Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Filomena ‘Effie’ Potter
AutorWiadomość
Filomena ‘Effie’ Potter [odnośnik]26.11.20 23:40

Filomena ‘Effie’ Peony Potter

Data urodzenia: 17 VII 1931 r.
Nazwisko matki: Lovegood
Miejsce zamieszkania: Somerset, Dolina Godryka
Czystość krwi: czysta ze skazą
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: alchemik; aspirujący wynalazca nowych eliksirów
Wzrost: 170 cm
Waga: 62 kg
Kolor włosów: pszeniczny, ciepły blond z miodowymi przebłyskami
Kolor oczu: wyblakła zieleń
Znaki szczególne: dłonie o długich palcach, zdobione cienkimi siatkami blizn po skutkach nieudanych eliksirów; dość wysoki wzrost; rozmarzone spojrzenie, które jednak pozostaje nader czujne; bardzo jasne włosy, po których można ją rozpoznać w tłumie; zawsze nienaganny, choć dość wymyślny sposób ubioru - koniecznie wykończony dodatkiem biżuterii; otaczający ją zapach ziół


W ich domu piło się najlepszą herbatę.
I to zarówno tę, pochodzącą z małej szklarni, którą papa zbudował w prezencie ślubnym, jak i tę, tworzoną przez Effie z wody z kałuży, garści przydrożnych kamyczków oraz kilku patyczków, służących jako mieszadełka. Pierwsza była przygotowywana przez Harriett Potter, która choć nie zajmowała się zielarstwem zawodowo, to ze swojego domu rodzinnego wyniosła miłość i zrozumienie dla przeróżnych gatunków roślin. W każdą środę wieczorem – o ile nie była właśnie na dyżurze w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym – urządzała wieczorki z ciasteczkami i herbatką, na które często zapraszała także innych mieszkańców Doliny Godryka. Jednak najprzyjemniejsze były te spotkania, na których uczestników składali się wyłącznie Potterowie; w chmurne dni, ściśnięci obok siebie przy kominku, w piątkę wymieniali plotki na temat zdarzeń ostatnich dni (Effie i jej siostra przekrzykiwały się między sobą w wymyślaniu najbardziej ekscytujących, wyssanych z palca historii starszy brat zdawał raport z tego jak to wyśmienicie mu poszło podczas ostatniego wyścigu po lesie, który sobie urządzili z chłopcem sąsiadów, a rodzice spoglądali na to wszystko z troską i uwagą, niekiedy dodając swoje historie, przypominające bajki opowieści, które przeganiały wszystkie smutki). I kiedy ogień w kominku dogasał, a dziewczynki cicho pochrapywały, Peregrine zanosił je obie na górę i utulał do snu, myśląc już na zaś, co z tych maleństw wyrośnie. O swojego syna nie martwił się zanadto – ten wykazywał się nadzwyczajną zaradnością jak na swój wiek i nieraz leciał siostrom na ratunek, gdy wplątywały się w jakieś tarapaty. Za to Filomena... To znaczy, Effie, bo jak tylko nauczyła się mówić, poprawiała natychmiast wszystkich, każąc nazywać się właśnie takim mianem. Cóż, z nią nie było tak łatwo. Od maleńkości była zafascynowana wszystkim, co ją otaczało i przez to często podążała własnymi drogami. Rodzice mieli wielką trudność w przyciąganiu jej uwagi i kierowaniu jej na rzeczy (według nich) istotne; zdarzało się, że nie odzywała się do nich przez pół dnia mimo trudów i wysiłków, by wydostać ją z tego stanu. Jeśli nie chciała czegoś robić, nie sposób było ją więc do tego namówić. Po kilku godzinach od podjęcia milczenia zupełnie jej przechodziło i znów była pogodnym, pełnym energii dzieckiem, które zadawało tysiąc pytań na minutę. Innym przejawem tej indywidualności u Effie było znikanie w lesie i powracanie od stóp do głów w ziemi, listkach ściółki leśnej i kto wie czym. A rano mama przestrzegała ją przed nieostrożnością, gdy wiązała na jej nóżkach nowe buciki. Być może jej zachowanie wynikało z faktu, że nie miała dość czasu, by nacieszyć się pełną uwagą obojga rodziców – była środkowym dzieckiem, a ledwie rok po niej przyszła na świat jej siostra. Do tego niedługo później ojciec dostał awans na wyższe stanowisko w Ministerstwie Magii, i coraz dłuższe godziny spędzał poza domem. Dziećmi często zajmowała się wtedy ciotka, Griselda, która nigdy nie wyszła za mąż z powodu złamanego w młodości serca, i lubiła pomagać siostrze przy wychowywaniu trójki jej dzieciąt. To ona chadzała z nimi na długie spacery, podczas których wypatrywali dzikich zwierząt i wspólnie nazywali poszczególne gatunki kwiatów i drzew. A gdy wracali, zwykle mama witała ich w progu i wszystko było dobrze, jak najlepiej. Choć rodzice może nie mieli całych dni, które mogli ofiarować swym pociechom, starali się ile sił, by zapewnić im ciepło i miłość w ich domku na niewielkim wzniesieniu, usytułowanym tuż u progu lasu. Sama chatka może nie robiła najlepszego wrażenia – z daleka plątanina winorośli, która zawładnęła całą zachodnią ścianą, mogła dawać poczucie zaniedbania, lecz nic bardziej mylnego. Wraz z przebudzeniem wiosny część roślin wtopionych między kręte pnącza wydawała urokliwe kwiaty, tak uwielbiane i wyczekiwane przez Effie. Ze względu na jej radość (ale też zapracowanie rodziców), nie pozbywano się owego dodającego charakteru dopełnienia ich domostwa.


Ciągle gubiła buty.
Wielu domowników mogło snuć podejrzenia, że jej obuwie nie znikało samo; wiedzieli oni, że Effie woli biegać na boso po zroszonej trawie i nie przejmować się tym, iż coś się ubrudzi. Zadzierała wtedy wysoko sukienki i wybiegała z krzykiem, niczym zwierz spuszczony z łańcucha; jej matka rumieniła się aż po same uszy i prosiła w myślach, by ciekawskie oczy sąsiadów nie wyglądały zza wybielonych okiennic właśnie w tych momentach. Sama dziewczynka za nic miała karcące spojrzenia zrzędzącej pani Edwards; właściwie nie pamiętała, by ktokolwiek mógł stanąć jej na drodze, gdy już coś sobie postanowiła. No, może poza jej bratem, który jako jedyny był zupełnie niewrażliwy na jej fochy czy upartą postawę, i zawsze sprowadzał ją do na ziemię. Czasem dosłownie. Zdarzyło się kiedyś w przypływie emocji, że pięcioletnia wtedy dziewczynka wspięła się na rosnącą przy podwórzu jabłoń i rzucała jabłkami we wszystkich, którzy starali się do niej dotrzeć. I wtedy, zatrudniając rodziców do odwrócenia uwagi, jej brat zakradł się na drzewo z drugiej strony i chwycił ją w ramiona. Pech chciał, że mała nie była szczęśliwa z takiego obrotu sprawy i oboje zlecieli z drzewa. Jednak żadne nie doświadczyło brutalnego pocałunku trawiastego podłoża, gdyż gdzieś wśród krzyku i strachu Effie objawiła zdolności magiczne, zatrzymując ich tuż nad ziemią. W chwili, w której zorientowała się, co miało miejsce, przebłysk czaru ulotnił się i z cichym hukiem zanurzyli nosy w trawie. Najbardziej poturbowany z tego wszystkiego wyszedł starszy brat – ponieważ jak tylko rodzina zorientowała się, że kolejne dziecko również ma w sobie magię, uchwycili je szczęśliwi w objęcia i zupełnie przebaczyli zachowanie, które mogło doprowadzić do nieszczęśliwego wypadku. Niemniej jeszcze tego samego wieczora grali razem w gargulki. Powoli, z biegiem lat, Effie wyrastała jednak z brzydkiego zwyczaju sprowadzenia na siebie uwagi za wszelką cenę. Dostała od mamy wydzieloną szczęść w szklarni, w której miała własne roślinki; ojciec, przygotowując wyprawkę dla brata, który zaraz miał ruszyć do Hogwartu, kupiła każdemu dziecku innego pupila i jej w udziale przypadł mały, lecz cudownie urokliwy Pufek. Obie te odpowiedzialności rozbudziły w niej trochę rozsądku, a także wypełniały chwile nieobecności rodziców. Potrafiła godzinami siedzieć przy grządkach, naiwnie czekając, że pąki rozkwitną na jej oczach; podobnie to właśnie wtedy rozbudziło się jej zainteresowanie sferą gwiazd, gdyż przynajmniej raz w tygodniu czekała z niecierpliwością na powrót mamy z nocnej zmiany i wyglądała wtedy przez okno, by spoglądać w cichy, a dziwnie kojący nieboskłon. Bywały momenty, gdy rozbłyskiwał on intensywną czerwienią lub przemykały przez niego różnobarwne cienie, ale gdy pytała o to rodziców, ci odpowiadali z dostrzegalnym smutkiem, że niebo też miewa różne humory. O tym, czym naprawdę były te widowiskowe zjawiska dowiedziała się dużo później.


Ciche stukanie w szybę było zapowiedzią czegoś, co miało wywrócić świat do góry nogami.
Odczuwała dreszcz podniecenia na myśl, że w dniu jej jedenastych urodzin otrzyma list; ale także bała się ewentualności, że może jednak wcale nie jest taka wyjątkowa i że może Hogwart wcale jej nie chce. Te wątpliwości zostały rozwiane przez białą jak śnieg sowę, której mało nie uściskała na widok jej imienia na kopercie – na szczęście ptak zdążył zbiec przed jej rączkami, zostawiając ją sam na sam z nowiną. Ekscytacja trwała całkiem długo, lecz zaczęła zmieniać się w obawę przed nieznanym wraz z pierwszą wyprawą na Ulicę Pokątną. Zakupy były nawet przyjemne, a ściskanie pudełeczka z nową różdżką dodawało jej nieco siły – nie mogły jej jednak przygotować na wszystko, z czym miała się zmierzyć. Effie zaczęła zdawać sobie sprawę, że przebywanie wśród tłumów jest dla niej niejako stresujące; najlepiej radziła sobie skupiając się na własnych myślach i przemykając między sylwetkami w poszukiwaniu ojcowskiej ręki. Harriett i Peregrine zdawali się też poddenerwowani od jakiegoś czasu. Ich tematy w pobliżu córki często schodziły na temat czystości krwi (nie robiło to na niej większego wrażenia, przecież na zewnątrz krew nie była widoczna) oraz zdarzeń w kraju, o których wcześniej prawie nie rozmawiali. Często głaskali ją po głowie i oferowali więcej pochlebstw niż zwykle – to właśnie wzbudziło w niej największe podejrzenia i o nich rozmyślała, siadając w pustym przedziale pociągu. Wkrótce jednak dosiadły się do niej skore do rozmowy dzieci, a sam zamek zaaferował ją na tyle, że na jakiś czas o nich zapomniała. Dość zręcznie odnalazła się wśród pierwszorocznych i podążała nurtem niosącym ją aż do Wielkiej Sali. Chciała chwilę pogawędzić z tiarą, lecz ta uparcie milczała, aż w końcu wykrzyknęła jej przynależność do Gryffindoru. Effie niemal wyskoczyła z krzesła, tak szybko biegła podzielić się wieścią z bratem, jakby sam nie przebywał na sali i nie słyszał decyzji, która właśnie zapadła. Przeżyła w błogiej (a może celowej) nieświadomości kilka miesięcy, słysząc szepty i całkiem nieskryte wyzwiska, ale nie wtrącała się w sprawy, które jej nie dotykały. Nie odzywała się zbyt wiele, raczej obserwując i podążając za koleżankami, z którymi dzieliła dormitorium. I dopiero, gdy w nocy zbudziło ją szlochanie jednej z uczennic, realność pewnej wizji społecznej naprawdę zapuściła w niej korzenie. Naruszyła swoją zasadę, by nie wtrącać się w to, co do niej nie należy i w tym samym tygodniu sprzedała porządne uderzenie w nos Ślizgonowi, który to gnębił tamtą Gryfonkę. W tym jej nagłym gniewie nie chodziło może tak o same pryncypia czy o silną potrzebę bronienia innych – raczej była zła na siebie, że tak długo wybierała obojętność. Po tym zdarzeniu część osób się od niej odsunęła, ale Effie ich nie potrzebowała. Otworzyła za to szerzej oczy i skupiła się na tym, co budziło jej bezmierną fascynację. Uwielbiała latać. Miotłę w dłoni chwytała dość pewnie i choć nie była zainteresowana samą drużyną (ziewała na meczach, trochę nie rozumiejąc, jaką frajdę z gry mieli bierni widzowie), to fruwanie szło jej całkiem nieźle. Z pozostałymi dziedzinami bywało różnie. Przez jakiś czas potrafiła okazać zainteresowanie niemal każdemu przedmiotowi – w końcu przez wszystkie gdzieś przebijała się magia – ale uwaga zwykle była dość płytka i kończyło się na słuchaniu na lekcjach i zapominaniu o temacie tuż po wyjściu z sali. Tak sprawy miały się z transmutacją (była po prostu dziwna), historią magii (ile można siedzieć z nosem w książce), wróżbiarstwem (herbatka była do picia, nie do dopatrywania się w niej ukrytego znaczenia), starożytnymi runami (były fascynujące, ale ich akurat nie pojmowała). Numerologia nie była jej największym talentem, choć podłapała jakieś podstawy. To, co lubiła najbardziej, to zagadnienia bliskie jej sercu. Sympatię do astronomii wykazywała jeszcze w dzieciństwie, a dodatkowo każdej nocy mogła spoglądać na upstrzone gwiazdami niebo i to czyniło tę dziedzinę wyjątkową. Doceniała też każdy kontakt z magiczną florą i fauną, w końcu hodowla roślin była bliska jej sercu, a mieszkańców lasu w Dolinie Godryka traktowała jak swoich przyjaciół. Największe ulubowanie osadziła jednak w przedmiocie znienawidzonym przez wielu, w eliksirach. Może przywodziły jej na myśl herbatki pani Potter, a może było coś w niewinnie wyglądających fiolkach, które zdradzały niezwykłe właściwości; w każdym razie zdziwiła tym profesora, swojego brata, a także zazdrośnie spoglądające twarze rówieśników, gdy z niemałą gracją i precyzją ważyła kolejne odwary w swym kociołku. Zapatrzyła się w tę dziedzinę głęboko i wybierała częściej samotnie spędzane wieczory w bibliotece czy w szklarni, niż towarzystwo innych uczniów. Izolacja dawała jej poczucie bezpieczeństwa, była sposobem radzenia sobie z wieściami dobiegającymi spoza bram Hogwartu. Co prawda rówieśnicy dość często podejmowali próby wchodzenia z nią w kontakt, ale ona pogodnie się uśmiechała i dziękowała im, powracając do grubych skoroszytów wypełnionych jej własnymi notatkami. Gdy wracała do domu na wakacje i na święta, także nieco odstawała od reszty – rzadko się odzywała, choć uśmiech często gościł na jej ustach; spędzała raczej czas w szklarni lub dookoła domu, a najbardziej lubiła ich kilkudniowe wycieczki nad morze czy nad jezioro. Unoszenie się na tafli wody przypominało jej latanie – choć przecież mogłoby być uznane też za jego przeciwieństwo. Nigdy nie osiągnęła w nim niezwykłej wprawy, głównie z tego powodu, że wystarczyło jej, by móc swobodnie się w niej poruszać i nie potrzebowała czynić z niego własnego sportu. Choć to nie za innymi uczniami odczuwała tęsknotę, powroty do Hogwartu były przez nią wyczekiwane. Nawet jeśli z każdym rokiem nieco mniej. W murach zamku było na tyle dużo uczniów, że mogła pośród nich zniknąć; było tyle przejść i kryjówek, że mogła poczuć się, jakby była w nim całkiem sama. Rzadko odczuwała potrzebę spędzenia z kimś czasu. Dopiero na czwartym roku odnalazła kilku przyjaciół, których nie odstraszało jej bujanie w obłokach i którzy swą pewnością siebie działali na nią w pewien sposób kojąco. Jeśli chodzi o naukę to nie miała trudności z przedostawaniem się na kolejne lata nauki; miała trochę szczęścia, ale też na tyle rozsądku, by przed ważnymi zaliczeniami odnaleźć w sobie wystarczająco motywacji, by przyswoić odpowiednią dawkę informacji. Nie została nigdy prefektem, bo nawet się o to nie starała; z resztą nie miałaby cierpliwości angażować się w rolę strażnika zasad. Z resztą nie była świetna ze wszystkich dziedzin – dlaczego więc mieliby wybrać kogoś, kto wolał przesiadywać w oparach eliksirów niż brać udział w magicznych pojedynkach. Wolała oddać odpowiedzialne role innym, podczas gdy sama pozostawała nieco w cieniu. W skupieniu, zwracaniu myśli w stronę nadchodzących egzaminów, spędziła ostatni rok. Pisząc owutemy, starała się chować palce tak, by nikt nie widział obgryzanych z nerwów paznokci.


Zazdrość nie była pięknym uczuciem.
Paliła ją ogniem wstydu za każdym razem, gdy ją sobie uświadamiała. Nie chciała przecież zakochać się w chłopcu, który swoje serce oddał jej przyjaciółce. Widywała go, gdy przychodził odwiedzić ją w po zakończonych zajęciach w katedrze alchemii i uzdrowicielstwa przy Klinice Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga, do której obie uczęszczały na kurs. Naprawdę przez długi czas Effie starała się walczyć z uczuciem; wymyślała zawiłe wymówki, byle tylko nie skoczyć z nimi do pubu wieczorem, nawet starała się oddalić od dziewczyny, by w ograniczyć kontakt z owym młodzieńcem. Mówiła, że nie szło jej z anatomii (choć radziła sobie naprawdę dobrze) i musiała odbyć dodatkowe lekcje. Przychodziła na zaliczenia w innych godzinach. Była jednak wtedy brana za nieśmiałą i kolejne wysiłki były wobec niej czynione, by spędzać czas we trójkę. Żałowała momentami, że tak świetnie przygotowała się do owutemów (z pomocą znajomych z Ravencalwu, którzy z chęcią przyjęli ją do grupki w zamian za pomoc z eliksirami) i że dostała się od razu na ten nieszczęsny staż. Szala przelała się pewnego dnia, gdy tenże chłopak wysłał do niej list z prośbą o spotkanie. Brzmiało to zupełnie niewinnie, Effie miała pomóc mu wybrać prezentu urodzinowy dla przyjaciółki, a skończyło się na próbie pocałunku i pełnej kompromitacji z jej strony. Tego samego dnia złożyła rezygnację z kursu (pod koniec drugiego roku) i rozpoczęła prywatne doszkalanie z dalszym znajomym rodziny, który widząc jej potencjał zgodził się ją uczyć swojego fachu. Mówiła sobie, że to nawet lepiej – szpitale przyprawiały ją o gęsią skórkę, a kurs w Ministerstwie Magii był krótszy i nie pchał jej tak w stronę eliksirów leczniczych. Jej nowy nauczyciel był co prawda niezmiernie wymagający (chyba taka natura ludzi północy), ale przynajmniej pozwolił jej zapomnieć o niedawnych rumieńcach i skupić się na jakimś celu. Bo Effie nie wiedziała tak naprawdę, do czego dążyła. Kochała świat magii i wszystkie jego komponenty, jednakże nie czuła w sobie żadnego szczególnego powołania. Nie miała w sobie takiej troski, co jej mama, gdy została ratowniczką; nie miała tak wielkich ambicji, jak jej rodzeństwo; nie podążała za szacunkiem, jak jej ojciec. Warzyła eliksiry i zdobywała wiedzę dla własnej przyjemności; w świecie interesowało ją tak wiele, ale nic w swej specyfice nie pochłonęło jej zupełnie. Dlatego po zdanym egzaminie, podczas którego otrzymała certyfikat jednogłośnie ogłaszający ją pełnoprawną alchemiczką, spakowała swoje rzeczy i po wcześniejszym poczynieniu ustaleń z we francuskiej pracowni, ruszyła za granicę odkrywać świat. Przynajmniej tak jej się wydawało. Tak naprawdę rąbek tajemnicy ukazywał podobne schematy – dołączała jako najmłodszy członek zespołu i z początku często kończyła przygotowując najprostsze wywary. Pracowała z twórcami eliksirów, którzy zechcieli ją przyjąć i wędrowała do kolejnych, przeskakując między listami polecającymi współpracę z nią, a listami z domu. Z czasem chwyciła się pomocy przy badaniach, to dzięki temu utrwaliła podstawy numerologii oraz zdobyła pewne pojęcie o tym, jak wygląda proces powstawania nowych eliksirów. Jednakże, nigdzie nie usiedziała długo. Rzeczywistość i codzienność nie przemawiała do niej; nie chciała też słyszeć, jak dobrze powodzi się jej rodzeństwu. Nie chciała przywiązać się do innych ludzi czy do ich spraw. Wróciła do swojej tendencji zamykania się w sobie i przyjaznego potakiwania i już może miało być może dla niej za późno, gdy w jej progu stanęła siostra. Sobie znanymi sposobami odnalazła ją i zamknęła w milczącym uścisku. Ogłosiła, że wychodzi za mąż i że rodzina musi znów znaleźć się w komplecie. Coś w tych słowach przemówiła do Effie; tak długo starała się nie być częścią całości, że przyznała się przed sobą, że właśnie za tym tęskniła. Za własnym miejscem na ziemi.


Obiecała sobie zrzucić bagaż przeszłości.
Starała się nawet o pracę w Mungu, jednak czegoś jej w tym miejscu brakowało i jednak jeszcze przed ostateczną decyzją zrezygnowała z podjęcia tam pracy. Chwyciła się prywatnych zleceń, a nawet zbudowała całkiem stabilne życie w mieszkaniu na obrzeżach Londynu; dzięki piwniczce mogła tworzyć eliksiry, a wieczory spędzała wędrując po pubach lub odkrywając nowe miejsca związane z naturą lub z badaniami nad swoją ulubioną dziedziną. Odnowiła kontakt ze swoim nauczycielem, który służył jej radą i wskazówką, w zamian za pomoc przy nieco większych zleceniach, które otrzymywał. Powoli nastroje w kraju gęstniały, nie było trudno nawet o indywidualnych klientów, gdyż wielu czarodziejów znalazło się w pozycji, w której nie czuli się pewnie. Gromadzili zapasy, szykowali się na najgorsze. Jej najgorsze stało się w ’56, kiedy zaginęła jej matka. Tak po prostu. Umawiały się, że Effie niedługo ich odwiedzi w domu i że Harriett zrobi swoją sławną szarlotkę. Miały pięknie przystroić dom na nadchodzące święta. Czuła, jakby ściany dookoła niej zaczęły pękać, odsłaniając okrutne zęby rzeczywistości. Nie mogła uwierzyć, że coś takiego dotknęło jej rodzinę. Lwie serce Gryffindoru zabiło w niej mocniej i natychmiast podążyła do Doliny Godryka, licząc, że to tylko głupi żart i że mama zaraz wróci do domu; mijała jednak czwarta doba od zaginięcia. Mijały kolejne i nie było po niej śladu. Jedyną poszlaką był list wzywający ją do pomocy przy jakiejś kolejnej tragedii, a Harriett nigdy nie odmawiała. Nikt nic nie wiedział, nikt nic nie widział. Od tamtego czasu Effie starała się robić dobrą minę i była nienaturalnie troskliwa, lecz nie wszyscy dawali się nabrać. Pragnęła wziąć śledztwo we własne ręce, ale niespecjalnie wiedziała jak. Próbowała rozpytywać swoich klientów, wszyscy wzruszali ramionami. Rzeczywistość z jednej strony pędziła – niepewności w kraju przeradzały się we wzajemną wrogość – a z drugiej dla niej każda chwila trwała niemal wieczność. Jej ojciec stracił pracę w Ministerstwie i osiadł zrezygnowany w ich rodzinnym domu, siostra właśnie urodziła dziecko i także skryła się tam z mężem, by zupełnie nie oszaleć. I właśnie w tym momencie Effie zebrała w garść resztki swojej siły i udała się tam, aby zaopiekować się nimi wszystkimi. Może nie mogła wiele, ale powoli się tego uczyła. Najpierw dziękowała światu za to, że mimo wszystko urodzili się z czystą krwią i może nie sięgnie ich burza zrodzona z nienawiści. Jednakże obserwując zdarzenia, które następowały niczym pioruny raz po raz, traciła pewność, że ktokolwiek jest jeszcze bezpieczny.


Patronus: nie potrafi.









Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 +2 (różdżka)
Uroki: 0 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 30 +3 (różdżka)
Sprawność: 2 Brak
Zwinność: 8 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język dodatkowy: francuski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaII10
AstronomiaIII25
NumerologiaI2
ONMSI2
SpostrzegawczośćI2
ZielarstwoII10
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
SzczęścieI5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rozpoznawalność I0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Brak-0
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI½
PływanieI½
WspinaczkaI½
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (jasnowidz, półwila, wilkołak lub brak)-0
Reszta: 12,5


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Effie Potter dnia 28.11.20 23:19, w całości zmieniany 7 razy
Effie Potter
Zawód : alchemiczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
uśmiechnę się, gdy wieńce śniegu
zakwitną zamiast róż szeregu
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9029-filomena-effie-potter#271867 https://www.morsmordre.net/t9035-mandragora#272286 https://www.morsmordre.net/t9034-effie-with-an-f https://www.morsmordre.net/f155-dolina-godryka-chatka-z-winorosla https://www.morsmordre.net/t9036-skrytka-bankowa-1717#272290 https://www.morsmordre.net/t9038-filomena-peony-potter#272314
Re: Filomena ‘Effie’ Potter [odnośnik]29.11.20 23:39

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Filomena ‘Effie’ Potter Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Filomena ‘Effie’ Potter [odnośnik]29.11.20 23:40


KOMPONENTY łuska smoka, Krew jednorożca, Róg buchorożca, Róg dwurożca, Skórka boomslanga, Ślaz x2, Strączki wnykopieńki, Kwiat paproci

[01.12.20] Komponenty (lipiec/wrzesień)
[10.03.21] Komponenty (październik/grudzień)

BIEGŁOŚCI
[28.01.21] Wsiąkiewka (lipiec-wrzesień): + 1 PB

HISTORIA ROZWOJU[27.11.20] Karta postaci -50PD
[10.12.20] Wykonywanie zawodu lipiec-wrzesień +20PD
[12.12.20] [G] Zakup kota: -20 PM
[22.01.21] Aktualizacja postaci
[28.01.21] Wsiąkiewka (lipiec-wrzesień): +60 PD
[29.01.21] Osiągnięcia (Mały pędzibimber, Do wyboru do koloru): +60 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Filomena ‘Effie’ Potter Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Filomena ‘Effie’ Potter
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach