Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Polana rozładunkowa
AutorWiadomość
Polana rozładunkowa [odnośnik]11.11.20 23:45

Polana rozładunkowa

Gdy do Oazy przychodzi kolejny transport z żywnością czy rzeczami potrzebnymi do przetrwania w tym miejscu, zwykle rozładowywane są w okolicy mokradła, wśród bujnej roślinności. Pod gołym niebem, bo jakby inaczej. Zależnie od transportu z dóbr mogą skorzystać wszyscy lub jedynie wskazani mieszkańcy tego miejsca. Zwykle kręci się tu więc przynajmniej kilkoro dzieci, czekających na możliwość otrzymania dodatkowej porcji owoców lub niezwykle rzadko przywożonych słodkości.
Transporty zwykle bardzo szybko znikają, a natura wspomagana magią zdaje się nic sobie z nich nie robić, bo okoliczne trawy zawsze są bujne i wysokie. Wśród nich można czasem znaleźć nawet rzadkie zioła. Na dodatek w okolicy roi się od coraz większej ilości starych i zepsutych rzeczy, których nikt nie chce przygarnąć, a które przypadkiem przywędrowały w kolejnych transportach.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Polana rozładunkowa Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]15.11.20 17:31
20 września
-> stąd

Gwendolyn z wyprzedzeniem poinformowała Kerstin o liście od ministra Longbottoma i o tym, jakie z niego wynikały obowiązki. Z początku przyjęła tę perspektywę niezbyt entuzjastycznie, z paniką prawie, bo przecież jak można zbudować funkcjonujący szpital polowy w jeden dzień? Zdenerwowała się, popłakała też trochę, bo ostatnimi czasy niewiele było trzeba, by doprowadzić ją do krótkotrwałego załamania. Czemu nie wcześniej, czemu dostaliśmy tak mało czasu? powtarzała, dopóki Gwen nie doprowadziła jej do pionu paroma ostrzejszymi słowami. Kerstin panikowała w tym miesiącu zbyt mocno i zbyt często, nawykła raczej do pragmatycznego rozwiązywania także i absurdalnych wyzwań, więc ta moralizatorska gadka wiele jej dała - przypomniała sobie, że w niektórych sytuacjach ważniejsze jest to, co będzie, a nie to, co było. Dostali zadanie, musieli zrobić wszystko aby je wykonać i właściwie kropka. Mogła albo narzekać albo wziąć się do roboty, a to pierwsze w ogóle nie było opcją.
Nad ranem rozpisała sobie jeszcze w notesiku, czego na oko mogą potrzebować, żeby później, w rozgardiaszu i tłumie pracujących w Oazie ludzi, nie pogubić się w tym wszystkim i czegoś nie pominąć. Pozostawało tylko wysłuchać, co do przekazania miała im Gwen, na której wątłych barkach spoczęła odpowiedzialność za dowództwo nad tą wyjątkową trudną operacją. Jakby ktoś zapytał Kerstin, to poradziła sobie pięknie - i z podzieleniem ich na grupy, z wyznaczeniem zadań i z podjęciem przemowy na forum mieszkańców Oazy. Kerstin pewna była, że przyjaciółka wyśle ją na polanę rozładunkową samą, żeby sobie na własną rękę znalazła pomoc wśród krzątających się tu wszędzie chłopców, ale towarzystwo pana Keatona dodało jej odwagi. Normalnie nie miałaby problemu z wydawaniem poleceń, nie obawiałaby się, że nikt nie będzie brał jej słów na poważnie, ale teraz nic przecież nie było normalnie.
- Ja nie mam pytań, od razu się biorę do roboty - powiedziała jeszcze do Gwen, wciągając ją na pożegnanie w mocny uścisk. Przez najbliższe godziny obie będą zajęte, nie będą mieć czasu ze sobą porozmawiać, to pewne. - Uważaj na siebie.
Później, z torbą na ramieniu, bo kota zdążyła już odstawić, ruszyła ku mężczyźnie, który przyuważył ją pierwszy. Wydawał się młody, możliwe, że byli w podobnym wieku.
- Kerstin - przedstawiła się uprzejmie, kiedy razem ruszyli w kierunku polany rozładunkowej - Jakbym miała odpowiedzieć szczerze, to przyda się zupełnie wszystko. Ale spokojnie, to za chwilę. Zobaczmy, jakie mamy opcje, bo nie chcę wymieniać listy, a potem się zorientować, że nic z tego i tak nie znajdziemy. Takich naprawdę niezbędnych rzeczy, bez których szpital nie powstanie, nie jest dużo; jeżeli nie będzie ich tam dość, to wtedy dopiero pójdziemy prosić ludzi. - Uśmiechnęła się niepewnie, z jednej strony chcąc nawiązać na początku koleżeńską znajomość, a z drugiej uginając się pod ciężarem emocjonalnego wyczerpania, które podszeptywało złośliwie, że to przecież i tak nie ma żadnego znaczenia. - Ja lubiłam pracować w szpitalu, ale jak się jest pacjentem to nic przyjemnego. Tylko pozazdrościć zdrowia.
Z zaskoczeniem uniosła brwi i w ostatniej chwili powstrzymała naturalny impuls, by odwrócić się w kierunku, o którym wspomniał.
- Och. - Zagryzła z zastanowieniem usta, a potem dyskretnie skinęła głową. - To jest dobry pomysł, tylko... mam nadzieję, że znajdziemy tu coś wartego na nagrodę. - dodała bardziej smutno, bo chociaż czasu było mało, a roboty dużo, to jakoś nie leżało jej naciągać nastoletnich chłopców na obietnice rarytasów, których nie będzie w stanie zapewnić. - To zawołamy ich tak po prostu, czy...? - Pewna nie była, czy lepiej podejść do tego bezpośrednio, czy jeszcze trochę poudawać, że się nawzajem nie widzą. - Ja bym zaczęła od materacy, bo ich w jaskini nie będzie na pewno, a to podstawa, na czymś trzeba rannych układać. Taki jeden materac można wziąć w dwie osoby, jeżeli się ma dość siły. Albo ewentualnie magii użyć, ale na tym to ja się nie znam.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
Absurdalne czasy wymagają
absurdalnie silnej miłości
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]16.11.20 14:01
Kerry, a właściwie Kerstin, zdawała się być myślami gdzieś bardzo daleko, może nawet tam, w Tower, w którym błąkał się poniekąd i Keat, kiedy niemalże mechanicznie stawiał każdy kolejny krok, który przybliżał ich do polany. Wyrwał się jednak w końcu z tego stanu, zmuszając się do skupienia się na tym, co mieli zrobić. - Wszystko brzmi jak spory nadbagaż - kiepski żart podkreślił wątłym uśmiechem, który zniknął jednak z jego twarzy dość szybko - dobra, czyli najpierw ograniczamy się do tego, co niezbędne, a potem się zobaczy, na co starczy nam czasu. No i z czego tak właściwie będziemy mogli wybierać, najwyżej skończy się na wielkiej improwizacji, w Oazie to w sumie nic nowego... ostatnio robiliśmy łóżka ze skrzynek po żywności - kto by pomyślał, że za pięćdziesiąt lat hipsterzy będą robić sobie takie mając do wyboru najwygodniejsze posłania pod słońcem - w sumie można by też jakieś puste ewentualnie wykorzystać, żeby materace nie leżały bezpośrednio na ziemi w tej... jaskini? - właściwie nie był do końca pewien, o której mówiła Gwen, jaskiń na terenie Oazy było co najmniej kilka, a on nie za bardzo mógł się skupić na jej przemowie i przegapił moment, w którym wskazywała jaskinię wybraną na prowizoryczny szpital. - No wiesz, żeby nie zawilgły po miesiącu albo dwóch, bo materace będą do wywalenia - miał takie swoje miejsce w dokach, w jednym pustostanie, gdzie chował się w lipcu; tam też dorwał się do iście królewskiego posłania, materaca z kilkoma tylko przebijającymi się przez materiał sprężynami, które kłuły wprawdzie w plecy, ale to nie byłoby problemem, gdyby nie smród, który się z niego wydobywał, i ta chłodno-wilgotna powierzchnia. Burroughs darował sobie szybko wszelkie próby doprowadzenia tego magią do stanu używalności, autentycznie nic się z tym zrobić nie dało. A przynajmniej on nie potrafił. - Tak, w razie czego faktycznie możemy po prostu poprosić ludzi, żeby podzielili się chociaż częścią potrzebnych rzeczy, to nie powinien być problem, zapiszę wszystko, co tylko od nich weźmiemy, i przy następnej dostawie postaram się, żeby oddano im przynajmniej te najniezbędniejsze przedmioty - skinął Kerry głową, plan działania mieli więc chyba gotowy, teraz czas na mobilizację w terenie. I realizację planu. Nie był pewien, ile właściwie mieli czasu, ale ich dwójka to raczej wciąż za mało osób, by przenieść to wszystko, co było niezbędne. Już na tym etapie potrzebna była czyjaś pomoc.
- Pracowałaś w Mungu? - nie znał innego szpitala; właściwie niemal od razu założył, że Kerstin to uzdrowicielka - sporo wsparcia medycznego pojawiło się w Oazie na wezwanie Gwen. Gdzieś w tłumie widział też Lizzie i kilka innych osób, które zajmowały się magią leczniczą. Oby ich umiejętności się dzisiaj nie przydały. I okazały się potrzebne tylko po to, by postawić jakoś Justę na nogi. Dwie, albo jedną, jeśli znowu ją jakiejś pozbawili... Ale dobra, to chyba średni moment na czarny humor.
- Myślę, że mam coś... co będzie odpowiednią kartą - słowo klucz - przetargową... - zabrzmiał całkiem pewnie; chwilę później w jego prawej dłoni pojawiła się czekoladowa żaba, wciąż jeszcze nieodpieczętowana. A jej opakowanie było tylko odrobinę zmięte. - To towar deficytowy, założę się, że dla chłopców z placu rozładunkowego będzie co najmniej tak wartościowy, jak kilkanaście, bo ja wiem, jabłek? W sumie to chyba nie ma co dłużej udawać, że ich nie widzimy, czas na dobicie targu - odparł równie cicho, a wzrokiem uciekł już w stronę skrzyni i worków, które znajdowały się na placu. Nieco z tyłu zabezpieczona w folię leżała też sterta czegoś, co mogło się okazać materacami. Podszedł więc najpierw tam, po czym rozciął zabezpieczenie scyzorykiem, by upewnić się, czy w istocie tak jest. Gdzieś w międzyczasie rzucił Kerry pytające spojrzenie, zastawiając się, co dokładnie miała na myśli, mówiąc, że nie zna się zupełnie na magii. - Dobra, będzie tego z piętnaście, może osiemnaście, na początek chyba całkiem nieźle, a potem najwyżej dopytamy Gwen, dla ilu osób mniej więcej trzeba przygotować posłania... niektóre są też na tyle spore, że dwie szczupłe osoby bez problemu się na nich zmieszczą. A tam za tą stertą desek powinny być owoce, możemy dać dzieciarni po jabłku, tak na zachętę - rzucił jeszcze do Kerstin, a potem podciągnął się na materace, i już w górze teatralnie obrócił się wokół siebie, rozglądając się uważnie po placu. - Jest tu kto? Gdyby nikogo nie było, to niech się przypadkiem pojawi, bo jest robota do zrobienia, trochę jabłek do zjedzenia, a dla najbardziej zaangażowanych znajdą się słodycze i jakaś czekoladowa żaba - donośny głos poniósł się po polanie, a w odpowiedzi krzaki zaczęły coś szeptać, dobre trzy minuty minęły, zanim przekrzywiona czerwona czapka wychyliła się zza gałęzi. Pierwszy odważny. Po nim łypać w stronę Keata zaczęli następni. Zeskoczył więc z materacy, zerkając w stronę chłopaczków i ostentacyjnie podrzucił czekoladową żabę - tak, by i z daleka było ją widać. - Dobra, drużyna, zawijać mi się tu, raz, raz, w krzakach posiedzicie sobie innym razem. Stajecie w szeregu, na baczność przed głównodowodzącą Kerstin - kąciki ust zadrżały nieznacznie, ostatecznie udało mu się jednak zachować poważny wyraz twarzy. - Ty, tutaj, w zielonej kurtce, śmigaj na jednej nodze... na dwóch, tylko szybko - doprecyzował jednak, tak na wszelki wypadek, bo przypomniał sobie, jak mu ojciec kiedyś kazał na jednej nodze po gazetę biec, a on akurat tamtego dnia uznał, że go posłucha - jedno okrążenie po Oazie, zbierzesz tu wszystkich, którzy mogą pomóc przy noszeniu, a jak się sprawdzisz, to czekolada z Miodowego będzie twoja, cała tabliczka - ze skrzyni z żywnością wyciągnął jabłko i rzucił je chłopcu. Zaliczkę. - Reszta ustawia się czwórkami, każdy zgarnia jabłko do kieszeni, a potem chwyta materac, jeden z przodu, drugi z tyłu, dwóch po bokach, no i z tym materacem zasuwacie do... - zerknął na Kerstin, licząc na to, że dopowie resztę, bo nie wiedział, czy chodzi o jaskinię nad wybrzeżem czy może o tę nieopodal wiekowego dębu. - Ekipa, która przeniesie na miejsce najwięcej materacy, dostanie czekoladową żabę - element rywalizacji na niego zawsze działał, może ich też zmotywuje. - Jak tylko skończymy, na wszystkich czekają cukierki w Jamie, wiecie, która to chata?

mam w kieszeni czekoladową żabę - pana uzdrowiciela



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]19.11.20 15:48
Nie znali się jeszcze zbyt dobrze z panem Keatonem, ale już teraz Kerstin była w stanie docenić, że mimo młodego, niepozornego dość wyglądu, zabierał się za zadanie na poważnie i rzeczowo. To chyba mieli wspólne, bo ona również nie zdawała się na pierwszy rzut oka stworzona do ciężkiej pracy, niektórzy może nawet zaśmialiby się głośno, gdyby im zdradziła, że z zawodu jest pielęgniarką, ale naprawdę i z głębi serca nie miała w naturze narzekać na robotę.
- Bieda w Oazie jest przerażająca - odpowiedziała, wzruszając tylko ramieniem na niewinny żart. Cóż, ona nie żartowała, szpital to nie były przelewki, a na pewno i tak nie uda im się postawić wszystkiego tego, co by w nim sobie wymarzyła. - Ale najważniejsze, że ludzie jakoś sobie radzą, tu przynajmniej nie muszą ciągle obawiać się o życie. - Na razie, pomyślała, ale nie dodała na głos, bo czuła, że podobne czarne myśli podsuwa jej lęk i stres o Zakonników. - To bardzo dobry pomysł z tymi skrzynkami, dobrze, że o tym pomyślałeś. Od podłogi w jaskini będzie ciągnął chłód, poza tym lepiej się leczy rannych, gdy leżą wyżej. Nie wiem, ja bym jeszcze postawiła prowizoryczny stół operacyjny albo nawet dwa, można by je zbudować z większej liczby skrzynek. - Myślała głośno, przykładając palce do ust. Po chwili dopiero zreflektowała się, że niektóre sformułowania mogły wymagać wyjaśnienia. - Czarodzieje nie robią operacji, ale można by na nich kłaść tych najciężej rannych, którzy potrzebują natychmiastowej pomocy. Uzdrowicielom będzie łatwiej pracować, kiedy będą mieć człowieka na linii swojego pasa, a nawet wyżej. - Wykonała krótki gest ręką przy pasku własnej sukienki, aby mniej więcej zobrazować, co ma na myśli. - Jeżeli starczy skrzynek, rzecz jasna. Ci, co nie będą potrzebować pomocy od razu albo zostaną na obserwacji, mogą leżeć niżej. Na jednej warstwie, maksymalnie dwóch. - No i materace, oczywiście, bo Kerstin nie wyobrażała sobie układać ich prosto na twardych, drewnianych deskach. Obawiała się, że jeżeli nie znajdą ich dość na polanie rozładunkowej, będzie musiała prosić ludzi, by oddawali im te z własnych łóżek. W tym temacie nie było dyskusji, łóżka dla rannych stanowiły absolutną podstawę.
Uśmiechnęła się szczerzej i cieplej, gdy Keat zasugerował, że stworzą zeszyt z rozpiską wszystkich zabranych rzeczy prywatnych. Jakoś tak od razu zrobiło jej się lżej na myśl o tym, że nie okażą się złodziejami, że się jednak spróbują odwdzięczać, przy tym też zaczynała z każdą chwilą coraz mocniej się do tego mężczyzny przekonywać. Na pytanie o szpital opuściła jednak wstydliwie głowę i nerwowo podrapała się po łokciu.
- No nie do końca. W sensie, zupełnie nie. Ja jestem charłakiem, pracowałam w mugolskim szpitalu - W Oazie nie spotkała ani razu czarodzieja, który by się obnosił z wyższością wobec niemagicznych, w końcu wiele mieszkało tu mugolskich rodzin, a magowie zwykle należeli do ruchu oporu, w praktyce lub duchem, ale chyba nie mogła wyzbyć się tego zinternalizowanego wstydu, nie przed obcymi.
Otworzyła szerzej oczy, gdy Keat wyciągnął z kieszeni wymiętą... słodką żabę? Żabę czekoladową? Słabo pamiętała nazwę, ale wiedziała, że chyba Michael kiedyś zbierał z tego karty.
- Och, świetnie! - przyklasnęła, choć momentalnie też odczuła ukłucie zażenowania, że sama niczego nie wzięła, a przecież mogła upiec ciastka dla dzieci z Oazy, czy coś równie przyjemnego. Niestety, ostatnio zupełnie nie miała do tego głowy.
Przyjrzała się materacom pod rozciętą plandeką, kiwając głową w odpowiedzi na rozmyślania Keata i przy okazji rozglądając się po najbliżej leżących pudłach.
- Osiemnaście to naprawdę dobra liczba. Niestety, z jednym się zgodzić nie mogę; dopóki nie będzie już żadnej innej możliwości, nie możemy układać dwóch pacjentów na jednym materacu, nawet szczupłych. Tak się nie robi, to źle wpływa na rany. - Opowiadała łagodnie, podnosząc pokrywę z kolejnego kosza, ale nie znajdując w nim niczego poza paroma workami ziemniaków. - Do materacy będziemy potrzebować prześcieradeł, czegoś pod głowę, nawet i zwiniętych worków. Chust opatrunkowych, a to najlepiej szybko, bo muszę je wpierw wyparzyć - Wyszarpnęła z torby swój notesik-ściągawkę. - Podkłady gumowe, jeżeli się jakieś znajdą. No i czegoś na wierzch, wolałabym koce, ale poszewki też przejdą, jeżeli ich nie znajdziemy dość.
Obejrzała się, gdy Keat zaczął przywołać w ich stronę chłopców. Cóż, czekoladową żabę mieli jedną, ale z niektórych koszy wiklinowych, które mijali, dobiegał słodki zapach, więc liczyła, że owoców starczy dla każdego, za dobre chęci. Do stanowczego tonu i przywoływania urwisów do porządku Keaton nadawał się bardziej, ale ona też stanęła prościej i skrzyżowała ramiona na piersiach, by wyglądać na nieco starszą niż była. Lubiła dzieciaki, niezależnie od wieku, więc usta mimowolnie wygięła w uśmiech i zaczęła zastanawiać się, czy starczyłoby jej czasu do świąt, gdyby każdemu z chłopców obiecała własnoręcznie szyty sweter na zimę.
I znalazły się jabłka, znaleźli również chętni do pracy. Kerstin aż zrobiło się głupio, bo trochę to tak wyglądało, jakby dla niej miało nie być już niczego do noszenia.
- Materace trzeba zanieść do jaskini przy Szmaragdowym Stawie. Wiecie, gdzie to jest, prawda? - upewniła się, wodząc spojrzeniem po powiększającej się grupce nastolatków rozochoconych ofertą nagrody i rywalizacji. - To duża jaskinia z lekko trójkątnym wejściem, znajduje się zaraz za wielkim, wiekowym dębem. Na pewno się nie zgubicie, nad stawem będzie sporo czarodziejów, a w środku pani Gwendolyn Grey i Elizabeth Dearborn pewnie już wam powiedzą, gdzie wszystko układać. - Przynajmniej na ten moment, bo potem Kerstin sama tam wpadnie i wszystko rozstawi wedle zasad rozsądku i higieny. - Skąd wytrzasnąłeś cukierki? - zapytała Keata szeptem, żeby dzieci nie słyszały, a potem westchnęła i podparła dłonie na biodrach. - To co? My się zabierzemy za pościel? Wydaje mi się, że prędzej ją znajdziemy w tych jutowych workach, o tutaj. Ona nie będzie taka ciężka, sama dam radę zabrać z kilkanaście sztuk.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
Absurdalne czasy wymagają
absurdalnie silnej miłości
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]29.11.20 16:51
Nie był pewien, czy nazwałby to miejsce przeraźliwie biednym; być może to kwestia perspektywy, tego, skąd pochodził. Ktoś, kto zasypiał w czystej pościeli w ciepłym pokoju powiedziałby pewnie, że bieda tu aż piszczy, ale w takim razie w dokach musiała krzyczeć. To nie mieszkalne warunki czyniły z Oazy miejscem, które trudno było nazwać domem - a powód, przez który wszyscy się tu znaleźli. Główny, rozbijający się na miliony pomniejszych. Każdy z oazowiczów miał przecież swoją historię. Choć podobne, nie było dwóch takich samych. Ale wszystkie splatały się w jedną.
- Oaza jest dla niektórych ostatnim, co im zostało... odebrano im pracę, dotychczasowe miejsca zamieszkania... życia najbliższych - i ich własne życia, a przynajmniej dotychczasowy rytm tychże - nie dziwi mnie to, że robią wszystko, by można tu było zbudować coś nowego, deska po desce, ale też w tym mniej dosłownym znaczeniu... - Oaza to niemal osobny byt, odrealniony świat za kurtyną niewidzialności, przestrzeń całkowicie bezpieczna. Jak miało jednak okazać się już wkrótce - nic nie mogło zagwarantować absolutnego bezpieczeństwa; w końcu świat upomni się i o to miejsce.
Skinął jej głową, nie zastanawiając się zbyt długo nad tym, o czym mówiła - spojrzała na problem z zupełnie innej perspektywy; takiej, której on po prostu nie dostrzegał.
- Czyli te, hm, stoły operacyjne powinny być jakby... wyższe? Na linii pasa, dobra - powtórzył za nią, kontrolnie zerkając na to, na jakiej wysokości - mniej więcej - znajdują się jej i jego biodra. Choć jeszcze nie doszli do etapu układania czegokolwiek, dobrze byłoby, żeby już teraz potrafił sobie mniej więcej zwizualizować, jak trzeba będzie ułożyć wszystko w jaskini, kiedy zniosą tam rzeczy.  
- Jako chłopiec mieszkałem w mugolskiej części Londynu, matka nie powiedziała nam o tym, że jest czarownicą, a ojciec... był mugolem, także pierwsze lata życia, jeszcze przed... wojną - śmiercią taty - spędziłem całkowicie nieświadomy tego, że jest... ten inny świat - wtrącił, być może przez to, iż dostrzegł coś na kształt niepewności, a może zawahania, nim wypowiedziała słowo charłak. Przez niemal jedną trzecią swojego dotychczasowego życia był pewien, że magia w ogóle nie istnieje - okazało się, że wtedy nie istniała - dla niego. Pamiętał jednak doskonale, jak wyglądało wówczas jego życie. I poza jedną oczywistą różnicą nie widział żadnych innych pomiędzy czarodziejami, a tymi, którzy magią nie władają. - Pamiętam, jak znajoma rodziców łatała mnie po tym, gdy wbiłem sobie fragment szkła w dłoń. Miała taką, no, igłę, i robiła to tak, jakby szyła jakieś ubranie, a nie skórę... te całe szwy wyglądają super - lekki ton nie do końca pasował do tematu rozmowy, ale w gruncie rzeczy nie zapamiętał tamtego wydarzenia jako bolesnego; pamiętał za to dumę, którą czuł jako kilkulatek, gdy widział na dłoni ślaczek po swojej pierwszej, poważnej ranie, już zagojonej - tym się też zajmowałaś? - zajmujesz? Nie był pewien; założył, że wojna zmusiła ją do tego, by zaprzestać wykonywania swojego zawodu, ale bez wątpienia tu, w Oazie, pomoc Kerstin okaże się niezastąpiona. Mugole źle znoszą magię, nie zaryzykowałby podania im żadnego z eliksirów, nie miał też pewności, czy leczenie ich magią uzdrowicielską nie było ostatecznością. Czarodzieje nie znali się na mugolskiej medycynie, a ona była pewnie jedną z nielicznych osób w Oazie, która sporo wiedziała na ten temat.
Przez chwilę spojrzał na nią w zamyśleniu, łącząc dwie informacje - jej brak magicznych zdolności ze znajomym imieniem. - Kerstin... Tonks? - może nie. Może się mylił, ale nie potrafił powstrzymać się przed zadaniem tego pytania. Twierdząca odpowiedź wiele by wyjaśniała.
- Nie miałem pojęcia - nie wpadłby na to, że położenie dwóch rannych tuż obok siebie mogłoby spowodować jakieś negatywne skutki. - Trzeba będzie zadbać o odpowiedni odstęp - też ze względu na to, aby uzdrowiciele mieli swobodny dostęp do potrzebujących. Kolejna rzecz do uwzględnienia.
Słuchał, starając się zapamiętać wszystko, co wymieniała Kerry, ale chyba go to przerosło. Pewnie o połowie za chwilę zapomni, ale na ten moment skoncentrował się tylko na tym, co musiała wyparzyć (jakkolwiek nie mieliby się za to zabrać). - Chusty opatrunkowe...? - może być z tym pewien kłopot. Po pierwsze, nie miał pojęcia, jak to wygląda. - Czy to się czymś różni od zwykłej chusty? Kawałka materiału? - zapytał nieco zdezorientowany, usilnie starając się sobie przypomnieć, w której partii ładunków znajdowały się ubrania i ubraniopodobne rzeczy. - Można je zrobić z prześcieradeł? - wyparzonych? - A te podkłady gumowe to, hm... - prawą dłonią nerwowo poczochrał włosy, usilnie zastanawiając się, o co dokładnie mogło chodzić. I - co ważniejsze - czym to zastąpić, bo najpewniej tego również nie mieli.
- Nie powinno im być zimno, znajdziemy jakoś wystarczającą liczbę koców, najwyżej zrobimy podobnie, jak z materacami. Zaczniemy od mojej chaty, tam jest ich trochę więcej, bo niektórym Zakonnikom, którzy nie mieszkają w Oazie, zdarza się nocować w Jamie. Obejdziemy się bez koców przez jakiś czas, ubraniami też można się przykrywać - poza tym, wciąż jeszcze było lato, chyba nie musieli się obawiać, że zamarzną. A chorzy powinni mieć zapewnione jak najbardziej komfortowe warunki.
- Słyszeliście, jaskinia przy Szmaragdowym Stawie - powtórzył jeszcze, gdy Kerstin wskazała dokładne miejsce, w którym znajdowała się jaskinia, a potem na zachętę zaczął rozdzielać po jednym jabłku dla każdego chłopaka. Kiedy kilka drużyn ruszyło wraz z materacami, uśmiechnął się mgliście do Kerry, a potem niemal szeptem wyjawił jej swoją największą tajemnicę. - Specjalna dostawa, kumpel wygrał na loterii w sylwestra, ma roczny dostęp do Miodowego Królestwa, słodycze za darmo... - wiadomo, że niby na użytek własny, ale jak się do Bojczuka ładnie uśmiechnie... i postawi mu kolejkę w jakiejś spelunie... - Poza tym, czego ja tam nie mam, ta chata jest trochę jak damska torebka, tylko w rozmiarze XXL - rzucił jeszcze przez ramię, ruszając w stronę pozostałych na polanie materacy. Ile taki jeden mógł ważyć? Ze trzydzieści kilo? Jak nałoży jeden na drugi i weźmie je na plecy, to jakoś się z nimi dowlecze w pojedynkę. Chyba. - Wezmę jeszcze te dwa materace, a ty faktycznie możesz zgarnąć pościel; jak chłopaki obrócą, to w sumie mogą spróbować dwójkami przenieść po jednym takim worku... potem zajmiemy się skrzynkami - brzmiało jak plan?



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]04.12.20 12:52
Nie miała na myśli niczego złego, gdy wspominała prześladujące Oazę ubóstwo i niedobory materiałów. Choć mugolskie wojny zakończyły się wiele lat wcześniej, spotkała się w szpitalu wielokrotnie nie tylko z opowieściami starszych stażem pielęgniarek, ale i bezpośrednimi brakami tam, gdzie po tak długim czasie dostawy powinny zostać uzupełnione. Praca pielęgniarska niejednokrotnie wymagała swego rodzaju kreatywności, umiejętności improwizacji - niektóre czynności po prostu należało wykonać niezależnie od zaopatrzenia. Fakt, że w Oazie brakowało nie tylko chust chirurgicznych, hegarów, czy leków, ale rzeczy tak bazowych, jak żywność, czy książki do nauki dla dzieci, wprawiał Kerstin w wielki żal i swego rodzaju melancholię. Keat miał jednak rację; wielu ludzi utraciło szansę na cokolwiek więcej, a wysiłek jaki wkładali w zbudowanie na wyspie nowego domu był bardziej niż godny uznania.
- Rozumiem to. Czasami po prostu... chciałoby się pomóc bardziej - Pomóc uchodźcom, rzecz jasna, lecz Kerstin w obliczu wojny była nie mniej bezradna od ganiających tu między skrzyniami chłopców. - Wydaje mi się, że większość uzdrowicieli z lecznicy jest ode mnie wyższa - dodała z zastanowieniem, kiedy zauważyła, że Keat przygląda się również sobie. To też warto wziąć pod uwagę, sama Kerstin była bowiem dość niska. - Ale myślę, że zrobimy je tak wysokie, na ile zostanie skrzyń, nie ma co wyliczać teraz co do stopy - Potarła dłonie, bo choć lato dopiero się skończyło, na wyspie wiało i niewiele musiało minąć, by zmarzła.
Nie spodziewała się, że Keat zdecyduje się podzielić prywatną historią, lecz po cichu na to liczyła; znacznie łatwiej pracowało się w zespole, gdy wiedziało się o sobie więcej niż samo tylko imię z nazwiskiem.
- Och - uśmiechnęła się, trochę niemrawo, dzień był wszak taki, nie inny i nie dała rady wydobyć z siebie więcej, miała jednak nadzieję, że sympatia, jaką poczuła, gdy na niego spojrzała, jest dostrzegalna w niebieskich oczach, w postawie. - To trochę jak ja, moja mama też była czarownicą, a tata nie - Ukrywanie trudnych emocji przychodziło Kerstin trudniej niż Keatowi, nie zdołała powstrzymać chwilowego zaszklenia tęczówek. Jane od dawna nie żyła, Augustus pewnie nie wiedział, co jego dzieci wyprawiały w tej chwili. - U mnie w domu raczej nie używało się magii, ale wiedziałam od małego, że istnieje, bo wiesz, mam dużo starszego rodzeństwa. - Kiedy ona uczyła się czytać, Michael zaczynał już Hogwart. - Myślałam, że pójdę do tej samej szkoły, co oni, ale wyszło inaczej - Wzruszyła ramieniem, bardziej zaaferowana jutowymi workami niż swoim charłaczym życiem, do którego zdążyła się przecież dawno przyzwyczaić.
Ciężko było znaleźć na polanie jakikolwiek materiał poza używanymi ubraniami, szmatkami, ręcznikami i wypłowiałą pościelą, siłą rzeczy więc rozplątując kolejne worki zaczęła w wyobraźni ciąć co ładniejsze sztuki na podłużne okłady opatrunkowe, czy chusty do mycia. Lepsze to niż nic.
- Wiesz, że trafiłeś? - Serce zabiło jej mocniej z ekscytacji; nieczęsto zdarzało się, by natrafiała na czarodzieja, którego szwy, chirurgia i wszystkie inne podstawy mugolskiej medycyny nie wprawiały w obrzydzenie lub lęk. - Jestem... byłam... - zagryzła wargę - ... instrumentariuszką, więc pracowałam głównie na chirurgii albo śródoperacyjnie. Rzadko zdarzało się, żebym sama zakładała szwy - Przypadki, które trafiały na ich oddział, zwykle były znacznie poważniejsze niż niewielkie sznyty powypadkowe. - Ale ściągałam je i pilnowałam gojenia się ran - Korzystając z okazji wyciągnęła rękę i ostrożnie złapała Keata za łokieć, aby go pocieszająco ścisnąć. Powiedział, że szwy są super, i z czasem może się takimi stawały, ale w chwili zabiegu z pewnością nie należały do najprzyjemniejszych.
Zarumieniła się bladoróżowo, kiedy odgadł jej nazwisko - czy to było aż tak oczywiste? Nie widziała sensu w udawaniu, aczkolwiek miała nadzieję, że ta informacja nie sprawi, że Keat będzie ją dziś traktował z większą rezerwą albo z przesadną troską. Wsparcie w trudach było wspaniałe, ale tylko wtedy, gdy miała zamiar spędzić taki dzień zakutana pod pierzyną. Dzisiaj mieli zbyt dużo do zrobienia, by mogła sobie pozwolić na kolejne załamanie.
- Dokładnie tak. Kerstin Lotta Tonks, jeżeli chcemy być dokładni - rzuciła trochę żartobliwie, żeby atmosfera nie stała się nazbyt ciężka.
Zauważyła, że jej swobodne i nieco bezmyślne wymienianie elementów bielizny pościelowej mężczyznę skołowało, więc przystanęła w wędrówce wzdłuż skrzyń i z nieśmiałym uśmiechem spróbowała dokładniej wyjaśnić, co ma na myśli.
- Hmmm, no chusty opatrunkowe powinny być przede wszystkim bardzo czyste. Dużo czystsze niż zwykły kawałek szmaty - Założyła dłonie na biodra. - Z tych materiałów, które mamy tutaj, najlepiej nada się bawełna. Myślę, że prześcieradła będą w porządku, tylko tak, trzeba je wyparzyć w gorącej wodzie, żeby były oczyszczone. Chyba, że istnieje na to jakieś zaklęcie. Istnieje? - zająknęła się, bo może szukała zbyt skomplikowanych rozwiązań dla problemów, które czarodziejom zajmowały niewiele więcej niż sekundy. Niestety, nie znała się na czarach, a choć czasem widziała magów w lecznicy kombinujących z różdżką nad prześcieradłami, częściej rozmawiano z nią o eliksirach niż o zaklęciach, których przecież i tak nigdy nie użyje. - Podkład gumowy to po prostu prostokątny kawałek materiału, tylko, że z gumy. Ale jak tego nie będzie to nic się nie stanie - Machnęła ręką. W szkole uczyli jak uczyli, ale czasami nie mieli ich nawet w szpitalu.
Przygryzła nerwowo policzek, kiedy Keat zasugerował, że zabiorą koce z jego domu i nie zostawią im zupełnie nic do spania. Sytuacja niestety wymagała poświęceń, lecz i tak było jej przykro.
- Dziękuję, koce będą świetne - wymamrotała. - Słuchaj, jak tylko będę mogła wrócić na chwilę do domu, poproszę Michaela albo... - zapowietrzyła się, musiała na moment przyłożyć palce do skroni, przerażona myślą, że nie ma przecież wcale pewności, czy brat wróci z tej misji żywy. - W każdym razie chętnie przywiozę wam pościel z domu. Nie ma tego dużo, ale ja umiem szyć, mogę sobie przerobić część ubrań na koce albo uszyć wam coś nowego. - W tym momencie nie było na to czasu, ale nie chciała w dalszej perspektywie zostawiać ich na lodzie.
Nastolatkowie ochoczo ruszyli do pracy, Kerstin tymczasem wyciągnęła część worków na środek; te, w których wcześniej zauważyła dość materiałów nadających się do ich polowego szpitala.
- Macie szczęście - powiedziała, ocierając pot z karku. - Miodowe Królestwo? Czy to nie w tej wiosce koło waszej szkoły? - Prawie na pewno o nim kiedyś słyszała, każdy Tonks był łasuchem. - Skoro tak mówisz, to koniecznie musimy się do was przejść. - Schyliła się, żeby objąć jeden worek ramionami i podnieść z niemałym trudem, ale dzielnie. - Uniosę to. Nie ma co się rozdrabniać i przenosić szmatki partiami.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
Absurdalne czasy wymagają
absurdalnie silnej miłości
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]28.12.20 16:14
Też wydawało mu się zbyt często, że to, co robią, to wciąż za mało, niewystarczająco, że powinni więcej, że gdyby tylko się postarali... ale prawda była taka, iż moce przerobowe mieli ograniczone, nie wspominając już o zasobach i sposobach na pozyskiwanie kolejnych.
- Czasami chyba trzeba pogodzić się z tym, że bardziej się nie da - że to, czym aktualnie dysponują, w tym konkretnym momencie musi po prostu wystarczyć. Trudno było jednak odpuszczać, gdy było to jednoznaczne z tym, iż zabraknie chwilowo niezbędnych środków osobom najbardziej ich potrzebującym.  
- Czyli powiedziała wam o tym, że jest czarownicą, jeszcze jak byliście dziećmi? Moja ukrywała to tak długo, jak to było możliwe... - dopóki jego zdolności nie dały o sobie znać - i dopóki świat magii nie upomniał się o całą jego rodzinę. Właściwie nie potrafił do końca zrozumieć decyzji swojej matki - zdawała się robić wszystko, by żyli jak mugole, choć musiała przecież podejrzewać, że przy czwórce dzieci szansa na to, iż żadne nie odziedziczyło po niej umiejętności, były naprawdę nikłe. - Opowiadała nam swoje wersje bajek, zamieniając wszystko, co magiczne, na... cóż, pozbawione magii - trzeba jej to przyznać, była naprawdę zdeterminowana; niemal we wszystkich opowieściach dla dzieci, również tych mugolskich, kryje się przecież coś, co śmiało można uznać za podobne do elementów ze świata widocznego tylko dla czarodziejów. Wątły uśmiech pojawił się na chwilę na jego twarzy, na wspomnienie tamtych lat; złote kosmyki Franki rozczesywał pomiędzy opuszkami palców, kiedy wtuleni w siebie słuchali do snu matczynego głosu, a wszystko było jakieś prostsze, również między dwójką rodzeństwa; to jednak nie magia, a dorosłość i jej konsekwencje zmieniała nie do poznania ich codzienność. Pragnął między innymi tego, aby dorastającym w Oazie dzieciom dać azyl - również ten, o którym teraz myślał; miejsce, do którego w przyszłości uciekać będą, wspominając czas swojego dzieciństwa, na tyle radosnego, na ile w aktualnej sytuacji było to możliwe.
- Nie jestem pewien - co do wzrostu; ze spotkań Zakonu znał tylko Alexa, a z racji tego, że siedział on ramię w ramię w Justine, Keat zapamiętał go jako górującego nad nią olbrzyma; acz obok Tonks o to wrażenie chyba nietrudno - nawet gdy jest się standardowego wzrostu. - Na pewno Lizzie będzie pomagać, ona jest twojego wzrostu... ale chyba faktycznie nie ma co teraz dzielić skóry na wilkołaku, zobaczymy, ile dokładnie skrzyni w ogóle będziemy mogli wykorzystać... bo zaczarowanie jednego rzędu i lewitowanie go tak, żeby sobie wisiał w powietrzu na odpowiedniej wysokości nie przejdzie? W sumie skoro Big Ben może się tak po prostu utrzymać nad ziemią, w miarę stabilnie chyba, to skrzynka z materacem i pacjentem też jakoś da radę? - chociaż Merlin jeden wie, magia zdawała się nie mieć żadnych reguł; czasem coś, co powinno być niemożliwe, nie stanowiło problemu, i na odwrót (niezmiennie żałował, że jedzenia nie da się tak po prostu wyczarować, o ileż prostsze byłoby ich życie w Oazie...).
- W waszej szkole też mieliście podział na domy? - był ciekaw, do którego trafiłaby, gdyby była czarownicą. - Obstawiam, że w Hogwarcie byłabyś Krukonką - albo Puchonką? Być może jej rodzeństwo już ją gdzieś przydzieliło. A może zastanawiała się nad tym sama, jeśli opowiedzieli jej o tym, czym cechują się przynależni do poszczególnych domów.
Lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy, kiedy ekscytacja wręcz eksplodowała na tej Kerstin; zdecydowanie nie mogła leczyć ludzi z przypadku, nie, reagując w ten sposób na ledwie wzmiankę o szyciu. - Instrumentariuszka, bo... leczycie instrumentami? - głowa podsunęła mu widok orkiestry, dyrygowanej przez mugolskiego lekarza; za nic w świecie nie mógł skojarzyć, czym mogłyby być owe instrumenty. Jeśli nie muzycznymi. A sama nazwa wskazywała na to, że jakieś istniały.
Zaskoczenie ściągnęło jego twarz, kiedy dotykiem okazała mu troskę; właściwie nie przywykł do tego, by ktokolwiek troszczył się o niego - to była jego rola. Od dzieciństwa, odkąd zabrakło ojca, a matka pogrążyła się w żalach do świata. Zapomniał już chyba, jak bardzo sam potrzebuje ludzkiej życzliwości. Odwdzięczył się uśmiechem tak prostym, jak gest, na który sobie pozwoliła.
- Właściwie... właściwie powinienem był domyślić się wcześniej; jesteś do... niej podobna - nie w oczywisty sposób; nie były dwiema twarzami o bliźniaczych rysach, lecz kiedy teraz przyglądał się Kerstin, to nie potrafił pozbyć się wrażenia, że widzi w niej refleks Justine. Powietrze zrobiło się nagle cięższe, oddychało się nim trudniej; skoro on poczuł się w taki sposób, ledwie tylko wspomniał na głos o Tonks, to co dopiero musiała czuć Kerstin. - Keaton Hobart Burroughs - odparł w podobnym tonie, bardzo starając się, żeby nie było po nim widać tego chwilowego rozstrojenia.
- Da się zrobić, jak tylko znajdziemy coś na kształt miski. W sumie przed moją chatką mam starą wannę, do której za pomocą zaklęcia balneo wlewam sobie wodę. Z tym że ona jest lodowata, ale można ją, hm, podgrzać innym zaklęciem... jak chcesz, żeby była wrząca, to też da radę. Wszystko się zrobi, jak już tylko w pierwszej kolejności zajmiemy się samymi posłaniami, bo to jednak najważniejsze - w międzyczasie krążył pośród zgromadzonych na polanie materiałów, zapamiętując, w których miejscach znajduje się to, czego potrzebowali. - Z gumą może być problem, bo nawet nie wiem, skąd taki materiał wziąć - choćby nawet chcieli, nie zbudują tu drugiego Munga; nic się nie stanie, jeśli z części rzeczy po prostu zrezygnują. - A te podkłady są po co? Może zaklęcia też jakoś je zastąpią? O, zobacz, kto wraca - skinął głową na zaróżowione policzki chłopca, który biegł w ich stronę, krzycząc, że melduje wykonanie zadania. - Jest twoja - niemalże z namaszczeniem przekazał mu czekoladową żabę - ale pomożesz nam jeszcze trochę, dobra? Zostań tu na miejscu, dopóki nie wrócimy. Wszystkim ochotnikom, którzy się tu zbiorą, pokaż, które dokładnie materace mają zabrać - nie to, żeby mogli się pomylić, skoro innych nie było, ale przyda się na miejscu ktoś, kto od razu pokieruje ludzi we właściwą stronę - i powiedz im, gdzie dokładnie je zanieść, umowa? Teraz to ty tu dowodzisz - Burroughs miał nadzieję, że powierzenie tej wymyślonej funkcji podziała na chłopaka mobilizująco, ale nie znał go na tyle, by mieć pewność, iż wykona zadanie. Niemniej, bez zaufania nic w Oazie by nie powstało.
- Czyli koce, postanowione - rzucił, kiedy mały zajął się robieniem poważnej miny, a oni zdążyli się już oddalić. - Michaela albo Justine - dopowiedział za Kerry, ostrzej, niż zamierzał. Wrócą. Oni. I... wszyscy, których posłano do Azkabanu. Oddałby wiele, żeby być z nimi, ale tego dnia musiał jakoś znieść oczekiwanie. Jednego jednak znieść nie potrafił - nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś może nie wrócić. Ona też nie powinna. Nadzieja była wszystkim, co im zostało. Czego nigdy im tu w Oazie nie zabraknie. I czym zawsze będą mogli się dzielić.
Jedynym lekiem, który mieli pod dostatkiem. Na lęk, który potrafił sparaliżować. Jedynym antidotum na strach przed wszystkim, co przyniesie jutro.
- Wybierzecie zbędną pościel razem - dopiero teraz posłał Kerstin łagodniejsze spojrzenie, kiedy udało mu się poskromić te wszystkie myśli, które wciąż podszeptywały mu, że może to się nie uda. Że może nikt nie wróci. Że dowiedzą się z gazet o pojmanych Zakonnikach. - Igła do szycia ubrań przyda się tu tak bardzo jak ta do szycia skóry - dodał jeszcze, zapamiętując, że w razie potrzeby będzie mógł się zwrócić właśnie do Kerry, jeśli trzeba będzie wyczarować coś z nitki.
Widział, że niesie worek z trudem, nie zamierzał jednak oferować jej pomocy, przynajmniej nie w tym momencie, kiedy radziła sobie tak, jak potrafiła. Może właśnie to jest jej potrzebne. Wysiłek fizyczny jak nic innego potrafi pomóc w poukładaniu sobie w głowie pewnych kwestii; sam skoncentrował się na miarowym oddechu, niosąc materace na swych plecach, chociaż przecież mógłby wykorzystać do tego magię.

| odpisuję sobie czekoladową żabę, przekazuję ją chłopcu za to, że wywiązał się z powierzonego mu zadania



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]03.01.21 23:20
Być może miała w sobie czasami zbyt wiele nadziei - nawet w sytuacjach skrajnie beznadziejnych, kiedy cały świat wywracał się do góry nogami i przeciw nim wszystkim. Najmłodsza, słodka Kerstin starała się szukać wąskich promieni światła, niespodziewanych rozwiązań i ostatnich szans. Ciekawe, ile jeszcze będzie się musiało wydarzyć tragicznych rzeczy, aby zdała sobie sprawę, że optymistyczne podejście to zbyt mało, żeby uratować świat. Keaton miał rację; z niektórymi sprawami należało się już wyłącznie pogodzić. Bo drążenie w zaparte mogło doprowadzić do wyniszczenia samego siebie, zwłaszcza, gdy było się tak wrażliwym i kruchym jak ona.
- Powiedziała... to chyba nie jest dobre słowo - zauważyła uprzejmie, podchwytując ochoczo próbę zmiany tematu na przyjemniejszy; na pewno dla niej, miała nadzieję, że i dla Keatona rozkładanie kart przeszłości nie będzie przyczynkiem dodatkowego bólu. Kerstin w chwili obecnej ciężko było myśleć o rodzeństwie w perspektywie przyszłości, lecz dzieciństwo było etapem, który zawsze wspominała ciepło. - Jestem najmłodsza w rodzinie, więc kiedy dorastałam magia już po prostu była, od zawsze. Możliwe, że dla Michaela i Gabriela stanowiła na początku jakąś tajemnicę, ale nie sądzę, aby mama długo trzymała ją w sekrecie. To nie było taboo, mama dobrowolnie zrezygnowała z czarowania - Spierzchnięte usta wygięły się w małym uśmiechu, pobladłe od niepokoju policzki tknął delikatny rumieniec.
Keat wydawał się rozsądnym i sympatycznym mężczyzną, chętnie porozmawiałaby z nim jeszcze o starych czasach, zwłaszcza, że wyglądało na to, iż ich historie w niektórych miejscach przebiegały podobnie; nie mogli jednak zapominać, że przyszli tutaj przede wszystkim dla pracy, a czas nieubłaganie upływał. Nie miała pojęcia, ile zejdzie grupie ratunkowej w więzieniu, nie sądziła, by mniej niż godziny, ale czuła stu procentową pewność, że do tego czasu wszystko w polowym szpitalu musi być już dopięte na ostatni guzik.
- Mnie nie pytaj, czy przejdzie - wzruszyła ramionami, gdy zapytał o lewitację. Jej duże oczy zrobiły się nawet jeszcze większe, kiedy wspomniał o wieży zegarowej Londynu, ale odpuściła sobie dalsze pytania. Bardzo zresztą możliwe, że kiedyś już coś o tym słyszała; w czasie ostatnich skrajnych tygodni zwyczajnie wyleciało jej to z głowy. - Nie znam się na zaklęciach, ale na pewno byłoby wygodnie, gdyby wysokość dało się regulować... tylko ten czar musiałby działać pewnikiem, żeby skrzynki z pacjentem nagle nie spadły na ziemię. - Nawet nie chciała sobie wyobrażać, ile by to przyniosło szkody.
Spodziewała się pytania o szkołę oraz potencjalny przydział Hogwarcki, bo zwykle gdy poznawała nowych czarodziejskich znajomych rodziny i opowiadała im co nieco o swoim mugolskim życiu, w pierwszej kolejności ciekawiło ich, z czyim godłem się identyfikuje - tak jakby był to jakiś wyznacznik osobowości, psychologiczna ocena.
- Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że Just wspominała kiedyś, że pasowałabym na Puszkę? Puchonkę chyba. - Wyraz twarzy Keata sprawił, że przeszła przez wspomnienie o siostrze prawie płynnie, bez większego zająknięcia. - Coś chyba pokręciłam. Ale tak, myślę, że pasuje. U nas w szkole takich rzeczy nie było, ja tak naprawdę do szkoły z internatem, mam na myśli takiej z dormitoriami, zaczęłam chodzić jak miałam osiemnaście lat i dostałam się do King's College. Wcześniej dojeżdżałam z domu. - Zarumieniła się, speszona własną ekscytacją podczas rozmowy o pracy, studiach, tych wszystkich marzeniach, które wciąż gnieździły się w niej głęboko. Być dobrą pielęgniarką, dobrym człowiekiem. - Można tak powiedzieć. Taka pielęgniarka na sali operacyjnej głównie rozporządza instrumentami: skalpelami, nożycami, bandażami. Dlatego instrumentariuszka. Jesteśmy takimi trochę organizatorkami operacji, musimy wszystkiego pilnować i być zawsze pod ręką lekarza, kiedy mu czegoś potrzeba - dopowiedziała, nie wstydząc się specjalnie swojej bardziej podległej roli w szpitalu; nie miała zapędów do grania pierwszych skrzypiec, nigdy i nigdzie, chciała wyłącznie wykonywać swoje obowiązki najlepiej jak potrafi, z korzyścią dla innych ludzi.
Opuściła wzrok i smutno powiodła nim po trawie, gdy powiedział, że są ze sobą z Justine podobne; sama rzadko dostrzegała te cechy, chyba wyłącznie wtedy, gdy wydarzenia obierały gwałtowny obrót i trzeba było podejmować szybkie decyzje. Albo kiedy chroniły to, co było najbliższe ich sercu.
- Bardzo miło mi cię poznać, Keaton - powiedziała przesadnie poważnym tonem, ściskając mu rękę, kiedy oficjalnie się sobie przedstawili. - Mam nadzieję, że będziemy mieć jeszcze okazję porozmawiać w spokojniejszej chwili. A ta woda jak najbardziej się nada, mogę się tym na koniec zająć nawet sama, wystarczy, że będę mieć wrzątek - Im więcej ustalali, tym bardziej wierzyła w powodzenie tej akcji. - Podkłady używam jako elementu pościeli, da się bez nich przeżyć, tylko większa szansa, że krew i ropa przesiąkną przez wszystkie warstwy i prześcieradło szybko zrobi się nie do użytku. Można to zaradzić zaklęciem niby, ale jak zostanie czasu, to sama je zrobię, wystarczy, że wezmę te małe szmatki stamtąd - wskazała kolejny worek - i trochę je ze sobą pozszywam.
Chciałaby jeszcze podyskutować nad tym, na ile jej przyzwyczajenia z pracy na mugolskim oddziale rzeczywiście miały pokrycie do czarodziejskiego szpitala polowego; w lecznicy widywała takie podkłady, więc uznała, że też są używane, czasami jednak zbyt się zapędzała, zapominała, że próbują przecież postawić lazaret w kilka godzin i to w jaskini. Niektóre elementy naprawdę dało się odpuścić. Na szczęście, powrót chłopców, którzy dzielnie wywiązywali się z zadań, przypomniał o tym, że działanie było ważniejsze od gadania. Widok ucieszonej, zarumienionej z ekscytacji twarzy nieco rozjaśnił jej nastrój, przede wszystkim cieszyła się, że koniec końców nie są gołosłowni i nie wykorzystują tutejszych nastolatków jak w obozie pracy. Biorąc pod uwagę wojenną rzeczywistość i wyższą konieczność mogliby to zrobić - zmusić ich do pomocy. Sama myśl jednak była dla Kerstin trudna do zaakceptowania. To tylko dzieci, i tak straciły ze swojego niewinnego dzieciństwa zbyt wiele.
- Koce - powtórzyła cicho za Keatem, przełykając ślinę i kiwając głową; akceptując i doceniając pewność, z jaką dokończył urwane przez nią zdanie. - Jeżeli cokolwiek trzeba będzie przeszyć lub uszyć, możecie na mnie liczyć - Może odrobinę przeceniała swoje umiejętności, była dość początkującą krawcową, chciała jednak pomóc, jak może, a przy tym nauczyć się tego i owego na przyszłość. - Chodźmy z tym, żebyśmy zdążyli jeszcze wszystko poustawiać i policzyć - Nie od razu zwróciła uwagę na to, że Keat jako czarodziej mógł sobie przecież pomóc magią z tym ciężkim materacem. Czyżby robił to z grzeczności? Z obawy przed tym, że będzie jej przykro? - Wiesz, że mi nie będzie przeszkadzać, jak użyjesz zaklęcia? - zapytała; sama może się już trochę spociła z tym workiem, ale nie była zazdrosna i w przeciwieństwie do wielu mieszkających w Oazie mugoli, z pewnością nie obawiała się magii.
[bylobrzydkobedzieladnie]




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
Absurdalne czasy wymagają
absurdalnie silnej miłości
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]17.01.21 21:21
Być może lepiej, jeśli nie zabije w sobie tego pierwiastka optymizmu, nie tylko dla niej samej, takiej energii łakną teraz ci wszyscy, którym niewiele zostało, którzy sami już dawno temu szczęścia się wyzbyli. On szukał ciepła promieni słonecznych równie często, uparcie wierząc, że w najmroczniejszych dniach nieśmiała wiązka światła rozgoni ciemność; jeden tylko gest, jedno słowo, jeden uśmiech. Choć to niewiele, wszyscy wystawiają swoje twarze zachłannie ku tym drobnym promieniom, ogrzewającym wewnętrznym ciepłem.  
Coś w jej głosie, to chwilowe zawahanie, zdradziło, że wkroczył na teren, który powinien pozostać nienaruszony, wycofał się więc płynnie, nie chcąc przekraczać granicy niezręczności; w tym momencie rozgrzebywanie przeszłości nie było chyba najlepszym pomysłem. Wystarczyło, że rozgrzebywanie teraźniejszości pozostawało mało komfortowe. I bolesne, szczególnie dla niej.
- W sumie to może lepiej nie eksperymentować, bo się jeszcze coś - spierdoli miał już na końcu języka, ale powstrzymał się w porę, jeszcze trochę i może nauczy się zastępować łacinę podwórkową gładkimi odpowiednikami - zepsuje, jak w tym latającym - skoro już o nim mowa - Big Benie - dodał niezrozumiale, przypominając sobie to, co mówiła mu Marcella - ponoć coś się tam ostro pochrzaniło, a w sumie to pocukrzyło, i normalnie można było jeść ściany czy tam schody albo jakieś inne płaszczyzny - o tym też słyszała? On się dopiero niedawno dowiedział; wszyscy tylko o pożodze mówili, w sumie nic dziwnego, ale z drugiej strony... jakkolwiek to nie brzmiało, chętnie by sobie spróbował Big Bena.
- To takie skrzywienie, chyba wszyscy z Hogwartu tak mają, widzisz człowieka po raz pierwszy w życiu, a w głowie słyszysz Tiarę Przydziału, tę gadającą czapkę, którą pierwszorocznym nakładają na głowę, żeby im do niej zajrzała i przydzieliła ich do jednego z czterech domów - pierwsze wrażenie, potem skonfrontowane z tym, co okazuje się, gdy poznaje się tę drugą osobą w różnych sytuacjach - mniejsza z tym, obstawiałem... Puszkę - kąciki ust drgnęły nieznacznie - a skoro Justine - no proszę, niemal udało mu się wypowiedzieć jej imię bez zająknięcia, bez tego powracającego ukłucia lęku, że nigdy jej nie zobaczą - też tak mówiła, to chyba musi być coś na rzeczy - zerknął na nią zza kilku pustych skrzynek, odchodząc nieco dalej, pomiędzy resztki zgromadzonych tu zapasów, które zdawały się z tygodnia na tydzień kurczyć, choć przecież Zakon dbał o zaopatrzenie tak samo jak kiedyś. O ile nie bardziej. - Podziwiam, nie potrafiłbym się w czymś takim odnaleźć - i choć kochał rzucać się w wir chaosu, to dyrygowanie instrumentami, które miały uratować czyjeś życie, brzmiało jak znajdowanie się w samym środku oku cyklonu, przy konieczności jednoczesnego zachowania zimnej krwi.
- Również - odparł po prostu, już nie siląc się na ten poważny ton; wciąż miał nieodparte wrażenie, że to nie pierwszy raz, kiedy ze sobą rozmawiają; może było w niej więcej z Justine, niż początkowo przypuszczał, niż sądziła ona sama. - Faktycznie, dobrze byłoby, żeby na tych prześcieradłach leżało coś, co nie pozwoli krwi i... innym płynom - ustrojowym? Nie miał pojęcia, jak to nazwać - przesiąknąć do materaca...  czyli tamte szmatki też będą potrzebne - powiedział już bardziej do siebie, niż do niej, wzrokiem omiatając polanę rozładunkową raz jeszcze, by uporządkować sobie w głowie, od czego powinni zacząć, by ze wszystkim zdążyć. - Dobra, poznosimy to wszystko, potem wyparzanie, ja się tym zajmę, w międzyczasie byłoby świetnie, gdyby udało ci się faktycznie przygotować te... całe podkłady, trochę nam to zajmie, ale damy radę, mamy też sporo rąk chętnych do pomocy - nieco interesownej, choć był pewien, że gdyby zaproponował chłopcom to samo, bez obiecywania nagrody, to też by się zgodzili. Organizacja tego wszystkiego w takim tempie na pewno odbije się na tym, jak będzie wyglądał finalny efekt, ale zrobią, co tylko mogą.
- Dzięki, Kerry - pewnie odezwie się do niej po prośbie szybciej, niż Tonks przypuszczała; sporo było w Oazie rzeczy z drugiej ręki, niemal wszystko wymagało naprawy. Jej pomoc na pewno się przyda.
- Nie... - złapał głębszy oddech, potrzebował więcej powietrza, by odpowiedzieć na jej pytanie; dźwigając cały ten ciężar na plecach koncentrował się na pracy przepony, jak wtedy, kiedy łapał rytm boksując przed jednym z portowych sparingów, które chciał wygrać; brakowało mu tego ostatnimi czasy, fizycznego zmęczenia, potu zraszającego czoło i drżenia mięśni, żarzących się wysiłkiem - nie dlatego sam je niosę, zaklęcie sprawiłoby, że nawet nie poczułbym zmęczenia - musiałby się tylko koncentrować mentalnie, nie sięgałby jednak w tym przypadku po zaawansowaną magię - a ono mi... pomaga - dokończył niezgrabnie, i zamilknął, nie dopowiadając już nic więcej.
Pomaga ułożyć sobie wszystko w głowie, albo wprost przeciwnie, zapomnieć o tym, co natrętnie powracało, nie dając mu spokoju. W tym momencie potrzebował tego drugiego.


| zt?



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]26.01.21 18:32
Czasami wystarczyło jedynie kilka chwil rozmowy, aby dostrzec jaki naprawdę był drugi człowiek. Być może nie ze wszystkimi szczegółami, ciężarem historii, którą każdy nosił gdzieś w odmętach serca (i jedna bywała bardziej tragiczna od drugiej), ale na tyle, by móc stwierdzić, czy poszerzanie ram znajomości i dopuszczenie do więzi mogło mieć rację bytu. Pierwsze wrażenie, chyba tak się to nazywało, chociaż Kerstin nieszczególnie lubiła tych słów używać, bo sugerowały ocenianie książek po okładce, a nie do końca tak miała na myśli; to zrozumienie, swego rodzaju aura, atmosfera, były czymś prawdziwie głębszym.
O Keacie nie miałaby już w tym momencie szans powiedzieć niczego nieufnego - choć ręki by za siebie nawzajem nie dali uciąć, bez wątpienia, Kerstin czuła przekonanie, że jest to mężczyzna dobry, którego warto odwiedzać częściej i zatrzymać jego wsparcie na dłużej.
- Naprawdę? Nie słyszałam o tym... jedzeniu. Trochę mi się to kojarzy z domkiem z piernika, jak w historii o Hansel i Gretel. - Zamyśliła się. - Nie wiem, nie znam się na tych czarach, ale może rzeczywiście lepiej, żeby wszystko pozostawało stabilne. Na wszelki wypadek.
Posiadając trójkę czarodziejskiego rodzeństwa, nie miałaby możliwości nie wiedzieć, czym jest Tiara Przydziału lub Hogwarckie domy - chociaż nie pamiętała ich specyfiki tak doskonale jak Keat, znała podstawowe cechy charakterystyczne, kolory oraz konflikt między tymi od węży i Gryfonami. Niemniej jednak, w obecnych okolicznościach nie miała sił analizować znanego pytania, dlatego więc ostała na przytoczeniu opinii siostry.
- Podejrzewam, że jest. Jestem... pracowita? To chyba chodziło o to - Uśmiechnęła się nieco. I miła. To pamiętała dobrze, ale coraz głupiej było jej wymieniać takie cechy w stosunku do samej siebie.
Ucieszyła się, że koniec końców Keat zrozumiał, co dokładnie próbowała przekazać o pościeli szpitalnej oraz podstawowych zasadach, o których przynajmniej ona uczyła się długo w szkole. Dzięki temu współpraca była łatwiejsza, czuła się lepiej, zapewne też szybciej uda im się zorganizować wszystko, co mogło okazać się potrzebne.
- Damy sobie radę.- Silnie w to wierzyła. - Ale każda pomoc się przyda.
Nie od razu dostrzegła powód, dla którego Keat chciałby zrezygnować z tak przecież wygodnych zaklęć, ale gdy odpowiedział na jej wątpliwości, zdała sobie sprawę, że właściwie wcale jej on nie zaskakuje. Czy i ona nie poświęcała się pracy w chwilach większego załamania? Nie dusiła bólu w domowych obowiązkach?
- Rozumiem - mruknęła więc cicho w odpowiedzi, kiwając głową, trochę do niego, trochę do siebie samej.
Potem, z dłuższym westchnięciem, wzięła się w garść. Mieli szpital do zbudowania.

/zt <3




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
Absurdalne czasy wymagają
absurdalnie silnej miłości
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]28.02.21 22:43
8 X 1957

Energia płynęła po sinusoidzie, raz rozsadzając Sue od środka i motywując do wzmożonych działań, by później opaść i pozostawić bez sił, z ciężkimi myślami i ogromną tęsknotą. Starała się pogodzić te zrywy i zostawić sobie czas na odpoczynek oraz żałobę, której wcale nie znosiła najlepiej, gdy już zorientowała się, że uczucia względem Bertiego rzeczywiście były miłością. Umysł płatał figle nieustannie, podsuwając rozwiązania, które najpewniej wcale nie zmieniłyby biegu czasu, a zmęczona wspomnieniami Lovegood szukała zajęć, by tylko odwrócić od nich uwagę, nawet na marny moment. Oczywiście do Oazy wiodła ją też zwykła troska, której zgromadziła niepoliczalne zasoby - nadchodząca zima mogła okazać się bardzo okrutna dla mieszkańców wyspy, mróz i brak zasobów z pewnością da im się we znaki. Wyrzucała sobie, że nie mogła działać wcześniej, lecz smocza ospa skutecznie utrudniała jakiekolwiek działania - poza planowaniem! Podczas trzech miesięcy, gdy tylko miała wystarczająco siły, starała się spisywać pomysły oraz opracowywać je jak najdokładniej, teraz pozostawała tylko - i aż - realizacja. Jeden z planów zakładał zadbanie o ciepło oraz miejsce, którego brakowało w osadzie - magia mogła w tym wypadku zdziałać wiele, zwłaszcza jej ukochana transmutacja, trudna, lecz skuteczna, szlifowana przez Sue do perfekcji.
Na Trixie wpadła podczas jednej z wizyt w Dolinie Godryka (cudownie było mieć ją wśród sojuszników!), ustalenie szczegółów nie zajęło im dużo czasu - mogły ruszyć na wyspę, by jak najprędzej zabrać się do roboty. Uczynny Zakonnik pomógł dziewczętom dostać się na miejsce, biorąc na siebie wszelkie sprawy związane z portalem, za co podziękowały mu ślicznie, dotarłszy na miejsce.
- Powiększanie pomieszczeń w chatach zdecydowanie będzie najbardziej wymagające - sądzę, że powinnyśmy to zostawić na koniec - podzieliła się refleksją z panną Beckett, kalkulując siły i możliwości na ten dzień. Mogły zdziałać naprawdę sporo, o ile dobrze to wszystko rozplanują i odpowiednio dogadają się z mieszkańcami. - Powielenie koców powinno pójść sprawnie, jak myślisz? - zapytała, gdy szły już w stronę chat. - Trzeba będzie porozmawiać i przekonać parę chatek do przyjęcia dodatkowych ludzi... - myślała na głos, z całego serca wierząc, że nie będzie to problem, gdyż wszyscy bytujący w Oazie widzieli, jaka jest sytuacja i ilu potrzebujących jest na miejscu oraz nadal przybywa.


through the silence where it hides
let's just hold our hands and not let it drown



and like leaky roof let's cover our holes
let's become the blow of our own woes


Susanne Lovegood
Zawód : opiekunka zwierząt, zaklinacz królików
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

and like pack of wolves
let's not separate

OPCM : 25
UROKI : 5
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 33
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Polana rozładunkowa 0eeef1df769718811325b39738397252
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]04.03.21 19:45
Wejście do Oazy Trixie uważała za prawdziwy przywilej. Chciała pomagać, może nie nadawała się do stanięcia w pierwszej linii walecznych formacji ani ciskania zaklęciami we wroga, ale wszystko inne pozostające w obrębie jej możliwości oferowała chętnie i często. Magicznymi szatami suplementowała zgłaszających się do niej członków Zakonu Feniksa, a teraz, kiedy podczas przypadkowego spotkania Sue zaproponowała jej wspólne przygotowanie mieszkańców osady do zimy, również nie śniłaby o tym, by móc na to wszystko odmówić. W takich kategoriach jej różdżka zawsze pozostawała do dyspozycji. By zredukować zmartwienie do wiecznie trwającego minimum Beckettówna wyjaśniła ojcu gdzie planowała znaleźć się tego popołudnia, z kim i co zakładał ów plan, żeby potem prędko wyjść Lovegood na spotkanie. Portal do Oazy był... Dziwny. Ale konieczny, żeby zamaskować jej istnienie przed durniami Ministerstwa węszącymi po każdej okolicy niczym głodne, zarażone wścieklizną szakale.
Trixie nie zadawała technicznych pytań, nie dociekała, nie pragnęła poznać wszystkich sekretów świadoma, że im mniej wie, tym bezpieczniej nie tylko dla niej, lecz i dla samej organizacji - pod wieloma względami zawierzała po prostu dużo bardziej zorientowanej i doświadczonej Sue, która prowadziła ją przez wioskę.
- Byłaś tu wcześniej? - spytała gdy już przeszły przez portal i znalazły się na miejscu. Jak to dobrze, że Zakon miał takie miejsce. Miejsce, w którym ci dobrzy, praworządni i niewinni zdołali ukryć się przed oparami absurdu, jakie ze swojego nosa wydzielał ten dupek, samozwańczy Minister Magii. Na pytanie Sue skinęła głową. To rozsądne żeby najpierw zacząć od zadań łatwiejszych, stopniowo przechodząc do tych ambitniejszych. Wsunęła dłonie do kieszeni grubego swetra o wydzierganym jesiennym motywie i bezwiednie jedną z nich zacisnęła lekko na spoczywającej tam różdżce, gotowa do działania. - Każdy z nich jest - albo był - potrzebujący. Na pewno zrozumieją, że miejsc jest niewiele, a nowych osób przybywa każdego dnia. Tak musi być, co? - spojrzała na Sue; dywagowała, brała to na logikę, coraz więcej hrabstw wydawało się klękać do miecza Malfoya i wypędzać ze swoich ziem czarodziejów o tak zwanej brudnej krwi. Krwi jak jej ojciec. Żałosne. - Mogłybyśmy też trochę podnieść temperaturę w środku chatek z caeli fluctus, na przykład przy łóżkach - zasugerowała. Przy braku zaopatrzenia zima mogła okazać się zbyt surowa dla wielu wycieńczonych organizmów, dlatego Trixie usilnie myślała od wyjścia z domu co by tu zrobić, by najskuteczniej im pomóc.
Każdy krok przybliżał je do osiedla chat i domków. Przed niektórymi z nich krzątali się mieszkańcy, wielu z nich tkwiąc w przygnębiającej ciszy. Atmosferę oczyszczały jedynie dzieci bawiące się w okolicy. Beckett zerknęła na młode małżeństwo siedzące przed elewacją swojego domku, które otaczały rysujące patykami w ziemi pociechy; dyskretnie wskazała ich ruchem głowy.
- Może zaczniemy tutaj? - zaproponowała. Dzieci zawsze budziły w niej wyjątkowo silne empatyczne odruchy. Nie powinny nigdy urodzić się w czasach wojny.


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]13.07.21 0:49
| przybywamy stąd

Zdążyli odwiedzić tylko dwa miejsca, a w obu napotkali na jakieś trudności. Wrogie siły także mogły liczyć na wsparcie osób zręcznych i zmyślnych, skoro ktoś w ich szeregach odnajdywał świstokliki, ale także przy nich grzebał. Pewnie takich osób było sporo, jedni tylko wykonywali polecenia, pozostając ciągle pracownikami Ministerstwa Magii, a inni dołączali do działań i czerpali chorą satysfakcję z możliwości zastawienia pułapki na niewinne osoby. Ta batalia psucia i naprawiania świstoklików musiała być bardzo dla Becketta męcząca, dlatego Kieran jeszcze bardziej doceniał jego starania. Mniej doświadczony numerolog być może aktywowałby tę bombę z opóźnionym zapłonem, na samą myśl niejednemu zrobiłoby się słabo. Czyli nie skończyli tutaj wszystkiego, ale byli przynajmniej jeden krok dalej. I znów wszystko dzięki wiedzy zgromadzonej w tęgiej głowie. Z tego powodu Kieran chciał oszczędzić druhowi strasznych widoków, aby mógł skupić się na swoich bardziej naukowych zadaniach.. Jednakże świadom był tego, że nie powinien ukrywać przed nim prawdy o tym, co wydarzyło się w tym miejscu. Musieli udać się do Oazy, ale powód tej wizyty też był ważny. Zresztą, Stevie domyślał się, że coś musiało się wydarzyć, pewnie kierowany instynktem zerknął na obraz rzezi, jaka miała miejsce u podnóża wzgórza. Przynajmniej oszczędzono mu ujrzenia makabrycznych detali z bliska.
Niżej znalazłem trupy, a pośród nich mężczyznę, który trzymał się resztkami sił życia – wyjaśnił bardzo oszczędnie, aby samemu nie wracać niepotrzebnie do obrazów drastycznych. – Zabrakło możliwości, aby go uratować, a w dłoni miał list adresowany do córki, która ponoć znajduje się w Oazie. Została ewakuowana kilka tygodni temu.
Obaj byli ojcami i prawdopodobnie to był dla nich wystarczającym uzasadnieniem tego, dlaczego powinni dostarczyć ostatnie słowa spisane przez nieznanego im mugola. To, co zostało spisane na kartce papieru, było żalem za słowa wypowiedziane w niepokoju i gniewie, było wspomnieniem dobrych chwil, a także nadzieją na lepsze jutro i życzeniem przeżycia tego koszmaru, który powinien skończyć się jak najszybciej. Bystre spojrzenie nie dostrzegło pomiędzy ciągiem liter niczego, co mogłoby zaniepokoić, dlatego różdżka nie wystrzeliła w stronę papieru od razu, aby sprawdzić, czy nie został przypadkiem zaklęty. Jakoś zawierzył tej desperacji obecnej w oczach umierającego. Przy ostatnim tchnieniu nikogo nie stać na kłamstwo, prawdopodobnie nikt w takiej chwili nie byłby w stanie trzymać się kurczowo snucia intrygi.
Przed wejściem – odpowiedział zgodnie i teleportował się w okolice portalu, do którego i tak trzeba było przebyć pewien odcinek pieszo. Mechanizm uruchomienia przejścia pozostał taki sam jak wcześniej. Poczekał jeszcze na kompana, a potem wraz z nim udał się do Oazy, gdzie czekało ich kolejne zadanie do wykonania, jakie zapewne okażę się mocno emocjonalne, po prostu niewdzięczne.
Kieran jeszcze przed wylądowaniem na wyspie odczytał kilkukrotnie imię i nazwisko młodej czarownicy. Sylvia Gambon. Też musiała przejść swoje, skoro znalazła się w tym miejscu odciętym od reszty świata. A teraz otrzyma kolejny cios, Rineheart przez te wszystkie lata zawodowej kariery zdążył przyzwyczaić się do przekazywania tragicznych wiadomości. Wziął jednak głęboki wdech i zaraz zaczął rozpytywać napotykane po drodze osoby, czy znają osobę o takim imieniu. Gdy w końcu padła odpowiedź twierdząca, skierowani zostali do jednego z tych niewielkich domków, które różniły się od siebie tylko numerami.
Nie jestem najlepszy w dawaniu otuchy, więc gdybyś mógł jakoś… – urwał nagle, chrząknął i zrobił ostatni krok, aby zbliżyć się do drzwi i zapukać w nie z wyczuciem, dość delikatnie zważywszy na wielkość dłoni ułożonej w pięść. Otworzyła im młoda kobieta, zbliżona jakoś wiekiem do ich córek. – Pani Sylvia Gambon?
Właściwie to panna, ale tak, to ja – odparła cicho, a jednak z cieniem sympatii, nawet zdołała wykrzesać z siebie blady uśmiech, spojrzeniem jednak uciekając do mniej postawnego czarodzieja, nie dało się ukryć, że aparycja Becketta była bardziej przyjazna. – W czym mogę pomóc?
Mamy list od pani ojca – oznajmił spokojnie i zaraz wyciągnął przed siebie kopertę, podając skryty w niej list kobiecie. Gdy chwyciła przesyłkę, postanowił przekazać straszne wieści. – Zginął na Wzgórzu Pennine z grupą innych osób.
W jednej chwili zbladła, przytrzymała się drzwi, a na Kierana spojrzała półprzytomnie, z ogromem niedowierzania, jakby oczekiwała, że przyzna się do kłamstwa.
To niemożliwe, przecież… – wydukała z siebie szeptem. – Tata mi obiecał, że wszystko będzie dobrze, więc jak…
Nagle jakby w desperacji uchyliła kopertę i wydobyła z niej kartkę papieru, śledząc wzrokiem kolejne zdania.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]13.07.21 12:10
Historia, która zarysowała swój obraz na wzgórzu Pennine, była historią z piekła rodem, a przecież zaczęło się od burgerów z gęsiny z musztardą, wypiekanych na ogniu za domem. Właśnie o tej porze mieli wypić trochę mocnego bimbru, pewnie usiąść na miękkich fotelach przy kominku, odpalić po fajce z resztką tytoniu, jaka uchowała się na specjalne okazje i porozmawiać o starych, dobrych czasach, kiedy to można było podróżować ze spokojem. Stwierdzenie, że obydwoje mieli przyjemne, spokojne życia, było zdecydowanie na wyrost, ale wojna zmieniła oblicza tego kraju na dobre. Rineheart absolutnie nie był bojaźliwy, zresztą... Jego twarz świeciła z plakatów i listów gończych, czyniąc z niego niebezpiecznego buntownika, rebelianta i zdrajcę. Widać tak przyszło im żyć, wiecznie wspinając się pod górkę, tylko po to, aby na jej szczycie okazało się, że to nie koniec wędrówki, że tułaczka będzie jeszcze dłuższa i jeszcze bardziej wyczerpująca, aż w końcu spacer zamieni się w prawdziwą wspinaczkę po pionowej ścianie. W żołądku coś mu się przewracało, a światły umysł otępiał, jednak zbyt długo pracował już ze świst-klikami, by zwyczajnie zapomnieć, jak to się robi. Pewne rzeczy działy się już instynktownie, a wiedza, jaką nabył przez lata się opłacała. Czym jednak była, gdy znaleźli się w obliczu makabry, grupowej jatki, morderstwa... Tęga głowa mogła wymyślić plan na ucieczkę, ale za nic nie potrafiła sobie poradzić z emocjami, jakie narastały. Kieran zdawał się mówić o tym z takim spokojem, tak, jakby nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia, co wcale zresztą nie było niewykluczone. Doświadczony auror zapewne widział w życiu gorsze rzeczy, a te teraz wylewały się na ulicę, dotykając cywilów. Na wieść, że w Oazie znajduje się córka martwego mężczyzny, Steviego aż zamurowało. Niby było to normalne, w końcu wiele sierot znalazło tam schronienie, ale przecież on też miał dziecko, tak samo zresztą jak Rineheart. Obydwoje, chociaż ich style ojcostwa różniły się na tyle diametralnie, że można by było o tym napisać serie encyklopedii, najbardziej na świecie chcieli je ocalić. Obydwoje nie wybaczyliby sobie śmierci dziecka, tak samo Trixie, tak samo Jackie. Obydwoje stracili już żony i obydwoje znali dobrze ten ból, kiedy serce rozrywa się na kilka części. Nie było mowy, aby odpuścić. Musieli udać się do Oazy i odnaleźć tę kobietę, być pocieszeniem i wsparciem, chociaż przez chwilę, chociaż w tej najgorszej chwili. Teleportował się na polanę przed portalem, ten sam co zawsze, w stosownej odległości, jak zresztą uczulał go jeszcze pan Ollivander, a sekundę potem dostrzegł Kierana, który już rozpoczynał wędrówkę w stronę przejścia, aby silnymi czarami je otworzyć. Steviego zawsze ciekawił dokładny proces stworzenia go, siła i energia, którą pochłaniało, migotanie, które wywoływało. Teraz jednak nie było czasu, aby skupiać się na tym teraz, teraz mieli zadanie o wiele ważniejsze. Przechodząc pomiędzy chatami, jedynie podążał za przyjcielem w ciszy, obserwując, jak poszukuje on tamtej kobiety, córki zmarłego. - Dobrze, ale bądź delikatny... - mruknął tylko, nieco pod nosem, gdy zapukał do drzwi kobiety. Rosły szef biura autorów, z nieco zapadniętą twarzą, która nie jedno już w życiu widziała i przeżyła, nie był najmilszą osobą do przekazywania złych wieści, ale któż inny miałby to zrobić. Beckett zwyczajnie nie potrafił, nikt go do tego nie przygotował, bo i po co... No i nie był delikatny... Rineheart nie wdał się w szczegóły, wręczył tylko kobiecie list, a Stevie mógłby przysiąc, że był właściwie gotowy, by opuścić to miejsce, skoro przekazał już wieści. Tata mi obiecał, że wszystko będzie dobrze, więc jak… Eh, a ile to razy już on sam obiecywał Trixie, że wszystko będzie dobrze...? Czy jego słowa też ostatecznie mogły nie znaczyć nic? - Pani Gambon... - zaczął, szukając odpowiednich słów. - Bardzo nam przykro, ale musi pani coś wiedzieć... - słowa, które zamierzał wypowiedzieć, miały dać jej świadomość i siłę na lata. - Pani ojciec był człowiekiem nad wyraz silnym, który nie odszedł, dopóki nie miał pewności, że dostanie pani ten list - wskazał na niego jeszcze palcem, gdy kobieta zaczęła czytać, a wyraz jej twarzy coraz bardziej przypominał skupiony, chociaż z kącików ust spływały łzy. Wyglądała na zdeterminowaną i nawet nie o tyle smutną, co złą... - Tata wyprowadzał mugoli z kryjówek - powiedziała o dziwo spokojnie, z nostalgią w głosie. - Jest... Był odkrywcą - Stevie bez zawahania się przybrał współczujący, ale też zaangażowany wyraz twarzy, obserwując uważnie jej reakcje, gotowy pomóc od razu. - Proszę, niech panowie wejdą - otworzyła szerzej drzwi do domostwa wpuszczając ich tam, aby wyjaśnić każdą zawiłość tego enigmatycznego listu i przekazać fakty, które mogły nieco obrócić przebieg tego dnia.

zt x2


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett
Re: Polana rozładunkowa [odnośnik]10.03.22 18:52
11 lutego 1958
przed północą

Serce tłukło w piersi tak mocno, że miał wrażenie, że gdy wreszcie dotrze do domu i zdejmie z siebie przemoczoną ze strachu i wysiłku koszulę, prawdopodobnie przywita go widok rozległego podskórnego krwiaka. Ciężar trzymanego kurczowo w rękach worka przygniatał go jednak do rzeczywistości — to nie sen, to nie tylko sen, jesteśmy tu wszyscy, całą trójką. Przynajmniej miał nadzieję, że byli trójką. Słyszał gdzieś za sobą sapanie Steffena, nieco cichsze od własnego, ale obecne, niezmącone rzężeniem po dostaniu jakimś podłym zaklęciem. Marcela nie słyszał wcale — Carrington wydawał się zniknąć, gdy tylko zaczęli ruszać bliżej spichlerza i choć Sprout wiedział, że działanie zaklęcia kamuflującego musiało już się skończyć, nie miał odwagi tracić siły na oglądanie się, czy młodszy z blondynów wciąż trzymał się obok. Wierzył w tego chłopaka tak samo, jak wierzył we wszędobylskie i wszystkowiedzące podejście do życia Cattermole'a. Gdy znaleźli się w Weymouth, niemal upadł na trzymany przez siebie worek, próbując złapać oddech i poprawić przekrzywione w trakcie ucieczki okulary.
— Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale naprawdę miło was widzieć, chłopaki... — sapnął, próbując zebrać myśli pośród ich chaotycznej gonitwy, jednocześnie panując nad palącymi z wysiłku płucami i owianym mroźnym wiatrem, drapiącym gardłem. Oddychał ciężko i prędko, ruchy zapadniętej klatki piersiowej były widoczne nawet pomimo grubych warstw zazwyczaj przydużych ubrań. Przymknął na chwilę powieki, okulary podciągnął na czoło, po czym przycisnął kciuk i palec wskazujący do wewnętrznych kącików oczu, uśmiechając się przy tym naprawdę wymęczony, choć szczerze. — Pomożecie mi jeszcze? Musimy to zabrać do Oazy — dodał jeszcze, powoli otwierając oczy. Policzki wciąż miał czerwone z wysiłku, mięśnie nóg i rąk drżały nieprzyzwyczajone do takiej intensywności ruchów. Wreszcie jednak udało mu się podnieść i nawet otrzepać ze śniegu. Póki co byli bezpieczni, tak długo, jak ludzie Malfoya pozostawali w Wiltshire. I tak długo, jak mogli na siebie liczyć tak jak tym razem. Wiedział, że zarówno Carrington jak i Cattermole byli sami z siebie wymęczeni całą tą akcją, zatem za dodatkową pomoc był jeszcze bardziej wdzięczny.

Adrenalina krążyła w jego żyłach zbyt szybko, by mógł zapamiętać wszystkie detale, które towarzyszyły ich dalszej podróży. Najpierw na Czerwoną Polanę, potem otwarcie portalu i wreszcie mogli zakończyć swą podróż na kolejnej polanie, tym razem Rozładunkowej. Tam podziękował już chłopcom, starając się jednak nie być przy tym szczególnie wylewnym — z Carringtonem wciąż lepiej mu się milczało (co działo się, gdy zaczynali mówić, pamiętali jeszcze na świeżo), a gdyby zaangażował się w rozmowę ze Steffem, zostaliby tam do rana.
Dobrze poinformowani mieszkańcy Oazy wiedzieli, że to właśnie dziś zjawi się specyficzna dostawa ziarna. Wszystko, co przez ostatnie cztery dni robił Sprout wiązało się właśnie z tym zbożem i potrzebą jego prędkiego dostarczenia na zawsze potrzebującą jedzenia wyspę. Młodzieńcze serce pragnęło wrócić do Wiltshire od razu i zabrać stamtąd jeszcze więcej, ale rozsądek i zmęczenie mówiły, że po prostu nie dałby rady. Nie udałoby mu się fizycznie sprostać kolejnej dawce wysiłku, a skończyć by się to mogło ze stratą dla nich wszystkich.
— Dobry wieczór — uśmiechnął się jednak Castor do nadchodzących z oddali mężczyzn. Pamiętał, że w Oazie bywali naprawdę uzdolnieni alchemicy, jak na przykład Charlie, którą udało mu się poznać u wujka i Trixie, ale obawiał się, że z zielarzami może być nieco krucho. Chociażby po fakcie, że z problemem roślin rosnących w Szmaragdowym Stawie Billy zwrócił się do niego, nie polegając wyłącznie na wiedzy mieszkańców tego miejsca. — Sprout, miło mi panów poznać — dodał, wzdychając ciężko; zmęczenie jedynie wzrastało, a im mniej płynęło w jego żyłach zdenerwowania, tym bardziej je odczuwał. Dopiero skonfundowane miny mężczyzn, którzy spodziewali się więcej niż czterech relatywnie małych worków, zmusiły Castora do dalszego skupienia. — Niech się panowie nie martwią, to dla lepszego transportu. Finite wystarczy.
— No, bo już myśleliśmy, że i Malfoyom głód w oczy zajrzał — radosny, choć niski śmiech pierwszego z mężczyzn rozniósł się wśród nocy. Castor pewnie zacząłby się nerwowo tłumaczyć, gdyby nie jakaś dobroduszność, która przebijała z tego stwierdzenia oraz pełne wdzięczności spojrzenie jego towarzysza.
— Jest tu jakieś jasne pomieszczenie? Najlepiej takie, które często się wietrzy i suche. Na upartego można je w izbach trzymać, worki znaczy się, nie powinno być problemu — mówił Castor, gotowy na ostatni wysiłek. Jeden z mężczyzn, dotychczas milczący, lecz lepiej zbudowany od pierwszego chwycił dwa worki pozostawione przez Marcela, ten rozgadany chwycił jeden. Wszyscy ruszyli w kierunku zabudowań osady, jednak starali się być na tyle cisi, by nie pobudzić mieszkańców okolicznych domów.
Siłacz, bo póki co tak tylko mógł Castor rozróżniać swych towarzyszy od siebie, wyprzedził ich prędko, otworzył drzwi do jednej z chat i prędko zapalił świece. Gdy pozostała dwójka dotarła do środka, Gaduła zamknął drzwi, otrzepał buty ze śniegu (ten sam gest powtórzył również Castor), po czym odezwał się raz jeszcze.
— Beddow Matthew jestem, a to mój szwagier Neil Evans. Pracował kiedyś na roli u takiego jednego gospodarza niedaleko Loughton w Essex. Póki co zna się na tych rzeczach najlepiej z nas, ale...
— Ale przyda mi się też jakieś przeszkolenie, Sprout — nagłe wtrącenie się Siłacza sprawiło, że szarobłękitne spojrzenie Castora zatrzymało się od razu na tym człowieku. Gaduła również wydawał się być zdziwiony, ale Sproutowi udało sie zachować zimną krew. Uśmiechnął się przez to szeroko i pokiwał głową kilkukrotnie, dając znać, że zrozumiał. Poprosił zatem obu mężczyzn gestem, by znaleźli się przy workach, a gdy wszystkie zostały potraktowane odpowiednio rzucanym finite i odzyskały swe pierwotne właściwości, Castor przeszedł do tłumaczenia wszystkich niuansów, jakich należało się trzymać.
— Jeżeli chodzi o zaspokojenie potrzeb żywieniowych na już — jeszcze nie wyłapał, że brzmiał znowu jak naukowiec, lecz jego słuchacze byli chyba na tyle uprzejmi, że nie chcieli zwracać mu uwagi na ten mały szczególik — To na pierwszy ogień powinna pójść gryka. Ziarna mogą zostać zużyte na kaszę bez problemu, można je też zmielić na mąkę i wykorzystać do innych rzeczy. Radziłbym jednak zachować część ziaren na potrzeby siewu. Normalnie byłyby to okolice maja, już po pierwszych przymrozkach, ale biorąc pod uwagę to, że tutejsza ziemia jest cieplejsza, myślę, że mógłbym pojawić się już w kwietniu i z tym dopomóc, panie Evans — uśmiechnął się do Siłacza, a ten mruknął coś pod nosem, niewyraźnie, lecz mina, którą przy okazji przybrał, dawała rękojmię dobrego humoru mężczyzny. Podzielił się z mężczyznami jeszcze możliwością sprowadzenia do Oazy jeszcze jednego zielarza, mając tu już na myśli Herberta. Jego znajomość mugolskiej technologii na pewno wspomogłaby ich dalsze wysiłki przy sadzeniu roślinności. Nikt nie wiedział, jak potraktuje ich pogoda, jednak bycie dobrej myśli pozwalało na przedwczesne nieroztrząsanie problemów, z którymi nie będą musieli sobie radzić.
— To samo z kukurydzą panowie, znaczy z zasiewem. Oczywiście da się z nich zrobić też mąkę, z tym też jestem pewien, że problemu nie będzie. Tak długo, jak będą tu panowie wietrzyć i jak będzie sucho. Jakby nie daj Merlinie, zalęgło się tu jakieś paskudztwo, proszę do mnie pisać, od razu przybędę — brr, jeszcze tego brakowało! Ale jeżeli miałyby to być gryzonie, musiałby dostać się do Oazy bez Steffena. Ten pewnie panicznie zareagowałby na krzywdzenie jego szczurzych pobratymców, lecz w perspektywie pomocowej wybór między człowiekiem a gryzoniem był oczywisty. Zwycięstwo nakarmienia człowieka.
— O, żyto i jęczmień. Dobra, z tym sobie sami poradzimy, ale jak już przyjdzie wiosna i mrozy odejdą, to będziemy musieli się zastanowić nad jakimś poletkiem... — mówiąc to, Evans podniósł wzrok na swojego szwagra, który błysnął zębami w uśmiechu i podchwytując temat, samemu się rozgadał.
— Tak, tak, na dobrą sprawę to nie mamy tutaj dużo miejsca, sam pan zresztą widzi, panie Sprout, jak to wygląda. Ale wspólnymi siłami to wszystko damy radę zrobić. Póki co potrzebujemy przede wszystkim jedzenia i tego wszystkiego, co normalnie jest pierwszej potrzeby, bo u nas takie rzeczy to bardzo pierwsza potrzeba. Także na pewno będziemy do pana pisać, jakby miał pan nie po drodze do Oazy. A jak będzie w okolicy, to proszę przychodzić i się nie krępować. Najlepiej z takimi transportami, wiadomo — tutaj przerwał na moment, by znów zanieść się śmiechem — Ale i bez tego ugościmy czym mamy. Musimy sobie pomagać.
— Bardzo są panowie mili, ale naprawdę nie trzeba. Nie dla ugoszczenia to wszystko robimy, nawet nie dla wdzięczności. Wiedzą panowie, pomoc słabszym to nasz obowiązek i tego się trzymamy — wreszcie i usta Castora rozciągnęły się w przyjemnym dla oka uśmiechu, choć nieco speszony uciekał wzrokiem gdzieś na bok, na niewielki stół i leżący na nim pergamin. Evans wyłapał najwyraźniej to spojrzenie, po czym sam podszedł do stołu i oparł dłoń o blat.
— Niech pan nam zapisze wszystkie wytyczne odnośnie wysiewu, terminów, to wszystko, co pan mówił. Niby pamięć mam dobrą, ale nie daj boże coś się stanie, nogę złamię i o, po zasiewie — mruknął, a gdy Castor zasiadł na wskazanym miejscu i zaczął pokrywać pergamin drobnym maczkiem szczegółowych instrukcji, Beddow stanął mu nad głową, trajkocząc dalej.
— No bo ja niby wiem, że do wysiewu to nie trzeba być szczególnie mądrym, no to pomyślałem sobie, że hej, może też bym się do czegoś przydał i czegoś nauczył...

Gdy Castor żegnał się z mężczyznami, czuł, że powinien chyba przyjąć ich zaproszenie i przespać się nawet na jakimś kocu rozłożonym na podłodze. Był potwornie zmęczony, lecz silne poczucie obowiązku kazało mu doprowadzić sprawę do końca. Gdy przechodząc przez Oazę Harolda zwrócił głowę w kierunku Ratusza, ledwo stłumił w sobie chęć przekazania wieści o dzisiejszej akcji osobiście. Zresztą, to był wielopoziomowo zły pomysł. W samym środku nocy, po całej serii porażek (choć zakończonych pozytywnie!) i okrutnie zmęczonym wystawiłby się tylko na śmieszność i w najlepszym wypadku irytację Ministra. Człowieka, który miał znacznie więcej na głowie niż cokolwiek, co sobie umyślił jakiś tam Sprout z Doliny Godryka. Mimo to, przechodząc obok skinął głową w kierunku domostwa, jakby czuł, że mógłby być obserwowany.
Nigdy nie potrafł salutować, słaby z niego żołnierz.
Ale wystarczająco dobry znawca ziaren, by uchronić od głodu jakąś część istnień.

| z/t


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Polana rozładunkowa
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach