Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Stolik nr 3

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Stolik nr 3   02.08.15 19:02

First topic message reminder :

Stolik nr 3

Podczas pobytu w tej sali goście nie mogą się czuć do końca samotni… i to nie ze względu na ciekawskie obrazy, które bardzo chętnie słuchają wszystkich nowości ze świata zewnętrznego i bez najmniejszych ogródek je komentują. Wszyscy czarodzieje powinni być przygotowani na zimny dreszcz lub nowego kompana przy stoliku. Duchy zamieszkałe w tej restauracji obrały sobie ją jako punkt swoich depresyjnych spacerów, przenikając przez przybrudzone ściany bez żadnego wstydu. Bardziej spostrzegawczy mogą dostrzec, ze światło świec nie jest tutaj tak jasne jak w innych częściach restauracji… czyżby to właśnie to miejsce było dopełnieniem cichej legendy o dodatkowych, niekoniecznie pożądanych, składnikach w pieczeni? Czy może wydarzyło się tutaj zupełnie coś innego?

UWAGA Aby przemieścić się po pomieszczeniach wewnątrz restauracji, należy rzucić kością opisaną jej nazwą.

1 - postać przechodzi do stolika nr 1
2 - stolik nr 2
3 - stolik nr 3
4 - wejście
5 - bar
6 - fontanna
7 - taras
8 - korytarz

Wartość zdublowana (np. wyrzucenie czwórki, podczas gdy postać znajduje się przy wejściu) upoważnia do dowolnego przemieszczenia się po wyżej wymienionych pomieszczeniach. Pierwszy post powinien zostać umieszczony przy wejściu.

W przypadku, gdy postać zgodnie z wyrzuconym rzutem powinna przenieść się do wątku, w którym znajduje się inna postać należąca do tej samej osoby (multikonto) do rzutu należy dodać jedno oczko, a następnie podążyć za powyższymi wskazówkami.


Pierwszy post na stypie Barry'ego Weasleya: LINK


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   25.08.17 1:15

Czuł się zadziwiająco spokojnie jak na fakt, że zabił własnego brata - nie nazywał się w myśli mordercą, ale być może tylko dlatego, że było to zbyt abstrakcyjne, aby potrafił to w pełni pojąć. Przez anomalie - przez otwarcie skrzyni, czyn, którego dopuścili się, pewni, że robią dobrze - zginęło wiele osób, w tym kobieta na jego oczach; ale fakt, że jednym z poległych był Barry, krew z jego krwi, wydawał się dziwnie obcy, zbyt podły, zbyt okrutny.
Czerń była jego kolorem, więc przywdziewając ciemną szatę nie czuł się jak żałobnik; do ostatnich chwil łudził się, że ten ponury czar nagle pryśnie, a wszystko okaże się senną marą męczennika. Zbudzi się zlany potem, ale świat, który dostrzeże po rozwarciu powiek, będzie bezpieczny - wyzbyty anomalii, wybuchających mugoli, strzelających kulami ognia dzieci i wszechobecnego chaosu.
Na cmentarzu stał nieopodal rodziców, zerkając kontrolnie na matkę; nie mógł wyzbyć się wrażenia, że powoli zatraca się w odmętach szaleństwa - nie było większej tragedii od grzebania własnego dziecka. Spoglądając na ojca, spodziewał się dostrzec opokę, tak jak kiedyś, tak jak zawsze; minęło jednak wiele lat i choć w jego oczach ojciec zawsze był bohaterem, był też starzejącym się, słabym, chorowitym i pogrążonym w żalu mężczyzną - i nagle Garrett uświadomił sobie, że na tym pogrzebie to właśnie jemu przypadła rola rodzinnego filara, ostoi spokoju, przeklętego koordynatora tragedii. Zerkając na profil matki, na oczy zaczerwienione od łez i naznaczone najwyższym cierpieniem, pierwszy raz poczuł, że ma na rękach krew. Przypadkiem wyłapał w tłumie twarz Brena i na wpół nieprzytomnym spojrzeniem zadał mu nieme pytanie - co myśmy zrobili?
Po tym, jak trumna zatonęła w ziemi, prawdopodobnie składano mu kondolencje - prawdopodobnie też ich wysłuchał i zdobył się na zdawkowe słowa podzięki, ale jego myśli błądziły już dalej, gdzieś poza cielesną powłoką licznie gromadzących się ludzi: niektórych wcale nie chciał tu widzieć, innych nie miał okazji nigdy wcześniej spotkać, a jednak wszyscy - nawet ci, po których nie spodziewałby się, że byli z Barrym bliscy - w równym stopniu tonęli w łzach i lamentach. To było dziwne, surrealistyczne - przyjmował uściski dłoni i przyłapał się na niechcianej obojętności; ale chłód, którym zaczął emanować, był odruchowy, był reakcją obronną, był efektem wielomiesięcznych ćwiczeń nad pętaniem własnego umysłu. Kiedyś czytał, że nad oklumentami wisiało widmo psychopatii.
- Dalej nie mogę przeżyć faktu, że trafiliśmy właśnie tutaj - wymamrotał cicho i ukradkiem w stronę Margaux, gdy świstoklik dzielnie i - na szczęście - bez większych atrakcji przeniósł ich prosto do restauracji: do Le Revenant, przybytku znanego z wariacji, niezapowiedzianych wizyt duchów i innych rewolucyjnych niespodzianek. Miał dziwne obawy związane z organizacją jakichkolwiek uroczystości w tym miejscu - i szybko okazało się, że niebezpodstawnie. Uchwycił kątem oka jednego z kelnerów podchodzącego w jego kierunku akurat wtedy, gdy stał przy drzwiach do pomieszczenia i pospiesznym słowem żegnał się z rodzicami, wyrażając zrozumienie dla faktu, że zdecydowali się wrócić do domu - wysłuchał go w milczeniu i uwadze, a potem rozchylił lekko usta, spektakularnie kapitulując. - Jak to nie udało się opanować przejść - żachnął się głucho, ale i tak odrobinę głośniej niż zamierzał - na tyle niedyskretnie, że mogło usłyszeć to kilka stojących najbliżej osób. Nieświadomie wysłał kelnerowi pełne dezaprobaty spojrzenie typowego niezadowolonego klienta - nawet jeśli nieszczęsny pracownik nie miał nic wspólnego z tym, że właściciel restauracji, wbrew temu, co obiecał, nie potrafił sprawić, aby drzwi jego lokalu złośliwie nie przenosiły gości do przypadkowych pomieszczeń. Garrett wysłał Margaux pospieszne spojrzenie, które mogło oznaczać wiele - wołanie o pomoc, przeprosiny lub wyraz chęci natychmiastowej ewakuacji - ale zaraz po tym nachylił się ku kelnerowi, by dalszą część urwanej rozmowy przeprowadzić już ciszej - nie dało się usłyszeć padających słów, ale przebieg całej dyskusji streszczała niezbyt dyskretna mimika Garretta; najpierw zmarszczył lekko brwi, potem całe czoło, po chwili wyglądał już, jakby miał zamiar parsknąć przepełnionym goryczą i rozżaleniem śmiechem, a na koniec spoglądał na Merlinowi ducha winnego kelnera z czystym niedowierzaniem. Pokręcił powoli głową - miał już dość, a obiad nawet się nie zaczął. To popołudnie zapowiadało się przewspaniale. Znów - jakoś bezradnie - zerknął na ukochaną. - Margie, przepraszam cię na chwilę, muszę coś szybko załatwić. Wybierzesz nam miejsca? - rzucił w jej stronę cicho, przepraszająco, w całym tym zamieszaniu nie zauważając, że skazał ją na samobójczą misję - bo tylko tak można było nazwać próbę rozeznania się, gdzie i w otoczeniu jakich osób powinni usiąść, żeby przypadkiem nie wywołać wojny. Weasleyowie - stety lub nie - nie tylko włosy mieli ogniste; w ich żyłach płynęła wrząca krew butnych i dumnych wojowników.
Zdawało mu się, że minęły wieki, zanim wreszcie doszedł do względnego porozumienia z właścicielem i powrócił do pomieszczenia, w którym znajdował się wynajęty stolik; goście, pogrążeni w rozmowie, w większości kręcili się już w okolicach krzeseł, jakby szykowali się do tego, żeby wkrótce na nie zapikować; spróbował dostrzec wśród żałobników Margaux i (najlepiej niespostrzeżenie) do niej podejść, ale z góry wiedział, że nie będzie to możliwe - miał pewność, że w międzyczasie ktoś z rodziny zaczepi go słownie czy też samym nawet spojrzeniem, a wtedy w dobrym guście byłoby zainicjowanie pogawędki. Czy też żałobnych, pełnych smutków wspominek. Zatrzymał się w miejscu - cholera, o czym rozmawia się na stypach? W całym tym towarzyskim zamieszaniu i przerażeniu faktem, że najpewniej przyjdzie mu odegrać kluczową rolę wodzireja tych cmentarnych, rodzinnych harców (ta perspektywa była straszna, musiał się napić), zapomniał nawet, że nie tak dawno pogrzebał brata - i że wciąż, nieświadomy prawdziwych okoliczności, czuł się odpowiedzialny za jego śmierć.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Zamężna
your worst battle
is between what you know
and what you feel
12
4
10
0
16
0
5/37
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   25.08.17 13:48

Tragedie potrafiły łączyć. Elementy układanki niepokojąco szybko wskakiwały na swoje miejsce, kiedy przychodził czas rozłąki, czas, gdy życie jednego z punktów zaczepnych czyjegoś istnienia było zagrożone. Lub nie było go już wcale.
Dlatego ona też lgnęła do obecności matki, choć w tej chwili okazywała to jedynie dłonią troskliwie zaciśniętą na jej przedramieniu obleczonym czarną, ciężką suknią. Dlatego też z niemą ulgą przyjęła chwilę, gdy jej ramiona owinęły się wokół szyi Eileen. Pogładziła dłonią jej plecy, te same, do których tuliła się, będąc małym dzieckiem bojącym się każdej burzy szalejącej za oknem. Odpowiedziała tym samym uśmiechem, chcąc przekazać jej pewność swojego istnienia, swojej obecności w tym miejscu, dokładnie w tym czasie. Znów uniosła głowę, by rozejrzeć się po przybyłych na uroczystość czarodziejach, próbując znaleźć wśród nich twarz ojca. Dość już wycierpiało się ich rodzinie, nie potrzebowali kolejnych strat wśród i tak przetrzebionych jednostek. Serce odetchnęło dopiero, kiedy zobaczyła go, stojącego gdzieś z boku, palącego to, co zostało mu z papierosa. Ledwo dostrzegła drżenie jego palców i zmarszczone brwi kryjące się pod zwiewanymi przez wiatr, siwo-miedzianymi włosami. Stał tam cały i zdrowy, to było najważniejsze. Jeśli nie chciał być razem z nimi, rozumiała to.
Pogładziła matkę po ramieniu i lekkim ruchem brody wskazała jej ich zgubę. Zerknęła na nią. Ona również to rozumiała? Taki już był. Od śmierci Rossy coś pękło w każdym z nich.
Dostrzegła kątem oka jej dłoń przy swojej skroni, a za chwilę jej policzka dotknął muśnięty wiatrem kosmyk włosów, który okręciła wokół palca. Kącik ust drgnął w skrępowaniu, ale nie odepchnęła jej dłoni, nie spojrzała na nią z wyrzutem. Zawinęła tylko kosmyk włosów za ucho, dalej rozglądając się za Garrettem. Dojrzała go wśród przejętych swoimi zadaniami kelnerów, jego obecność również nie uszła uwadze jej matki.
Podążyła za nią w stronę sylwetki, której obecność razem wychwyciły. Gdy obie znalazły się nieco bliżej, z tłumu wyłoniła się znajoma twarz Lyry. Odebrała jej ciche przywitanie i odpowiedziała jej swoim pogodnym uśmiechem, w tym niemym geście starając się przekazać jej potrzebną siłę i otuchę. Podejdzie do niej, jak tylko odnajdą się w tym towarzystwie. Nie chciała krzyczeć, żeby zwrócić na siebie uwagę kuzyna. Przyspieszyła nieco kroku i bez ostrzeżenia mocno go objęła. Trwało to zaledwie kilka cennych sekund, ale starała się zawrzeć w uścisku całą swoją troskę i zmartwienie, nie po to, by zrzucić je na jego barki, ale po to, by upewnić się, że jest tutaj razem z nimi, że nic mu nie jest, że koszmar Złotej Wieży to już tylko przeszłość. Uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco i pogładziła po ramieniu w naturalnej dla siebie woli zapewnienia o swojej obecności, o oparciu, jaki w niej miał. – Nasze kondolencje, Garry. Jest nam przykro, że tyle się ostatnio działo… tyle strat – zacisnęła usta, bo coś podpowiedziało jej, że nie powinna już zalewać go pustymi frazesami o upadku świata. Za to spojrzała na stojącą blisko niej matkę i uśmiechnęła się lekko. – Chciałam ci podziękować za zaproszenie. To moja mama, Roana Wilde. Oboje chcieli ciebie, was, poznać. Jeśli czegoś byś potrzebował…
Dla każdego chciała jak najlepiej, w tych zupełnie irracjonalnych chęciach szukając tylko głupiej wymówki, żeby pomóc. Dla innych to spotkanie mogło się wydać nie na miejscu, całkiem trywialne, ale Eileen potraktowała to jak niewielki ratunek dla swojej matki. Niedawno straciła córkę i chciała, żeby otrzymała coś w zamian. Na przykład świadomość, że ojciec posiadał bratanka, na którego można było przelać całą swoją miłość.




The responsibility of love:
To keep another's heart safe

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   27.08.17 21:57

MAMA EILEEN:

Na śmierć zawsze jest za wcześnie. Przychodzi niespodziewanie, nie puka, nie wysyła ostrzeżeń, nie zapowiada się w przeddzień wizyty. Zjawia się nagle i zabiera to, co kochamy najbardziej. Wiedziała o tym, aż za dobrze. Śmierć przyszła po jej córkę, ukochane dziecko, ledwie pół roku temu, a ona wciąz miała wrażenie jakby to było wczoraj, jej dziura w sercu zionęła bólem i goryczą, którą ukrywała przy kochanej Eileen, pragnąc oszczędzić jej zmartwień. Cieszyła się, że jest blisko, a ich relacje zmierzały ku lepszemu. Cieszyła się, że znów może być częścią jej życia, które do niedawna było zamknięte na rodziców, próbujących uchronić ją przed ciężarem okrutnej prawdy. Dziś stała przy niej, trzymała ją pod ramię, głaskała czule jej drobną dłoń, mogąc być dla niej podporą w tym trudnym dniu — choć to ona była nią dla Roany każdego dnia, odkąd wróciła do domu po swoje książki.
Obdarzyła ciepłym uśmiechem dziewczynę, z którą przywitała się niemo jej córka, okazując sympatię każdemu, kogo ona ją obdarzała. Przyjaciele jej dzieci byli również jej przyjaciółmi, a prześliczne dziewczę o płomiennych włosach już na pierwszy rzut oka wyglądało na Weasleya. Była więc jej bliska, była rodziną jej ukochanego męża, oprócz Eileen najważniejszej istoty na tym świecie. Spojrzała w jej błyszczące oczy tylko przelotnie, przeszukując towarzystwo wzrokiem. Czy był tu jej przyszły zięć? Czy był wybranek serca Eileen? Tak bardzo chciała go poznać.
Dotarły do ślicznego chłopca, którego szukały przez pewien czas. Na jego widok od razu serce się krajało; był nieszczęśliwy, tak jak nieszczęśliwa była jej córeczka, kiedy okrutny los odebrał jej siostrę. Stanęła prosto, wygładzając niezauważalnie materiał spódnicy, wpatrując się w jego piegowatą twarz i błękitne oczy, kiedy Eileen go przytulała. Ściskała mocno, biedakowi aż oczy wyszły na wierzch. Dobrze, że miała wokół siebie tyle bliskich, tyle przyjaciół, pomyślała.
— Nasz dom jest dla ciebie otwarty — dokończyła za córkę, podchodząc bliżej młodzieńca. Nie powinna pozwalać sobie na zbytnią poufałość, ale na Merlina, był tylko dzieckiem, które straciło bliską osobę. Dotknęła jego ramion z matczyną troską, a potem pogładziła po męskim licu, na którym pojawiały się pierwsze oznaki zarostu. Ile on mógł mieć lat? Dwadzieścia? Biedny chłopiec. — Dla ciebie i twoich bliskich. Mamy specjalną herbatę, która odgania wszystkie troski— powiedziała z bladym uśmiechem na ustach. Cóż mogła mu zaoferować? Było jej potwornie przykro z powodu jego straty, lecz żadne słowa nie będą w stanie mu jej wynagrodzić. Była jednak pewna, że gdyby tylko jego umysł zajmowało zbyt wiele myśli, ona, Roana Wilde, ma na to sposób. Specjalna mieszanka ziół i herbaty zawsze odpręża, koi ból, uspokaja. Może powinna odsypać Eileen woreczek, przekazałaby ją kuzynowi, choć nic nie będzie smakować tak jak u mamy Wilde.




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   31.08.17 2:20

Choć to może paradoksalne (i w tych okolicznościach absurdalnie głupie), nie spodziewał się poczuć nagłej bliskości drugiej osoby - choć jeszcze nie tak dawno tonął w morzu podobnych objęć, uścisków dłoni, poklepywań po ramieniu i wszelkiego rodzaju innych form pocieszeń: każda mniej trafna od poprzedniej. Dziś usilnie próbował budować wokół siebie mur; starał się odizolować, oddalić, nabrać dystansu, by spojrzeć na wszystko z góry, z oddali, z tyłu - skądkolwiek, byle tylko nie stać tu, w otoczeniu ludzi, w lawinie ich spojrzeń, oddychać w rytmie czyjegoś cichego płaczu i smarkania w haftowaną chusteczkę, oglądać twarze ludzi, którzy równie dobrze mogli być duchami - tak jak i duchem zdawał się on, zawieszony między przestrzeniami, nieobecny nigdzie: ani tu, ani we własnych myślach, ani w żadnej znanej mu płaszczyźnie. Zdawało mu się, że zawisnął w pustce - jakby nie istniał, nie czuł nic, a jednocześnie odczuwał wszystko.
- Eileen - odparł nagle, kładąc dłoń na jej ramieniu i nie czyniąc nic więcej - dopiero po paru sekundach tknął go impuls i odwzajemnił krótko uścisk, jednocześnie wędrując spojrzeniem ku kobiecie, która towarzyszyła jego kuzynce; wysłał jej krótki uśmiech, jednocześnie uprzejmy i nie do końca optymistyczny. Na kondolencje odpowiedział kolejnym uśmiechem, który nie dosięgał oczu. - A ja dziękuję za to, że zdołaliście się dziś pojawić. Garrett Weasley, niezwykle miło mi panią - urwał, gdy kobieta niespodziewanie dotknęła dłonią jego policzka, bo kompletnie się tego nie spodziewał; zamarł więc na chwilę, dziękując w duchu Merlinowi, że ogolił się jeszcze dokładniej niż zawsze, w innym przypadku najbliższa rodzina myślałaby o nim jak o niechlujnym kryminaliście - wreszcie poznać, pani Wilde - ostrożnie dokończył, zwracając się bezpośrednio do starszej z kobiet i zastanawiając się, czy nie powinien dodać coś więcej - hej, to ja, pani bratanek? Bratanek pani męża? Syn jego brata? Ratunku, czy mogę stąd uciec? Nie wyparł jeszcze zdziwienia, które zdawało się go zmrozić. W ostatnim odruchu przyzwoitości wybrał milczenie, ale nie wypadało mu milczeć zbyt długo - po wysłuchaniu dalszych słów pani Wilde bez większego zastanowienia powiedział więc to, co przyszło mu na myśl jako pierwsze. - Brzmi jak herbata z solidną domieszką ognistej - rzucił zanim zdążył zorientować się, co właściwie wypadło mu z ust - szybko je zamknął, ale było już za późno. Świetnie. Był mistrzem pierwszych wrażeń. Te milisekundy ciszy, które zapadły, zdawały mu się ciągnąć całą wieczność. W czasie ich trwania miał ochotę uderzyć głową w ścianę. - Przepraszam, to było nieodpowiednie - poprawił się więc, by zaraz udawać, że wcale nie powiedział tego na głos. - Bardzo dziękuję, naprawdę wiele to dla mnie - dla nas wszystkich - znaczy. W takich chwilach jeszcze bardziej niż zwykle powinniśmy być dla siebie wsparciem - i kolejne, lekkie uniesienie kącików ust; teraz starał się wybrnąć dyplomacją, a jednocześnie zerkał na Eileen - coś nie pasowało mu w jej wyglądzie i chwilę zajęło mu zorientowanie się, co. A ponoć był taki spostrzegawczy; dostrzeganie czarnoksiężników skrytych w mroku wychodziło mu jednak lepiej niż zauważanie nowych fryzur. - Pięknie ci w tym kolorze, Eileen. I dobrze wpasowujesz się we wszechobecną rudość - dodał, a tym słowom zabrakło jakiejś lekkości w głosie, która z pewnością by do nich pasowała; nie potrafił jej z siebie jednak wydusić. Posłał w stronę pani Wilde kolejny uśmiech, zastanawiając się, jak bardzo w skali od jesteś trollem do urzekasz swoim niezaprzeczalnym urokiem osobistym kompromitował się kaskadami rzucanych słów. - Wybrałyście już miejsca przy stole? Wkrótce możemy spodziewać się nadejścia kelnerów - znów zaczął, odkrywając, że dziwnie uspokaja go przyjmowanie roli gospodarza i osoby odpowiedzialnej za mający miejsce cyrk towarzyski - i dotyczyło to najwidoczniej nie tylko zawirowań w Zakonie, ale także tych rodzinnych. Pomagało mu to zapomnieć - o maju, o wybuchu, o skrzyni, o anomaliach, które zabiły mu brata.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   31.08.17 2:43

TERROR CIOTKI MORGAN
a tu wylosowałam ofiarę

Ciotka Morgan jako pierwsza zajęła miejsce przy stole - a teraz, z pozoru zajęta prostowaniem ciemnej spódnicy, rozglądała się powoli wokół. Na pierwszy rzut oka ciężko było stwierdzić, czy pragnęła umilić komuś towarzystwo czy może je uprzykrzyć; wyglądała jednak na osobę szczerze przejętą rodzinną tragedią, może pozory myliły - może nie taki diabeł straszny jak go malują.
Po chwili łowów - miała wzrok typowej ciotki: ni to wścibskiej, ni to zatroskanej, ni to po prostu znudzonej i szukającej rozrywek - zatrzymała nieco świńskie oczka na Julii. Nie były spokrewnione - łączyło je jedynie odległe powinowactwo, ale w niczym nie przeszkadzało to ciotce Morgan, którą interesowało wszystko to, co związane było z jej bliskimi. Oraz bliskimi bliskich. Oraz bliskimi bliskich bliskich. A już w szczególności to, co interesować jej wcale nie powinno.
- Julko! - rzuciła głośno - tak, że mogli usłyszeć ją wszyscy, którzy znajdowali się najbliżej - uśmiechając się przy tym ciepło, troskliwie i z zachwytem. - Jaka z ciebie piękna dama wyrosła, tak dawno cię nie widziałam. Z pewnością sznur kawalerów za tobą goni, hm? Masz już wybranka? Pierścionek? Pochwalisz się? - ciągnęła niby dyskretnie, ale wciąż odrobinę zbyt głośno. Nie brzmiała przy tym wcale wścibsko, a zupełnie uprzejmie. Wyglądało na to, że dobrobyt Julii rzeczywiście leżał jej na sercu - i że chciała dla niej jak najlepiej. - Och, to tak smutne, że spotykamy się dopiero w tragicznych okolicznościach - westchnęła z prawdziwym przejęciem. - Powiedz mi jeszcze, laleczko, oczywiście tylko jeśli nie jest to żaden sekret - czym się teraz zajmujesz? - dodała dopiero po chwili, spoglądając na Julię z lekkim, zachęcającym uśmiechem.




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
Julia Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett https://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 https://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 https://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Weterynarz
25
Szlachetna
Panna
Podczłowiek i nadczłowiek są podobni w tym, że żaden z nich nie jest człowiekiem.
0
4
5
6
20
0
5/45
0
Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   31.08.17 23:45

Skinęła lekko głową na słowa Lorraine. Miała rację. Zerknęła na blondynkę, trochę nie wiedząc co powiedzieć. Czuła się nieswojo i wszystko wydawało jej się nie na miejscu. Sama czuła się co najmniej nie na miejscu, miała nadzieję że jej obecność może być jakimkolwiek wsparciem dla Weasleyów, że może to ile osób przyszło żegnać Barrego jest jakimkolwiek pocieszeniem, jednak w głębi serca w to wątpiła.
Zaraz obok zjawiła się Lyra. Jedna z dwóch osób z którymi Julia chciała porozmawiać, choć jednocześnie nie miała pojęcia, co mogłaby powiedzieć. Skinęła lekko głową, przywitała się zaraz uprzejmie.
- Tak, to przykre. - gdyby umarło którekolwiek z jej rodzeństwa, Mare, Archi, Rori, chyba by oszalała. Relacje pomiędzy Weasleyami były zdecydowanie cięższe, jednak nawet spory nie zmienią prostego faktu: byli rodziną. Cokolwiek by ich nie różniło. Zaraz skinęła także w stronę Glaucusa. Chciała powiedzieć coś jeszcze, być może jeden z wielu wyświechtanych frazesów, najwidoczniej nie przygotowana przez życie by choćby próbować pocieszać ludzi którzy stracili bliskich - i oby miała okazję ćwiczyć jak najmniej - kiedy usłyszała głos jeszcze jednej osoby, która patrzyła w jej kierunku i ewidentnie mówiła do niej.
Przy innych okazjach Julia znacznie swobodniej reagowała na podobne pytania, czy zagadywania, teraz skrępowana właściwie wszystkim, uniosła lekko brwi. Nie unikała ciotki Morgan, ani jej podobnych których w dużej, bliższej czy dalszej rodzinie nigdy nie brakowało. Nie wstydziła się tego, jaką jest osobą i nie bała się oceniających spojrzeń. Jednocześnie nie mogłaby powiedzieć, że za nią przepada, lub nie przepada. Możliwe, że kiedy była młodsza, w dziecinnym buncie bawiła się rozmowami z jej podobnymi, z czasem się uspokoiła i nawet, jeśli wciąż tak bywało, starała się być znacznie bardziej subtelna.
Ta sytuacja była jednak inna. A jej prywatna... cóż, chyba lekko skomplikowana.
- Staram się nie spieszyć nadmiernie. - odpowiedziała więc uprzejmie. Nie czuła potrzeby zdradzania większej ilości szczegółów. Nie odwróciła się w stronę Lorraine, choć miała na to ochotę, nie sądziła by ta miała zamiar wyciągnąć ją z tej dyskusji, nie chciała także zachowywać się nieuprzejmie. Skinęła lekko głową, kiedy rozmówczyni znów się odezwała, nie miała nic do dodania, nie była osobą nadmiernie towarzyską, choć nie unikała też ludzi szczególnie. Po prostu takich okazji... cóż, oby było jak najmniej.
Choć kiedy określono ją mianem laleczki, jej brwi powędrowały lekko ku górze, a usta drgnęły w nieznacznym rozbawieniu.
- Prowadzę lecznicę dla zwierząt. - w innych okolicznościach niewątpliwie pochwaliła się planami stworzenia podręcznika do języka trollińskiego, teraz jednak nie miała ochoty na zabawę w skandalistkę. - Rozwija się całkiem dobrze, mam trochę stałych klientów, udało mi się zdobyć zaufanie paru instytucji. - dodała uznając, że szczątkowe odpowiedzi mogą zostać odebrane za nieuprzejme. A pod tym względem miała się czym pochwalić, lecznica się rozwijała, miała coraz więcej klientów, a jej pomoc bywała przydatna w rezerwatach, czy zoo co było niemałym krokiem w jej karierze.




She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
Powrót do góry Go down
Lorraine Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4343-lorraine-prewett https://www.morsmordre.net/t4553-rosca#97075 https://www.morsmordre.net/t4552-lady-prewett#97064 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4554-lorraine-prewett#97077
znawca prawa & działacz na rzecz magicznych zwierząt
29
Szlachetna
Zamężna
"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
15
16
0
0
0
0
6
4
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   01.09.17 9:11

Takie sytuacje nigdy nie były proste. Życie miało dla nich wiele scenariuszy i nie dało się tak naprawdę przewidzieć, który z nich wejdzie w życie. Szczęście, pech, wzloty i upadki, a nawet śmierć. To wszystko gdzieś było już dla nich zapisane. Wcale nie byłoby łatwiej znać swoje życie od początku do samego końca, ale na pewno łatwiej byłoby odejść. Może nie tak gwałtownie. Może z jakimś przygotowaniem godnym własnej osoby. A przynajmniej takie myśli gromadziły się w głowie szlachcianki gdy patrzyła na tych wszystkich zgromadzonych tu żałobników. Tutaj już było łatwiej. Cmentarz nie tylko kazał im spojrzeć ostatni raz na Barrego, ale także utożsamić się ze śmiercią jako z czymś niezmiennym. Nieuchronnym. Czekającym na każdego. Tutaj każdy mógł odetchnąć, zająć myśli przez chwile, wspominać te złe i te dobre chwile, a przede wszystkim ze sobą rozmawiać. Szlachcianka naprawdę przepadała za ciszą. Ten moment osamotnienia gdy siadała na kanapie w salonie posiadłości z książką w dłoni. Napawała się docierającą do niej ciszą nawet nie przewracając okładki. Teraz zdawało się, że każdy potrzebował powiedzieć o czymś. O tym co ich trapi, o swoich obawach i nadziejach. Bo przecież jeszcze jakaś była, prawda? Lorraine jeszcze nie doszła do siebie całkowicie po ostatnim ataku anomalii. To co zobaczyła w swoich snach sprawiło, że przez ostatnie dni prawie wcale nie zmrużyła oka. Rozczłonkowane ciała przyjaciół, osób bliskich, tych, którzy już dawno opuścili ich świat. Choć tęskniła za nimi, za każdym indywidualnie to nie chciała widzieć ich ciał w takim stanie. Tknęło to jej duszę i serce, zabrało rozum. Teraz jednak nie mogła o tym myśleć. Anomalie dotknęły wszystkich, dotknęły Barrego, który nie miał tyle szczęścia co ona czy Archibald. Oni wrócili bezpiecznie do domu. Blondynka zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu Garretta i Lyry. Chciała powiedzieć kilka słów nawet jeśli nic nie mogło złagodzić bólu bo ich stracie. Nie wyobrażała sobie stać nad grobem własnego brata. Nie wyobrażała sobie, że coś złego miałoby przydarzyć się jej bratu, a jednak takie rzeczy się zdarzały. Trzeba było być gotowym na najgorsze… chyba i tak już nie umieli inaczej. Kiedy wzrok Lorraine zatrzymał się na poszukiwanej kobiecie kącik ust uniósł jej się delikatnie. Wstała by zaraz przyciągnąć drobną kobietę do siebie. Wiedziała, że Lyra była teraz prawdziwą szlachcianką, która potrafiła trzymać emocje na wodzy i nie pozwalała im się omamić, ale były sytuacje, w których to co szlacheckie zastępowało temu co ludzkie. - Naprawdę bardzo mi przykro – odparła odsuwając się od kobiety i spoglądając na nią z matczynym niepokojem. Chciała dla nich wszystkich jak najlepiej. Gdyby mogła ochroniłaby ich przed złem całego świata, ale wiedziała, że nie może. Nie potrafiła ochronić nawet własnej rodziny. - Mam nadzieje, że prócz smutku w waszym życiu będzie też w końcu trochę radości. - dodała spoglądając i na Lyrę i na Glaucusa, a finalnie także i na Julię. - Usiądziecie obok? - zapytała jeszcze młodą lady Travers. Dostrzegła też Weasleya rozmawiającego z Eileen i drugą kobietą. Nie chcąc na razie przeszkadzać zajęła miejsce obok Julii, którą w rozmowę porwała właśnie ciocia Morgan. Oh ciocia Morgan. Archie na pewno byłby w niebo wzięty.




nie zgłębi umysł - dobrze wiemczemuż dobro w nas przeplata się ze złem? czemuż miast wiecznego dnia - noc między dniem a dniem?
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley https://www.morsmordre.net/t838-zlotko https://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   01.09.17 13:03

To był trudny dzień, pełen smutku, żalu i innych negatywnych emocji, które wypełniały ją, gdy patrzyła na pogrzeb swojego brata. Później, gdy trumna zniknęła w ziemi i nadszedł czas przenosin na miejsce zorganizowanej stypy dla rodziny, czuła się dziwnie pusta w środku, ale przed popadnięciem w rozpacz powstrzymywało ją silne, ciepłe ramię męża oraz zażyte wcześniej eliksiry uspokajające. Momentami odpływała gdzieś w głąb własnego umysłu, patrząc na otoczenie pustym wzrokiem i próbując odciąć się od swoich emocji i gorzkich myśli, ale świadomość straty powracała i rodziła strach przed przyszłością, która jeszcze nigdy nie wydawała się tak mroczna. Miało być wszystko dobrze, miała cieszyć się życiem, znaleźć szczęście u boku męża, zostać matką jego dzieci... Ale kto wie, ile czasu zostało im wszystkim, skoro Barry odszedł tak nagle, tak przedwcześnie?
Gdy zjawili się w sali, wciąż była złudnie spokojna, a jej oczy były zasnute lekką mgiełką eliksirowego odrętwienia. Mimo to powróciły urywki wspomnień z tej poprzedniej wizyty w lipcu ubiegłego roku. Trudno było tak po prostu zapomnieć tego miejsca, choć wtedy wszystko wydawało się dużo bardziej kolorowe, proste i nieskomplikowane. Ledwie parę tygodni wcześniej skończyła Hogwart i dopiero stawiała pierwsze kroki w dorosłym życiu. Dziś była mężatką opłakującą przedwczesną utratę brata, a dziwna magia tego miejsca budziła w niej niepokój, nie ciekawość, jak kiedyś.
- Kiedyś tu byłam, wiesz? Razem z Garrettem przyszliśmy na stypę profesora Slughorna, który w Hogwarcie uczył mnie eliksirów. Nie minął nawet rok, ale i tak czuję, jakby to było w innym życiu jakiejś innej Lyry. Tak wiele się zmieniło przez ten czas... – szepnęła do męża, rozglądając się po twarzach innych. Zauważyła obie lady Prewett siedzące już przy stole i postanowiła ruszyć w ich stronę, nieco mocniejszym ściśnięciem dłoni małżonka dając mu do zrozumienia swoje zamiary i chęć porozmawiania z kobietami. Czuła się zbyt skrępowana na rozmowę z Weasleyami, ale z Prewettami utrzymywała kontakty nawet po rozłamie. Jakiś czas temu Julia leczyła jej kota, a nie dalej jak kilka dni temu rozmawiała z Archiem, który odwiedził ją w Mungu,gdy dowiedział się o jej odmiennym stanie. Przypuszczała więc, że Lorraine też być może już wie.
Odwzajemniła jej uścisk; wiedziała, że lady Prewett jest naprawdę ciepłą, rodzinną kobietą. Była przykładem szlachcianki, która jednocześnie była dobrą żoną i kochała swoją rodzinę, nie była chłodna, obojętna i wyłącznie na pokaz. Lyra naprawdę ją podziwiała i chciała być w przyszłości właśnie taką kobietą, godzącą miłość do rodziny z obowiązkami prawdziwej damy.
- Dziękuję – szepnęła do niej, wdzięczna za okazane wsparcie i wyrozumiałość. To było dla niej cenne, zwłaszcza teraz. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że Barry odszedł i już nigdy go nie zobaczymy. Pogrzeby są takie... ostateczne – Z drugiej strony, przynajmniej mogła zacząć powoli się z tym godzić, choć pewnie nigdy sobie do końca nie wybaczy rozstania w gniewie. – Ale wiem też, że nie jestem z tym sama, i to chyba już jest jakiś powód, żeby nawet w tym dniu znaleźć odrobinę szczęścia. – Spojrzała na męża i znowu ścisnęła mocniej jego dłoń, nie wstydząc się tej małej demonstracji uczuć. Wsparcie Glaucusa było szczególnie cenne w ostatnich dniach. Na pewno byłoby trudniej znieść to wszystko, gdyby jej związek okazał się stereotypowym aranżowanym małżeństwem pozbawionym ciepła i zrozumienia.
Kątem oka także dostrzegła Garretta, a na jej wciąż chorobliwie bladych policzkach zaigrał wątły, słaby rumieniec. Naprawdę obawiała się rozmowy z bratem, więc postanowiła na razie usiąść w pobliżu Prewettów.
- Tak, usiądźmy tu – zgodziła się z mężem i z Lorraine, zajmując miejsce na przeciwko kobiety (14) i skinęła na małżonka, by usiadł przy niej (13). Chciała przebywać obok niego nie dlatego, że tak wypadało, a dlatego, że naprawdę tego pragnęła. – Może później... Zdarzy się okazja, żeby z nim porozmawiać. Teraz pewnie każdy chce się do niego dostać.
Na to liczyła. A na razie pragnęła nacieszyć się mężem i porozmawiać z obiema lady Prewett, tym bardziej że brat i tak pewnie był zajęty odbieraniem kondolencji od innych. Julia natomiast została szybko zagadana przez starą ciotkę Morgan, która zapewne chciała posłuchać nowinek z jej życia, więc Lyra skupiła uwagę na Glaucusie i Lorraine.
- Jak się czują dzieciaki? I reszta waszych bliskich? – zapytała kobietę, a jej głos leciutko zadrżał. Co prawda wczoraj wymieniły parę listów, ale wolała się upewnić, czy sytuacja wciąż pozostawała stabilna. – Ta dziwna magia jest straszna. Sama unikam używania zaklęć, w Mungu słyszałam wystarczająco wiele okropnych historii o anomaliach. Dopiero wczoraj pozwolono mi wrócić do domu. Musiałam... musiałam przynajmniej pożegnać Barry’ego. Nie mogłam tak po prostu zostać w domu, kiedy on...
Miała nadzieję, że nikt z nich nie będzie musiał wkrótce znowu rozpaczać po stracie kogoś bliskiego. Niestety Lyra była bardzo wielu rzeczy nieświadoma, więc mimo strachu przed najbliższą przyszłością, wciąż pozostawała też cudownie naiwna i pragnąca wierzyć, że mimo wszystko będzie dobrze.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   02.09.17 19:55

TERROR CIOTKI MORGAN
ofiarą wciąż jest Julka

- Och, to niecodzienne i bardzo... postępowe podejście - powiedziała w stronę Julii głośno, a w jej głosie - co raczej dziwne - nie kryła się jawna reprymenda, a wręcz pewnego rodzaju zainteresowanie. Bądź jego iluzja. - Ale co na to twoi najbliżsi? Nie mają ci tego za złe? Och, ja w twoim wieku już zamężna byłam, ale to były inne czasy... wtedy to było jeszcze nie do pomyślenia. Ale teraz chyba się to już zmienia, hm? Chociaż, Julio kochana, nie chce mi się wierzyć, że taka piękna młoda kobieta jak ty nie przykuwa męskich spojrzeń. Może niespieszno ci do ślubnego kobierca, ale z pewnością masz na oku jakiegoś kawalera, prawda? Bądź raczej - jakiś kawaler ma na oku ciebie - uśmiechając się ciepło, wręcz zachichotała. - Och, miłość młodych to piękna sprawa, nie musisz się tego wstydzić. Nie rozumiem tych dziwnych wymysłów arystokratów - od razu siu, na wesele, zamiast cieszyć się chwilami młodości i niewinnego zakochania. Oj, taka młodziutka jesteś, ledwo dwudziestoletnia, taka śliczna - jeszcze będziesz miała czas na małżeństwa! - ciągnęła monolog z przejęciem, a potem sięgnęła po szklankę, by wziąć sporego łyka wody - w tym czasie słuchała słów Julii. - Lecznicę? O, to ciekawy wybór, niezbyt codzienny. Chyba nie spotkałam jeszcze młodej panny, która zajmowałaby się czymś podobnym. Nie miałaś w związku z tym trudności? Nikt nie próbował ci wmówić, że to nie jest zajęcie dla ciebie?




I show not your face but your heart's desire
Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance https://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie https://www.morsmordre.net/t1791-margo https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
starszy ratownik magicznego pogotowia ratunkowego
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

20
0
0
32
0
0
3
2
Czarownica

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   03.09.17 13:58

Nigdy by nie pomyślała, że gdy świat wreszcie się skończy, jej pierwszą reakcją będzie ulga.
A jednak; wsłuchując się w szmer intensywnego deszczu, wdychając mocny zapach rozkopanej ziemi i poprawiając gruby materiał czarnego jak jej myśli płaszcza, czuła się nadzwyczaj spokojnie, dręczona co prawda tępym, pulsującym za mostkiem bólem, ale też otulona miękką warstwą dziwnego otumanienia. Rzeczywistość, od wielu tygodni rysująca się i pękająca, drżąca i grożąca przysypaniem ich wszystkich, wreszcie się rozsypała; nienaruszalne reguły zniknęły, a to, co znajome i oczywiste, okazało się kłamstwem i ułudą, rozpływając się w powodzi jasności, która na kilkadziesiąt przerażających minut odebrała jej wzrok. Dzisiaj pierwszomajowy wybuch był już tylko bolesnym wspomnieniem – ale Margaux nadal potrafiła dostrzec kątem oka niebezpieczne przebłyski, nadal wyczuwała wibrującą w powietrzu magię, która, jak ona sama, nie do końca wiedziała, co ze sobą zrobić. I, o dziwo, witała tę nienormalność z typowym dla siebie stoicyzmem, ciesząc się w duchu, że oczekiwanie dobiegło końca; że nie mierzyli się już z nieznanym i tajemniczym, że zło wreszcie było tutaj: prawdziwe, namacalne i groźniejsze niż kiedykolwiek, ale przynajmniej przyobleczone w realną formę, z którą byli w stanie sobie poradzić.
Ona sama tkwiła gdzieś pośrodku tego wszystkiego, zawieszona w nicości, z jednej strony pozbawiona trzymającego ją przy ziemi ciężaru obowiązków i stałości, z drugiej – w jakiś sposób wolna; nie obawiała się już reperkusji ze strony Ministerstwa, obiecując sobie solennie, że jej stopa więcej już tam nie postanie; nie drżała też o rodziców, choć gdy kilka dni wcześniej wysyłała im skropiony łzami list z błagalną prośbą o powrót do Francji, miała wrażenie, że jej serce implodowało do wewnątrz. Nie rozpaczała już jednak za utraconym, nie wygrażała bezsensownie pięścią w kierunku wszechświata, nie wykrzykiwała żalów o to, że odebrał jej niemal każdą rzecz, która do tej pory utrzymywała ją w pionie, zamiast tego przelewając energię we wdzięczność za to, co jeszcze jej pozostało i obiecując sobie, że od tej pory zrobi co w jej mocy, żeby otoczyć ochroną te najdroższe duszy skrawki rzeczywistości.
Jeden z nich, dający jej największe oparcie, znajdował się przecież tuż obok; zerkała na niego od czasu do czasu z niepokojem przemieszanym z czułością, niepewna, czy doskonale wiedziała, co działo się w jego umyśle (minął zaledwie rok, odkąd pochowała własnego brata, i targane wiatrem wiązanki kwiatów kojarzyły jej się nieprzyjemnie z jednym z niewielu dni, które wolałaby wymazać z pamięci), czy wprost przeciwnie – była ślepa na jego ból, schowany szczelnie gdzieś za niewidzialną ścianą, jaką się otaczał, dzisiaj nieprzeniknioną również i dla niej. Nie próbowała jednak skłaniać go do wyznań ani wypowiadania palących gardło słów, przez większość ceremonii zwyczajnie będąc; nienachalnie trzymając się w tle, mając irracjonalną i bezsensowną nadzieję, że to wystarczy. Nie wystarczało, wiedziała, że nie – ale i tak trwała blisko, starając się ochronić go przynajmniej przed tym paskudnym rodzajem samotności, który dopadał również (szczególnie?) pośrodku kłębiącego się tłumu.
Otworzyła usta, by mu odpowiedzieć, jednak potok nietrafionych słów został przerwany przez nadejście zdenerwowanego kelnera, przystanęła więc obok w milczeniu, przysłuchując się przyciszonej wymianie zdań i bezwiednie dotykając opuszkami palców garrettowego łokcia – być może chcąc przelać na niego część własnego spokoju, być może czerpiąc go właśnie ze źródła. Nie potrafiła zdecydować, czy tym razem kojarzył jej się z niewzruszoną opoką, czy z najdelikatniejszą porcelaną; być może jedno i drugie; w końcu hartowane szkło, uderzone odpowiednio mocno, rozpadało się na tysiące maleńkich odłamków. – Oczywiście – przytaknęła cicho, wychwytując przepełnione jakąś bezbronną bezradnością spojrzenie błękitnych tęczówek, chociaż jej myśli już zaczynały krzyczeć w proteście. Obawiała się tego spotkania od kiedy otrzymała na nie zaproszenie, czując się w towarzystwie pogrążonej w smutku rodziny dziwnie nie na miejscu – jak intruz, podpowiadał jej złośliwy głosik czający się z tyłu czaszki – ale ani przez moment nie miała serca odmówić. Nie robiła tego również teraz, jedynie przelotnie ściskając jeszcze dłoń Garry’ego i odprowadzając go wzrokiem, gdy podążał za przepraszającym kelnerem. Dopiero wtedy skierowała spojrzenie w stronę stołu, dostrzegając tam kilka znajomych twarzy, ale nie czując się na tyle pewnie, żeby do nich podejść. Widziała Lyrę w towarzystwie męża, Lorraine, Julię; gdzieś wśród zgromadzonych mignęła jej również Eileen. Każdy z nich wydawał się jednak zajęty rozmową, Margaux skierowała się więc w stronę przeciwległego końca pomieszczenia, milcząco, jak duch – i mając cichą nadzieję, że tak jak duchy, pozostanie niezauważona. Przycupnęła na krawędzi krzesła (19), póki co nie zamawiając niczego.




isn't it lovely, all alone?
heart made of glass, my mind of stone
tear me to pieces, skin to bone
hello, welcome home


Powrót do góry Go down
Julia Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4231-julia-prewett https://www.morsmordre.net/t4525-poczta-julki#96302 https://www.morsmordre.net/t4523-julka-zaprasza#96300 https://www.morsmordre.net/t4798-julia-prewett
Weterynarz
25
Szlachetna
Panna
Podczłowiek i nadczłowiek są podobni w tym, że żaden z nich nie jest człowiekiem.
0
4
5
6
20
0
5/45
0
Zwierzęcousty
 https://68.media.tumblr.com/f4ac4a87cc99f24b4e90825593c2f7b0/tumblr_oldf5boKP91uhjffgo1_500.gif

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   05.09.17 16:49

- Dobrze, że masz tę najbliższą osobę. - jej uśmiech stał się łagodniejszy, odrobinę cieplejszy. Lyra zawsze była delikatna i łagodna, Julia zawsze widziała w niej bardziej dziewczynkę niż kobietę, nieporadną, szukającą łatwiejszej ścieżki. O takie osoby też zwykle martwiła się bardziej. Garrett był silny. Oczywiście, bez wątpienia przeżył to równie mocno, jednak wierzyła, że da sobie radę. Lyra potrzebowała bliskości i oczywiście miała dużą rodzinę, dużo kuzynostwa, jednak to Glaucus niewątpliwie stanowił dla niej największą podporę w trudnych czasach.
Skinęła słowa na słowa dotyczące Weasleya. Był zajęty kwestiami organizacyjnymi oraz częścią gości.
Traversowie siedli na przeciwko, a ona znów słuchała słów Lyry. Wiele się działo, to prawda. I wszystko to sprawiało, że w jej głowie pojawiało się więcej mrocznych myśli. Myślała o Odsieczy. Dopiero żegnali Barry'ego, a przecież o mały włos a chwilę później uczestniczyliby w grzebaniu Alexandra. Ewentualnie nigdy by go nie odnaleźli. Przez jej ciało przebiegły dreszcze, kiedy wyobraziła sobie, że tak młoda osoba mogła umrzeć, zniknąć, po prostu wyparować z ich życia. Nie tylko on z resztą, wpierw pomyślała o rodzinie, jednak odsiecz mogła zabrać wielu Zakonników.
A będą kolejne zadania. Dopóki nie dopną swego. Musi być gotowa.
Zerknęła na Lorraine, nic jednak nie powiedziała. Przerażała ją myśl, że ktoś z jej najbliższej rodziny mógłby ruszyć na kolejną misję, z kolei wiedziała że Zakonników jest niewielu i muszą wykorzystywać wszystkie swoje siły.
- To dobrze, lepiej uważać. - przyznała Lyrze a propo magii, nie dane jej było jednak pociągnąć wypowiedzi, bo i zwróciła na nią uwagę starsza czarownica. Rozmowa o jej przyszłości, czy ewentualnych miostkach wydała jej się w tej chwili dziwna, jakby oderwana od rzeczywistości, mimo to Julia pozostawała uprzejma.
Nie sądziła by postępowe było w ustach czarownicy komplementem. Jej słowa choć okraszone przyjaznym tonem brzmiały raczej jak próba wyciągnięcia czegoś, co pozwoli cioci Morgan komentować młode pokolenie, lub ją samą wprost. Nie dawała jednak tego po sobie poznać. Skinęła jedynie głową. Oh, była bardzo postępowa.
- Jeśli będzie o czym mówić, bez wątpienia rodzina nie pozwoli aby cokolwiek działo się w tajemnicy. - spróbowała uciąć temat. Nie miała ochoty na plotki, sugestie jakie podsunęli jej rodzice nie były ostateczne, a zarówno ona jak i Ulysses nie chcieli się nadto spieszyć, nie sądziła by był on zadowolony z rozgłaszania radosnej nowiny, nie traktowała jej także jako coś pewnego. Realnego, coraz bardziej realnego, jednak na pewno nie była to póki co wieść do ogłaszania.
- Póki co staram się skupić na pracy i nauce, nie interesuję się romansami, stateczne małżeństwo za jakiś czas mi w pełni wystarczy. - dodała zaraz. - Mam dobry przykład w bracie.
Dodała w nadziei, że ostrzał pytań spadnie na Lorraine, która z kolei miała się czym pochwalić i niewątpliwie czułaby się w podobnej rozmowie dużo lepiej. Miała w końcu wszystko za co obecnie ceniona jest szlachcianka: męża, dzieci i urodę. Ponadto inteligencję i wiedzę, jednak co to kogo obchodzi?
- Oczywiście, nie czułabym jednak w tej chwili satysfakcji do jakiej daję sobie prawo, gdybym nie przebrnęła przez liczne problemy. Nie słucham także głosów, które nie znając moich możliwości starają się mówić czym powinnam, a czym nie powinnam się zajmować.
Dodała jeszcze. Zawsze znajdą się tacy dla których kobieta jest jedynie ozdobą, jednak gdyby Prewett słuchała takich głosów... kim byłaby w tej chwili? Trudno było jej sobie to wyobrazić.
Zauważyła, że do stołu siada nowa osoba, kolejna Zakonniczka. Skinęła jej jedynie głową w przywitaniu. Znów zerknęła na Lyrę. Oh, podobnie jak Lorraine, ona zdecydowanie byłaby lepszym celem tej rozmowy i Julia nie wątpiła że została nią ona sama nie bez przyczyny.




She sees the mirror of herself
An image she wants to sell,
To anyone willing to buy.
He steals the image in her kiss,
From her hearts apocalypse.
Powrót do góry Go down
Glaucus Travers
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t1231-glaucus-travers https://www.morsmordre.net/t1238-kapitan-morgan#9281 https://www.morsmordre.net/t1237-ahoj https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t1258-glaucus-travers#9500
żeglarz
31
Szlachetna
Żonaty
Kiedy rum zaszumi w głowie cały świat nabiera treści, wtedy chętniej słucha człowiek morskich opowieści!
15
10
0
5
10
0
41
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   08.09.17 10:43

Do środka zbierało się coraz więcej ludzi, ale i tak wielu osób brakowało. Od razu rzucił mi się w oczy brak Archibalda, który zapewne powinien właśnie siedzieć obok Lorraine. Jeszcze kilku osób, których bym się spodziewał na tym przyjęciu również nie było, co mocno mnie zdziwiło; z pewnością musieli mieć ku temu naprawdę poważny powód. Skupiłem się więc na wyszukiwaniu Garretta, skoro to właśnie z nim miała porozmawiać Lyra. Dostrzegłem go w końcu, a wraz z nim sznureczek ludzi, którzy chcieli zamienić z nim kilka słów, choć dziwiłem się, że jego siostra jest w tym wszystkim pominięta. Nie rozumiałem tej sytuacji, pomimo, że bardzo pragnąłem się w niej odnaleźć oraz zrozumieć uciekający sens tego wszystkiego. Nie zrobiłem jednak nic, zresztą nieodpowiednim byłoby wyrywanie kogoś siłą z pewnego schematu; postanowiłem zaczekać na dalszy rozwój wypadków. Z tego co zdążyłem zauważyć, nadciągały chyba jakieś problemy. Oby niegroźne.
Powróciłem z rozmyślań i spojrzeniem do żony, posyłając lekki uśmiech Julii oraz Lorraine. Powitałem też siedzącą niedaleko panią Morgan skinieniem głowy oraz tym samym wyrazem twarzy, która chwilę później zamieniła się w powagę. Wysłuchałem uważnie słów dotyczących pogrzebu lorda Slughorna, trochę zmartwiony. Czy zatem ta restauracja na zawsze miała się kojarzyć ze śmiercią oraz stypami?
- To prawda, wiele się zmieniło, ale jeszcze więcej jest przed nami – zapewniłem ją chcąc dodać jej otuchy. Ścisnąłem na chwilę mocniej drobną dłoń rudzielca, naprawdę zamierzając choćby być obok. Niewiele chyba w tej sytuacji mogłem zrobić, ale wierzyłem, że niektóre sprawy wymagają czasu. Nie dadzą naprawić się ot tak, od razu. A niektóre już zawsze będą zepsute. I jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest położyć je obok i wszystko przeczekać.
- Na pewno tak będzie – przytaknąłem słowom lady Prewett; oczywiście, że będziemy szczęśliwi. Nie wiem tylko jeszcze jak, skoro sytuacja polityczna oraz społeczna nie napawała optymizmem, a my Zakonnicy wiedzieliśmy o tym lepiej niż inni, ale musieliśmy w to wierzyć. Nic innego nam nie pozostało. Oprócz oczywistej walki o lepsze jutro.
Odsunąłem Lyrze krzesło, sam później zasiadając obok. Jednym uchem słuchałem wymiany zdań między Julią a jej krewną, drugim rozmów Lorraine i mojej żony. Jednocześnie przyglądałem się osobom zasiadającym przy stole, zresztą szybko znaleźli się przy nas kelnerzy oczekujący na złożenie jakiegoś zamówienia.
- Zgadza się, ta dziwna anomalia okazała się być bardzo niebezpieczna. Słyszałem, że wiele osób zostało przez nią teleportowanych do różnych miejsc, z dala od domów. Mam nadzieję, że wam się to nie przydarzyło? – spytałem pań Prewett, choć Lyra wspominała coś o wymianie korespondencji oraz zapewnieniu, że wszystko u jej krewnych w porządku. – Mój kuzyn wylądował w Morzu Północnym. Całe szczęście, że umiał pływać i nie wyrzuciło go daleko od brzegu, bo mógłby mieć sporo problemów – powiedziałem, kręcąc głową na samo wspomnienie tamtych chwil. Wrócił do domu przemoczony oraz wyziębiony i zmęczony, ale na szczęście bez większych obrażeń. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby jednak ta dziwna magia postanowiła zostawić go na samym środku szalejącej wody.
- Może to nie jest jednak wdzięczny temat… masz ochotę na coś do jedzenia, picia? – spytałem siedzącej obok żony. Pewnie nie miała, ale powinna teraz dobrze się odżywiać. Teraz te zaniedbania szkodzą nie tylko jej, ale też dziecku. Musiałem ją więc przekonać, że to dobry pomysł.
Chciałem też spytać o Archibalda, ale nie wiedziałem czy to pytanie nie byłoby zbyt kłopotliwe lub niezręczne, dlatego ograniczyłem się do kwestii jedzenia.





i'm a storm with skin
Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Zamężna
your worst battle
is between what you know
and what you feel
12
4
10
0
16
0
5/37
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   09.09.17 21:24

Szybko zdała sobie sprawę, że w którymś momencie zapędziła się w swoich pragnieniach. Chciała znaleźć matce element, którego od zawsze jej brakowało, taki, który pozwoliłby jej nie czuć się tak samotnie po stracie Rossy, ale nie przewidziała, że matka okaże Garrettowi taką… emocjonalność. Spojrzała na nią, na jej dłoń, która w pełnym troski i miłości geście przemknęła po policzku Weasleya tak, jakby należała do jego matki. Bezwiednie potoczyła wzrokiem po zgromadzonych, szukając wśród nich twarzy, która mogła utożsamiać się z rysami należącymi do matki Garry’ego. Podobne oczy, podbródek, włosy. Nikogo takiego nie znalazła albo... właściwie podświadomie nie chciała znaleźć. Już słyszała te pretensje pani (lady?!) Weasley, krzyczącej na panią Wilde, żeby ta obca baba zostawiła jej syna w spokoju. Odchrząknęła więc cicho, ale znacząco, niepostrzeżenie wyciągając dłoń w stronę spódnicy matki, by nieznacznie ją za to pociągnąć. Garry wydawał się być naprawdę zmieszany – dosłownie przez chwilę, bo wystarczyły dwa mrugnięcia, by aurorskie wypaczenie emocji i doświadczenie, jakiego nabrał, pozwoliło mu przykryć skonfundowanie miękkim kocem nicsięniestania. Świetnie sobie poradziłeś, Garry, jak zawsze. Przepraszam za nią.
Naprawdę chciała to powiedzieć, ale, po pierwsze: obok stała matka i nie chciała sprawić jej przykrości, a po drugie: język odmówił współpracy.
Trafiłeś w dziesiątkę – odparła szybko, chwytając temat w locie i od razu próbując obrócić go na jego korzyść. Spojrzenie, razem z uśmiechem, utkwiło w jego twarzy. Policzki zapłonęły czerwienią. Najwyraźniej powstydziła się za niego… i za jej ukochaną panią Wilde. – Najsławniejsze herbatki cioci Roany. Na każdą przypadłość. – dopowiedziała szeptem, nachylając się lekko w jego stronę. Zerknęła na mamę, szukając w jej jasnej, pokrytej piegami twarzy oznak przyjęcia jego słów do serca. Rodzina. I uśmiechnęła się zaraz, słysząc komplement na temat swoich włosów. W odruchu chciała dotrzeć dłonią do misternie wpiętych między kosmyki wsuwek i spinek z drobnymi, florystycznymi motywami, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. – Dziękuję. Chociaż… to tylko efekt źle uwarzonego eliksiru, kompletny przypadek.
Gdy podjął temat miejsc, obejrzała się na wnętrze sali, szukając wśród krzeseł tych, które ona i jej matka powinny zająć. Dostrzegła jasne włosy Margaux opadające łagodnie bliżej krawędzi stołu. Powinna zająć jeszcze miejsce ojcu i…
Rozchyliła delikatnie usta i rozejrzała się dookoła, szukając kolejnej, tak dobrze sobie znanej sylwetki. Gdy jej nie znalazła, obróciła się w stronę Garry’ego, instynktownie wsuwając dłoń pod ramię matki.
Zaraz coś sobie upatrzymy, tylko… widziałeś gdzieś może Barty’ego? Stałam obok niego na pogrzebie, a teraz straciłam go z oczu. Mam nadzieję, że nie ucie… – znów się rozejrzała, w cichej panice odnajdując sens w słowie, które już prawie wypłynęło z jej warg. – Że nie uciekł. Chciał przyjść na stypę.
Wzięła głęboki wdech. To nic, i tak postara się zająć trzy miejsca, gdyby jednak jego chwilowa nieobecność była tylko przypadkiem. W pamięci zachowała już te znajdujące się całkiem blisko Margaux (1, 2, 3). Szczyt stołu nigdy nie był dla jej rodziny czymś wyjątkowym, każdy na posiłkach zawsze siadał tak, jak chciał, dlatego i teraz nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Szczyt stołu czy jego bok – czy to miało jakieś znaczenie?
Nachyliła się lekko do matki i wyszeptała jej lokalizację miejsc, żeby mogła sama ocenić, czy wizja córki była dobra.




The responsibility of love:
To keep another's heart safe

Powrót do góry Go down
Archibald Prewett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f247-dorset-west-lulworth-posiadlosc-prewettow https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
toksykolog
30
Szlachetna
Żonaty
Only I could know exactly what I'm fighting for.
6
3
7
23
0
0
3
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   12.09.17 13:28

Archibald wciąż nie mógł wyjść z szoku spowodowanego śmiercią Barry'ego. Może i nie wiązały go z nim najbliższe relacje, szczególnie przez ostatnie miesiące, ale nie przestawał być jego młodszym kuzynem. Dlatego też od samego rana Archibalda nawiedzały wspomnienia z dzieciństwa, nie z dorosłości - w końcu ona już nie jest taka fascynująca, a raczej problematyczna. Przypominał sobie jak zamykał go razem z Garrettem w schowku na miotły, byle tylko nie przeszkadzał w zabawach. W końcu był od nich dużo młodszy, więc miał tendencję do zakłócania wszystkich precyzyjnie obmyślanych planów swoich starszych braci. Archie pamiętał też jego pierwszy dzień w Hogwarcie, kiedy razem z resztą Gryfonów cieszył się na werdykt Tiary Przydziału. Chwalił się, że znowu jego krewny trafił do tego domu - pozostali zaś stwierdzali, że to już robi się nudne. I tak melancholijnie mijał mu dzień; snuł się z kąta w kąt, zastanawiając się, czy mógł w jakikolwiek sposób temu zapobiec. On albo ktoś kto był mu bliższy. Dobijało go to, o ile po pierwszomajowych rewelacjach mógł być dobity jeszcze bardziej. Razem z Lorraine zgodnie ustalili, że nie będą zabierać dzieci. Przede wszystkim stypa to nie jest dla nich odpowiednie miejsce, a poza tym obawiali się wpływu nowego miejsca na pojawiające się anomalie. Do tej pory Archibald nie potrafił zrozumieć tych nagłych wybuchów magii, i o ile one zawsze u dzieci miały miejsce, to nigdy na taką skalę. Zastanawiał się jak wiele osób zauważyło podobne nieprawidłowości, ale z tego co wiedział, w rodzinie na razie nie było zbyt dużo dzieci. Pozostało mu z Lorraine bacznie obserwować własne pociechy i na własną rękę szukać rozwiązania. Nie czuł się komfortowo zostawiając je same, ale nie potrafił też opuścić stypy. Czuł się w obowiązku przyjść i pożegnać Barry'ego jak należy, nawet jeżeli nie zawsze było pomiędzy nim a resztą rodziny stuprocentowej zgody. Wcześniej jednak, zaraz po pogrzebie, teleportował się do domu żeby sprawdzić jak pani Picks radzi sobie z dziećmi. Jeszcze jej się nie zdarzyło z nimi zostać sam na sam w te majowe dni, a w głowie Archibalda pojawiało się mnóstwo najgorszych scenariuszy. I bardzo dobrze, że zdecydował się zajrzeć do West Lulworth, bo już w progu przywitał go dziecięcy płacz. Kiedy poszedł do pokoju muzycznego i ujrzał nadpaloną zasłonę, stracił ochotę na opuszczanie posiadłości. Ogarnięcie sytuacji zajęło mu dłuższą chwilę, ale ostatecznie postanowił wrócić na stypę, szczególnie, że nikt nie wie co go zatrzymało. Jeszcze raz upewnił się, że z dziećmi i panią Picks wszystko w porządku, po czym przetransportował się do restauracji. Poprawił swój czarny garnitur, po czym wszedł do odpowiedniej sali, omiatając spojrzeniem zebranych gości. Cieszył się, że zaproszenie dostała faktycznie garstka najbliższych osób - chyba nie było nic gorszego niż sztuczne tłumy nieznajomych. Od razu po wejściu do pomieszczenia zauważył ciotkę Morgan. Nie powinna go dziwić jej obecność, a jednak niewielkie zaskoczenie i tak wymalowało się na jego twarzy. Nie wiedział jak dużo opowiadał o niej Lorraine, choć wydawało mu się, że była obecna również na ich ślubie. Ach, wtedy tyle się działo, że nawet tego nie pamiętał. Podszedł do Garry'ego, witając się po drodze z Eileen i jej mamą. Przez krótką chwilę nic nie mówił, bo nie wiedział co mógłby mu jeszcze powiedzieć. Zdążył mu złożyć marne kondolencje podczas pogrzebu, zapewne żadne z nich nie miało ochoty na powtórkę. - Moi rodzice chcieli ci podziękować za zaproszenie i złożyć szczere wyrazy współczucia. Kazali mi również cię przeprosić za ich nieobecność... nie mieli ochoty przychodzić - powiedział zgodnie z prawdą, wiedział, że Garry to zrozumie. Śmierć Barry'ego przypomniała im o śmierci ich najstarszego syna, od której co prawda minęło już ponad dwadzieścia lat, ale ból pozostawał niezmienny. - Jakbyś potrzebował pomocy z ogarnięciem tego to wiesz gdzie mnie szukać - dodał już ciszej, żeby przypadkiem nikt poza Garrym go nie usłyszał. Poklepał go po ramieniu i ruszył w kierunku upatrzonego miejsca obok Lorraine (nr 9). Po drodze przywitał się niemo z Margo, a przechodząc obok cioci Morgan zatrzymał się i przywitał z nią jak należy.- Dzień dobry ciociu, mam nadzieję, że zdrowie dopisuje - powiedział, zmuszając się na lekki uśmiech, a kiedy tylko otrzymał odpowiedź, dotarł w końcu do krzesełka na którym z ulgą usiadł. Przywitał się z Lyrą i Glaucusem, na tym drugim na moment zatrzymując wzrok, bo strasznie długo się nie widzieli, a łączyło ich parę zabawnych wspomnień. Jakoś nie spodziewał się, że go tu zobaczy, choć wcale nie powinno go to dziwić. - Dzieci podpaliły zasłony przy fortepianie, ale sytuacja została opanowana - wytłumaczył Lorraine, zerkając również na Julię, która chwilowo była pochłonięta rozmową z ciocią.




Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley https://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 https://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 https://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 https://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
London calling
to the far away towns:
now war is declared
and battle come down.
29
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stolik nr 3   12.09.17 23:49

Zawsze najbardziej żal było rodziców, życie nie powinno toczyć się w taki sposób, by to rodzice chowali swoje dzieci. Przeczyło to naturze wszechrzeczy. Uścisnął obojga mocno, składając najszczersze kondolencje, Barry błądził, ale w głębi ducha był dobrym człowiekiem. Nie zdążył zadośćuczynić, a jemu - nie zdążono przebaczyć. Garry i Lyra stracili brata, przez całą uroczystość pogrzebową nie był w stanie spojrzeć Garrettowi w oczy, dopiero pod koniec uchwyciwszy jego pytające spojrzenie. Przyczyną śmierci Barry'ego była anomalia, anomalia wywołana ich decyzją, ich błędem, ich pochopnością. Zabili go, dokładnie tak, jak zabili dziesiątki, a może nawet setki innych; nie wiem, Garry. Nie rozumiem. To wszystko jest koszmarem. Od początku maja był ledwie cieniem siebie, blady, z głębokimi cieniami pod oczami i wciąż strapionym grymasem. Nawet nie musiał się z tego tłumaczyć - utrata ręki większości jego znajomym wydawała się wystarczającym powodem od utraty dawnego ducha. Prewettowie, uchwycił spojrzenie wpierw Lorraine, potem Julii, na końcu Archibalda, Eileen z matką - nie zauważył, że zmieniła kolor włosów - wreszcie Traversowie, dawno nie widział Lyry; to przykre, że trzeba było uroczystości takiej jak ta, żeby zjednać rodzinę. Nie wiedział nawet, że Glaucus jest jednym z nich, że przynależy do Zakonu Feniksa: nie widział go na jedynym spotkaniu, na którym był. Majowe pominął, nie potrafił kłamać - i nie potrafiłby spojrzeć Zakonnikom w oczy. I ciotka Morgan, zupełnym przypadkiem ominął ją spojrzeniem, w duchu licząc na wzajemność. Trochę pobłądzili, świstoklik wyrzucił ich za ścianą, a połączenia między pokojami nieprzygotowanymi na stypę wciąż płatały figle, ale miał nadzieję, że ich drobne spóźnienie pozostanie niezauważone, a uroczystość nie rozkręciła się jeszcze na tyle, by stało się to problemem - zajął miejsce obok wolnego krzesła przy Margie ( 17) wiedząc, że jest zapewne przeznaczone dla Garretta, krótkim spojrzeniem lustrując siadającą obok siostrę (16). Źle wyglądała w żałobnych barwach, bardziej do twarzy pasowały jej kolory.
Żałobna szata Brendana spełniała wymogi szlacheckiej etykiety, prosta i skromna czernią wyrażała żal i smutek z powodu odejścia kuzyna. Z szerokich rękawów wystawały czarne mankiety spięte czarnymi szpilkami, ogniste włosy spinała z tyłu głowy czarna wstążka, choć zwykle nie przykładał większej wagi do ubioru, to na pogrzebie najbliższej rodziny nie zamierzał popełnić brutalnego faux pas - byłoby to ohydne i niedopuszczalne pogwałcenie szacunku do najbliższych. Najbliższych Barry'ego, którego śmierci był przecież współwinny. Rękaw prawej ręki wokół nadgarstka owinięty był ciasno czarną chustą, nie chciał wywijać pustym rękawem i nie zamierzał też budzić oburzenia nagim kikutem. Miał nadzieję, że kelnerzy jeszcze nie odebrali zamówień, był głodny. Co prawda grzyby niewiadomego pochodzenia w wołowinie budziły wiele jego zastrzeżeń, ale nie zamierzał zadowolić się porcją wymierzoną jak dla ptaka.
- Potrzebujesz odsieczy? - Kątem oka spojrzał kontrolnie na Garretta, miał tego dnia na głowie naprawdę dużo. Organizacja pogrzebu, również stypy, to podła i niewdzięczna praca, do tego niezwykle bolesna - zwłaszcza dzisiaj, zwłaszcza dla niego, trawionego wyrzutami sumienia za ich absolutnie niewybaczalny błąd. Jeśli tonął w formalnościach, ustaleniach, problemach obsługi i niekończących się pytaniach zarządu restauracji, powinien wiedzieć, że Brendan był obok i mógł mu w tym pomóc. Wcale nie był tutaj sam. Jeśli nie, to podobno mają wino. Nieco zbyt wysublimowanie jak na jego gust, ale był człowiekiem, który rzadko narzekał.




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
 

Stolik nr 3

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Narożny stolik
» Stolik przy oknie
» Stolik nr 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu :: Restauracja Le Revenant-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18