc nic. W Londynie nie miał nawet papierosów, nic. Kilka knutów, które dostał od nieznajomego. — Przepraszam, stary — wyrzucił z siebie w końcu. Nie precyzował za co, zbyt wiele tego było. Wypuścił powietrze z piersi, przez moment nie oddychał, aż w końcu zaczął, przymykając oczy.— Trzymasz się jakoś? — Obrócił ku niemu głowę po raz pierwszy, spoglądając na zarys jego szczęki, póki nie odwrócił głowy.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Zaczarowane trapezy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Możesz odpowiadać w tematach