Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Emma Frey
AutorWiadomość
Emma Frey [odnośnik]19.10.20 15:44

Emma Frey

Data urodzenia: 21 kwietnia 1934r.
Nazwisko matki: Warbeck
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: Półkrwi
Status majątkowy: Ubogi
Zawód: Artystka
Wzrost: 165
Waga: 53
Kolor włosów: Czarne
Kolor oczu: Czarne
Znaki szczególne: Nieobecne spojrzenie, długa blizna po wewnętrznej stronie uda, ciemniejszy odcień skóry.



Jestem fuzją.
Połączeniem sprzeczności, dziwną wypadkową przypadkowych czynników.
I zapewne nigdy mnie nie zrozumiesz.

Urodziłam się w drodze, w akcie urodzenia zapisano najbliższą wioskę, jaką moja matka była w stanie sobie przypomnieć. W taborze ciągniętym przed cztery kare konie, zdobionym finezyjnymi malunkami mego ojca. Otoczona rodziną. Tą z którą łączyła mnie krew i tą z którą łączyła nas droga.
Moja matka, Camellia Warbeck zawsze była piękna. Miała w sobie coś, co poruszało serca czarodziejów. Była siostrą jednego z pracowników Ministerstwa Magii. Nie słyszeliście o nim. Zapewne słysząc pańskie nazwisko mojej matki, przychodzi Wam na myśl moja daleka kuzynka - Celestyna która podbijała sceny czarodziejskiego świata. Mojej matce wróżono świetlaną przyszłość, była nawet zaręczona z synem wysoko postawionego urzędnika. Dwa dni przed ślubem, przechadzając się z bratową po jednym z mugolskich miasteczek dała się zaczarować. I porwać tej samej nocy radośnie chichocząc. Zaczarował ją Dziani, którego dumnie nazywałam swoim ojcem. Był Romem. Człowiekiem wolnym, pełnym magii, mimo iż sam nie był w stanie rzucić choćby jednego zaklęcia. Ponoć wtedy, gdy moja matka spotkała go na swojej drodze, śpiewał tak pięknie iż drzewa pochylały się ku niemu, by spijać melodię z jego ust. Powiedziała mu, że czaruje. On powiedział, że chce zabrać ją ze sobą... A ona nie odmówiła, mimo iż rodzina ojca w pierwszej chwili nie zaakceptowała jego wyboru. Dopiero po trzech latach, gdy przyszłam na świat, mama w pełni poczuła się częścią zamkniętej społeczności.
Żyliśmy tak, jak zwykła żyć rodzina ojca. W drodze. Przemieszczając się z miejsca na miejsce, zatrzymując dłużej jedynie na długie, mroźne zimy. Nie zawsze było łatwo. Większość ludzi pałała do nas niechęcią, której nie potrafiłam zrozumieć dziecięcym umysłem. I teraz powody podobnych zachowań pozostają dla mnie mętne. Zaszczepił we mnie wolność i miłość do sztuki. Gdy tylko wypowiedziałam pierwsze słowa, uczył mnie jak układać głos w odpowiednie melodie. Widziałam je. Wstążki barw odpowiadających dźwiękom piosenek bądź gitary kuzyna. Czasem wstążki przemieniały się  w kształty bądź malowały całą scenę faerią barw. Cecha odziedziczona po niemagicznym ojcu pozwalała jej zrozumieć go w innym stopniu. Nawiązać więź, jakiej nigdy z nikim nie byłam w stanie nawiązać.
Z wiekiem tłumaczył mi kolejne zawiłości ludzkiego głosu. Przedstawił sztalugę, płótno jakim było stare prześcieradło oraz paletę podstawowych kolorów. To właśnie malarstwo zajmowało najwięcej miejsca w jego sercu. I dbał, abym i ja nie bala się pędzla.
Przez dziesięć lat moje zdolności magiczne pozostawały w ukryciu. Rodzinę matki widywaliśmy rzadko. Pierwszy raz przyszło mi ich poznać dopiero gdy miałam sześć lat. Ponoć mieli matce za złe zerwanie zaręczyn oraz ucieczkę do mugolskiego świata. Camellia dając się porwać odrzuciła w imię miłości wszystko - dostatnią przyszłość, więzy krwi, a nawet magię, kojarzącą się jej z bólem, jaki zadała jej rodzina. Wolała żyć tak, jakby urodziła się w świecie męża. Nie wiem, czemu mama wtedy płakała, ani czemu dziadkowie dziwne na mnie patrzyli. W tamtym momencie byłam niemal pewna, że powodem tego były bose stopy. Nigdy nie lubiłam chodzić w butach. Gdy tylko robiło się ciepło zrzucałam pantofelki, by boso biegać po świeżej trawie.
Wolałabym nie mieć talentu magicznego, niż dowiedzieć się o nim w taki sposób.
Była późna jesień. Drzewa powoli przybierały złotą barwę, dni stawały się coraz zimniejsze. Wynajęliśmy od jednego z gospodarzy chatę, aby przezimować. Wieczorem udaliśmy się na skraj lasu. W naszym zwyczaju rozpaliliśmy ognisko. Śpiewaliśmy i tańczyliśmy, a roześmiane głosy przecinały przestrzeń nocy. Ciepłe pomarańcze oraz słoneczne żółcie dominowały tamtego wieczoru. Do nowego domu wróciliśmy późnym wieczorem, nawet nie wiem, kiedy udało mi się zasnąć.
Nasze pojawienie się, nie spodobało się okolicznym gospodarzom, przekonanym iż zwiastujemy najgorsze z kłopotów. Najwidoczniej uznali, iż trzeba się nas pozbyć. Obudził mnie brak powietrza i nieprzyjemny, drapiący w gardło dym. Dopiero po chwili poczułam wywołujące ból, nie dające się znieść, ciepło. Dalsze wydarzenia są dla mnie dziwnym kalejdoskopem wyrywek. Nie potrafię ułożyć ich w kolejność, mimo iż śniłam o nich nie raz. Czy najpierw ujrzałam twarz ojca? A może wpierw był silny uścisk matki? Kiedy belka opadła z sufitu, przygniatając tatę? Nie wiem. I usilnie próbuję zapomnieć, mimo iż wspomnienia nie chcą ulecieć z mojego umysłu.
Uratował mnie. Zasłonił własną piersią odpychając w kierunku wyjścia, samemu padając pod ciężarem płonącego drewna. Nie chciałam iść. Chciałam zostać przy nim, nawet jeśli miałabym spłonąć u jego boku. Camellia miała jednak inne plany. Wyciągnęła mnie z domu, drogę torując przy pomocy dziwnego przedmiotu, znajdującego się w jej dłoni. Świeże powietrze wywołało u mnie atak histerii. Emocje uwolniły uśpiony we mnie talent. Im głośniejsze krzyki ulatywały z moich ust, tym mocniej buchały płomienie trawiące miejsce, które miało być naszym domem. Im więcej było płomieni, tym mocniej krzyczałam, a wraz ze mną krzyczał ojciec pożerany przez ogień. Zyskałam magię, jednocześnie tracąc jedyną osobę, która wydawała mi się magiczna... Paskudne poczucie winy, do tej pory spoczywa na moich barkach.
Dziadkowie zabrali nas do siebie. Matczyna miłość okazała się być silniejsza, od uprzedzeń dziadka. Babcia namówiła go, aby wyciągnął do nas dłoń. Pierwsze tygodnie były ciężkie, mijały w nieprzyjemnej, napiętej atmosferze. Nie miałyśmy jednak innego wyjścia.
Nie umiałam odnaleźć się w nowej rzeczywistości otoczona deszczowymi chmurkami, nie raz niszczącymi meble w niewielkim pokoiku. Brakowało mi przestrzeni. Brakowało mi wolności. A przede wszystkim, brakowało mi taty. Dziwne zjawiska wytłumaczyła mi babcia. Posadziła na kolanach, otoczyła ciepłym kocem i wysnuła opowieść dotyczącą magii. Piękną, lecz mniej magiczną niż historie z młodości mojego ojca. Zapytałam o to później mamę, mówiła, że chciała abym poznała świat ojca, nim przyjdzie mi poznać świat, w jakim dorastała ona. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, jak te dwa światy różniły się od siebie.
Nadal śpiewałam. Zwykle wieczorami, wkradając się do łóżka mamy. Jej ramiona potrafiły odgonić koszmary na kilka godzin, a piosenki jakie jej śpiewałam, pomagały jej zasnąć. Symbioza dwóch, trawionych rozpaczą organizmów.



O szkole magii dowiedziałam się w dniu moich jedenastych urodzin. Mama nauczyła mnie czytać i pisać, cała instytucja szkoły jawiła mi się jednak jako abstrakcyjna i ciężka do zrozumienia. Nie chciałam tam iść, nawet jeśli powolnie odkrywany, czarodziejski świat zdawał się interesować coraz bardziej. Rana w moim sercu nadal krwawiła, wywołując silne uderzenia strachu oraz czystego bólu.
Zaopatrzona we wszystkie, potrzebne przedmioty pierwszego września wsiadłam do ekspresu pełnego nowych twarzy. To właśnie ten ekspres w pierwszym roku nauki spodobał mi się najbardziej. Wielka maszyna przemierzała mile, dając słodką iluzję ucieczki. Podobało mi się zjawisko podróży, przypominające o słodkich czasach spędzonych u boku ojca. Podczas Ceremonii Przydziału, przydzielono mnie do Hufflepuffu. Nie wiedziałam, co to dokładnie oznacza, miałam jednak wrażenie, że znalazłam się w złym miejscu. Pośród uśmiechniętych twarzy kolegów z domu przebijała się moja, przepełniona smutkiem oraz melancholią. Puchoni winni być empatyczni, ja jednak nie miałam wielu znajomych. Inne dziewczęta nie rozumiały, czemu wyrywam je ze snu krzykiem który mimowolnie ulatywał z moich ust, gdy po raz kolejny byłam świadkiem śmierci ojca. Patrzyli na mnie krzywo, gdy zsuwałam ze stóp eleganckie buciki, chcąc poczuć pod swoimi stopami świeżą trawę. Po kilku miesiącach znalazłam kilka, przyjaznych dusz. Ledwie niewielką garstkę, nikt z nich nie poznał jednak mojej historii.
Przeszłość nawiedzała mnie niczym paskudna zjawa. Śniłam o płonącej chacie, nie potrafiłam chociażby zbliżyć się do malarskiej sztalugi... Nawet na spotkaniu szkolnego chóru potrzebowałam chwili, by wydobyć z siebie dźwięki. Mój głos zawsze był inny. Delikatniejszy, osadzony na granicy szeptu...  I nikt nie wiedział, czemu hymn szkoły malował się szlachetnym granatem. Wtedy zrozumiałam, że to co dane było widzieć mi i ojcu, pozostawało niewidoczne dla innych.
Przeszłość prześladowała mnie nie tylko wizjami barw oraz wspomnieniami o ojcu. Nie umiałam dopasować się do sztywnych zasad. Nie rozumiałam, czemu nie mogę iść tam, gdzie chciałam i czemu przestrzeganie wypisanych na pergaminie godzin było tak ważne. Byłam niczym dzikie zwierzę, zamknięte nagle w klatce. Przestraszone, smutne, nie wiedzące, co powinno ze sobą począć. W późniejszych latach nie raz ściągało to na mnie najróżniejsze problemy.
Nie byłam orłem. Balansowałam na granicach, co jakiś czas spadając w najróżniejsze strony. W jednym miesiącu pasjonowałam się eliksirami, by za tydzień z przyjemnością pielęgnować rośliny podczas zajęć zielarstwa. Niewiele wyniosłam z tego wiedzy. Numerologia szła mi całkiem nieźle, tak samo jak Obrona przed Czarną Magią oraz Uroki. Podczas dwóch, ostatnich lat nauki uznałam, że nie chcę być bezbronną zwierzyną. Ta wiedza przydała mi się w późniejszym życiu. Gdyby nie matka, zapewne rzuciłabym szkołę wcześniej. Nie dla mnie była kariera w ministerstwie, naukowe stołki bądź ściganie czarnoksiężników. Chciałam wolności. Czystego oraz niczym nie zmąconego uczucia podobnemu temu, jakie czułam ostatniej nocy lepszego życia.
Gdy mi przyszło spędzać czas w murach szkoły, mama powoli wracała do siebie. Stawała na nogi, otworzyła niewielką kawiarnię oraz znalazła nam osobne mieszkanie, niedaleko domu dziadków. Nie żyłyśmy wystawnie, stać nas jednak było na jedzenie. A to już coś, prawda?



Sztuka zawsze była moją ucieczką. Dziwnym wycinkiem rzeczywistości, przepełnionym barwami oraz muzyką, w którym mogłam zamknąć się przed całym światem. Chciałam związać z nią swoje życie, nadal uparcie odmawiając ponownego złapania za pędzel. Śpiewałam. W niewielkich, zadymionych barach zarówno czarodziejskich, jak i mugolskich. Co noc grzecznie odmawiając pokusom dorosłości, by wrócić do matki. Obojętna na męskie spojrzenia przyglądałam się ich twarzom. Obserwowałam, jak pożerają mnie wzrokiem. Uczyłam się, w jaki sposób poruszać moim ciałem na scenie, by otrzymywać wyższe napiwki. Stopniowo, powoli poznawałam świat manipulacji męskimi umysłami. Znaczenia niewielkich gestów, uśmiechów czy spojrzeń kierowanych w ich stronę. Czarowałam, wodziłam za nos, żadnemu z nich nie pozwalając chociażby dotknąć mojego ciała. Pozostałam czysta, czerpiąc korzyści z wygłodniałych, nie raz mało rozsądnych osobników.
Panią Pinkstone poznałam po jednym z występów. Siedziała przy barze sącząc mocną whisky, wsłuchując się w delikatne brzmienia mojego głosu. Już ze sceny wiedziałam, że będzie kimś ważnym. Kimś, kto zapisze się na karcie mojej historii. Nie jestem w stanie przytoczyć całej rozmowy, która przeniosła się do matczynego domu. Wspomnienia taty nadal szkliły moje oczy, podsycając nocne koszmary. Rozumiała. Widziała we mnie to, co kiedyś ujrzała w nim. I wzięła mnie pod swoje skrzydła. Pomagała szkolić głos, tłumaczyła artystyczne zawiłości, wynajdywała zlecenia oraz podsycała pewność siebie. Pokazała mi aparat. Nauczyła wywoływać ruchome zdjęcia, jakże piękne w swej istocie. Nie sądziłam, że fotografia aż tak przypadnie mi do gustu. Aparat szybko stał się moim nieodłącznym towarzyszem. Fotografowałam wszystko, co tylko się dało doskonaląc swój warsztat. Udało mi się nawet wykonać kilka zdjęć do londyńskich gazet. Czerpałam z podstawianych przez nią możliwości całymi garściami, dzieliłam się prezentami czasem pozostawianymi pod drzwiami przez chłopców, których wyjątkowo urzekł mój głos. Czasem dałam zaprosić się na drogą kolację, zawsze wychodząc z niej szybciej, niż druga osoba by tego chciała. Gdzieś w środku marzyłam o wielkiej miłości. Płomiennej, wolnej, wzbudzonej ledwie jednym, przypadkowym spojrzeniem. Artystyczne marzenia zaszczepione analizą romantycznej twórczości oraz uwielbienie wolności sprawiały, że uciekałam z relacji tak szybko, jak w nie wpadałam. Znikając, nim dałam im to, czego najbardziej chcieli.
Anomalie nawiedzające czarodziejski świat, zniszczyły moją pozornie odzyskaną równowagę. Za ich sprawą, moja matka wyzionęła ducha, pozostawiając mnie samą na tym świecie. Sprzedałam jej dom, nie móc znieść otoczenia, w jakim przyszło nam mieszkać. Przeniosłam się do Londynu, bliżej ostatniej, przyjaznej duszy, kurczowo łapiąc się jej chudymi ramionami. Pomogła, po raz kolejny. Znalazła dach nad głową, wyciągała ciepłe dłonie za każdym razem, gdy ponownie popadałam w mroki wspomnień oraz samotności… Trzymała krótkie, czarne kosmyki, gdy żołądek odmawiał przyjęcia kolejnej porcji alkoholu wygłuszającego uczucia. Niczym stróż czuwała, gdy organizm odmawiał dalszego funkcjonowania. Postawiła mnie na nogi, po długich miesiącach niemal pozbawionego barw życia.
Pogrążyłam się w rozpaczy, wydarzenia ostatnich miesięcy obserwując z daleka. Chowałam się między uliczkami, lawirowałam między gruzami miasta, czasem robiąc zdjęcie bądź dwa. Przyglądałam się, jak Ministerstwo zaprowadza nowy porządek i gdyby nie mój stróż w postaci pani Pinkstone, zapewne już dawno byłabym martwa. Nigdy nie umiałam wpasować się w sztywne ramy zasad oraz nakazów, zawsze biegnąc ku wolności. To ona wyjaśniła mi, na co po winnam uważać, aby nie ściągnąć na siebie większego nieszczęścia. Na razie obserwuję, zbyt przejęta cierpieniem, przez jakie przyszło mi przejść. Im dłużej jednak się przyglądam, tym więcej podobieństw zauważam. I my, Romowie byliśmy wykluczani ze społeczeństwa oraz prześladowani. Przepędzano nas z wiosek, obrzucano wyzwiskami, stęchłymi warzywami bądź cegłówkami... I nas uważało się za paskudne karaluchy, przenoszące choroby. Piętnowanie odmienności zdawało się być chlebem powszednim społeczeństwa, niezależnie od posiadania magii bądź też nie. Nie sądzę jednak, abym miała okazję wypowiedzieć te słowa na głos. Obserwuję. W obecnej chwili, jest to najlepszym wyjściem.
Dalej śpiewam. W barach, pubach, na prywatnych przyjęciach… Gdy tylko zajdzie potrzeba, czaruję głosem zatroskane twarze czarodziejów. Daję im chwilę wytchnienia, oderwania myśli od szarej rzeczywistości.  Robię dużo zdjęć, uwieczniam dziwną rzeczywistość, czasem sprzedając moje małe dzieła do gazet... Czasem ktoś zechce mi zapłacić, za wykonanie zdjęć w odpowiednim temacie. Znów chcę żyć, mimo iż przeszłość nadal odbiera mi sen z powiek, nieprzyjemnie przypominając o swoim istnieniu. Chcę wypełnić barwami moją rzeczywistość, przenieść to, co dzieje się w mojej głowie na otoczenie. Chociaż jeszcze jeden raz nabrać powietrza pełną piersią. Minęło wiele lat, jeszcze więcej godzin zajęło pani Pinkstone przekonanie mnie do podsuwanego ciągle rozwiązania. W końcu jednak się jej udało - chcę chwycić za pędzel. I zmierzyć się z tym, przed czym uciekałam całe życie.


Patronus: Delikatne dłonie mocniej ciskają się na drewnie różdżki, powieki opadają, przysłaniając ciemne tęczówki. W skupieniu przywołuje do siebie obrazy, dźwięki oraz zapachy towarzyszące tamtej szczególnej chwili. Przyjemny trzask ogniska, melodia płynąca z gitary kuzyna. Subtelna, ciepła, tworząca w powietrzu delikatną, pomarańczową mgiełkę tańczącą wokół jego postaci. Znów ma dziesięć lat. Dziecięcym jeszcze głosem wyśpiewuje słowa zapomnianej już piosenki, gdzieś z daleka wybrzmiewa rżenie jednego z koni. Ojciec, żywy tak mocno, że aż ma ochotę wyciągnąć ku niemu dłoń, porywający roześmianą matkę do tańca. Melodia ich dźwięcznych śmiechów, przerywanych słowami piosenki wywołuje spowite w spektrach żółtości iskierki. Źdźbła trawy przyjemnie łaskoczące łydki. Wolność i szczęście. Czyste, niczym nie skalane emocje przepełniające dziewczęce ciało Ems. Wypowiada dokładnie słowa inkantacji, a czarne oczy zachodzą łzami. Wesoła wydra wypływa z różdżki, przypominając tą, którą niegdyś obserwowała nad jedną z rzek. Najpiękniejszy wieczór jej życia, nim przerodził się w najgorszą jego noc. Ostatnie godziny, w których mogła cieszyć się magiczną obecnością niemagicznego ojca.

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 152 (rożdżka)
Uroki:153 (rożdżka)
Czarna magia:00
Magia lecznicza:00
Transmutacja:00
Eliksiry:00
Sprawność:6Brak
Zwinność:8Brak
JęzykWartośćWydane punkty
AngielskiII0
RomskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
KłamstwoII10
PerswazjaII10
SpostrzegawczośćI2
SkradanieI2
Zręczne ręceI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznawstwoI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
RozpoznawalnośćI0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie poezja)I0.5
Literatura (wiedza)I0.5
Malarstwo (tworzenie)I0.5
Malarstwo (wiedza)I0.5
Muzyka (śpiew)III25
Muzyka (wiedza)I0.5
FotografiaII7
KrawiectwoI0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
PływanieI0.5
Taniec współczesnyI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 4


Ostatnio zmieniony przez Emma Frey dnia 21.10.20 10:53, w całości zmieniany 3 razy
Emma Frey
Zawód : Artystka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
But darlin the truth is
In darkness I’m ruthless
I wanna scream your name
Again and again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8908-emma-frey#265948 https://www.morsmordre.net/t8913-dali#266331 https://www.morsmordre.net/t8912-emma-frey#266330 https://www.morsmordre.net/f308-mayfair-avenue-69 https://www.morsmordre.net/t8915-skrytka-bankowa-nr-2099#266340 https://www.morsmordre.net/t8914-emma-frey#266336
Re: Emma Frey [odnośnik]21.10.20 12:12

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Deirdre Mericourt
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Emma Frey Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Emma Frey [odnośnik]21.10.20 12:13
KOMPONENTY-
[21.10.20] Komponenty (lipiec/wrzesień)

BIEGŁOŚCI
[23.01.21] Wsiąkiewka (lipiec/wrzesień): + 1 PB

HISTORIA ROZWOJU[21.10.20] Karta postaci; -50 PD, - 25 PM
[21.10.20] Darmowa zmiana wizerunku
[24.10.20] Wykonywanie zawodu (lipiec-wrzesień): +20 PD
[21.01.21] Aktualizacja postaci
[23.01.21] Wsiąkiewka (lipiec/wrzesień): + 60 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Emma Frey Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Emma Frey
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach