Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Duszna samotnia
AutorWiadomość
Duszna samotnia [odnośnik]08.12.20 18:10

Alannah

Jednym z mieszkańców Theach Fáel jest duch pani Vane. Przodkini Jaydena zmarła podczas porodu swojego najmłodszego i równocześnie szóstego dziecka — pradziadka astronoma. Chłopiec przeżył, jednak matka wymęczona walką wkrótce potem zmarła. Kobieta słynęła ze swej urody, wytworności oraz płynącej w jej żyłach wilej krwi. Przez ponad wiek wałęsała się bez celu i zrozumienia, ale odkąd w jej dawnym domu pojawiły się na nowo dzieci, odkryła powołanie wiecznej tułaczki. Alannah czuje się bardzo związana z Jaydenem i jego synami, a każdego obcego wita morderczym spojrzeniem pełnym nieufności. 


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Duszna samotnia [odnośnik]31.01.21 21:15
alannah & jayden31 października
Nigdy nie spodziewał się, że Alannah zostanie z nimi na dłużej. Nie dlatego, że była duchem, lecz dlatego, że początkowo nie wydawała się zadowolona z pojawienia się nowych mieszkańców rodzinnego domu Vane'ów. Pusty od dobrych dziesięcioleci był jej ostoją i równocześnie przekleństwem - głuchy, pozbawiony życia. Cały dla niej i równocześnie nienadający jej żadnego celu. Oddalony od wszystkiego, zarośnięty, zaniedbany, ale znany. I jej. Nigdy nie przeniosła się też na Wyspę Duchów ułożoną na środku pobliskiego Upper Lake - tak bardzo jej dusza związana była z ów miejscem. Wprowadzenie się młodego małżeństwa musiało zaburzyć pewien rytuał przyzwyczajeń, gdy radośni i głośni zaczęli wnosić swoje rzeczy do gołych pomieszczeń. Przestawiali, dokładali, próbowali. Ale szanowali to, co zastali i zaczęli dbać o miejsce, do którego przybyli. Wiedzieli wszak, że była to nie tylko rodzinna posiadłość, lecz miała być ona domem dla ich rodziny - tej niedalekiej jak i tej odległej, w której siedząc w ogrodzie, mieli otaczać się gromadą wnucząt. Szczególnie Jayden pałał miłością do starego pałacyku, mając w pamięci wizyty u pradziadków, którzy na początku jego dzieciństwa jeszcze tam mieszkali. Którzy pokazywali mu okolicę. Którzy zabrali go na Wyspę Duchów i zdradzili jej sekret. Którzy zadbali o to, by po latach wrócił i czuł, że wreszcie był na właściwym miejscu. Z najwłaściwszą osobą na świecie u boku mającą być tam już na zawsze. Państwo Vane byli szczęśliwą parą. Byli wszak zdrowi, młodzi, oczekiwali potomstwa, nie musieli martwić się o finanse, mieli piękny dom i jeszcze wspanialszą przyszłość. Wszystko to zapowiadało się jak spełnienie marzeń i przez krótki czas tak właśnie było. Spełnieniem marzeń. Mieszkaniem w innym wymiarze, który stworzyli dla siebie jedynie dzięki wspólnej miłości. Własny świat, własne bezpieczeństwo, własny raj.
Trwało to dobre parę tygodni nim Alannah objawiła się ze swoją obecnością i już od tamtego momentu nie znikała. Patrzyła uważnie, marudziła pod nosem, poprawiała Pomonę, później Roselyn, gdy ta wprowadziła się ze swoją córką. Beształa Jaydena gdy wydawało jej się, że był zbyt mało surowy. Lub nazbyt interesował się sprawami swojej żony. Wszak co to za zwyczaje, żeby mężczyzna interesował się opieką nad dziećmi?, pytała, gdy widziała go z jakimiś książkami znaczącymi o tej tematyce. Ale nie była groźna. Vane pozwalał jej na wszystko w granicach rozsądku, znając doskonale zachowania duchów po tym jak ponad połowę swojego życia spędził z nimi w Hogwarcie. Przodkini profesora potrafiła trochę uprzykrzyć życie głównie faktem, że wciąż uważała się za panią domu; nie trwało to jednak wiecznie. Zmieniła się niczym za sprawą nieznanej nikomu magii, gdy przyszli na świat synowie Jaydena - zupełnie jakby właśnie po to tułała się w postaci zjawy przez tyle lat. By zaopiekować się trójką osieroconych w połowie chłopców, by ich chronić i pomagać ich ojcu w pilnowaniu domu. Stała się transparentną strażniczką Upper Cottage. Można było dostrzec to, że ożyła w swej śmierci. Dlatego dostała też jedno pomieszczenie przeznaczone tylko dla niej. Jayden postarał się o to, by znajdowały się tam wszystkie przedmioty bliskie sercu jego prapraprababki. Wszak była i miała być już stałym lokatorem posiadłości, a przy okazji było to niejako wyrazem wdzięczności, szacunku oraz docenienia.
Pukanie przed otwarciem drzwi do samotni ducha również było uszanowaniem prywatności. Profesor z rozświetlającą mroki różdżką miał wszak coś do przekazania swojej przodkini, ale gdy nikt nie odpowiedział, klamka poruszyła się pod naporem męskiej dłoni. - Alannah - rzucił w głąb, postępując krok w ciemność i starając się dostrzec jakikolwiek ruch. Odkąd na Białym Kle zakopał ciało Pomony, przestał zwracać uwagę na to, by zwracać się do zjawy babciu. Nie miał na to ochoty, głowy ani pamięci, żeby rozczulać się nad takimi detalami. Nigdy chyba zresztą mlecznobiała kobieta nie przepadała za ów określeniem. Ich ciała - transparentne czy z krwi i kości - były wszak równolatkami. - Nie mam ochoty cię szukać. Wiem, że tu jesteś. Idziemy nad jezioro, a stamtąd na wyspę, żeby spędzić razem z innymi Samhain. Idziesz z nami? - Gęsia skórka i chłód, który odczuwał, upewniały go jedynie, że duch pani Vane był blisko. Nie bał się jednak. Jego ton przypominał bardziej zrezygnowanego ojca, szukającego swojej niesfornej, obrażonej córki.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Duszna samotnia [odnośnik]07.02.21 17:12
Czasami zdarzało się jej zapomnieć, że była duchem. Przemykała znanymi korytarzami, lekka niczym piórko, pozwalała by promienie słońca przebijały się przez jej przezroczystą skórę i tańczyła. Z uporem godnym prawdziwej artystki, z uparciem tej, która nie ma już nic do stracenia. Bo nie miała. Jej rodzina dawno już odeszła w zapomnienie, dzieci miały własne prawnuki, a te prawnuki swoje pociechy. Czas rozłaził się przed oczami Alannah, kładąc na niegdyś wyraźnych wspomnieniach, swoją warstwę niesfornego zagubienia. Nie było jej z tym dobrze, ściany domu, nad którego roztaczała swoją opiekę stawały się nużąco znajome, a pustka w starych pomieszczeniach bledła w obliczu pustki jaka zionęła z jej zmęczonego serca. Bo Alannah była zmęczona, chociaż za żadne skarby nie dała nigdy po sobie tego poznać. Wychowano ją w innych czasach, twardszych czasach, gdy kobiety takie jak ona uśmiechały się przez ból, a jedynymi łzami jakie mogły mieć na sobie, były te z diamentów. Robiła zatem to do czego ją stworzono, czarowała pięknem i pełniła rolę najlepszej żony i matki, w swoich oczach, stając się wręcz perfekcyjnym przykładem postępowania dla młodych czarownic.
Żyła w swojej bajce, cichej i znacznie spokojniejszej od życia, które pamiętała, ale dom był wszystkim, co teraz miała. Wszystkim, co znała.
- Och, taki niecierpliwy. Musiałam odrobinę poprawić włosy, a ty już śpieszysz się z besztaniem. - Delikatna poświata płynąca z różdżki jej krewnego rozpłynęła się po niegdyś białej sukni jaką miała na sobie pamiętnego dnia śmierci, gdy wydała na świat swojego najmłodszego syna. Zawsze uważała się za doskonałą kandydatkę na matkę, wiedząc, że nawet jeśli dzieci odziedziczą po niej wyłącznie urodę, nie wspominając o niezwykłym intelekcie, ich życie będzie drogą usłaną różami. Długie, szczęśliwe i kończące się znacznie lepiej niż jej własne.
- Mam nadzieję, że nie takiego traktowania dam, uczysz naszych kochanych chłopców. - Słowo “naszych” wkradło się w ich wspólne rozmowy naturalnie, zupełnie jak brakująca część układanki monotonnego żywota Alannah jako ducha. Kiedy synowie Jaydena przyszli na świat, przez chwilę czuła, że być może nie wszystko jeszcze skończone i właśnie dla takich momentów, jakaś niezrozumiana siła w głębi kobiety rozkazywała zostać pośród żywych. Zwrot “babcia” uważała za mało trafny i za każdym razem wzdrygała się, myśląc o tym jak wiele tajemnic kryło jej nieskazitelne oblicze. W żadnym bowiem wypadku nie uważała się za starą, nawet kiedy przed oczami migał obraz pięknej i młodej Pomony, któremu towarzyszyło zazwyczaj martwiące marszczenie brwi. Nic nie mogła na nie poradzić, troszczyła się jak nikt inny o dobro tej rodziny, będącej całym jej światem i chociaż w głębi serca wiedziała, że miłość jaka związała obojga młodych była tą prawdziwą, musiała być pewna. Towarzyszyła im zatem w celebracji domowego życia jako cichy świadek, obserwator z gracją oferujący swoje życiowe porady. Tak przynajmniej wyglądało to z perspektywy Alannah i właściwie tylko ta się liczyła. Chociaż  można było zarzucić jej wiele, bycie samolubną, nadmierną opiekuńczość, której granice zacierała zrzędliwość, to jednak nie ulegało wątpliwości, że na rodzinie Jaydena i samym mężczyźnie zależało jej równie mocno, co na swoich pierwszych dzieciach.
- Gdzie się podziały czasy, kiedy swoich starszych  szanowano i stawiono ich dobro ponad wszystkim innym. - Westchnęła przeciągle i ostentacyjnie, co miało stanowić niejednoznaczną odpowiedź na pytanie tamtego.
- Oczywiście, że się wybieram mój drogi, wiesz dobrze, że z wami pójdę wszędzie. Nawet w ogień, chociaż akurat ta kreacja może nie być dostosowana do okazji. - Im więcej lat miała na swoim karku, tym dziwniejszą mieszankę stanowił jej ekscentryczny charakter. Cechy z dawnych dziesięcioleci i wychowanie pod okiem rzeszy guwernantek, ustępowało oznakom typowej dla wielu duchów lekkości, z jaką traktowała każdy kolejny dzień. Do niczego już nie musiała się śpieszyć, pozostawało jedynie obserwować. Alannah widziała zatem wiele i chociaż jej samej daleko było do oazy spokoju, nie mogła bezczynnie patrzeć na cierpienie Jaydena. Pani Vane rozpoznawała je bez zastanowienia, naturalnie dostrzegając u krewnego te cechy, których obcy nie zauważyłby pod żadnym pozorem.
- Samhain. - Powtórzyła za nim, ostrożnie artykułując słowo. - Wyobraź sobie te wszystkie dusze, tak blisko świata do jakiego już nie należą. Zasłona jest cienka, a ich pragnienia i odczucia silniejsze niż kiedykolwiek. Wydaje się, że ilość powodów do płaczu, równoważy się z radością, ale nie pozwól się zmylić. Mówi ci to ktoś, kto zasmakował śmierci. Równowaga wykorzysta każdą okazję do wypełnienia pustki. - Sama mogła już nie zauważać, że wymawiane zdania stawały się zagadkowe, dla kobiety były bowiem oczywiste jak słońce. Żałuj, opłakuj, ale gdy nadejdzie odpowiedni moment - pozwól odejść.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Duszna samotnia 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Duszna samotnia [odnośnik]08.02.21 15:01
Możliwe, że ktoś nieprzyzwyczajony do towarzystwa duchów, zląkłby się zbyt dużą ilością wrażeń, które te zostawiały na ludzkim ciele przy bliższym z nimi kontakcie. Chłód, gęsia skórka, zimne obłoki powietrza wydobywające się spomiędzy warg przy każdym wydechu nie były niczym przyjemnym czy pożądanym. Sami mugole mogli to odczuwać, nie zdając sobie sprawy z obecności dusz zmarłych tuż u swego boku - ale oni tam byli. Podobnie zresztą jak i Alannah unosząca się kilkanaście cali ponad podłogą w swoim pokoju, wpatrująca się aktualnie w swojego odległego potomka. Normalnie Jayden poczułby charakterystyczny dreszcz przebiegający przez jego kręgosłup tożsamy z towarzystwa kogoś już zmarłego, teraz jednak nie zwracał na to uwagi. Otumaniony, zdystansowany, nieobecny, bardziej znieczulony na bombardowanie zmysłów niźli ci, co potracili już życia. Stał się niczym pusty dzwon bez serca, niepotrafiący bić na powrót w tym samym rytmie co niegdyś. Był niczym zanurzony w ów świecie gry cieni od czasu uzmysłowienia sobie prawdy. Od momentu, w którym wbił łopatę w świeżo ukopany kurhan. Gdy krople potu mieszały się z deszczem i słonymi łzami. Gdy odciął ją od świata zewnętrznego stosem kamieni oraz gleby - wiedział, że Pomona nie miała wrócić. Że nigdy nie miała już spojrzeć w to samo niebo co on. Że bez względu na jego obietnice, nigdy i nigdzie nie miał jej znaleźć czekającej na to, aż ujrzy go na horyzoncie. Przynajmniej nie wśród żywych. Teraz trwała już po wieki zaklęta w magicznej górze, śpiąc między białymi płatkami wiecznie kwitnącego drzewa. Czy w jakikolwiek sposób go to uspokajało? Pocieszało? Dawała satysfakcję? Nie. Oczywiście, że nie. To niczego nie zmieniało. Nie zmieniało faktu, że jego synowie pozostawali bez matki. Nie zmieniało istoty jego frustracji wywołanej swoją bezczynnością. Nie zmieniało tęsknoty... Nie umarzało jej w żaden sposób, bo przecież ironicznie tęsknił za nią teraz jeszcze mocniej, niźli w momencie, w którym odeszła... Czy nie było to kompletnie nielogiczne? Pozbawione sensu? Jak było to w ogóle możliwe? Wiedział w końcu skąd brały się słowa innych. Wreszcie znalazła spokój. Wreszcie sprawa się rozwiazała. Wreszcie znasz prawdę, Jayden. Wreszcie możesz iść dalej. Wiedział, skąd wśród nich ów myśli, lecz nie oznaczało to, że tego chciał. Że chciał słuchac ich ocen. Że chciał słuchać nieumiejętnego pocieszenia. Nikt nie rozumiał po prostu, że bez Pomony był niczym. Gdyby nie chłopcy, straciłby całkowicie filary do dalszego życia. Straciłby istotę tego, nie kim był, bo tego już odzyskać nie miał, lecz tego kim być powinien...
Wyobraź sobie te wszystkie dusze, tak blisko świata do jakiego już nie należą.
- Ty też tutaj nie należysz. - Głos wypruty z emocji przerwał chłód panujący w pomieszczeniu, odcinając równocześnie wcześniejszą wypowiedź od aktualnych przemyśleń. Vane nie chciał zastanawiać się nad przesłaniem dusznych słów, wiedząc, że gdyby zapuścił się w nie za daleko, odnalazłby jedynie jeszcze więcej cierpienia i męczarni. Gdyby poszedł tą drogą, kolana zadrżałyby same i ściągnęły go na ziemię w momencie gdy nie mógł sobie na to pozwolić. Nie miał zamiaru płakać. Nie miał już wszak łez, które mogłyby uciec z jego ciała.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Duszna samotnia [odnośnik]14.02.21 11:35
Nikt nie powinien przeżywać śmierci więcej niż raz. Niezależnie czy chodziło o swoją własną, czy kogokolwiek innego. Powieki kobiety zadrżały, kiedy w pamięci pojawiły się ostatnie godziny jej żywota. Ból, oszołomienie, pośpiesznie zabierane z jej wątłych ramion dziecko i krew, krew wszędzie gdzie sięgał jej zdezorientowany wzrok. Ci, którzy umierają kończą ostatni rozdział, odchodzą w spokoju, o którym Alannah była przekonana, że żona Jaydena zaznała. Nigdy nie powiedziała mu tego, nie chcąc zamartwiać krewniaka, ale szukała jej. Szukała uważnie po całym domostwie, nasłuchiwała najmniejszego skrzypnięcia w starej podłodze, silniejszego podmuchu zza zamkniętych okiennic. Ku własnej uldze spotkała się z ciszą, nieprzejednaną, ale pewną. Pomony już tu nie było. Alannah wiedziała, że nie był to powód do zmartwienia, wręcz przeciwnie. Oznaczało to, że duch czarownicy uwolnił się od ziemskiego padołu i chociaż tego nie mogła być pewna, znajdował się w lepszym miejscu. W miejscu, które sama Alannah pragnęła w końcu odwiedzić. Mogła przedstawiać to inaczej, nosić się z dumą, zadzierać piękny nosek i tańczyć w zwiewnej sukni, ale czas widział jej prawdziwe oblicze.
- Och Jaydenie… - W tej chwili, bardziej niż kiedykolwiek widać było, że tylko jej zewnętrzna postać pozostaje młodą potomkinią wilej krwi. Oczy patrzyły na mężczyznę ze smutkiem, tej która przeżyła już swoich najbliższych, przeżyła najdalszych, a przede wszystkim najukochańszych. - Myślisz, że tego nie wiem? Że nie czuję jak resztki tego kim byłam ulatniają się każdego dnia? Zatracam się w niewidzialnym żywocie, jego ryzyko czai się na każdym kroku. Dla ciebie to wiele miesięcy, dla mnie zaledwie mały okruszek czasu, który powoli wymazuje wspomnienia. Kto wie ile zostało, bym zupełnie zniknęła? Albo gorzej, zapomniała kim jestem i co mnie tu sprowadza. - Pokręciła głową, a lśniące włosy kaskadą spłynęły na drugie ramię. Był dorosły, dojrzały, jej potomek w dalekiej linii. Mimo tego, widziała w nim teraz to, co widziała w każdym ze swojej najukochańszej rodziny, kto cierpiał. Samotnika o złamanym sercu, kogoś, kogo wnętrze spustoszyła utrata większa niż największe materialne skarby. Pragnęła mu pomóc za wszelką cenę, naprawdę. - Nie chcę cię widzieć takiego dłużej. - Spoważniała, wykonawszy kilka kroków w jego stronę pozwoliła, by resztki wspomnień dodały jej odwagi w tym co zamierzała powiedzieć. - Nie mówię dzisiaj, czy jutro. Ale każdy potrzebuje wsparcia Jaydenie. Kogoś nam równego, z kim będziemy mogli dzielić swoje ciężary. To nie mogą być chłopcy, wiesz, że kocham ich nad swoje minione życie, ale są ledwie dziećmi. To nie mogę być ja, twoja krewna, chociaż uwierz, oddałabym wszystko by ci pomóc. Szczególnie jednak to nie może być Pomona. Już nie. - Dźwięczny głos nabrał poważnego tonu, poniekąd wręcz zbyt stanowczego, jeśli chodziło o czyjąś żałobę. Alannah nie mogła pozwolić sobie na bycie delikatną ten jeden raz. - Popatrz na mnie i zważ na te słowa. Żałoba i pamięć to dwie różne rzeczy. Ta pierwsza musi się kiedyś skończyć, inaczej ryzykujesz czymś znacznie gorszym niż utrata. Powrót kogoś pod postacią ducha, jest nienaturalny pod każdym względem. Niedokończone sprawy, tęsknota serca, gorycz jaka nas wypełnia. To wszystko skrywane w sobie, te nieleczone rany, mogą wkrótce doprowadzić do tragedii. Każdego dnia przekonuję się o tym nawet bardziej, że już nie należę do tego świata, że już mnie on nie zna tak jak kiedyś. Chyba nie chcesz by spotkał ją ten sam los? - Wyciągnęła smukłą dłoń przed siebie, w geście pocieszenia, który zaraz zresztą powstrzymała. Duchy nie dotykają, duchy nie czują. Cena za wieczną egzystencję była wysoka, a ona płaciła ją, z coraz większymi wątpliwościami.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Duszna samotnia 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Duszna samotnia [odnośnik]19.02.21 7:45
Śmierć miała przyjść po każdego. Od urodzenia wszak po trochu się umierało. Nawet jego synowie - rosnąc, nabierając sił, równocześnie się ich pozbywali. Osłabiali się, wzrastając. Cóż za kompletny surrealizm, wydający się nie mieć podstaw do istnienia, a jednak był ów istnienia istotą. Tajemnicą, która, choć znana wszystkim, pozostawała poza zasięgiem ich rozmyślań. Kto z żywych wszak chciał zajmować się kwestią życia po tym aktualnym? Nieliczni parali się kontaktem z duchami, ale czy i oni tak naprawdę wiedzieli, czym była śmierć? Jaka była naprawdę? Co kryło się za tymi kilkoma literami? Co oznaczało stracenie tego, co bieżące? Czy doznali straty? Czy cierpieli na duszy za życia? Czy rozumieli, czym było stracenie swej cząstki jeszcze na tym świecie? Czy rozumieli obumarcie? Jayden wiedział, że nie był jedynym, który doświadczył takiego cierpienia, lecz patrząc po ludziach, którzy go otaczali, nikt nie potrafił pozwolić mu przeżywać żałobę w spokoju. Każdy chciał dołożyć swój element we wspieraniu go, ale dla niego to nic nie znaczyło. Teraz... Teraz tego nie potrzebował. Teraz potrzebował po prostu całkowitego odcięcia się, wyciszenia. Pozwolenia na to, by został sam i przeżywał to w samotności. Nie pomagały próby okazania bliskości, bo wbrew rozsądkowi i własnej logice odsuwał się jeszcze bardziej od tych, którzy chcieli dla niego dobrze. Krzywdził tym innych - doskonale to wiedział, ale nie potrafił... Nie potrafił reagować inaczej. Jego dzieci były jedynym wyznacznikiem normalności i faktu, że zachowywał się... Normalnie? Tak jak wcześniej. Spokojnie. Zatopiony w ich cierpliwości, niewysłowionej miłości, czerpał z tego dla siebie - nie bez powodu twierdził, że potrzebował swoich synów bardziej niż oni jego. Dawali mu poczucie przynależności i definicji. Byli dokładnie tym, czego nie mógł w sobie znaleźć i chociaż było to w jakimś stopniu złe, patrzył na siebie jako ich ojciec. Jaką inną wartość miał? Żadnej. Zawiódł swoją żonę, zawiódł swoje dzieci. Zawiódł nawet samego siebie... Jako człowiek, jako mężczyzna nie był w stanie uznać się za kogoś, kto był silny. Czy potrafił w ogóle kogokolwiek ochronić? Przy dzieciach czuł się zarówno słaby, jak i ktoś, kto oddałby dla nich wszystko... Nie mógł tego powiedzieć o zajęciach z uczniami - pierwsza fala szoku przechodziła jeszcze przez szkołę i został jej główną sensacją. Wciąż przyciągał spojrzenia, słyszał podszepty wokół swojej postaci, każdy szmer niemalże go drażnił. Nienawidził tego uczucia, bo przecież to był Hogwart - nie powinien był czuć się nieprzyjemnie w takim miejscu jak to, ale jednak nie był w stanie czuć obojętności... Nie teraz.  
Nie chcę cię widzieć takiego dłużej.
- Dobrze wiem, że nie powinienem taki być, ale jestem. - Słowa natrafiły na te kończące wypowiedź ducha. Jak ona spoważniała dopiero teraz, tak on był poważny cały ten czas. Jakaś nić twardości zaczaiła się w męskim głosie równie chłodnym co atmosfera wywoływana przez kobiecą zjawę. To nie zależało wszak od niego - to, w jakim stanie się znajdował. Żałoba i doświadczenie straty wciąż były zbyt świeże, zbyt bolesne, by mógł w jakikolwiek sposób chociażby zbliżyć się do próby opanowania emocji. Do trzeźwego podejścia. Do stłamszenia uczuć. I tak już je tłamsił, zamykając się przed wszystkimi i nosząc po prostu w sobie. Trzymając poza wzrokiem wszystkich... - Moje dzieci nie potrzebują mnie słabego. Potrzebują ojca, który poradzi sobie ze wszystkim - również ze stratą... Ze stratą ich matki. Nie zrzucę na nikogo swojego ciężaru. - Nikt nie byłby w stanie tego unieść. Vane doskonale też zdawał sobie sprawę, że nikt nie zasługiwał na dodatkowe obciążenie w czasach, gdy każdy mierzył się z ogromnymi trudami. Wojna nie oszczędzała nikogo. Nawet całkowicie niewinnych. - Jeśli tą ceną ma być to, że za każdym razem gdy zostanę sam ze swoimi myślami, będę wracał do niej... Niech tak będzie. - Nie wyobrażał sobie zresztą, by kiedyś mógł o niej zapomnieć. O Pomonie. O tym ile dla niego znaczyła. Jak istotna była. Jak wrosła w jego byt krok po kroku, by zagarnąć go całego dla siebie. Oddał się jej z ochotą, czując każdą komórką swego ciała, że należał do niej. Chciał tego. Chciał już zawsze do niej należeć, ale teraz... Jak mógł spokojnie oddychać, nie posiadając tak lwiej części własnego jestestwa? Bez niej nie miał już nigdy tak naprawdę zaczerpnąć powietrza, bo wszystko było jedynie czystą imitacją, fantomem przeszłości...
Słowa przodkini nie zatrzymały się jednak, a słysząc słowa przestrogi przed zaklęciem duszy ukochanej, wewnętrzna reakcja Vane'a na nowo obudziła w nim walczącego o swoją teraźniejszość człowieka. Nastroszył się i pomimo że oboje doskonale wiedzieli, że nie była w stanie go dotknąć, cofnął się przed próbą sięgnięcia ku niemu przez ducha. - Ona nie wróci - uciął, nie będąc w stanie słuchać dłużej wykładu. - Myślisz, że tego nie wiem? Myślisz, że byłbym zdolny do tego, by na zawsze uwięzić ją w tym koszmarze? Mieć ją przy sobie, nie mogąc jej nawet dotknąć? Skazać ją na wieczną tułaczkę tylko po to, żeby później umrzeć i zostawić ją samą? - Jego głos drżał pod koniec przez powstrzymywaną w słowach gorycz i złość. Na siebie. Na nich. Na wszystko, a najbardziej na swoją ślepotę i głupotę. Najgorsze było to, że zdawał sobie doskonale sprawę, iż Alannah mówiła jedynie to, czego inni nie chcieli powiedzieć na głos. Lub bali się, nie chcąc go tym urazić. Czarodzieje byli wszak świadomi wiecznej kary. Jak inaczej wszak nazwać tułaczkę po wsze czasy? Brak odpoczynku i śmierci, które winny należeć się zmarłym? Szczególnie tym, którzy tak cierpieli za życia... Ale dusza Pomony nie miała zaznać spokoju już nigdy i to odbierało Jaydenowi dech.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Duszna samotnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach