Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Miejsce przemian
AutorWiadomość
Miejsce przemian [odnośnik]13.12.20 20:43

Miejsce przemian

Niepozorna z zewnątrz kryjówka. Po wejściu do środka trafia się od razu na ciągnące się w dół schody, prowadzące do jedynego pomieszczenia - piwnicy. Niemal pusta przestrzeń z łańcuchami w ścianach i podłodze, doskonale wytłumione miejsce, gdzie żaden dźwięk nie ma szans uciec na zewnątrz.

Cave Inimicum




It's in your nature to survive


Ostatnio zmieniony przez Evelyn Despenser dnia 03.11.21 23:29, w całości zmieniany 1 raz
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Miejsce przemian Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Miejsce przemian [odnośnik]14.12.20 17:02
evelyn & lyall20 sierpnia
Cienka smużka ciepłego powietrza wyłaniała się kolejnymi partiami z niewielkiego komina schowanej w ziemi piwnicy. Chłód panujący na zewnątrz nadawał gorącemu powietrzu kolor gęstego mleka i pozornie mogłoby się to wydawać bajkową scenerią - idealną do snucia dziecięcych opowieści. Do tego pokryta zielenią ziemianka otoczona była ciasno drzewami i jako jedyna pozostawała oświetlona silnym księżycowym światłem. Skryta przed wzrokiem nieuważnych wędrowców zdawała się nikomu nie wadzić. Dokoła panowała cisza przerywana jedynie dalekim wyciem wilków, które nie kryło za sobą niebezpieczeństw, mimo że księżyc w pełni prezentował swoją srebrzystą tarczę. To nie wilków wszak należało się obawiać tej nocy. Każdy rozważny czarodziej chował się właśnie za drzwiami własnego domu, nie myśląc o wychodzeniu na zewnątrz i pod poduszką trzymając znajome drewno różdżki. Nikt nie spał snem sprawiedliwego, gdy przypadała określona pora miesiąca, powodując we wszystkich nieprzyjemne drżenie. Dorośli mężczyźni chodzili podenerwowani, kobiety roztargnione, dzieci były płaczliwe i zlęknione. We wszystkich kalendarzach i gazetach ostrzegano przed pełnią, lokale zamykały się wcześniej, by nie kusić losu. Nawet policjanci znikali na ten czas z ulic. Wszystko pustoszało i cichło. Wszystko w przeciwieństwie do lasów i wnętrza milczącego domku.
Coś jednak zaburzyło wewnętrzny układ sił spowitej ciszy okolicy. Nie trzeba było jednak długo czekać, by wysoka sylwetka wyłoniła się z ciemności lasu na niewielką część nieporośniętą drzewami i nie przestawała iść, aż nie upadła na wybrzuszenie ziemianki. Brygadzista obrócił się na plecy, a jego twarz skierowana była wprost na błyszczącą tarczę ziemskiego satelity - cicho oznajmiającemu mu, że ta noc była oznaczona krwią. Ktoś umarł, by ktoś mógł żyć. Ktoś właśnie był miażdżony przez ostre zębiska oszalałego kundla, a następnego dnia w gazetach miały pojawić się kolejne statystyki. Statystyki świadczące o niekompetencji brygady ścigania. Świadczące o słabości łowców. On jednak wciąż żył i nie zamierzał zdychać. Po nocy pełnej walki dotarł aż tutaj i nie miał w planach wykrwawić się na ziemi okrywającej pustelnię potwora. Nic się nie zmieniło. Wciąż ta sama ziemianka, zamknięta bezpiecznie i ukrywająca w sobie brutalny sekret. Dokładnie tak samo, jak lata temu, gdy był tu po raz ostatni. Jeszcze ze Skamanderem u boku... Mimo że pojawił się teraz dopiero o czwartej rano po całonocnej eskapadzie, wiedział, że kobieta poprzedniego wieczora weszła posłusznie do środka i zamknęła za sobą drzwi. Jak dawno temu. Jak miesiąc w miesiąc. Jak w zapisanych w Ministerstwie Magii papierach.
Lyall krwawił na lewym boku. Czuł po palcami lepiącą się posokę, gdy uciskał ranę, jednak chłodna ziemia przynosiła ukojenie rozpalonym mięśniom i tłumiła ból. Był odrętwiały, lecz nie pokonany. Wlał w siebie te eliksiry, które miał, nie patrząc na dawkowanie zalecane przez uzdrowiciela w podobnym przypadku - radził sobie tyle lat bez poleceń i nie miał czasu na dokładne odmierzanie. Miał z tego wyjść lub nie. Nauczył się, że co nie miało go zabić, miało go umocnić. Więc czekał. Czekał, leżąc na kryjówce bestii. Czuł pod sobą drżenie ziemi i całej pustelni. Instynktownie zaorał wolnymi palcami w trawę, jakby chciał poczuć się bliżej znajdującego się pod nim, szalejącego w okowach wilkołaka. Nic nie słyszał, lecz wiedział, że tam był. Tak jak lata wcześniej. A jedynymi jego towarzyszami były kłęby gorącego oddechu i drżenie ziemi.
Nie wiedział, ile to trwało, zanim nadszedł świt, a brygadzista zorientował się, że nie czuł już drgań. Ustały podobnie jak ból dochodzący z rany. Kolejna noc dobiegła więc końca - nie oznaczało to jednak, że skończył pracę. Miał coś jeszcze do zrobienia, nim miał pozwolić poskładać się uzdrowicielowi w Dolinie Godryka. Z trudem podniósł się z trawy, nie patrząc nawet na plamę krwi, która zdążyła pod nim zakrzepnąć. Uderzył parę razy pięścią w miejsce na wysokości żeber, chcąc pobudzić krążenie i dopiero wtedy zsunął się, by złapać za drzwi. Nie czekał. Mocnym i stanowczym ruchem rozwarł drewnianą zasłonę, z której zeszły zaklęcia zabezpieczające i bez problemu odnalazł to, czego szukał. Oczy łowcy nie musiały dopasowywać się do panującego tam mroku - wszak pracował w ciemnościach i do nich należał. - Wstań i lśnij - mruknął, patrząc na znajdującą się we wnętrzu skuloną kobietę. Nie czekając na odpowiedź, rzucił w jej stronę ciepły koc. Nie miała co liczyć na strzępy, które leżały na podłodze. Gdy to zrobił, odszedł parę kroków od ziemianki i wyciągnął z wnętrza płaszcza ostatnią porcję eliksiru odkażającego, czekając na Evelyn. Kolejny dzień w raju...


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miejsce przemian [odnośnik]14.12.20 19:59
Trzask łamanych kości, świst rozdzierającej się skóry i odzieży, czerń powlekająca ciało i wszechobecna pustka. Krzyk rozdzierający gardło, który stopniowo zmienia się w nieludzkie, przeszywające wycie. Szczęk łańcuchów, szamocząca się sylwetka, z wolna zmieniająca kształt w rozpaczliwej walce ze swym jestestwem. Zmysły płatające figle oczom, pokazując sylwetki ludzi, których już dawno przy niej nie było. I zapętlający się szept, ten najgorszy, pomiędzy ostatnimi chwilami świadomości, artykułowany na głębokich, choć nierównych haustach oddechu. Zdanie wypowiadane niczym modlitwa, z przerażającą względem treści czułością, melodią przypominającą dziecięcą kołysankę.
- Wolałam, żebyś mnie zabił Sorenie, wolałam, żebyś zabił…
Przegrana. Ostatki świadomości uleciały w dal, zostawiając po sobie tylko czarną łunę, wypełnioną po brzegi dzikim instynktem. Najpaskudniejsze myśli wypełniały głowę czarnej niczym noc wilkołaczej bestii. I ten zapach, ledwie wyczuwalna nuta krwi, gdzieś nad ziemią. Pojedyncze krople zmieniły rytm na powolne spływanie, zupełnie jakby nieopodal znajdowało się źródło. A może to już czyste szaleństwo? Wilk jednak był żądny sprawdzenia swojej teorii, lecz wkomponowane w ściany i podłogę łańcuchy z metalicznym łoskotem zmuszały go do pozostania w miejscu. Skrzętnie przygotowane więzienie, było w pełni przyszykowane na taką okoliczność. Myśli przeklętej istoty spowiła szkarłatna czerwień, kolor krwi, którą wyczuwał wyczulony nos drapieżnika. Ta noc, choć piękna, z pełnią wysoko na niebie, miała okazać się jedną z najcięższych. Czuć było wibracje konstrukcji, spowodowane chaosem w umyśle stworzenia, które testowało wytrzymałość budynku, który je ubezwłasnowolniał. Bestia szamotała się w obłędzie wywołanym przez własne żądze, raniąc się o kajdany do kości, lecz nie ustępowała w swych żałosnych działaniach.
Miało to trwać całą noc.
Miesiąc w miesiąc.
Rok za rokiem.
Aż do śmierci.

Poczuła chłód, zwiastujący odzyskanie człowieczeństwa i ludzkiej postaci. Ogromne, wręcz przytłaczające zmęczenie było kolejnym zwiastunem powrotu do normalności. Otworzyła oczy w ciemności i jak zawsze, dla pewności rzuciła pierwsze spojrzenie na swoje dłonie. Następnie przejechała nimi kontrolnie po ciele i westchnęła głęboko w ramach uspokojenia. Miała to za sobą.
Dopiero przy pierwszej próbie wstania, syknęła głucho i mimowolnie wróciła do poprzedniej pozycji. Przyjrzała się sobie na nowo, dostrzegając rany, których istnienie wpierw wyparła. Wilkołak był tej nocy bezlitosny, coś go rozjuszało. Nie chciała wiedzieć jak wygląda pomieszczenie w świetle dziennym, obawiając się, że zaschnięta krew na ciele nie jest jedyną, którą przelała samej sobie tej nocy. Ból był jednak zasłużoną torturą. Karą za klątwę.
Drzwi zostały otwarte, a Evelyn od razu skierowała ku nim nieufne spojrzenie przerażonych oczu, które na moment zamroczył pierwszy snop światła. Dojrzała sylwetkę mężczyzny, a jej ciało zadrżało pod wpływem emocji. Dlaczego akurat teraz? Mógł jej dać znać o swojej obecności kilka chwil wcześniej, a w tym przypadku potraktowała brutalne wdarcie się w jej przestrzeń jako swego rodzaju poniżenie. Tu musiało chodzić o coś więcej, czuła to i w związku z tym, z każdą chwilą narastało w niej napięcie. Zbyła pierwsze słowa mężczyzny milczeniem, doczołgując się w bólu do koca, który upadł nieopodal. Okryła ciało miękkim i ciepłym materiałem, który był zdecydowanie lepszy niż jutowy worek, który zdarzyło jej się zakładać po powrocie z wilkołaczej postaci i uznała, że nowoprzybyły jednak nie przybył w złości, choć to nie wykluczało obaw. Podjęła próbę wstania na nogi, lecz po całej nocy nie było to takie proste. Pierwsze próby wyszły marnie, ale gdy już stanęła, nie zważała na dygoczące kolana i miękkie nogi, musiała stąd wyjść, zmuszając się do zachowania pozorów względnie dobrego samopoczucia. Wspięła się po schodach i opuściła swoje więzienie, wraz z pierwszym dotykiem trawy na bosych stopach. Kilka chwil zajęło jej przyzwyczajanie się do jasności poranka, ale gdy tylko jej oczy złapały ostrość, rzuciła spojrzenie mężczyźnie, lustrując go od góry do dołu. Nie trzeba było czasu, by jej spojrzenie przykuł jego bok. Uderzyło ją wspomnienie, zaledwie skrawek świadomości z nocy i to sprawiło, że odruchowo spojrzała w bok, znajdując miejsce zbroczone krwią. Zacisnęła usta w gniewie i lewą dłonią złapała mocniej koc w reakcji na ból, który spłynął na nią wraz ze świadomością przyczyny jej nocnych cierpień.
- Długo kazałam na siebie czekać? – Rzuciła chrypliwie pytanie w przestrzeń, nagle powracając swym spojrzeniem do tęczówek mężczyzny. Gdyby takie spojrzenie posłała komuś minionej nocy, oznaczałoby chęć dominacji, rywalizację, jednak rankiem było to już zwykłe, zobojętniałe spojrzenie z nutką lęku. Zaschło jej w gardle od krzyku, ale słowa opuszczające jej usta wybrzmiewały melodyjnie, jakby nie mogła jeszcze powrócić z krainy koszmarów i ostatnich wypowiadanych zdań. Pomyślała, że może nie musiałby tyle czekać, gdyby nie poległ jej tu na trawie, zaledwie kilka metrów nad rozwścieczonym wilkołakiem, który dałby sobie łapę odrąbać, byleby się tu znaleźć minionej nocy. Musiał to wiedzieć, musiał znać ryzyko, a więc zapewne był gotowy na taką okoliczność, a wtedy ona, równie przygotowana, może w końcu zaznałaby swojego spokoju. Była jednak zbyt przywiązana do życia, by to sprowokować, a przecież mogła, miała tyle okazji do zakończenia żywota i mimo to wciąż istniała. Strach przed śmiercią oznaczał człowieczeństwo, a skoro się bała, to znaczyło, że ma tu jeszcze jakąś misję.
Za drzwiami spoczywały przygotowane ubrania, więc Evelyn, nie bacząc na mężczyznę, podeszła w wyznaczone miejsce, zakrywając się niezgrabnie wejściem do swojej kryjówki, oraz po części kocem i zaczęła się ubierać, zaciskając zęby, gdy materiał drażnił jej poranioną skórę. Jednak chciała tego, dzięki temu wiedziała, że żyje, że jest już świadoma. Liczyła też na to, że w międzyczasie mężczyzna łaskawie przekaże choć ochłapy informacji o motywach jego nagłej wizyty. Z tyłu głowy miała obawy, serce zaczynało galopować, adrenalina krążyła w żyłach. Czy znów ktoś został zamordowany w okolicy? Czy było to wystarczająco blisko, by stała się podejrzaną? Nie, to niemożliwe, przecież cały czas przebywała tutaj, wiedzieli o tym, nie było co do tego wątpliwości. Zapowiadał się niezwykle cudowny dzień.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Miejsce przemian Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Miejsce przemian [odnośnik]18.12.20 22:19
Znał cały proces przemiany. Był świadkiem wielu z nich. Niejedną też sam wywołał i chociaż niegdyś w pracy brygadzisty przyświecał mu zupełnie inny cel, nigdy nie przestał patrzeć na wilkołaki w ten sam sposób co na początku - ich natura była wszak zaklęta właśnie w ów momencie. Wykrzywiania się kości, roztrzaskiwania czaszki, przyspieszania bicia serca, porośnięcia gęstą sierścią. Krzywdzenie ukrytego wewnątrz człowieka było ich naturą i nie tylko zadawali ból przypadkowym ofiarom - ponosili go również oni sami. Cóż za pokręcona filozofia... Jaki miała cel, jeśli nie sianie ogólnego zniszczenia? Rozszerzanie chaosu i bólu? Jeśli takie było jej działanie, taka również była jej natura. A skoro jej naturą było zło, nie można było jej ignorować i pozwolić, by się rozrastała. Likantropia była wirusem, chorobą, skazą, gwałtem na ludzkiej naturze, który atakował nosiciela w ten sam sposób, co tych, którzy znajdowali się wokół i nie przestawał się rozwijać. Nie. Nie istniał na nią żaden lek, dlatego nie było - nie powinno było być - innego wyjścia niż eksterminacja najgroźniejszych osobników i izolacja zarażonych. Być może odcięcie ich od wszystkiego zdołałoby powstrzymać namnażanie bestialstwa, jednak czy rozwiązałoby to jakikolwiek problem? Prawda była taka, że Lyall nie wierzył w odcięcie likantropów od społeczeństwa. Nie wierzył w ich pilnowanie oraz kontrolowanie. Bo ktoś musiałby ich pilnować. Ktoś musiałby sprawować pieczę nad ośrodkami, w których byliby trzymani. I tym kimś, musieliby być zdrowi ludzie. Byłyby to więc kolejne potencjalne ofiary, kolejne potencjalne ujście klątwy. Kolejne możliwości do wypłynięcia na światło dzienne. Nie. Jeśli wilkołactwo miało się kiedykolwiek zatrzymać, to radykalnie i bez półśrodków, które aktualnie stosowano. Nie obchodziło go kim byli - gdyby to zależało od niego, nie byłoby ich wcale.
Jej też nie powinno było być. Jaką wszak wartość miało życie przepełnione cierpieniem oraz brakiem perspektyw? Nie mogła mieć dzieci. Nie mogła kochać się z mężczyzną bez strachu o przyszłość. Nie mogła nawiązywać relacji bez myślenia o swojej klątwie. Nie mogła poruszać się swobodnie bez wiedzy Ministerstwa. Gdyby miała jakichkolwiek bliskich, budziłaby się co miesiąc ze strachem w sercu czy nikogo z nich nie zabiła. Nawet teraz, nawet bez rodziny wciąż przebijał się przez nią lęk o to, że przyszedł do niej, bo nie oponowała. Bo łańcuchy nie dały radę. Bo ktoś niepowołany uchylił drzwi ziemianki...
Nie odpowiedział. Oboje doskonale wiedzieli, że noc zawsze trwała tyle samo, ale brygadzista nigdy nie porzucał swojej czujności. Minuty mogły wydawać się więc godzinami lub sekundami - w zależności od tego, co się działo. A we wnętrzu Lyalla zawsze działo się wiele - z wyjątkiem momentu polowania, kiedy to był tylko on i likantrop. I tylko wtedy czuł tak naprawdę spokój przez jedno, mocne uderzenie serca. Zanim dotarł na farmę Evelyn to uczucie uderzyło w niego ponownie - tuż przed tym gdy po szarpaninie z jednym z niezarejestrowanych wilkołaków, Lupin zdał sobie sprawę, że wyznaczony mu kundel już się nie ruszał. Z wbitą w gałkę oczną różdżką wyglądał jak pokraczne monstrum bez anatomicznych szans na przetrwanie. I mimo że był wielki, drewno łowcy trafiło w miękką tkankę, przebijając się aż do mózgu. Nie żałował. Nigdy nie miał żałować. Tak jak i teraz. Nie zamierzał odnosić się do Despenser delikatnie i udawać, że cokolwiek go obchodził jej los. Gdyby to teraz od niego zależało, jej los nie różniłby się zbyt wiele od innych wilkołaków, które ścigał i zamykał. Dzieci, kobiety, starcy - wszyscy byli zagrożeniem i jedynie trzymając nad nimi pieczę, mogli ich kontrolować. Mogli kontrolować likantropię - najgorszą klątwę z możliwych. Tuż obok bycia człowiekiem.
- Gdzie jest Soren, Evelyn? - Nie wiedział, kiedy o to spytał, ale nie zamierzał czekać z tym w nieskończoność. Nie dawał jej zbyt wiele czasu na przebranie się i chociaż trzymał się z daleka, gdy to robiła, ton wydawał się niemalże na równi bezczelny jak podglądanie półnagiej kobiety. Mogła go nie rozpoznać pod kożuchem otępiałych myśli, przytłumionych zmysłów, lecz wystarczyła dłuższa chwila, by doskonale uplasowała rysy jego twarzy, głos z nazwiskiem, które jeszcze niedawno było jej przychylne. Trzy lata a wydawały się wiecznością. Wiecznością, której Lyall chciałby nigdy nie musieć się wyuczać.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miejsce przemian [odnośnik]30.12.20 23:05
Stopniowo zaczynała widzieć każdą ostrość, łapała kontrast, wracały wszystkie barwy. Pozorne błahostki, które zwykły człowiek po prostu miał, ona nabywała na nowo po każdej przemianie. Powracanie z niemal skrajnego widzenia peryferyjnego w zwykłe, ludzkie pole widzenia można było porównać do kręcenia bączków na miotle podczas pierwszych nauk praktycznych z latania, kiedy większości kręciło się w głowie  Kolejną z nieoczywistości wilkołaczej postaci był doskwierający brak znanych jej kolorów, rozróżniała głównie niebieski i żółty, ale zielony i czerwony był dla niej obcy. Czy nie było to aby absurdalne? Bestia nie rozróżniała koloru krwi, choć przecież sam jej zapach tak bardzo ją rozjuszał.
Spojrzała na świat innymi oczami. Swoimi oczami. Jak co miesiąc. Nie zobaczyła jednak przyjaznej twarzy, choć widok Lyalla powinien wzbudzić pozytywne emocje, choćby przez wzgląd na przeszłość którą dzielili. Tym razem jednak było inaczej, bardziej dziwnie i nieswojo. Może przemiana powodowała u Evelyn jakieś niewyjaśnione zaćmienia, ale chyba nie zapomniałaby czegoś co tłumaczyłoby tę niechęć? Mężczyzna raczej nie pojawiłby się od tak po tylu latach, tym bardziej, że nie wyglądał jak Lyall, którego niegdyś znała. Jakby był jej obcy, zimny, nieobecny. Jakby wzbudzała w nim obrzydzenie, a to właśnie weszło w jej głowę i uczepiło się usilnie jej myśli. Nie zrobiła nic złego, ale jej klątwa była wszechobecna. Ktoś go skrzywdził? Może ktoś taki jak ona skrzywdził jej rodzinę? Nie chciała o tym myśleć, przecież to mogło się zdarzyć – na świecie było całkiem sporo bestii w typie jej bliźniaka.
- Soren jest w piekle, Lyall – potrzebowała wziąć wdech, pragnęła przełknąć złość, zwykłą ludzką złość, która pojawiła się w reakcji obronnej na pytanie o rodzinę. Dlaczego interesował się Sorenem? Dlaczego pytał ją, skoro do tej pory wszyscy uznawali, że była w tym temacie bezużyteczna? Coś się zmieniło, może pojawił się jakiś trop, albo wydarzyła się tragedia, która przeważyła szalę goryczy i wprawiła machinę w ruch, a jej bliźniak właśnie przestał być jedynie "kolejnym nieuchwytnym wilkołakiem bez granic". Zawrzało w kobiecie ponownie, bo fakt, że sprawa Sorena została odkopana oznaczał, że zrobił coś czarodziejowi, w innym przypadku szukaliby go jak do tej pory - czyli jedynie na papierze, przynajmniej tak uważała kruczowłosa. – Jest tam, gdzie powinien się znajdować – odpowiedziała, choć bez przekonania. Jakby walczyła ze sobą, jednocześnie chcąc bronić rodziny i nie chcąc kryć mordercy, którego występki było jej poznać na własnej skórze. Znała jednak obowiązek chronienia rodziny, chronienia krwi i nie chciała się przed tym ugiąć, choćby sama pragnęła śmierci bliźniaka. Despenser zbierała się na odwagę już od kilku miesięcy, chciała ukrócić cierpienia brata w pojedynkę, bez świadków, ale wciąż blokowała ją myśl, że byłoby to jednak pod względem praktycznym, zwykłe bratobójstwo.
- Na kogo polujesz, przyjacielu? – Pytanie zadane szeptem, które bolało ją przy wypowiadaniu każdego, pojedynczego, zawartego w nim słowa. Szybko jednak przyszło jej otrząsnąć się z nostalgii i mrugając szybko, rzuciła z wolna spojrzeniem na okoliczne drzewa, odwracając tym samym uwagę od nadal niezupełnie kontrolowanych emocji. Pozostawało wierzyć, że ten gest był na tyle nienaturalny dla niej w codziennym życiu, że zostanie potraktowany jako zwyczajna podpucha. Do czasu uzyskania wszystkich informacji wolałaby pozostać w oczach swojego rozmówcy przynajmniej po części zdrowa umysłowo, inaczej chyba nie byłaby traktowana poważnie, a to jedynie utrudniłoby jej możliwość uczestniczenia w tym zamieszaniu. Nie miała się jednak co oszukiwać i wiedziała, że Lyall szuka Sorena tylko w jednym celu i nie chodzi tu o wspominanie szkolnych lat. Najgorsza była jednak świadomość, że mężczyzna nie był głupi, potrafił kojarzyć fakty i nieprzydatne dla innych tropy, ponieważ nie miał do czynienia z nieznanym mu terenem. Kruczowłosa wiedziała, że jeśli pozwoli mu się tu dalej kręcić, to będzie niemal o krok od odpowiedzi i znajdzie sam to, czego szuka. W pełni świadomym spojrzeniem wróciła do oczu Lyalla, chcąc zobaczyć osobę, której mogłaby zaufać i powierzyć swój sekret, który ciążył jej już od tygodni. Martwiła się jednak, że to co widzi jest zupełnie sprzeczne z jej wyobrażeniem, a gdy tylko wyjawi mężczyźnie swoją wiedzę, ten nie pozwoli jej nawet pójść za sobą.
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Miejsce przemian Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Miejsce przemian [odnośnik]27.05.21 22:02
Patrząc po kobiecie, która musiała radzić sobie ze skutkami przemiany, nie odczuwał współczucia. Kiedyś było inaczej. Gdy jeszcze wierzył w swoje powołanie oraz chęć ochrony nie tylko społeczeństwa przed wilkołakami, lecz samych wilkołaków przed ich wewnętrznymi bestiami. Pamiętał, jak pełen ambicji uczył się do egzaminów w Hogwarcie, aby w determinacji kontynuować swoje poświęcenie również na kursie. To wtedy nabrał mocy nie tylko umysłem, ale też i ciałem, które musiało być w pełni sprawne, aby nadążyć za niesamowicie szybkim stworzeniem. Zawsze wolał jednak ofensywę nad defensywę i chociaż wcześniej wolał tego unikać, aktualnie nie oglądał się za nikim. Atakował, gdy tylko miał okazję, nie zamierzając odpuścić czy pozwolić na regenerację przeciwnika. Nie widział i nie chciał widzieć w kosmatych pyskach przejawu ludzkich odruchów. Na przestrzeni czasu stracił wszelką empatię do ludzi, a w szczególności do tych ogarniętych klątwą. Można było go za to wyklinać, jednak nie był osamotnionym przypadkiem w brygadowej braci, gdzie nienawiść szła na przedzie z bezwzględnością. Jako początkujący łowca Lyall był wyjątkiem ze swoim podejściem, próbą naprawy świata i naiwnością wpisaną w chłopięcą wiarę. Zmiana rzeczywistości. Pomoc. Funkcjonalna odnowa. Teraz wyśmiałby swoje podejście i jego wartości wyjęte z gówna. Pod pewnym względem Lupin cieszył się, że nastąpiła w nim przemiana - poglądów, charakteru, wyostrzenie utartych w boleści zmysłów. Dzięki nim przestał się oszukiwać. Patrzenie na otoczenie nie było zakłócane niczym pieprzeniem, a polityczny bełkot w ogóle go nie interesował. Był wolny od opinii innych ludzi, ich wpływu oraz zarazy, którym było społeczeństwo jako zgromadzenie szarej masy w wielkich aglomeracjach. Nawet wewnątrz własnego wydziału patrzono na niego jak na samotnika, którym był, lecz nie przeszkadzało mu to. Najistotniejszym zadaniem dla czarodzieja było spełnianie swoich celów - wykonywanie pracy. Tropienie. Walka. Pętanie. I znów to samo. Bez końca i do końca.
- Jeśli piekłem nazywasz to, co się dzieje, masz rację - rzucił, przyglądając się pobieżnie swojej gospodyni. Nie mogła kłamać - życzyła tego swojemu bratu, a on to widział. Już wtedy gdy razem ze swoim mentorem Lupin szukał informacji o puszczonym wolno wilkołaku. Już wtedy, lata wcześniej Evelyn nienawidziła własnej krwi. I nie dało się tego zapomnieć. Nie tego ognia, który błyskał za stalowymi źrenicami rozszerzającymi się niczym u wygłodniałej bestii. Nienawidziła. I dobrze.
Na kogo polujesz, przyjacielu?
- Nieważne. Już go nie ma - odparł, nie musząc kończyć myśli. Wiedziała, musiała wiedzieć, że dla Lupina nie miało znaczenia, kim były wilkołaki, których szukał. Po jego tonie, postawie, sposobie, w jaki ją traktował - zbierała informacje, analizowała i wyciągała wnioski. Od zawsze posiadała zmysł, którego nie mieli inni ludzie - Evelyn Despenser posiadała w sobie coś nie z tego świata, co nawet teraz potrafiło fascynować. Nawet z klątwą, która pętała ją każdego dnia miesiąca, wzbudzała szacunek, a tego Lyall nie mógł powiedzieć o żadnym z ludzi. Nie wspominając już o wilkołakach. Dlatego też musiała znać odpowiedź. Wilkołaki - takie jak ona - były jedynie bezimiennym bydłem, które należało spętać i jedynie ten jeden konkretny wbił się w umysł łowcy silnie i boleśnie, nie chcąc go opuścić. Ale czy nie było to fatum każdego z nich? Każdego z ludzi? Pojawienie się nemezis, które stawało się również obsesją?
Milczała, chociaż zmysł obserwacji sprawił, że brygadzista dostrzegał zmiany w kobiecej mimice. Nie był specjalistą w ludzkich reakcjach, lecz wystarczało mu obserwowanie wilkołaków. Wiedział, że coś trawiło ducha spętanego w ludzkim ciele. - Jedynie opóźnisz to, co nieuniknione.- Mogła mu pomóc lub też nie. Nie miało to większego znaczenia, bo Lyall był coraz bliżej i nie zamierzał odpuścić.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miejsce przemian [odnośnik]28.05.21 21:03
Znała go. Znała na tyle na ile przeklęta klątwą likantropii istota mogła znać łowcę. Na tyle na ile ścierające się charaktery potrafiły zgrać swój rytm, znaleźć czynnik, który ich wzajemnie połączy, choć było to czymś zupełnie niezgodnym z potencjalnymi możliwościami. Ich coś łączyło, ktoś ich łączył, wżerając się w ich umysły, zatruwając myśli swym imieniem. Soren. Imię prześladujące Evelyn od lat, zmuszające jej do konkretnych zachowań i działań. Inni jej nie zagrażali – nie żyli, ale bliźniak? Wprawiał ją w manię, szaleństwo, obawę, która przesłaniała wszystko inne.
- To, co się dzieje nie jest sprawiedliwe – wycharczała, próbując się pozbierać, ale nie mając zamiaru kryć swojej słabości, klątwy, trucizny, którą bezskutecznie próbowała zwalczać. Mogła nienawidzić całego świata, mogła ukrywać się w swojej ziemiance, znosić łamanie kości, rozrywanie skóry, obłęd i brak kontroli, ale nie to zadawało jej najgorszy cios. Najcięższe było ukrywanie się, brak możliwości wyjawienia swojej prawdziwej natury, wieczna nieufność i analizowanie rozmówcy. Lyall był jedną z niewielu osób, które o niej wiedziały i choć ich stosunki z uwagi na to, kim była, czym się stawała, były zimne, mroźniejsze od lodu, to jednak w jego obecności nie musiała udawać, a co za tym idzie – mogła odpocząć. Odetchnąć i zrzucić część ciężaru. Chociaż na chwilę, niezależnie od jego osądu, mogła poczuć się sobą. Tu i teraz mogła być prawdziwa.
- Inaczej definiujemy piekło – zawyrokowała, jakby wskazując mu kierunek, uginając się, choć wcale nie było to bezcelowe. Jej piekło wydarzyło się tu, na tych ziemiach i to właśnie na nich przyszło jej pokutować. Niewidzialnymi łańcuchami związała się z okolicznymi ziemiami, których nie opuszczała na dłużej niż dobę. Jeżeli wiedział, że Soren powrócił, to dlaczego wcześniej nie spodziewał się, że wilkołaczy instynkt zawsze prowadzi do własnego terenu? Evelyn nigdy nie odebrała Sorenowi prawa do ziemi, przynajmniej nie jako wilkołak. Ona się zakuwała, ukrywała pod ziemią podczas pełni, więc nigdy nie mogło dojść do bezpośredniej konfrontacji. Czy tego chciała, mając pewność, że jest słabsza od brata, że mogłaby zginąć? Tak. Jednak było coś, co skutecznie odciągało ją od tego pomysłu. Niewinni. Nie chciała stwarzać zagrożenia dla bezbronnych, niczego nieświadomych osób postronnych. Jedyny powód, który powstrzymywał ją od szalonego pomysłu starcia się z własnym bratem, pozbycia się zepsutej krwi, naprawienia win, odkupienia krzywd. – Czułam twoją krew. – Powiedziała jedynie, przypominając, że jej zmysły pod ziemią wciąż czują to, co znajduje się ponad nią. Ton miała oskarżycielski, jakby chciała mu przypomnieć, że nie powinien zjawiać się tu z raną. Potraktowała to, chcąc nie chcąc, jako test jej zabezpieczeń, choć wątpiła, by Lupin naprawdę miał taki zamiar. Odkąd Soren wrócił, czuła go wszędzie i doprowadzało ją to do szaleństwa, nawet bardziej niż sam zapach krwi. Przed pełnią zmysł węchu dokuczliwie się wyczulał, a ona wszędzie wyczuwała jego obecność, zapach wilkołaka, który zmieniał się zbyt często, by jego woń mogła się zatrzeć. Była tego świadoma i nic nie mogła na to poradzić.
- W pełni i poza nią. Niezależnie od postaci, którą aktualnie jest. To go przejęło. Całkowicie. – zaczęła z wolna, próbując dobrać odpowiednie słowa, nie nadużywając rozbudowanych zdań, chcąc przekazać tyle, ile mogła, a jednocześnie nie rzucać rozmówcy odpowiedzi prosto w twarz. Chciałaby naprawić brata. Zmienić w tego, który był z nią kiedyś, w czasach dziecięcych, gdy wszystko było dobrze, ale te czasy minęły, a ona wiedziała, że czasu nigdy nie da rady cofnąć. Nadzieja przepadła lata temu, zastąpiła ją zaś nienawiść, ogień, który można było dostrzec w jej oczach. Lyall tego nie rozumiał, choć zapewne rozpoznawał grzmiące w kruczowłosej emocje. Dla niego to rozdarcie między życiem, a śmiercią członka jej rodziny, która już dawno ją skrzywdziła, mogło być niezrozumiałe, ale dla niej? Ona nie wiedziała co ta śmierć przyniesie, co będzie po niej, czy jej świat się nie zmieni. Dla niej było to kolejne niebezpieczeństwo, niewiadoma, która napawała ją lękiem, bo wtedy… Wtedy nie będzie mieć już nikogo. Naprawdę zostanie sama i to, właśnie to może ją zniszczyć.
Wiedziała, że zdradzi mu to miejsce. Znała je. Odkryła zaledwie dwa miesiące po jego powrocie, choć sądziła, że nigdy już tu nie wróci. Jego wilkołak jednak zupełnie przejął kontrolę nad świadomością, zupełnie nie zdając sobie sprawy z braku logiki działań. Kroczył instynktem i to było jego drogą do zguby. Miejsce przy którym zorganizował sobie leże było na wskroś proste. To tam właśnie poniekąd zamordował własną siostrę. – Znasz miejsce w którym mnie znaleźli? – wyszeptała, jakby te słowa kosztowały ją zbyt dużo, jakby właśnie dopuszczała się zdrady. Miała swoje zasady, reguły, których trzymała się zawsze i właśnie teraz je łamała, bo Lyall był jedyną osobą, którą znała i która mogłaby dopuścić się mordu na jej bracie w taki sposób, by Evelyn miała pewność, że to się dokonało. Soren zasługiwał na śmierć, ale Despenser nie chciała, by była to katorżnicza, męczeńska śmierć, a taka właśnie, jeśli już do niej dochodziło, nierzadko spotykała tych, którzy przeklęci byli klątwą likantropii. Nie była pewna, czy Lupin wiedział, czy czytał raporty, czy widział to, co pozostało po drzewie przy którym konała, ale miała zamiar się o tym przekonać.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Miejsce przemian Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Miejsce przemian [odnośnik]28.05.21 22:02
Gdyby przyszło mu ją zabić, zrobiłby to. Nie wahałby się nad podjęciem decyzji, bo już dawno temu przyswoił lekcję, że albo miał zabić, albo miał dać się zabić. Lupin nie zamierzał podkładać się nikomu, zamierzając trzymać się tego pierdolonego życia jak ostatni skurwiel, robiąc równocześnie na złość matce naturze, śmierci i wszystkim innym Merlinom. Bo powinien był nie żyć. Wiele razy podczas wielu sytuacji. Mógłby już zdechnąć i zrobić światu przysługę, ale tak się nie działo. Miało to jakiś cel - jaki konkretnie, nie potrafił powiedzieć, ale może chodziło o zachowanie równowagi? W końcu robił dobrze to, co robił, a odkąd w Ministerstwie coś pieprznęło, zapanował niezły administracyjny i biurokracyjny chaos. Rejestracje różdżek, opóźnienia, nagle papierologia stała się istotniejsza od czynów. Musiał wręcz domagać się wydania rozkazów na miejscu, bo pochłonięci własnymi sprawami urzędnicy obiecywali wysłać sowy, które często w ogóle nie docierały do adresatów. Władza obwiniała za wszystko Zakon Feniksa, Zakon Feniksa obrzucał gównem rządzących, ale to obywatele siedzieli po szyję w tym co spadło na ziemię i robili jeszcze przysiady. Brał więc sprawy, wpisywał się do rejestru i wychodził z mapami i lokacjami domniemanych przemian lub listą tych, którzy nie zgłosili się do zapisów. To nie było nic przyjemnego - przerywać rodzinny obiadek, by przycisnąć ukochanego tatkę, dziadka, wujka, mamę, córkę i zabierać ich ze sobą do Tower. Po co sobie to robili? Utrudniali jeszcze bardziej i tak swoją zjebaną sytuację? W imię czego? Kogo? Wystarczyło, że zgłaszali swoje miejsca przemian, ktoś ich sprawdzał i to wszystko. Część próbowała uciekać po tym, jak Ministerstwo Magii złapało za jaja mugolaków, ale oczywiste było, że nie wszystkim miało się udać. Większość społeczeństwa nie przechodziła treningów mających pomóc im zniknąć czy wtopić się w tłum - nic więc dziwnego, że nieudolne niedobitki szwendały się, nie wiedząc, co ze sobą zrobić w aktualnym momencie. Evelyn zaczynała być wymierających gatunkiem pilnujących się wilkołaków.
To, co się dzieje, nie jest sprawiedliwe.
- Lepiej przywyknij. - Jak widać, wszyscy mieli problemy ze swoimi bliźniakami. Ona była pokarana Sorenem, Lyall Randallem. I chociaż jego brat nie był pozbawioną ludzkich odruchów bestią, młodszy Lupin często wierzył, że starszy z nich nie miał faktycznie mózgu. I nie chodziło jedynie o głupie żarty w szkole czy płoszenie stada krów, aby sprawdzić, jak szybko biegały. Tu chodziło o coś większego. O coś, co mogło go pozbawić głowy. Bo nie trzeba było być mistrzem spostrzegawczości, by dostrzec związek Randalla z Zakonem Feniksa. Nawet nie chciał zaprzeczać, ale chyba próba kłamstwa byłaby bardziej żałosna od wszystkiego, co robił dawny policjant. Gdy do uszu brygadzisty dobiegły kolejny słowa kobiety, spojrzał na nią, przesuwając na moment wzrok tam, gdzie i ona. - Dobrze. Dowie się, że tu byłem. - Krew, która wsiąkła w kopiec ziemianki miała wystarczyć. Soren znał jej zapach - nie raz już mijali się gdzieś na swojej drodze wiecznej tułaczki, a zresztą który wilkołak nie rozpoznałby tego, co tak bardzo chciał rozszarpać? Były jak rekiny podążające za drobnymi kroplami. Opętane rządzą mordu i uwolnienia nagromadzonej w ich owłosionych cielskach energii, którą spożytkować mogły tylko w jeden sposób.
Słuchał jej jednak dalej. Obserwując i co jakiś czas sprawdzając swój poraniony bok. Nie czuł go tak mocno, jak wcześniej, a to znaczyło, że eliksir znieczulający zaczął działać. Odkażający również - wypalał wszak ranę, powodując w ciele brygadzisty dreszcze raz po raz, które jednak starał się ukrywać. Na koniec pochylił głowę, biorąc głęboki wdech i wypuszczając głośno powietrze. Nie kłamała. Potwierdzała to, co podejrzewał. Co wiedział i chociaż nie miała dostać odpowiedzi na swoje pytania, dostawała je za każdym razem, gdy łowca mówił coś innego. Nie musiał się odzywać, by znała werdykt. - Może i twój brat to kundel, ale nie jest głupi. - Tropił go w końcu ponad dwa lata. W grudniu miała minąć trzecia zima, odkąd łowca zabił nieznanego wilkołaka. Odkąd zabił ukrywającą się w bestii kobietę. Odbił się w końcu od ściany, o którą się w pewnym momencie wsparł i podszedł do kobiety, by stanął obok, jednak patrzył poza nią. Nie zwracał na nią uwagi, gdy brudna od zakrzepłej krwi dłoń ułożyła się na zasłoniętym kocem damskim ramieniu. Na drobną chwilę. Na dosadną chwilę. Na wystarczającą chwilę. - Ale tak. Wróci po ciebie. - Nie. Nie do ciebie. Soren mógł zdziczeć, ale musiał czuć na swoich plecach dech Lyalla, który nie odpuszczał. Który parł naprzód i bez względu na wszystko, miał dostać swoją nagrodę główną. A to sprawiało, że tropiące zwierzę zaczynało popełniać błędy i ten czas nadszedł. Lupin nie był brygadzistą bez przyczyny - wilkołak, którego śledził, nie zamierzał dać się złapać. Obaj czekali na odpowiednią chwilę. Na okazję. A tę okazję miała im dać właśnie Evelyn - niosąca zapach jednego i krew drugiego.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miejsce przemian [odnośnik]29.05.21 21:56
W oczach mężczyzny widziała coś, z czym już nie pierwszy raz miała styczność. Coś, co przypominało jej, że wcale nie jest normalna. Coś, co wybudzało ją ze snu i utwierdzało w przekonaniu, że jej podobni, wraz z nią, nie mają prawa bytu na tej ziemi. Był uprzedzony i coś się do tego przyczyniło, ale czy to było złe? W końcu ona sama była uprzedzona do swojego gatunku, a co a tym idzie – również do siebie, nawet jeżeli się kontrolowała i pilnowała najbardziej jak mogła. Życie z łatką wilkołaka nie było usłane różami, prowadziło w jej przypadku do autodestrukcji, do wiecznych wewnętrznych rozterek. Znała tego, który był inny, który próbował jej udowodnić, że można z tym żyć. Ezra ją prowadził, wszedł w jej własne piekło i próbował objaśnić każdą ścieżkę. Uspokajał, dawał szansę na odkupienie, na życie w normalności. Był jej kotwicą, pewnym portem, stabilnością, a ona… Miała wrażenie, że ciągnie go na dno, więc dała mu szansę na normalne życie. Nie. Ona zmusiła go do zapomnienia i zaczęcia od nowa. Wpierw była cholernie dumna ze swojej postawy, swojego czynu. Dopóki nie dotarło do niej to, co zrobiła. Teraz była w pełni pogodzona ze swoim czynem, ale i wiedziała, że straciła swój punkt pełnej stabilności, do którego mogłaby wracać raz za razem.
Zmrużyła oczy, wpatrując się bezczelnie w czarodzieja. Wiedziała, że to zrobi, a nawet jeżeli nie zrobiłby tego on, to odważyłby się ktoś inny. Zadrżała, bynajmniej ze smutku, czy strachu, raczej miało to związek ze zwykłym przyswojeniem tego, co miało nadejść. Pogodzeniem się z nieuniknionym, czymś, czego od lat się spodziewała. Problem był jedynie w tym, że przez te lata zdążyła się pogodzić z upływającym czasem, z własną bezczynnością, ukrywaniem się na własnej ziemi. Przestała oczekiwać, stać na baczność, reagować na każdy, nawet najmniejszy szmer. Teraz znów miało się to zmienić. Nie obawiała się o swoją przyszłość, jedynie o swoje zwierzęta i o to, co się z nimi stanie, jeżeli sytuacja nie przebiegnie prawidłowo. Miała mało czasu na organizację, nawet jeżeli była ona jedynie zachowawcza. - Zrobiłbyś to samo, gdybym była zwyczajna? Zaryzykowałbyś? – Wątpiła, a mimo to zadała to pytanie, wzrok mając utkwiony w stronę swojego domu, hodowli, zwierząt – miejsca na ziemi, które należało tylko do niej. Podobno sumienne było poświęcenie jednego niewinnego jeżeli mogłoby to uratować całe grono, choć wielu mogłoby się z tym nie zgadzać, niektórzy próbowaliby uratować wszystkich, tym samym nie poświęcając nikogo. Tu sytuacja miała się zgoła inaczej. Dla ludzi pokroju Lyalla była bestią, czymś nienaturalnym, potworem, demonem, który nie powinien istnieć. Sama tak uważała, choć miała w swoim gronie i tych, co próbowali ją przekonywać, że jej przypadłość jest niczym nieuleczalna choroba, której nie jest winna, z którą może żyć i funkcjonować. Evelyn wiedziała, że choroby, te prawdziwe, nawet nieuleczalne, nie są tak piętnowane. Była, czym była i to już nigdy nie miało się naprawić. – Ja tak. – Nie była pytana, a mimo to wypowiedziała te dwa słowa. Wróciła do mężczyzny spojrzeniem. Pustym spojrzeniem, które jedynie potwierdzało jej brak przywiązania do własnego życia. Życia w połowie, będąc na wpół człowiekiem na wpół wilkołakiem. Chciała, musiała to powiedzieć, jedynie po to, by się nie wahał w krytycznej sytuacji. Nie posądzała mężczyzny o błąd w sztuce, jednak jeżeli takowy jakimś cudem miałby miejsce, a on zawahałby się – chciała, by pamiętał, że sama o to prosiła. Wiedziała, czym jest i choć miała pewność, że robi wszystko, by trzymać się w ryzach, to nigdy nie mogła powiedzieć otwarcie, że jest siebie pewna. Nigdy.
Oddychała płytko, choć wciąż na tyle miarowo, by nie było to dziwne. Kątem oka obserwowała zbliżającego się mężczyznę. Oceniała ruchy, chcąc kontrolować sytuację. Napięła się, gdy Lyall stanął przy jej boku, ale najeżyła się dopiero, gdy jego dłoń opadła na jej ramię. Mimowolnie wstrzymała oddech, powstrzymując się od syknięcia, jakby dotyk sprawiał jej ból, a zapach krwi drażnił zmysły. Nie cofnęła się jednak, stojąc wciąż twardo w tym samy miejscu, jakby uważając, że odpuszczenie, odejście, byłoby słabością. Dotyk, który czuła, potwierdzał jedynie jej pierwsze założenia. Będzie musiała to czuć, będzie odczuwać śmierć własnego bliźniaka. Właśnie tu, gdzie wszystko się zaczęło. Musiała si od tego oderwać, zmienić bieg myśli, odciągnąć się na moment, kilka chwil. - My nigdy nie byliśmy głupi, przypominaliśmy lisy – uniosła nieznacznie kąciki ust, z ironią, choć więcej było w tym pustego, nic nieznaczącego smutku. Wezbrało jej się na wspomnienia lat, w których wykorzystywali swój spryt, zwodzili rodziców i uciekali nad jezioro nieopodal domu, dokładnie tam, gdzie zabroniono im chodzić. – To się zakończy. – Mogła mieć mieszane uczucia względem Lyalla, ale dla Evelyn ważniejsza była sprawiedliwość. Miała pewną świadomość, że jeżeli zdarzy się jakaś nieprzewidywana sytuacja, której wtedy będzie świadkiem – zainterweniuje. Cokolwiek by się nie działo, czymkolwiek by to nie skutkowało, bo właśnie tak należało zrobić. Najwyższy czas to zakończyć.
Odsunęła się, kierując swoje kroku w bok, jakby chciała zdystansować się od mężczyzny, nabrać swobody, wrócić do normalności. Przestać postrzegać jego dłoń jako kolejne nałożone piętno. Musiała wrócić do swojej strefy prywatności, ukryć się w swojej skorupie. – Przewidujesz w związku z tym jakąś dłuższą wizytację? – Pytanie nie było przypadkowe, taktowała Lyalla jako intruza, jak wszystkich, którzy mieli z nią jakiś interes, niekoniecznie jej sprzyjający. Wolała mieć świadomość ile czasu przyjdzie jej znosić takową sytuację, tym bardziej, że nie spodziewała się Sorena dziś, tak samo, jak nie spodziewała się go podczas następnej pełni. Musiała się rozeznać w obecnej rzeczywistości, przygotować na każdą możliwą odpowiedź i dać sobie czas na przygotowanie własnego zestawu reakcji.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Miejsce przemian Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: Miejsce przemian [odnośnik]30.05.21 10:19
Gdyby Evelyn wiedziała, że dla Lyalla nikt nie był normalny, zrozumiałaby postrzeganie świata przez mężczyznę. Aktualnie mogła widzieć jedynie to, co prezentował sobą w danym momencie. Nie mogła zdawać sobie sprawy, iż wszystko dla niego wyglądało właśnie w ten sam sposób. Że patrzył na rzeczywistość dokładnie w ten sam sposób, w jaki patrzył teraz na nią. Jak na wydziwnienie, wypaczenie. Coś, co nigdy nie powinno było zaistnieć. Jedynie ona, Laurel usprawiedliwiała istnienie ludzkiej rasy, która nie powinna była nigdy powstać. Była żartem, błędem, pieprzonym pośmiewiskiem i koszmarem, między którym łowca nauczył się żyć, pozostając tak naprawdę na granicy. Pozostając w cieniu, nie zamierzając i nie chcąc się socjalizować. Już i tak próbował to robić przez większość swojego życia, a tak naprawdę najsilniejsze doświadczenia wydarzyły się w niesamowicie krótkim odcinku czasu. Bo tak miało być. Tak musiało być, by dostrzegł rzeczywistość w jej prawdziwych, zepsutych, obrzydliwie zakłamanych barwach. Nie. Nie miał złudzeń, nie oszukiwał się tak, jak robili to inni. Wiedział, kim był i jak prezentował się w oczach reszty społeczeństwa. Nie obchodziło go to, bo nie zależało mu na aprobacie. Nie miał zresztą dla kogo się starać, by być lepszą wersją siebie. Przekroczył już granicę największego potępienia i zniszczenia wewnętrznego, a z tej drogi nie było już powrotu. Lyall Lupin-człowiek zginął w tamtej jaskini, gdy głazy zawaliły mu się na głowę i przygniotły jego wraz z wilkołakiem znajdującym się w jej wnętrzu. Lyall Lupin-pies ścigał od prawie trzech lat lykanów, posługując się człowieczym ciałem. Podążał za tropem, idąc za śladami z krwi, sierści, kłów i pazurów. Na jego skórze widniało wiele znaczników. Wiele przypomnień o tym, w jakiej codzienności żył. Że każdy dzień mógł być jego ostatnim, bo nie pracował jedynie w trakcie pełni, nie narażał się raz w miesiącu, jak wielu sądziło. Wilkołaki mogły zmienić się pod wpływem emocji w każdej sytuacji, każdego dnia - odszukując niezarejestrowanych, dezerterów, szczeniaki, które dopiero co zostały ugryzione, łowca miał pełne ręce roboty praktycznie bez przerwy. A jeśli było się kimś takim, jak on, nie robił postojów, nie odpuszczając nikomu. Sobie w szczególności.
Zrobiłbyś to samo, gdybym była zwyczajna? Zaryzykowałbyś?
- To praca, Evelyn. Przysięgałem chronić żywych. - Ona była martwa za życia. Przecież doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Umierała każdego dnia, gdy pełnia wschodziła nad ciemne niebo. Była naiwna, wierząc, że zawahałby się. Nie ryzykowałby namnożeniem wilkołaków, wystawiając kogoś, kto nie był przeklęty. Zresztą to nie było w jego stylu. Ona nie miała nic do stracenia. Umierały tysiące każdego dnia i nie było mu żal. Jeśli umierał ktoś z jej gatunku, myślał jedynie, ile szkód narobił, ile nowych członków znienawidzonej watahy stworzył. Odetnij jedną głowę, wyrosną dwie kolejne, przylgnęło do brygadzisty dość prędko, nabierając dla niego całkowicie nowego znaczenia. Jeśli więc szukała u niego odpowiedzi, właśnie ją dostała. Nieważne jak inteligentna mogła być, ile szacunku mogła w nim wzbudzać - właśnie dlatego, pozwoliłby ją poświęcić. Dla Sorena czy kogokolwiek innego. Nie robiłby tego w marnotrawieniu okazji - nie był bezmyślnym rzeźnikiem. Nie interesowało go to, czego chciała. Miał robić to, co uznał za słuszne. Gdy zadała mu kolejne pytanie, odsunął się już, zwiększając między nimi dystans. - I co miałbym robić? I tak nie masz już przede mną tajemnic - odparł, patrząc na nią przez chwilę, po czym odwracając się, by odejść w swoją stronę. Nie było potrzeby, by zostawał w pobliżu. Może i Soren miał całkowicie zwierzęcą formę, lecz nawet zwierzęta atakowały każdego, kto zagrał ich rodzinie. Mogli się nienawidzić, ale wyczuwał w niej swoją krew. - Znajdzie mnie - mruknął cicho, poprawiając materiał na świeżej, zasklepiającej się ranie. Nie mógł pozwolić, aby przywarła i wrosła w ciało, dlatego na moment przez jego twarz przemknął grymas bólu - mimo eliksirów tłumiących zmysłów, czuł wszystko, co się działo. Gdy to zrobił, złapał różdżkę, by przejść kawałek dalej ku otwartej przestrzeni, skąd miał teleportować się do jednego ze znanych uzdrowicieli. Nie żegnał się z kobietą. Nie czuł zobowiązania, a ona na pewno nie miała mieć mu za złe złych manier. Następnym razem, gdyby przyszło im się spotkać, wszystko miało już mieć swój koniec. W ten lub w inny sposób.

|zt


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miejsce przemian [odnośnik]01.06.21 19:08
Zachowywała się nader spokojnie, jakby zupełnie nie była pod presją. Wiedziała, że dzisiejsza wizyta nie ma z nią nic wspólnego i nie odczuwała żadnego zagrożenia, to też zachowywała się na tyle swobodnie na ile tylko mogła. Była u siebie, choć mężczyzna mógł uważać inaczej, jednak ta ziemia była jej, dawała jej energię i napawała ją spokojem, pozwalając kobiecie rosnąć w siłę, przynajmniej mentalnie. Lyall nie był dla niej zagrożeniem, nie zaatakowałby jej bez powodu i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Mógł ją traktować jak chciał, jednak nie należał do zwyrodnialców i parszywców, o jakich można było usłyszeć. Owszem, bywało, że Evelyn miała o nim bardzo niewybredne zdanie, złorzecząc w myślach na jego wizyty, ale odnosiło się to jedynie do tego, że nienawidziła gości, nawet tych niezapowiedzianych, nawet tych, którym bardziej przysługiwało miano kontrolerów. Wiedziała jednak, że od siedmiu lat obowiązywały ją już inne zasady, musiała zagryź zęby i to przetrwać. Za każdym razem.
Przysięgał chronić żywych. Evelyn w pełni zdawała sobie sprawę, że już od lat nie zaliczała się do tej grupy. Oddychała, myślała, czuła, a mimo to nie była już przez jemu podobnych postrzegana jako czarownica, człowiek, osoba godna nosić miano pobratymca. Była bestią, istotą nie mającą już niemal nic wspólnego z człowiekiem i za każdym razem, gdy słyszała tego typu werdykt, przesłanie zaszyte między słowami, coraz bardziej zaczynała w nie wierzyć i godzić się z tym postrzeganiem. Było to niczym uderzenie magią, przypominające jej dlaczego tak nieufnie podchodzi do innych, nawet bliskich jej osób i dlaczego nie dzieli się swoim brzemieniem, a wręcz nosi je, choć staje się ono już cięższe niżeli mogła to sobie wyobrażać choćby te siedem lat temu. Kiwnęła jedynie głową, jakby przyjęła otrzymane słowa, nie miała im też nic do zarzucenia, a nie mogła znaleźć żadnej odpowiedzi, żadnych słów, którymi mogłaby się obronić. Nie była już człowiekiem, przynajmniej nie pełnoprawnym i nie chciała się oszukiwać. Lyall mógł próbować odebrać jej, nawet nieświadomie, ostatki godności słowami, ale jego następna wypowiedź wywołała u niej drżenie dłoni, które momentalnie schowała w kieszeniach spódnicy. Nie było jej przykro, bardziej wychodziła z niej złość w następstwie tego, co usłyszała. Miała tajemnice, a ich nikt nie mógł jej odebrać, ani on, ani żadna inna cholerna istota. Owszem, mogli uważać, że ich nie ma, ale pewność wypowiadanych przez mężczyznę słów była dla Evelyn zatrważająco bezmyślna, głupio odważna. Jedynie fakt poczucia bycia prowokowaną zmusił ją do zagryzienia ostrego języka, powstrzymania ognistych słów, które wypełniały jej usta, próbując odnaleźć drogę na zewnątrz. Buntowała się, ostatnio coraz częściej się to zdarzało i tylko rozsądek kazał jej się zatrzymać i powściągnąć. – Jeżeli tak uważasz – wyrzuciła oschle słowa, choć nie wiadomo której konkretnie wypowiedzi dotyczyły. Szczerze wątpiła również, by Soren z łatwością wpadł w pułapkę zastawioną przez Lupina, nawet jeżeli ten był innego zdania, zupełnie jakby sądził, że wilkołak sam zapuka do jego drzwi i wystawi się na pewną śmierć. Dla Evelyn cała ta akcja była bezsensowna, nie wierzyła w umiejętności Lyalla, jednak nie miała zamiaru wchodzić pomiędzy młot, a kowadło. Niech sami się rozszarpią, jej było wszystko jedno. Nie czekała na dalsze słowa mężczyzny, widziała zresztą, że zaczyna odchodzić, więc sama odwróciła się na pięcie, trzaskając wcześniej drzwiami ziemianki i ruszyła w kierunku domu. Potrzebowała odpocząć i wreszcie odetchnąć, bez żadnych więcej niezapowiedzianych gości. Przedstawienie rozpocznie się samo.

/zt.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Miejsce przemian Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Miejsce przemian
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach