Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]30.11.20 23:34
First topic message reminder :

Salon

Przestronny salon z widokiem na ogródek, oświetlany żyrandolem z prawdziwymi świecami. Na centralnej ścianie wisi gobelin z drzewem genalogicznym Sallowów. Linia urywa się na Corneliusie, a miejsce po żonie Solasa jest wypalone.
Na dębowym parkiecie znajduje się purpurowy dywan, ściany zdobi ciemna boazeria.

Pułapki: Błyskotek (na drzwi wejściowe), Ostatnie Tango, Strach na gremliny (bogin wyskoczy zza gobelinu w salonie)


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made



Ostatnio zmieniony przez Cornelius Sallow dnia 30.04.22 0:04, w całości zmieniany 2 razy
Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155

Re: Salon [odnośnik]26.12.21 12:15
10 marca 1958


— Corneliusie — gdy wspinali się po schodkach prowadzących do wejścia do domu, ciepłe pomimo standardowej chropowatości akcentu ze Shropshire głoski wypełniły drżące od zimna powietrze. Narzeczony ofiarowywał nie tylko zmianę statusu matrymonialnego, lecz także otwierał szeroko drzwi do świata, do którego wkroczyć mieli oboje, do świata informacji i historii, kształtowania opinii publicznej (Valerie rozumiała siłę przekazu płynącą z jej dzieł, lecz gdyby Cornelius uznał za stosowne przepytanie swej narzeczonej z ich istoty, uznałby pewnie odpowiedzi za rozkosznie głupiutkie), a co ważniejsze — ciepłe ramię, o które mogła się wesprzeć. Drobna dłoń zacisnęła się na rękawie płaszcza mężczyzny nieco bardziej asekuracyjnie, choć gdy znaleźli się już przy drzwiach, gdy dżentelmeńska asysta nie była już wymagana, wyślizgnęła ją z uścisku, układając się skromnie ze swą siostrą na wysokości brzucha, w cierpliwym oczekiwaniu na wpuszczenie do środka.
— Bardzo mi w smak, że tak dbasz o swą prezencję — zamruczała wreszcie, gdy drzwi zamknęły się za nimi; oczekiwała, że Cornelius — jak na dżentelmena przystało — zaoferuje swą pomoc z rozdzianiem z płaszcza obszytego naturalnym futrem. Jeżeli tylko tak się stało, mężczyzna mógł dostrzec, iż na dzisiejszą okazję Valerie wybrała długą, choć mniej formalną suknię w kolorze ciemnej zieleni. Uważała ją za idealną odmianę od czerwieni, którą zwykła przywdziewać na scenie. Mniej formalny krój sukni nie oznaczał jednak, że można było uznać ją za skromną. Pasowała do pory dnia, podobnie jak upięte nisko włosy, z których dwa kręcone pasma puszczone zostały luźno po obu stronach jej twarzy. Gdy i Cornelius pozbył się okrycia wierzchniego, dłoń Valerie przesunęła się po rękawie szaty czarodzieja, samymi tylko opuszkami palców sunąc po krawędzi szwu. Nie mogła jednak oderwać wzroku od jego oczu; raz zadarta główka nie chciała opaść. Czuła się z nim dobrze i bezpiecznie, a prędkość, z jaką poruszali się przez tę relację czasami, wprawiała w zdziwienie nawet i ją. Ale Cornelius nie musiał wiedzieć, że podobne porywy serca działały na artystkę w sposób pożądany, stanowiąc wodę na młyn twórczej weny, kreatywności, której owoce będą zbierać przez długi, długi czas.
— Wydajesz się dziś rozpromieniony — zauważyła miękko, gdy przekroczyła próg salonu. Nie czekając na gospodarza, zatrzymała się w centralnym punkcie przestronnego pomieszczenia, a stanąwszy na palcach, obróciła wokół własnej osi tak, by zatrzymać się przodem do zdobiącego ścianę gobelinu. Suknia poruszyła się razem z nią, dając wyraźny sygnał co do planów Valerie na dzisiejsze popołudnie. Stukot przywdzianych na tę okazję pantofelków poniósł się po pomieszczeniu, gdy w milczeniu zbliżyła się do ozdoby. W Vanity Palace nie mieli podobnego tworu, pokolenia minione wspominało się przez kompozycje i inne dzieła, których autorstwem mogli się pochwalić. Taki rodzaj honorowania przodków był dla niej nowością; wcześniej zarezerwowaną wyłącznie dla szlachciców. — Jest cudowny — miała w sobie zdecydowanie za dużo taktu, by pytać o wypalone miejsce obok Solasa. O linię zatrzymaną na Corneliusie nie musiała się martwić, wiedziała przecież, że to się zmieni i to, o ile gwiazdy będą im sprzyjać, całkiem niedługo. Zamiast tego pochwaliła więc dzieło sztuki, wrażliwa na wszelkie jej odmiany.
— Wspominałeś ostatnio, że samotne wyjście na Sabat Nottów było dla ciebie nieprzyjemne — subtelny powrót do pamiętnej rozmowy w garderobie, stukot pantofli, gdy skracał się dystans i nieustępliwe wejrzenie jasnych oczu próbujące wyłapać jakąkolwiek wskazówkę z lica, nad którym pan Sallow miał przecież stuprocentową kontrolę. Zazwyczaj. — Jesteś pewien, że to tylko ze względu na brak partnerki?
Delikatnie uniesiona tonacja pytania zbiegła się z równie subtelnym wzniesieniem brwi. Różdżka z drewna brezylki wykonała pełen obrót — Valerie była ciekawa, czego w domowym zaciszu słuchał Pan Rzecznik. Pewnie równie mocno jak on, gdy pierwszy raz zakłócił jej pokoncertowy spokój.
— Dzielni, sumienni pracownicy Ministerstwa Magii, zwłaszcza tak wysokiego szczebla, nie mają czasu na naukę tańca, mylę się? [bylobrzydkobedzieladnie]


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.


Ostatnio zmieniony przez Valerie Vanity dnia 09.01.22 11:43, w całości zmieniany 1 raz
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Salon [odnośnik]29.12.21 5:24
Jednak 10.03

Pierwszy raz wprowadzał dziś narzeczoną do domu w Chelsea, do domu, który kupił dla innej kobiety. Zbyt drogo, w okresie boomu na rynku nieruchomości. Zbyt nieprzemyślanie, zanim teleportacja została utrudniona. Gdyby dzisiaj wybierał miejsce zamieszkania, z pewnością zdecydowałby się na okolice bliżej Ministerstwa, na krótszy spacer do pracy. Niegdyś lubił przechadzać się po parkach Chelsea i ogrodach Kensington, ale anomalie pogodowe i zima stulecia obrzydziły mu nawet to. Teraz, gdy z pewną niepodobną do siebie tremą pokazywał Valerie swój dom, przyszło mu na myśl, że mogliby przecież kupić nowy. Może nawet w Shropshire, gdy sytuacja z teleportacją się uspokoi? Prawdę mówiąc, wszystko zależało od niej, od tego jak teraz zareaguje, od tego, czy postanowi uczynić dom w Chelsea swoim. On nigdy nie był do niego szczególnie przywiązany, nie aż tak, jak do okupowanego przez ojca Sallow Coppice.
-Podoba ci się tradycyjna moda? - zauważył z radością, gdy go skomplementowała. -Wraca do łask po wyplenieniu z Londynu mugoli, ale gdy wyjeżdżałaś z Anglii, moją szatę można by uznać za staromodną.- zauważył, odbierając od niej futro. Naprawdę powinien mieć kamerdynera. Z uznaniem zawiesił wzrok na jej sukni - ciepłe, jak na niego, spojrzenie chyba wystarczyło, jak na polityka przystało słowa dawkował oszczędnie. Czasem szczodrze, ale wtedy, gdy to konieczne. Wyrośli z Valerie z dziecinnych zabaw i flirtów, czuł się przy niej na tyle stabilnie aby grać aktorsko mniej niż przy innych.
-Może tylko odbijam twój blask. - skwitował z rozbawieniem, a potem podążył za jej wzrokiem. Starannie ominął spojrzeniem plamę po Jade, podobnie jak własną gałąź, przypominającą mu o pustce w jego linii, o stracie syna. Cóż, oby to niedługo się zmieniło. Dziecka nie można zastąpić, ale można mieć nowe, w dodatku przez siebie uznane.
-Słucham? - wymamrotał z pewnym zdziwieniem, bowiem nie takiego obrotu rozmowy się spodziewał. Valerie obracała się już wokół własnej osi i włączała różdżką gramofon, w pomieszczeniu wybrzmiały dźwięki opery, a on kolejny już raz zadziwił się śmiałością narzeczonej. Najpierw nazwała go starym kawalerem, moment przed nieformalnymi oświadczynami (te oficjalne miały dopiero nadejść), a teraz wypominała mu umiejętności taneczne?
-Nie mamy czasu na ćwiczenia. - sprostował dumnie, bowiem poznał jakieś podstawy w młodzieńczych latach - i szybko pozbył się ich z głowy, wraz z całą bezużyteczną wiedzą. Co prawda starał się nigdy niczego nie zapominać, ale umiejętności fizyczne nie były w jego fachu szczególnie potrzebne. Nie spodziewał się w końcu trafić na salony. Ani oświadczyć artystce scenicznej...


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made



Ostatnio zmieniony przez Cornelius Sallow dnia 09.01.22 5:11, w całości zmieniany 1 raz
Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Salon [odnośnik]29.12.21 16:05
Na całe szczęście, gdy na przełomie grudnia i stycznia Valerie kupowała swój dom, położony zaskakująco niedaleko, ceny na rynku nieruchomości nie były już tak wysokie. Gdyby nie konieczność odpowiedniego urządzenia wiktoriańskiej kamienicy tak, by odpowiadała nie tylko potrzebom, ale gustu dwóm pokoleniom pań Vanity, pewnie pozostałoby jej jeszcze trochę pieniędzy z wdowiej doli. Valerie podchodziła jednak do konieczności wydawania pieniędzy dość lekko — niezaznawszy nigdy materialnej biedy uważała, że odkładające się w Gringotcie pieniądze traciły w ten sposób wartość, że zawsze lepiej było trzymać je w czymś znacznie bardziej wartościowym. W pierścionku z kolorowym oczkiem, w płótnie zawieszonym nad kominkiem w salonie, w najwyższej jakości instrument, na którym gry uczyła się córka. Takie myślenie doprowadziło ją do stanu niedookreślonego, gdzieś pomiędzy przywiązaniem a jego brakiem. Miłość do Shropshire była miłością trudną — przypominała spacer po rozżarzonych węglach, ale chyba wszyscy tam zrodzeni pragnęli kiedyś wzbić się w ciężkie powietrze, uciec z tamtego miejsca, przebytować choć chwilę, nawet w podłych warunkach, byle zrzucić z siebie ciężar pochodzenia. Jakaś tragiczna moc ciągnęła ich jednakże zawsze do domu; widziała tę skazę w sobie, w Septimusie, który po latach bytowania w Niemczech powrócił do Vanity Palace, nawet w przeklętym Hectorze Vale, którego jak na złość spotkała na promenadzie w stolicy, w miejscu, do którego plugawcy jego pokroju nigdy nie przystawali. Ostrożnie założyła, że z Corneliusem było podobnie. Wracał do ich rodzinnych stron w rozmowie, czasami samym tylko przeskoczeniem między akcentami dając do zrozumienia, że nie ważne, jak prędko uciekali — Shropshire zawsze potrafiło ich dogonić, wgryźć się w miękkie tkanki serca, zmiażdżyć je pod kłami, podobnie dzikim zwierzętom. Ostatecznie wszystkie fale wyborów rozbijały się o dobro jej córki. Nie wiedziała, czy potrzebna jej była kolejna zmiana; Berlin i Londyn różniły się od siebie już zanadto, choć gdyby Cornelius wyraziłby życzenie przeprowadzki — jako żona podążyłaby za nim. Jako matka, zrobiłaby wszystko, by kolejna tranzycja okazała się dla córki jak najmniej problemowa.
Radość rozbrzmiała w zazwyczaj zachowawczym tonie mężczyzny, a Valerie nie chciała ukrywać tego, z jaką łatwością przyszło jej odpowiadać na wszelkie jego reakcje. Była w końcu artystką, ekspresywną duszą. Może nie tak impulsywną i chaotyczną jak najstarszy z jej braci, lecz wciąż podatną na porywy wyobraźni i wysoce emocjonalną. Obawiała się, że długotrwałe tłumienie emocji z tym, z którym obiecała nie mieć żadnych sekretów i niedomówień skończyłoby się podobnie jak w przypadku biednego Septimusa.
— Klasyka nigdy się nie starzeje — odparła przekonana o prawdziwości swych słów; przecież jeszcze w styczniu odwiedziła Dom Mody Parkinsonów, przyglądała się najnowszej kolekcji, w której wiele elementów pokrywało się ze strojem Corneliusa. Smukłe palce sięgnęły czarnej wstążki związanym pod ozdobnym kamieniem, obróciły ją kilkukrotnie pomiędzy sobą. — Dzisiejsza Anglia to zupełnie inne miejsce niż to, które opuszczałam. Nawet w Londynie da się wreszcie odpocząć bez tego przeklętego szumu... — Valerie miała oczywiście na myśli usunięcie mugoli oraz ich podłej maszynerii, której dźwięki w największym stopniu uprzykrzały jej życie półstałej rezydentki stolicy przed laty. Drobny nosek zmarszczył się nawet w wyrazie obrzydzenia na samo wspomnienie; w Berlinie wciąż panował hałas. — To dziejowe zwycięstwozniżyła głos do poufnego szeptu, cytując prawdopodobnie jedno z wielu zdań na podobny temat z dowolnego numeru "Walczącego Maga". Zdanie, które Cornelius obracał na języku i topił w atramencie przelewanym na pergamin już od dłuższego czasu. Niedługo będzie rok? — Niemieckie ministerstwo mogłoby uczyć się skuteczności, ale wolą czekać i deeskalować. Podobno uznali, że mugole sami doprowadzą do swojego upadku. Podzielili miasto na części, wyobraź sobie. Podobno chcą postawić mur przez środek miasta i łudzić się, że to zatrzyma tych... tych... — klatka piersiowa śpiewaczki uniosła się wyżej w konieczności nabrania większego oddechu, choć jedno spojrzenie posłane ku jej twarzy wyrażało w najlepszym przypadku surową dezaprobatę względem podobnych pomysłów, w najgorszym zaś — jawne oburzenie.
Wulkan emocji na całe szczęście udało się uspokoić tak prędko, jak został obudzony. Odetchnęła z ulgą, choć gdzieś na skraju tego westchnienie dźwięczały dzwonki chichotu. Dłoń Valerie odruchowo przylgnęła do ust, skrywając za nimi obnażone w uśmiechu jasne zęby.
— Gwiazdy twego formatu nie potrafią świecić światłem odbitym — odparła prędko, posyłając mu długie, wymowne spojrzenie spod wachlarza ciemnych rzęs. — I nie powinny. Pamiętaj o tym.
To tylko dobra rada od kogoś, kto wiedział, jak poruszać się w świecie ludzkiej uwagi. Kto nie zamierzał poprzestać na tym, co już posiadał, kogoś z nieposkromionym apetytem na więcej.
Chwilę później pokój wypełnił się dźwiękami opery i to nie byle jakiej. Valerie zatrzymała się w połowie ruchów, wsłuchując się w pierwsze dźwięki. Znajome. Sztuka wysoka i muzyka z nią związana były Valerie bliskie na tyle, że potrafiła w mig odgadnąć nie tylko tytuł dzieła, ale też moment fabuły, w którym się znajdowali. Gdyby wybrzmiały dźwięki czegoś mniej poważnego, a już Merlinie broń, muzyki mugolskiej, nie potrafiłaby jej dopasować tak prędko.
Teraz już nie potrafiła powstrzymać chichotu, który towarzyszył jej krokom.
Carmen? Naprawdę? — spytała jakby z delikatnym niedowierzaniem, ale również rozbawieniem, chyba dodatkowo podbijając zaskoczenie Corneliusa tym, jak bardzo śmiała potrafiła być w ocenie sytuacji, gdy zostali z nią sami. Nie czekając na jego reakcję (słowa, które powiedział starczyły jej za wszelką pewność, Cornelius Sallow tańczyć nie potrafił), ułożyła jego prawą dłoń w dolnej części swych pleców, blisko talii, lewą dłoń chwyciwszy w swą prawą tak, by unieść ją do wymaganego dla pozycji wyjściowej walca angielskiego poziomu. — Zatańcz ze mną. To bezpieczniejsze niż zakochanie się w cygance.
Jasnoniebieskie oczy skrzyły z ekscytacji i rozbawienia, a coś w melodyjnym tonie Valerie zdradzało, że prędko swych zamiarów nie będzie chciała porzucić.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Salon [odnośnik]29.12.21 22:13
Gdyby miał od nowa wybrać moment kupienia domu, uczyniłby to latem zeszłego roku, gdy mugole zniknęli z Londynu i zwolnili mnóstwo pustych, pięknych will. To oni byli liczniejsi, to oni mieli pieniądze, ich mieszkania i domy były odpowiednio wystawne i łatwo dało się je wyremontować po czarodziejsku. Kilka lat temu nie mógł jednak przewidzieć, że stolica opustoszeje i znacząco przepłacił w porównaniu do ceny, którą za swój dom zapłaciła Valerie. Nie zamierzał się jej do tego przyznawać, rzecz jasna. Omówią miejsce zamieszkania na spokojnie - a wtedy będzie dumny z jej inwestycji oraz z jej uległości i gotowości podążenia za mężem, dokądkolwiek by sobie wymarzył.
Takiej żony szukał.
Widział jak żywo reaguje na jego dobry humor, w swej ekspresyjności była równie promienna jak Septimus albo jeszcze ktoś kogo znał bardzo dawno temu, a to wszystko było tylko wisienką na torcie, miłym dodatkiem ocieplającym wnętrze salonu. Nie szukał kogoś takiego, nie szukał szczerości, a jedynie pewności - ale skoro przez tyle lat nie zdecydował się na inne małżeństwo z rozsądku, to może podświadomie i wbrew sobie szukał właśnie kogoś takiego. Przyłapał się na tym, że uśmiecha się przy niej częściej niż zwykle, że te uśmiechy są nieświadome i szczere - a nie przywoływane na twarz na zawołanie niczym maska, jak przy innych.
Z nieco pobłażliwym uśmiechem wysłuchał, jak pięknie zapaliła się na tematy polityczne - tematy, które w teorii były jej obce, ale o których rozprawiała z kobiecym wdziękiem. Przez myśl przemknęło mu, że sam lubił niegdyś szum samochodów, ale błyskawicznie stłumił ten durny sentyment.
-Niemcy - zaczął, ujmując delikatnie dłoń narzeczonej i nachylając się aby złożyć delikatny pocałunek na jej czole. -nie powinny cię już obchodzić. - przypomniał jej cicho, acz stanowczo. -Francja, Egipt i Hiszpania idą już za naszym przykładem, Ministerstwo pracuje nad tym aby dołączyły do nich kolejne europejskie kraje. - niech dyplomatą zajmują się dyplomaci. Jeśli na jakimś koncercie przyda się polityczna wstawka, Cornelius sam napisze takową dla narzeczonej. Dobrze wiedzieć, że potrafiła wygłaszać podobne peany z odpowiednim entuzjazmem i oburzeniem, spisze się doskonale.
Uniósł lekko brew w odpowiedzi na śmiały i dosadny komplement. Kąciki ust drgnęły w ledwo powstrzymywanym, łagodnym uśmiechu.
-Przyjmę tą radę od gwiazdy muzycznej sceny. - zgodził się, skłaniając lekko głowę przed jej blaskiem. W porównaniu do Valerie Krueger faktycznie cała promieniała - tak jakby ostatnie miesiące w jakiś sposób ją uzdrowiły. Obserwując tą przemianę, poczuł się z siebie dumny. I z Septimusa, rzecz jasna - Septimusa, którego gniew zapoczątkował to wszystko.
Muzyka zdawała się ją rozweselić - lecz choć Cornelius lubił muzykę operową ogółem, to nie znał się na niej, poszczególni kompozytorzy, tytuły i libretta myliły mu się o ile nie widział ich na scenie. Nie nadążył za tokiem skojarzeń Valerie - i choć początkowo westchnął jedynie w duchu i nawet chętnie wyciągnął do niej dłoń (miło będzie zatańczyć, nawet jeśli tego nie lubił; być blisko) to ostatnie zdanie w połączeniu z jej uśmiechem zmroziło go lodowatym prądem.
Zakochanie się w Cygance.
Layla nie była Cyganką, ale była mugolką, a to równie poniżające.
A Valerie - co uświadomił sobie dopiero teraz, za późno - śmiała się równie szczerze, równie pięknie, całą sobą. Zamrugał, gdy teraźniejszość wspomniał się z niechcianymi wspomnieniami, gdy perspektywa tańca w salonie przypomniała mu o jej rozwianej spódnicy gdy wirowała w parku, w deszczu, gdy radość znów nieproszona zakradła się do jego życia.
Szczęście kończyło się przecież tylko jelitami w cudzych wspomnieniach, jelitami porzuconymi w przedpokoju.
Cofnął gwałtownie dłoń, cofnął się o krok i tylko dzięki zimnym nerwom zapanował nad sobą, nie spytał skąd?, choć pytanie samo cisnęło się na usta. Skoro otrzymał upiorny anonim, to ktoś miał szansę wiedzieć. Jej morderca? Ktoś, komu Marcelius powiedział przed śmiercią?
-Co proszę? - wybrzmiało lodowato, bo choć narzeczona wyznała mu już własne dawne grzechy to mdliło go na myśl o potencjalnym przyznaniu się do własnej winy.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Salon [odnośnik]29.12.21 23:13
Samochody kojarzyły się Valerie z dwiema rzeczami, których nie lubiła równie silnie, co ognia i krwi. Niepotrzebnym hałasem, który ranił jej uwrażliwione muzyką uszy, dodatkowo kalecząc naturalną zdolność wyłapywania odpowiednich tonów. Warkot silników, piski opon... To wszystko rzadko kiedy łapało się w granice czystych brzmień, stanowiąc swoistą płachtę na rozgniewaną śpiewaczkę, potrafiło doprowadzić do paskudnych migren. Z drugiej strony zanieczyszczenia wiszące w wilgotnym od otaczającej stolicę wody powietrzu nie wpływały dobrze na jej drogi oddechowe. A jako profesjonalna śpiewaczka musiała dbać także o płuca — nie mogła pozwolić sobie, by cokolwiek wpłynęło na czystość i siłę jej głosu. Mugolskie żelazne bestie swym oddechem podrażniały jej gardło, prędko stając się okolicznością szczególnie niepożądaną, wymagającą od niej przede wszystkim pozostawania w dzielnicach stricte czarodziejskich. Dopiero od stycznia wyruszała nieco dalej, poznawała miasto, które od początku powinno należeć do czarodziejów.
W swym stricte prorządowym rozgniewaniu nie zwróciła nawet uwagi na pobłażliwy uśmiech. A może nie chciała go jako takiego odbierać? Wiedziała, że nie znała się na polityce dobrze, mogła wyłącznie przekazywać narzeczonemu swe obserwacje językiem, który słyszała od swych bardziej poinformowanych braci (orientujący się w polityce artyści bywali rzadkością, a jednak się znajdowali) czy przeczytała na jednej ze stronnic odpowiednich pism. Ocknęła się, dopiero czując ciepłe palce ujmujące jej dłoń. Wraz z uniesieniem główki, kolejną próbą skrzyżowania spojrzeń poczuła również jego wargi muskające jej czoło. I mogłaby rozpłynąć się w tym geście, niespodziewanej czułości. Mógłby nie mówić już nic, mógłby nawet karcić ją najbardziej surowym tonem, na jaki było go stać — usłuchałaby, zupełnie jak teraz.
— Nie powinny — powtórzyła za nim, drżącym szeptem. — I nie obchodzą. To zamknięty rozdział — dodała, tym razem z większym naciskiem. Determinacja odmalowała się na jej twarzy w wyraźnych barwach, by niedługo później ustąpić wyrazom spokoju. To już nie jej kraj, zresztą — Niemcy nigdy nie stały się jej ojczyzną. Czarne proroctwa jej pasierba spełniły się dość prędko, nigdy nie zaznała spokoju na tamtej ziemi. Gdyby tylko mogła, wolałaby nie pamiętać tamtego okresu. Zbyt dużo razy skrapiała tamtą niewdzięczną ziemię swymi ciepłymi łzami.
Tym większa była jej ulga, gdy wiedziała, że była bezpieczna. Że nikt nie wyśle jej na powrót do obcego kraju. Bracia zgodzili się na jej ponowny ożenek i to właśnie dziś zamierzała przekazać Corneliusowi dobrą nowinę. Posiadając taką wiedzę, nie można było więc dziwić się, że nastrój miała niezwykle wręcz dobry. Może wręcz prowokowała do spróbowania poczucia go inaczej, niż tylko za pomocą dostępnych wszystkim zmysłów.
W odpowiedzi na komplement jeszcze raz przytknęła jego dłoń do swej klatki piersiowej. Główka przekrzywiła się w kierunku lewego ramienia, złote loki puszczone swobodnie po obu stronach twarzy poruszyły się razem z nią.
Ucieszyła się, że przyjął jej propozycję równie chętnie. Sama zdążyła ułożyć się w odpowiedniej pozycji, brodę zadzierając nieco wyżej niż zazwyczaj, aż...
W miejscu ciepłej dłoni pozostał tylko zimny pęd powietrza, w miejscu zajmowanym do tej pory przez Corneliusa — pustka. Ręka wysunięta wprost do ułożenia na jego ramieniu zawisła w powietrzu, lecz nie drgnęła. Jasnoniebieskie tęczówki powłóczyły za nim. Tęczówki, w których odbiło się czyste niezrozumienie tego, co przed chwilą miało miejsce. Uśmiech — początkowo zastygnięty, jakby w szoku nagłym obrotem sytuacji — zniknął z jej ust, wargi rozchyliły się lekko, jakby pragnęły zadać pytanie.
Zamiast tego zadrżały, chyba ostrzegawczo, gdy powoli wychodziła z roli tancerki.
Carmen, ta opera — odezwała się cicho, słowa sączyła powoli, bo niewiele potrafiło przejść przez zaciśnięte z nerwów gardło. Dłonie skryła za siebie, nie chciała, by widział, jak drżą. Wystarczyło przecież przyjrzeć się jej postawie. Broda zadarta wysoko, jakby skryć się pragnęła za zasłoną z własnej dumy i muzycznej wiedzy podkreśliła napięcie zwłaszcza w rejonie szyi. — Opowiada historię cyganki i żołnierza. Ona go zwodzi, on dezerteruje. Ona odrzuca jego zaloty, wybiera innego po tym, gdy ten ryzykował dla niej w s z y s t k i m co miał. Później wbija w jej pierś... — słowa ugrzęzły w gardle. Valerie z oczywistych powodów nie lubiła noży. Podbródek zadrżał ostrzegawczo, a ona nie potrafiła już spoglądać na swego narzeczonego. Tym razem i ją zalała fala wspomnień. Drobne dłonie zaciśnięte w pięści, pobielałe knykcie — Cornelius mógł dostrzec je całkiem prędko, obróciła się bowiem prędko i energicznie, woląc przez moment szukać spokoju i zrozumienia w ściennym gobelinie.
— Sztylet. Wbija jej w pierś sztylet i wyznaje miłość — powróciła do kontroli nad głosem. Choć głoskom, które wypowiadała, daleko było do wcześniejszej rozbawionej delikatności. Ton miała grobowy i ciężki, choć drżące ramiona jak nic innego zwiastowały nadchodzący płacz. Cornelius pogrążony we własnych winach przypadkiem przypomniał o tej, która ciążyła również nad Valerie.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Salon [odnośnik]30.12.21 4:38
To zamknięty rozdział. - to właśnie pragnął usłyszeć, więc spojrzał na Valerie z dumą, o wiele łagodniej. Uśmiechnął się, bardziej poruszony niż chciałby to przyznać. Gdzieś na dnie serca czuł się chyba zazdrosny o Kruegera, choć wiedział, że to uczucie było bezpodstawne. A może nie tyle zazdrosny, co przestraszony? Legilimencja nigdy nie pozostawała bez wpływu dla legilimenty. Wykradzionych wspomnień nie dało się przenieść do myślodsiewni, a cudze uczucia i traumy pozostawały z Corneliusem. Strach tamtej prostytutki, ostrze noża przy szyi, świadomość, że mógł zrobić to samo Valerie i że najprawdopodobniej okaleczył lub zabił inne kobiety. Przełknął ślinę, gdy lęk ścisnął go za gardło we własnym salonie. Zamrugał, próbując skupić się na dotyku narzeczonej, na cieple jej skóry.
-Zostawmy przeszłość za sobą. - oznajmił, albo może poprosił. Chciałby móc spełnić własną prośbę, ale wspomnienia - cudze i własne - go stworzyły, były jego częścią, nie potrafił się ich pozbyć. Wracały nieproszone, jak przy dźwiękach arii Carmen.
Cofnął się o krok, obserwując jak ręka Valerie zawisła w powietrzu, jak smukłe palce nadal muskają ramię niewidzialnego partnera. Jakby była na scenie - pomyślał i nie wiedzieć czemu, myśl ta wzbudziła w nim gorycz. Widział niezrozumienie w jej minie, widział rozczarowanie w jasnych oczach i nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Że życie bywało rozczarowujące, Valerie? Że ich historia nie będzie ani radosna ani usłana różami, bo sam rozsypał na własnej drodze kolce?
Stracił trzy osoby, które kochał, dwie z własnej winy. Widział jak czwarta sprzedała dla ambicji duszę, jak bez skrupułów mordowała każdego na swojej drodze. Pomagał jej w tym. Deirdre pozostanie w jego życiu w niedalekiej przyszłości, zbrodnie popełniane w imię Rycerzy Walpurgii również, a cieni Marcela i Layli - oraz świadomości, że rozczarowałby Solasa - nie pozbędzie się już nigdy. Nie, nie mógł tańczyć w deszczu ani słuchać o mezaliansach. Niósł ciężar własnego - paranoiczną obawę, że sekret kiedyś się wyda.
Valerie streszczała mu operę, a on przypominał sobie, że faktycznie widział ją na scenie.
To przypadek. - próbował się uspokoić. Nic nie wiedziała. Nie mogła nic wiedzieć. Ulga, która go zalała, była odwrotnie proporcjonalna do uczuć narzeczonej. Gdy on się odprężał, to ona spięła mięśnie, to jej palce pobielały. Odwróciła się tak ekspresyjnie, że nawet nie czuł pokusy sprawdzenia magią jej emocji. Ton, którym wypowiedziała słowo sztylet wyjaśnił mu wszystko.
Postąpił o krok do przodu i chwycił Valerie za przedramiona - mocno, choć o wiele delikatniej niż kiedykolwiek robiłby to Franz. Stanął tuż za nią, jego szept zawisł tuż przy jej uchu. Nadal mogła patrzeć na gobelin, na puste miejsce przy imieniu Corneliusa - miejsce przeznaczone dla niej, miejsce okupione krwią.
-To historia Carmen, sztylet w piersi. - wyszeptał, strategicznie odwracając uwagę od własnej reakcji (która nadal mogła wydawać się Valerie niedorzeczna, jeśli nie podejrzana).
-Najłatwiej celować w brzuch, wiesz? To w niego zadali kilkanaście ciosów, jeden po drugim. To nie miała być zbrodnia z pasji, to miał być bestialski mord. Za to zapłaciliśmy z Septimusem, to widziałem w ich wspomnieniach, to usunąłem z ich wspomnień. - nigdy jej tego nie opowiadał, choć najwyraźniej powinien. -Trzewia i jelita - to nie widok na scenę, zapach jest nieznośny. - głos drgnął mu lekko, gdy po raz kolejny uświadomił sobie ironię sytuacji. Franz miał zginąć skutecznie i w poniżający sposób. Gdy obmyślał plan z Septimusem nie wiedział jeszcze, że pewien szmalcownik potraktował w ten sam sposób Laylę. Że już nie żyła. Zobaczył to dopiero po fakcie, we wspomnieniach Marceliusa - widzianych mniej dokładnie niż myśli tamtych mugolskich zbójów, ale o wiele bardziej poruszających.
-Patrzysz na swoje miejsce na moim drzewie genealogicznym, na miejsce opłacone jego krwią. Unieś brodę, Valerie, i zrozum, że musisz być z tego dumna. Że rodzina zawsze była dla Sallowów powodem do dumy, a dla... historii tej rodziny zrobilibyśmy wszystko. - dobór słów nie był przypadkowy, a stojąc tyłem, nie mogła widzieć jego zadziwiająco smutnej miny. Znam cenę krwi, Valerie, zrobiłem już w s z y s t k o. Zostawiłem na śmierć krew z mojej krwi, by historia Sallowów pozostała bez s k a z y.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Salon [odnośnik]30.12.21 11:05
Była gotowa spełnić jego prośbę. Zostawić przeszłość za sobą, nie ważne, ile będzie ją to kosztować. Gdzieś w głębi duszy to właśnie tego pragnęła; zapomnienia, owiania ją przyjemną mgiełką niewiedzy, stąpania po jej mlecznobialej powierzchni, błogo nieświadoma tego, że na jej własnych rękach — zrobili to przecież d l a n i ej, Septimus i Cornelius — spoczywała krew, choć nigdy o nią nie prosiła, nie wprost. Marzyła, oczywście, że marzyła, aby byłego męża spotkał zasłużony los. Nie chciała jednak, by miało to cokolwiek wspólnego z nią samą. Może bała się, że zemsta tego człowieka silniejsza jest od śmierci, że sięgnie do jej gardła raz jeszcze, tym razem ręka mu nie zadrży, a jej krzyków, krzyków podobnych rannym ptakom, wysokich i ciągnących się tak długo, jak starczało powietrza, jak długo grube, silne palce niemal nie miażdżyły tchawicy, nie dosłyszy już nikt. W końcu nikt nie chciał ich słyszeć, dopóki sama o nich nie opowiedziała, dopóki nie zmoczyła kołnierza własnemu bratu.
Pozostawiona samopas przeszłość była sierotą. A sieroty mają to do siebie, że uparcie szukają ostatnich wiązek łączących je z wspomnieniami, z ludźmi, od których zostały odcięte.
Tak oto przeszłość powracała do Valerie w falach. Ukłucia żalu raniły przede wszystkim podbrzusze, przełykane raz po raz łzy były ciężkie, niczym kamienie, ledwo przeciskały się przez jeszcze jasne ścianki gardła. Nie rozumiała, co właściwie miało miejsce. Czym sprawiła Corneliusowi przykrość? Przecież starała się tak mocno, chciała, by wiedział, jak bardzo zachwycona jest jego towarzystwem, jak dobrze się z nim czuje. Realizacja, że poczucie to było jednostronne, zachwiała całą jej pewnością siebie, zachwiała nią samą, strąciła czarę smutku, która zetknąwszy się z podłogą, rozlała wokół śpiewaczki nieprzebrane morze smutku. Nie chciała, by to widział. Nie chciała, by wiedział, jak wielką władzę ma nad nią, choć było to przecież oczywiste dla ich obojga, oczywiste od pamiętnej sierpniowej nocy. Cornelius lubił podkreślać, że byli dorośli, że wyrośli z gierek i podstępstw, bo właśnie tak było. I jak do tej pory Valerie nie musiała niczego mu udowadniać. W pewnym sensie chciała, nawet pragnęła tego, by jego charakter nadał jej jakieś ramy, w których mogła bezpiecznie oddawać światu energię swych gorących, rozdmuchanych artyzmem emocji.
Drgnęła wyraźnie, gdy na jej zimnych przedramionach znów poczuła jego dłonie. Uścisk był mocny, choć jednocześnie znacznie l ż e j s z y od tego, do którego zdążyła... tak przywyknąć, jak i odwyknąć. Pozycja, w której znajdowały się jej ręce — ściągnięte za plecami — była tym elementem, który mógł wpłynąć na je nastrój jeszcze silniej. Ściągnęła ręce w dół, łopatki do środka, przez co jednocześnie napięła mięśnie pleców tak silnie, jak struny skrzypiec, na których przygrywał jeden z jej braci, jednocześnie eksponując klatkę piersiową jeszcze mocniej, wyrzucając ją do przodu. Odruchowo uniosła też brodę, drżące z niepewności i szczerego niezrozumienia spojrzenie wbijając dokładnie tam, gdzie Cornelius miał nadzieję, że się patrzyła. W puste miejsce przy jego boku, które zapełni się wkrótce nie jednym, a minimum dwoma portretami. Jej i dziedzica.
Pragnęła coś powiedzieć. Słowa zazwyczaj spływały z jej ust, gęsto i słodko, jak miód. Teraz jednak, gdy Cornelius wbrew wszelkiej logice tłumaczył jej — jej! Scenicznej artystce i kobiecie o zbyt silnej wrażliwości, by znieść takie opisy z bezduszną fascynacją! — szczegóły morderstwa, spomiędzy wciąż drżących warg nie wydostało się żadne z nich. W głowie zrobiło się nagle pusto i lekko, otwarte dotąd w przerażeniu powieki opadły do połowy, a ona sama zachwiała się w posadach, cofnęła o krok, dla pewności opierając się plecami o silną sylwetkę narzeczonego.
— Nie mów już nic, błagam... — szepnęła słabo i smutno; w słowach jej nie było złości, choć złościć się powinna. Swą nieprzemyślaną reakcją Sallow zniszczył bowiem plan na przyjemnie spędzone popołudnie, które miast rozbrzmiewać w rytm stukotu pantofli do tańca i operowych arii, przybrało kolor krwi i zapach trzewi rozplaskanych na bruku. Cornelius mógł czuć, że było jej zimno i widzieć — w końcu głowę miała zadartą dość wysoko, a tył jej oparty o jego ramię — że pobladła znacząco i nie wyglądała najlepiej. A mimo to nie spuszczała oczu z zieleni gobelinu, powtarzając w kółko mantrę, że rodzina była najważniejsza.
Nie miała przecież wątpliwości, że było to nie tylko jedyne, ale też najlepsze wyjście. Że jej brat zrobił to przecież dla niej, lecz wraz z kolejnymi słowami Corneliusa zaczynała wierzyć coraz bardziej, że tylko Septimus kierował się tym sentymentem w całości. Była coraz bardziej pewna, że Sallow, może i początkowo zgodziwszy się na pomoc pięknej siostrze swego przyjaciela, prędko odnalazł w tym swój własny cel, drogę ku własnej chwale, aż zadrżała ponownie, myśl ta uderzyłaby ją — fantomowy sztylet wbity w podbrzusze...
Gdyby nie to, że wciąż pamiętała, jak jeszcze chwilę temu się uśmiechał. I nie potrafiła znaleźć w tym nic zdrożnego, nic, co świadczyć mogło o nieprawdziwości tego gestu. Pamiętała, jak przyglądał jej się z milczącym uznaniem, pamiętała, jak całował — w garderobie, po nieoficjalnej propozycji, jak człowiek pewny siebie, zupełnie szczery i pogodzony z ogniem własnych pragnień — jak ona całowała go, na pożegnanie po kolacji, w zacienionej, a przez to ukrytej przed niepożądanymi spojrzeniami części schodów przed jej własnym domem. Tak nie zachowywał się człowiek oświadczający się tylko w wyniku chłodnych kalkulacji, rachunku zysków i strat. Chciała być pewna, chciała wierzyć, że wszystko to, czego się dopuścili — że ta krew na rękach, sztylety wbite w jamę brzuszną, flaki, ten podły zapach, którego czuć nie chciała, a opowiadany przez Corneliusa owładnął nią całą — że to wszystko nie poszło na marne, nie stało się tylko dla kaprysu polityka, który potrzebował na już utalentowanej, zdrowej małżonki czystej krwi zdolnej do rodzenia mu synów.
Rodzina zawsze była dla Sallowów powodem do dumy.
A Valerie niedługo miała stać się jej częścią.
— Gdybym zrodziła się tarniną — melodia zupełnie inna od rozbrzmiewającej wciąż operowej arii. Melodia przeznaczona dla uszu jej wybranka, płynąca cicho, choć pewnie, po kres swój krucha, jak kobieta, która ją śpiewała, a jednak silna uściskiem, w którym trzymał ją Cornelius. — Chciałabym być ścięta przez ciebie, rzucona przez ciebie... — twórcze natchnienia przychodziły w niespodziewanych momentach i to właśnie był jeden z nich. Wzniosła podbródek wyżej, na inkaustowaną dewizę rodziny, litery składające się w słowa w języku łacińskim.
Non est arbor solida nec fortis nisi in quam frequens ventus incursat.
— Do podsycenia stosu, w którym spalasz swych wrogów.
Nienawidzili ognia. Nienawidzili dymów. Ale to tradycyjna kara. Odpowiednia dla ich nazwiska. [bylobrzydkobedzieladnie]


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Salon [odnośnik]05.01.22 17:12
Poprosiła go, by nie mówił więcej. Jego, Corneliusa Sallow. Srebrnoustego polityka. Czy pamiętała, kim zdecydowała się związać? Zostawił przecież decyzję jej, wyłożył karty na stół - prawie wszystkie, pomijając jedynie dawno pogrzebany (w Tamizie, w Tower, w zawalonych kamienicach?) sekret. Nie zamierzał pytać o zgodę Septimusa, ale chciał by małżeństwo było jej wyborem.
-Słowa, słowa, słowa... - westchnął, wtulając na moment nos w zagłębienie szyi Valerie. Była taka drobna, drżała teraz z emocji. Czy udźwignie ciężar jego słów, jego grzechów, jego tajemnic? Musiała.
-Widziałem to, trzykrotnie, z perspektywy każdego mordercy. Czułem to, co oni czuli, gdy sięgali po noże. Zabiłem go trzykrotnie, Valerie, dla ciebie. Czy słowa to w porównaniu z tym dużo czy mało? - syknął jej do ucha, trzy perspektywy, bryzgająca krew, każdy detal wyryty w pamięci i te cholerne jelita. Przesunął ustami po jej bliźnie, wyczuwalnej pod magią iluzji, ten detal też zapamiętał - Franz Krueger wyrył go na jego sercu, tak jak nóż wyrył linię na jej skórze. Przeklęci Kruegerowie, wrzody na rodzinie Vanity. Niegdyś nie uważał się za człowieka zdolnego do zabijania własnymi rękami, krew uważał za obrzydliwą, ale pewne wyznania Septimusa i coraz głębsze zaangażowanie w wojnę go zmieniły. Zabił Franza Kruegera cudzymi rękami, ale teraz już wiedział, że mógłby - że chciałby - zrobić to osobiście.
-Jestem politykiem, jestem Sallowem, nigdy nie przestanę. - mówić, mówić, mówić. Musiała się przyzwyczaić.
Delikatnie okręcił ją wokół siebie, chcąc by oderwała wzrok od drzewa genealogicznego, by spojrzała prosto na niego.
-Nie żałuj go, Valerie. Nie zniósłbym tego. - spojrzał jej prosto w oczy, czy śmierć była okrutna czy nie, Franz Krueger na nią zasługiwał. W zielonych tęczówkach zatańczyły płomienie zazdrości, bo choć nienawidził ognia, to ogień w nim płonął. Lasy i stosy, tacy byli.
Płomienni i zazdrośni. Nawet bezpodstawnie, bo wiedział, że nie mogła czuć nic do tamtego człowieka. Był zazdrosny o okruch dobrego serca i wrażliwości, który kazał wzdrygać się jej na te słowa, podświadomie pragnął pochwał za swój okrutny czyn, za utkanie misternego planu, który oszczędził Septimusa i uratował jej życie.
-Zjedz albo zostań zjedzonym, Valerie. Nasza rodzina wespnie się na szczyt, a w twojej i swojej obronie zrobię wszystko, bez oglądania się na innych. Jeśli masz jakiekolwiek skrupuły, wyjdź. Jesteś wolna, nie ogłosiliśmy zaręczyn publicznie, Krueger nie żyje i zabiłbym go tysiąckrotnie nie bacząc na to co z nami będzie, więc ciesz się wdowieństwem i karierą i swoimi sentymentami. - cofnął się o krok, krzyżując ręce na ramionach. Nie miał na to czasu, na gry i zwlekanie. Na pewno nie miał ochoty na to, by po latach wypominała mu okrucieństwo, bo to dopiero początek. Jego rodzina i rodzina Vanity były już bezpieczne, ale w Shropshire nadal gnieździli się sympatycy rebelii, a konflikt nadal toczył Anglię.
I wtedy zaczęła śpiewać.
Surowe oblicze złagodniało, a Cornelius przymknął oczy, myśląc sobie, że uwielbia jej głos.
Nie chciałby go tracić ze swojego życia.
-Zaśpiewaj to w Shreswsbury, na otwarciu nowego placu targowego. - poprosił, podnosząc na nią wzrok.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Salon [odnośnik]05.01.22 18:14
Nie przerywał.
Mówił, wciąż mówił, każdym słowem — jak szponami — wbijając się w nią coraz mocniej. I choć Valerie doświadczała okropieństw przez dziesięć lat swego życia, nigdy nie potrafiła się do nich przyzwyczaić. Każda przemoc wymierzona w jej kierunku rysowała taflę szkła, z której została stworzona. Nie była stalowa, nie była silna. Była jedynie kobietą, artystką o drżących dłoniach, w których trzymała roztrzaskiwane co rusz i cierpliwie składane serce. Serce, które świadomie — w obliczu zrzucenia masek, swoistego katharsis, które przecież ujawniło Corneliusowi jak niewiele o swym położeniu wiedziała Valerie — chciała podarować właśnie mu.
Mówił.
Wciąż mówił.
Słowa o słowach, słowa z nosem w zagłębieniu szyi, gorący oddech na delikatnej skórze rozlewał się falami ciepła po reszcie ciała, drobne ciało znów się zatrzęsło — tym razem jednak nie ze strachu, nie z paniki, nie w oczekiwaniu za dłonią, która za chwilę znajdzie jej włosy, która odchyli głowę w tył, wystawi szyję wprost pod ostrze. Dreszcz był ciepły, chciała chyba odnaleźć jego dłonie, być jeszcze bliżej, jakby to w fizycznej bliskości Corneliusa czuła się najpewniej, jakby wyłącznie to, że był tuż obok, pozwalało jej na zachowanie resztek odwagi na podjęcie z nim dyskursu.
— Mało — dumnie uniesiony podbródek pozwolił na jeszcze dogodniejsze dotarcie do skrytej blizny. To test, przeszło Valerie przez myśl, choć te miała głośne, nieznośnie głośne, obrazy pojawiające się w wyobraźni tylko czekały, aż zamknie oczy na dłużej, ale ona niezmiennie — na złość sobie, może i jemu — wpatrywała się w gobelin, choć najchętniej odwróciłaby głowę, szukała jego zielonych oczu, nieistotne czy chłodnych w pogardzie, czy łagodnych w zachwycie, nawet płonących z zazdrości. Nie chciała brać głębszych wdechów — może w obawie, że nawet najdrobniejsze poruszenie wzruszy jego uwagą, że przeniesie ją gdzieś dalej, może znowu na jej brata, na własne interesy, na pracę. Delikatnie rozchylone wargi wypuściły z siebie napowietrzone westchnienie. Jego dotyk był i n n y, był przyjemny, nie budził strachu, choć strachy czaiły się wokół nich, umyślnie rzucone przez Sallowa zatrute ziarna.
Nie stawiała mu oporu; chyba nie potrafiła. Chyba myśl o oporze nigdy nie miała odwagi pojawić się w jej głowie, nie przeciwko niemu. Lecz gdy Cornelius spojrzał w oczy swej narzeczonej, w jasnobłękitnych oczach, mógł widzieć w nich szczerą rzewność.
Nie potrafiła mówić o swych uczuciach poza formą muzyczną. Jej okrutny mąż złamał skrzydła naturalnej czułości; oddawała ją w gestach, w uśmiechach, jakie mu słała i chichotach, które jeszcze przed chwilą wypełniły salon niespodziewaną melodią. Oddawała we wspięciu się na palce, wyżej niż wysokość oferowana przez pantofle do tańca, w sięgnięciu do jego twarzy, tym razem dwoma rękoma, ciepłe dłonie na szorstkich od zarostu policzkach i nieprzemijający kontakt wzrokowy, pomimo wiszących między nimi smutku i złości.
— Nie jego żałuję, lecz ciebie — wyszeptała wreszcie, choć miękki głos ledwo odnajdywał siły, by przebić się przez inne dźwięki zalewające salon. Nos przy nosie, usta przy ustach, ich gorące oddechy splatały się ze sobą, Valerie znowu traciła grunt, ale w jej sercu nie można było odnaleźć strachu przed upadkiem. — Nie powinieneś brać w tym udziału. Uratowałeś mnie za cenę czystości swoich rąk. Czy było warto? — pytała, choć nie chciała słyszeć odpowiedzi innej niż tak. Poderwana przez niego z ziemi nigdy nie zatęskniłaby za gruntem. Odcięta od powietrza odnalazłaby inny sposób na oddychanie. Wiedziała, że robiła dobrze, zgadzając się na ponowne zamążpójście, ale pragnęła — w naiwnych odruchach serca — by o tym wszystkim zapomniał. By zaczął priorytetyzować siebie, choć właśnie tak postępował do tej pory.
— Uratowałeś mnie, Corneliusie — szeptała więc, wprost w jego usta, wargi muskały delikatną skórę przy niektórych samogłoskach. Lewa dłoń zsunęła się z policzka, ciepłe palce odnalazły za uchem drogę na jego kark, pod ciemne włosy. — I jestem ci za to wdzięczna. Będę nawet po śmierci. Pozwól mi uczynić cię szczęśliwym mężczyzną.
Tylko o to proszę. Nie zdążyła tego powiedzieć, on znów odsuwał się o krok, krzyżował już ręce na piersiach, a Valerie w odpowiedzi — pchana znaną tylko szczerze kochającym kobietom upartością — skróciła ich dystans ponownie. Ten człowiek zrobił dla niej tyle, zabił męża—sadystę, uratował brata, darował jej i córce nowe życie, a ona oceniała go tak surowo. Jakie miała do tego prawo? Deklarował szczerze i z ogniem w oczach, że obroni ich. Nie siebie, nie ją. Ich. W jego słowach, może w sercu, stanowili już wspólny byt, a mimo tego, ostatni raz ofiarowywał jej wolność. Wolność od siebie.
Coś, czego nie mogłaby znieść.
Gdy skończyła śpiewać, odszukała jego dłonie. Dłonie, które poprowadziła na swą talię w geście, który mówił więcej, niż jakikolwiek pierścionek wciśnięty na palec. Nie spuszczała z niego wzroku, na wciąż znaczonej surowości twarzy odnajdując pierwsze oznaki łagodności. Czekała, aż znów na nią spojrzy.
— Jeżeli szczęśliwszy będziesz beze mnie, odejdę — nie wierzyła, że słowa te wydostały się z jej ust. Nie chciała odchodzić. Nie potrafiła mówić o emocjach, oddawała je w gestach. Tak jak teraz, gdy raz jeszcze wspięła się na palce, gdy złączyła ich wargi ze sobą, bez pytania, bez poszukiwania jego wcześniejszej aprobaty. Chciała ich spróbować, jeszcze raz, a potem kolejny, aż nie starczy im oddechów. Chciała, by pocałunek był pieczęcią, którą złoży na ich sercach, już na zawsze, na wieczność, nie ważne, co stanie im na drodze. — Jeżeli pragniesz mnie przy swoim boku, będę kroczyć z tobą na koniec świata. Nie uchylę się przed niczym, nie znajdziesz niczego, co stanie pomiędzy nami, pomiędzy rodziną, dla której zrobię wszystko. Krueger nie żyje, Niemcy niech spłoną, wraz z moją przeszłością, a ja tańczyć będę na tych zgliszczach, jeżeli chwała Sallowów będzie tego wymagać.
W jej słowach odbicie znajdował pożar, który swe źródło odnalazł w jego oczach. Oboje nie lubili ognia, ale ogień oczyszczał, trawił wszystko, co podłe i plugawe, powinien strawić truchło Franza i każdego, kto stanie im na drodze.
— Zaśpiewam — dodała wreszcie, łagodniej, jakby z innego czasu i innej przestrzeni. Shropshire pachniało lodem o każdej porze roku, lecz Londyn nieprzerwanie płonął.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Salon [odnośnik]07.01.22 1:37
Zastanawiał się, czy się bała. Wspomnień o Kruegerze, myśli o jego śmierci, męskiego dotyku, wreszcie jego. Jej wolność nie trwała długo - może nie każda ptaszyna była stworzona do lotu pod gołym niebem, może niektórym było lepiej w złotych klatkach. Łudził się, że tym razem sama tą klatkę wybierze, bez udziału dumnego ojca i nieodpowiedzialnego brata. Tyle, czy to naprawdę był wybór? Był jak na razie jedynym kandydatem, w dodatku bliskim przyjacielem rodziny, przyznającym się do wyeliminowania jej małżonka-potwora. Nawet jeśli powiedziała tak, to czy to była decyzja, tak naprawdę?
Co, jeśli za kilka lat zacznie żałować, zacznie nim gardzić, jak Layla na poddaszu pełnym pieluch, w mieszkaniu, które dla niej wynajął i które niegdyś tak się jej podobało? Kobietom nie można ufać, ludziom nie można ufać, to istoty przerażająco zmienne i chaotyczne. Rozpoznawał ten chaos w sobie, przy Layli, przy Deirdre, teraz przy Valerie - ten bałagan go przerażał.
Bał się, że zobaczy w jej oczach strach - ale gdy ich spojrzenia znów się skrzyżowały, dostrzegł tam zgoła co innego. Miękkość, łagodność.
Co to było? - zapytał się dla formalności, ale nie musiał pytać, przecież wiedział.
Już był kochany.
-...mnie? - szepnął, kręcąc lekko głową. Może i dla Valerie pierwszy raz ubrudził sobie ręce krwią, ale...
-Nie jestem dobrym człowiekiem, Valerie. - wydusił przez ściśnięte gardło. -Nie byłem już wcześniej. Robiłem i będę robił różne rzeczy dla siebie, dla rodziny, dla polityki i wojny. - wydawał się posępniejszy niż w jej garderobie w sierpniu. Gdy wracał myślami do tamtych chwil, czuł niemalże nostalgię. Nie wiedział wtedy jeszcze, w jaki sposób zamordowano Laylę. Myślał, że Marcelius wyjechał do Francji. Nie przelał jeszcze krwi na wojnie.
-Było warto zrobić coś dla ciebie. - uśmiechnął się słabo, ale z zielonych oczu nie znikał pewien niepokój. Szczęśliwym? Czy w ogóle zasłużył na szczęście?
-A ty? Ty mogłabyś być tu szczęśliwa? - rozejrzał się po salonie, zatrzymując wreszcie wzrok na drzewie genealogicznym. Tu, w tej rodzinie?
Zaczęła odpowiadać.
-Nie oświadczałbym ci się, gdybym chciał pozostać starym kawalerem. - wtrącił z leciutką irytacją, gdy zaczęła odwracać kota ogonem. Żadnych gier, tak się umówili. Ale polem mówiła dalej, łagodnie i śpiewnie. Jej słowa były najpiękniejszą muzyką. Przymknął na moment oczy, próbując wychwycić fałszywą nutę, palce zacisnął na drewienku różdżki - niemalże mimowolnie, w pokrzepiającym odruchu.
Tańczyć na zgliszczach, zapomnieć o Niemczech, poświęcić się rodzinie - brzmiała jak żona idealna, ktoś gotowy zostawić przeszłość za sobą.
Brzmiała jakby...
...otworzył oczy, skupiając się na magii, teraz musiał się dowiedzieć. Wziął urywany wdech, z zaskoczeniem.
-Brzmisz, jakby to nie był dla ciebie tylko układ, Valerie. Brzmisz, jakbyś... jakby... - brakło mu słów, niespotykane. -...jakby w grę wchodziły uczucia.
Czy to możliwe...?



wyczuwam emocje Sad st 51, +6 z talizmanu


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Salon [odnośnik]07.01.22 1:37
The member 'Cornelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 93
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Salon [odnośnik]08.01.22 20:13
Serce Valerie drżało. Drżało ze strachu przed agresywnym mężem, przed żądnym zemsty za odrzucenie pasierbem, drżało na widok krwi, drżało na wzmiankę o jelitach rozplaskanych na bruku i o zapachu, który był zbyt okropny, zbyt brzydki na scenę. Bała się, oczywiście, że się bała. O dobro swej córki, w której żyłach płynęła krew czysta, lecz znaczona skazą Kruegerów. O siebie, bezbronną pomimo skrzydeł protekcji, które próbowali roztoczyć przed nią wszyscy z jej braci. Ale teraz najbardziej obawiała się o Corneliusa.
Czy była jego Carmen? Czy był świadom, jakie konsekwencje przyniesie mu decyzja o wynajęciu zabójców, o wzięciu na siebie ciężaru zbrodni zbyt istotnej, by pozostawić je w rozedrganych dłoniach Septimusa? Czy przez nią nie napotka go jakaś nieprzyjemność, nawet najmniejszego kalibru? Nie wybaczyłaby sobie, gdyby z jej powodu stało się cokolwiek, co mogło mieć realne przełożenie na wszystko, co do tej pory osiągnął. Ciężką pracą, dedykacją, sprawnym lawirowaniem pomiędzy trudnymi wyborami. Te, które podejmował do tej pory, doprowadziły go do tego miejsca. Do salonu przestronnego domu w Chelsea, w którym gościł ją po raz pierwszy. W którym wydawał się być... zaskoczony? Czy może znów rozczarowany jej słowami?
Skupiła na nim wszystkie zmysły, całą uwagę. Wykształcony przez lata spędzone w towarzystwie muzyki, pracą nad emisją głosu i panowaniem nad nim słuch wyłapał zmianę tonu. Różnice równie subtelne jak ta mogły przemknąć nad głowami osób niezaznajomionymi z muzyką, lecz Valerie była uważnym obserwatorem. Musiała być. Odpowiednio wczesne zauważenie zagrożenia pozwalało na uniknięcie najgorszych skutków ataku. Choć blizna na szyi pokazywała, że nawet jej zdarzały się momenty nieuwagi. Dziś mogłaby nawet przymknąć oczy — bliskość Corneliusa pozwalała na pełne wykorzystanie możliwości wykształconego na słuchanie ucha.
Nie chciała jednak odwracać od niego wzroku. Nie miała do tego powodu. Wręcz przeciwnie — jasnobłękitne spojrzenie wciąż ciągnęło do jego postaci, pomimo widocznego przygnębienia wciąż odpowiadając mu tą samą łagodnością. Podskórnie czuła, że tego właśnie potrzebował. Kto bowiem lekko znosił konieczność podzielenia się z kimkolwiek, że nie widzi się jako dobrej osoby?
— Dla mnie zawsze byłeś dobrym człowiekiem... — wyszeptała, a nawet gdyby Cornelius nie skupiał się na magii, wiernej przyjaciółce wspomagającej jego niezwykłe umiejętności, mógłby z powodzeniem wyczuć, że czułość, z którą wypowiadała to zdanie, nie nosiła znamion fałszu. Jakże by mogła? W połączeniu z rękoma, które zarzuciła mu na szyję, z główką zadartą do góry i przejęciem wylewającym się z całej jej mimiki widać było, że jego słowa, ten potencjalny brak wiary w siebie, ubódł także i ją. — Dla przeżycia robimy wiele rzeczy, najdroższy... Nie mogę cię potępiać tylko dlatego, że ratujesz siebie, najbliższych, wszystko, co drogie twemu sercu. Jest wojna, każdy to robi. Jako twoja narzeczona, kiedyś również żona, jestem świadoma, że biorę na siebie odpowiedzialność za wszystkie twe czyny. I chcę nosić go z dumą — to była świadoma decyzja. Taka, której oczekiwał i której lękał się Cornelius. Czy wobec pewności, z jaką wypowiadała te słowa, mógł odetchnąć z ulgą? Położył karty na stole już wtedy, w przymierzalni, dziś odkrywał je powoli, jedna po drugiej. Valerie nie odchodziła od stołu, nie odwracała oczu. Sama sięgała po kolejne, tak jak teraz, gdy...
Gdy stanęła na palcach, składając następny pocałunek na linii szczęki mężczyzny, który mówił o tym, że było warto zrobić coś dla niej. Który uspokoił zaniepokojone bicie serca swej narzeczonej, narzeczonej, która była mu nie tylko wdzięczna, która niemal promieniała, gdy on pytał o to, czy mogła być szczęśliwa.
— Już jestem — tu, przy twoim boku. Niezależnie, czy będziemy w Chelsea, czy Kensington, a nawet poza Londynem, w Shropshire, chłodnej Szkocji, ciepłych wybrzeżach Francji. Mówiła pewnie, z przekonaniem, słowa płynęły z jej ust gładko i miękko, bez cienia wcześniejszej nerwowości. Wreszcie wszystko poczynało się układać — nerwową reakcję Corneliusa wyjaśniła sobie zaskakującą niepewnością, próbą upewnienia się, że decyzja o zamążpójściu była podjęta świadomie, nie wyłącznie przez grzeczną wdzięczność, do której skłonność miały kobiety podobne Valerie.
I to złapało za jej serce jeszcze mocniej, prowadząc do kolejnego, niemal wzruszonego monologu.
— Więc nie mów o tym, że jestem w o l n aupomniała go, łagodnie, choć nie była w żadnym wypadku podobna do matki upominającą dziecko. Na końcu zdania zadźwięczał rozczulony chichot, podobny raczej młodej trzpiotce lub... komuś, kto w odurzającej miłości znalazł się po raz pierwszy. Nie zdziwiła się, gdy przymknął oczy — w tamtym momencie przesunęła jedną z dłoni raz jeszcze po jego szyi, jeden kosmyk ciemnych włosów zagarniając mu za ucho.
Zaskoczenie — czy to aby na pewno zaskoczenie? — i wiążący się z nim urywany wdech nie mógł ją przygotować na to, jakie słowa i w jaki sposób padną...
— Corneliusie... — uśmiech rozlał się na jej wargach, a Valerie jedną dłoń, opartą do tej pory na jego ramieniu, przyłożyła raz jeszcze do swych ust, tłumiąc nieco zawstydzony chichot. Policzki spąsowiały lekko, a to w połączeniu z emocjami, które Cornelius musiał wyczuwać (były zaskakująco silne, czyste, jednoznaczne) dawało obraz szczerego, niemal nieprzystającego do ich wieku zakochania. — Dorosła kobieta nie powinna zakochiwać się tak szybko, ale... — nie mylił się, gdy doszedł do swego wcześniejszego wniosku. Był kochany. Valerie mówiła o tym pewna swego, lecz magia była jeszcze głośniejsza. — Pamiętasz, jak przyjeżdżałeś do Vanity Palace? Gdy Septimus wrócił nagle z Berlina? Rozmawialiście długo w salonie, a on cały czas mnie stamtąd przeganiał... — powrót do wspomnień sprzed niemal piętnastu lat pomógł także w kolejnym wybuchu emocjonalności. Valerie była czystym płótnem, na którym malowało się jeszcze dziewczęce zauroczenie, przechodzące z każdą mijającą sekundą w dojrzałą, kobiecą miłość. Bez czerni kłamstwa. — Pisywałeś wtedy artykuły. Zbierałam je wszystkie i czytałam, gdy przechodziłam obok was, ale nigdy nie zauważyłeś.
Dłoń odsunęła się od ust, Valerie wygładziła nieistniejącą zmarszczkę na swej zielonej sukni.
— Już w tamtej chwili cię kochałam. Dla mnie to nigdy nie był układ. Ale zrozumiem, najdroższy, zrozumiem, jeżeli dla ciebie jest właśnie tym — pomimo radosnego tonu, tak w mowie, jak i w oczach oraz emocjach pojawiła się nuta smutku. Zaraz za niej popłynęło jednak zrozumienie. Zarówno swojej sytuacji, jak i możliwego podejścia Corneliusa. — I o mojej miłości mówiłam, gdy w garderobie obiecywałam dać ci coś cenniejszego od gier i niedomówień...
Niech dzieje się to, co musi.
Valerie jednym ruchem odsłoniła wszystkie swoje karty.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Salon [odnośnik]09.01.22 5:26
Cornelius nie sądził, że jego serce potrafi jeszcze drżeć. Hartował je latami, hartowali je też inni. Surowy ojciec, Solas robiący maślane oczy do Jade, wyznający swe grzechy Septimus, rzucająca talerzami Layla, zdradziecka Deirdre, Marcelius z odciętą dłonią. Drzewo niesmagane wiatrem nie wyrasta silne i zdrowe, a ilekroć Cornelius kogoś pokochał, kończyło się to porywistą wichurą. Valerie zdawała się pragmatycznym, bezpiecznym wyborem - tak przynajmniej sobie wmawiał, ignorując fakt, że w jego życiu przewinęło się już sporo bezpiecznych i spokojnych kobiet z dobrych rodzin, że nigdy nie wybrał żadnej z nich, że dla Valerie zbrukał sobie ręce krwią, a legilimentując kochankę jej męża poczuł złość tak płomienną, że ogień w piersi nie zgasł do dziś.
Zacisnął mocno usta, gdy uznała go za dobrego człowieka, chcąc skutecznie zdusić cisnący się do gardła gorzki śmiech. Była prawdziwą siostrą swojego brata. To samo mówił Septimus, gdy zabili Kruegera i w tym samym salonie opłakali straszne sekrety, gdy zdał się na jego łaskę, a Cornelius groził, że zabije jego kochanka i zrobi mu magiczną lobotomię. Może Vanity znali się na muzyce, ale czasem chyba nie potrafili uważnie słuchać albo nie rozumieli sensu zimnych komunikatów Sallowa.
Odwrócił wzrok. Świadoma, dumna. Nie, nie była niczego świadoma. Słodka Valerie, nieświadoma jego sekretów. Szczęka zadrgała lekko, usta zacisnęły się jeszcze mocniej, nie odpowiedział - wręcz dusił w sobie słowa odpowiedzi. Chyba żadnej nie znajdował. Przymknął oczy, gdy go pocałowała - jej zapach był słodki, słowa i decyzja też, dlaczego zatem czuł gorycz?
Zbliżała się do niego wytrwale, zapewniając o tym, że będzie, ale w głębi duszy chyba jej nie wierzył. Ilekroć postępowała krok do przodu, tylekroć wycofywał się bardziej, w ciemność, do której nie mogła mieć dostępu.
-Cieszę się zatem, że to twój wybór. - skwitował wreszcie, bowiem - choć coś ściskało go za gardło - słów nigdy mu nie brakowało, nie mogło. W duchu obiecywał już sobie, że dopełni swojej części tej transakcji, że zadba o to, aby Valerie żyła wygodnie i by niczego jej nie brakowało, by „Walczący Mag” (a, gdy poszerzy tam swoje wpływy, również „Czarownica”) z zachwytem opisywał jej występy, by Septimus się godnie zachowywał i ożenił jak na pierworodnego przystało, by ich dzieci odziedziczyły posiadłość w Londynie i Sallow Coppice, by wojna nigdy jej nie zagroziła, a polityka nie musiała jej obchodzić. Powinno mu być lżej, teraz, gdy tak gorliwie zapewniła o swoim zrozumieniu wobec czynów, których dopuszczał się dla dobra najbliższych. Nie było - dlaczego, dlaczego, dlaczego?
Sięgnął wreszcie po magię, jedyny pewnik, jedyne pocieszenie. Jasność, klarowność, kontrolę. Legilimencja pozwoliła mu wyczuć emocje Valerie - poczuł je wyraźnie, gdy się odezwała.
Cofnął się o krok, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczyma.
Zakochiwać.
Usta zadrżały lekko.
-Pamiętam. - wychrypiał. Wszystko pamiętał, to jego błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Wizyty u Septimusa, Septimusa skulonego w rogu tego salonu, wymioty w donicy ledwo żywej orchidei, bliznę na szyi, dłonie Kruegera na swojej szyi tamtej dziwki, jelita które wypruł wypruwane Kruegerowi, jelita Layli, oddech lorda Black na szyi Deirdre, uśmiech Valerie na bankiecie w Berlinie, przyśpieszony oddech Valerie gdy zapowiedział morderstwo jej męża, śpiew Valerie w walentynki, ciepło kobiecego ciała w ogrodach Preen Manor, Valerie, Valerie, Valerie, Valerie.
Mówiła, mówiła dalej, choć korciło go, by jej przerwać. Czuł emocje, które towarzyszyły tym słowom - radość i smutek, słodycz i gorycz, intensywność, która musiała chyba być miłością. Zrobiło mu się niedobrze, nie mógł oddychać, nie mógł jej przerwać, brakło mu słów - choć nie powinno.
-Valerie... - chciał przestać, oderwać się od jej emocji, ale nie mógł przestać. Palce bolały, ale wciąż kurczowo zaciskał je na drewnie pau ferro, skrytym w kieszeni szaty. Głos zabrzmiał słabo, jakby z daleka.
-Ja... - potarł czoło lewą dłonią, odwracając się w stronę gobelinu. Utkwił wzrok w swojej linii, pustej, pustej, pustej.
-Kochałem dwa razy. - słowa brzmiały głucho i martwo, jakby wypowiadał je ktoś inny. We własną mowę zawsze potrafił tchnąć odpowiednie emocje, potrafił mówić z pasją, nigdy tak bezbarwnie jak teraz. -Deirdre mnie zdradziła. Z lordem Black. Dlatego ostrzegałem cię, że trudno przychodzi mi... zaufanie. - uśmiechnął się gorzko, kwaśno. Stał odwrócony do niej profilem, nadal uporczywie patrzył na gałęzie gobelinu.
-Ale przedtem... byłem bardzo młody. Naprawdę bardzo młody. - pau ferro boleśnie obcierało dłoń, nigdy jeszcze nie ściskał różdżki tak mocno. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, a drewno pęknie, tak jak on pękał teraz. -Ona już nie żyje. Dała mi syna, on też najprawdopodobniej nie żyje. - zdążył zahartować się w wichurach, ale niedostatecznie. Nigdy nie trafi na drzewno genealogiczne Sallowów, nigdy nie zazna ani chwały ani bezpieczeństwa w mocnych gałęziach. Został sam, sam z matką, której nie umiał uratować, która była równie ufna jak Valerie, biedna Valerie. Nie umiał uratował też siebie, choć już dawno mógł być we Francji, występować we włoskich cyrkach, może nawet uciec do Stanów. -Był krnąbrny, głupi i niepokorny. Skończył w Tower, a chociaż nie przyłożyłem ręki do ich śmierci to nie zrobiłem nic, aby im pomóc. Nie byli Sallowami. - poczuł gorycz na języku, bo Marcelius był przecież Sallowem choć wybrał inne nazwisk, płonął w nim ogień jego wujka, idealizm i upór Solasa, na zimowym jarmarku obronił nieznajomego człowieka złotym językiem godnym własnego ojca, był piękny i żywiołowy jak jego matka, a gdyby Cornelius ośmielił się go naprawdę pokonać to spłonęliby oboje.
-Ty będziesz je nosiła, ale czy teraz coś to dla ciebie zmienia? - syknął, jednym ruchem odsłaniając wszystkie karty i ukrócając dawne kłamstwa. Czuł tępy ból w skroniach i ściśniętym gardle, a zarazem czuł, jakby był bardzo, bardzo daleko. Nigdy nie zdradził nikomu tego sekretu, wydźwięk własnych słów o Marceliusie był tak dziwny, że aż nierealny.
Nie był dobrym człowiekiem.
Był człowiekiem, który zaraz wymaże jej pamięć, jeśli jej emocje okażą się teraz zbyt gwałtowne

wyczuwam emocje Valerie Sad


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Salon [odnośnik]09.01.22 5:26
The member 'Cornelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 74
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Salon [odnośnik]09.01.22 12:38
Nie trzeba było posiłkować się magią by wyczuć, że powietrze wypełniające salon po raz kolejny zrobiło się ciężkie od niedomówień (mówiłeś, że ich już nie będzie...), od gotujących się w poukrywanych kotłach emocji. Jakiego rodzaju były to emocje? Mogła wyłącznie zgadywać, próbować domyśleć się na podstawie tego, co już miała przed oczami. Nie odrywała od Corneliusa wzroku, widziała każde zaciśnięcie ust, mocniejsze zarysowanie się linii szczęki. Dlaczego tak się działo? Przez pokój przelała się pierwsza, rześka fala smutku. Może to dobrze? Intensywność miłości, słodkiej miłości, potrafiła przecież zemdlić. Smutek miał zupełnie inny smak, choć błyszczał w oczach Valerie równie pięknie, co radość z bliskości narzeczonego.
Miała dość dystansu; ten znaczył jej małżeństwo, długie i nieszczęśliwe. Pragnęła mieć przy sobie człowieka, z którym naprawdę chciała spędzić resztę życia, niezależnie od tego, czy będzie długie i owocne, czy krótkie, bo następnego dnia straci uwagę, poślizgnie się na marmurowych schodach teatru, do którego może pójdą we dwójkę, może pogna tam sama — i spocznie, jak zawsze w karminie, tym razem z jej własnej krwi, płynącej rzeką spomiędzy jasnych loków, może już rdzawych, w dół bieli schodów, pozostawiając ostatni namacalny ślad po tym, że kiedyś istniał ktoś tak jak ona. Pragnęła jego towarzystwa, chmurnego i górującego nad nią wśród słów ostrych jak noże, których sensowi wymykała się z gracją sprawnej gimnastyczki, którą przecież była. Pragnęła jego towarzystwa, rozpalonego w płomieniach pożądania i zazdrości, którą prezentował kolejny już raz, w jednej chwili proponując jej wyjście, w drugiej pytając się, czy to t y l k o układ. Pragnęła go wreszcie w delikatnym przejęciu, gdy łapał ją za przedramiona i wznosił podbródek wyżej, gdy nos wtulał w jasną, ciepłą skórę szyi.
Nigdy nie była czegokolwiek pewna tak mocno, jak teraz.
Nigdy nie była bardziej pewna, że każde cofnięcie się Corneliusa było o stokroć bardziej przykre niż wszystkie razy, gdy chłodne ostrze zbliżało się do jej szyi.
Ale musiała mu na to pozwolić. Na gniecenie w dłoniach jej serca, gdy musiał zmierzyć się z własną przeszłością, z ciężarem, który nosił do tej pory w pojedynkę, którym nie chciał — a może nie mógł? — dzielić się z kimkolwiek innym. Czy była samolubna, chcąc go kochać tak, jak robiło się to w miłosnych piosenkach? Tak bez ograniczeń, do utraty tchu, na chwilę przed skokiem w przepaść? Może miał rację? Powinna odejść? Wyjść z tego domu, wrócić do Kensington, zapomnieć o zielonych oczach, których intensywne wejrzenie mogło bez problemu przejrzeć ją całą, na wylot, zajrzeć wprost do duszy? On nie ogłosił oficjalnie zaręczyn.
Może tak naprawdę ich nie chciał?
O czym teraz myślał? O tym, jak dać jej wyraźniej do zrozumienia, że pragnął się wycofać? Odwrócił się przecież do gobelinu. Puste miejsce przy jego boku, to na nim kończyła się linia starożytnego i dumnego rodu Sallow.
Może tak miało być?
Ostatkiem sił zapanowała nad sobą, klatka piersiowa zadrżała we wdechu, lecz płaczliwe westchnienie zostało stłumione. Wzbierająca fala smutku zalała wszystko, co miała na swej drodze, a na samym jej szczycie dumnie spoczywało jaskrawe niezrozumienie, kuzyn rozczarowania.
Później znów zaczął mówić.
— Deirdre? Madame Mericourt? — jej własny szept wybrzmiał niemal tak słabo, że nie była przekonana, czy powiedziała cokolwiek. Powróciła jednak wspomnieniami do La Fantasmagorie, trzech syren, dyskretnego wsparcia, które ofiarowała jej Westalka tamtego miejsca. Zdrada z lordem Black była... okrutna i bolesna. Przez moment w pomieszczeniu pojawił się jeszcze jeden ogień, ogień złości, lecz zgasł prędko, przykryty myślą o młodzieńczych występkach Valerie. Sama popełniała błędy; nie powinna nigdy spoglądać w kierunku najstarszego z synów Anselma Vale, nie powinna, nie powinna, nie musieliby dziś prowadzić tej rozmowy...
Otwierała drżące wargi, słowa współczucia, miękkie głoski zrozumienia układały się na jej języku same, grzecznie dobierając się w pary, w ciągi, w całe zdania.
Wszystko na nic.
Zmarła... kochanka? Tak, chyba kochanka, nigdy przecież nie był żonaty, Septimus z pewnością podniósłby tę okoliczność w trakcie jednego z obiadów, może przypadkiem, może całkiem rozmyślnie, by zgasić płomień sympatii, który młodsza siostra pielęgnowała względem jego najlepszego przyjaciela.
Dała mu s y n a. Syna, względem którego nie był pewien, czy żyje.
Syn krnąbrny i głupi, syn niepokorny, syn zamknięty w Tower, chyba martwy. Nie zrobił niczego, by uratować krew z krwi.
Myśli, choć powinny powędrować w kierunku więzienia, popłynęły kilka przecznic dalej, na Harvey Gardens. Wplątały się w jasne włosy jej córki, jedynego światła w ponurym świecie, coś zakłuło ją w żołądku, później miarowo kłuło wyżej, uderzenie w serce niemal pozbawiło ją tchu.
Nie mogła pozwolić mu na tkwienie w słabo maskowanej neutralności.
Aria wreszcie dobiegła końca, spowijając salon w groteskowej, do tej pory, ciszy. Do czasu.
Kolejny raz stukot pantofli Valerie wyznaczył rytm, a to, w którym kierunku się poruszali, nie podobał się żadnemu z nich.
Chwyciła go za przedramię. Szczupłe palce oplotły się pewnie wokół ręki mężczyzny, tej, którą wsuniętą miał w kieszeń. Nie mogła ignorować napięcia, widocznego również na ułożeniu rękawów jego szaty. Czuła, że coś jest nie tak, zupełnie jak on, gdy poznana wcześniej intensywność powróciła z magią do drewna pau ferro. Drewna, które pragnęła wyszarpnąć z kieszeni, wraz z zaciskającą się na nim dłonią. A jeżeli to skończyłoby się sukcesem, przysunąć różdżkę do własnej skroni.
Czy zaufasz legilimencie, Valerie Vanity?
Już zaufała.
— Nie interesuje mnie nic, co za zamkniętymi drzwiami — oznajmiła, choć głos wciąż jej drżał, choć Cornelius musiał czuć, z jakim trudem przychodziły jej te słowa. — Będę nosić nazwisko Sallow, zgodziłam się, zgadzam się po raz kolejny, że przyjmę na siebie w s z y s t k i e idące za tym konsekwencje. Nie interesują mnie kobiety z twojej przeszłości i byłabym zupełnie głupia, gdybym myślała, że przez tyle lat żyłeś w celibacie. Nie mam ci nawet za złe, że mówiąc o końcu gier i niedomówień, okłamałeś mnie — magia wydawała się jednak mówić coś innego; kłamstwo ubodło, serce krwawiło, lecz nie złością, nie rodzącą się zemstą, a smutkiem, który przyległ do Valerie w trakcie sześciomiesięcznej żałoby, który nakrył ją całą welonem utkanym z jej własnych łez i słabych oddechów. Takich, którymi oddychała teraz, przeraźliwie blada, drżąca z emocji, możliwe, że z różdżką przytkniętą do skroni. Zupełnie bezbronna w rękach człowieka, którego obdarzyła najszczerszym uczuciem, jakie mogła czuć kobieta. — Jest mi tylko... bardzo przykro. Ale to nic, najdroższy, to naprawdę nic. Moja córka jednak nie będzie miała tyle szczęścia, co ja. Nie będzie nosić twego nazwiska. Gdyby coś się stało, ziścił się najgorszy scenariusz, wiedz, że będę walczyć o nią do ostatniego tchu. Jeżeli nie możesz tego zaakceptować, jeżeli chcesz się wycofać...
Nie mogła być równie bezwzględna względem krwi ze swej krwi. Jej mała córeczka zasługiwała przecież na więcej niż odroczony w czasie wyrok w Tower. Do tej pory Valerie sądziła, że Cornelius brał na siebie odpowiedzialność nie tylko za nią, ale i za córkę, swą przyszłą pasierbicę. Jaki miał cel w dzieleniu się z nią tą opowieścią? Pragnął zobaczyć w jej oczach płomień zazdrości, który zdusić mógł go kiedyś w tym małżeństwie, zasuszyć jak niedoglądaną roślinę? Wciąż miał wątpliwości? Mógł ją przecież odprawić na tysiąc łagodniejszych sposobów...
Czemu tak?
Uniosła podbródek, raz jeszcze spoglądając w jego zielone oczy. Pełna determinacji, choć cały czas drżąca z emocji, których było zbyt dużo, by pomieściły się wygodnie w drobnym ciele.
— Jeżeli nie możesz znieść mojej miłości, raz jeszcze uczyń mnie wdową. Nie ważne, jak bardzo będzie boleć. Wiedz jednak, że wybaczam ci. Wszystko, do czego się uciekałeś. A gdy już wyjdę i nie wrócę do tego domu nigdy, zapal, błagam, jedną świeczkę w oknie. Ku pamięci syna i jego matki — jasne oczy zniknęły pod wachlarzem ciemnych rzęs, powieki opadły w ponurym oczekiwaniu, w którego trakcie — jeżeli wciąż skupiony był na odczytywaniu emocji — Cornelius mógł czuć, że wszystkie słowa Valerie, choć przesiąknięte żalem, zaczątkami rozpaczy, mówione były szczerze. — Obiecaj mi, że to zrobisz.

| rzucam na sprawność, bo trochę tu szarpię Sad


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach