Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Balkon

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
Autor toWiadomość
Reggie Weasley
Reggie Weasley

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Zawód : co się nawinie pod rękę
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 21
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Balkon - Page 7 Empty
PisanieTemat: Balkon [odnośnikBalkon - Page 7 I_icon_minitime17.12.20 16:20

First topic message reminder :

Balkon

Świeże powietrze, a przynajmniej idea takowego zaczerpnięcia konfrontuje się z szarą rzeczywistością, która objawia się poprzez zapach portowy unoszący się dookoła. Widok padający ze skromnego balkonu skierowany jest bezpośrednio na statki przycumowane przy pobliskiej krawędzi lądu.
Prostokątny, betonowy balkonik raczy dwoma krzesłami i nieco przypalonym hamakiem zawieszonym w poprzek, co zawadza przy wejściu do mieszkania.

Mieszkanie objęte zaklęciem - Cave Inimicum


[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Reggie Weasley dnia 06.04.21 1:15, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Reggie Weasley
Reggie Weasley

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Zawód : co się nawinie pod rękę
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 21
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Balkon - Page 7 Empty
PisanieTemat: Re: Balkon [odnośnikBalkon - Page 7 I_icon_minitime26.05.21 20:43

Wszystko wydawało się pędzić, choć przecież kilka minut temu zimne krople obmyły nagie ciało i uspokoiły rozjuszone serce wzbudzające niespotykany dość gorąc. Zwykł kojarzyć takie temperatury z niebezpieczeństwem. Jednak zamiast nieco niezdrowego poczucia szaleństwa przypominało to niespotykane dotychczas przyjemne uczucie stosowności, któremu nie był w stanie odmówić. W żadnym aspekcie nie było to odpowiednie, przynajmniej nie w nocy, kiedy każdy ruch niesiony był tym zatrważającym uczuciem bliskości, którą należało zakleszczyć jeszcze bardziej i mocniej, aż do braku tchu. Przy zupie czasem też zapominał o oddechu, jakby sama jej obecność onieśmielała już na tyle, by mógł zapomnieć o tych wszystkich przykazach nauczanych od dziecka. Miał przecież być porządny. Starał się. Tylko nie był wystarczająco silny, by okazywać opiekuńczość tylko w słowach. Pragnął, żeby mu uwierzyła, była bliżej i uwierzyła pomimo wszystkich tych kłamstw. Nieroztropnie zdzierał każdą z warstw, ukazując się jako żałosny on – człowiek tak mocno niesiony chęcią pomocy i wołający o namiastkę uwagi. Wiedział, że nie powinien, ale w jaki sposób mógł odmawiać tego wszystkiego? Powinien dobrze wiedzieć, że po pierwszym zatopieniu w piwnych tęczówkach stracił już nie tylko pełnię logicznego myślenia, ale również własną identyfikację z ideałami będącymi dotychczas drogowskazem w każdej z relacji z kobietami, bo to, co się stało… nigdy nie powinno mieć miejsca. Nie w świecie, gdzie się wychowywał. Tamtym świecie. Oni byli w Londynie. Oddychali każdą nieczystością, którą przywiała Tamiza i chyba dlatego właśnie był w stanie się jej oddać. Był już jednym z nich. Chciał być. Przynależeć choćby w jednym miejscu. Wydawało się to dosyć prostym marzeniem. Ona sprawiała, że stawało się realne, bo przy jej boku odnajdywał tę poprawność. Wystarczyło, że oddychała gdzieś tuż obok, była i pozwalała na otaczanie się tym, czego potrzebowała, czego on potrzebował, czego oboje być może tak łakomie, choć skrycie szukali. Pragnął być jej wsparciem. Nie wiedział tylko, kiedy stało się to tak elektryzujące, że samo patrzenie paraliżowało, jednocześnie kopiąc do sięgnięcia po to drugie ciało. Nigdy dotychczas nie był tak śmiały w ruchach, a wczoraj? Przyciągnął ją na własne kolana. Żadna z nauk nie mówiła o tak przebojowych ruchach, do których targnął się i przyznawał samemu przed sobą, że był w stanie tak o wiele więcej i częściej, jeśli tylko zapadnie zmierzch. Świadomie jednak stawiał opór i jedynie to stanowiło główny problem, bo chciał, wiedząc, że nie powinien. Nie tak dawno temu przecież mówił Michaelowi, jak bardzo jest to nieodpowiednie. Było, a mimo to chciał tak częściej.
Starał się nie fantazjować o niej, a tym bardziej o wspaniałym uczuciu, które rozlewała gdzieś wewnątrz. Nie był pewien siebie. Jej obecność jedynie potęgowała niechęć do słów, chciał znów poczuć jej dłoń w swojej. Wydawała się mu przesyłać coś więcej poza temperaturą drugiego ciała. Starał się nie rozpraszać, bo przecież nie było to możliwe, żeby wzbudzała tak wiele. Wciąż się przecież znali jedynie z kilku partyjek i jednego wylanego piwa. Być może to był właśnie ten kufel za dużo? Był w stanie wytrzymać takich jeszcze milion, byle chciała tak zostać na dłużej. Nie było to rozsądne. Zaprzeczał samemu sobie nieco zagubiony. Na szczęście lub jego brak co jakiś czas para unosząca się z zupy przeczyła określania zaistniałej sytuacji jako przypadkowego snu. Nie miał zamiaru się budzić, choć każda przerwa wymuszała przełknięcie śliny, a to powodowało bolesne ukłucie w gardle, gdzie pulsowało serce. Wydawało mu się, że robi z siebie głupka, był tego wręcz pewien, a jednak ciągnął to dalej. Nigdy nie czuł się zbyt dobrze w świetle jupiterów, szczególnie takich jak te dwie ciemne głębiny, które patrzyły z taką intensywnością. Peszyła go w każdym geście i na każdym kroku, nie mówiąc już o słowach, a tym bardziej wzroku mówiącym wszystkie te niewypowiedziane słowa. Zauważył w nich przeprosiny. Nie chciał, żeby czuła się źle, a jednak miał wrażenie, że tego potrzebowali. Wyznaczanie granic nie było proste. Każde jej znieruchomienie w miejscu przyjmował ze złością na siebie, bo przecież dobrze wiedział, że należało jej się to, co okazywał. Powinien przecież dawać więcej, choć kiedy zeszłego dnia zaszło słońce, miała go całego na wyciągnięcie ręki. Dlaczego wciąż wydawało mu się to niewystarczające? Jakby jeszcze bardziej i mocniej chciał zaznaczyć, że ją… że chce ją chronić. O to cały czas się rozchodziło, czyż nie?
Nie miał pojęcia, w jaki sposób miał dobrać odpowiednie słowa. Mózg zdawał się odmawiać współpracy, a raczej postanowił tylko zmuszać go do pochłaniania tej podpartej o ręce głowy, od której starał się nie uciekać wzrokiem. Musiał być dzielny, próbował być, bo powinna wiedzieć o wszystkim. Pragnął, żeby zrozumiała. Niestety, zamiast wyjaśniać, rumienił się jak dojrzały burak, dodając swoim wydukanym słowom sporo niezręczności, którą odczuwał, mówiąc tak niecodzienne rzeczy. Sprawiała, że zaprzeczał samemu sobie, jak ten cholerny hipokryta wkraczał na nieznaną ścieżkę, gdzie wszystko było nie tylko nowe, ale również pożądane. Ona. Nie jako ciało, a nadzwyczajna obecność, która po prostu jest. Czuł się okropnie, kiedy momentami uświadamiał sobie, jak bardzo jest egoistyczny, bo chciałby ją zachować przy sobie, żeby więcej nie musiała tak cierpieć. Wciąż nie znał źródła tego bólu, nie miał pojęcia, że zrobiła to sobie sama z własnej nieuwagi, ale nie to było ważne. Nie, kiedy starał się ponownie przekazać, że jest potworem. W świetle dnia wszystko było jakby trudniejsze. Wyczuwał ten ciekawski wzrok na sobie dwa razy bardziej intensywnie, co dotychczas wydawało się niemożliwe. Zaznaczała swoją obecność, nie robiąc niczego specjalnego. Nie musiała. Zakorzeniła się gdzieś w środku i wydawało się, że dzień bez jej obecności byłby tym niepełnym, a przecież takie zniewolenie… to nie był on. Zbyt mocno kojarzyło się to ze szlacheckimi zasadami, które krytykował wraz z całą rodziną. Każdy powinien mieć wolną wolę, a samych ludzi pracujących u podstaw powinno się stawiać na równi, bo… dlaczego inaczej? Wszystko to zdawało się mało logiczne, a jednak podziały istniały, w nich widział ją, tą, która została sklasyfikowana na straty, jak niejedna Londyńska nic nikomu niewadząca dusza. Wciąż nie był w stanie zrozumieć, dlaczego dał się w to wplątać, kiedy miał być tylko obserwatorem, poboczną postacią, która przygląda się zza rogu, nie wychodzi z inicjatywą i próbuje zwalczyć zło. Dla niej był w stanie podnieść się nawet przy braku jakiejkolwiek siły, bo czuł, że tak trzeba. Otworzył usta, chcąc coś odpowiedzieć, a jednak przy pierwszych kilku podejściach nie wyszło z nich nic konkretnego. Niczym ryba próbował złapać nieco powietrza, rozwierając wargi, żeby zaraz je zamknąć w nagłej sprzeczności z samym sobą. Opleciony w jakiś dziwnie duszące uczucie miał wrażenie, jakby przy pierwszym słowie mógł wszystko zepsuć. Nie chodziło już tylko o spłoszenie jej, po prostu bał się zrobienia krzywdy, znowu. Ściągnął brwi porwany przez ciemne myśli, na twarzy pojawiła się trwoga już nie tylko w zmarszczonym czole, ale również zmartwionym, pełnym winowajczego poczucia spojrzeniu i ciasno zaciśniętych ustach. Bił się pomiędzy powinnością a pragnieniem, ale przecież zasługiwała, żeby wiedzieć, nawet jeśli któryś raz w ciągu ostatniej doby… musiał. Nie chodziło przecież o jego prawdziwe nazwisko, bo to nie ono było głównym problemem, a coś tkwiące gdzieś wewnątrz, wybudzające się i rozprawiające się z wyuczoną moralnością w tak prosty i lekki sposób, że ciężko było mu uwierzyć, że to nie były sny. Wciąż tam była.
- Jestem złym człowiekiem, czarodziejem… nie… ja… ten… Jeremy… ja… nie mam współlokatora… – starał się jakoś wytłumaczyć szarpanymi słowami, bo przecież zasługiwała wiedzieć, że to on uchodził za tego szajbusa. Nikt inny, on. Prawie zrobił jej krzywdę. Nigdy nie zamierzał komukolwiek wchodzić w drogę, a co dopiero występować w roli agresora. Było mu tak głupio, a jednak zamiast czerwonego odcienia na polikach zdawał się wyjątkowo blady. Piegi zdawały się niezdrowo rozróżniać odcienie. Sprawa była już chyba przegrana, nie było żadnego sensu udawać, że to miało rację bytu, bo miał świadomość tego, że odejdzie. Kiedyś w końcu musiała. Ciężko przychodziło mu się tak od razu cieszyć z minionego czasu. Wydawało się, że było go tak niewiele. – przepraszam Philippa, tak bardzo przepraszam. – spuścił na chwilę wzrok, szukając jakiegoś punktu, w którym zdołałby ulokować swoją uwagę, choć dobrze wiedział, że tylko jej widok mógł tak dogłębnie uspokoić. Wzbraniał się przed tym, jakby obawiał się, że dojrzy tam to, czego nie byłby w stanie unieść. Pełne odrzucenie i obrzydzenie, bo cóż innego mogłoby to być? Dla takich jak on nie ma przebaczenia i drugich szans. – Nie chciałem Cię skrzywdzić. – pozwolił szeptowi wyrwać te kilka zgłosek do niej, nawet pozwolił sobie na zerknięcie w głąb piwnych tęczówek. Włosy wciąż lepiły się do twarzy, jednak to nie one grały tam główną rolę. – Ale jestem nieodpowiedni.na wszystko powiedział jeszcze ciszej, jeszcze bardziej ściągając brwi w złości na siebie, że być może pomyśli o nim jako żałosnej istocie, ale faktycznie tak było. Nic z tego, co się wydarzyło, nie powinno mieć miejsca. Wiedział, że Londyńskie warunki pozwalały jej myśleć rozumem, nie uczuciami, pewnie dlatego nawet nie przeszło mu przez myśl, że mogłaby go pożałować.
Usłyszał głęboki wdech i raptownie wbił swoje poplamione, miodowe oczęta w te piwne, szukając odpowiedzi. Był przerażony, nie tylko tym, co nieświadomie wyszło z jego ust, ale również samą perspektywą tego, że faktycznie mógł ją wystraszyć. Momentalnie zgarbił się w całej tej niepewności, która kuła go w gardło i zaciskała się mocno tuż po ostatnim wypowiedzianym słowie. Ostatni idiota, głupek, mar… zastygł, słysząc pierwsze nuty jej głosu. Rozjaśniała i przytaknęła tym swoim nęcącym głosem, którym potrafiła doprowadzić do granicy, czego nie miał zamiaru teraz sprawdzać, choć dobrze wiedział, że cały drgnął. Próbował przełamać się z dotychczasowego letargu, gdzie współgrały jedynie ich ciała, bo przecież potrzebowali również języka, znaczy się – słów. Sam nie wiedział, co właściwie jej zaproponował, bo przecież przez cały czas myślał, że poprosi o ostudzenie sytuacji, jakąś choćby namiastkę wstrzemięźliwości, może nawet przerwę? Zamiast tego bezrozumnie łapał jej tęczówki w swoje, poliki z bladych ponownie zaczerwieniły się żywo, nijak łącząc się z kolorem mokrych włosów, przez cały czas cicho wierzył, że będzie chciała. Nieprawdopodobna moc przeszła przez całe jego ciało, kiedy poczuł zrzucony ciężar z piersi i barków, bo powiedziała, że tak. Ruszył ręką lekko po blacie w jej kierunku, naprzeciw tej mniejszej. Chyba widział, ale nijak potrafił dostrzec, bo przecież nie tak to wszystko powinno… Jej nagłe wyznanie, słowo 'nigdy' spowodowało nagły impuls nakrycia drobniejszej, choć zahartowanej dłoni w swoją. Oplótł ją, czując ciepło drugiego ciała, ponownie złączonego dokładnie tak samo, jak o poranku. – Nie porzucę Cię – zapewnił momentalnie mocnym głosem, kompletnie odchodząc od tego, do czego odnosiła się ona. Nie rozumiał, ale przecież był mało rozumnym człowiekiem, więc czegóż można było się spodziewać? Sam chyba nie bardzo mógł pojąć, jak bardzo zadeklarował się w tych trzech słowach, ale tak czuł całym sobą. Wyrazy wychodziły bezmyślnie, naturalnie, dokładnie tak samo, jak ten powolny ruch głaskania wnętrza jej dłoni jej w trosce. – Nie musisz mówić. – szepnął cicho, bo przecież to nie było tak istotne, tak bardzo, jak nie było istotne jego prawdziwe nazwisko. Najważniejsze, że byli obok siebie, ze sobą… razem. – Potrzebujesz więcej siły. – zauważył dość śmiało z chrypą. – Na resztę będzie czas. – zaproponował urzeczony tym, że mógł ją dotykać. Dreszcze przebiegały po ciele, a widoczna gęsia skórka raczej jasno określała, że nie był to jakiś tam dotyk, a coś więcej, choć przecież równie dobrze mógł to być wiatr zawiewający z otwartego połowicznie balkonu. Poza nim nikt nie wiedział i wiedzieć nie musiał. – Chyba że mam Cię nakarmić. – powiedział z lekkim rozbawieniem i podniesioną lekko brwią w geście luźnej sugestii. Wystarczyło im tych smutków jeśli nie była na nie gotowa, był przecież cierpliwy, mógł poczekać, szczególnie teraz, kiedy powiedziała, że może. Nie chciał, żeby oddawała się przykrości, kiedy nie musiała i nie czuła się jeszcze na siłach. Od teraz mieli czas. Razem. Chyba wciąż do niego nie docierało, a jednak uśmiechał się jakoś nieporadnie półgębkiem. Wydawało się, że szuka jakiegoś punktu oderwania, bo być może w ten sposób zdoła jakoś ją przekonać, że nie jest tak zły, że nie jest tak źle, że po prostu mogą być, tak zwyczajnie. Po prostu oni i zupa.




Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Powrót do góry Go down
Philippa Moss
Philippa Moss

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 25
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?

Balkon - Page 7 Empty
PisanieTemat: Re: Balkon [odnośnikBalkon - Page 7 I_icon_minitime28.05.21 1:12

Pierwszy krok. Pierwszy krok po milionie odbytych już kroków. Dało się napisać wstęp, kiedy tkwiło się już przy trzecim rozdziale? Nie znała się na poezji, nie znała się też na byciu tak blisko i intensywnie, tak całkowicie z kimś. To też miała mu za chwilę objawić niesiona zupełnie nieoczekiwanym natchnieniem. Najpierw jednak posiłek. Zbyt wolno chłodzący się między ich co rusz zaczepiającymi się o siebie oczami. Obserwacja była dość spokojna, choć trochę nienaturalna. Powtarzały się w kółko powracające do siebie tęczówki. Nie miała mu tego za złe. Siebie też już nawet nie spróbowała zahamować. Tym razem tkwiła dzielnie przy przekonaniu, że nie robią niczego… zbyt intensywnie. Poza patrzeniem. Po wielkim chaosie dnia, wieczoru i nocy przyjść miała nadzieja skryta w promieniach nowego poranka, które przebijały się przez zadymiony krajobraz doków i prześlizgiwały ukradkiem przez niedomknięte okno. Prosto do nich. Proste potrzeby porządkowały się w ciele, które pod światłem księżyca wciąż dochodziło do granicy – gotowe na wiele, zbyt wiele niespodziewanego i najbardziej pożądanego uczucia. Ani przez chwilę nie chodziło jednak o wytarganie dla siebie spomiędzy rudych kłaków jedynie tej ekstazy. Świeżość odczuć przy nim działała na nią ze znacznie większą siłą. Dopiero ją zgłębiała. Czuła, że niczego nie rozpracuje tak od razu, a już na pewno nie dobrze opanowanymi dotąd metodami. Chciała odróżnić ulotność rozkoszy od trwalszych emocji. I chyba jej się to udawało. Podniosłość tego niekończącego się spotkania, czar zaklęty w tak uporczywych staraniach z jednej i drugiej strony. Łamali przeszkody, uczyli się je niszczyć, a przecież stanął wtedy w korytarzu jak człowiek, który może już tylko paść i załamać się nad sobą. A przecież obiecała sobie już nigdy więcej nie oddawać tyle ciepła żadnemu mężczyźnie. On dostał to wszystko. Od pierwszego pocałunku złożonego pod prysznicem, kiedy stała zaraz za nim gotowa wspomóc chwiejącego się człowieka, kiedy składała w lodowatym deszczu najważniejsze obietnice. Aż do teraz, kiedy mieli za sobą kilkanaście godzin przeżytych maksymalnie. Nawet przez minutę nie zapominała o tym, że był. Że to on. Przedostał się najbliżej, przedarł przez twardą skórę niepozornego ciała. Pod nią tkwiła kobieta tak silna, jak cała gama hartujących ją przeżyć. I jednocześnie chyba bezradna wobec tego, na czym łapała się, kiedy tylko miała go między palcami. Nie mógł być chwilą, żadnym krótkim snem, po którym wraca się do nędznej rzeczywistości. Przy nim zaczynała czuć się lepiej, po prostu lepiej. Chciała naprawdę dotrzymać wielkich słów wygłoszonych w absurdalnym punkcie relacji. Nie były strzępkiem za głośnej emocji, za którą potem żarliwie się przepraszało lub – co gorsza – udawało, że ta nigdy nie miała miejsca. Nie broniła się. Nie przed nim. Po prostu wychodziła naprzeciw, zgłębiała ich wzajemne bycie. Starali się o cząstkę przyziemności w wirze nieustępujących pragnień.  
– Jesteś Jeremy – wyłapała po pierwszym poszatkowanym pauzami wyznaniu. Mówił z trudem, niepewnie. Tłumaczył się w momencie, kiedy układali swój zaplątany świat. Dokładał, budząc do życia obrazy obfitujące w półcienie i groźbę krzywdy. W jej niuchające oczy i ogrom niezrozumienia dla tajemniczego mężczyzny z baru. Rozmawiała wtedy z Keatonem przez szkiełko. Wołała o tropy i podpowiedzi. Tymczasem nimi wszystkimi był on. Zeszłego wieczoru narodził się w jej ramionach jako rudy, czysty, obmyty bezdusznymi strumieniami. Wolny od pierwszej iluzji, jaka nastała między nimi. Pamiętała swój strach i poczucie winy. Że wtedy go tam zostawiła. Uciekł, zadał sobie cios. Te same pięści, choć w nieco większej formie, rzucały się na nią, kiedy mierzył się z trującymi skutkami przepicia. Tracił panowanie, tracił zmysły. Zachowała zimną krew, chociaż miała ochotę porządnie go wtedy pacnąć. Jedna z twarzy, kolejna. Oczywiście. Jakoś kompletnie przestała o tym myśleć, kiedy w głowie robił się tłok, kiedy parowała od pragnień i zupełnie w inną stronę skręcały jej rozważania. Martwiła się o niego, odkrywała kolejne rzeczy, podarowywał jej sekret za sekretem. Przez chwilę czuła, jakby ktoś przesunął lodowym językiem po jej ciele. Dziwne wrażenie, wzmagające czujność, budzące do życia uśpioną niepewność. Bo przecież chciała go słuchać i się na niego otwierać. Próbował ją uwięzić, spętać, przelać pijaczą frustrację w ciało o wiele słabsze. Tylko że… - Pamiętasz, co powiedziałam ci wczoraj rano, Urienie? – zapytała, kiedy zaczął przepraszać. Wysoko uniesione powieki odsłaniały skupione oczy. On jednak opuszczał głowę, próbował osłonić się przed tym, jak mogłaby zareagować. Potrafiła wyobrazić sobie, jak daleko zdążyły pomknąć jego uczucia, jak bardzo tamtego poranka, gdy obudził się i być może napił wody, którą dla niego zostawiła, przejął się. Przecież pamiętała jego wczorajsze przeprosiny, błagające o przebaczenie oczy. Te oczy, które już wtedy podrzuciły jej zagadkę. – Że nic mi nie zrobił. Ten twój współlokator oznajmiła ostrożnie, badając, czy naprawdę jej wierzył. Szyja się wygięła, by poprowadzić głowę w stronę środka stołu. Bliżej niego. – Wyglądałam na bardzo poturbowaną? Albo przestraszoną? Poradziłam sobie z tobą. Ty nie pamiętasz, prawda? Nic? – zastanowiła się głośno, ale chyba nie potrzebowała odpowiedzi. Wiedziała. Stąd panika doprowadzająca Małego Jima prosto pod jej drzwi. – Byłeś pijany. A… nie wiem, czy wiesz, ale akurat mam trochę doświadczenia w panowaniu nad tymi najbardziej upojonymi – mówiła jakoś tak lekko. Szczerze. Być może było kilka chwil, kiedy chciała się gnojka pozbyć i przerzucić przez balustradę, albo potraktować srogim lamino. Tylko że dobrze wiedziała, że po prostu był pijany. On, Mały Jim. On, Urien. – Wiem, że nie chciałeś – wymówiła czulej. Powinna się wydzierać, prawda? Powinna zrobić mu wykład i wylać gorącą zupę na łeb, tak jak zrobiła to wtedy z pienistym kuflem, kiedy zaszedł tylko cień podejrzenia, że oszukał tamtą dziewczynę. Rozsądne dziewczyny nie pakowały się w takie sprawy. Tylko że mieli za sobą coś więcej niż jeden rozlany kufel i kilka pięści, które znalazły się za blisko jej twarzy. Nie był zły. Był zagubiony. – Wiele złych rzeczy się tobie przytrafiło, prawda? – spróbowała inaczej, kiedy tylko stwierdził, że jest nieodpowiedni. Jej zdawało się, że było wprost przeciwnie. Przez te wszystkie lata w dokach nauczyła się, że nie wszystko, co pozornie było złe, naprawdę takie się okazywało. Nie zniechęcił jej. Bardziej zmartwił. Nie umykała ani na chwilę, łowiła choćby mrugnięcie, które odważyłby się skierować w jej stronę. Gdy zaś nadeszło, było jej jakoś łatwiej. Nie przyklaskiwała rozpijaniu się i kłamstwom. Sama jednak też miała swoje za uszami. Wciąż rozmawiali o nim, widział w sobie potwora, kiedy ona wcale nie była zupełnie dobra. Toczyła za sobą winy. Życie tutaj zmuszało do robienia rzeczy niekoniecznie prawych i szlachetnych. Nie wiedziała, jak długo tutaj przebywał Wierzyła tylko, że mógłby zostać. Też mogłaby nazwać siebie nieodpowiednią. Odpowiednią do zbrodni, nieodpowiednią do tego wszystkiego, co nazywano dobrym życiem. Do rodziny, uczciwości, do posiadania prawdziwego domu. Nawet jej stworzenia kradły złoto i pożerały rzeczywistość. Dla mojego bycia nieodpowiednią może jesteś. Najbardziej odpowiedni. Pierwszy raz odpowiedni. To jeden z tych rzadkich razów, kiedy nie myślała właśnie rozumem. Ufała przeczuciu. A przeczucia portowych dziewcząt zwykle umierają na dnie Tamizy.
Nie przestraszyła się żadnego oblicza. Najważniejsze, że to prawdziwe miała przed sobą. Podglądała otwarcie, jak zmieniały się kolory na jego twarzy. Tym razem nie z magii, a z natury. Barwy emocji były na nim widoczne w wyjątkowy sposób. Powstrzymała potrzebę pogładzenia policzka, który na nowo dał się pomalować. Ciągnęło ją, bardzo. Przeszkadzał ten stół, niespokojnie drgały kończyny gotowe kolejny raz zakraść się do jego stóp, posunąć przy łydce, a może nawet ułożyć się na kolanach. Nie była to pora na frywolność. Odnalazł w niej całej potwierdzenie. Że mimo tego wszystkiego, o czym właśnie się dowiedziała, chciała. Po prostu spróbować, sprawdzić, co mogłoby się im przydarzyć. Nie był marzeniem rodziców. Ale ona ich nie miała. Nawet gdyby, sama przecież decydowała o tym, przy kim należało trwać i o kogo dbać. Jedno i drugie dotyczyło właśnie jego. Dlatego wyciągnęła dłoń, wysunęła pierwsze widmo sekretu. Starała się o prawdę. Prawdziwą nią, którą mogłaby objawić, tak, jak on ofiarowywał jej siebie. Było zbyt wcześniej i zbyt intensywnie, aby mogli mieć co do tego wszystkiego pewność, ale to nic. Te dłonie przecież składały się w jedno. Jakby od tak długiego czasu na siebie czekały, a przecież dopiero co trzymał ją w ramionach, tulił w snach, odganiał koszmary. Nie od snów, ale chyba już od wczoraj. Brązowe oczy zalśniły mocno, gdy tak silny głos złożył obietnicę. Nie drżał, nie rozdzielał się na słowa. Czy pomyślał, że Philippa bała się porzucenia? Chyba nie tak, jak po prostu bycia. Tego, że zawiedzie nienauczona takich uczuć, nieprzygotowana do bycia tak blisko, w tak głębokiej formie. Osierocona. Broniąca się przed tym, co mogłoby ją rozbić na kawałki. Nie porzucaj mnie, szeptały bezgłośnie wargi, a ona zaczynała wierzyć, że jakoś sobie poradzą. – Mam siłę – wymówiła trochę na przekór, a palce mimowolnie bardziej zacisnęły się wokół jego, jakby próbowała potwierdzić własne słowa. Uwierzył? Zaczęła powoli głaskać nadgarstek, zmierzała chyba dalej. Słuchała, kiedy dawał jej czas, którego chyba potrzebowała. Nie tak gotowa jak on, by mówić o tym wszystkim. Chociaż było coś, co powinien wiedzieć. – Dajesz mi ją – objawiła, tonąć w jego miodowym wejrzeniu. Potem poczuła się dziwacznie, to było chyba dość ckliwe. W życiu mówiła najbardziej nieprzyzwoite rzeczy, a teraz… teraz to nie była żadna gra. Nie uwodziła go.
Wolna dłoń podsunęła miskę w jego stronę, aż na sam środek stołu. Podobało jej się, że znów się uśmiechał. – Śmiało – odpowiedziała, podrzucając mu pewne wyzwanie. – Nakarm. Zjedzmy już, a potem – przerwała zamyślona i nieprzychylnie popatrzyła na tę dziwną przegrodę między nimi. – zostawmy ten stół. Swoje przeszedł. – oznajmiła o wiele cieplej. Mogli przecież przyjąć wygodniejszą pozycję. Godził się na to? Razem.


Powrót do góry Go down
Reggie Weasley
Reggie Weasley

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f156-doki-pont-street-37-4 https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Zawód : co się nawinie pod rękę
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 21
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Metamorfomag

Balkon - Page 7 Empty
PisanieTemat: Re: Balkon [odnośnikBalkon - Page 7 I_icon_minitime11.06.21 7:17

Jak odnaleźć naturalność w nienaturalnym momencie? Wydawało się wręcz nieprawdopodobnym, by wspólnie dojść do tej chwili, a jednak wrodzona wiara w cuda sprawiała, że wciąż próbował zachowywać się odpowiednio. Nie był w stanie spoglądać na nią z tak wielkim pożądaniem, kiedy przypominał sobie, że zdarzyła jej się krzywda, że te piwne tęczówki widziały więcej niż przeciętna kobieta w jej wieku. Nie znał żadnej takiej jak ona, choć domyślał się, że wiele z Londyńskich dziewcząt mogło pochwalić się różnymi doświadczeniami, o jakich nie śniła w koszmarach większość stażystów z drugiego piętra w Ministerstwie Magii. Oprócz żalu czuł podziw, bo przecież cały czas stawała każdego dnia na nogi, próbowała wyprzeć to z pamięci, chciał wiedzieć, z czym się mierzyła, tak po prostu. Był zainteresowany jej historią, bo przecież to ona ją częściowo ukształtowała. Pragnął być jej częścią, tak po prostu, choć nawet prostota wydawała się wyzwaniem. W końcu ona weszła już do jego świata, porządkując to, co znalazło się najbliżej pod ręką. Ani myślał pozwalać, żeby dotknięte przez nią rzeczy ponownie się zakurzyły, przecież w ten sposób wniosła cząstkę siebie, jakąś stabilizację, jakąś pewność, że był tam ktoś jeszcze, już nie tylko on. Pytanie, czy pozwoliłaby mu na dostęp do siebie i to nieznajome dotychczas uczucie poznania? Wydawało mu się, że zdołałby być w chwilach najcięższych, bo przecież czymże było wspieranie innych, jeśli nie trwaniem, kiedy było źle? W najlepszych momentach oczywistym wydawało się, że odeszłaby do kogoś innego, bo przecież wtedy czas spędza się z najbliższymi, choć w skromnej myśli coś zaświtało, jakiś delikatny przejaw nieznanego mu egoizmu, że może mogłaby z nim. Nie rozumiał, dlaczego tak prędko wybiegał z planami w przyszłość, jakby miała faktycznie zostać na dłużej. Niezbyt docierały do niego te wszystkie wypowiedziane słowa, a może zwyczajnie próbował się ich wyprzeć? Łapiąc wzrokiem jej postać, nie był w stanie pozwolić sobie na tak niewdzięczne traktowanie, bo przecież się starali, oboje. Nie był w stanie tak zwyczajnie tego odrzucić. W imię czego? Tej utraconej roztropności?
W reakcji na słowa przymknął oczy. Słyszał złość, słyszał odrzucenie, słyszał wszystko, co najgorsze interpretując zwyczajne słowa tak, jak najbardziej nie chciał. Skulił się już nie tylko w sobie, plecy zgarbiły się znacznie, jakby ten ciężar dwóch słów zarzucił na niego nagle potężną pelerynę, bo tak przecież było. Nie mógł się wyprzeć tego, co zrobił pod tą postacią, bo przecież to wciąż był on… nie żadna choroba, nie żaden mętlik, tylko nieco przemieniony on. Próbował wtedy zrobić jej krzywdę. Jednej nawet zdołał zrobić krzywdę. Nikt nie był w stanie mu wybić z głowy myśli, że był tym cholernym potworem. Powinna trzymać się od niego z daleka, dla własnego dobra. Ponownie w głowie pojawiły się dwa obozy, jeden przekonywał, że nie ma sensu jej więcej uświadamiać zaś drugi, kierował w tę nieznaną stronę… bo chciał zamilknąć i zwyczajnie z nią być, czerpiąc z każdej wspólnej sekundy. Był spragniony tak wyjątkowej obecności. Chciał się nią zająć, tak jak obiecał, zamiast tego mówił, żałując już pierwszych słów z jego strony, bo przecież w ten sposób jej nie pomagał. Jedynie sam siebie pogrążał, jak zwykle… wciąż tam była. Znała przecież twarz Jeremiego z plakatu w Parszywym, znała Jeremiego z agresywnej postawy sprzed nocy, dlaczego wciąż nie uciekała? Dlaczego wyjawił jej tak wiele? Dlaczego? Podniósł lekko wzrok, szukając piwnych tęczówek. Pamiętał wszystko, co stało się rano, każdą chwilę po sekundzie i te oczy, które przemówiły gdzieś do środka, jakby do wewnątrz. Najbardziej zapamiętał jej nieme słowa. Ból w oczach i raptowność drobnej dłoni, która doprowadziła do pierwszego prądu wzdłuż jego złapanej ręki. Próbowała go zapewnić, tak jak on zapewniał ją, choć w innym kontekście, to wciąż zapętlali się, robiąc małe milowe kroki. Chciał się cofnąć, zaprzeczyć i wyznać coś jeszcze, jednak przyłapała go na ciszy. Wstydliwym, hańbiącym wręcz milczeniu. Miała rację, nie pamiętał tego zbyt dokładnie. Była radość, euforia i złość, a postacie zamazywały się równie mocno co poszczególne obrazy, choć wczoraj przy blondynce coś sobie przypomniał. Przerażające uczucie, które nawet przy niej objęło jego postać, wypruło wszelkie inne myśli. Wydawał się pusty. Ponownie zaczął otwierać wrota do własnego demona zżerającego wszystko, co pozwalało przywołać uśmiech. Ziarno zwątpienia ponownie zawitało do wątłego już ciała. Wydawało się, że więcej naprawdę nie można przeżyć bez tej dziwnej obecności pobudzonej drugiej strony medalu. Wciąż milczał, a ona próbowała go wytłumaczyć. Poczuł jakieś nieprzyjemne ukłucie, kiedy powiedziała, że potrafi sobie z takimi radzić. Dobrze o tym wiedział, a nawet i widział, jednak nie chciał być jednym z tych obdartusów, nie dla niej, miała przecież być przy nim… bezpieczna. Przy mnie? Powtórzył nieco zdziwiony tym jasnym komunikatem. Przyciągnęła pusto-zmartwione ślepia tą czułością w głosie. Spojrzał z lekkim zdziwieniem spod zmarszczonych brwi. – Philippa – powiedział suchymi wargami. Zupa już chyba wystygła zabierając wraz z całą parą wodę z jego organizmu. Potrzebował się czegoś napić. – jesteś dobra. – stwierdził tak po prostu. Nie wiedział, w jaki sposób mógłby jej odpowiedzieć, aby wszystko było adekwatne, może nawet niekoniecznie chciał ją naprostowywać, choć starał się być możliwie szczery, chociaż raz, tak do bólu i przeklętej nędzy. Tak bardzo potrzebował zamknąć ją w swoich ramionach, tylko po to, żeby jakoś się odwdzięczyć, powiedzieć ‘dziękuję’ bez żadnych słów, pokazać jak bardzo wierzył w to, co mówiła. – Na pewno przeżyłaś więcej, to co wczoraj to… będziesz chciała opowiedzieć? – zaczął niepewnie, patrząc już prosto na nią, bo przecież zgodzili się na jakąś próbę konwersacji. Starał się, jej starania widział od samego początku. Tylko problem tkwił w szczegółach, ten był dosyć prosty – nie wiedział, w jaki sposób mówić o rzeczach. Pewnie znowu wchodził na grząski teren, jednakże nie był w stanie pozostawić całego tematu dla siebie, kiedy byli tu oboje. – Później – dopowiedział szybko jakby trochę asekuracyjnie. Bardzo chciał ją poznać i dowiedzieć się, co ją dręczy. Zależało mu jakoś bardziej niż zwykle. Wydawało się, że ona… jest wyjątkowa, jak te roztopy po zimie, kiedy wszystko powoli budzi się do życia. Mogła być słońcem, mogła być pąkiem, mogła być każdym elementem, który wprowadza świeżość, choć zewnętrznie nie zmieniało się nic, wewnątrz wszystko wywracało się na drugą stronę. Pochwycona dłoń, przeplecione palce, ciepło płynące z ciała do ciała i ta siła, którą również odczuwał, bo przecież dawali ją sobie wzajemnie. Wszystko wydawało się trochę jak z bajki, bardzo nieuporządkowanej, brudnej i popieprzonej bajki. Uśmiechnął się na jej stwierdzenie o mocy, dopiero przy kolejnych słowach jego twarz przybrała kolejne odcienie czerwieni, bo przecież się nie spodziewał, że mógłby tak bardzo wpływać na kogokolwiek. Zwykle przecież, nawet jeśli był, to nie pchał się na czempiona, inni powinni brylować, bo on nie zasługiwał. Przy niej czuł pełnię uwagi, którą starał się oddać ze zdwojoną siłą i mocą, choć przecież ona wiedziała jak sobie z tym radzić, była swojego rodzaju celebrytką pośród pracownic. Wciągnął powietrze, próbując uspokoić mocno bijące serce w piersi. Nikt nigdy nie powiedział mu tak mocnych słów. Była pierwsza we wszystkim. Nie bardzo potrafił odpowiedzieć adekwatnie do tego wyznania, dlatego po prostu zacisnął jej dłoń w swojej w geście impulsu. Niepewny uśmiech zabłąkał się już nie tylko w kącikach ust, ale również oczu. W jego opinii była zbyt daleko. Czuł się uwiedziony jej osobowością, którą pragnął poznać jeszcze bardziej, bo może w ten sposób zdoła zrozumieć i odpędzić tamten ból?
Nie spodziewał się tak nagłego ruchu z jej strony, choć w rzeczywistości może nawet trochę liczył, że dołączy do jego nieintencjonalnej igraszki. Chciał zabrać ją z tych mrocznych myśli, które wydawały się sięgać po jej postać w najmniej oczekiwanych momentach. Nie zamierzał jej do niczego zmuszać, bo przecież jego słowa nie zmuszały do równie dużych przyrzeczeń, a tym bardziej dzielenia się historią. On zwyczajnie nie był w stanie już dłużej tak kłamać, choć wydawała się jedną z najmniej oczekiwanych osób, którym mógł i powinien to powiedzieć. Niebezpieczeństwo czaiło się wszędzie, a on nieświadomie wybrał jedną z jego cór i co gorsza, ani razu nie pożałował, zwyczajnie chciał poczuć się potrzebnym. Dostarczała mu wszystkiego. Pierwszy raz faktycznie miał wrażenie, że jest w odpowiednim miejscu przy odpowiedniej osobie i właśnie to zdawało się najmniej odpowiednie. W jej oczach coś błysnęło, chęć do rywalizacji? Uwielbiała wygrywać w karty, pamiętał to z Pasażera. Nigdy nawet nie próbował dawać jej forów… zwykle. Poprawił się na krześle, śmiejąc się trochę na myśl, że miałby ją karmić nad stołem w tak dużej odległości. Przypominało mu to czasy dzieciństwa i dziadków, choć niezbyt długo miał okazję odpłynąć w te niewinne rejony, ponieważ coś przypomniała. Uspokojona nieco twarz ponownie zaróżowiła się na polikach. Powędrował wzrokiem na stół, żeby skończyć tę wspinaczkę na tej dobrze znajomej twarzy. – Dobrze – przytaknął zdławionym głosem, bo przecież wciąż wstydził się niefortunnej cielesności, które zdarzyło się zeszłego wieczoru. – a potem porozmawiamy – zdecydował nieco bardziej uprzytomniony, choć w głowie mieszało się wiele kosmatych myśli, próbował przestać, szczególnie że ręka nie mogła drżeć, kiedy podnosił łyżkę z zupą do jej ust. Starał się nie myśleć o tym, jak bardzo kuszące były te wargi, jak bardzo pragnął przesunąć palcami wzdłuż jej nosa, nakreślić szczękę i policzki twardym opuszkiem palców. Powstrzymywał się, był tam przecież jako jej opiekun, musiał być. Wcale nie myślał o tym, jak dobrze będzie ją znów mieć w ramionach, choć wątpił, żeby mogli po raz kolejny dojść do tego poziomu, pomimo tego, że obudzili się wplątani w siebie wzajemnie, musiał wypierać tę myśl na rzecz stabilnego uchwytu łyżki. Z początku było ciężko, jednak każdy kolejny raz powodował, że nabierał wprawy. Nieświadomie, kiedy przykładał sztućca do jej ust, lekko otwierał własne wargi, jakby pokazując, co ma zrobić. Chwyt na najmłodszych, który pozostał z nim nawet w tak niecodziennej sytuacji. Nie karmił nikogo poza dziećmi, stąd nawet nie zauważył specjalnej różnicy w swoich ruchach. Po trzech ruchach zauważył, że zaczyna robić to już machinalnie i przyłapał się na otwieraniu buzi właśnie w ten dziwaczny sposób, jakby pomagał jej jeść. Na poliki momentalnie wpłynęły już nie różowe, a czerwone plamy, a ręka z łyżką wylądowała w zupie. Było mu głupio, bo ponownie robił z siebie jakiegoś imbecyla, teraz kiedy tak bardzo chciał, żeby choć na chwilę zapomniała, że jest takim bęcwałem. Opuścił wzrok na swoją zupę i bez zbędnych pytań oraz słów zjadł ją w kilku podniesieniach łyżki. Palił go kark ze wstydu, w myślach błagał, żeby nie próbowała tego komentować, był już dość skrępowany, dlatego, kiedy tylko skończył, wstał od stołu z zamiarem umycia miski ze sztućcem. Próbował na nią specjalnie nie patrzeć, chyba nawet podszedł do umywalki kuchennej i zaczął ręcznie zmywać. Lodowata woda powinna pomóc przenieść myśli z przerażającego wstydu do jakiegoś innego punktu w rzeczywistości, prawda? Może w rzeczywistości nawet nie zauważyła tego wszystkiego? Chciał rozpuścić się w eterze. Ciężko było mu sobie wyobrazić co dalej, musiał znaleźć jakieś zajęcie, żeby tylko nie złapać jej wzroku z naganą.




Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Powrót do góry Go down
Philippa Moss
Philippa Moss

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 25
ELIKSIRY : 5
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?

Balkon - Page 7 Empty
PisanieTemat: Re: Balkon [odnośnikBalkon - Page 7 I_icon_minitime11.06.21 17:36

Cienie, blizny, strupy, rany. Krzywdy. Pałętały się w nim. Czaiły się w niej. Żył tutaj, więc musiał przejść jakąś drogę.  Musiał mieć powody. I nawet jeśli przybywał z innego świata, coś zepchnęło go w te najgorsze londyńskie odmęty. Ich dwoje. Dwie obarczone mierną tułaczką dusze. Nawet gdy myślała o tym, by się stąd wydostać, nie wiedziałaby, dokąd pójść. Niczego innego nie znała, żadnych krain, żadnych dróg, które, choć nieznane, mogłyby dawać jej ten strzęp nadziei. Nie. Zostawała, by chociaż na tym jedynym kawałku, na tej plamie pośród szerokich map poczuć się pewnie, poczuć się na tyle dobrze, by kolejny krok nie mógł jej już zaskakiwać. Było to zbiorowisko gorszych i lepszych, raczej jednak grząska marnota i całe wielotomowe historie o ludziach pogwałconych przez los. Ona i on. Robiła rzeczy, którymi prawy człowiek gardził. Zaciskała zęby, wznosiła nie nawet siebie, ale i innych. W tym wytrenowała się lata temu, kiedy w oczach tlił się jakiś inny rodzaj światła. To, co dało się ujrzeć teraz, przypominało raczej dogasające ognisko. Albo jakiś podrabiany, ociemniały bursztyn, który próbował udawać klejnot, chociaż wcale nim nie był. Świat, w którym dojrzewała, wiązał się z ciągłym podtrzymywaniem fałszywych wątków. By nie zwariować, by dać sobie jakąś radość, by coś mogło pchnąć do przodu. By nie pamiętać o latach łzawego dzieciństwa i tortury tej gorzkiej niepamięci. Kiedy mówił, że była dobra, czuła sprzeczność. Muśnięte promieniem dobrej wiary serce wybijało pewniejszy rytm, by zatrzymać się nagle, by oprzytomnieć i poczuć, że należy pokręcić głową, strząsnąć jego wiarę, rozdmuchać nieco naiwne stwierdzenie. Chciała, by taką ją widział. Dobrą. Wartą. Pozbawioną złych szram, które może nie były widoczne, ale tkwiły, zdejmowały osłony z czasem, kiedy pozwalała się komuś zbliżyć bardziej. Jemu pozwalała. Bardzo. Bardzo. Bardzo. W głupocie i jakieś strasznej potrzebie popłynięcia z prądem, poddania się tej emocjonalnej burzy. Co to było? Dlaczego tak bardzo wyciągała do niego szyję, dlaczego tak chętnie zaplątywała ich dłonie. Pragnęła.
Wiec był uśmiech, nieco wymuszony, ostrożny. Potem popatrzyła mu bardziej w oczy, smakując kontynuacji, która musiała w końcu paść, ale nie myślała, że tak prędko. Musiało go to więc męczyć, myślał o tym, co jej się stało, dlaczego nie mogła wtedy puścić jego dłoni dalej, między swoje uda, tam głębiej. Co to było: to, co się stało. Co to było? Zwątpienie zalśniło w jej spojrzeniu, które starało się nigdzie nie uciekać i niczego dodatkowo nie wywoływać.  – Chcę opowiedzieć – wyjawiła nieco zduszonym głosem. Smutny cień prześlizgnął się po jej twarzy. Cholernie chciała opowiedzieć, ale dziś po prostu jeszcze nie umiała. – Ale nie ma się czym chwalić – mruknęła sucho, gorzko i odwróciła spojrzenie. To akurat prawda, z która musiał się liczyć już wcześniej. Bo to nie będzie żadna wybielająca ją historia. Myślał, że ją skrzywdzono, prawda? Albo że jest naznaczona jakimś piętnem? Może w sumie była. Przeklęta sierota. Może i zapuściła w betonowym Londynie korzenie, ale nie mogła, nie miała prawa mieć rodziny innej niż zgraja przypadkowych przybłęd zaklętych we wspólnym losie. Sierot, złodziei, krętaczy i wszystkich tych kłamców. Królów pośrodku nędzy. Tak jak kiedyś powiedziała Jamesowi. Że też jest jak oni, że też wydaje jej się, że jest kimś więcej niż tym żebrakiem. – Chciałabym, byś wiedział – wymówiła trochę ze wstydem, trochę z lękiem. Bo jeśli miał być jedyną prawdą, jedyną ostoją, jedyną przystania w jej życiu, to musiał wiedzieć. Miała prawo w ogóle tak o nim myśleć? To jej dawała ta doba? Aż tyle powagi, aż tak odważne pieczęcie? A może po prostu przedawkowała wróżkę i ostatnie godziny były wyłącznie imaginacją. Akurat tego była pewna – że nie był ani snem ani fantazją pomalowaną przez magiczne narkotyki. Bo nawet po nich nie czuła się aż tak dobrze, mimo całego ciężaru związanego z przedzieraniem się przez wspólne dramaty. Utrzymywała spojrzenie, strzegła jego obecności, starała się zbadać, jak działa na niego to, co spróbowała właśnie zasugerować: że będzie to historia, w której to ona jest złym charakterem, to ona jest winna i zasługuje na potępienie. Bo nie mogła małemu życiu dać domu i rodziny, bo chociaż było tak niewielkie, już skazano je na los Philippy. Ogarnięte wojną miasto, które udawało przełamanie konfliktu, udawało powrót szczęśliwości.
Dłonie przychodziły na ratunek, ściskała je mocno, zatapiała się w nich, oddawała wrażeniu czucia, że on jest obok i mógłby być na dłużej, mógłby nie opuszczać jej po paru miłych dniach. Nie robić tego, czego bała się najbardziej. Uciekać. Wiele tego było, tych tajemnic, tych czarnych plam na ich twarzach. Złudne uczucie to było, zagarnianie go tak dla siebie, kolejny raz wyrzucanie kotwicy, łapanie się duszy, która znikąd się wynurzyła, znikąd otoczyła ją taką garścią pragnień. Mówił, że była ważna. Zbyt ważna, że zostanie, że będzie obok. Już przecież kiedyś to słyszała. A jednak otworzyła usta i zaczęła mówić o sile. Kompletnie nie wiedziała, jak to się robi. Jak się buduje na podstawach z tak silnych emocji, z tak całkowitych pragnień. Żeby to nie runęło za szybko, żeby nie pochłonęło jej razem z gruzami. Jego uśmiech, pociągnął za sobą  i jej wargi. Tam się spotkali. We wzajemnej podporze, przyjemnym błysku, znośnych wreszcie do uniesienia ciężarach. Zanotowała czerwień odznaczającą się krzykliwie wręcz na jego twarzy. Miał w sobie jakiś urok, na który okropnie się łapała. Był jakiś taki… był przyjemny, nieco niewinny, bezgraniczny w swej trosce i czuwaniu. Zupełnie niepodobny do tego, co zdawała się dostrzegać przy pierwszych spotkaniach z Małym Jimem. Uczucie wbijającego się w żebra stołu stało się bardziej odczuwalne. Przyciągali się – już wcale się nie dziwiła temu, że za dłońmi chciało podążyć całe ciało. Bariery gniotły powłoki, albo to powłoki gniotły bariery. By już być bliżej. I chociaż o wiele łatwiej byłyby poddać się wygodnej myśli, że to nie dzieje się naprawdę, to jednak wiedziała, że jego moc, jego miodowe oczy i jego palce wokół stawały się jedyną prawda ostatnich tygodni. Jedyną szansą na… coś, czego nie śmiała nazywać.
Turlali się od kryzysu w kryzys, przełamywali kąsające momenty namiastką czułości i obietnicy. Póki co działało, ale to przypominało fale w największym sztormie. Doskakiwały wysoko i opadały za szybko. Nic nie było dane na dłużej, nikt nie mógł zyskać pewności, że to przetrwa. A może należało cieszyć się drobnostką. Perspektywą dziecinnych czynności, tak prostych trosk i oczu zanurzonych w niej z niesamowitą intensywnością. Głowa poruszyła się, godząc się na jego propozycję. Zjeść, a potem porozmawiać. Gdzieś pod spojrzeniami jeszcze łączyły się dłonie, a usta rozchylały najpierw powoli, leniwie. Pierwszy łyk zupy podanej przez niego smakował inaczej. Nie śmiała oderwać spojrzenia, wyczuwała dziwne speszenie, pewien początkowy opór w ruchach. Jej ciało gdzieś poniżej napinało się, jakby utraciło słuszność tego wszystkiego, jakby testowało tego rudowłosego Uriena, tego chłopca wyjętego nawet nie z fantazji. Nigdy nie prosiła o takie historie. Wręcz je odpędzała. A teraz przełykała kolejne łyżki, moczyła usta we własnej zupie, przyjmowała zbawienne ciepło posiłku, choć.. choć nie pogardziłaby, gdyby tylko przycisnął swoje własne wargi do jej. Jeszcze raz. Na chwilę. Dusiła te wyobrażenia. Jego miny, jego nietypowe zaangażowanie, rozjaśniło jej spojrzenie. Uniosła wyżej brew, a potem zaśmiała się lekko, ciepło, miło. Podobało jej się, to, jak bardzo się wczuwał. Nieco dziwacznie, ale… opiekował się nią. Tak rzadko czuła to uczucie. Ten stan, kiedy ktoś o nią dbał w tak prostej kwestii. Poszła więc w zaproponowaną grę, posłusznie, grzecznie otwierała usta i spróbowała odtworzyć jego ruchy. Gdy odsunął łyżkę, oblizała usta i popatrzyła z troską, nieco rozczulona tym, co właśnie jej zaoferował. Wyrywała się do słów, potrzebowała jakoś podziękować, ale uciekł, zanim jej usta ostygły po przyjęciu tylu porcji zupy. Powiodła za nim spojrzeniem. Coś się stało, coś urodziło się w jego myśli. Przecież mignęły jej poliki w niesłychanie soczystej barwie. – Gdyby ktoś choć raz nakarmiłyby mnie tak w sierocińcu, może miałabym stamtąd choć jedno piękne wspomnienie – wymówiła nagle, bez smutku, świadomie, dzieląc się właśnie tym. A potem wstała i wyruszyła w stronę pleców kryjących się przed… chyba przed nią. Położyła dłoń wysoko na jego łopatce, a potem opuściła ją powoli po ciele w dół, delikatnie, spokojnie, a dalej ręka owinęła się w jego pasie i przyległa bardziej. – Możesz częściej – dorzuciła nieco zauroczonym tonem. Pogłaskała go po brzuchu, tłumiąc ogromną potrzebę wtulenia się. – Nie uciekaj, Urienie. Ode mnie nie musisz. A jak nabroisz, to i tak nie dam ci zwiać. Więc lepiej uważaj – zagroziła nieco rozbawiona i zaciągnęła się zapachem, jaki roztaczał się wokół niego. On, po prostu. Ostrożnie oderwała dłoń i cofnęła się o krok. Dobrze wiedziała, co kilka słów wcześniej powiedziała. Tak wiele miała do nadrobienia. Jej dzieciństwo było podziurawione, szare, bolesne. Pozbawione czułości.


Powrót do góry Go down
 

Balkon

Powrót do góry 
Strona 7 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Dalsze dzielnice :: Doki, Pont Street 37/4-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21