Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Wejście do domu
AutorWiadomość
Wejście do domu [odnośnik]13.12.20 19:48
First topic message reminder :

Dom

Pośród gąszczu drzew, w krainie kwiatów i krzewów, umieszczony jest niewielki domek wypełniony po brzegi książkami. To tu zabiera młode, słabe, lub osierocone zwierzęta, by móc je monitorować cały czas, aż do czasu, gdy będą w stanie wrócić na wolność, lub na farmę. Dlatego nie należy się dziwić, gdy w środku domu zostanie znalezione jakieś zwierzę, choćby źrebię aetonana.
Po przekroczeniu progu trafia się do holu z którego można dostrzec przestronny salon, najczęstsze miejsce spotkań. W pomieszczeniu obok znajduje się kuchnia z obniżonym stropem, gdzie co wyżsi goście muszą się przygarbić. Łazienka została ulokowana na uboczu i trzeba do niej dojść długim korytarzem, po drodze mijając  schody prowadzące na górę. Na piętrze są jedynie dwa pomieszczenia - główna łazienka, oraz sypialna Evelyn, która jest prawdopodobnie największym pokojem w całym domu.

Nigdziebądź i Cave Inimicum




It's in your nature to survive


Ostatnio zmieniony przez Evelyn Despenser dnia 03.11.21 23:27, w całości zmieniany 5 razy
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście do domu - Page 2 Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Re: Wejście do domu [odnośnik]01.06.21 18:24
Poprzemianowe poranki nigdy nie należały do najprzyjemniejszych – nagła utrata zwyczajowej stabilności, omdlenia, ból, szalejący błędnik, czy drżenie rąk stawały się nieprzyjemną normalnością co najmniej na jedną dobę, nim organizm i umysł zdążą się zaczepić o właściwe tory. Gdyby nie to, że zima zbliżała się wielkimi krokami, przysparzając ogrom pracy od rana do wieczora, to z pewnością zostałaby w swojej kryjówce jeszcze choć kilka godzin, by dojść do siebie i nie wystawiać na widok osób postronnych swoich niecodziennych słabości. Zamiast tego, wykazując się zupełnym brakiem logicznego myślenia, zaraz po powrocie względnej trzeźwości umysłu, porozpinała się z łańcuchów i wybiegła z piwnicy. Piwnicy, która była jej rzadko używaną kryjówką w momentach, gdy wiedziała, że jest już za późno i nie zdąży przejść do tej pośród lasu, skrytej na obrzeżach rodzinnej ziemi. Nie przemyślała swojego zachowania za grosz, bowiem już po chwiejnym pokonaniu schodów i otwarciu nierzucających się w oczu piwnicznych drzwi, ciemność zaczęła spowijać jej oczy, zachwiała się i wpadła na okoliczny stół, przewracając znajdujące się na nim rzeczy, ale również i znajdujące się tuż obok ciężkie krzesło. Syknęła z bólu, próbując utrzymać się na nogach, podpierając się jedną dłonią o nader wytrzymały stół. Narobiła tyle huku i zamieszania, że aż sama skuliła się w sobie i przeklęła siarczyście, próbując odzyskać panowanie nad własnym ciałem, wciąż osłabionym i bezlitośnie nieprzyjmującym poleceń jej umysłu. Próbowała skupić się na wiszącym zegarze, ale wskazówki i cyfry wciąż wirowały, wywołując u kruczowłosej uczucie mdłości, zupełnie jak po wypiciu ogromnej ilości ognistej. Odważyła się postawić kilka kroków wprzód, zbliżając się tym samym do zegara i wtedy dopiero usłyszała znajomy głos, którego właściciel w ogóle nie powinien się tu w tym momencie znajdować. Nie, nie, nie, na wszystkie czorty świata, tylko nie to, warknęła w myślach i z sykiem wciągnęła powietrze, gdy jedno z żeber postanowiło właśnie wrócić na odpowiednie miejsce. Ból wywołał niekontrolowane drżenie ciała i zmusił kobietę do osunięcia się na kolana i zagryzienia własnej dłoni, by zdusić zbolały krzyk. Miesiąc w miesiąc od siedmiu lat musiała się z tym mierzyć, jednak pocieszenie znajdowała jedynie w tym, że nie każda przemiana przynosiła tyle samo bólu, choć nigdy nie udało jej się rozgryźć zależności z tym związanej. Zmusiła ciało do dźwignięcia się z kolan i próbowała naprędce naprawić własne zniszczenia i rozgardiasz, którego była sprawcą. Chciała dobrze, jednak wciąż kręciło jej się w głowie, tym bardziej, gdy próbowała się schylić, dlatego też już po chwili porzuciła wszystko w diabły i skierowała się do drzwi możliwie jak najkrótszą drogą, próbując podpierać się o wszystkie możliwe wsporniki. Odryglowała drzwi, wzięła głęboki wdech i otworzyła je aż nazbyt zamaszystym gestem, samą siebie wprawiając na moment w osłupienie. Próbowała prędko zatuszować swoją minę, przybierając na pozór beznamiętny wyraz twarzy i spojrzała krótko na mężczyznę, co trwało jedynie chwilę, ponieważ obraz przed jej oczami zaczął rozmywać się zdecydowanie bardziej niż mogła się tego spodziewać, przez co oparła się mocno o framugę, jakby bojąc się kolejnego buntu swoich nóg. Drżące dłonie schowała za siebie, mając nadzieję, że nagle magicznie ustąpią jej wszystkie objawy i nikt niczego dziwnego w jej zachowaniu nie zauważy.
- Aż tak pali ci się do pracy? – zapytała chrypiąco, próbując udawać swoiście zaczepny ton, jaki miał oznaczać, że wszystko jest w porządku, jak to było w zwyczaju. Despenser uchodziła raczej za osobę wiecznie zorganizowaną, a przy tym niewyobrażalnie zajętą swoją pracą, co też mogło nasuwać myśl, że skoro wciąż o tej porze znajdowała się w domu, to coś było ewidentnie nie tak. Jej słowa miały bardzo wymowny wydźwięk, który sugerował, że walenie w jej drzwi wcale nie było dobrym pomysłem, a tak po prawdzie chciała jakoś załagodzić sytuację i ładnie się wyłgać. – Nie masz dzisiaj wolnego? – zdziwienie przebijało się w jej tonie, a towarzyszące im zmarszczenie brwi tylko potwierdzało, że kobieta właśnie próbowała dojść do tego, jak to się stało, że właśnie dziś się spotkali. Czyżby zapomniała? Pomyliła dni? Nie, to nie mogło tak wyglądać, przecież zawsze wmawiała mu, że wolne będzie dla niego korzystne i nie robiła tego w przypadkowych terminach, a w takich, gdy niebezpieczeństwo wykrycia zaczynało być ogromne. Coś ewidentnie poszło nie tak. – I na co, na litość, potrzebna ci tu ta różdżka? – dojrzała przedmiot w dłoni czarodzieja i zweryfikowała to tak, jak chciała, czyli zapewne błędnie i niepoprawnie, ponieważ przyszło jej na myśl, że mężczyzna wie więcej niż powinien i jest to swego rodzaju ochrona przed nią. Zupełnie nie skojarzyła faktów, prawdopodobnie dlatego, że nie słyszała dobijania się do drzwi, ale na pewno on słyszał przewracające się przedmioty w jej domu. Co jeszcze zauważył?




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście do domu - Page 2 Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście do domu [odnośnik]02.06.21 8:56
Próbowałem zrobić użytek z zaklęcia, które trenowaliśmy kiedyś – dawno temu, w poprzednim życiu – z Jovenem, jednak na próżno; ani nic nie zobaczyłem, żadnych podświetlonych sylwetek, ani też nie poczułem. Magia najpewniej odmówiła mi posłuszeństwa, szkoda, że akurat w takim momencie. Skoro jednak nie mogłem liczyć na nią, musiałem zdać się na swe zmysły. Ostrożnie zrobiłem kolejny krok wśród wysokich traw, stawiając stopę na zamszonym głazie; coś zaszeleściło wśród zaściełających ziemię liści, musiałem to spłoszyć, jednak nie zwróciłem na zbiega większej uwagi. Bezgłośnie poruszyłem ustami, szykując się do powtórzenia tej samej inkantacji, wciąż czając się przy jednym z okien Despenser, wtedy jednak dojrzałem w środku skąpanego w półmroku domostwa jakiś ruch. A może tylko mi się wydawało? Wrażenie minęło tak szybko jak się pojawiło. Kurwa. Kusiło mnie, by rozwalić szybę, nie zwlekać z dostaniem się do wnętrza ani chwili dłużej, wszak jakieś przeczucie mówiło mi, że coś jest nie tak. Tylko czy na pewno? Może wcale jej tu nie było, a po domu rozbijał się jeden z podopiecznych czarownicy. Wszędobylski niuchacz czy psotny wozak. Może przyszli się po nią upomnieć pracownicy Ministerstwa, ostatnio zataczali coraz szersze kręgi, wyciągali swoje łapska dalej i dalej. A może po prostu nie była teraz sama. Wolałem nie przekonywać się, jak zareagowałaby na przerwaną schadzkę. Wtedy jednak ujrzałem za firanką znajomą sylwetkę, wyraźnie kierowała się do głównego wejścia przy akompaniamencie szybkich, dudniących kroków – nie chciałem pozwolić jej na siebie czekać.
Mogłem otworzyć sobie drzwi magią. Mogłem zignorować zabezpieczenia, którymi najpewniej obłożyła dom. Nie byłem typem, który miałby przed tym większe opory, przy odrobinie szczęścia nie zostałbym dotkliwie poturbowany. Mimo wszystko nie chciałem przekraczać pewnych granic. Inni uważali je za normy, ja za coś, co przestawało obowiązywać, gdy były do tego dobre powody. I choć znaliśmy się jeszcze z czasów szkoły, pamiętałem ją jako młodszą, zwykle z nosem w książce, to teraz dawała mi dość stałe zatrudnienie. Jasne, potrzebowała mojej pomocy – ale i ja potrzebowałem pieniędzy, które mogła mi dać w zamian. – Szefowo – przywitałem się po swojemu, nie potrafiłem jednak zmusić warg, by złożyły się w typowym dla mnie uśmiechu. Była wzburzona, nie potrzeba było geniusza, żeby dojrzeć w gwałtownych, urwanych ruchach nerwy. Bezceremonialnie objąłem ją wzrokiem, spoglądając na nią z góry – lecz tylko dosłownie, nie w przenośni. Bladość skóry, wymięte, zapięte krzywo ubranie, skołtunione włosy. Czyżbym naprawdę wyrwał ją z łóżka...? Nie, wiedziałem, że nie. Na powierzchnię świadomości powoli wypływało dużo gorsze podejrzenie, podejrzenie, które kiełkowało w mojej głowie od dawna, wciąż jednak nie znajdowało drogi na usta. – Znasz mnie, zawsze pali mi się do pracy – odparłem, dopiero teraz zmuszając kącik ust, by powędrował ku górze. Nic nie robiłem sobie z przygany, którą dosłyszałem w jej głosie. Spływało to po mnie jak po kaczce. Bardziej interesowało mnie, co wywołało te dziwne dźwięki, czy na pewno byliśmy bezpieczni. – Źle wyglądasz. Coś się stało? – dodałem niemalże od razu, nie biorąc pod uwagę tego, że mogę zabrzmieć nietaktownie, że mogę ją urazić. Przecież stwierdzałem tylko fakty. – Nie, Evelyn, nie mam wolnego. Jest środa. W środy pracuję – odparłem powoli, z przebijającą przez kolejne zgłoski podejrzliwością. Uniosłem brwi, skupiając badawczy wzrok na twarzy towarzyszki. Namiastka wesołości, na którą się zdobyłem, gdzieś wyparowała. Co się z nią działo? Gdyby ktoś ją tu napadł, nie zachowywałaby się w taki sposób. Gdyby miała jakiegoś gościa, już bym go usłyszał. Gdyby pilnowała jakiegoś stworzenia, nie stałaby tak w otwartych drzwiach, by przypadkiem nie uciekło. Byłem pewien, że nie pomyliłem dni; specjalnie odstawiłem syna do domu rodziców, przygotowałem się na tę wyprawę. Nie pracowałem dla Evelyn każdego dnia, lecz pora roku sprawiała, że obowiązków nie brakowało, pomagałem jej kiedy tylko mogłem. Na przykład w środy. Takie jak ta.
Co? – zdziwiłem się, dopiero wtedy przypominając sobie o wciąż ściskanej w dłoni różdżce. Mimo to nie schowałem jej do kieszeni, nie wiedziałem przecież, co się dzieje. – A, tak. Słyszałem hałasy. Nie otwierałaś. Myślałem, że potrzebujesz pomocy. – Wzruszyłem ramionami, mimowolnie spoglądając ponad jej ramieniem, w głąb domu. Nie byłem pewien, jaką mamy godzinę, bo przez chmury nie mogłem określić, jak wysoko słońce stoi na niebie. Coś jednak mówiło mi, że jest późno. Że coś wybiło ją z rytmu. – Będziemy tu tak stać, czy zaprosisz mnie do środka? – zakończyłem bezczelnie, poprawiając pasek zsuwającego się z ramienia plecaka. No dalej, wyrzuć to z siebie, przejdźmy do rzeczy.


nature always wins
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896
Re: Wejście do domu [odnośnik]15.06.21 20:27
Wiedziała. Zdawała sobie sprawę z faktu jak to mogło wyglądać, jakie wrażenie mogło sprawiać i co gorsza – uczestniczyła w tym osoba, która co nieco o niej wiedziała, a to oznaczało, że ciężej byłoby jej udawać. Latami obawiała się wyjawić światu swoją tajemnicę, ba, miała zamiar ukrywać swoje brzemię aż do śmierci, ale ostatnio… Ostatnio wszystko się sypało, jej mury upadały, a ona nie była w stanie dłużej się bronić i udawać przed wszystkimi, że wszystko jest w porządku. Nawet dziś pamiętała dzień w którym Herbert czystym zbiegiem okoliczności poznał jej tajemnicę, pamiętała wyraz jego twarzy i swój lęk. Lęk przed zdradą, przed tym, co nieznane, chwilowa obawa przed śmiercią. Pamiętała też moment, w którym przyjaciel wyciągnął butelkę dobrze znanego alkoholu i jak gdyby nigdy nic – przeszedł do docelowego powodu wizyty. Nigdy nie musieli o tym rozmawiać, nigdy nie odczuwała presji, a nawet mogła się pokusić o stwierdzenie, że część, mały ułamek ciężaru spadł wtedy z jej ramion. W końcu ktoś wiedział i traktował ją normalnie, jak zawsze, na przekór przyjętym normom. Niesamowite uczucie.
Dziś znów odczuła swego rodzaju obawę, prąd przechodzący przez kręgosłup, gulę w gardle. Od tego jak to rozegra, będą ważyć się losy jej hodowli i choć nie podejrzewała go o przystawanie z tymi, co mordują istoty jej podobne, to jednak ludzie byli wybitnie inteligentnymi jednostkami i wiele, zbyt wiele potrafili ukrywać, nawet w najbliższym otoczeniu, a co dopiero w pracy. Osobie pokroju Despenser ciężko było nabrać do kogokolwiek zaufania, zbyt wiele osób ją oszukało, zdradziło i próżno było tu mówić o zwyczajowej ostrożności, ona po prostu miała problemy z rzeczywistą oceną zamiarów i musiała ufać swojej własnej podświadomości, a ta kazała jej trzymać wszystkich na dystans. – Próbujesz mnie prześcignąć w pracoholizmie? Miej litość dla swojego życia osobistego Everett – próbowała zażartować pomimo cierpkiego tonu, którym okalały się słowa wychodzące z jej ust. Mogła być przyćmiona, słabsza, nie do końca skoncentrowana, jednak humor wciąż się jej trzymał. Była sobą, na przekór bestii z którą współdzieliła ciało i chciała być tak widziana – silna, nawet jeśli los podstawiał jej kłody pod nogi i kazał jej skakać wyżej niż jest to możliwe. Nieważne, że wewnątrz toczyła wojny, przeżywała niejednokrotne porażki, a ból zmuszał ją do wielokrotnych upadków na kolana – to było wyłącznie jej wewnętrzną walką, o której nikt z zewnątrz miał nie wiedzieć. – Ach… - Na słowa mężczyzny spuściła wzrok na swoje ubranie, dotykając jednocześnie ręką włosów. Nie pomyślała o tym i właśnie gryzła się w język, blokując nagły słowotok przekleństw, którym mimowolnie chciała zareagować. Chwilowe wybicie z pantałyku zniknęło z wyrazu jej twarzy, jakby w kilka chwil założyła maskę, wyglądającą teraz aż nazbyt sztucznie. – Miałam ciężki wieczór, ale skoro mamy środę, to zaraz to doprowadzę się do porządku. Mamy dziś ogrom pracy, znów trzeba naprawić ogrodzenie, trzy boksy są w opłakanym stanie, a przede wszystkim – niuchacz znów ukradł klamki od paszarni, to zwierzę kiedyś sprawi, że oszaleję – nie kłamała, ale grad słów miał na celu jedynie nadać zalążek normalnej, standardowej rozmowy między nimi. Potrzebowała choć przez chwilę poczuć, nawet złudną, kontrolę nad sytuacją i na Merlina, musiała wreszcie doprowadzić się do stanu normalności, przecież nie będzie z nim przeprowadzać takiej rozmowy będąc w takim stanie.
- Wejdź, pomówimy w środku – już poczęła otwierać drzwi szerzej i znów się zawahała. Przeniosła spojrzenie stalowoniebieskich oczu z powyszczerbianego drewna na Everetta. Wstrzymała się na kilka chwil, jakby próbując do końca ocenić, czy postępuje słusznie. Wreszcie przewróciła oczami w reakcji na własne rozterki i cofnęła się, przepuszczając tym samym mężczyznę. – Tylko… Nie komentuj – mruknęła jedynie, puszczając gałkę drzwi i powłóczystym, nazbyt mozolnym jak na nią krokiem ruszyła w głąb domu, poprawiając w kilku ruchach fryzurę i guziki swojego stroju, dopóki miała na to czas i była odwrócona plecami. Zaczęła również na trzeźwo oceniać stan przybytku, lokalizując pierwsze mniejsze i większe zniszczenia, które wprawiły ją w zdenerwowanie. Wszystko będzie musiała w niedalekiej przyszłości naprawić i była tym bardziej wściekła z faktu, że to ona sama do tego doprowadziła. Mimo grzmiących w jej głowie myśli, na jej twarzy daleko było szukać ich odzwierciedlenia – zachowywała stoicki, nienaganny spokój, niewzruszenie próbując łagodzić grymas bólu kości i mięśni, które wciąż regenerowały się pod jej skórą. Czas upływał wolno, jednak wewnętrzna bitwa jej organizmu przebiegała szybciej, na wpół zwierzęco, a ludzka forma dostawała rykoszetem. Mimo, że siedem lat walczyła z podwójną naturą, potrafiła szybciej dochodzić do siebie i lepiej funkcjonować po przemianach, wciąż były to momenty jej największej słabości w których nie chciała być oglądana. Evelyn była jednak zbyt dumna, by wprost pokazać, że coś jest nie tak, nawet jeżeli ból miałby boleśnie wwiercać się w jej głowę – nie mogła zawieść samej siebie i przede wszystkim własnych zwierząt.
Oparła się o kuchenny stół, który teraz był jej ostoją i niby mimowolnie poczęła układać na nowo poprzewracane przedmioty, myśląc, że może zyska na tej czynności kilka cennych chwil. Everett nie był jednak głupi i wiedziała, że musi się jakkolwiek określić nim w jego umyśle zalęgną się nieodpowiednie, oceniające myśli. – Nie powinniśmy przeprowadzać tej rozmowy. To nie powinno mieć miejsca. Nigdy – zaczęła twardo, przejawiając w głosie swoją standardową, nieznoszącą sprzeciwu pewność. Znali się nie od dziś, pracowali razem, często ramię w ramię i wiedziała, że mężczyzna nigdy wcześniej nie miał podstaw, by się jej obawiać, a to dziś było jej kotwicą, której zamierzała się trzymać. – Chcę jedynie powiedzieć, że to, czym jestem, nic nie zmienia. Chcę zapewnić, że nie stanowię dla ciebie żadnego zagrożenia i prosić, byś nie rozmawiał z nikim o tym, co tu usłyszałeś i zobaczyłeś – nie odwracała wzroku od swojego pomocnika, próbując doszukać się emocji, odpowiedzi ukrytych w jego postawie i mimice. Nie miała zamiaru nawet prosić go o obietnicę, jednak musiała wiedzieć na co ma się szykować. Wiedzieć, czy połączył kropki i sam rozgryzł jej tajemnicę, choć po tym, co zastał w jej domu raczej nie było żadnych złudzeń.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście do domu - Page 2 Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście do domu [odnośnik]19.07.21 16:25
Mojego czego? – zdziwiłem się w odpowiedzi, z cieniem rozbawienia wybrzmiewającym w kolejnych zgłoskach, choć daleko było mi do prawdziwego śmiechu; życie osobiste, dobre sobie. Wiedziałem jednak, że przesadzam. Mój świat orbitował wokół syna, Gawry, znajomych ziem Lancashire i nawet jeśli Jarvis nie miał matki, a każdy mój krok śledziły niepochlebne spojrzenia obcych, to nie mogłem powiedzieć, bym wychowywał go sam. Sykesowie stanowili stado, lojalne, związane silnym poczuciem przynależności. Matka i siostry nie pozwoliły mi pogubić się w meandrach jakże skomplikowanej opieki nad bezbronnym, zaniedbanym niemowlakiem, a teraz już – młodym, niezwykle ciekawskim chłopcem o zastanawiającej tendencji do pchania się wszędzie tam, gdzie nie powinien. Może naprawdę byłem jego biologicznym ojcem? A może wcale nie chodziło o krew, a raczej o przykład, który mu dawałem...?
Napięcie wciąż nie znikało, czułem, że coś było nie tak, że nie spodziewała się mojego widoku. Nie chciałem jej zawstydzać, nie wiedziałem nawet, czy to możliwe; choć znaliśmy się nie od wczoraj, pozostawała dla mnie tajemnicą, z tym swoim nieprzeniknionym spojrzeniem i niemalże perfekcyjnym opanowaniem. Niemalże. Bo kiedy napomknąłem o wyglądzie, mimowolnie spojrzała w dół, na krzywo zapięte odzienie, odnalazła dłonią będące w nieładzie włosy, a na przybranej na tę okazję masce spokoju pojawiła się pierwsza rysa. Nie trwało to jednak długo, ledwie mgnienie, zaraz zwątpiłem więc, czy to nie moja wyobraźnia płata mi figla, czy naprawdę wybiłem ją z rytmu tą uwagą. – Ciężki wieczór. Rufus dał ci popalić? – Uniosłem wyżej brwi, próbując zachować pozory lekkości i swobody, nagle doznając olśnienia i przypominając sobie imię jej psotnego podopiecznego. Może, może o to właśnie chodziło, o niuchacza, który zwinął klamki, o ogrodzenie, które wymagało pilnych napraw. Może byłem przewrażliwiony i dopowiadałem sobie niestworzone rzeczy. Coś jednak mówiło mi, że to zbyt mało, by zapomniała o całym świecie, a także o tym, jaki mamy dzień tygodnia. Ona, uporządkowana, dźwigająca na swych barkach ciężar prowadzenia całej hodowli Despenser. – Przetrzepię mu skórę, mam doświadczenie z takimi psotnymi gnojkami – dodałem jeszcze, podłapując jej grę, robiąc wszystko, by rozmowa jakoś toczyła się do przodu, nawet jeśli czułem się jak niezdarny tancerz na swojej pierwszej potańcówce; nie umiałem kłamać. Nigdy nie zrobiłbym stworzeniu krzywdy, znów pozwoliłem sobie na przesadę, nie był to jednak pierwszy raz, gdy trzeba było pertraktować z tym wszędobylskim złodziejaszkiem. Ale odzyskiwanie świecidełek od upartego niuchacza nie było gorsze od nakłaniania dziecka, by jadło to, co akurat udało mi się zdobyć na targu i by kładło się o odpowiedniej porze, przynajmniej moim zdaniem.
Znów poprawiłem pasek przewieszonego przez ramię plecaka, nie chowając ściskanej w dłoni różdżki do kieszeni płaszcza. Powoli obracałem ją w palcach, chcąc zająć czymś niespokojne dłonie. Nie podejrzewałem nawet, jaką walkę toczy w swych myślach stojąca przede mną czarownica, jakie rozważa możliwości. Chciałem już tylko zyskać pewność, że jesteśmy bezpieczni, że w środku nie czają się rabusie, którzy grożą jej wprawnie wymierzoną Lanceą, że możemy przejść do normalnego trybu dnia. – Dobra, nic nie mówię. – Znów wzruszyłem ramionami, dostrzegając odmalowujące się w jej ruchach zawahanie. Nie trzeba było wprawnego obserwatora, by widzieć, czuć, że przyszedłem nie w porę. Kiedy tylko odwróciła się do mnie plecami, na krótką chwilę przestałem wyginać usta w uśmiechu; byłem podejrzliwy, wciąż gotowy do walki, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Posłusznie ruszyłem za nią do wnętrza domu, zamykając za sobą drzwi wejściowe; nie wiedziałem, gdzie jest Rufus, może jednak czaił się gdzieś w pobliżu.
Zdziwił mnie rozgardiasz, przewrócone krzesło, stłuczony wazon. Zupełnie jak gdyby doszło tu do jakiejś szamotaniny. – Wiem, że miałem nie komentować... – urwałem; prawie ugryzłem się w język. Prawie. Skoro już jednak powiedziałem a, musiałem też dodać b. – Naprawdę nikt cię nie napadł? Czy to po prostu skutek złego humoru? – Próbowałem zażartować, nieudolnie rozluźnić atmosferę, robiąc większy krok, by minąć walające się po podłodze książki. Zaraz jednak tknęło mnie, że mogę przestać sypać nieśmiesznymi uwagami jak z rękawa, zamiast tego zrobić coś pożytecznego. Machnąłem krótko szakłakowym drewienkiem, lewitując walające się po podłodze tomy na pobliską szafkę. Widziałem kątem oka, że i gospodyni zajęła się powolnym porządkowaniem najbliższego otoczenia. Może ogrodzenie powinno poczekać, lokum wyglądało, jak gdyby potrzebowało pilniejszej uwagi.
Otworzyłem usta, jednak ton jej głosu, twardy, nakazujący milczenie, skutecznie zamknął mi jadaczkę. Miałem na tyle oleju w głowie, by nie chcieć wyprowadzić kobiety z równowagi, utrudniać zbierania się w sobie – na co? na odwagę? Wlepiłem w nią wzrok, nagle całkowicie poważny, w milczeniu wysłuchując kolejnych słów. Trybiki w mojej głowie pracowały na pełnych obrotach, gdy tak próbowałem zrozumieć, co Despenser próbuje mi przekazać. I może nie byłem głupi, lecz potrzebowałem chwili, by odsiać ziarno od plew, przestać łudzić się głupimi scenariuszami, dopuścić do siebie możliwość, że ta dziwna myśl, która zawitała w mojej głowie jakiś czas temu, jest bliższa prawdy niż się tego spodziewałem. – To, czym jesteś? Jesteś czarownicą, Evelyn – odpowiedziałem ostrożnie, czując dziwną suchość w ustach. Jeszcze nigdy nie byłem w tak dziwnej sytuacji. I wiedziałem od innych, że potrafię być słoniem w składzie porcelany. A ona, ona zasługiwała na choćby namiastkę subtelności. – I nawet jeśli masz jakiś... problem... – Wczoraj była pełnia; pamiętałem o tym, bo śledziłem fazy księżyca na potrzeby tworzenia amuletów. Czy naprawdę o to jej chodziło? O lykantropię? Co by było, gdybym przyszedł kilka godzin wcześniej, o świcie? – Kurwa. Faktycznie nie powinniśmy prowadzić tej rozmowy. Znasz mnie. Nie umiem w słowa. Po prostu... Dopóki nie sprawisz, że mój syn zostanie sierotą, wszystko będzie dobrze. Rozumiesz? – Zogniskowałem wzrok na jej oczach, wykonując nieskoordynowany ruch dłonią. Byłem prostym facetem. Szczerym, niekiedy aż do bólu. Pozbawionym wyczucia. Ale przyzwoitym, przynajmniej tak lubiłem o sobie myśleć. Przez moją głowę przelatywały dziesiątki dziwnych pytań, od kiedy, czy na pewno, jak to było w Hogwarcie, jednak nawet ja wiedziałem, że nigdy nie powinny wybrzmieć.
Miałem wybór, wiele różnych wyborów, najprostszym w moim rozumieniu było jednak pokiwać głową, odnotować tę rewelację w pamięci, wypić wieczorem dużo alkoholu, wypalić skręta i przejść nad tym do porządku dziennego. Jakoś. – Nie puszczę pary z ust, szefowo – obiecałem solennie. – Ale jeśli nie znajdę nigdzie Rufusa, założę najgorsze – dodałem jeszcze, uśmiechając się przy tym krzywo.
Za wcześnie?
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896
Re: Wejście do domu [odnośnik]07.08.21 21:06
- Musisz mieć coś poza pracą, każ… Większość ma coś takiego. Nie wiem, układasz wtedy karty, opychasz się słodyczami, czytasz… Cokolwiek. Musisz to mieć, to właśnie życie prywatne – przynajmniej w jej definicji, ona nie mogła sobie pozwolić na rozszerzenie definicji życia prywatnego i nie tylko przez pracę, ale też przez chorobę – niosłoby to za sobą zbyt duże ryzyko. Dlatego też nie wspominała o rodzinie, sama jej nie miała, więc nigdy, przenigdy nie wspominała o cudzych członkach rodziny, jakby było to już coś zbyt prywatnego, zdecydowanie wolała oscylować wokół bezpiecznych granic.
Parsknęła niemal niewymuszonym śmiechem na założenie o Rufusie, nawet nie wyobrażała sobie, by mogła poczynić takie szkody w złości na zwierzę, cokolwiek by się nie działo. Była zbyt opanowana, żeby wybuchnąć aż tak, próbując zniszczyć większość dobytku swojego życia. – Muszę przyznać, że przydałaby mu się lekcja pokory i wywiad rodzicielski, ale nie, on tu akurat niewiele zawinił – niewiele, ponieważ poniekąd to przez niego nie zdążyła się zawczasu ukryć, zamknąć i skuć w odpowiednio przeznaczonym do tego miejscu. Posępniała, zdając sobie sprawę, że Rufus został przez jej głupotę skazany na niebezpieczeństwo z rąk, czy łap osoby, która powinna go chronić. Taka sytuacja nigdy nie powinna mieć miejsca i co gorsze, bardzo wystraszyło to samą Evelyn, gdy tylko zdała sobie z tego sprawę. Zabolała ją ta świadomość i bezsilność z tym związana. Uciekła wzrokiem w bok, zaciskając usta i ganiąc się w myślach.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała, by to było coś z tych dwóch. Pomyśleć tylko, o ile wtedy wszystko byłoby prostsze – podążyła wzrokiem w to samo miejsce, co mężczyzna, próbując zlokalizować punkt na którym się zatrzymał. – I tak nie lubiłam tego wazonu, ale książki to już mogłam oszczędzić – skwitowała jedynie ze skrzywioną miną, jakby właśnie dawała reprymendę samej sobie. Naprawdę lubiła literaturę, ale w swojej drugiej postaci to nie miało znaczenia – niszczyła wszystko, gdy nie była sobą i właśnie miała tego najprawdziwszy obraz. Gdyby tylko zdążyła uciec do swojego schronienia, gdyby nie zabrakło jej czasu, to wszystko byłoby jak zawsze. Spojrzała na swoje dłonie, wciąż drżące, roztrzęsione, słabe i na ten widok zacisnęła mocniej zęby. Chciała, pragnęła być silna, ale jej choroba za każdym razem podcinała jej skrzydła i ukazywała słabości, raniła.
- Och, tak, niezaprzeczalnie jestem czarownicą. Dziękuję za przypomnienie – jej wzrok wyrażał coś, co najbardziej można było przyrównać do politowania. – Nie mam jakiegoś problemu. Mam wielki, cholernie ogromny, wilkołaczy problem, którym podzielił się ze mną brat. Rozumiesz, pewnego dnia stwierdził, że jeden odmieniec w rodzinie to jednak trochę za mało – wystrzeliła słowami, jakby już nie mogła wytrzymać męki, którą sama sobie fundowała, gdy musiała to ukrywać przed każdym, kogo znała. Nie zwracała na słowa, już dawno definicja damy do niej nie pasowała, więc wiedziała, że nie zdziwi to jej towarzysza, przynajmniej nie bardziej niż to, czym się stawała. Nie potrafiła i nie chciała dłużej udawać, znajdować wymówek, które tłumaczyłyby każdą odrealnioną i dziwną rzecz, którą popełni. Zbyt często widywała Everetta, by móc za każdym razem wymigiwać się od dziwnych zachowań. Musiał wiedzieć, bo ona już nie była na siłach trzymać wszystkiego w sobie, nawet jeżeli jej maski działały, a sama wyglądała na najsilniejszą wersję siebie. – Rozumiem. Nie zrobię ci krzywdy, mogę ci to obiecać, jeżeli nauczysz się, że przychodzenie tu zaraz po pełni nie jest najlepszym pomysłem - nie wybaczyłaby sobie, gdyby miała skrzywdzić kogoś bliskiego, a chcąc nie chcąc Sykes stał się kimś z jej najbliższego otoczenia. – Wiem, że w twojej głowie moja obietnica może być bez żadnej wartości, przynajmniej w tej kwestii, ale znasz mnie, nigdy cię nie skrzywdziłam, a nie choruję od wczoraj – przyznała tylko po to, by rozjaśnić wątpliwości, od wielu lat miała dwie strony medalu i choć mógł nie zdawać sobie z tego sprawy, to mógł przeczuwać. Wielokrotnie zachowywała się inaczej, była słabsza w konkretnych momentach, zawsze po pełni, a teraz, gdy wiedział, to mógł połączyć kropki, tak to zazwyczaj wyglądało. - Przepraszam, że to zatajałam, ja... - zamilkła, gdy tylko wypowiedziała te słowa, nie potrafiła dodać nic więcej, nie miała żadnych słów, którymi mogłaby się usprawieliwić.
Nie dawała mu czasu na decyzję, nawet nie dopuszczała myśli, że mogłaby od niego wymagać jakiejkolwiek obietnicy, więc nie chciała o tym wspominać. Zwyczajnie zrobiła to, co uważała za słuszne – nie była w stanie dłużej go okłamywać, pomijać w tym wszystkim, ponieważ miał prawo mieć wybór i postąpić tak, jak uważał. Słowa, które usłyszała sprawiły jednak, że odetchnęła głębiej, jakby jakiś ciężar spadł jej z ramion, było jej zdecydowanie lżej. – Trzepnęłabym cię teraz najchętniej w ramię za te założenia – wyznała, ale nie ruszyła się ani centymetr bliżej, nie wiedziała, czy byłoby to odpowiednie w tej okazji, czy by go nie wystraszyła, a nie chciała też tego sprawdzać – żeby się nie zawieść, gdyby miała rację. – Ten łajdak jest na górze i zapewniam, że siedzi tam, trzymając wszystkie klamki ze stajni, to przez niego nie zdążyłam stąd wczoraj wyjść – na jej ustach zagościł lekki uśmiech, dość sztuczny, ponieważ samo wspomnienie wprawiło ją w stan otępienia. Pamiętała, jak biegała za zwierzęciem, próbując zabrać mu zdobycze zanim ten zdołałby je schować i tym samym zmniejszyć prawdopodobieństwo ich odzyskania. Pamiętała, jak kręciło jej się w głowie, jak zagryzała zęby i bała się, że nie zdąży. Przeceniła swoje możliwości i była pewna, że awaryjnie musi poświęcić swoją piwnicę. Zdążyła jedynie zamknąć czworonoga w sypialni i zabezpieczyć ją zaklęciem, ale czy naprawdę zdążyła to zrobić? Była już wpół świadoma poprzez ból łamanych kości, gdy schodziła do piwnicy, więc równie dobrze ostatnie chwile wyglądały zupełnie inaczej. Nagle Rufus znalazł się u stóp schodów, zupełnie tak, jakby wyczuł, że jest o nim mowa. Trzymał co najmniej trzy klamki i patrzył się na dom tak spokojnie, jakby dla niego nie było to nic wyjątkowego, czy dziwnego. Evelyn kucnęła z bolesnym syknięciem, które wydobyło się spomiędzy jej ust, jednak ważniejsze teraz było przywołanie do siebie podopiecznego, który bez zawahania zbliżył się do jej dłoni i pozwolił podnieść, wtulając się w jej pierś, ale klamek nie puścił – złośliwa bestyjka. – No proszę, oto on. Nie zjadam przyjaciół – nie mogła odpuścić sobie tej ironii, jakkolwiek by to nie zabrzmiało.
Rozejrzała się wokół, sprawdzając stan swojego domu, próbując skupić uwagę na tym, co należało zrobić, zamiast na tym, że sama do tego doprowadziła. Wszystko wyglądało już w miarę normalnie, może poza tym, co zniszczyła do cna i czego naprawiać już nie chciała. Musiała wyrzucić parę rzeczy, przynajmniej tych, które i tak nieuchronnie przypominałyby jej o tym wydarzeniu. Nie potrzebowała odczuwać jeszcze większego poczucia winy, więc to był jedyny sposób na uniknięcie wyrzutów sumienia. Powróciła wzrokiem do mężczyzny, skupiając na nim uwagę swoich stalowoniebieskich tęczówek. – To czym chciałbyś się dzisiaj zająć? Wyjątkowo pozwolę ci wybrać, ale zapomnij, że w przyszłości się to powtórzy – wyraziła się z przekąsem, jak zawsze, jak każdego innego, normalnego dnia. Nie chciała, by sytuacja między nimi się zagęstwiła, doskonale wiedząc, że te spotkania są jedynymi z nielicznych, gdzie Despenser mogła liczyć na względną normalność.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście do domu - Page 2 Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście do domu [odnośnik]05.09.21 10:57
Ach, karty! To faktycznie kojarzę, mam nawet jakieś w domu – odparłem przesadnie entuzjastycznie, z szeroko otwartymi oczami i ulgą wymalowaną na pokrytej kilkudniowym zarostem twarzy, jak gdyby nagle – w końcu! – mnie oświeciło. Życie prywatne, może nawet jakieś miałem, po domu walały się w końcu książki o bestiach, w których żyłach płynęła magia i runicznym, zapomnianym przez wielu języku, dodać do tego talię podniszczonych kart, wymienić słodycze na alkohol i voila, gotowe. Czy naprawdę to tyle? Czy całym jej życiem była hodowla, zwierzęcy podopieczni, dobre czytadła...? Nie miałem zamiaru tego oceniać, co to to nie; przez krótką chwilę kierowała mną ciekawość, zaraz jednak ustąpiła ona miejsca zdrowemu rozsądkowi. Szanowałem Despenser i nigdy nie wchodziłbym z zabłoconymi butami w jej życie, nie naruszałbym, przynajmniej nie w sposób celowy, jej prywatności. – Nawet jeśli tym razem nie był głównym winnym, warto wziąć go na dywanik. Przeprowadzić rozmowę wychowawczą. Nie żebym wierzył, że to przyniesie jakieś rezultaty... – Wzruszyłem ramionami, wracając pamięcią do wszystkich tych psikusów, które spłatał Rufus. Ginące klamki były kroplą w morzu przewin niuchacza. Raz zwinął mi nawet pierścień, ten sam pierścień, który nosiłem na przewieszonym przez szyję rzemieniu. Do tej pory nie byłem pewien, jakim cudem do tego doszło. Tak czy inaczej, od tamtego czasu sprawy między nami stały się osobiste.
Choć próbowałem zachowywać lekki, konwersacyjny ton głosu, to widziałem, że moje wysiłki spełzają na niczym. Że oboje gramy, próbując jakoś przebrnąć przez tę dziwną, podszytą nerwami rozmowę, ostrożnie badając grunt, stawiając kolejne kroki. Szefowa spojrzała w bok, przelotnie ściągając usta w wąską kreskę, a ja poczułem się jak skończony głupiec. I to jaki skonfundowany. Nie chciałem jej poganiać, zmuszać do zwierzeń, z drugiej strony – nie chciałem, by przestała mówić. Nawet jeśli nie musiałem wybawiać jej od wyimaginowanych, skrywających się za najbliższą framugą rabusiów, wierzyłem, że jest coś, co leży w zasięgu moich możliwości, a czym mogę pomóc. I wychodziło na to, że ze wszystkich kiełkujących w głowie pomysłów najprostszym w realizacji był ten dotyczący sprzątania. – Daj spokój, nie wygląda na jakiś brzydki – próbowałem zabrzmieć przekonująco, lecz nie był ze mnie żaden znawca bibelotów, musiała się już o tym dowiedzieć przez te wszystkie lata. Prędzej znalazłbym w domu wybieloną, zadbaną czaszkę niż wazon. Wolną ręką sięgnąłem po przewrócone krzesło, różdżką wciąż porządkując zaściełające podłogę przedmioty. – Reparo – mruknąłem pod nosem, sprawiając, że szczątki stłuczonej ozdoby zaczęły odnajdować właściwe miejsca, powoli spajać się w jedno. – No dobra, teraz rozumiem, ładny też nie jest – odezwałem się znowu, przelotnie podchwytując chmurne, jakże poważne spojrzenie czarownicy. Nie robiłem tego celowo, z przekory, po prostu próbowałem poradzić sobie z tym wszechobecnym napięciem, wiszącym nad nami cieniem niewypowiedzianej tajemnicy. Reakcją obronną było sięganie po humor. Trudno jednak było nie zrozumieć, że powinienem dać sobie spokój, stawić czoła temu ciężarowi, który chciała zrzucić ze swej piersi. I nawet nie obruszyłem się na politowanie, które dostrzegałem w jej zmrużonych złowróżbnie oczach; zasłużyłem sobie swą niezbyt inteligentną uwagą.
Brat? – powtórzyłem za nią, krzywiąc się brzydko, z niedowierzaniem, nie potrafiąc przyjąć tej rewelacji z kamienną miną. Jak do tego doszło, kiedy? Jak długo walczyła z drugą naturą? Chyba nie było mnie w kraju, gdy zaginął Soren; plotki dotarły do mnie z opóźnieniem, tak samo jak te, że hodowlą zajmowała się już sama, że jej rodzice, dziwnym trafem, postanowili wyjechać. I nie mogłem wiedzieć, jak dokładnie wyglądały kulisy tego rozstania, teraz domyślałem się jednak, że klątwa lykantropii odegrała tutaj jakąś – niemałą? – rolę. Przelotnie ścisnąłem dłoń w pięść, próbując wyobrazić sobie, co mogła czuć – wtedy, kiedy została skrzywdzona przed krewniaka, przez brata, i teraz. Zalała mnie fala złości, złości, która rozmyła podskórny strach, odsunęła na bok obawę o własną skórę. Przez chwilę słuchałem jej w milczeniu, próbując zapanować nad chaosem, który zapanował w mojej głowie. – Zapamiętam to sobie, to o pełni. I daj spokój, nawet nie próbuj mnie przepraszać – odparłem szybko, może zbyt ostro. Odetchnąłem głębiej; słoń w składzie porcelany, znowu. – Miałaś pełne prawo milczeć na ten temat. I nie byłoby w tym nic złego, gdybyś nadal milczała – dodałem już spokojniej, próbując podchwycić spojrzenie czarownicy. Może i nie byłem dobry w słowa, ale chciałem spróbować coś z tym zrobić. Sprawić, by nie czuła się aż tak paskudnie. W końcu, miała rację. Aż do tej pory skrzętnie ukrywała przede mną ten sekret, nigdy nie sprawiając, bym poczuł się zagrożony. Po prostu myślałem, że jest przemęczona. Że bierze na siebie zbyt wiele. Że przydałby się jej długi urlop. To jednak nie było takie proste, co? – Nie będę pytać, jaki okres czasu obejmuje „nie od wczoraj”, Despenser. Po prostu ci wierzę. I gdybyś w związku z tym... cholernie ogromnym problemem... potrzebowała pomocy, to pamiętaj, że znam się na tym i owym. – Przez myśl mi nawet nie przeszło, by pobiec teraz do naszego jakże szanowanego Ministerstwa i wezwać na nią brygadzistów. Albo by przestać z nią współpracować, pojawiać się na farmie, uwijać przy aetonanach i ganiać za Rufusem.
Proszę, nie krępuj się. – Nadstawiłem ramię, zachęcając ją, by sobie ulżyła i trzepnęła mnie, tak jak tego zapragnęła. Bo chyba w tej postaci nie była już supersilna... Nie? Cóż, może będę miał okazję się o tym przekonać. – Czyli jednak nie jest taki niewinny – skwitowałem krótko, mimowolnie spoglądając do góry, jak gdybym mógł przejrzeć przez sufit, odnaleźć niesforne stworzenie wzrokiem. Nie chciałem ciągnąć jej za język, nie potrzebowałem jednak wiele więcej, by odtworzyć, choćby w najogólniejszych zarysach, przebieg poprzedniego wieczoru. Mimowolnie drgnąłem, gdy wyobraźnia zaczęła podsuwać mi obrazy szalejącej po całym domu kobiety – niewielkiej, drobnej, pozornie kruchej. Przewracającej meble, demolującej kolekcjonowane tomy i bibeloty. – No proszę. Pewnie cały ten czas nas podsłuchiwał, planował to wielkie wejście... – urwałem, nie odrywając wzroku od niuchacza, który objawił się przy schodach, by niewiele podejść do swojej dobrodziejki, wspiąć się na jej ręce. Mimo wszystko wciąż jej ufał. Czy potrzebowałbym lepszego zapewnienia niż to, że i ja nie powinienem się jej obawiać? – To teraz tylko muszę zadbać o to, byś nie przestała zaliczać mnie do tej kategorii – mruknąłem jeszcze pod nosem, wtykając kciuk za pasek wciąż przewieszonego przez ramię plecaka. Podejrzewam, że nie chciała, bym przebywał tutaj dłużej niż to niezbędne. Hodowla nie mogła poczekać, aż domostwo zostanie gruntownie wysprzątane. – No proszę, w końcu specjalne traktowanie! – ucieszyłem się, znów przyjmując na twarz maskę, którą znała najlepiej. Tak naprawdę myślałem już jednak o tym, co powiedziała, nim poruszyliśmy ten niełatwy temat. – Może najpierw naprawię ogrodzenie, później zajmę się boksami. Ty możesz w tym czasie nakłonić Rufusa, żeby oddał swoje skarby, zacząć karmić zwierzęta... Zgoda? – Uniosłem wyżej brwi, oczekując reakcji szefowej. W końcu to ona tutaj dowodziła, ona zarządzała tym jakże skomplikowanym mechanizmem. Ja byłem tylko małym trybikiem, który chciał jak najlepiej wywiązywać się ze swych obowiązków.
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896
Re: Wejście do domu [odnośnik]11.09.21 1:41
Karty? Cóż, Despenser miała nadzieję, że prócz tego istnieje coś więcej, aczkolwiek nie zamierzała naciskać czarodzieja, a przynajmniej nie teraz, nie dzisiaj, gdyż czuła, że nie ma do tego żadnych praw i narusza jakąś niezaprzeczalnie niewidoczną i nieprzejednanie cienką granicę, której nie chciałaby zerwać. Posłała jednak Sykesowi wystarczająco wymowne spojrzenie, podszyte lekką, zawadiacką szyderą – na tyle mogła sobie pozwolić. Jej reakcje bywały silne, tym bardziej w kwestii życia innych i miało to swój powód o którym niemal nikt nie mógł mieć pojęcia. Ją życie ograniczało, spłaszczało prywatność, zmuszało do starannego uważania na słowa, gesty, czyny, a co za tym idzie – do odosobnienia, zaprzyjaźnienia się z samotnością i o ile przed klątwą jej życie prywatne było poniżej marginesu neutralnego jeżeli chodzi o rozrywkę i życie towarzyskie, ale jednak jakieś wciąż istniało, tak po… Wszystko uległo zniekształceniu i teraz musiała przekonywać wszystkich, że wielbi bycie samotnikiem z zainteresowaniami godnymi staruszki. Gorzej byłoby gdyby zaczęła dziergać. Och… Chwila, czyżby to nowy pomysł?
Parsknęła niewymuszonym śmiechem. Rufus i rozmowa wychowawcza? Jakże chciałaby to zobaczyć na własne oczy, mimo wątpliwości co do skuteczności owej metody. – Przekazuję ci pałeczkę, masz w tej kwestii więcej doświadczenia. A-a! Nie ma już odwrotu, poczuj się do wychowania przybranego podopiecznego – uniosła jedną brew i skrzyżowała ręce na piersi, jeszcze tylko zaczęłaby tupać nogą i wyglądałaby jak naburmuszona matka zmuszająca ojca do wyprawienia reprymendy, mająca nadzieję, że dziecko poczuje wyższy autorytet. Możliwe, że powinna być poważna, że sytuacja już i tak była napięta, aczkolwiek utrzymywanie się w pozie złapanego na występku zwierzęcia doprowadziłoby ją wkrótce do szaleństwa. Nerwy już i tak wystarczająco dawały o sobie znać, nie miała zamiaru dokładać do tego jeszcze większej dawki swojej arogancji i sceptyzmu.
Większość ludzi zapewne cieszyłoby się z pomocy przy sprzątaniu takiego bajzlu, a przynajmniej jakoś jawnie okazałoby wdzięczność. Evelyn jednak czuła się nieswojo, miała wrażenie, że to ona powinna stale pokutować, próbując doprowadzić otoczenie do ładu i składu po tym, jak sama doprowadziła do destrukcji. Powiedzieć można, że czuła się wyjątkowo niezręcznie – Everett widział zniszczenia, których dokonała, widział obraz, a jego umysł mógł dopowiadać przebieg zdarzeń, malować widok, który i tak nie oddawał pełnego realizmu akcji. Ona sama nie pamiętała większości, było to naturalne wyparcie, bo choć w wilkołaczej postaci jest świadoma, to jednak nie ma kontroli, jakby mogła tylko patrzeć na działania, których normalnie by nie wykonywała. Zamknęła na moment oczy pod wpływem natłoku emocji, spotęgowanych ostatnią pełnią, które wrzały w jej żyłach niczym trucizna wtłaczana z nieznanego źródła. Oddychała głęboko, próbując dość do mentalnej równowagi, chcąc wymazać poczucie winy, ból istnienia – cierpienie spowodowane egzystowaniem. Wzdrygnęła się jedynie na dźwięk naprawianego wazonu, spoglądając w stronę mężczyzny, szukając paskudnego przedmiotu w jego otoczeniu. Uśmiechnęła się pod nosem, choć ten uśmiech wyglądał aż nazbyt sztucznie. – Mówiłam. To wazon po matce – burknęła, jakby to miało wyjaśnić powód jego brzydoty, jakby nic więcej nie trzeba było mówić. Najprawdopodobniej cieszyła się, że go stłukła, nawet jeżeli wtedy nie władała nad swoim jakże zniekształconym wówczas ciałem. Sama nie ośmieliłaby się go zniszczyć, jakby duch rodzicielki miał ją przez to zacząć nawiedzać. Cóż, może następnym razem.
Przyzwyczaiła się do tych reakcji, tak podobnych do tej, którą teraz obdarował ją Everett. Nikt nie miał prawa wiedzieć, że Soren się odnalazł, że jego zaginięcie miało drugie dno. Inną sprawą było to, że był poszukiwany, a ona sama ostatnio stała się żywą przynętą na własnego brata. Czy jeżeli Soren umrze będzie mogła odetchnąć spokojnie? A może pogrąży się jeszcze bardziej w studni obwinień, którymi celowała w samą siebie niczym śmiercionośną bronią? Nie była w stanie określić, czy śmierć ostatniej bliskiej więzami krwi osoby jest w stanie dać jej ukojenie. – Wcale tak dużo cię nie ominęło jak można byłoby myśleć, po prostu istnieje wersja oficjalna i ta prawdziwa, zwana nieoficjalną, która wszystko wyjaśnia – próbowała wybrnąć z tej sytuacji, już i tak wiedziała, że zasypuje mężczyznę za dużą ilością informacji, ale próbowała udowodnić, że da się z nią normalnie egzystować, że nie jest zagrożeniem i pochłonęło ją to tak bardzo, że stała się przesadnie szczera. Musiała coś wymyślić, znaleźć sposób na poprowadzenie tej rozmowy inaczej, bardziej łagodnie i przede wszystkim zdecydowanie wolniej, bez nadmiaru zbędnych informacji. Widziała dłonie Everetta i na ten widok chciała coś zrobić, powiedzieć cokolwiek, co by go oderwało od myśli, które teraz toczyły się w jego głowie. Postawiła nawet krok naprzód, ale wybiła sobie zaraz z głowy te próby, które miały związek z kontaktem fizycznym, bowiem mogłoby to zostać źle odebrane, przynajmniej w tych warunkach, w tym momencie. – Przestań. To już się stało i… - chciała powiedzieć, że umieranie – a to wtedy właśnie miało miejsce – wcale nie jest przerażające, nie boli, nawet jeżeli rany są ogromne. W tamtym momencie czuła jedynie ciepło rozchodzące się po jej ciele, krew, która stapiała śnieg i znaczyła ziemię. Owszem, czuła strach, jednak przytępiony zdezorientowaniem, to akurat odczuwała również dziś, może mniej, ale jednak. – I już nikt bliski mnie nie skrzywdzi – dokończyła niemrawo, wiedząc, że może to zostać dwojako zrozumiane, ale przesłanie było jedno – nie miała już rodziny, więc nie stanowiła ona zagrożenia. Nie miała pretensji do Everetta, nie odbierała jego słów negatywnie, doskonale zdając sobie sprawę, że to wszystko jest dla niego nowe, musiało być, zważając na reakcję. Pokiwała powoli głową, nie mając zamiaru się kłócić, więcej słów mogło powodować zbędne zamieszanie, jedno próbowałoby udowodnić drugiemu swoją rację, on, że nic się nie stało, że miała prawo do zatajania informacji o sobie, a ona, że wręcz przeciwnie, że on nie wie z czym ma do czynienia, a musi wiedzieć, by w pełni świadomie podjąć decyzję. Evelyn mogła dobrze udawać, potrafiła kłamać i zatajać niewygodne informacje, ale gdy już decydowała się na szczerość, to w pełni, bez kompromisów.
- Doceniam to, nie będę też więcej o tym wspominać. Wiem, że to jest dość… Niekomfortowy temat – uśmiechnęła się półgębkiem, próbując się rozluźnić i nabrać swojego zwyczajowego charakteru. Poniekąd odczuwała teraz wstyd, niezupełnie potrafiła go określić, zrozumieć powód jego wystąpienia, jednak znała to uczucie i wiedziała, że to właśnie to. Nie mogła się mylić. Może odczuwała to przez fakt, że niejako się odkryła przed kimś? Że jej tajemnica została powierzona Everettowi, tym samym ściągając choć odrobinę ciężaru z barków kruczowłosej? Może czuła, że bezsensownie zaprzątała mu głowę, a powinna znaleźć wymówkę, kolejne kłamstwo na otaczające ją apogeum?
Bez zawahania podeszła do mężczyzny i uderzyła go w pierś wierzchem dłoni, po czym posłała spojrzenie pełne politowania. Możliwe, że ten coś poczuł, ale raczej było to jedynie muśnięcie drżącej dłoni, choć naprawdę starała się włożyć w to swoją siłę. Była słaba, jak to zawsze świeżo po pełni i jeszcze upłynie sporo czasu nim zregeneruje się na tyle, by móc uderzyć kogokolwiek na tyle mocno, by wywołać uczucie bólu i dyskomfortu. – Za kilka dni będzie lepiej, wtedy mi tego nie proponuj – prychnęła, zażenowana swoją bezsilnością. Po pełni miała nawet problemy z podniesieniem wiadra paszy, co zawsze wolała robić bez pomocy magii. Pomijając już fakt, że również kontakt fizyczny był dla niej niewiarygodnie niekomfortowy tuż po przemianie, odczuwała wszystko silniej, jakby za dotknięciem każdego przedmiotu, każdego obiektu, jej skórę przeszywało uczucie dreszczy. Przez lata nauczyła się jedynie to akceptować i nie odskakiwać za każdym razem, więc choć pozwalała sobie na interakcje, to jednak ograniczała je do minimum o ile nie były konieczne – dla wygody.
Trzymając Rufusa na rękach wciąż odczuwała dyskomfort, jednak był to dotyk konieczny. Nie miała zamiaru wystraszyć zwierzęcia, więc stworzyła swego rodzaju rytuał i zmuszała się do brania go na ręce po każdej pełni. Chciała tym samym udowodnić zwierzęciu, że nie jest zagrożeniem i że wszystko z nią w porządku, a niuchacz jej tak po prostu ufał. Potarła nosem jego łepek w wyrazie pieszczoty, druga ręką trzymając szmaragdowy kamień naszyjnika, by przypadkiem nie zainteresować nim zwierzęcia – już ona znała jego numery. – Nie trzeba się jakoś o to specjalnie starać. Twoja obecność wystarczy, przydajesz się panie Sykes – odpowiedziała z przekąsem, wypuszczając zwierzę na podłogę, po czym zaraz odnajdując wzrokiem spojrzenie mężczyzny, zupełnie jakby chciała w ten sposób nadać moc własnym słowom, zatwierdzając je wystarczająco mocno, by zrozumiał, że są prawdziwe. Przeszła kilka kroków, zmierzając w stronę krzesła, które leżało na podłodze. Pokręciła głową, podnosząc przedmiot jedynie po to, by od razu na nim usiąść. Odetchnęła głęboko wiedząc, że musi wziąć się w garść, nabrać sił. Tak, jakby posadzenie się na krześle miało wspomóc regenerację. – Dobrze, zgoda. Czy mógłbyś zacząć… Sam? Ja chyba potrzebuję jeszcze trochę tu oporządzić – wróciła stara Evelyn, która nigdy nie przyznawała się do cierpienia, czy dyskomfortu, próbując wyłgać się bezsensownie brzmiącymi obowiązkami. Nie chciała jednak przyznać, że nie czuje się na siłach, by ujść tak daleką drogę, jaką teraz w jej obecnym stanie była droga do stajni. Nie miała zamiaru przełożyć wszystkiego na ramiona Everetta. To ona musiała nieść to brzemię i jego konsekwencje. Potrzebowała tylko kilku godzin, by doprowadzić się do stanu względnej pożyteczności.

[bylobrzydkobedzieladnie]




It's in your nature to survive


Ostatnio zmieniony przez Evelyn Despenser dnia 13.11.21 16:11, w całości zmieniany 5 razy
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście do domu - Page 2 Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście do domu [odnośnik]09.11.21 14:40
Przewróciłem tylko oczami, gdy spodobał się jej pomysł rozmowy wychowawczej – i to rozmowy przeprowadzanej przeze mnie. Owszem, miałem w tym jakieś doświadczenie, w końcu samotne wychowywanie sześciolatka wymagało ode mnie brania na swe barki ciężaru wszelkich takich dyskusji, jednak jaki miały one odnieść rezultat, tego miałem się dowiedzieć kiedyś – za kilka lat, albo nawet kilkanaście, o ile Wyspy, a my wraz z nimi, nie zostaną do tego czasu zrównane z ziemią. Próbowałem, naprawdę próbowałem zrobić coś dobrze, pomóc, rozcieńczyć tę gęstą, oblepiającą nas skrępowaniem atmosferę, lecz wyglądało na to, że naprawiony przeze mnie wazon nie był najlepszym możliwym wyborem. To po matce? Tej samej matce, która postanowiła wyjechać, z jakiegoś powodu...? Byłem ciekaw, czy oznaczało to, że ich kontakt urwał się całkiem, czy raczej wymieniała się z rodzicami grzecznościowymi kartkami raz do roku, na święta, próbując nie zgrzytać przy tym zębami, nie krzywić od występującej na język goryczy – to jednak nie był mój interes, nawet jeśli coraz to kolejne pytania wyrastały w mojej głowie jak grzyby po deszczu. Nie potrafiłem wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji. Co musiałoby się stać, żeby więzy rodzinne zostały rozluźnione, a w końcu zerwane raz na zawsze? Może to kwestia wychowania, a może czegoś zgoła innego, silniejszego, zakorzenionego w nas od wieków, lecz trzymaliśmy się blisko – zawsze. Zniknąłem na długie miesiące, wróciłem z dzieckiem, o którym nie mogłem powiedzieć, że na pewno było moje, to jednak nie miało większego znaczenia, nie dla mojej matki, nie dla sióstr, nie dla pozostałych Sykesów. I nie rozumiałem, jak ktokolwiek mógł zrezygnować z Evelyn – silnej, inteligentnej, ambitnej czarownicy. Jak Soren mógł ją skrzywdzić. Jak mogło do tego wszystkiego dojść. Czy jeszcze za czasów szkoły kiedykolwiek przeszło nam przez myśl, że skończymy w ten sposób? Zranieni przez najbliższych, odarci ze złudzeń, zgryźliwi...? Uparcie nie dostrzegałem bladości, drżących rąk, falującej od szybszego oddechu piersi; domyślałem się, że potrzebuje czasu, by dojść do siebie, odzyskać siły, a jednocześnie nie czułem, bym mógł ją teraz zostawić samą, jeszcze nie. Skrzywiłem się na dźwięk tych słów, wersja oficjalna, wersja nieoficjalna; miałem uczulenie na kłamstwa, na tkanie wokół siebie sieci niedopowiedzeń i najróżniejszych scenariuszy, które miałyby wypaczyć prawdę na potrzeby gawiedzi. Domyślałem się przy tym, że Despenser nie miała wielkiego wyboru, albo nawet żadnego, że została do tego zmuszona. Kolejny dopisek na niekończącej się liście obowiązków, reguł gry. Nieślubny syn był czymś zgoła innym niż klątwa lykantropii; ludzie mogli spoglądać w moją stronę z kpiną, lecz – nie ze strachem. Ministerstwo nie miało dyszeć mi w kark, grozić brygadzistami. – Podejrzewam, że niewiele osób poznało tę wersję, która wszystko tłumaczy. Twój sekret jest ze mną bezpieczny. Również dlatego, że mieszkam w samym sercu lasu i rozmawiam głównie z oderwanym od rzeczywistości sześciolatkiem. – Humor, tylko on mógł nas teraz uratować, sprawić, że dłonie przestaną składać mi się w pieści; bardzo chciałbym teraz kogoś uderzyć, na przykład Sorena. Oczywiście z ludzkiej formie, żeby przypadkiem nie oddał mi i nie zabił jednym ciosem. Znałem ją już na tyle długo, by wiedzieć, że prowadzenie tej rozmowy musiało być dla niej prawdziwym koszmarem. Ziszczeniem najgorszych snów. Niezależna, dbająca o swą prywatność, nienawykła do tłumaczenia się z czegokolwiek i przed kimkolwiek. – Nie skrzywdzi – przyznałem cicho, osowiałym tonem głosu, spoglądając gdzieś w bok, za okno; czułem, że słowa te mają drugie dno, że są nie tylko zaklęciem, gorącą prośbą, ale i podsumowaniem jej obecnej sytuacji. I nie chciałem się z nią kłócić, na siłę przekonywać, że znajdzie jeszcze kogoś, komu będzie mogła zaufać, kto ofiaruje jej wsparcie i bezwarunkową miłość. Merlin raczył wiedzieć, czy tak będzie. Ja mogłem jedynie zaoferować, że gdyby ktoś znowu spróbował ją złamać, będę obok. – Bardziej niekomfortowy dla ciebie niż dla mnie – odbiłem piłeczkę, bez cienia zawahania krzyżując z nią spojrzenia. Może tylko trochę zgrywałem bohatera, w ten sposób chcąc jej ulżyć. Pierwszy szok minął, świat jeszcze nie runął mi na głowę, wszystko nadal mogło być między nami takie samo. Prawda? – Po prostu pamiętaj, że jestem. I że oprócz biegania od zagrody do zagrody potrafię też słuchać. Nie będę cię jednak zmuszać do zwierzeń, do wypłakiwania mi się w ramię, to raczej nie jest coś, na czym lubisz spędzać wolne wieczory. – Zostawiałem otwartą furtkę. Wiem, co powiedziałem, że nie powinniśmy prowadzić tej rozmowy. I może faktycznie tak było. Mleko zostało już jednak rozlane, w przeciągu kwadransa dowiedziałem się więcej niż przez ostatnie lata; nie chciałem, by tego żałowała.
Ała – jęknąłem z emfazą, gdy niby to skorzystała z oferty i lekko, ledwie wyczuwalnie uderzyła mnie w klatkę piersiową. Nawet nie drgnąłem. – Oczywiście, że za kilka dni nie będę proponować powtórki z rozrywki, bo wtedy będziesz równie groźna co zwykle – wyjaśniłem z uśmiechem; bo przecież teraz, po pełni, nie była ani trochę groźna. Jedynym, co świadczyło na jej niekorzyść, było zdemolowane wnętrze domu. Ono podsuwało mi najgorsze obrazy, pobudzało wyobraźnię. Jednak sama Despenser – wyglądała na chorą. Zmęczoną.
Pojawienie się przy nas Rufusa niejako pomagało; miałem cichą, podskórną nadzieję, że dla wymizerniałej czarownicy jest on źródłem pociechy, a gładzenie futra niuchacza przynosi ulgę. Nic mu się nie stało, był cały, zdrowy i zapewne już knuł w tej swojej małej łepetynie kolejny plan wielkiego skoku na klamki czy inne świecidełka. Na pochwałę zareagowałem kolejnym uśmiechem; spróbowałem ukłonić się dworsko, jednak w swoim życiu więcej do czynienia miałem z chlewem niż salonami, toteż wyszło mi to krzywo, niedbale, groteskowo. – Miód na moje serce – odparłem tylko, niby to w lekkim tonie, choć w wypowiedzi tej tkwiło więcej niż tylko ziarno prawdy. Evelyn, jej hodowla, stanowiła nieodzowną część mojego względnie poukładanego życia. Szanowałem ją, liczyłem się z jej zdaniem i nie chciałbym utracić tej namiastki zaufania, którą obdarowywała mnie dopuszczając do swych podopiecznych. Stoczyłem krótką batalię na spojrzenia z niewielkim niuchaczem, co to była za bestia, po czym wzniosłem wzrok wyżej, na twarz rozmówczyni – już poważny, konkretny, gotowy do działania. – Jasne. Nie śpiesz się. Ruszę przodem, zajmę się najpilniejszymi rzeczami... A Ty krzycz, gdybyś potrzebowała mnie tutaj – wyartykułowałem spokojnie, nie zamierzając ani drążyć tematu, ani zmuszać jej, by pozwoliła mi zostać, zająć się doprowadzeniem domu do porządku. Najwidoczniej chciała być teraz sama, a ja to pragnienie zamierzałem uszanować. – Do zobaczenia – mruknąłem jeszcze, z ociąganiem ruszając w stronę drzwi, posyłając jej przez ramię ostatnie badawcze spojrzenie; i ja potrzebowałem zająć czymś ręce, umysł, by przestać rozkładać wszystko to, co usłyszałem, na czynniki pierwsze.

| zt
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896
Re: Wejście do domu [odnośnik]13.11.21 21:09
Śledziła spojrzeniem reakcje Everetta, jakby mogła go przejrzeć, zobaczyć więcej. Zupełnie tak, jakby w umyśle mężczyzny kołowały tysiące myśli, których nawet nie śmiał wypuszczać poza obręb swojej głowy – przynajmniej słownie, ponieważ jego mimika dawała sygnały, które Evelyn mogła mniej więcej przypisać obrazom we własnej głowie. Nie pierwszy raz miała taką sytuację, wiedziała jak reagują inni, w większości zamykając się na nią od razu, uważając, że każde słowo może ją sprowokować do wyrządzenia krzywdy. Jakby była potworem. To nie ona kreowała się na bestię, to inni widzieli ją w ten sposób, podczas gdy ona sama walczyła z demonem pod skórą. Każdego dnia, w którym coś poszło nie tak, a natłok negatywnych emocji wywoływał drżenie dłoni, słone łzy pod powiekami i wszechogarniający, spotęgowany przez likantropię gniew. Ona, jako człowiek, toczyła wewnętrzną bitwę i nie wypuszczała potwora spod skóry, nawet kiedy inni widzieli w niej jedynie wilkołaka, nadając jej łatki, dzięki którym było im łatwiej. Ilu ludzi musi się samemu pętać kajdanami co miesiąc? Znosić ból łamanych kości, rozrywanych ścięgien, nie mogąc ani trochę zmienić pozycji, ponieważ łańcuchy skutecznie uniemożliwiają kręcenie się. Gdyby naprawdę była tym potworem, gdyby jej nie zależało – nie cierpiałaby katuszy wpijającego się w jej skórę żeliwa, które przez następne dwa tygodnie po pełni odznaczało się ciemnofioletowymi, bolesnymi sińcami na jej uszkodzonej skórze. Także jeżeli naprawdę by nim była – przestałaby się więzić, ot tak, po prostu. Mało kto pojmował tę jakże spektakularną różnicę. Łatwiej też było brać na siebie gniew, strach i  zniesmaczenie ludzi, gdy słyszeli, że mają do czynienia z wilkołakiem, postępowanie w takich przypadkach było prostsze, wystarczyło się odciąć, zniknąć z ich życia i  zapomnieć o przeszłości, zarzekając się, że to już ostatni raz, gdy skrupulatnie trzymana tajemnicza wyszła na jaw. Może właśnie dlatego czuła niewielki dyskomfort pomieszany z dezorientacją i zaciekawieniem, gdy obserwowała Everetta. Nie widziała w jego twarzy żadnej emocji, która miałaby negatywny wydźwięk w jej stronę. Było zupełnie tak, jakby nie bał się jej, tylko bał się w tym momencie o nią, mimo, że widział przecież całe pobojowisko, które było jedynie jej winą. Kruczowłosa zmarszczyła na moment brwi, próbując przetrawić to zjawisko we własnej głowie. Znali się nie od dziś, jednak każdy następny rok znajomości witali czymś nowym, nową krzywdą, kłamstwem, stratą, zmianą w ich środowiskach. Widzieli swoje wewnętrzne przemiany, obserwowali się nawzajem, ale jednak nigdy nie poruszali otwarcie tych zmian, przekazując sobie ledwie strzępki informacji między słowami, woląc zająć się pracą i oderwaniem przy niej od codzienności życia prywatnego. Dopiero dzisiaj doszło do zmiany, skruszenia murów, wymuszenia działań i słów, ponieważ nie można było potraktować tejże sytuacji z przymrużeniem oka, przemilczeć jak każdej innej. Odwróciła wzrok w kierunku okna, próbując skupić spojrzenie na czymkolwiek innym, odejść od wirujących myśli. – Dziękuję. Naprawdę nie chciałabym być zmuszona cię zjeść, gdyby sytuacja się miała inaczej. – przyznała wolno, lekko chropowatym głosem, jakby mówiła śmiertelnie poważnie. Zaraz jednak kąciki jej ust uniosły się odrobinę do góry, przywdziewając na ustach w pełnej krasie zawadiacki uśmiech. Kątem oka spojrzała też na mężczyznę, mając ogromne pokłady nadziei, że ten przyjmie jednak żart w niewymuszony sposób, choć wiedziała, że nie etap żartów z jej podwójnej egzystencji może zająć jeszcze trochę więcej czasu, prób i wymagać ogromnych pokładów cierpliwości. Miała już jednak dość obchodzenia się z każdym jak z jajkiem, męczyło ją to, więc czym prędzej nauczy mężczyznę własnego humoru, tym szybciej będzie im łatwiej przy codziennej pracy. Jej reakcja była chwilowa, sama jeszcze do końca nie potrafiła się w tym odnaleźć, ba, było to zdecydowanie trudniejsze niż odgórnie sądziła. Wzrokiem powędrowała do dłoni mężczyzny, mrużąc oczy, jakby nie mogła zrozumieć zależności pomiędzy zaciskającymi się dłońmi, a słowami, które wcześniej wypowiedział. Co było nie tak, że reagował w ten sposób? Nie do końca była pewna, czy zareagowała na dostrzeżony gest, czy może na wypowiedziane słowa, a raczej towarzyszący im ton, cokolwiek to jednak było – dotknęło ją niemal do żywego  – Jestem sierotą, Everett i z reguły działa to tak, że nawet nie chcę się mieszać w coś, co mogłoby sprawić, że czułabym się za kogoś odpowiedzialna, skoro zawiodła mnie rodzina, to dlaczego ktoś inny miałby tego nie zrobić? – wyjaśniła surowo, posyłając w przestrzeń pytanie bez odpowiedzi. Wiedziała jakby to wyglądało, ale nie mogła jawnie dopuszczać tych myśli do swojej głowy. Musiała się skupiać na przyziemnych rzeczach, na konsekwencjach i skutkach, na tym, że jeżeli zostałaby skrzywdzona ponownie, to nie potrafiłaby się kontrolować, a co jeżeli doszłoby do przemiany? Nigdy by sobie tego nie wybaczyła, doszłaby do krawędzi, dokładnie tam, skąd startowała, gdy Soren uczynił z niej to coś. Skrzywiła się z niechęcią, wyrzucając z głowy czarne myśli – nie było tu na nie miejsca, już i tak zbyt daleko popłynęła, zbyt wiele powiedziała, wciągając w swoje problemy człowieka, który powinien w niej widzieć autorytet, a nie zagonionego w róg baranka, który stanął na rozdrożu i nie wie, którędy wrócić do domu. Nie tak to miało wyglądać, nawet jeżeli był to, z uwagi na jej stan psychofizyczny, najgorszy dzień do przeprowadzania tego typu rozmów, ba, jakichkolwiek rozmów. – Och, na litość, Sykes – przechyliła głowę, bombardując go przeszywającym spojrzeniem stalowoniebieskich oczu. Naprawdę zamierzał jej odstawiać teraz gadkę o wsparciu i wypłakiwaniu się na ramieniu? Na Merlina, wszyscy dzisiaj poszaleli… - Ja nie mam czasu na płacz, a już na pewno nie wieczorami – powiedziała pół żartem pół serio, mając na myśli wieczorny obchód przybytku, najwięcej rzeczy, dobrych i złych, przydarzało się właśnie po zmierzchu, więc ktoś musiał stać na posterunku, obserwować, doglądać i ewentualnie poszukiwać Rufusa do białego rana. Co do emocji – nie lubiła mieć przy silnych odczuciach żadnej publiki, ale przecież w życiu by się nie przyznała, że zdarza jej się mieć słabsze chwile, zdecydowanie gorsze dni niż ten dzisiejszy. – Ty zresztą również masz wtedy co robić – z pewnością nie potrzebował przypominania faktu, że ma dziecko, które potrzebuje go co najmniej sto razy bardziej niż ona. Sama kiedyś potrzebowała tak bardzo swojego ojca, tęskniąc za nim ilekroć musiał ruszać w podróż, a codzienne wyczekiwanie rodzica było torturą dla kilkuletniej wtedy, kruczowłosej dziewczynki.
Z przymrużeniem oka potraktowała reakcję mężczyzny na swój cios, sama zresztą się przy tym uśmiechnęła. Jeżeli naprawdę to było najwięcej na ile go stać, to nie oszuka nawet dziecka, ba, żadne zwierzę również by mu nie uwierzyło. – Mógłbyś się trochę bardziej postarać, ranisz moje serce – założyła ręce na piersi, obrzucając go w pełni wymownym spojrzeniem. Marny byłby z niego aktorzyna, to trzeba było mu przyznać, ale na szczęście Evelyn odgrywać teatralne odczucia potrafiła całkiem nieźle, często to też zresztą wykorzystywała. Najgorsze w tym było jedynie to, że często brano ją wtedy na poważnie, choć ona jedynie kłamstwem nawet nie próbowała wzbudzić w innych poczucia winy,  ewentualnie lekkie wyrzuty sumienia, a zazwyczaj niszczono jej całą zabawę. – Ciesz się w takim razie chwilą, ponieważ gwarantuję ci, że to był pierwszy i zarazem ostatni raz, poza nim będą już tylko tak samo groźna, co zwykle. – Nie miała zamiaru już nigdy więcej narazić go na takie okoliczności. Będzie musiała postarać się o większą trzeźwość umysłu przed pełniami, by w odpowiednią porę przypomnieć się mężczyźnie sową, że ten nie jest tu mile widziany. Teraz jednak wiedziała, że on sam będzie pilnować faz księżyca i podczas pełni szeroko ominie jej ziemie, przynajmniej jeżeli ma trochę oleju w głowie. Nigdy nie można było być pewnym, że kobieta zdąży dostać się do specjalnie wydzielonego miejsca, które zbudowała na krańcu ziem kilka lat temu, by z dala od domu umieścić wszystkie te łańcuchy i kajdany. Tym razem jej się nie udało przez własną głupotę i choć przez najbliższy czas będzie się pilnować zdecydowanie bardziej, to jednak kiedyś taka wpadka może znów się przytrafić. W zamyśleniu pogładziła swojego starego rezydenta po długich, siwych wąsach, by zaraz znów zostać zbitą z pantałyku jakże wspaniale sknoconym, przerysowanym ukłonem. – Wiem już od dawna, że nie mogłabym się ciebie stąd pozbyć, nawet jakbym chciała – po części chciała utrzeć mu nosa, poprzekomarzać się, ale z drugiej sama już dawno przywiązała się do tego, że Everett tu bywał, odciążając ją znacznie z nadmiaru pracy, która spoczywała na jej barkach. Tak było prościej i naprawdę nie chciałaby się przekonać jakby to było, gdyby z dnia na dzień miało się to zmienić.  – Idź, zobaczymy się później – obiecała ze spokojem, jakby wiedząc aż za dobrze, że oboje potrzebują teraz trochę samotności, by przetrawić cały natłok myśli, który mógł huczeć w obu głowach z takim samym natężeniem. Powstało jeszcze więcej pytań na które nie znała odpowiedzi i to wprawiało ją w lekki niepokój z którym musiała zrobić cokolwiek, by nie czuć po tej rozmowie większego dyskomfortu. Poczuła na sobie wzrok niebieskich oczu i zaraz skrzyżowała spojrzenia, zaciskając wargi. Mało myśląc złapała pierwszą lepszą poduszkę i cisnęła nią w kierunku drzwi, tam, gdzie stał mężczyzna. – Przestań się o mnie martwić, nic mi nie będzie! – krzyknęła, gdy ciężka poduszka zderzyła się z zamykanymi już drzwiami. Z niedowierzaniem pokręciła głową i już po chwili zabrała się do działania, by pracą i doprowadzaniem przybytku do stanu docelowego zająć natarczywe myśli.


/zt.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście do domu - Page 2 Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście do domu [odnośnik]08.04.22 22:25
8 kwietnia
Stryjek wcale nie chciał jej wypuścić z domu. Nie dlatego, bo nie wierzył w jej przetrwania, nie! Chodziło raczej o odległość, jaką miała pokonać, i o bagaż, jaki ze sobą wiozła. Teleportacja umożliwiała znaczne skrócenie dystansu dzielącego nawet dwa osobne kraje, co i tak nie znaczyło, że ułatwiała całą podróż - Petra musiała robić kilka przystanków po drodze, zanim dotarła do tego konkretnego szkockiego miasteczka, w dodatku sowa po każdym z nich czuła się chyba jeszcze gorzej niż na początku. Bo owszem, miała ze sobą klatkę z sową, dokładnie Przybłędą, której to bezpośrednio miała dotyczyć wizyta. Ostatnio z donoszeniem listów szło jej coraz gorzej, a to nastręczało problemów, które stryjek nie miał już siły wyjaśniać - świstokliki, które nie dotarły do klientów, a wróciły z powrotem z Przybłędą, należało zniszczyć, bo jej pazury naruszyły wielokrotnie ich strukturę, kiedy podczas lotu nagle decydowała się zapolować na przypadkiem zobaczoną mysz. Mieszanie adresów było już najmniejszym z kłopotów, a nowszych przybyło tyle, że to kompletnie nie było opłacalne. Nie przy ich aktualnym budżecie. Nie pozwoliła stryjkowi zaproponować ostatecznego rozwiązania, wiedziała, co powie - ukróćmy jej cierpienia, bo może faktycznie coś ją boli na tyle, że tak miesza w swoim sowim świecie. Chciała jej pomóc, musiała jej pomóc. Bo stworzeniom takim jak ona się pomaga.
Już nie pamiętała, gdzie dokładnie znalazła namiary na panią Despenser - być może było to w starym notesie dziadka, gdzie zapisywał wszystkich swoich świstoklikowych klientów, a może gdzieś w rubryce z ważnymi kontaktami Proroka Codziennego, którego ogromną wartość ostatnio odkryła. Nieważne - Petra szła już po ścieżce, taszcząc z wysiłkiem klatkę z Przybłędą, która szamotała się nieprzytomnie, kompletnie nie wiedząc, co się dzieje dookoła niej.
- Wiem, wiem, przepraszam, maleńka - szepnęła do niej, krzywiąc się co raz. Wciąż było zimno, ale chociaż nie padało. Utrafiła dobrą chwilę na odwiedziny w domu nieznajomej kobiety. Z jednej strony brało ją przerażenie na otwieranie nowych znajomości po ucieczce z domu, ale z drugiej... tak się przecież żyło, prawda? Należało wszystko, co nieznane sprawdzić na własnej skórze. Dość niefortunne sformułowanie. - Ale ona się zna, mówię ci. Da ci jakiś lek i szybko wrócisz do siebie. I przestanie cię boleć twój ptasi móżdżek, obiecuję. - Przybłęda miała jej słowa za nic, wciąż rozkładając na bok nogi i cienkie nóżki, jakby właśnie zamieniała się w zrezygnowaną kaczkę.
Do domu nietrudno było trafić, otwarta przestrzeń i centralnie ułożony na granicy owej przestrzeni budynek napełnił Petrę jakąś iskrą pewności siebie: udało jej się! Na Merlina, naprawdę dotarła pod właściwy adres, prawda? Po tylu aportacjach, które przy końcowym odcinku drogi kończyły się nieprzyjemnymi mdłościami, odnalazła swój cel. Przyspieszyła kroku i jak tylko znalazła się przy drzwiach, zapukała w nie donośnie. Sowa zahukała ponuro, jakby wiedziała, że o ile mogła mieć kilka godzin temu nadzieję na ucieczkę, tak teraz mogła już z niej zrezygnować.


it feels like falling
it feels like rain. like losing my balance again and again. it once was so easy — breathe in, breathe out
Petronica Fenwick
Zawód : geomantka, początkująca twórczyni świstoklików
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

when does it get
quiet?

OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10973-petronica-fenwick https://www.morsmordre.net/t11018-przybleda#336834 https://www.morsmordre.net/t10989-dam-ci-cos-cennego#335487 https://www.morsmordre.net/f414-devon-tiverton-dziupla https://www.morsmordre.net/t11095-szuflada-petry#341869 https://www.morsmordre.net/t11023-p-fenwick
Re: Wejście do domu [odnośnik]12.04.22 23:15
Czuła zapach dymu. Niby nic, na wiejskich terenach był to aromat jak każdy inny, niesiony przez wiatr choćby od sąsiadów, ale tym razem coś było inaczej. Wyczuwalny znacznie intensywniej, zupełnie tak, jakby wydobywał się…
- Piekarnik! – kruczowłosa poderwała się zbyt prędko znad stosu skrupulatnie układanych dokumentów i ten jeden nieprzemyślany ruch wystarczył, by część stosu znalazła się znów na podłodze. Stronice jej bazgrołów, książki dla dzieci, którą od jakiegoś czasu tworzyła "do szuflady"  wymieszały się z dokumentami stricte należącymi do spraw hodowli. Jednak nie w głowie jej teraz było opłakiwanie ogromu pracy, który włożyła w sortowanie, gdy na dole ewidentnie paliły się jej ciastka. Otworzyła drzwi na korytarz, który już przesiąknięty był szarą, gryzącą mgłą. Z ust niebieskookiej zaczęły wydobywać się przekleństwa, jedno za drugim, jakby to miało jakkolwiek dopomóc, gdy zbiegała po schodach, a w ślad za nią pędził kot i niuchacz, gdzie ten ostatni ewidentnie próbował wplątać się między nogi kobiety, wywołując jeszcze większy stek przekleństw za każdym potknięciem.
W kuchni dorwała się bezmyślnie do rozgrzanych drzwiczek piekarnika, jednak ten nikły sygnał ostrzegawczy nie wywołał u Evelyn zawahania, wręcz przeciwnie – jeszcze mocniej szarpnęła uchwyt, otwierając piekarnik na oścież. Żar buchnął kobiecie w twarz i dłonie, wyrzucając również jawny swąd spalenizny i chmurę siwego dymu. – A niech cię Merlin pochłonie! – zawyła, poniekąd z bólu, ale też i ogromnej frustracji. Czy naprawdę gotowanie i pieczenie za każdym razem musiało ją zaskakiwać? Dałaby sobie rękę uciąć, że miała jeszcze sporo czasu przed docelowym wyjęciem ciastek z piekarnika, nie rozumiała więc dlaczego wydarzyło się takie nieszczęście, a naprawdę zdążyła sobie narobić ochoty na te ciastka…
Łokciem pchnęła okna umiejscowione bezpośrednio za zlewem, otwierając je najszerzej jak się dało, umożliwiając przy tym napływ świeżego powietrza i ucieczkę dymu. Kaszlała przy tym, bo drapiące uczucie w gardle nie mijało. Chciwie łapiąc powietrze odkręciła kran i wsadziła dłonie pod bieżącą, zimną wodę, wzdychając z ulgi.
Dłonie pozostały lekko zaczerwienione, jednak ból nie był silny, mogła go porównać do uwierającej drzazgi, która niejednokrotnie wchodziła jej pod skórę, więc można było powiedzieć, że sytuacja została opanowana, no, może poza ciastkami, które właśnie wyjęła z całą blachą i umieściła na stole. Zionęły czernią, przypominając bardziej węgiel niż złocistobrązowe okręgi z kawałkami czekolady, którymi pierwotnie miały być. Oparła dłonie na biodrach i już miała analizować co też poszło nie tak, gdy do jej uszu dobiegł donośny dźwięk kołatki uderzającej o drzwi.
- Co tym razem? Arrax uciekł, Vermithor pokopał Meraxesa, czy może Caraxes postanowiła kolejny raz testować wytrzymałość ogrodzenia? – Myślała na głos, zmierzając w kierunku drzwi i oglądając się na dwa towarzyszące jej zwierzęta, jakby musiała weryfikować, czy Rufus i Alchemik wciąż za nią podążają, choć tak po prawdzie zwyczajnie upewniała się, że nic nie psocą – odkąd znalazła Alchemika na terenach schroniska, Rufus postanowił wzmocnić przyjaźń międzygatunkową i o dziwo dzielił się z nim wszystkimi swoimi zdobyczami, dziwiąc się za każdym razem, gdy kocur nie próbował chować do swojej nieistniejącej torby błyszczącego prezentu. Evelyn osobiście myślała, że niuchacz nawet czuł się tym na swój sposób urażony.
Otworzyła drzwi z niemałym impetem, spodziewając się dojrzeć za nimi jednego ze swoich pomocników, czy kupca o którego wizycie zapomniała, no, może jeszcze brała ewentualnie pod uwagę jakiegoś wścibskiego sąsiada, który przyszedł sprawdzić, czy nie ma ryzyka pożaru, dym zapewne był widoczny w okolicy, a to już niemała sensacja na skalę całej, nielicznej wsi. Despenser za to nie była przygotowana na inną opcję, dlatego też uniosła w zaskoczeniu brwi, przyglądając się z zaciekawieniem młodej kobiecie, stojącej tuż przed nią. Zacisnęła usta z niezadowoleniem. Nie zwykła miewać niezapowiedzianych gości, a jak już się tacy trafiali, to nic dobrego z tego nie wynikało, dlatego prędko prześledziła w głowie możliwe scenariusze. Obiecała coś komuś? Była winna przysługę?
W tym też momencie jej uwagę przykuła klatka z sową, wyglądającą na otumanioną, z całą pewnością nie wyglądała na zdrową, a niebieskooka już wiedziała, że musi ją obejrzeć. Złagodniał też wyraz twarzy kobiety, zupełnie tak, jakby nie chciała wystraszyć młodej właścicielki sówki. Niemniej Szkotka chciała pomóc sowie, kontakt z drugim człowiekiem był tylko skutkiem ubocznym, z reguły koniecznym i na szczęście wielokrotnie możliwym do wytrzymania – choć i bywali u niej tacy właściciele zwierząt, jakich nigdy więcej widywać by nie chciała, próbujący jej przeszkadzać, rozpraszać i odpowiadać wymijająco na pytania, które były ważne dla poprawienia komfortu ich podopiecznych. Nic to, zdążyła się przynajmniej dzięki nim zahartować.
- Dzień dobry – przywitała się wreszcie, zdając sobie sprawę, że dłuższą chwilę milczała i mogło być to dyskomfortowe dla nieznajomej. Nie wydobyła jednak z siebie żadnych większych emocji, tłumiąc wszystko za maską chłodu, którą zwykła była przywdziewać na co dzień. Niuchacz wychylił się zza brunatnoczerwonej spódnicy swojej właścicielki, obserwując gościa znacznie przyjemniejszym spojrzeniem, przejawiając też dużo większe zainteresowanie nieznaną osobą, jakby już myślał co też mógł zyskać na nowej znajomości. – Co my tu mamy? – zapytała twardym, szkockim akcentem, wskazując brodą na klatkę. Chciała jak najszybciej odwrócić uwagę młodej kobiety, która wydawała się jej być dość roztrzęsiona, co jednak Evelyn zrzucała na karb podróży, ewentualnie nieprzychylności ze strony własnej osoby.
Zimno wpadało jej do środka, tworząc z otwartym oknem swoisty przeciąg, który smagał ją po i tak już bolących plecach. Zwyczajowo zapomniała, że przy takiej pogodzie warto byłoby wykazać się kulturą i zaprosić gościa do wewnątrz, a nie przeprowadzać mu przesłuchanie na ganku. – Wejdźcie, zapraszam – zreflektowała się, choć wiedziała, że pewnie i tak zbyt późno, by nie zostało to zauważone. Prywatnie jednak zdanie innych ludzi nie interesowało jej ani trochę, choć tu odczuwała wewnętrznie coś, co zmusiło ją do podjęcia tego kroku. Czyżby to było współczucie? Nawet jeśli, to z całą pewnością nie zamierzała go okazywać, a przed sobą samą tłumaczyła się tak, że to swąd spalenizny zniechęcał ją do wpuszczenia kobiety w swoje progi.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście do domu - Page 2 Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Wejście do domu [odnośnik]21.04.22 20:53
Dopiero teraz zaczęła kwestionować swój pobyt tutaj - stojąc przed domem, a nawet przed frontowymi drzwiami, kobiety, która miała pomóc jej z Przybłędą. Skrzywiła się, jakby ktoś właśnie rzucił na nią Obliviate i obudziła się w kompletnie nieznanej sobie rzeczywistości. Co ją podkusiło, żeby szukać pomocy aż w Szkocji, a nie na miejscu, gdzieś w Devon? Przecież tam też musiało być mnóstwo specjalistów od zwierząt, prawda? Skuszona dobrymi recenzjami stwierdziła, że to idealny moment na podróż przez pół kontynentu, żeby pomóc biednej sowie odnaleźć spokój w lotach i dostarczaniu poczty. Otworzyła usta, chcąc jakby powiedzieć coś do siebie, ale jedyny dźwięk, jaki wydobył się zza jej ust, był cichym stękiem zadziwienia swoją własną postawą. No ale jak już tu była i przecierpiała w transporcie magicznym taką ilość czasu... na litość samego Godryka, przecież nie wróci teraz do domu z niczym. To znaczy z sową. Wyjątkowo chorą sową.
Więc dłoń chwyciła za kołatkę i kilka razy nacisnęła ją na drzwi, by zaalarmować panią tego domu o przybyciu. Chyba że drzwi otworzy jej skrzat. Albo gosposia. Albo mąż tej, która miała pomóc Przybłędzie.
Z zamyślenia wyrwały ją krzyki dobiegające zza drzwi. Nie były wyraźne, dopóki nie nachyliła się bliżej - za chwilę jednak tego żałowała. Otworzyły się z takim impetem, że aż zachybotała się na piętach, tracąc przy tym równowagę i wbijając się plecami na pal podtrzymujący niewielki daszek nad wejściem. Zamrugała rozkojarzona, patrząc skonfundowana na kobietę stojącą przy progu. Przybłęda zahukała niezadowolona faktem, że tak niedelikatnie się z nią obchodzą.
- Ja p-przepraszam - wybełkotała trochę, wciąż zaskoczona tak nagłym przyjęciem. I ilością zgłosek „x” i „s” w wypowiadanych jeszcze chwilę temu słowach. Co to było? Jakiś starożytny język? - Bo polec... - ale tamta kobieta już przyglądała się sowie, kompletnie nie zwracając uwagę na Petronicę. Więc Fenwick stała tak, zerkając to na kobietę, to na Przybłędę, a to na... - Czy to niuchacz? - pytanie było impulsywne, a ton głosu zdradzał niemałe zainteresowanie. Uśmiechnęła się do małego stworzenia, zaraz jednak chrząkając, bo przecież nie przyszła tu po to, żeby ekscytować się czyimiś pupilami. - Bo polecono mi panią w Tiverton. To znaczy w Devon. Moja sowa nie czuje się zbyt dobrze. Myli adresatów, a prowadzimy z wujkiem pracownię ze świstoklikami - my, no proszę, Petronico, taka już jesteś ważna w tym małym świecie. - I tak średnio nam pasuje, żeby myliła też paczki z przedmiotami... sama pani rozumie... och, dziękuję!
Z rozkoszą weszła do środka, wiatr wcale nie pomagał w staniu na zewnątrz i rozmawianiu ku swojej uciesze. Ale znów - pożałowała swojej decyzji, kiedy tylko przeszła przez próg. Coś tu śmierdziało.
Coś tu mocno śmierdziało spalenizną.
Ta tajemnicza woń wycisnęła z jej gardła krótki kaszel, a oczy niemal od razu stały się bardziej wilgotne. Mimowolnie dłonią przygładziła włosy spięte w gruby warkocz, podróż nie była ani krótka, ani przyjemna.
- Co tu tak... ma pani pożar w domu? - zapytała instynktownie. Jeśli tak, to powinnyśmy zwiewać. Albo ruszyć różdżkami!


it feels like falling
it feels like rain. like losing my balance again and again. it once was so easy — breathe in, breathe out
Petronica Fenwick
Zawód : geomantka, początkująca twórczyni świstoklików
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

when does it get
quiet?

OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10973-petronica-fenwick https://www.morsmordre.net/t11018-przybleda#336834 https://www.morsmordre.net/t10989-dam-ci-cos-cennego#335487 https://www.morsmordre.net/f414-devon-tiverton-dziupla https://www.morsmordre.net/t11095-szuflada-petry#341869 https://www.morsmordre.net/t11023-p-fenwick
Re: Wejście do domu [odnośnik]30.04.22 20:38
Zignorowała przeprosiny kobiety, które były rzucone bardziej z zaskoczenia niżeli chęci. Domyśliła się, że problemem był tu sam szkocki akcent, który stwarzał niekiedy barierę językową, szczególnie w połączeniu z prędkością z jaką Evelyn zazwyczaj wyrzucała z siebie słowa, a dorzucając do tego możliwość dosłyszenia wcześniej wypowiadanych imion Aetonanów, to wychodziła istna bomba słowna. – Tak, Rufus, proszę uważać, to złodziej jakich mało – rzuciła przelotne spojrzenie zwierzęciu, jakby próbowała przejrzeć, czy w tym małym móżdżku właśnie nie objawiał się jakiś wielki plan złodziejskiego wyczynu. Nie miała zamiaru odganiać niuchacza, bowiem to by go tylko zachęciło do psot, bo jak wiadomo – zakazany owoc smakuje najlepiej. Zaraz jednak zwróciła spojrzenie do przybyszki, marszcząc brwi ze zdziwieniem. - Devon? Na litość Merlina, dziewczyno, co cię podkusiło, by podróżować tak daleko w trakcie wojny? – zapytała z grymasem na ustach. Była rozdarta, bo choć jej pewność siebie podpowiadała, że ta wycieczka była dla sowy ratunkiem, to jednak z drugiej strony tak dalekie wyprawy w obecnych czasach nie były bezpieczne, nawet jeżeli zachowywało się wszelkie środki ostrożności. Teraz, gdy wpatrywała się w twarz kobiety, zaczęła zauważać z jak młodą osobą przyszło jej rozmawiać i to uderzyło ją jeszcze bardziej. Na usta Szkotki cisnęło się tak wiele gorzkich słów, ale nie mogła sobie pozwolić na większą poufałość. – Myli adresatów? – prędko zmieniła temat, woląc skupić się a tym, co działo się w tej konkretnej chwili, wszystko inne już się zdarzyło i nie szło cofnąć czasu. Prześledziła w głowie możliwe rozwiązania, choć szczerze wątpiła, by było to coś poza zwyczajowym wstrząśnieniem, ale kto wie, może ten nagły zwrot był spowodowany jakimś urazem na tle nerwowym. Zwierzęta często wpadały w popłoch, gdy miały styczność z czymś, co wywoływało u nich czynnik stresowy.
Gdy dosłyszała kaszel, uniosła z rozbawieniem jedną brew i założyła ręce pod boki. – Och, cóż, zapewniam, że nie ma tu żadnego pożaru – parsknęła cichym, niewymuszonym śmiechem, zaraz wygładzając materiał swojej spódnicy, choć nie było na nim ani jednego zagięcia. – Szlifuję swoje umiejętności pieczenia – w głosie niebieskookiej nie było ani nuty skruchy, zupełnie jakby sądziła, że wszystko wyszło jej idealnie, tak jak miało być. Nie rzuciła jednak ani jednego, nawet krótkiego spojrzenia w kierunku zwęglonych krążków, chyba lepiej było jej przekłamać rzeczywistość w tym temacie. Piekła sumiennie od tygodnia i jak na razie żadna partia nie wyszła dobrze, incydentu z wybuchającym ciastem sprzed trzech dni nawet nie chciała wspominać. – Ale mniejsza – machnęła dłonią, podciągając zaraz rękawy i zbliżając się kobiety. – Obejrzyjmy naszą bohaterkę – wyciągnęła wolno dłonie, przejmując ostatecznie sowę. Nie dbała o ewentualne podziobanie, zwierzę wydawało się być i tak wystarczająco zdezorientowane, by choć o tym pomyśleć. Na pierwszy rzut oka nie wydawało się, by coś było nie w porządku. Może prócz wagi, która trochę odstawała od normy, ale czy można było to uznawać jako symptom? Zauważyła również jedno, niewielkie łyse miejsce pod skrzydłem i to już chociaż była poszlaka. Reszta miejsc nie wydawała się martwiąca, może ten rozmyty wzrok trochę niepokoił, ale chyba nie miała już żadnych wątpliwości. – Wygląda na to, że miała bliższe spotkanie z drzewem, nic niepokojącego, ale potrzebuje przerwy – oddała Przybłędę właścicielce, pokazując jej od razu łysinę pod skrzydłem. Zacmokała cicho, próbując znaleźć jakiś szybki sposób na przywrócenie sowy do pełni zdrowia. – Najwidoczniej niecelowo myli adresatów, po prostu nie dolatuje do celu i zostawia paczki tam, gdzie braknie jej sił, w miejscach, które pewnie zna. Trzeba ją wzmocnić, czyli podstawy: mniejsze, ale częstsze karmienie, by nie zaskoczyć żołądka; wodę można raz na jakiś czas podawać z cukrem, ale zawsze dostawiać gdzieś zwykłą i w ogóle pilnować, by z niej korzystała – podeszła do komody, szukając w bałaganie szuflady odręcznie spisanego przepisu na dobry suplement, było tam kilka ziół, których obecnie nie miała w swoich zapasach, ale może będą one dostępne w mieście, takich rzeczy brakowało w Szkocji, ale w Anglii powinny jednak jeszcze być, może nie do kupienia, ale do zebrania na łąkach chociażby. Zazgrzytała zębami obiecując sobie, że kiedyś zrobi wreszcie generalne porządki. - Pokusiłabym się też o skrócenie jej tras, przynajmniej na jakiś czas, zanim nie dojdzie do siebie. Czy to będzie problemem? – zagaiła wreszcie, choć było to pytanie z tych, które słało się na poczekaniu. Musiała trochę zwolnić tempo, jej ręce ostatnio drżały z każdym dniem bardziej, przynajmniej tak jej się wydawało, a to zdecydowanie nie ułatwiało jej szukania jednej, pojedynczej kartki.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wejście do domu - Page 2 Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Wejście do domu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach