Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Wieża w Llangurig, Walia
AutorWiadomość
Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]19.12.20 12:27

Wieża w Llangurig

Nikt nie wie kiedy, dlaczego i przez kogo wieża została zbudowana, jednak w świadomości mieszkańców Llangurig istnieje od zawsze. Położona na uboczu, w lesie, rozbudza wyobraźnię małej społeczności, a niektórzy lubią rozprawiać godzinami nad tym, czy miała być kaplicą, czy może jednak początkiem dla wielkiej fortyfikacji. Upływ czasu nie naruszył szczególnie kamiennej konstrukcji, która zresztą nigdy nie została dokończona: od zawsze wyróżniał ją brak sklepienia. Do wieży ulokowanej pomiędzy wysokimi drzewami prowadzi wąska ścieżka, która ciągnie się dalej, aż do szemrzącej rzeki Wye. Choć budzi ciekawość wielu, rzadko kiedy ktoś odwiedza to miejsce, co najwyżej w okresie letnim wokół wieży bawią się dzieci.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wieża w Llangurig, Walia Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]24.04.21 13:06
20 XI 1957

I znowu padało. Obserwował listopadową ulewę beznamiętnie, kryjąc się pod skórzanym płaszczem i drzewem, na którym trzymały się już ostatnie liście. Palce prawej dłoni uderzały rytmicznie o nogę, zaniepokojone bezczynnością, jeszcze wrażliwe na obecność poszarpanej blizny po wewnętrznej stronie dłoni. Kieran wiedział, że ostatnie przeżycia zostaną z nim na zawsze. Nie wyglądał dobrze, potrzebował odpoczynku, porządnych posiłków i ćwiczeń, ale w wojennej rzeczywistości nie miał aż tak wiele czasu, aby zajmować się swoim samopoczuciem nieustannie, wszak nie to było priorytetem jego działań. Chciał jednak uporządkować kilka spraw, musiał. Utknął w bezruchu nieopodal solidnej wieży skrytej tuż za ścianą lasu, wsłuchując się w odgłosy otoczenia.
Wiele razy przeczytał dwa ostatnie listy od Moss, ku swojemu zaskoczeniu odnajdując w nich inny obraz jej osoby niż ten, do którego konsekwentnie próbowała go przekonać. Gdzieś zapodział się wolny duch, wraz z nim przepadła nonszalancja i zuchwałość. Ze spisanych na obu pergaminach słów wypływało wiele gniewu i żalu; był całkowicie bezradny wobec tak ogromnego ładunku emocji. Nigdy nie chciał jej wykorzystać, podobny stosunek do kobiet zawsze uznawał za rażąco obrzydliwy. Głowił się nad tym, czym była dla niego ich wspólna noc – czasem jawiła się jako błąd, niekiedy jednak, znacznie rzadziej, wspomnienie tamtych chwil pomagało mu zapomnieć o niepokojach, przypominało o człowieczeństwie. Jednak zniknął bez słowa i wsiąkł w wojnę, którą nie mógł w pełni usprawiedliwić swojej ucieczki. Trudno mu było przyznać, że stchórzył, choć z jeszcze większą irytacją podchodził do własnej głupoty. Opuścił jej mieszkanie bladym świtem, pozostawił samą sobie w porcie, choć ledwie kilka godzin wcześniej sam wpadł do niej bez zapowiedzi, nie napotykając przy tym żadnych trudności, aby sprawdzić, czy jest bezpieczna. Czy można postąpić gorzej? Powinien był o nią zadbać, wykazać większe zainteresowanie, nie uciekać od rozmowy, nawet jeśli jawiła się jako trudna, zbyt uczuciowa, kłopotliwa.
Poprosił o spotkanie. Wyznaczył miejsce, oddał jej możliwość wybrania czasu. Sam nie wiedział, czego od niej oczekiwał, bo przecież każde ewentualne roszczenie byłoby zadaniem kolejnej krzywdy, ot niepotrzebne jątrzenie rany. W listach wspomniała, że już o nim zapomniała, on z kolei nie potrafił rzucić w niepamięć tego, co się między nimi wydarzyło, choć swoim zachowaniem przekreślał wszystko niby bezrefleksyjnie. Dalej pozostawał rozdarty pomiędzy odwiecznymi powinnościami a nową słabością.
Zginiesz SAM. Nie ona pierwsza wróżyła mu tak marny koniec, lecz podobna myśl zaczęła go przerażać dopiero teraz. Cisza wokół niego przytłaczała go zbyt mocno, ale nie miał jak od niej uciec. Być może z tego powodu zdecydował się na desperacki ruch i przeprosił listownie, co był wstępem do właściwego zadośćuczynienia. Tylko co mógł tak na dobrą sprawę od siebie dać? Powinien był się wcześniej nad tym zastanowić, było już za późno, kiedy wąską ścieżką poprowadzoną między drzewami dostrzegł smukłą postać. Czujność nakazała mu wyciągnąć różdżkę z kieszeni, zaraz jednak zsunął z głowy kaptur, chcąc ujawnić swoje oblicze nadchodzącej osobie.
Phil – wypowiedział ostrożnie, dziwnie miękko, w ramach pokracznego powitania, którego wcale nie był pewien. Kiedykolwiek zwrócił się do niej w taki sposób na jawie? Na wyspie nawiedzały go różne sny, w większości koszmary, ale kilka razy podświadomość  podsuwała przyjemne obrazy. Stara rozróba w Parszywym Pasażerze wywołana obecnością aurorów i donośne odzywki wypadające z ust zuchwałej barmanki do wzburzonych marynarzy, którymi bardziej podburzała niż uspokajała. I ten jej cwany uśmieszek. Teraz nie było jej do śmiechu. Jemu zresztą też nie. Straszliwie zawinił. Zawiódł.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]24.04.21 13:07
Phil.
Prawdziwy czy wyimaginowany? Obce w pieszczocie przywołanie mimowolnie wzbudziło alarm. W czasie fałszu, na froncie, w ogarniętej mordem Anglii różnie mówiło się ludziach i ich twarzach. W stertach kłamstw poszukiwano szczątków prawdy. Ale co ona tam wiedziała? O wojnie. No co wiedziała? Zdawało się, że on pojmował o wiele więcej. Nosił jej ślady, składał się z pamiątek, pozaszywanych ran, składał się z chwil obecnych i nieobecnych. A teraz powstał z martwych, miotając jeszcze raz jej sercem. Pogodziła się z tym, że w najbardziej, zgrozo, optymistycznej wersji nie żył, a w tej najgorszej nią wzgardził. Choć tak naprawdę wolałaby wiedzieć, że żył. Chociaż tyle. Nie miała wtedy nawet tego. Nie bez powodu w dłoni trzymała różdżkę. Z tym wrażeniem, z tą krzywdą, z tą stworzoną, a potem zszarganą nadzieją chciała się przecież rozprawić. Powinna?
Kiedy tu szła, ścieżki plątały się jej pod nogami. Kamyki były śliskie, buty tonęły w błocie, a ten płaszcz całkiem zamókł. Bo nawet nie starała się chronić przed deszczem. Kaptur wyginał się pod ciężarem wilgoci, ubranie zaczynało lepić się do ciała. Burza. Przenikające pioruny żalu, podrażnione blizny, jakie po sobie pozostawił. Już kilka dni po owinęła myśli w dość poważne podejrzenie. Nieobecność przeciągała się, bez wieści, bez nadziei. By chronić się przed goryczą, by uchronić się przed rażeniem łamiącego się uczucia, dała się zbrukać. Dziesiątki razy odtwarzała ich spotkania, pierwsze i ostatnie wspomnienie, młode i stare twarze, w których czaiło się niby to samo pragnienie. Tak jej się wtedy wydawało, że się odnaleźli, że udowodniła oddanie, że wszystkie miesiące jej walki miały dla niego jakiekolwiek znaczenie. Może się pomyliła, nie była dobra. Umiała wciągać do łóżka, ale gubiła się w zbyt potężnych emocjach, nie rozpoznawała ich za dobrze, była nienauczona. Łatwo wpadła w tamtą pułapkę. Potem długo jeszcze wierzyła, wyliczała letnie poranki, wysyłała listy, wzniecała zadziorne uśmiechy, a nawet odważyła się o tym opowiedzieć. O tym, co czuła i jak bardzo podobało jej się to, co mieli. Przez chwilę mieli. Wraz z blednącym słońcem sierpnia gasła, godziła się, wyrzucała z głowy, z serca, z ciała przywiązanie, którym ją spętał. A przecież to ona miała być tą, która ściągnie go prosto w swoje sidła. Działało, wiedziała, że działało, choć nigdy się do tego nie przyznał. Srogi, stłumiony, potężny i szorstki w nakazach. To zawsze świetnie mu wychodziło. Tych poleceń nigdy nie wysłuchała. Drażnił ją i rozpalał – na przemian. Nie umiała się poddać, nie umiała zapomnieć. Podarowała mu przynależność, której nigdy nawet nie docenił. Objawiła naiwność, pierwszy raz tak wielką, tak przejmującą. Z gry wyrastały uczucia, z uczuć bliskość, o której starała mu się opowiedzieć. Dziś wiedziała, że robiła to nie tak. Albo że tylko jej się zdawało. On jej się zdawał. Pragnęła kamiennego serca, niewzruszonego, potrafiącego tylko uciekać nad ranem i wykłócać się. Czy kiedykolwiek porozmawiali o tym, co czuli? Czy wiedział?
Deszcz zmywał ciepło. Powinna przykleić do twarzy maskę, nie dać mu się, porzucić kruszącą się tęsknotę. Tak bardzo była wtedy w tym nowa, błądziła, starała się iść za uczuciem, do którego nie posiadała żadnej instrukcji. Jakże ją to denerwowało. Zaczepiała, wabiła, kusiła, wdzięczyła się, testując, jak wiele może zrobić, sprawdzając, czy zbliżył się choć odrobinę. Do niej. Nigdy nie odkryła, co o niej myślał, kogo w niej widział, jakie znaczenie miała podzielona tamtej nocy czułość. Głosy niecierpliwiły się, podpowiadając z żalem, że wcale nie była dla niego ważna. Godziła się na tę rosnącą pustkę, pozwalała usychać uczuciom. Desperackie listy wyrażały jednak, niedosłownie, przywiązanie, moc objawianą i w tych zahipnotyzowanych w nim oczach i pod tą wołającą o dotyk skórą. Wakacje minęły jej w niewiadomej, w ciągłych poszukiwaniach brata, w wyciąganiu ze strzępków śladów tych wszystkich nieobecnych, tych utraconych kochanych. Po sobie nie zostawił żadnego tropu. Wiedziała, co oznacza cisza po doświadczeniu wygłodniałych ciał. Wiedziała, a jednak przez chwilę jeszcze dała się karmić tej mdłej wierze. Że może jednak, że może jeszcze gdzieś tam jest. Opętana w pustkę, wtulana przez gorące słońce i samotność nie wiedziała, że przez cały ten czas rozrastało się w niej maleńkie życie. Jej. Jego. Obce. Niczyje. Teraz już tylko wspomnienie, przeraźliwe smutne. Czasami tylko echem kłujące gdzieś przez warstwy brzucha, czasami tylko wołające ją w snach.
Zatem żył. Stał przed nią. Wtedy niegotowy, wtedy niebędący sobą. Tak to było? Ponad cztery miesiące nieistnienia, bez odzewu, bez oznaki życia, bez oznaki nienawiści. Niczego. Cisza była gorsza od najpodlejszej wzgardy. Istniało tysiąc sposobów na wyrażenie tego, jak się czuła. Być może jeszcze nie wiedział, ale pozostawił ją inną. Tamtą. A teraz spoglądał na przerażone wejrzenie, chłodniejsze, poszarpane od środka wieloma krzywdami. Musiała dzielnie mierzyć się z cierpieniem, musiała dbać o nich wszystkich, musiała pilnować, by ci słabsi mogli iść dalej. Musiała całkiem się nie rozpaść, kiedy śmierć zdawała się dreptać jej po piętach. To ta wojna, o której tak mówił? To ta wojna, przed którą chciał ją uchronić? Wyszła stamtąd, ale obiecała wrócić.
Phil. Nigdy do niej tak nie powiedział. Była Moss, była psidwacza mać. Nie było Phil. Tak bardzo pokazał, że ma ją całą gdzieś. Tak bardzo nią gardził, kiedy ona żyła jeszcze resztkami tlącego się uczucia. A teraz nie mogła nie przyjść, nie mogła zignorować go, choć zasługiwał na to jak nikt inny. Bolało bardziej, bo nigdy wcześniej nikt nie był dla niej ważny aż tak. Co sprawiło, że sobie o niej przypomniał?
Włosy lepiły się do czoła, deszcz próbował rozkleić zaciśnięte usta. Chłód wzbudzał dreszcz, a z głębi ciała wydobywało się anormalne stukanie. Obawiała się tego, co się zaraz wydarzy. Tego, na czym znów się przyłapie. Podeszła bliżej. Za blisko. Różdżka wbiła się w materiał, nacisnęła na ciało. Oczy były obojętne, choć błysk burzowej nocy czasem obnażał ich smutek. Wystarczył tylko ten jeden urok, by przebić go na pół. – Zasługujesz na to – odezwała się jeszcze, łykając zimne krople. Po letnich marzeniach nadchodziła melancholia. Dokładnie tak. Nie zdążyła jeszcze rozniecić w sobie energii. Nie zaatakowała go, choć nie istniało lepsze powitanie od tego. Palce mocniej, pewniej zacisnęły na kawałku drewna. Były gotowe, by to zrobić. Wzrok miała zbyt przymglony, aby wybadać, że zmarniał, że też przynosił ciężką historię. Pamięć o wykreślonym na kawałku pergaminu nie byłem sobą wynurzała się na pierwszy plan. Co się wydarzyło?
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]24.04.21 13:09
Spojrzenie, które wcześniej pozostawało czujne i co chwila ogarniało najbliższą przestrzeń, nagle zwęziło się niebezpiecznie, ograniczając wyłącznie do śledzenia smukłej i niskiej sylwetki sunącej do przodu, ku niemu. Jej krok był mocny, pełen determinacji, napędzany przez wściekłość. Tego się spodziewał. Przecież wiedział, że nie zostanie powitany z szeroko otwartymi ramionami, wszelkie snute przypuszczenia odnośnie tego spotkania kazały mu szykować się do konfrontacji. Kolejna walka nie była mu potrzebna, wizja naruszenia kolejnych granic omszałej intymności czyniła jego oddech cięższym, niespokojnym. Bardziej od wymiany zaklęć, tak dobrze mu znanych, obawiał się tej masy złości, jaką mogłaby przeciw niemu skierować już na samym wstępie, podobną wrogością nie pozwalając mu dojść do słowa, chociaż się wytłumaczyć i przede wszystkim przeprosić. Miał jednak wątpliwości co było jego największym błędem, dopuszczenie do głosu skrytych pragnień czy może ucieczka, którą po prostu przemilczał, próbując zapanować na nagłym zaistnieniem słabości. Łatwiej było wierzyć, że wodzenie go na pokuszenie było dla niej tylko igraszką, za pocałunkami i czułym dotykiem nie kryło się wiele więcej. Potem absurdalnie w powracającym wspomnieniu doszukiwał się zalążka sensowności, znacznie głębszych znaczeń, przecząc samemu sobie we wcześniej stawianych tezach.
Widok przemoczonego płaszcza zbudził w nim kolejną falę poczucia winy rozpełzającą się po jego ciele wraz z lodowatym dreszczem. Wyprowadził ją z Londynu w potężną ulewę, jednym listem zmusił do wyjścia mu naprzeciw, ściągając do Walii. Po tak długim czasie mogła bez mrugnięcia okiem odmówić mu spotkania, nie musiała go nawet uraczyć odpowiedzią. Czy przybyła w wyznaczone przez niego miejsce tylko z powodu chowanej do niego urazy? Od tamtej nocy minęły już miesiące, kiełkujące przywiązanie mogło już całkiem wywietrzeć, tak jak zapach bliskości opuścił sypialnianą alkowę. Wyczuwalna mogła stać się woń innego. Dotkliwie ukuła go ta myśl, choć była niezwykle trafne w swej słuszności. Ani razu nie uwierzył, że mógłby być tym jedynym – za stary, zbyt zasadniczy, nieustannie żyjący walką. Dlaczego więc tym razem zachowawczo nie uniósł różdżki, gdy burza nad głową była niczym wobec zrywu obecnego w piwnych oczach czarownicy? Takie spojrzenie zwiastowało nieszczęście, nie mógł się mylić.
Nie utrzymał dystansu, pozwolił jej podejść, zapominając o rozsądku, zachowaniu bezpieczeństwa, nawet o tej swojej pieprzonej zasadzie stałej czujności, z którą żył nieodłącznie od ponad trzydziestu lat. W imię jej komfortu, w szacunku do jej wzburzonych uczuć, pozwolił podejść jej za blisko, aby mogła wcisnąć różdżkę w jego ciało. Mogła zaatakować w każdej chwili, a on nie zdążyłby nawet mrugnąć, szans na obronę nie miał żadnych. Ale nawet w takich okolicznościach dobrze było mieć ją przy sobie, bo oto właśnie przepędziła samotność, którą zaczęła go prześladować, choć nigdy wcześniej w jego życiu nie miało to miejsca.
Zasługujesz na to. Padły pierwsze słowa, które w akompaniamencie deszczu nie wybrzmiały ostro, a jednak dosięgły zatwardziałego serca. Kieran spojrzał na czarownicę z nową mocą, widząc ją bladą, poruszoną, roztrzęsioną z powodu chłodu i złości. Nie powinien jej prowokować, musiał zachować spokój za oboje. Po jej zachowaniu zaczął wnioskować, że zrobił jej więcej krzywd, niż podejrzewał. Wcale nie chciał jej wykorzystać, ale to właśnie zrobił. Na nic zdadzą się tłumaczenia, że dopuścił się tego, bo wpierw toczyły ze sobą wewnętrzne batalię, a potem utknął na szkockiej wyspie, z której nie mógł samodzielnie się wydostać. Czy mogło ją to jeszcze obchodzić? Mimowolnie zerknął na mocno zaciśnięte palce wokół kobiecej różdżki. Ostrożnie uniósł lewą dłoń, lecz zatrzymał ją w połowie drogi, szukając przyzwolenia w jej oczach. Chciał ją dotknąć, tak po prostu, zgarnąć mokre kosmyki przyklejone do jej czoła i policzków, dotykiem sprawdzić jak bardzo zdążyła zmarznąć na ulewie i wietrze. Stał się idiotą. Wielokrotnie myślał o urwaniu tej znajomości, ale ostatecznie jego pragnienia nie były zgodne z tym zamysłem. Może to ona odnajdzie w sobie siłę, aby dać tej farsie należyty koniec.
Wiem – oznajmił gardłowym głosem, opuszczając lewą dłoń na swoje miejsce, blisko ciała, znów odrzucając pokusę, niby niewielką, a jednak znaczącą. Dla niego jeden drobny gest znaczył wiele, stawał się fundamentem dla budowania coraz większej zachłanności. Obiecał nie tylko sobie odrzucić wszystko, ale nie przewidział, że samotność kiedykolwiek chwyci go za gardło. – Stchórzyłem – stwierdził z goryczą, do tego ważnego wniosku dochodząc stanowczo za późno. Gdyby miał więcej rozumu, nigdy nie zawitałby w jej mieszkaniu nocą, trzymałby się z dala. Jako ten starszy, ponoć dźwigający większy bagaż doświadczeń, powinien był tamtej lipcowej nocy powstrzymać nagły zryw uczuć, zdusić niepokój o jej osobę. Wpierw do niej pognał, potem uciekł; być może zbudził nadzieję, a chwilę później zdusił. Lecz najczęściej przy swoim rozpamiętywaniu łapał się na tym, że najtrudniejsze było opuszczenie portowego mieszkania. Spuścił wzrok, nagle obawiając się, że piwne oczy ocenią go surowo, bez grama zrozumienia. W tej chwili czuł się bezradny. Zaprzepaścił swoją szansę, zanim w ogóle sprawdził, jakie owoce może wydać rosnące przywiązanie. Bał się rozbudzenia na nowo duszy, odnalezienia dla siebie kolejnej słabości, choć to mogło być także źródło siły w chwilach zwątpienia. Przymknął oczy, po omacku odnalazł jej dłoń, w której nadal ściskała rozeźlona różdżkę. – Przepraszam.
Nie sądził, żeby to jedno słowo mogło cokolwiek zmienić, choć wypowiedział je szczerze. Był winny temu, że zostawił ją samą w miejscu, które znalazło się pod całkowitym wpływem wroga. Należało się nią zaopiekować; wtedy może tego nie potrafił, ale mógł się nauczyć w praktyce, dać szansę urosnąć temu wszystkiemu, co wiązało się z jej obecnością w jego życiu. Za bardzo się bał. Stary a durny.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]24.04.21 14:27
Krytyczne momenty z drastycznie przeciągniętej rozłąki ciążyły znacznie bardziej od wody kryjącej się w połach płaszcza, od zbitki mokrych kłaków chłodnym dreszczem dociskających się do jej twarzy. Teraz zapewne nie wyglądała tak perfekcyjnie, nie czarowała idealnym wizerunkiem, nie prowokowała sukienką i światłem, oznaką wyraźnej chęci w spojrzeniu. Tylko złość. To ona prowadziła jej stopy, ona porządkowała rozwydrzone myśli. Była nim rozczarowana. Zbyt naiwnie zawierzyła durnowatym przekonaniom, że mogłaby znaczyć coś więcej, że niegasnące pragnienie zdobycia go dla siebie stanowiło wyraźną sugestię. Że emocje splatające ich ze sobą nie były tylko prostym pożądaniem. Chodził za nią, wracał, wtrącał się w jej samotne życie, a ona przez długi czas odpowiadała tym samym, choć wstrętnie zależna od jego woli. Nie wiedziała, gdzie znikał i jak wyglądały te kryjówki, nie wiedziała, z czym się mierzył i jakie tragedie dźwigał na ramionach. Właściwie nie posiadała niczego. Tylko te hasła z rozwieszonych po ulicach Londynu wizerunków. Brnęła w to niebezpieczne uczucie, pierwszy raz doświadczając aż takiej mocy i pierwszy raz zbliżając się tak blisko do człowieka, o którym nic nie wiedziała. Takie to miały być czasy? Taka codzienność? Lata, to były lata znajomości i urywki naprawdę tragicznych zdarzeń. Trzeba było przyznać, niestety, posiadał niesamowitą magię, doprowadzał ją do furii. Najpierw nienawidziła go najbardziej na świecie, a potem przetrwał jako rosnąca potrzeba, jako niezrealizowana, paląca fantazja. Nie powinien się jej przydarzyć, a jednak był. Ten stary auror, absurdalnie łatwo zakradający się do zakazanych przestrzeni duszy.
Po spełnieniu nastało jednak tylko rozczarowanie. Chłodne języki smagały ją przez ostatnie tygodnie, pod skórą, po głębi. Także teraz były obecne, na straży, dobrze wspierały trzeźwość umysłu.  Nawet maski nocy nie potrafiły osłonić przed nią jego twarzy. Wraz z nadejściem lata rozpadło się wiele dróg. O niczym nie wiedział, pozostawił ją samą. Gdy chciał, wracał, gdy chciał – po prostu znikał. Wtedy stało się dokładnie to samo. W słońcu poszukiwała brata, który zapadł się pod ziemię, którego śmierć nawiedzała ją w snach. Szukała siostry, która ugięła się pod ciężarem portowych koszmarów. Sama nie miała prawa paść, sama kryła w sobie małe życie. Stąpała po wygrzewanych letnim promieniem ścieżkach wciąż z tak wysoko uniesioną głową. Pewna, że nic jej nie powstrzyma, nieczuła na drażniące szepty i łasa na kolorowe strzępy nadziei – że gdziekolwiek się zagubił, to powróci do niej, że przecież znikał już tyle razy, że też odpowiadał na jej uczucie. Dawała sobie pewność, sama dla siebie ją tworzyła. Pewność o tym, że dwa tak sprzeczne serca miały prawo zabić razem i wcale nieważne, jak bardzo wydawało się to nierealne, jak bardzo widział w sobie zgorzkniałego starucha, jak bardzo nie wierzył w to, że ona może go zapragnąć. Odgrzewana samodzielnie nadzieja zaczynała ranić, aż w końcu nauczyła się zapominać, odciągać od siebie te sprawy. Przystankiem. Tym była? Przystankiem na wielkiej drodze odważnego zakonnika? Słodką chwilą zapomnienia? Skuszeniem? Bywała nią, nawet często, ale to ona dyktowała wtedy chwile i namiętność, ona wyznaczała początek i koniec. Ona wybierała. Tym razem wierzyła, że stał się początek, że wreszcie udało jej się do niego przedostać, że ją wpuścił, że w nią uwierzył. Listy pełne złości i bólu dawały jasny dowód na to, że nie pogardziła nim tak bardzo, jak powinna. Dalej poszedł bez niej, by teraz… wrócić? Wcisnąć jej garść płaczliwych wymówek? A może miał interes? Albo ruszyło go sumienie? Litość to ostatnie, czego od niego potrzebowała.
Poddawał się naciskowi różdżki, niebezpiecznej bliskości. Od tylu miesięcy nie znalazła się w tak niewielkiej odległości, niemal w tym samym kawałku otwartej przestrzeni. Zignorowała wilgoć, chłód, szalejące niebo. Szalejące wewnątrz emocje gotowały się, dając jej wystarczające ilości mocy i złego ciepła. Czego się spodziewał? Pieszczoty na powitanie? Tęsknie zawieszonych ramion? W tamtym czasie… ona naprawdę w niego wierzyła, naprawdę chciała być dla niego, jego. Nigdy nie umiał dać jej siebie. Tak głośno krzyczał o ostrożności, o ochronie, niebezpieczeństwie. Chciał ją pilnować? Więc gdzie do cholery był, kiedy najbardziej go potrzebowała? Co zrobił? Czy w ogóle wiedział? Wiedział, jak się załamała? Jak wiele otrzymała ciosów? Jak bardzo jej porządny świat nagle stał się tak kruchy? Tak łatwo było przemianować smutek we wściekłość. Bardzo niewiele brakowało, by tonęła teraz gdzieś porzucona, rozbita cierpieniem z ostatnich tygodni. Pozbawiona wszystkich tych, dla których chciała walczyć, którzy byli jej siłą. Gdy teraz tu stał, gdy zaczynał mówić, wiedziała o tym, że jest kompletnie nieświadomy. Mógł jedynie przypuszczać, odczytywać wymowne reakcje ciała. – Mylisz się. O niczym nie masz pojęcia – wypowiedziała ponuro, szorstko, bez żadnego śladu dawnego przymilania się. Bez czarowania zarezerwowanego wtedy tylko dla niego. – Zostawiłeś mnie – zarzuciła krótko, głośno i jasno. Bo pewne rzeczy należało wygłosić otwarcie. Opuścił ją, choć obiecał być. Wymknął się. Powinna zakpić, gdy przyznał się do tchórzostwa. – Widać nie tak daleko sięga aurorska odwaga – zakpiła, zbliżając się o jeszcze jeden krok, dociskając boleśnie koniec różdżki. – I znów brakuje ci słów. A wystarczyło przyznać wtedy, o świcie, że ta przygoda dobiegła końca. Że dobrze się ze mną bawiłeś – kontynuowała, pilnując głosu. Nie mógł zadrżeć. Nie mógł dać mu tej satysfakcji. – Może wtedy byłabym wolna od tworzenia teorii o twojej śmierci – przyznała, zdradzając, jak żałośnie i strasznie próbowała usprawiedliwiać sobie jego nieobecność. Łatwiej było przecież uwierzyć w to, że zginął na wojnie, niż w to, że była tylko jego zabawką. Że staremu aurorowi zachciało się pieprzenia z młodym ciałem. Że złapał okazję. Przecież jeszcze w sierpniu między wizjami śmierci potrafiła rozmyślać o ich wzajemnym przyciąganiu o niesamowitej bliskości, o tym, że może wreszcie nastąpił moment przełamania. Nastąpił, ale upadek.
Palce wyraźniej zacisnęły się na drewnie, kiedy tylko dotknął jej dłoni. Zerknęła tam, w dół, przelotnie. Chłód z chłodem. Tyle razy wyobrażała sobie, jak to będzie, gdy znów go ujrzy. Patrzył na nią, na tę inną Philippę, na tę o wiele bardziej przybitą, choć wzmocnioną dramatami ostatnich dni. Przepraszał. – Gdzie byłeś? Tak długo biłeś się z myślami, co? Teraz tęsknisz? Czy przemawiają przez ciebie wyrzuty sumienia? Chciałeś mnie chronić. Świetnie ci poszło. Wydawało mi się, że jesteś poważnym człowiekiem. Cholernie zgorzkniałym, ale, kurwa, poważnym – wymówiła ostro. Choć sama wtedy emanowała żartem i podejrzanym flirtem, to jednak przy nim czuła się inaczej, przy nim nie odpuszczała, gdy wciąż ją zbywał, gdy chłodno odbijała się od jego murów.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]24.04.21 16:48
Mylisz się. O niczym nie masz pojęcia. O czym nie miał pojęcia? W porcie już wcześniej przestało być kolorowo, ta część stolicy ponoć całkowicie znalazła się pod butem aktualnej władzy, to było kwestią czasu. Czy wydarzyło się coś złego? Naprawdę chciał o to spytać, potrzebował znać odpowiedź na to pytanie, jednak nie zdążył go zadać, bo kolejny zarzut związał mu usta, zacisnął niewidzialną pętlę na jego gardle. Zostawiłeś mnie. Nie miał prawa z tym dyskutować, niewiele dla niej zrobił, właściwie nie zrobił nic, uciekł z tamtej ciemnej sypialni i od tamtego ciepłego ciała, bojąc się stawić czoła konsekwencjom. Teraz spoglądał już na inną osobę; w trakcie okrutnych działań wojennych, pozostając w stolicy, musiała ujrzeć wiele zła, przez jej ognisty temperament połączony z chęcią buntu to zło musiało ją dotknąć w mniej lub bardziej dotkliwy sposób. Ale przynajmniej pozostała w jednym kawałku. Wciąż żyje. Nie tylko przez jej głowę przemykały myśli o cudzej śmierci, o marnym końcu osób bliskich. Zatem wtedy jeszcze był dla niej ważny na tyle, aby bała się, że skończył gdzieś martwy, może nawet bez pochówku w anonimowym grobie. Jak było teraz? Czy wciąż mógł doszukiwać się u niej zalążka ciepłych uczuć? Nie, nie miał do tego prawa, gdy ledwo potrafił znieść na sobie jej wściekłe spojrzenie. Pogrzebał szansę, która przydarzyła mu się zupełnym przypadkiem. Tamta noc rzeczywiście była tylko przygodą, nie miała żadnego znaczenia, tak należało sobie wmówić dla spokoju ducha. Wykorzystał ją bez skrupułów, zuchwale sięgnął po młodą i naiwną barmankę. Z taką prawdą łatwiej jej będzie przejść obok niego obojętnie, nieprawdaż? Mógł jakoś żyć z kolejną ogromną przewiną, choć przecież Moss wiedziała o jego zatwardziałym sercu, świadoma była tego, że sensem jego istnienia jest ciągłe gnanie za walką najgorszą spośród wszystkich walk, która położy kres wszystkiemu, może nawet jego życiu.
Ostrożnym dotykiem niczego nie zdziałał, tylko wzmógł uścisk kobiecych palców wokół różdżki. Przeprosiny też były nieodpowiednie, stanowczo spóźnione mogły co najwyżej rozdrażnić, lecz w jego przekonaniu musiały paść. Nie przygnało go tutaj poczucie winy, a przynajmniej nie tylko ono. Wyczerpany umysł jeszcze kilkanaście dni temu podsuwał mu różne wizje, które niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. Czy naprawdę łudził się, że na jej twarzy odbije się tęsknota i troska? Stary głupiec.
W sierpniu doszło do tragedii, której trzeba było szybko zaradzić, ale bez śladu zniknąłem pod koniec września, nie z własnej woli – ostatnie słowa pokreślił, chyba próbując przekonać samego siebie, że pomimo wcześniejszych tygodni milczenia wcale jej nie porzucił. Podle okłamywał oboje, gdyby nie spędził tych dwóch miesięcy na wyspie w całkowitej samotności, prawdopodobnie nie zwróciłby się do niej z prośbą o spotkanie, jej ostatni list nie wstrząsnąłby nim tak potwornie. Zatem jego niedola nie była żadnym usprawiedliwieniem, tłumaczyła tylko brak natychmiastowej odpowiedzi na list spisany przez czarownicę pierwszego dnia października. – Do Anglii wróciłem kilka dni temu, wtedy odczytałem wreszcie twój list.
Jak zwykle nie zdradził zbyt wielu szczegółów, nie zamierzając wciągać jej w ten cały syf, choć już i tak siedziała w bagnie, uparcie pozostając w strefie wpływu Rycerzy Walpurgii i Ministerstwa Magii. Trudno było przemawiać do jej rozsądku, w tej chwili to nie było możliwe, gdy cała była jedną wielką emocją i głośną pretensją zarazem. Mógł zrobić więcej. Chciałeś mnie chronić. Świetnie ci poszło.Nigdy nie powiedziałaś, czego ode mnie chcesz, czego tak naprawdę potrzebujesz, a ja nie potrafię zgadywać – taka była prawda, żadne z nich nie wypowiedziało słów jednoznacznie wiążących ich ze sobą. Brak wyznań o głębokich uczuciach, wspólnej analizy trwałości takowych, żadnych wzmianek o spleceniu ze sobą ściśle dwóch odrębnych losów. Poważne podejście do tej relacji nie pasowało do żadnej z obu stron. On unikał takich trudności, ale ona także to czyniła, choć w sposób dowcipny, posuwając się do prowokacji. Gubił się w jej uśmieszkach, zalotnych spojrzeniach, sugestiach i pieszczotach. Kiedyś bardzo chciał zobaczyć prawdziwy obraz jej osoby, obdarty z ironii i powabu, złożony z najskrytszych pragnień i obaw. Jego życzenie spełniało się teraz, gdy w gniewie dociskała kraniec różdżki do jego piersi, w ten sposób utrzymując względną równowagę. – Nie byłem dla ciebie żartem? – wielokrotnie traktowała go w taki sposób, drażniąc i szydząc. Jeśli chciała uciąć pomiędzy nimi wszelką więź, doskonale wiedziała co powinna mu w tym momencie odpowiedzieć.
Co raz bardziej obawiał się tego, że coś strasznego musiało się stać w Parszywym Pasażerze, co dotknęło ją do żywego. W obliczu zaznanego dramatu mogła mieć większy żal o to, że nie zdołał jej ochronić, bo nie było go obok niej w odpowiednim czasie. – Co się stało, Phil? – spytał gardłowym szeptem, wyczuwalnie obejmując jej nadgarstek, kciukiem przemarzniętym do kości delikatnie przesuwając po wychłodzonej skórze. Być może otrzyma w odpowiedzi kolejne gorzkie słowa, ale chciał wiedzieć, czy jakoś sobie radzi w tych nienawistnych czasach, kiedy to gardzi się ludzkim życiem. Chciał wiedzieć, czy może dla niej coś zrobić, cokolwiek. Wciąż mógł roztoczyć nad nią opiekę, lecz to wiązało się opuszczeniem stolicy, na co wcześniej nie dała zgody.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]24.04.21 21:55
Wyczuwała go. Mierzyła się z nim, wyzywała na pojedynek antyczną duszę aurora. Miał poczucie misji, miał świat krwawych pojedynków i nieustannych wyborów. Zawsze czujny, zawsze gotowy, by rzucić się w morze krwi. Tak to było? Wydawało jej się, że umie do niego dotrzeć, umie roztopić zbyt zasklepione wieloma latami samotności powłoki. Że może nawet uczyniła to, drążąc i drążąc. Od początku widziała w nim wyzwanie, intrygujące i absurdalne, trudne i tak idiotyczne, ale nie mogła tak po prostu go porzucić. Musiała być bliżej, odkrywać go, testować spojrzenia i bezczelnie przekraczać granice. Tak to wyglądało. Miesiące docierania się, bezczelnych wyskoków i kłótni, igraszki, niespokojne dłonie i ciągłe wyzwania. Odpychał ją wciąż, a ona nie ustawała. Metodę miała nieoczywistą, dość dyskusyjną, ale niemal niezawodną. Przecież to jedno wychodziło jej najlepiej na świecie, z tym jednym zawsze triumfowała. Łamała męski opór, sprawiała, że w tych duszach kiełkowały pragnienia, o które samych siebie by nie posądzili. Czarowała. Tych samych gierek używała w jego obecności. Uparcie, aż nazbyt uparcie jak na siebie, bo potrafił odsuwać ją czasem boleśnie. Besztać jak grymaszące dziecko. Dziecko. Jak długo widział w niej dziecko, a kiedy zaczął zauważać kobietę? Niegdyś ta myśl stała się przedmiotem naprawdę szerokich rozważań. Domyślała się, że to go blokowało. Do tego też nawiązywał w szaleństwie, podczas zabawy w Dolinie Godryka. Widział w sobie przeklętego dziadygę, któremu nie było po drodze z iskrami młodości. Nie ufał jej więc. Tak wiele rzeczy przewidziała, tak wiele rzeczy wydawało jej się w nim tak oczywistych – a jednak błądziła ślepo, a jednak wchodziła w pułapki. Wymagające wyzwanie stało się wymagającym uczuciem. Z nim walczyła, może nawet równie zaciekle jak on, ale i też tym pragnieniom dawała się kusić. Pozwalała, by ją zaprowadziły do niego, bliżej, w niego. Obiecywał grozę, ciężką drogę, obiecywał duchotę zakurzonego żołnierza, a ona tak bardzo chciała znaleźć w nim ciepło, uwierzyć, że nie bez powodu od tak dawna kręcił się gdzieś obok. Że to przyciąganie nie było wyłącznie kaprysem i satysfakcjonującą igraszką. I jak? I dokąd ich to doprowadziło? Był taki czas, niedawno temu, gdy zakuło wewnątrz o wiele bardziej, niż powinno, gdy pojęła wreszcie, że on już nie wróci, nie do niej. A przecież takie historie nie zdarzały się komuś takiemu jak ona, kobiecie, która mogła wybierać mężczyzn, mogła wabić tych niezwykłych. Gdy lato chyliło się ku końcowi, nastał czas zbyt bolesnej utraty. Nawet kilku. Czas, gdy traciła grunt pod nogami, gdy słabła, a po ulicach portu przemykało coraz więcej ciekawskich służbistów. Tak łatwo wpadła wtedy w pułapkę, a potem znów, już znacznie bardziej rozbita, choć wzmocniona nieoczywistym pakietem doświadczeń. Wiele go ominęło. Wiele utracił.
– W sierpniu? Ty mi mówisz, co było w sierpniu. Wiele tygodni po naszym… ostatnim spotkaniu. W sierpniu – zakpiła oburzona jego odpowiedzią. Co miało jej to dać? Jak chciał się tym usprawiedliwić? – Dam ci lekcje, Rineheart. Dobrze ją zapamiętaj. Skoro już musisz się wymknąć dziewczynie z łózka nad ranem, to odezwij się dzień, dwa, trzy albo pięć dni później. Wtedy może coś zdziałasz. Byłam głupia, niepotrzebnie wysłałam ci wtedy list. Tak oczywisty list – tym razem drwiła głośno z samej siebie, a jej głos mierzył się z echem rozszalałej pogody. Było jej kurewsko zimno, ale miała to w głębokim poważaniu. – Miałeś dużo czasu. Za dużo. Po prostu nie chciałeś. Nie… przeciwnie. Zrobiłeś dokładnie to, co chciałeś. Do niczego więcej nie byłam ci potrzebna – zdecydowała wściekle, przełknęła garść gorzkich wniosków. Upolował lafiryndę z portu, a potem odszedł. Czego się więcej powinna spodziewać? Jaką nadzieję chciała w nim ujrzeć? Sama reprezentowała sobą przecież ten typ, idealnie pasowała do takiej historii. Była tylko barmanką, nie miała większego znaczenia, ale za to zyskał rozkosz, jakiej nie zaznał najpewniej od bardzo dawna. W dodatku za darmo. Ścisnęła usta w wąską kreskę, pod nimi zaciśnięte zęby, a wyżej zatwardziałe spojrzenie. Jak zwykle otrzymywała urywki, tylko to, co chciał jej powiedzieć. Tylko to, na co zasługiwała. Mydlił oczy, rzucał cokolwiek. Całe lato usprawiedliwiał nieobecnością z jesieni. Słyszał siebie? Skończony kretyn.
Nie powiedziała mu. Parsknęła w ten deszcz. Kaptur spadł z głowy, woda pochłonęła resztki suchego ciała. – Otrzymałeś dostatecznie wiele. Bardzo wiele. Jakbyś nie był… - Ścisnęła powieki, czując, że się zapędza, że chce powiedzieć o wiele za dużo. Nie powinni teraz tego robić, przegrzebywać się przez sceny z przeszłości, szukać w tym jakiś zamaskowanych sensów. A jednak wydawało jej się, że otrzymał wiele znaków. Przy nikim innym nie była tak zawzięta, przy nikim się tak nie obnażała. – jakbyś nie był tak głupi, to może byś zauważył, czego potrzebowałam – skończyła w końcu, na ustach czując rozmazujące się krople deszczu. Albo zauważyłby niesamowitą moc czającą się w tamtym zbliżeniu, jej oddanie, jej emocje, potęgę pragnienia i czułość, która wcale nie była zarezerwowana dla byle kogo. Zauważyłby sieć podtekstów i niemożliwą wtedy potrzebę ściągnięcia go blisko, do siebie i dla siebie. Naprawdę sądził, że każdemu pozwalała tak po prostu zakradać się w nocy do jej mieszkania i włazić jej do łózka? Tak ją widział? – To nie ma już znaczenia – odpowiedziała na jego pytanie. Była porażona jego niepojęciem, choć przecież wnioski tamte wydawały się z jego perspektywy najrozsądniejsze. Była naiwna, myślała, że czuł… Coś. Potrząsnęła mocniej głową, by podkreślić swoje wcześniejsze słowa. Ta rozmowa była ciężka, coraz cięższa. Żył jednak, w tym czuła pocieszenie. A ona przeżyła również, chociaż pozostawił ją samą sobie, krótko przed czasem największych utrapień. O tym jednak nie wiedziało w tamtym czasie żadne z nich.
Wychwyciła odrobinę czułości w jego pytaniu, ten głos, ten ton. Wspomnienia przebudziły się gwałtownie, ale szarpnęła dłonią. Różdżka przestała wciskać się w jego ciało. Dłoń opadła. Zadarła ostro głowę i popatrzyła na niego jadowicie. Musiała się z tym zmierzyć. Phil. Znów to robił. Serce załomotało jej bardziej i trudno ocenić, co wpędziło je w tak tajemniczy wyścig. – Co się stało? Jest wojna, Rineheart. Pamiętasz? Jest ogarnięty grozą Londyn, całkowicie podporządkowany tym... ludzie znikają, są więzieni, głodują. Na moim świecie odbija się to wyjątkowo mocno, czuję, że coś się rozpada. Byłam więźniem. Dwa razy. We wrześniu zaatakował mnie patrol, zmuszono mnie do rejestracji, a dwa tygodnie temu wdarli się do Parszywego i przetrzepali wszystko, pojmali nas, moi przyjaciele wciąż tam tkwią. Moi przyjaciele umierają. I twoi pewnie też. Mierzę się z tym, walczę, tak samo jak ty. Ale nie jestem sama. Już nie.  – oznajmiła jasno, patrząc mu prosto w oczy. Coś mocno zakuło w piersi, coś na moment zachwiało mocno usadzonymi kolanami. Krople dalej wpadały między oczy.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]25.04.21 0:20
Lipcowy list od niej trafił na dno szuflady zaraz po odczytaniu, bo wybrzmiewające z niego zalotne nuty wprawiły go w szczere zakłopotanie. Przede wszystkim nie wiedział, co powinien jej odpisać, kiedy w równie lekkim tonie nie skleiłby nawet jednego zdania. Tylko chwilę bił się z myślami, a potem zwyczajnie odpuścił. Miała całkowitą rację co do tego, że powinien jakąkolwiek odpowiedź posłać od razu, maksymalnie po kilkudniowej zwłoce, jednak on zdecydował się milczeć. Ignorancja bolała bardziej od odrzucenia, ponieważ dawała jeszcze nikłą nadzieję na jakiekolwiek rozwinięcie. Być może sama przed sobą usprawiedliwiała jego milczenie, bądź, tak jak sama wspomniała, grzebała go wielokrotnie w bezimiennej mogile, bo na wojnie każdy mógł z dnia na dzień przepaść bez wieści, szczególnie zaangażowany w nią bojownik. Wstyd coraz mocniej wypalał mu trzewia, bo najprostsze prawdy zaczął rozumieć stanowczo za późno. Łatwiej było zapomnieć o jednej lipcowej nocy przyjemności, kiedy takowa nie pasowała do ciężkiej rzeczywistości i tym samym mogła być czymś na równi z abstrakcyjnymi snami. Jedna noc zapomnienia, nic wielkiego. Kilka pocałunków, kilka chwil napierania na siebie dwóch ciała, szybsze oddechy i mocniej bijące od wysiłku serca. Pokusa okazała się zbyt silna, aby przejść obok niej obojętnie. To już przeszłość, daleka, mglista, nieistotna. Lecz wtedy zdarzenia miały jeszcze znaczenie i to było straszniejsze od wojennej zawieruchy.
Czyż ta znajomość od początku nie była kłopotliwa? Moss była dla niego nie tyle za młoda, co zbyt wyrazista, kiedy przy każdej możliwej okazji napierała na odwieczne wartości. Wreszcie nadeszła chwila, w której ich drogi rozejdą się raz na zawsze, nie powinien jej odkładać. Stało się, z jego winy urywała się koślawa nić. – Byłem w Tower – wyrzucił z siebie na wydechu, prędko, choć miał tego nie mówić, nie powinien był zdradzać takich szczegółów, ale to się już wydarzyło, wcale nie było aż tak wielką tajemnicą organizacji, być może jakieś wiadomości na ten temat przedostały się już do opinii publicznej. Nie wiedział, jak wiele może wyjawić, nie chciał podawać nazwisk, przez wyrzuty sumienia pogrążać innych, o udziale których władze nie mówiły. Należało jej się wytłumaczenie, choć mogła uznać tę wylewność za idiotyczne wymówki, którymi ją teraz karmi, aby ratować własne imię czy może raczej nadęte męskie ego. Sam właściwie nie wiedział, dlaczego w ogóle chce się tak kajać. – Wraz z innymi musieliśmy zrobić tam coś ważnego, ale wszystko trafił szlag, ja sam mocno spieprzyłem sprawę – w tym miejscu naprawdę musiał przemilczeć kwestię nagłej teleportacji i rozszczepienia, nie chciał kreować się na ofiarę, gdy świadomie zaprzepaścił wszystko znacznie wcześniejsze, gdy w parnym lipcu nie zaszczycił jej uwagę. – Długi czas byłem poza krajem. Cholernie długi czas, więc mogłem tylko rozmyślać o tym, co poszło nie tak i jak bardzo schrzaniłem. Wtedy chciałem się odezwać, ale było już późno, prawda? Ale gdy po powrocie przeczytałem twój list, musiałem coś zrobić, chociaż przeprosić.
Lepiej było wszystko zakończyć, więc dlaczego roztrząsał całą sprawę? Po co te łzawe tłumaczenia? To nie ma już znaczenia. Philippa wydała werdykt, był on ostateczny, nie należały się od niego żadne apelacje, kiedy wina była oczywista, dlatego powinien zamilknąć, nie mówić już nic więcej. Jednak gdzieś z tyłu głowy rodził się sprzeciw wobec całkowitej kapitulacji. Do pewnych konkluzji doszedł za późno, dopiero naprostowali fundamentalne nieporozumienia. Nie kpiła z niego, nie potraktowała ich wspólnej nocy jako dowodu litości nad starym aurorem, który w już w życie nie zazna rozkoszy. Chciała go w pełni, na dłużej, nawet z mrukliwą naturą, wieloma innym wadami i bagażem zwłaszcza nieprzyjemnych doświadczeń. Wszystko obleczone w zuchwalstwa, skryte pod uśmieszkami, ale szczere, w jej mniemaniu jednoznaczne. Nie przewidziała, że zaprze się w swojej krótkowzroczności tak bardzo, a on przez głupi upór i dumę nie potrafił dostrzec w jej słowach oraz gestach dobrych intencji. Miał być tylko kolejną ćmą zwabioną blaskiem bijącym od jej powabu. Był ślepy, czuł żal i złość na samego siebie. Ale czekała ich jakakolwiek przyszłość? Wojna nabierała tempa, stawała się coraz krwawsza, nawet nie było pewne czy ją przeżyją. Nawet jeśli nastanie kres walk i wygra właściwa strona pod przewodnictwem Zakonu Feniksa, będą wciąż tacy sami? Gotowa byłaby zaopiekować się wyniszczonym aurorem? Czy w nim przetrwałyby jakiekolwiek ciepłe uczucia? Gdybanie o przyszłości, jakież to głupie, kiedy wszystko pomiędzy nimi kończyło się w tym momencie.
Zaciskała usta, przymykała oczy, potem wpatrywała się w niego z mocą, ale po wyszarpnięciu dłoni z uścisku odpuściła. Po prostu zrezygnowała z dalszej walki. Nie rób tego, nie odpuszczaj! Moss, do cholery! Rozemocjonowana myśl rozbrzmiała gromko w jego głowie, popchnęła do desperackiego czynu. Jeszcze spróbował pochwycić jej dłoń, uniósł z powrotem, aby czarownica znów z całą drzemiącą w niej złością mogła wcisnąć kraniec różdżki, najlepiej w miejsce, pod którym wciąż biło sfrustrowane z bezsilności serce. Skoro było za późno na przywiązanie i bliskość, skoro nie było szansy na pojednanie, to chciał chociaż podtrzymać ten gniew, aby tylko nie widzieć w jej oczach chłodu. Jednak zdecydowała się mu odpowiedzieć, a po wysłuchaniu jednej z listy tragedii musiał ją puścić, czując odrazę na myśl, że jej nie pomógł ani razu, gdy tego potrzebowała. Niezależnie od chęci czy możliwości powinien był zrobić dla niej więcej. Już dawno powinien był przekonać ją do opuszczenia stolicy albo chociaż w jakiś sposób zapewnić jej ochronę, minimalną. Była w Tower, Kieran na własne oczy zobaczył jakich makabrycznych czynów na uwięzionych dopuszczają się strażnicy. Te głowy nabite na pal, ludzie przemienieni w wygłodniałe wrony na gniazdach wieńczących wysokie słupy. Kurwa!
Zachwiała się, drobna sylwetką wstrząsnął chłód i wilgoć, a Kieran szybko ujął chude ramiona, przyglądając się kobiecej twarzy dokładniej, widząc więcej oznak przemęczenia, dostrzegając w głębi oczu szok, strach. Pomyślał, że całkowicie pojmuje cały żal, jaki ku niemu kierowała, ponieważ kiedyś wziął za nią odpowiedzialność, kilka lat temu wdarł się do jej życia nieproszony. – Przepraszam – cóż więcej mógł powiedzieć, jak miał naprawić uczynioną krzywdę i uśmierzyć ból? Teraz mógł tylko ją podtrzymywać, aby nie upadła, na pewno nie przed nim, kiedy zawinił wobec niej najbardziej. – Nie musisz wracać do Londynu – zwykłą bezczelnością było proponować jej ucieczkę, gdy mówiła o uwięzionych i ginących w stolicy przyjaciołach. Wojna prędzej czy później dosięgnie każdego. Teraz jednak wypływała na wierzch jego prawdziwa natura, w głębi duszy był obrzydliwym egoistą. Jej bliscy nic nie znaczyli, póki ona sama pozostawała bezpieczna. Sam przecież miał rodzinę, nadal szukał córki, czekał na wieści od niej, o niej, szykował się na najgorszy scenariusz.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]26.04.21 17:52
Była dla niego zbyt. Zbyt wszystko. Nie radził sobie? Nie wierzył? Ich zderzenia wydawały się niemożliwe, przejaskrawione, pozornie wabiły słodyczą, ale wewnątrz kryła się gorycz. Miała pewność, że tak ją postrzegał. Dał się pokusić, a potem zbiegł – bo cel został osiągnięty. Ona nie wyrażała się jasno. Jeśli tak myślał, to naprawdę nie potrafił rozszyfrowywać emocji. Wielce spostrzegawczy auror, szef szefów. Przecież właśnie była najbardziej konkretna, najbardziej bezpośrednia i wymowna. Pragnienia wyrażała, obnażając się nawet o wiele bardziej, niż wypadało. Chociaż akurat moralność stała dość daleko od niej, akurat z moralnością nigdy nie tańczyła w parze. I ze starym wojownikiem też, bo przecież nawet wtedy na sylwestrze, po kilku kieliszkach szampana uciekał, osłaniając oczy przed tak niedyskretnymi pokusami. Tego wcale nie wymagał od niego świat, nie musiał się jej opierać i udawać, że niczego nie czuje, że wcale nie bawią go takie numery. A jednak robił to przez ostatni rok, długie miesiące rozkwitającej nagle znajomości. Roztaczała wokół niego dość wyraźnie opary wdzięku, nęciła okrutnie i mieszała w snach, ale między tą typowością kryło się o wiele więcej. Czasem była czuła i nazbyt cierpliwa, czasem latała za nim jak byle dziewka za robolem. Własne zasady łamała, byleby tylko pokąsać go jeszcze trochę, byleby zbudzić w nim kolejną porcję emocji. By poczuł ją u swojego boku głośniej i tylko bardziej, coraz bardziej. Jak jej poszło? Przyłaził nocami, zaczynał składać dziwne obietnice, a ona, chociaż z nich drwiła, tak naprawdę czuła przyjemny płaszcz opieki, jego nieobecną obecność. Widziała, jak się kaleczył, jak marnie próbował, choć sam nie wiedział, co właściwie robił. Pociągała go za sobą, obiecując nieobecne. Pociągała go za sobą i zaczynała śnić. A teraz obudzili się po długich miesiącach gnicia w niebycie. Teraz wołał ją do siebie, nie rozpoznając win, nie pojmując, że pewne szanse zostały pogrzebane tamtego samotnego lata. Naprawdę wierzyła, że będą dla siebie, że pomogą sobie w tej i tak już nieznośnie niepojętej sytuacji, kiedy na pustyni wyrastały uczucia. Też o nich wiedział, prawda? Albo tylko jej się wydawało. Krótko po ich ostatnim spotkaniu, kiedy leczył wielkie rany, ślad namiętności rozmył się, a ona ugrzęzła gdzieś pomiędzy ogrzewanym jeszcze złudzeniem a szorstkim odcięciem się.
– Byłeś tam o wiele później. Sam to przyznałeś. Chcesz usprawiedliwić ostatnie tygodnie, kiedy powinieneś cofnąć się jeszcze bardziej. Mówisz o tamtym ostatnim liście, kiedy poprzedni… - urwała, przełykając dużą porcję złości, nim zdążyła go nią opluć. – Nie miałam żadnego znaku. Wybrałeś aż za bardzo dosłowną opcję. Teraz próbujesz tam wracać? Do tamtych chwil? Zdeptałeś to. Cokolwiek to było. Żałośnie się bronisz, Rineheart – burknęła, przełamując głośno melodie burzy. – Przegapiłeś mnie. Przegapiłeś tamto lato. A ja tylko się wygłupiłam, ostrząc słowa kilka tygodni temu – przyznała się wyraźnie niezadowolona. Po co jej to było? Po co te pokreślone wariacje? Ta wykrzyczana między skreśleniami tęsknota, wołanie w bólu, w ranach, to dziwaczne opłakiwanie własnych wyborów. Teraz musiał zrobić coś, a wtedy było mu zupełnie obojętna, wtedy porzucił ją w ciemności bezpiecznej sypialni, zbiegł, pozostawiając po sobie szybko wietrzejący zapach i rozpieszczoną skórę. Żyła dalej, skupiła się na poszukiwaniach rodzeństwa, na przetrwaniu w niepewnej stolicy, na odciąganiu uwagi od rozdrapanej pustki. A on gdzieś tam kilka krain dalej tchórzył w kącie. – Bardzo wolno myślisz – wytknęła mu, nie mając ochoty na wysłuchiwanie o przygodach wojennego zbrodniarza. Nie, gdy nimi wszystkimi wycierał swoje winy. A ona wiedziała, że to było kłamstwo. – Ale widzę, że wciąż nie doszedłeś do żadnych cholernych wniosków – zakpiła, zastanawiając się, co jeszcze tutaj robi i dlaczego wciąż mu nie przywaliła. Potrzeba kary łaskotała jej pięści, drażniła palce obejmujące kawałek magicznego drewna. Była na to gotowa, a jednocześnie nagle dopadło ją jakieś wstrętne poczucie zrezygnowania. Nawet się nie starał. Nawet nie próbował sprytnie kamuflować swoich win. Mówił kompletnie nie to, co mogłaby teraz chcieć usłyszeć. Wciąż nie rozumiał. Wciąż nie wiedział, że zostawił tam dziewczynę, która przyciągnęła go do siebie wcale nie dla kaprysu. Zostawił dziewczynę, której na nim zależało. Przecież zrozumiałaby misje, nieobecności, mordowanie się od miasta do miasta i ciągłe kalkulowanie ryzyka. Zrozumiałaby, gdyby tylko dał jej coś… cokolwiek, co pozwoliłoby jej wierzyć, że warto na niego czekać. Że była dla niego ważna. I może upatrywał w tym wszystkim perfidny flirt, cwaną kokieterię i demonstrację wdzięku, ale tyle razy wychodziła z tej skóry, tyle razy zatrzymywała go o wiele czulej, albo gasła nagle, porzucając kłótnie i wyznając coś – jak wtedy na ulicy – z czym tylko potrafił się kłócić, przy czym nie potrafił się nawet zatrzymać, a co dopiero uwierzyć. W chaosie, odchodzeniu i przychodzeniu, w życiu niepewnym i wypchanym ciągłą walką znajdował przecież dla niej czas – wpychał się, nawet gdy bardzo tego nie chciała. Kiedy w końcu ją zdobył, tak po prostu przestał być. Okazał się tym, kogo nigdy nie spodziewała się w nim dostrzec. Pozostawił ranę. Niczym nie różnił się od całej bandy rozwydrzonych bandytów. Chociaż nie, typy z portu miały o wiele więcej przyzwoitości niż on. Przełknęła to jednak, udawała, że wcale nie bolało. Z początku ciągnęła nawet nić wyobrażeń dalej. Nie oprzytomniała tak od razu. On chyba wciąż gdzieś błądził. Nie zazdrościła mu złych przygód i domyślała się, że tamte dni były piekłem. Los wyrwał go daleko od domu, ale dopiero później, wiele dni po tym, gdy sam odgrodził się od niej.
Nie mogła go nienawidzić, chociaż powinna. Był nieuważny, był tak beznadziejnie ślepy. Potrafił wyłapywać czarnoksiężników, ale nie mógł zmierzyć się z jedną barmanką. I nawet teraz, gdy drżała, a on próbował ją łapać, wyciągał dłonie i starał się zaoferować, czuła słabość i brak pewności. Znowu przepraszał. Tyle razy dawała mu znać, że jest u niej mile widziany. Gdy skradał się nocą, nie złościła się. Gdy zaczepiał ją na ulicy, grała w to. Jego gniew próbowała wielokrotnie obrócić, przeobrazić w emocje o zupełnie innym wydźwięku, emocje, które napędziłyby licho budowaną więź. – Nie muszę wracać. I pewnie w końcu będę musiała odejść. Tak, jak chciałeś – wyznała wcale nie bez bólu, bo opuszczenie portu jawiło jej się jako osobista katastrofa. Coraz częściej jednak zaczynała o tym myśleć. I wiedziała jeszcze jedno: - Ale to nie z tobą odejdę. Na ciebie nie mogę już liczyć, Kieranie – powiedziała w końcu. Słowa szybko zostały zalane przez deszcz, bo jeśli parzyły, to należało je natychmiast ugasić. We własnej myśli czuła żar tego bólu, czuła kruchość i zniszczoną wartość tych wszystkich przeżyć. Nie był dla niej nikim, nie był jej obcy. Był ważny. Był drogi. I nie mogło tego zniweczyć nawet okrutne zapomnienie, jakim ją obdarzył. Tylko że dziś już przestała go poszukiwać, dziś gdzieś indziej znalazła ciepło i schronienie. W kimś. Utracone siły zaczynały wracać.
Wtedy się poddał, wtedy ją utracił.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]26.06.21 22:13
Trzeba dbać o to, aby ogień nie zgasł, chociaż podtrzymywać tlący się żar. Prosta prawda, która w metaforycznym znaczeniu dotyczyć mogła wszystkiego. Kieran potrafił budzić w sobie ducha walki, kiedy stawał przez wrogiem w obronie swojej hierarchii wartości, ale stawał się bardzo nieporadny, gdy powinien okazać odrobinę ciepła i przywiązania osobom bliskim. Nigdy nie został nauczony tego, jak należy wyrażać emocje, jak stawiać im czoło, nikt nie powiedział, że warto o nich rozmawiać. W jego życiu były tylko dwie kobiety, które swą łagodnością były w stanie zachęcić go do wylewności. Matkę stracił młodo, żonę pożegnał zbyt szybko. Kiedy więc stanęła przed nim czarownica, której wyzwolonej natury w żaden sposób nie potrafił objąć rozumem, po prostu musiał się pogubić. Phil nie ciągnęła go za język w znany mu sposób, innych metod używała, aby do niego trafić. To zawsze było dziwne – zaskakujące, frustrujące, kujące w męską dumę. Ale kim właściwie mógł się dla niej stać? Kochankiem? Opiekunem? Na sam koniec to chyba tylko balastem. Nie musieli już tego roztrząsać, tak zresztą było lepiej. Zawiodła się na nim szybciej, niż się podziewała, on zaś sparzył się mocno, więc na dobre powinny mu z głowy wyparować amory. Jeśli chciał się uporać z odrzuceniem, najłatwiej było wszystko zbagatelizować. Tamta noc musiała stać się ledwie epizodem. Wyśnione obrazy podczas całkowitej izolacji musiały przeminąć raz na zawsze. Już w tej chwili umierały stopniowo pod wpływem rozżalonego spojrzenia kobiety, która stanowiła w nich tę najważniejszą fantazję.
Zdawał sobie sprawę z tego, jak mętne są jego tłumaczenia i jak niewiele znaczą, kiedy wina po jego stronie była oczywista. Nie podjął kolejnej próby obrony, uznając wyższość jej punktu widzenia, bo miała wiele racji, gdy wytykała mu, że mógł odezwać się w każdej chwili, ale zwyczajnie nie chciał tego zrobić. Wypunktowała jego wady, osądziła krótkowzroczność, głupotę i upór. – Przegapiłem cię – zawtórował jej, próbując pogodzić się z gorzką prawdą, której wypowiedzenie odebrało mu nagle wiele sił. Jego ramiona nagle opadły, zmuszając do zgarbienie sylwetki jeszcze bardziej, palce prawej dłoni zadrżały z niepokoju, a usta zacisnęły boleśnie.
Nie dotknąłby jej, gdyby nie musiał. Bardzo chciał w to wierzyć, gdy chwytał jej ramiona, kiedy ostrożnie zaciskał palce na materiale przemoczonego płaszcza, wreszcie dostrzegając, że wojna nie oszczędziła również jej. Chyba tak musiało być, przecież nie chciała go słuchać, kiedy mówił o sytuacji w londyńskim porcie, bo nie zamierzała opuścić swojego domu. Poza ostrzeżeniami nie robił dla niej nic. Aspirował do bycia dla niej oparciem, jednak na tym się skończyła jego motywacja, bo nigdy nie dopuścił jej do siebie w pełni. Nic dziwnego, że wreszcie zrezygnowała z dalszych starań. Przestała pokładać w nim swoje zaufanie, opuściły ją wszystkie złudzenia, jakie budowała wokół jego osoby, najwidoczniej nie doceniając jak bardzo skostniała może być jego dusza. To nie z tobą odejdę. Na ciebie nie mogę już liczyć, Kieranie. Kolejne słowa, które wypadły z jej ust, sięgały jego głębi. Czy długo będą syczeć i pełzać mu pod czaszką? Podejrzewał, że w całkowitej ciszy będą na nowo wybrzmiewać z dna podświadomości i kąsać nieprzejednanie, rozprowadzać najgorszą z trucizn tego świata. Ale wyrwie się w końcu ze stanu otępienia. O tak, zaciśnie zęby, weźmie się w garść i stanie znów do walki, ponieważ dziś mimo wszystko okazano mu miłosierdzie. Philippa mogła go zadręczyć poprzez pozostawienie mu cienia szansy, jednak dla własnego spokoju ucięła między nimi wszelką więź – niebezpiecznie napiętą nić, która i tak by się zerwała, nawet gdyby po drodze nic się nie przydarzyło. Różnice między nimi były zbyt wielkie, na świat spoglądali inaczej, co nie pozwalało na częste porozumienie. Dała mu ostateczną odpowiedź, jasno wskazała, że nie ma na co liczyć. Choć powtarzał sobie, że nie ma prawa czegokolwiek oczekiwać, gdzieś na dnie umysłu czaiły się jakieś wyobrażenia, jakże głupie przez swą nierealność. Niby dlaczego miałaby czekać w nieskończoność właśnie na niego? Chciał już teraz powrócić do swoich odwiecznych murów obojętności, strząsnąć z ramion poczucie winy i z czeluści umysłu wytępić niepotrzebne wspomnienia wypełnione bliskością i gorącem. Uda mu się ta sztuka, przecież zaraz rozejdą się i jego pochłonie ogrom obowiązków, długa lista zadań do wypełnienia, może nawet czekające rozkazy, po które powinien był się zgłosić w pierwszej kolejności.
Ani razu nie byłem tylko dla ciebie – wyznał cichym szeptem, ledwo słyszalnym przez deszcz uderzający o drzewa i ich ciała, które znajdowały się zbyt blisko, jednak Kieran dalej nie zamierzał puścić kobiecych ramion i po prostu się cofnąć. – Jeśli potrzebujesz pomocy, mogą znaleźć bezpieczne miejsce, w którym mogłabyś się zatrzymać. Spróbuję pomóc w miarę swoich możliwości, jeśli tylko zechcesz. Mogę też wskazać inne osoby, do których mogłabyś zwrócić się w razie potrzeby.
Nie był pewien, na ile jego propozycje okażą się dla niej prawdopodobną opcją, ale musiał powiedzieć coś w pomocnym tonie. Ale przecież miała swoich przyjaciół, wciąż miała na kogo liczyć, bo inni nie byli takim rozczarowaniem, jakim okazał się być stary auror.



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : 47
UROKI : 28
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]12.05.22 20:12
16 KWIETNIA

Leniwe zawieszenie między nocą a porankiem było jej ulubioną porą. W ramionach wciąż bladych smagnięć czerwieni wstawała z łóżka po kolejnej bezsennej nocy, zmęczona, a jednocześnie niezdolna zmrużyć oka na dłużej niż kilka chwil, po czym w jakby wciąż sennej ułudzie odnajdywała strzępki odwagi. Albo desperacji. Nocą domowe ściany zdawały się łaskotać ją od środka, wpełzały do ciała i drapały w skórę od wewnątrz, próbując wyrwać się spomiędzy kropionych krwią wnętrzności - a gdy to straszne uczucie mościło się w trzewiach, sprawa odpoczynku była tak właściwie przegrana. Skazana na porażkę; nic nie było w stanie odgonić myśli Celine od wrażenia larw wijących się w kończynach, czasem bladym świtem na godzinę czy dwie chowała się w wannie, licząc, że woda wreszcie zmyje z niej brud Tower of London, a czasem, jak dzisiaj, próbowała... wychodzić. Oddychać świeżym, mroźnym powietrzem nieznajomej Walii, jakąś katastroficzną częścią swojej duszy mająca nadzieję, że więcej nie odnajdzie drogi do Syreniej Laguny.
Jestem na spacerze, niedługo wrócę, krótka notatka pozostawiona na szafce nocnej miała uspokoić Yvette w razie konieczności, gdyby ta zdążyła zbudzić się przed jej powrotem do domu. Bo musiała na nim być. Musiała wyjść, uciec, zniknąć, musiała iść przed siebie mimo słabości w mięśniach i wątpliwej samodzielności, musiała poczuć w płucach wolność i przypomnieć sobie, że należało się nią cieszyć - że i ona, z trudem o tym pamiętająca, miała do tego prawo. A nie mogła ciągle ciągnąć za sobą innych ludzi. Nie chciała. Nieważne czy ci chętnie dotrzymywali jej towarzystwa, czy jedynie poczuwali się w obowiązku do niańczenia rozchwianej półwili. Jak każdy człowiek - raz na jakiś czas potrzebowała samotności, choć samotność była tym, co znała przez ostatnie pół roku w zamknięciu, izolacji od przyjaciół, dobroci i miłych myśli; dlatego wałęsała się w Llangurig, po jej zalesionych kątach, przysiadająca na powalonych pniach kiedy ciało odmawiało posłuszeństwa i miękło, sfatygowane.
Ostatni z jej przystanków przypadł na sąsiedztwo tajemniczej budowli; Celine cupnęła niedaleko kamiennego łuku o trójkątnym szczycie przejścia, na chłodnym konarze starego drzewa. Zmoknięte po nocnej ulewie liście nie rzęziły pod butami, gdy prostowała nogi i pozwalała mięśniom ostygnąć. Cisza - najpierw słyszała tylko to, nawet wiatr zdawał się tu nie docierać, zanim wreszcie do głosu doszły dźwięki przebudzonego ptactwa. Jakiś dzióbek uderzał o korę, a inny rozwierał się w tkaniu porannej melodii, żeby zaprosić pozostałe do wspólnej orkiestry. Tego szukała. Poczucia naturalnej normalności, dowodu, że kiedy ona gniła wśród kamieni i kajdan ludzkiej brutalności, poza murami więzienia wciąż kwitło życie.
- Jeśli nasz wyśniony świat gdzieś tam jest, chodźmy szukać go za wiatr - zaśpiewała cicho słowa pierwszej piosenki, która przyszła jej do głowy; o czym śpiewały te ptaki? O marzeniach czy troskach? O miłości czy tęsknocie? Chciała to wiedzieć, wyobrażała sobie, że rozumie ich mowę i że wszyscy śpiewają jednym głosem, przy tym naciągnąwszy kaptur na głowę nieco mocniej. Było chłodno, tutaj, w sercu ciasnego lasu, ale na szczęście nie tak chłodno jak poza nim. - Zimny poranek, spieczone popołudnie, drżąca noc; przez nie prowadzi ślad - i odetchnęła głęboko, ze spojrzeniem utkwionym w wieży. Kiedyś była już w takiej, ale znacznie wyższej i po drugiej stronie zamkniętych drzwi, zaryglowanych, do których nie miała klucza. Wtedy z opałów uratował ją Elric, nie wiedząc, że wyciąga pomocą dłoń w stronę swojej kuzynki; półwila uśmiechnęła się lekko, nostalgicznie. Dobrze, że się wtedy spotkali - przed Tower, gdy wszystko było inne, lepsze. Prostsze.


idź, równiutko idź, tam mówią będzie raj,
a gdy zostaniesz tu na zawsze będziesz sam.
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 8
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]18.05.22 6:42
16.04

Obudził się za wcześnie, jak zwykle. Wiedział, że budzi się przed wschodem słońca nie tyle z powodu zegara biologicznego (choć lubił przecież wstawać rano i mieć dla siebie cały dzień, mieć dla siebie dom zanim obudziła się Beatrice, czytać w gabinecie przed wizytami pacjentów, pracować nad meridianami o wschodzie słońca lub przygotowywać dobre śniadanie dla Orestesa), co z powodu stresu. Im więcej myślał o wojnie i o Oliverze i o statusie krwi Olivera, tym wcześniej się budził, niejednokrotnie leżąc z otwartymi oczyma o czwartej w nocy. Czasem udawało mu się jeszcze zasnąć, czasem nie. Przeważnie lubił wykorzystywać ten czas i może poszedłby do pracowni, ale po pierwsze dzisiaj obudził się o piątej, a po drugie zarejestrował, że wreszcie nie padało. Pierwszy od dawna dzień z szansą na ładną pogodę, pacjentów miał umówionych dopiero po południu, mógłby wziąć Orestesa na długi spacer, mały chyba by się ucieszył, ostatnio sporo (ale nie za dużo, dla ojca-Krukona to nigdy nie jest za dużo) siedział z nosem w książce... W zeszłym roku syn lubił bawić się pod wieżą w Llangurig, czasem spotykał tam nawet inne dzieci, które tolerował, a potrzebował przecież towarzystwa rówieśników. Może... może by...
Nie byliśmy tam od prawie roku. - uświadomił sobie Hector, a potem zamrugał, przypominając sobie, jak bardzo wszystko zmieniło się przez ten rok. W Kumbrii na przykład, przy jeziorach oddalonych ledwie o milę od domu jednego z pacjentów, grasowały dementory. Jak zawsze na myśl o dementorach, nerwowo przetarł oczy dłońmi, jakby chcąc odegnać spod powiek ich obraz.
Nie weźmie nigdzie Orestesa zanim dokładnie nie sprawdzi, czy nadal jest tam bezpiecznie. Z tą myślą, nieco irracjonalną (co zrobi, jeśli nie będzie bezpiecznie? Chyba po prostu weźmie świstoklik - uznał, biorąc z domu zapasowy i zanotował w myśli, że musi zamówić nowe), zresztą tylko się rozejrzy. Walia była bezpieczna, po prostu...
...po prostu był (nad)opiekuńczy. To normalne. Każdy kochający ojciec sprawdziłby miejsce o wschodzie słońca zanim zabierze tam syna przed południem, prawda?
Jak nikt inny wiedział, że normalność bywa względna.
Teleportował się pod dobrze znaną sobie wieżę, spodziewając się usłyszeć ciszę i śpiew ptaków.
Zamiast tego usłyszał kobiecy śpiew - a przynajmniej pierwsze nuty, jeśli ktoś zamilkł na dźwięk charakterystycznego trzasku teleportacji. Hector nie skupił się w pierwszej chwili na słowach, ale mimowolnie zauważył, że melodia była czysta i bardzo, bardzo ładna. Prawdopodobnie wydawała mu się jeszcze ładniejsza niż w rzeczywistości, półwile geny Celine rozbrzmiewały w jej głosie - a choć nawet jeszcze jej nie widział, to głos wzbudził w nim jakiś rodzaj tęsknoty i nostalgii. Za dzieciństwem i młodością i zeszłą środą.
Rozejrzał się nieco nieobecnie i, trochę zaciekawiony, ruszył w górę wzgórza. Nie widział z dołu jasnowłosej, ale ona mogła zobaczyć jego - szczupłego mężczyznę w ciemnym płaszczu, poruszającego się o lasce, którą chyba powinien badać każdy krok...
...powinien, ale może się rozproszył, może zasłuchał, a może jak najszybciej chciał dotrzeć na górę wzgórza aby przekonać się, że nie ma tutaj nic, poza tajemniczą osobą która śpiewa o świecie, i by móc wrócić, za kilka godzin.

k3 - co widzi Celine?
1. Zaraz potknę się o wystający konar : (
2. Zaskroniec (niegroźny, ale z daleka nie wiesz, czy to nie żmija) wije się w pobliżu laski
3. Zaraz wejdę w kałużę, która wygląda na o wiele płytszą niż w rzeczywistości (prawie popełniłaś ten sam błąd, idąc na górę) i zabrudzę sobie buty aż do kostek!


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]18.05.22 6:42
The member 'Hector Vale' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wieża w Llangurig, Walia Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]22.05.22 17:03
Umknęło jej ciche pyknięcie czyjejś teleportacji, chociaż przecież powinna być uważniejsza, ostrożniejsza. Czujna na tyle, by skanować okolicę w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia rzucającego cień od londyńskiego gniazda żmij aż do wciąż wolnej od reżimu Walii. Ale kto mógł ją tu dopaść, w sercu lasu? Kto mógł ją tu znaleźć? Zaaferowana przypomnieniem sobie kolejnych wersetów piosenki Celine nawet nie drgnęła, nieświadoma towarzystwa nadciągającego ze zbocza wzniesienia, na którym królowała wieża; nawet jej spojrzenie, zamiast ciągnąć do nieznajomego, wciąż było utkwione w sekwencji kamieni układających okrągłą ścianę budowli, zaraz obok okna.
- Wzlecimy do nieba, staniemy się księżycem kochanków, na czerni bielą jaskrawą jak kreda - w kącikach ust zadrżał wątły uśmiech, już pamiętała co było dalej, nawet jeśli twarz osoby, która śpiewała jej to jeszcze w dokach pozostawała niepokojąco zamazana. Kobiecy głos, to on dał początek tej kołysance, ale czyj? - Miętowe gwiazdy wokół nas to ślady naszych łez - a ona zawsze uważała, że łzy powinny różnie smakować, te szczęśliwe - słodko, te smutne - słono, te samotne, rozczarowane, tęskniące - gorzko. Balet uczył absolutnej jedności ze swoim ciałem, więc czemu myśli płynące prosto z serca nie odzwierciedlały we łzach jego porywów? Dłonie masujące łydki przez grube, ciepłe rajstopy nacisnęły na mięśnie nieco mocniej, z dawną wprawą odnajdując bolesne punkty po długim spacerze. Skrzywiła się na chwilę - a jednocześnie coś w jej oczach zamgliło się poczuciem bezpieczeństwa. W Tower zawsze coś bolało, jeśli nie zaklęcie, to choroba albo właśnie samotność; a jeszcze wcześniej bolało zmęczenie po długich godzinach treningów i pięknego tańca, słodkie i uzależniające jak wróżkowy pył. - Tak długo, jak pozwolisz mi trzymać swoją dłoń, pójdę za tobą na drogi kres - cichy szum liści bujanych wiatrem sprawiał, że nie dosłyszała też zbliżających się w jej stronę kroków. - Chodźmy tam razem, smakować świat, jakiego jeszcze nie znamy - zakończyła wreszcie i dopiero potem rozejrzała się po okolicy, chyba tylko po to, żeby sprawdzić, czy piosenka nie zaprosiła bliżej dzikich zwierząt, oczarowanych jak w bajkach. Śnieżką też była kiedyś w baletowym teatrze.
A teraz nadchodził jedynie wilk.
Zwabiony zapachem, widokiem, dźwiękiem; zaprosiła go tu jak głupiutka sarna, która miała stać się pożywieniem, znowu, niszczyła własne bezpieczeństwo, znowu, ale tym razem nie mogła liczyć na niczyją pomoc. Wykorzystała jej limit.
Celine natychmiast poderwała się z miejsca i sięgnęła do kieszeni swojego płaszcza, próbując odnaleźć w nim różdżkę; zdrowie sprawiło jednak, że zatoczyła się na nogach, kiedy zawroty głowy prawie odebrały jej równowagę. Za szybko, za gwałtownie. Nagle rozdygotane ze strachu kończyny ledwo oparły się o pobliski kamienny łuk; nie pamiętała kiedy ostatnio musiała bronić się w ten sposób, z różdżką wyciągniętą przed siebie, ujętą w niepewne palce, ściskane bolesnym skurczem. Jeszcze w szkole, na lekcjach? Nawet w Parszywym nie próbowała w ten sposób bronić własnej wolności. Zresztą - nie umiała. Magia, choć płynęła w jej żyłach, ale inna, nie waleczna, wcale nie była jej mocną stroną.
- N-nie podchodź! - pisnęła przerażona. Wszystko przed jej oczyma zdawało się falować, kolory zlewały w breję, brązowawą masę z ciemnym elementem trapezoidalnej plamy, jaką był Hector; chwiejny, rwący oddech stawał się wręcz bolesny, kiedy wydostawał się na powierzchnię ze ściśniętej lękiem piersi. Wolną dłoń Celine niemal wbiła w kamień za swoimi plecami. Paznokcie drasnęły o chropowatą powierzchnię, a jeden z nich, uelastyczniony przez niezdrowe, wytrawiające ją miesiące, wygiął się w tył. Syknęła. W jednej chwili to, co szalało w jej głowie, scaliło się z bólem emanującym z ciała; wręcz absurdalnie uspokajającym, bo tak dobrze znajomym; i trwało to tak długo, aż roztrzęsienie wyostrzyło wizję, a uwagę przykuło coś wijącego się na ziemi nieopodal tego mężczyzny. Nawet on był teraz zagrożony. - Wąż... - sapnęła głucho, szpic czarnej różdżki drgnął i wskazał na serpentynę obok laski nieznajomego, kształt, którego ruchu nie mogła nie zauważyć nawet ze swojej pozycji. - Proszę u-uważać - słowa ledwo wydostały się ze spanikowanego ciała, ale kiedy już wypłynęły poza granicę krtani, wybrzmiały słabo i miałko, na granicy płaczu. Nie zaatakował jej i chyba tylko dlatego zwróciła uwagę na żmiję, kobrę czy inne jadowite zwierzę nadciągające w niebezpieczne pobliże jego kostki; ale Celine nie opuściła różdżki. Wciąż miała ją przed sobą, nawet jeśli nie byłaby w stanie wykorzystać jej przeciwko Hectorowi, nie tak przestraszona, rozchwiana i niepewna, marząca tylko o tym, żeby skulić się na ziemi i modlić o to, żeby zniknął, jeśli, wbrew niepozornej aparycji, przyszedł tu zrobić jej krzywdę.


idź, równiutko idź, tam mówią będzie raj,
a gdy zostaniesz tu na zawsze będziesz sam.
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 8
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Wieża w Llangurig, Walia [odnośnik]24.05.22 6:57
On również stracił czujność - zasłuchany w muzykę, która wprawiała serce w nerwowe drżenie. Nieznajoma śpiewała pięknie, dla męskich uszu nienaturalnie pięknie, ale chyba to tekst dopełniał wrażenia. Hector pozostawał nieświadomy uroku półwili, ale wiedział za to, że pieśń chyba nie wzbudziłaby w nim podobnych uczuć jeszcze kilka tygodni temu. Wtedy słowa o kochankach, o trzymaniu się za dłonie, o miłości byłyby dla niego tylko pustymi frazesami. Kochał w życiu rodziców, siostry i syna, ale nie sądził nigdy, że potrafi zdobyć się na takie uczucia, jak w słyszanej właśnie pieśni i podobnych romantycznych wierszach. Doceniał je na chłodno, okiem miłośnika literatury, okazjonalnie pozwalał sobie nawet na zbyt śmiałe porywy wyobraźni gdy czytał "Iliadę" (potem zawsze się ich wstydził), ale od prawdziwego świata pozostawał oddzielony grubą szybą. Zupełnie jak niektórzy z jego pacjentów - tyle, że wielu z nich zamknęło się na innych po trudnych przejściach, a Hectorowi wydawało się, że jest inny od zawsze. Albo od tamtej klątwy, ale nie pamiętał przecież jaki był zanim zetknął się z czarną magią - był tylko dzieckiem, za małym by w ogóle mieć ukształtowany charakter. A odkąd zaczął przeżywać życie bardziej świadomie, nie opuszczał go cień przeczytanej w książce groźby - klątwa powoduje w dorosłym życiu problemy psychiczne.
Niegdyś uważał za podobny problem swoje skłonności, usiłując je wyleczyć lub zignorować. Odkąd pogodził się jednak z samym sobą i odkąd udało mu się na kogoś otworzyć (wystarczy na jedną osobę, prawda? To dowód, że potrafił, że życie może być piękne - a choć czasami wydawało mu się, że nie potrzebuje nikogo więcej, to od marca był w tak dobrym humorze, że zaczął serdeczniej podchodzić do reszty świata, nawet do irytujących pacjentów), z ramion spadł mu jednak jakiś ciężar.
Myślał o tym wszystkim teraz, wsłuchany w miły głos - nie przypuszczając nawet, że iluzja pięknego poranka zaraz pryśnie.
A przecież powinien się tego spodziewać. Miłe chwile nie zdarzały się zbyt często, a w życiu nigdy nie było nic za darmo - nie w jego rodzinie, nie w Shropshire. Słodyczy zawsze towarzyszyła gorycz. Hades upominał się o greckich herosów, leśna melodia nie była przeznaczona dla uszu zwykłych śmiertelników, a w trawie czaiły się węże.
Hector zawsze lubił ciszę i nigdy nie lubił gwałtownych dźwięków - ale gdy śpiew raptownie się urwał, to właśnie cisza zabrzmiała w jego uszach dziwnie głucho, równie głucho jak ostre słowa Beatrice. Gdy sekunda oszołomienia minęła, podniósł wzrok i dostrzegł wreszcie tą, która śpiewała. Mimowolnie uniósł z zaskoczeniem brwi - wyobrażał sobie chyba, że głos należy do kogoś trochę starszego, do kobiety a nie do dziewczęcia. Szczególnie, że dziewczyna była przeraźliwie chuda i zdawała się ledwo stać na drżących nogach - jakim cudem śpiewała tak pięknie?
I czego lub kogo tak bardzo się bała?
Powinien natychmiast zorientować się, że przecież jego - nieznajomego w cichym miejscu, o świcie. Była wojna, nieznajomi mężczyźni nie zwiastowali niczego dobrego, nawet w Walii. Tyle, że Hector przywykł do myśli, że nie jest jak inni mężczyźni - laska, wyćwiczone łagodne gesty (nie zawsze był przecież łagodny, czasem dopadał go mdlący gniew i dusił to w sobie dopóki nie mógł znaleźć bezpiecznego ujścia), wrodzona nieśmiałość (pokonywana w pracy, bardzo przekonująco) i profesja oparta na słuchaniu sprawiały, że nikt nie spoglądał na niego ze strachem. Jeśli ludzie czegoś się lękali, to tego, że pozna ich sekrety i tego, co potrafił wyciągnąć z nich za pomocą słów - ale nie jego fizyczności.
Teraz było inaczej. Blondynka widziała go pierwszy raz w życiu i cała się trzęsła, ale...
...czy to możliwe, że bała się węża? Chwilę stał w bezruchu, z lekko przechyloną głową, jak zawsze gdy był czegoś ciekawy i nie chciał spłoszyć zbyt nerwowego pacjenta albo samemu trochę się bał (pomimo młodego wyglądu i niepozorności, to dziewczyna celowała w niego różdżką, a on nie zdążył sięgnąć po swoją - byłby głupcem, nie bojąc się wcale) - a to pozwoliło
Zaskoczony zerknął pod nogi, na moment i jemu udzielił się strach - ostrożnie cofnął nogę (tą zdrową, na szczęście), ale wtem cofnął się i wąż, a Hector dostrzegł, że brakuje mu charakterystycznego dla żmij zygzaka. Po chwili gad odpełzł już w krzaki, chyba wcale nie zamierzał atakować.
-Dziękuję. - odezwał się z zaskoczeniem. Podniósł lekko głos, tak by dziewczyna go usłyszała pomimo odległości, ale i tak brzmiał cicho i łagodnie - taki już był. -Ale to chyba zaskroniec. - dodał uspokajająco, podnosząc wzrok i uśmiechając się blado.
Dopiero wtedy uderzyło go, że ona chyba wcale nie boi się zaskrońca - a jego.
Przez moment wydawał się szczerze i autentycznie zaskoczony - i choć potrafił na zawołanie panować nad mimiką twarzy, to tym razem się nie starał. Może jego zdziwienie ją uspokoi? Sięgnięcie po własną różdżkę i Paxo nie wchodziło w końcu w grę, nie w jej stanie.
-Spokojnie. Przyszedłem tylko na spacer i usłyszałem śpiew. Nie chciałem pani przeszkadzać. - wyglądała na zabiedzoną, młodziutką i chudziutką, ale i tak zwrócił się do niej uprzejmie, jak w gabinecie albo na salonach - czasem bezpardonowo przechodził z ludźmi na "ty" (szczególnie pacjentami, szczególnie gdy siłą chciał skrócić dystans - pamiętał jak Oliver tego nie znosił, na początku), ale przeważnie zwracał się do nich zachowując sztywne zasady uprzejmości - zwłaszcza, gdy tak jak teraz, chciał komuś pokazać że uważa go za równego sobie.
-Mam sobie iść? Czy opuści najpierw pani różdżkę? - upewnił się, stosując najprostszy magipsychiatryczny trik i chcąc rozbroić nieznajomą logicznymi pytaniami oraz pozostawieniem jej decyzji. Była tu pierwsza, a choć chciał zbadać ruiny przed zabraniem tutaj Orestesa, to szanował przecież cudzą terytorialność. Ludzie to przecież stworzenia dbające o swój teren - inteligentniejsze zwierzęta, jak zauważyli niektórzy szanowani przez Hectora magipsychiatrzy. Nie spuszczał z blondynki badawczego wzroku, choć próbował nie patrzeć jej prosto w oczy - wiedząc, że niektórych to irytuje. Jej reakcja była gwałtowna, figura nietypowa, a dla kogoś zajmującego się magipsychiatrią to połączenie było dość fascynujące.


rzucę sobie na spostrzegawczość (+30) - przypatruję się Celine


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Wieża w Llangurig, Walia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach