Wydarzenia


Ekipa forum
Fontanna Magicznego Braterstwa
AutorWiadomość
Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]17.03.12 14:30
First topic message reminder :

Fontanna Magicznego Braterstwa

"Stali na końcu bardzo długiego, imponującego holu z wypolerowaną, lśniącą posadzką z ciemnego drewna. Na suficie koloru pawiego granatu lśniły złote symbole, nieustannie poruszające się i zmieniające jak jakaś wielka, niebiańska tablica ogłoszeń. W pokrytych błyszczącą drewnianą boazerią ścianach widniało mnóstwo kominków. Co parę sekund z jednego z kominków w ścianie po lewej stronie wynurzała się z cichym poświstem postać czarownicy lub czarodzieja, natomiast po prawej stronie przed kominkami tworzyły się krótkie kolejki czarodziejów czekających na odjazd.
W połowie holu była fontanna. Pośrodku okrągłej sadzawki stały wysokie złote posągi. Najwyższym był posąg nobliwie wyglądającego czarodzieja z różdżką wycelowaną prosto w górę. Wokół niego stały posągi pięknej czarownicy, centaura z napiętym łukiem, goblina i skrzata domowego; ci ostatni wpatrywali się z zachwytem w czarodzieja i czarownicę. Z końców ich różdżek, z grotu strzały centaura, z ostro zakończonego szczytu kapelusza goblina i z uszu skrzata tryskały migotliwe strumienie wody, opadające wdzięcznymi łukami do sadzawki, a ich łagodny szmer mieszał się z cichymi pyknięciami i trzaskami aportacji i deportacji oraz z tupotem stóp setek czarownic i czarodziejów zmierzających ku złotym wrotom w drugim końcu holu. Większość miała ponure, trochę zaspane twarze.
Poplamiona tabliczka nad sadzawką głosiła:
Wszystkie datki wrzucone do Fontanny Magicznego Braterstwa zostaną przekazane Klinice Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga.
Na dnie migotało morze brązowych knutów i srebrnych sykli."
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Fontanna Magicznego Braterstwa - Page 11 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]26.06.17 19:07
Kążdy miał takie zdanie o ludziach, na których się natykał, ile było ziaren piasku na pustyni. Nie sposób było kontrolować ich osądy ani myśli. Nikt nie był w stanie tego robić, dlatego też Jayden nigdy nie przejmował się opinią innych. Wiedział, że czarodzieje posiadali różne charaktery, wychowanie i poglądy. Nic dziwnego to było wspaniałe, bo każdy dzięki temu był inny. Widział też w każdym pozytywne strony. Może i dla przykładu lord William Selwyn nie tryskał energią ani nie paplał na prawo i lewo, ale był obserwatorem i nie mówił więcej niż musiał. Ludzie, którzy liczyli się ze słowami byli niezwykle cenni, bo dostrzegali szczegóły i elementy, które normalnym ludziom gdzieś unikały. Nic dziwnego, że został aurorem, którego praca polegała na ciągłej uwadze i skupieniu. On by się kompletnie nie nadawał. Wolał wolność, podróże, wychodzenie po nocy, by spoglądać w niebo z zapartym tchem i obserwować zmiany w nim zachodzące. Potrafił to zauważyć, chociaż inni się upierali, że granatowy całun nad ich głowami wciąż jest taki sam. Mylili się. On to widział i już nie raz to udowadniał.
- Hitler? Żydzi? - Jayden wymawiał te nazwy lub imiona, nie wiedząc za bardzo jak zareagować. Wolał jednak nie wspominać o tym. Nie lubił wyrażać swojego zdania na tematy, o których nie miał pojęcia. Może dotyczyło to świata mugoli, ale znał go jedynie z opowieści Evey i z rozmów z uczniami tego pochodzenia. Nie słyszał nigdy wcześniej podobnych słów. Być może ktoś je wypowiadał przy nim, ale ciężko było odwrócić uwagę astronoma od jego pasji. Zmarszczył na moment brwi, ale bardziej z powodu niezrozumienia słów niż z jakiegoś zmieszania. Po prostu wciąż usilnie starał się odnaleźć w swoich myślach wypowiedziane przez Selwyna nazwy. Bezskutecznie. Zaraz jednak też ich uwagę odciągnęły wspomniane wcześniej bojówki, które przynosiły swoją nazwą jedynie wstyd czarodziejskiej policji, które pracownicy poświęcali długie lata na odpowiednie szkolenia. A z tego co mówiła Howell - ci antymugolscy po prostu się zgłaszali i płacono im dużo wyższą pensję niż innym. Oczywiście że zauważył reakcję swojego towarzysza, ale nic nie powiedział, bo William bardzo szybko znowu wrócił do swojej dawnej bezwyrazowej miny i postawy. Jednego nie mógł zrozumieć. Jego słów o złodziejach magii. - Biedni ludzie... - mruknął pod nosem astronom, próbując jakoś pozbyć się krzyków o niewinności biednego zatrzymanego mężczyzny. - Nie są niczego winni.
Zaraz jednak zauważył, że przystanął, a auror już szedł korytarzem, dlatego Jay szybko podbiegł, zrównując się z nim krokiem. Musiał nieco przyspieszyć, żeby nadążyć, ale od biegania za centaurami miał całkiem dobrą formę. - Być może. Tak - skinął na słowa Selwyna. - Nikt tak naprawdę nie wie nic na sto procent, ale jest to bardzo prawdopodobne. Tak samo trzeba sobie zadać pytanie -jak długo będzie istniało Słońce? Gwiazdy to tylko mały odsetek kosmosu. To kuliste ciało niebieskie stanowiące skupisko powiązanej grawitacyjnie materii w stanie plazmy bądź zdegenerowanej materii. Są one w swej naturze tak skomplikowane, że nawet całe życie badań nie pomoże rozwikłać ich zagadki, za czym idzie brak dokładnego odniesienia co do ich całościowej definicji, jednak nie jest to aż tak niemożliwe, gdyż wraz z wiedzą, którą pozyskujemy od mądrych centaurów możemy w przybliżeniu określić ich skład jak i odległość, która nas od nich dzieli. Poniekąd to właśnie też pozwala nam podejrzewać w większym stopniu niż jedynie w czystej hipotezie o historii ich powstawania jak i pełnym składzie - odparł, wzruszając ramionami. - Zderzenie dwóch galaktyk oznaczało ich koniec w długim przeciągu czasu, ale tak to ma wyglądać. Jednak coś się kończy, a coś zaczyna - dodał z szerokim uśmiechem. Tego akurat był pewien. - Myślisz, że ten mężczyzna również zaginie bez śladu? - spytał po chwili poważniejszym tonem, mając na myśli mugolaka.


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 38 +4
UROKI : 24 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]26.06.17 20:01
Jaka szkoda, że często ludzie wyrabiali sobie zdanie o kimś nie znając faktycznie tej osoby. Sam William uważał takie zachowanie za żałosne, i jedynie ostentacyjnie okazywał niechęć i protekcjonalne podejście. I... cóż, o ile Selwyn pochwaliłby dostrzeganie w każdym pozytywnych stron przez JJ-a, to sam nie uważał, by na podstawie jednej dobrej cechy można było każdego uważać za dobrą osobę. Pewne było to, że każdy był dobry w czym innym. Will nie był astronomem, Jayden nie był aurorem. Koniec i kropeczka.
Zignorował pytanie na te dwa słowa. Jednak jego spojrzenie przez chwilę zdawało się mówić - "może kiedy indziej ci wyjaśnię". Niekoniecznie mógł jednak to wyłapać, wymagało to trochę skupienia na jego osobie. Nie zdziwiło go to, że nic nie rozumiał. Ostatecznie zdawał sobie sprawę, że miał znacznie większe pojęcie o mugolach niż większość. Odnośnie tej przykrej sytuacji... William nie byłby w stanie nic robić. Mimo tego, że ten widok kłuł go w serce. W duchu zgadzał się z Jaydenem, nie okazywał jednak zasmucenia sytuacją. Nie bardzo mógł sobie na to pozwolić.
Widząc, jak ten za nim nie poszedł i jak musiał za nim biec, to musiał lekko sie wysilić aby nie pokręcić głową. Nierozgarnięty jak zwykle. - nie irytowało go. Może w poważniejszych, wymagających skupienia sprawach by to go irytowało. Jednak nawet wówczas na to sobie nie pozwalał.
- Centaury są podobno niezwykle uzdolnione w tej dziedzinie, jednakże nie jestem pewny, czy są bardzo chętne do pomagania ludziom. Swoją drogą można zauważyć, że bardzo mocno zainteresował cię ten temat. - odrzekł, po czym chwilę się zamyślił. Po chwili zaczął mówić dalej. - Obaj nie dożyjemy tej chwili. W sumie żadna żyjąca współcześnie istota tego nie dożyje, toteż możemy jedynie kontemplować na ten temat.
Nie miał za bardzo nic do dodania. Jayden na pewno był dobrym astronomem, co pokazywał fakt, że w ogóle przyjęto go jako profesora do Hogwartu. Mimo wszystko brano kompetentnych ludzi, a przynajmniej tak było kiedyś. Zwłaszcza, że w razie czego ktoś musiał uczniów bronić. Sam uważał to za obowiązek kadry nauczycielskiej.
Gdy został spytany o to, czy ten zabrany facet też zniknie... nie zatrzymał się. Nie stanął w miejscu, ale spowolnił krok. Jego twarz cały czas nie okazywała emocji, po chwili jednak William zwrócił swoje lico w stronę mężczyzny. Jego spojrzenie... ono mówiło wszystko. Jakie było zazwyczaj? Nieme, chłodne. Nie mówiące nic. Teraz było jakoś dziwnie... smutne? Widać było też szczyptę bezsilności. Ważne, że miało wyraźny przekaz. "TAK". To mówiły w tej chwili jego oczy. Słowa nie mogłyby tego lepiej ująć. Po chwili ponownie patrzył się przed siebie.
- Czasami ludzi spotykają różne rzeczy. Pytanie, ilu ludzi na obecną sytuację zasłużyły przez swoje czyny lub słowa? - Przekaz powinien być dość łatwy do rozszyfrowania. Trochę za bardzo w nawyk weszło mu mówienie rzeczy między wierszami, nie wyrażanie swoich myśli wprost. Miał tak już od późnego wieku nastoletniego, obecnie weszło mu to tak w nawyk, że uważał to za coś absolutnie normalnego. - Jednak nie zawsze trzeba się na jakąś sytuację godzić. Na to potrzeba siły i zdeterminowania.
To były na tę chwilę jego ostatnie słowa. Cały czas dzielnie prowadził JJ-a. Ostatecznie powinno już być niedaleko celu, jednak jeszcze troszkę drogi było do konkretnego miejsca. Jednak chyba Jayden przeżyje. Prawda?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]26.06.17 20:24
Centaury... Były to niezwykłe stworzenia, które mało kogo do siebie dopuszczały. Jayden jednak nie był jednym z wielu takich osób. Już od początku stażu w Wieży Astrologów był wysyłany początkowo jako przynieść, podaj, pozamiataj, więc wysyłano go do niebezpiecznych magicznych istot, by próbował nawiązać z nimi sojusz i tym samym uczyć się od nich wiedzy o gwiazdach. Nikt nie spodziewał się jednak, że temu nierozgarniętemu szczeniakowi się to uda. Zajęło mu to oczywiście wiele lat, ale zdobył ich zaufanie. Jeden z nich był jego wyjątkowym przyjacielem i posiadał wiedzę, która wykraczała nawet poza standard ich gatunku. Był starszy od wszystkich, ale wcale nie był przez to słabszy. Wręcz odwrotnie. To właśnie on najczęściej odszukiwał Vane'a i pomagał mu wrócić do zamku na czas. Podobne zdarzenia już miały miejsce, gdy te magiczne stworzenia zostawiały niechcący w tyle zagubionego belfra podczas szukania nowych miejsc na obserwację nieba. Z reguły zawsze wracały, chociaż chyba każdy wiedział o trzech dniach, gdy nikt nie posiadał wiedzy o aktualnym miejscu pobytu astronoma. Okazało się, że Jayden wpierw się zgubił, a potem znalazł chatkę, w której żył mężczyzna z niezwykłą wiedzą o niebie i Vane'a pochłonęła tak rozmowa, że nie zdał sobie sprawy z upływu czasu. Trzeba było na niego uważać, chociaż on nie widział w tym nic złego. Nic a nic. Owszem martwili się, ale jakie doświadczenie przygarnął w międzyczasie! Chyba nikt nie widział tego w ten sposób co on. Często Jayden w ogóle nie zaglądał do swojego domu w Hogsmeade. Nie miał na to czasu, spędzając całe nocy w lesie na obserwacjach i rozmowach z magicznymi stworzeniami. Nie odpowiedział na słowa Williama, a jedynie uśmiechnął się pod nosem. Centaury były również niezwykle nieufne i nie pozwalały na zdradzanie sekretów. Vane nigdy ich nie zawiódł, dlatego wciąż mu ufały i pozwalały przebywać we własnym stadzie jakby był jednym z nich. Oczywiście wciąż nie miał tak wielkiej i znakomitej wiedzy jak one, ale... Starał się. Bez nich nie napisałby tak wielu artykułów, nie poznały nowych sposobów badań nad kosmosem, nie wydałby książki. Zawdzięczał im naprawdę sporo. Niektórzy oddaliby wszystko żeby być na jego miejscu, ale zapominali o jednej rzeczy. Jayden przyjaźnił się z tymi stworzeniami, a nauka była jedynie dodatkiem do tego wszystkiego. Może przez to tak niewiele osób zdołało się porozumieć z pół-końmi pół-ludźmi?
- Pochodzenie nie powinno być miernikiem tego czy jest się wartym uwięzienia, czy też nie - odparł nieco zasmucony profesor. - Nawet Hogwart nie jest już bezpieczny - dodał tak cicho, że niemal szeptał. Zbliżali się już do określonego miejsca, a Vane musiał uważać na słowa. To bolało, że musiał się z tym chować i udawać, że wszystko było w porządku. Nie było, ale tego właśnie próbował go nauczyć jego straszy kolega z pracy - ukrywania się z poglądami i walczenia o nie w odpowiedniej chwili. Ale JJ był fatalnym kłamcą, dlatego nie mógł też znieść niesprawiedliwości. Czasem jednak trzeba było zagryźć zęby i iść dalej. Bo jeśli dasz się złapać, to nie powalczysz zbyt długo. Może i była to prawda, ale nie taka jaka powinna być. W końcu dotarli na miejsce, a Jay mógł rozmyślać już jedynie o oddaniu swojej pracy i czekaniu na werdykt. Miało to przynajmniej odwrócić jego uwagę od tego, co widział w atrium. Zanim się rozeszli, wyciągnął rękę w stronę byłego Krukona i uśmiechnął się blado, acz szczerze. - Dziękuję za pomoc, lordzie Selwyn - rzucił na pożegnanie. Potem odetchnął i wszedł w odpowiednie drzwi. No, to trzeba było zacząć prelekcję.

|zt


Maybe that’s what he is about. Not winning, but failing and getting back up. Knowing he’ll fail, fail a thousand times,
BUT STILL DON'T GIVE UP
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 38 +4
UROKI : 24 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]26.06.17 20:43
Nie miał nigdy jakoś do czynienia z centaurami, choć wydawały mu się one ciekawymi stworzeniami. Choć prędzej interesowało go ich pochodzenie. Byli spokrewnieni z ludźmi czy też nie? Kto mógł to wiedzieć! Jednaka aktualnie był bardziej pochłonięty zaklinaniem mugolskich rupieci niż wnikaniem w magiczne stworzenia. Czy by odczuł zazdrość na fakt, że jest tak blisko z centaurami? Może lekką, gdzieś w głębi, ale nie byłaby to zawiść. Nie był tym typem człowieka. Gdyby zaczął się zastanawiać, dlaczego dowiadywanie się wiedzy od centaurów idzie tak marnie ludziom, to może by wpadł na trop, że ci nie traktowali pół-koni pół-ludzi jak istoty tak samo myślące i czujące. Jednak nie znał się zbytnio, nie wiedział jak ludzie to robili.
- Dla niejednego człowieka coś, co dla innego jest normalnego, dla niego będzie to powodem do odczuwania zawiści. W niejednej kulturze szukało się kozła ofiarnego i takowe znajdowano. - Jak zwykle odpowiadał na pytanie bezosobowo,  ostatecznie była to względnie neutralna ocena. Jednak Will unikał bezpośredniego wyrażania poglądów. Zwłaszcza w ostatnich czasach. A te za ciekawe nie były. - Nigdy nie można powiedzieć, że jakieś miejsce jest faktycznym azylem i sanktuarium. Wszystko pozostaje kwestią czasu oraz okoliczności.
Tutaj już wszystko mówił tonem wyzbytym z emocji, jakby nic na to nie czuł. Jednak tak nie było. Wcale nie podobało mu się, że nagle bez słowa ginęli ludzie. Że nagle osoby, które były obecne w życiu przestawały się pojawiać, jakby nigdy ich nie było. Williamowi było znacznie prościej udawać, że wszystko jest w porządku. Ostatecznie robił to nawet nim zaczęło się dziać bardzo źle. Poza tym wiedział, że jeśli chce pomóc innym to musi zacisnąć póki co zęby. Na razie nie był w stanie nic zrobić. Nie w tej chwili.Sprawiedliwości stanie się zadość a złoczyńcy padną od swego miecza. - rzekł sam do siebie w myślach. Miał nadzieję, że organizacja do której ledwo co zgodził się wstąpić z uwagi na Alexandra.
Gdy ci zaszli pod miejsce, zatrzymał się niemal od razu i skinął lekko głową na pożegnanie. Nie odwzajemnił uśmiechu, jak to miał w zwyczaju. Nie uśmiechał się prawie nigdy, i to wcale nie było eufemizmem w jego przypadku.
- Udzielanie pomocy innym gdy jest to wykonalne powinno być cnotą każdego szlachetnego człowieka.
Odrzekł, gdy uścisnął w grzecznościowym geście jego dłoń. Po chwili odwrócił się do niego tyłem i ruszył spokojnie w stronę z której wracał. Cel - kominki Fiuu!

z/t
Gość
Anonymous
Gość
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]12.08.17 17:44
| 30.04

Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów powitał go znajomym chłodem korytarzy - i niezmiennie irytującym tłumem petentów cisnących się na wąskich ławkach, które zdawały się być zaprojektowane do tego, by swoją niewygodą zniechęcać co mniej wytrwałych do zapychania kolejki oczekujących na przyjęcie. Znał aż za dobrze bzdury, z jakimi przychodzili nawiedzeni londyńczycy, twierdzący uparcie, że byli świadkami prawdziwej sensacji, która musi zostać sprawdzona przez odpowiednie organy; nie znał ich z bezpośredniej relacji, wszak do jego obowiązków nigdy nie przynależało kontaktowanie się z informatorami, a wszelkie donosy trafiały na jego kolana wraz z odpowiednimi poleceniami pochodzącymi z góry. Z pamięci Avery’ego na poczekaniu wypływały sztucznie rozdmuchiwane afery, które rutynowo przyszło mu kontrolować, pamiętał posądzanego o nakładanie klątw zegarmistrza i oskarżanego o zwiększanie swoich obrotów klątwą imperiusa lodziarza z Pokątnej - i ledwie powstrzymywał krótki uśmiech samoczynnie cisnący się na usta na myśl, że wygadujący podobne bzdury ludzie nie mieli zielonego pojęcia o sztuce zaklinania przedmiotów, o wymyślnych klątwach rodem ze Śmiertelnego Nokturnu, ani o arkanach czarnej magii, która na zawsze miała pozostać niedostępna dla prymitywnego motłochu. Sprawnie wyminął błąkających się po korytarzu przyszłych-niedoszłych aurorów, dopiero rozpoczynających szkolenia i powstrzymując się od myślenia o tym, jak niewygodne stało się pracowanie na jednym piętrze, w jednym departamencie z ludźmi, na których liście do zneutralizowania najprawdopodobniej figurował niepokojąco wysoko - i ze wzajemnością, zapukał kilkakrotnie do drzwi gabinetu swojego szefa.
- Raport z ostatnich obserwacji, sir - oświadczył w ramach osobliwego przywitania, dławiąc w sobie chęć wzdrygnięcia się na tytulaturę, która podstarzałemu grzybowi przyrośniętemu do biurka wcale się nie należała. Wysunął przed siebie dłoń, w której dzierżył pokaźnych rozmiarów pergamin zapisany drobnym, schludnym pismem i czekał parę ciągnących się niemiłosiernie chwil, aż jego średnio rozmowny rozmówca odpowie podobnym gestem i przewiązaną rzemykiem rolkę odbierze. Nic podobnego. Zdusił w sobie zniecierpliwione westchnienie i przestąpił krok w kierunku biurka, by położyć na jego blacie pergamin - i dopiero wtedy zostać zaszczyconym spojrzeniem znad okularów-połówek. Perseus był już w połowie obrotu na pięcie w kierunku wyjściowym, gdy szef Wiedźmiej Straży postanowił zabrać głos, nie ku jego satysfakcji:
- Zdaj mi relację, nie mam czasu na czytanie papierów, Avery - po co więc pisał ten przeklęty przez Merlina raport? Czy jego czas był mniej warty? Czy ten wściekły urzędas miał w ogóle cień pojęcia o tym, jak wiele działo się naokoło i jak wiele miało pozostać tajemnicą dla króla tego obskurnego biura?
- Oczywiście - uśmiechnął się krótko, nieco kwaśno, wypowiadając kurtuazyjne sformułowanie. Cierpliwość, tę naukę z pewnością wyniesie z Ministerstwa. - Obserwacje były prowadzone na przestrzeni dwóch ostatnich miesięcy, rotacyjnie, przez cztery trzyosobowe zespoły składające się ze zróżnicowanych pod względem rangi i doświadczenia agentów. Pragnąc zyskać jak najwięcej doświadczenia z pracy przy tej sprawie, za zgodą starszego rangą szpiega uczestniczyłem w zespole pierwszym, razem z Blackbournem i Sackvillem oraz trzecim, z Cattermolem i Spencer-Moonem. Celem obserwacji były znajdujące się w dzielnicy portowej doki, ze szczególnym uwzględnieniem trzypiętrowego budynku, który niegdyś był portowym magazynem do przechowywania towarów z żeglugi, a podstawę podejrzeń stanowiło znaczący wzrost zainteresowania okolicą w godzinach późnowieczornych - rozpoczął opowieść rzeczowym głosem wypranym z emocji. To nie nieznajomość tematu napełniała go niechęcią do werbalnego zdawania raportu; odrobił swoje zadanie i był go całkowicie pewny, to narastająca pogarda do każdej komórki Ministerstwa sprawiała, że zaciskał pięści aż do zbielenia knykci, dzień w dzień, każdorazowo przy przemierzaniu wąskich korytarzy kolejnych pięter. Do celu; zdać raport jak najszczegółowiej, jak najszybciej i opuścić pretensjonalny gmach, wykreślić kolejną datę z kalendarza i kontynuować odliczanie do końca swojej kariery w Wiedźmiej Straży, wyznaczającego jednocześnie początek wzięcia pod własne skrzydła przynajmniej części rodzinnej hodowli. Podjął więc temat na powrót, nie tracąc ani chwili.
- W pobliżu budowli w zeszłym roku schwytano na gorącym uczynku grupkę nielegalnie handlującą smoczą krwią, później wznowiono podejrzenia o toczenie tam nielegalnych pojedynków, natomiast dwa miesiące temu odnaleziono zwłoki, dlatego po zakończonym śledztwie w sprawie zabójstwa z wykorzystaniem czarnomagicznych zaklęć wdrożono program obserwacyjny. Sam budynek jest pustostanem, ma trzy poziomy, pozbawiony jest piwnicy czy przejścia do kanałów. Większość drzwi została wyłamana już dawno temu, mury zostały częściowo obrośnięte bluszczem, który zakrywa również wyrwę w murze znajdującym się po zachodniej stronie. Uznałbym ten punkt za najlepsze miejsce do wejścia lub wyjścia, ponieważ ze względu na nieckowatą budowę placu i odsłonięte duże powierzchnie nie sposób przejść w innym punkcie i pozostać niezauważonym. Przy użyciu odpowiednich narzędzi ujawniono działanie wciąż nieprzełamanych zaklęć obszarowych uniemożliwiających aportację i deportację w promieniu stu jardów. Od wschodniej strony pustostanu znajduje się stara drabinka, najprawdopodobniej przeciwpożarowa. Zardzewiała, nieco niestabilna, jednak z pewnością bez większych problemów wytrzyma ciężar człowieka o wadze nieprzekraczającej stu funtów. Prowadzi na dach, w którym znajduje się dziura po wybitym oknie, co stanowi jedną z możliwych dróg dostania się do wnętrza. Dziesięć jardów od okna dachowego znajduje się klatka schodowa, stopień czwarty i ósmy od góry są mocno zniszczone, należy je więc przeskoczyć, stopień piąty i dwunasty trzeszczą donośnie pod wpływem minimalnego nacisku, dlatego najlepiej jest je ominąć w celu zachowania maksymalnej ciszy. Pomieszczenia wewnątrz budynku są zdemolowane i zagracone, nie sposób zidentyfikować jakie funkcje pełniły wcześniej ani co znajdowało się w nich przed momentem opróżnienia z ewentualnych wartościowych przedmiotów, nie wyklucza się również wcześniejszych nalotów szabrowniczych. Największą uwagę skupia drugi poziom, gdzie bez wątpienia odbywały się pojedynki. Wyżłobione zaklęciami ściany noszą ślady ciężkich klątw, a na zrujnowanej posadzce w okolicach drugiego i szóstego filaru zlokalizowano trzy pokaźne plamy zaschniętej krwi. Analiza wykazała, że jest to krew ludzka, datowana na co najmniej osiem dni. Pierwsze piętro jest zupełnie opustoszałe. Na ścianach otaczających główne wejście do magazynu znaleziono wyryte runy, które winny mieć właściwości ochronne, specjaliści stwierdzili jednak, że zostały wykonane nieumiejętnie i nie niosą żadnej mocy oprócz efektu placebo w oczach tych, którzy faktycznie je dojrzą. Obserwacje wykazały, że wznowiono działalność nielegalnego klubu pojedynków, a spotkania średniej wielkości grup, zazwyczaj w przedziale od dwunastu do dwudziestu osób, odbywają się na drugim poziomie w każdy trzeci dzień tygodnia, pod warunkiem, że dzień ten nie pokrywa się z pełnią księżyca, wówczas data zostaje przesunięta o trzy dni, w oczekiwaniu na osłabnięcie światła odbijanego przez księżyc. Na miejscu prowadzone są równolegle zakłady na wysoką stawkę, Spencer-Moon oraz Blackbourne nie wykluczają również sprzedaży czarnomagicznych artefaktów. Podobno w trakcie spotkań można także nawiązać kontakt z odpowiednimi osobami, zapewniającymi następnie usługi zbirów oferujących wszystko w przedziale od kradzieży i włamań na okaleczeniach i zabójstwach kończąc. Najprawdopodobniej spotkania w ostatnim tygodniu miesiąca połączone są ze swoistego rodzaju celebracjami na cześć zwycięzców, którym udało się przeżyć całą serię spotkań, wtedy również wszyscy przebywający w budynku nie żałują sobie wysokoprocentowych trunków, skutecznie obniżających czujność i celność, zatem wspólną rekomendacją wszystkich zespołów szpiegowskich jest przeprowadzenie nalotu właśnie w tym terminie, jednak schemat ten pozostaje jeszcze do potwierdzenia przez kolejny miesiąc obserwacji. W trakcie zbliżających się tygodni planowane są również dalsze poszukiwania możliwie jak najbezpieczniejszych wejść i wyjść z terenów otaczających pustostan - zakończył raport, wbijając wyczekujące spojrzenie w mężczyznę zasiadającego za biurkiem i zastanawiając się mimowolnie, kiedy ostatni raz, o ile w ogóle, brał udział w akcji terenowej. Nie potrafił sobie wyobrazić podobnego scenariusza.
- To wszystko? - zapytał spaślak, a Avery przytaknął momentalnie głową, przemilczając kwestię tego, że w południowym murze przyległym do budynku znajduje się ukryty odpowiednimi zaklęciami niezarejestrowany kominek podłączony do sieci Fiuu. Aurorzy nie musieli o tym wiedzieć, nikt nie musiał o tym wiedzieć; niech idą działać swe cuda na interwencji, niech giną jak myszy wchodzące prosto w pułapkę, życzył im tego z całego serca, prowadząc swoistego rodzaju akcję dywersyjną, polegającą na subtelnych zatajeniach informacji, które mogłyby zmienić bieg wydarzeń. Szef biura odprawił go machnięciem ręki, nie porywając się nawet na podsumowanie raportu, lecz Perseus nie zamierzał się nad tym rozwodzić. Momentalnie ruszył w kierunku drzwi, nie zwalniając sprężystego kroku ani przez chwilę na trasie do Fontanny Magicznego Braterstwa, gdzie umówił się na popołudniowe spotkanie z lordem Crouchem, wychodzącym właśnie z Wizengamotu. Rozmowa z wujem, już daleko poza murami Ministerstwa, zawsze okazywała się być skuteczną odtrutką.

| zt


stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Perseus Avery
Zawód : wiedźmia straż
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
vicious
vengeful
victorious
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nothing good ever stays with me
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery https://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 https://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t2783-skrytka-bankowa-nr-318#44957 https://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]15.02.20 12:34
03.04

Minuty mijały, a ona wciąż czekała. Podparta ramionami na fontannie obserwowała tłumy ludzi przepływające przez ministerialne atrium - zdawało się, że ich jest ich tylko więcej i więcej, przerażonych lub nieznacznie zestresowanych, bladych albo zarumienionych. Kolejki do rejestracji różdżek były niebotyczne niezależnie od pory dnia, więc mogła zaczekać tutaj na przybycie rodziny, wszak w rzeczywistości nigdzie jej się nie spieszyło. Zaszyła się z boku i przyglądała chciwie tym masom, próbując rozpoznać, którzy to z krwi i kości czarodzieje, a którzy przybyli licząc na łut szczęścia. W tym całym chaosie nie czuła dłużej zniesmaczenia ani zażenowania faktem, że przez urzędnicze bzdury jest zmuszona porzucić codzienne zajęcia i zawlec się do miejsca, którego z głębi serca nie cierpiała. Kawałek po kawałku rzeczywistość nabierała sensu. W sytuacji, gdy na ulicach wybuchały zamieszki trzeba było zrobić wszystko, aby zachować kontrolę. Sprawa bezpieczeństwa, podjęta po długim czasie próba wzięcia w garść roztrzaskanej w kawałki społeczności czarodziejskiej. Od kiedy interesowała się socjologią? Od czasu, gdy zaczęła dostrzegać w tym korzyść.
Ze wszystkich sił starała się nosić dumnie, choć wciąż nie do końca pokonała wyjące w głowie demony. Oczy miała podkrążone, ponieważ nienawiść nie pozwalała jej spać. Skórę woskowo bladą od alkoholu, paznokcie obgryzione do krwi, usta wyschnięte. Żeby nie oszaleć, nie przyjść pewnej nocy do Munga i nie wydłubać oczu osobie, która zajęła jej gabinet, musiała skupić się na innej idei, innych wartościach, choćby i do cna wypłukujących z niej człowieczeństwo. Tym razem przynajmniej nie była całkiem sama. Straciłaby rozum, gdyby była sama.
W ostateczności wojna była jej na rękę, ponieważ anomia dawała szansę, by próbować rzeczy dotychczas niemożliwych, pogardzać bez konsekwencji. W oczy rzuciła jej się dawna znajoma z oddziału. Ruda uzdrowicielka spocona z nerwów, a Elvira wiedziała, wiedziała, że ta głupia pinda, która stanęła przeciwko niej, gdy próbowała się bronić przed utratą pracy, ma w rzeczywistości mugolską matkę, więc stanęła teraz pogardliwie z kapturem zarzuconym na głowę i trzymała kciuki, żeby wyrzucono ją z pracy i żeby ta jej głupia matka zdechła w męczarniach.
W tym wszystkim była uzdrowicielka nie zauważyła nawet, kiedy od tyłu zaszła ją jej własna rodzina. Rodzice byli najwidoczniej w stanie rozpoznać córkę nawet wtedy, kiedy od stóp do głów była okutana w czarną pelerynę. Ostatnimi czasy prawie się z nią nie rozstawała, nie dbała o to, by wyglądać elegancko, nawet włosy muskała tylko grzebieniem i przerzucała przez ramiona.
Na rejestrację różdżek mieli się udać wspólnie, dlatego, że ojciec jako pracownik Ministerstwa był do tego zobowiązany, natomiast matka - choć mieszkająca poza Londynem i bezrobotna - dołączyła do całego zamieszania, żeby się z nimi zobaczyć, a przy tym również przyspieszyć procedurę. Bo czy istniało coś bardziej wiarygodnego niż stawienie się na kontroli całą czarodziejską rodziną?
Zapewne nie, choć Elvira i tak żałowała, że się na to zgodziła. Towarzystwo rodziców wprawiało kobietę w dyskomfort, w niechęć. Widok ich starczych sylwetek, zmarszczek, siwych włosów i - pomimo tych wszystkich ostatnich tragedii - uśmiechów natychmiast wykopał między nimi niewidzialną wyrwę. Elvira od dawna już nie czuła do Miriam i Nathana najmniejszego przywiązania.
Nie pozwoliła się przytulić, zignorowała oburzone komentarze, których matka nie szczędziła na widok jej przemęczonej twarzy i pomalowanych na czarno paznokci. Na jednym wydechu uraczyła ich kłamstwami o nawale pracy w szpitalu, w którym od miesiąca już przecież nie pracowała. Nie musieli o tym wiedzieć, o niczym nie musieli wiedzieć, byli jej tutaj potrzebni tylko i wyłącznie jako potwierdzenie dziedzictwa.
Elvira Multon, z matki Parkinson, czysta krew po kądzieli, czyta ze skazą po mieczu. Nie sądziła, by rejestracja różdżki miała jej przysporzyć jakichkolwiek problemów.

/zt



don't you ever
tame your demons
but always keep them
on a leash
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]17.02.20 22:37
3 kwietnia, 1957 r.

Słońce leniwie wschodziło na niebie, kiedy Clem rozprostowywała już nogi. Lubiła wstawać wcześnie, była bardziej rannym ptaszkiem niż nocnym stworzeniem. Inaczej mogłaby się nazywać wilkołakiem.
Domyślała się, że przez cały kwiecień kolejki będą wręcz ciągnąć się w całym ministerstwie – nie przeszkadzało jej to. Właściwie, ledwo odczuła narastające w Londynie napięcie. Wspaniała wiosna sprawiła, że Clementine miała nadzwyczaj dobry humor i okazywała go nawet częściej niż w pracy.
Poza tym – w przeciwieństwie do wielu innych czarownic i czarodziejów – Clem nie miała się czego obawiać. Cała jej najbliższa rodzina była półkrwi, nie było wśród nich tych, na których skupiła się teraz największa uwaga. Trochę tym mugolackim rodzinom nawet współczuła, ale obowiązek wobec władzy to obowiązek, trzeba było się dostosować.
Rozprostowała palce, szczękając nieprzyjemnie kośćmi. Ci, którzy koło niej stali, odrobinę się skrzywili. Pytanie tylko czemu – nie robiła przecież nic złego, prawda? Co prawda była dzisiaj pełna energii, więc dość ruchliwa… Ale przygotowywała się na stanie kilku godzin w kolejce, a to przecież ważne! Nie chciała zdrętwieć jak od Petrificusa.
Trzeba też dodać, że była gotowa, by z nowym duchem wrócić do pracy. Choć cała wściekłość nie do końca jeszcze w niej zgasła, zamierzała przekłuć ją w siłę. Chciała poświęcić każdy dzień na samodoskonalenie się, powiększanie zysków, by w końcu dostać awans, a także móc kupić dawną rodzinną cukiernię. Wierzyła w to, że jej się uda. Musiało. Inaczej skazana byłaby na szukanie innego celu.
Zgiełk panujący w budynku ani trochę jej nie przeszkadzał, zresztą zauważyła trochę znajomych twarzy. Miło było się spotkać z tymi, z którymi dotąd już nie utrzymywała kontaktu. Zamieniła z nimi parę słów, chcąc być grzeczna. Nikt jednak nie wydawał się w dobrym nastroju jak ona. Nie mogła nic poradzić na swój entuzjazm i unikać sceptycznych spojrzeń – taka już po prostu była.
Nic więc dziwnego, że gdy dostrzegła kolejną znajomą sylwetkę, korzystając z chwili przerwy, od razu do niej pomachała. Zaczęła iść w jej stronę, chowając do torby świstek papieru, co by go na wszelki wypadek nie zgubić. Zastanawiała się, czy jej partnerka-w-zbrodni-w-której-wyniku-zostały-rozgromione -bahanki dalej ją pamięta. A nawet jeśli nie, to co? Warto było o sobie przypomnieć.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Oh my darling ClementineYou were lost and gone forever
Dreadful sorrow, Clementine



Ostatnio zmieniony przez Clementine Thorne dnia 12.05.20 23:54, w całości zmieniany 1 raz
Clementine Thorne
Zawód : ~ Czekoladniczka ~
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Do you ever feel like a misfit?
Everything inside you is
Dark and twisted
Oh, but it's okay to be different
'Cause baby, so am I
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Fontanna Magicznego Braterstwa - Page 11 Cc393f0d121afc37a102a60f503e5d7c
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7407-clementine-thorne https://www.morsmordre.net/t7474-truman https://www.morsmordre.net/t7475-there-was-a-girl https://www.morsmordre.net/f284-sevenoaks-riverhill-road-13 https://www.morsmordre.net/t7477-skrytka-bankowa-nr-1812 https://www.morsmordre.net/t7476-clementine-thorne
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]18.02.20 22:14
Tak jak się spodziewała, rejestracja różdżki nie przyniosła jej większego problemu. Udowodnienie pochodzenia było dziecinnie proste, gdy tak wiele lat spędziło się w instytucjach publicznych - ojciec jako urzędnik Ministerstwa musiał pozostawać pod obserwacją, a ona jeszcze do niedawna pracowała w Mungu. Czy może raczej, żyła w nim, dokonując więcej niż którykolwiek inny tchórzliwy uzdrowiciel. Palce same zaciskały się zaborczo, blada twarz robiła różowa, gdy przyszło jej pomyśleć o tych zniewagach. Nie zasłużyła sobie na nie niczym, ale ani spalenie listu od ordynatora ani dziesiątki rozbitych na ścianie butelek nie mogło zmienić ich decyzji. Była zdeterminowana, by się zemścić. Ona da sobie radę bez Munga, ale władze szpitala pewnego dnia pożałują, że się jej pozbyli - przyjdzie taki czas, gdy stanie się o niej głośno.
Do rejestracji podeszła pierwsza, a po niej rodzice. Domyślała się, że również nie spędzą tam wiele czasu, więc jak najszybciej narzuciła na siebie płaszcz i pomknęła w stronę wind, żeby wymknąć się zanim zdążą ją złapać. Potem napisze list, nie miała ochoty na żadne rozmowy ani dziś ani w najbliższym czasie. Gdy tak przepychała się przez tłumy w atrium nie mogła sprawiać dobrego wrażenia - nie narzuciła na głowę kaptura, więc doskonale widać było jak cienka stała się skóra na jej policzkach, jak zaciskała zęby i unikała spojrzeń. Skończyła obserwacje, teraz chciała tylko wrócić do domu.
Pech chciał, że tym razem sama została zauważona. Przynajmniej nie przez uzdrowiciela, to mogła stwierdzić już na początku, nawet jeżeli nie od razu rozpoznała pucołowatą, głupkowato wesołą twarz. Ostatnie tygodnie rozmywały się, przysypane przez stosy starych ksiąg i na wpół opróżnione butelki wina. I męski głos, który nawoływał, by dała z siebie więcej, pokonała słabości.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytała pierwsza głosem dość chrapliwym, nie dając dziewczynie się przywitać.
I tak, teraz już pamiętała, to ona pomagała Elvirze pozbyć się bahanek, w zamian za co otrzymała kilka eliksirów z jej domowych zapasów. Miała nadzieję, że skończy się na handlowej transakcji, nie spodziewała się spotkać jej gdziekolwiek indziej, tym bardziej nie w Ministerstwie. A jednak Londyn był mały i z każdym miesiącem stawał coraz mniejszy.





don't you ever
tame your demons
but always keep them
on a leash
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]23.02.20 19:05
Nie spodziewała się jej tutaj spotkać, ale to nie oznaczało wcale, że powinna udawać, że jej nie widzi, nie? Zawsze wypadało się przywitać, nawet jeśli znało się kogoś przelotnie. Zwykłe „dzień dobry” w zupełności wystarczało, ale Clem i tak mówiła zazwyczaj o wiele więcej.
Zamrugała, widząc jej reakcję. Nie znały się za bardzo… Ale Clem nie trudno było wyczuć, że coś jest nie tak. Poprzednio jej rozmówczyni też była małomówna i dosadna, ale nie do granic możliwości. Coś musiało się stać albo po prostu miała zły dzień, by się tak zachowywać.
Tak w sumie to tylko się przywitać – zaśmiała się niezrażona. – Długo się nie widziałyśmy.
Nie zamierzała zwracać się do niej per „pani”, skoro sama jako pierwsza to odrzuciła. Zresztą, tak było łatwiej. Elvira wydawała się niewiele starsza od niej i taki zwrot trochę… nie pasował? Byłoby niezręcznie w każdym razie.
Od lat nie widziałam takich tłumów w Ministerstwie, prawie jak pierwszego dnia w szkole – przyznała szczerze. Była oswojona z takim nagromadzeniem czarodziejów na metr kwadratowy, ale dalej nie mogła nadziwić się, jak tego dnia było przepełnione Ministerstwo. – Swoją drogą, jak się miewasz? Dobrze się czujesz?
Nie wyglądała najlepiej, ale może Clementine jedynie się tak zdawało? Miała tendencję do zbytniego zamartwiania się o innych. Martwiła się nie tylko o swoich braci, ale i o matkę i resztę rodziny. Przyjaciele i przypadkowi znajomi też przewijali się przez jej myśli.
Korzystając jednak z towarzystwa jasnowłosej, postanowiła ją zapytać o pewną ważną dla siebie sprawę. Już prawie zarejestrowała różdżkę, ale rzadko kiedy przebywała w Ministerstwie. Nie znała jego planu, a mapki na korytarzach bywały dla niej często słabo czytelne.
Och, a przy okazji… Wiesz może, gdzie jest ten wydział? – Wyciągnęła w jej stronę kartkę z instrukcjami i wskazała palcem na konkretny podpunkt. Nie kojarzyła tego miejsca, ale kto wie, może Elvira koło niego przechodziła? Clem szczerze na to liczyła, choć szanse były nikłe. Jak zwykle nieustępliwa i pełna wiary – taka właśnie była.


Oh my darling ClementineYou were lost and gone forever
Dreadful sorrow, Clementine

Clementine Thorne
Zawód : ~ Czekoladniczka ~
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Do you ever feel like a misfit?
Everything inside you is
Dark and twisted
Oh, but it's okay to be different
'Cause baby, so am I
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Fontanna Magicznego Braterstwa - Page 11 Cc393f0d121afc37a102a60f503e5d7c
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7407-clementine-thorne https://www.morsmordre.net/t7474-truman https://www.morsmordre.net/t7475-there-was-a-girl https://www.morsmordre.net/f284-sevenoaks-riverhill-road-13 https://www.morsmordre.net/t7477-skrytka-bankowa-nr-1812 https://www.morsmordre.net/t7476-clementine-thorne
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]27.02.20 10:10
Z jakiego powodu los zsyłał na Elvirę najbardziej drażniące niedogodności w najgorszych możliwych chwilach? Gdyby to był jakikolwiek inny dzień, tydzień, miesiąc, krótka, przepełniona fałszywymi grzecznościami dyskusja na korytarzach Ministerstwa zapewne nie sprawiłaby jej problemu. Blondynka nadal byłaby złośliwa, taką miała naturę, ale niewiele z tych emocji sięgnęłoby czeluści jej nastroju. Dzisiaj sam widok dziewczyny starającej się zbliżyć i nawiązać rozmowę wystarczył, by zapłonęła w kobiecie trudna do wytrzymania frustracja. Zacisnęła zęby na tyle mocno, by poczuć ostrzegawczy ból, kiedy niedoszła pogromczyni insektów zwróciła się do niej z koleżeńskim zwrotem. Dawno się nie widziałyśmy. Kim dla niej była, ażeby zaczynać rozmowę z taką poufałością? Dlaczego w ogóle podejmowała wysiłek, kiedy Elvira z pewnością miała wymalowaną na twarzy potrzebę bycia pozostawioną w samotności?
Uniosła dumnie brodę i spojrzała na dziewczynę (Clarę? Clemence? Clementine?) z góry, była wszak niemalże dziesięć centymetrów wyższa. Blade, niebieskie oczy zmrużyły się podejrzliwie, zacisnęła wąskie usta. Być może wyglądałaby groźnie, gdyby nie tak wyraźne cienie zmęczenia i przeciągającej się światopoglądowej gehenny.
- Nie, nie czuję się dobrze. Zwłaszcza w tym momencie - Odpowiedziała ostrym tonem, mając na myśli jej nieoczekiwaną obecność.
Kiedy natomiast dziewczyna przysunęła jej pod nos kartkę z instrukcjami, którą doskonale znała, ponieważ dopiero co wyrzuciła podobną - i niepotrzebną - do śmieci, wykrzywiła się nieprzyjemnie i spojrzała na dziewczynę z uniesioną brwią. Czy odnalezienie odpowiedniej sali naprawdę mogło być tak trudne? Elvira nigdy nie pracowała w Ministerstwie i starała się też spędzać w nim możliwie jak najmniej czasu, a jednak nie wyobrażała sobie mieć problem z odczytaniem jasnych wskazówek.
- Tu jest wszystko napisane... - westchnęła bezdźwięcznie, aby powstrzymać się przed wulgarną inwektywną. - Komisja Rejestracji Różdżek znajduje się na drugim piętrze, z resztą już sobie poradź - Nie miała czasu ani nastroju do tego, by prowadzić kogokolwiek za rękę. Miała tylko nadzieję, że dziewczyna dostrzeże to i zostawi ją w spokoju zanim osiągnie kruchą w ostatnim czasie granicę wytrzymałości.



don't you ever
tame your demons
but always keep them
on a leash
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]04.03.20 0:12
Nawet nie podejrzewała teraz, przez co przechodziła Elvira. Dla niej miała dość niemrawą minę, ale nie wyobrażała sobie, że jej niedawna zleceniodawczyni mogła mieć aż takie problemy – Clem zawsze podchodziła do życia z pokorą i kisiła w sobie wszelkie złe emocje. Nie wiedziała, że gdyby kiedyś maksymalnie skumulowały się i wyszły na zewnątrz, najpewniej zareagowałaby w jej sytuacji tak samo.
Zamrugała, słysząc jej odpowiedź. Czyli tak jak myślała… Nie czuła się najlepiej. Nie wyglądała jednak, jakby chciała coś więcej zdradzać. Clementine zatem nie za bardzo wiedziała, co poradzić. Nie była w stanie udzielić szczególnej rady, jeśli nie miała wiedzy, czego powinna dotyczyć.
A motywujące kwestie typu: „Uśmiechnij się” czy „Idź przez życie z podniesioną głową”, choć brzmiały uroczo, nie były skuteczne. Stanowiły tylko miłe słowa, zapchaj-dziury, nic więcej. Sama na przestrzeni lat dogłębnie się o tym przekonała.
Och… Rozumiem. Jeśli chcesz, chętnie ci pomogę – rzuciła niezobowiązująco. Nie zamierzała się narzucać, niektóre rzeczy trzeba było czasem przetrawić. Wzbudzały wstręt i wypełniały serce goryczą, ale z drugiej strony, które serce jest na tyle czyste, by jej w nim nie było?
Zresztą, gdyby naciskała, Clementine czuła, że i tak niewiele by to dało. Znajoma-nieznajoma nie powiedziałaby jej, o co biega. Nie ufała jej. Poza tym to nie była już szkoła, gdzie wystarczyły babeczki czy odrobiona przez nią praca domowa, by zyskać czyjąś sympatię. Ważna była wiedza, doświadczenie. A ona miała niejasne wrażenie, że teraz najbardziej jej tego brakowało. Dlatego nie umiała pocieszać jak dawniej. Życie było zdecydowanie cięższe, a ona powoli się wypalała.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Mimo wszystko starała się zachować pozory. Wiedziała, że jej rozmówczyni nawet nie próbuje być miła.
A jednak nie miała do niej pretensji. Nie znała jej motywów, ale zachowywała ciepły wyraz na swojej pucołowatej buzi. Dla niej każdy… Nie, nikt nie był na tyle miły, by jej go okazać. Kochała wszystkich, ale wiedziała, że gdyby nie łeb na karku, już dawno w tym świecie by się zatraciła.
O, dzięki – odparła, składając mapkę tak, by nie zaprzątać sobie uwagi niczym innym niż wspomnianym piętrem. Powtórnie wbiła w nią wzrok i niepewnie zaczęła jej się przyglądać. – A ty? Czegoś potrzebujesz? Czy skończyłaś swoją wartę i masz już na szczęście spokój?


Oh my darling ClementineYou were lost and gone forever
Dreadful sorrow, Clementine

Clementine Thorne
Zawód : ~ Czekoladniczka ~
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Do you ever feel like a misfit?
Everything inside you is
Dark and twisted
Oh, but it's okay to be different
'Cause baby, so am I
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Fontanna Magicznego Braterstwa - Page 11 Cc393f0d121afc37a102a60f503e5d7c
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7407-clementine-thorne https://www.morsmordre.net/t7474-truman https://www.morsmordre.net/t7475-there-was-a-girl https://www.morsmordre.net/f284-sevenoaks-riverhill-road-13 https://www.morsmordre.net/t7477-skrytka-bankowa-nr-1812 https://www.morsmordre.net/t7476-clementine-thorne
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]07.03.20 12:47
Elvira nie oczekiwała na żadne odkrywcze porady, nie poszukiwała wsparcia ani - tym bardziej - współczucia. Zachowywała się w sposób sarkastyczny i oschły, wylewała na zewnątrz całą swoją zjadliwość, którą do tej pory w mniejszym lub większym stopniu starała się kontrolować. Do tej pory znajdowała się niechętnie w okowach reguł, zgadzała się przestrzegać pewnych norm po to, by w ostateczności móc bez problemu sięgać po rzeczy uznawane za istotne. Teraz nie było dłużej takiej potrzeby, a przynajmniej nie tutaj, nie w takim towarzystwie. Nie obawiała się utraty wizerunku albo złej opinii wśród medycznego gremium, niechęci ordynatorskiej i donosów obrażonych pacjentów. Nie zależało jej na tym, by nazwisko Multon wiązało się z powszechnym zaufaniem. Niektóre sprawy bywały nie do naprawienia i jedyne, co pozostawało, to budowa na gruzach - modelowanie od podstaw czegoś zupełnie nowego.
Taka praca wiązała się jednak z nadzwyczajnym wysiłkiem, a nawet upokorzeniem - Elvira była sfrustrowana, wyczerpana. Nic dziwnego, że gdy w ostateczności dziewczyna zdecydowała się tkwić dalej w miejscu, zalewać ją idiotycznymi pytaniami, jakby były znajomymi, jakby ktoś taki jak ona mógł mieć jakikolwiek wpływ na życie Elviry, nawet na jej nastrój... jedyne, co udało się Clementine osiągnąć to wprawić byłą uzdrowicielkę w jeszcze większy gniew.
Wściekłość, która okazała się dostrzegalna, dlatego w ramach niewielkiego środka ostrożności nachyliła się do twarzy kobiety, tak żeby część jasnych włosów przysłoniła nieco jej policzki i żeby nikt niepowołany nie usłyszał tego, co miała do powiedzenia. Nie zamierzała wszczynać awantury, chciała jak najszybciej opuścić to miejsce, ale satysfakcja z szansy na wystraszenie irytującej dziewczyny była zbyt wielka, by mogła się jej oprzeć.
- Nie potrzebuję twojej zasranej pomocy - wycedziła, obnażając zęby. - Zajmij się swoimi sprawami i zostaw mnie w spokoju, bo niedobrze mi jak na ciebie patrzę.
Elvira nie dostrzegła momentu, w którym jej blade palce owinęły się wokół łokcia Clementine, ściskając mocno, mocniej niż byłoby to komfortowe. Puściła ją szybko i odchyliła się, zanim dziewczyna mogłaby zacząć krzyczeć albo zrobić coś równie głupiego.



don't you ever
tame your demons
but always keep them
on a leash
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]10.04.20 19:49
Może nakazało jej to coraz dogłębniej odczuwane poczucie samotności, a może zbytnia chęć czynienia dobra, ale choć instynkt nakazywał jej odwrotnie, przekroczyła dozwoloną granicę. Nie miała złych zamiarów, chciała tylko pomóc. Wiedziała, że powinna dać sobie spokój minuty temu, ale dalej tu stała. Nie dawała za wygraną, jej najlepsza cecha okazała się najgorszą.
Nie spodziewała się jednak, że aż tak wkurzy biedną dziewczynę. Nie zdawała sobie sprawy z tego, co dzieje się w jej głowie, nawet przez myśl jej nie przeszło, że właśnie straciła pracę. Za całe to nieporozumienie jednak odpowiadała niewiedza, nie ignorancja. Gdyby Clem wiedziała, co się stało, na pewno rozesłałaby sowy z prośbami o pomoc. Miała w Hogwarcie wielu znajomych, ich oddanie było naprawdę godne podziwu, byli to w końcu Gryfoni. Inna rzecz, że po szkole kontakt z nimi niemal kompletnie się urwał… Prawie nikt nie pisał, co u niej, jak się trzyma czy czegoś potrzebuje. Wszystko było dobre, dopóki trwało, teraz było źle, bo zaginęło.
Zamrugała przez chwilę, zaskoczona tym, że rozmówczyni chwyciła ją za rękę, w dodatku tak mocno. Chłodne słowa ją nie zdziwiły – Elvira przecież przy ich pierwszym spotkaniu także nie wydawała się szczególnie przyjazna. Clem sama chciała się do niej zbliżyć, posyłając co rusz uśmiechy, serdeczne spojrzenia, jak również składając obietnice pomocy. Chciała jak najlepiej. Szkoda tylko że wyszło jak zawsze.
Kiedy ją puściła, Clementine niemal niezauważalnie zacisnęła zęby. Kolejny raz jej życzliwość została potraktowana jak słabość. Czemu? Czemu?!
Nie skrzywiła się, bo jej to nie zabolało – a przynajmniej nie fizycznie. Może było trochę niekomfortowe, ale przecież sińców nie mogła zarobić. Nie była chucherkiem, nawet jako dziecko. Jeśli ktokolwiek liczył na to, że przestraszy się czegoś takiego, grubo się mylił. Widziała coś stanowczo gorszego.
W porządku, rozumiem – odparła z lekko histerycznym uśmiechem. – Do widzenia.
Łzy cisnęły jej się do oczu, ale cofnęła się o krok, by zejść jej z drogi. Nie zamierzała jej tu trzymać na siłę.


Oh my darling ClementineYou were lost and gone forever
Dreadful sorrow, Clementine

Clementine Thorne
Zawód : ~ Czekoladniczka ~
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Do you ever feel like a misfit?
Everything inside you is
Dark and twisted
Oh, but it's okay to be different
'Cause baby, so am I
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Fontanna Magicznego Braterstwa - Page 11 Cc393f0d121afc37a102a60f503e5d7c
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7407-clementine-thorne https://www.morsmordre.net/t7474-truman https://www.morsmordre.net/t7475-there-was-a-girl https://www.morsmordre.net/f284-sevenoaks-riverhill-road-13 https://www.morsmordre.net/t7477-skrytka-bankowa-nr-1812 https://www.morsmordre.net/t7476-clementine-thorne
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]21.04.20 13:37
Elvira nie miała w sobie za grosz sympatii wobec nieznajomych. Tych wszystkie ciepłych emocji, czy choćby nawet ambiwalentnego przyuczenia do postępowania zgodnego ze społecznymi normami dobrego wychowania - nigdy nie było jej po drodze do reguł, zwłaszcza tych niepisanych, niepotrzebnych, mających swe korzenie w ludzkim poczuciu przyzwoitości, które zgniło w niej jeszcze zanim miałoby szansę rozkwitnąć. W przebłyskach jasności między rozchwianymi napadami furii, między wściekłością, żalem, urazą i kolejnym kielichem półwytrawnego wina, Elvira zastanawiała się nad tym jak silna i zdeterminowana musiała być, by wytrzymać tak długo w Świętym Mungu. Dawała się naciągać, wyginać i odkształcać niczym kawał gliny, uginała głowę przed ludźmi zamroczonymi, spętanymi przez niewidzialne łańcuchy rozkazów, którymi zatruto im umysły, gdy byli jeszcze dziećmi. Ślepi, puści, dający sobie wchodzić na głowę. Nic dziwnego, że szpitale były przepełnione, pacjenci roszczeniowi i złośliwi, a medycyna rozwijała się w tempie ranionego gumochłona. To wszystko była wina czarodziei przeciętnych, słabych.
Elvira nie miała w sercu miejsca na takie wątpliwości. Uczucia Clementine, która mogła przypadkiem zranić swoimi oschłymi słowami, były jej zupełnie obojętne. Nikt dziewczynie nie kazał się dopytywać, nikt nie kazał podchodzić i zabierać czasu. Gdyby miała nieco więcej oleju w głowie, spostrzegłaby subtelne sygnały w błękitnym spojrzeniu zmętniałych zmęczeniem oczu blondynki, a także twarzy, na której przecież nie kryła wrogiego grymasu.
- Och, do rychłego - odpowiedziała Elvira ironicznie, a potem, nie mogąc powstrzymać cisnących się na usta złośliwości, dodała: - Powodzenia z różdżką. Myślę, że dostaniesz pozwolenie bez problemu, jeżeli tylko nie będziesz się zbyt wiele odzywać.
Nie miała pojęcia, skąd wzięło się w niej nagle tyle jadu. Zachowała się niczym drapieżnik wyczuwający słabość - raz jeszcze uderzyła w dziewczynę, która zaczęła się już przecież rozsądnie wycofywać. Tak wątła kontrola nad impulsami była pożałowania godna, więc westchnęła cierpko po raz ostatni i odwróciła się, by jak najszybciej odejść, ochłonąć.
[bylobrzydkobedzieladnie]



don't you ever
tame your demons
but always keep them
on a leash


Ostatnio zmieniony przez Elvira Multon dnia 22.10.20 22:21, w całości zmieniany 1 raz
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
hunger
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Fontanna Magicznego Braterstwa [odnośnik]12.05.20 23:52
Wychowawszy się w Hogwarcie, w dodatku w Gryffindorze nie rozumiała, jak można było być tak okrutnym. Jasne, w szkole w której spędziła większość swojego życia, prócz milszych osób zawsze zdarzały się jakieś odbitki od normy, na przykład tacy Ślizgoni… Ale nie powiedziałaby o nich, że są okrutni. Może czasem okazywali słabszym czy po prostu czarodziejom innej krwi pogardę. Nie byli jednak według niej źli, każdy miał przecież swoje wady. Ona była często za miła, a oni… Mieli swój charakterek.
Łzy paliły ją niemal żywcem, gdy walczyła z chęcią, by tak po prostu przed wszystkimi się rozpłakać. Nikt ją tak nie upokorzył chyba od… od czasu, gdy dorosła i nie dostała tego, co jej się należało. Mężczyzna, który zadeklarował czystą chęć pomocy jej rodzinie, zdawało się, że zapomniał o obowiązku zwrócenia majątku, kiedy spadkobiercy będą gotowi, by nim zarządzać. Obietnic się nie łamie. Nie zrobił tego specjalnie, prawda? Po prostu trzeba mu było przypomnieć…
Zagryzła wargę do krwi, stając z powrotem w kolejce. Czemu miałaby się nie odzywać? Miała ochotę wykrzyczeć jej to pytanie prosto w twarz, ale ostatkiem sił się powstrzymała. Wszyscy traktowali ją jak małą dziewczynkę, która nic nie rozumiała. Szydzili z niej, nie doceniali jej i ją przedrzeźniali. A przecież przeżyła coś, co niewielu ma szczęście przeżyć… Wyszła ze spotkania z wilkołakiem niemal bez szwanku. Gdy upadła, trochę się potłukła, ale nic więcej. Widziała, jak jej ojciec kończy w kawałkach, próbując ją obronić. Potrafiła określić każdy makabryczny szlak, który wyznaczyła bryzgająca na wszystkie strony posoka. A jednak… dla nich wszystkich była dzieckiem, nikim więcej.
Drżącym ruchem dłoni podpisywała wszystkie dokumenty wymagane do rejestracji różdżki. Nie miała jednak powodu do płaczu, nie mogła więc płakać. Coś w niej pękło i głos w głębi serca mówił, że przecież zawsze tak było. Nikt nie traktował jej poważnie, nawet chłopak którego spotkała wtedy nad jeziorem. Oszukał ją, jak wszyscy.
Stawiając ostatni podpis, miała nadzieję, że w domu chociaż trochę ochłonie. Nawet jeśli jej rodzina nie postrzegała ją jako najbardziej rozgarniętą, Clementine czuła się silnie związana z tym, z kim przez ten cały czas mieszkała…

[z/t]


Oh my darling ClementineYou were lost and gone forever
Dreadful sorrow, Clementine

Clementine Thorne
Zawód : ~ Czekoladniczka ~
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Do you ever feel like a misfit?
Everything inside you is
Dark and twisted
Oh, but it's okay to be different
'Cause baby, so am I
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Fontanna Magicznego Braterstwa - Page 11 Cc393f0d121afc37a102a60f503e5d7c
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7407-clementine-thorne https://www.morsmordre.net/t7474-truman https://www.morsmordre.net/t7475-there-was-a-girl https://www.morsmordre.net/f284-sevenoaks-riverhill-road-13 https://www.morsmordre.net/t7477-skrytka-bankowa-nr-1812 https://www.morsmordre.net/t7476-clementine-thorne

Strona 11 z 12 Previous  1, 2, 3 ... , 10, 11, 12  Next

Fontanna Magicznego Braterstwa
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach