Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Przedsionek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 10, 11, 12
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Przedsionek   05.08.15 16:06

First topic message reminder :

Przedsionek

Z zewnątrz budynek przypomina odrapaną starą chatę, wątłe drewniane drzwi niewątpliwie nie są skuteczną ochroną przed złodziejami - prowadzą do nich trzy lekko spróchniałe schodki. Przez otwarte okno wiatr wypycha pożółkłą firankę splecioną z bluszczem, a wokół roztacza się mało przyjemny zapach zgnilizny...

Wewnątrz przedsionka miejsca znajduje się niewiele  - a większość zajmuje miękkie legowisko trolla będącego strażnikiem tego miejsca.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Eir Goyle
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4853-eir-goyle https://www.morsmordre.net/t5088-do-eir https://www.morsmordre.net/t4873-eir#105642 https://www.morsmordre.net/f329-grimmauld-place-4-2 https://www.morsmordre.net/t4874-skrytka-bankowa-nr-1246#105646 https://www.morsmordre.net/t5386-eir-goyle
Zawód : trucicielka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
nierozumni
niestali
bez serca
bez litości
OPCM : 1
UROKI : 1
ELIKSIRY : 31
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Przedsionek   14.06.18 0:59

| strzelam, że 26 sierpnia?

Wiedziała, że się potknie, popełni błąd, ale czuła znacznie silniejszą potrzebę zaimponowania samej sobie, udowodnienia, że mimo swojego stanu potrafi dopełnić obowiązków. Poprzednia próba ustabilizowania skażonej aury sklepu z truciznami zakończyła się fiaskiem, objawiającym dla niej tylko lekkim bólem, który wtedy nie zwiastował niczego złego. Tym razem wolała uniknąć jakichkolwiek komplikacji, chociaż znała swoje położenie względem. Jednym słowem – pchała się w kłopoty jak dziecko widzące słodką chatkę z piernika. Gdzieś z tyłu głowy słyszała wyraźny ostrzegawczy skowyt, ale oczy łakomie sięgały celu. W tej zażartej bitwie wygrała jedynie panika i nakazała jej wypić eliksir, chociaż Cassandra wyraźnie wskazywała w liście, by przyniosła go do niej i dopiero wtedy, za jej poleceniem, przyjęła odpowiednią dawkę. Po raz kolejny się sparzyła.
Fiolki znów zaatakowały – prawdziwe deja vu – i znów rozbryzgnęły się na ich ciałach. Zdążyła ledwo osłonić się przed nimi, w wyuczonym odruchu przykrywając jedną dłonią brzuch, a drugą swoją twarz. Szkło niemal od razu stopiło się pod wpływem uwolnionego eliksiru, śmiercionośna mieszanka naruszyła na szczęście tylko skórę ramion, przeżarła się przez grubszą okrywę skóry, plamiąc poharatany rękaw szaty szkarłatem. Skurcz w podbrzuszu był tak nagły i tak silny, że straciła na dłuższą chwilę kontakt ze światem. Jakby ktoś zamknął słoik z nią w środku. Niby czuła, że Cassandra złapała ją za ramię, słyszała jakieś przebłyski tonów jej kojącego głosu, ale nie była świadoma słów, które wypowiadała. Nogi zrobiły się jak z waty, ledwo kroczyła za przyjaciółką. Mętny, rozbiegany wzrok w końcu się na niej zogniskował. Razem z kolejnym skurczem, tym razem mocniej wyczuwalnym, bardziej realnym. Zacisnęła zęby, dusząc w sobie bolesny krzyk.
Morgano – jęknęła ledwie. Niezwykle trafna uwaga o nowonarodzeniu wydawała jej się tak odległa. To nie był czas. Skrupulatnie liczyła dni, które zostały do porodu, nauczona przeżyciami przy swoim pierwszym dziecku. Pozostały jej niecałe dwa tygodnie. To przecież tak niewiele. Zaledwie chwila w przeciwieństwie do tego, ile już minęło. – Został w domu. Wzięłam… spanikowałam, wzięłam małą porcję, sądziłam, że mi nie zaszkodzi. Bałam się o nie po ostatniej próbie – szybko zsynchronizowała krok z Cass, pomogło jej to w nakierowaniu swoich myśli na to, co było w tej chwili najważniejsze. Czujnie wypatrywała znajomych granic, wiedząc, że kiedy usiądzie, odpocznie, poczuje się lepiej. I dokładnie w momencie, gdy o tym pomyślała, poczuła mknące po nogach ciepłe strużki. Możliwości były dwie. Albo krew. Albo płyn chroniący jej dziecko. Spojrzała przerażona na Cassandrę, nie zatrzymała jednak ich kroku. Wręcz przeciwnie, przyspieszyła. – Odeszły mi wody. Nie do końca.
To brzmiało w jej ustach wręcz groteskowo, ale ostatnią rzeczą, jakiej by się w tej chwili podjęła, było zanoszenie się śmiechem. Odchodzące wody zawsze był zwiastunem tylko jednego. O możliwości uchodzącej z niej krwi nawet nie chciała myśleć.
Cass, ja nie mogę rodzić. Jeszcze nie teraz, to za wcześnie! – wyznała drżącym głosem, kiedy obie przekraczały progi lecznicy. Kątem oka dojrzała Umhrę, jednym uchem usłyszała jego niepokojące mruczenie.




Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,


Kiedy żył i jak umierał?

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
methinks i see... where? - in my
mind's eyes
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 8/38
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Przedsionek   22.07.18 16:51

Kiedy usłyszała, że odeszły jej wody, momentalnie przeniosła spojrzenie na jej spódnicę, wypatrując oznak czerwieni: Cassandra również została ranna, ale w jej stanie nic jej nie groziło, ciąża była w początkowym stadium, dziecko było dobrze chronione. Nie można było tego samego powiedzieć o Eir. Nie zobaczyła jednak krwi, więc stan nie był dramatyczny: albo to rzeczywiście były wody albo krwi było bardzo mało - niebawem się przekona. Uścisnęła dłoń przyjaciółki mocno, chcąc dodać jej otuchy, szczęśliwym trafem przekraczały już próg jej lecznicy. Od odejścia wód do samego porodu nie raz mijało dużo czasu, mogły się na spokojnie przygotować. Najważniejsze to zachować spokój - ale nie mogła oczekiwać tego od przyszłej matki. Skinęła głową, spokojnie, jakby nic się nie działo: brak eliksiru był niepokojący, stan dziecka był niepokojący, ale Cassandra nie zamierzała o tym mówić Eir - alchemiczka potrzebowała teraz zapewnienia, że wszystko jest dobrze. I komfortu, psychicznego i fizycznego -  w takim stopniu, w jakim była w stanie jej go zaoferować. Przyjście na świat dziecka to celebracja życia, ze wszystkich rytuałów, jakie regularnie wykonywała z lecznicy, ten jeden nigdy nie stracił swojej magii. Bo nigdy nie był taki sam - za każdym razem na świecie pojawiał się nowy, wyjątkowy i niepowtarzalny młody człowiek.
- To tylko dwa tygodnie, Eir - odpowiedziała spokojnie, mijając Umhrę - i zapraszając Eir głębiej, do najbardziej wyizolowanej suszarni, gdzie mogła mieć gwarancję prywatności. Nigdy nie pozwoliłaby jej przechodzić przez poród w towarzystwie liżących u niej rany nokturnowych zbirów - obcym kobietom pozwalała na to tylko wtedy, kiedy nie miała wyboru. - Dwa tygodnie to tyle, co nic - Tak naprawdę zależało to od stanu dziecka, jego rozwoju, zbyt długo nie widziała Eir, nie kontrolowała jej stanu przez ostatnie dni, nie wiedziała, jakie mogą być potencjalne konsekwencje przyśpieszenia porodu w ten sposób - brakowało jej badań. Ale miała wiedzę i doświadczenie, które pozwalały jej założyć, że nic złego stać się nie musiało. Ryzyko wolała odłożyć na bok, nie wleją wód z powrotem do jej brzucha - a Eir przede wszystkim musiała poczuć się pewniej. - Jestem tutaj - przypomniała jej, sytuacja byłaby znacznie gorsza, gdyby Eir była w towarzystwie kogokolwiek innego. Cassandra potrafiła się nią zająć. - Niczym się nie martw - Zaprowadziwszy ją do odrębnego pomieszczenia, zwinęła koce na jedną pryczę, ścieląc przyjaciółce miększe posłanie - po czym pomogła jej na nim spocząć.
- Czujesz już ból? - zapytała, nie puszczając z uścisku jej ramienia; Eir nie rodziła przecież po raz pierwszy, znała symptomy i bez wątpienia potrafiła rozpoznać skurcze. Żałowała, że Lysandra spała - nigdy nie widziała porodu, a jej pomoc byłaby bezcenna. Musiała jednak poradzić sobie sama. Przesunęła uścisk niżej, w końcu przykucnęła przy niej i zsunęła z jej stóp trzewiki, potrzebowała więcej komfortu. Nie miała czasu, uniosła różdżkę, by cichym accio przywołać wiadro z wodą, a kolejną formułą - zagotować ją. Następnym zaklęciem przyciągnęła ku sobie szmaty i ręczniki, których gałgany rzuciła nieopodal pryczy.





bo ty jesteś
prządką


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Przedsionek   22.07.18 16:51

The member 'Cassandra Vablatsky' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Eir Goyle
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4853-eir-goyle https://www.morsmordre.net/t5088-do-eir https://www.morsmordre.net/t4873-eir#105642 https://www.morsmordre.net/f329-grimmauld-place-4-2 https://www.morsmordre.net/t4874-skrytka-bankowa-nr-1246#105646 https://www.morsmordre.net/t5386-eir-goyle
Zawód : trucicielka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
nierozumni
niestali
bez serca
bez litości
OPCM : 1
UROKI : 1
ELIKSIRY : 31
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Przedsionek   09.09.18 22:10

Hjall przyszedł na świat z wielkim oczekiwaniem i znacznie większym strachem - wyuczone zasady, które wpoili jej rodzice, nałożyły na nią ogromną odpowiedzialność. To musiał być syn, w innym wypadku zostałaby potraktowana z pogardą przez teściów i najprawdopodobniej przez samego Cadana. Wtedy tak sądziła, bo małżeństwo z nim nadeszło nagle, nie zdołali się dobrze poznać, a Hjall nie narodził się z miłości. Narodził się z poczucia obowiązku swoich rodziców, a uczucie, jakie żywili wobec siebie, nadeszło później. Drugie dziecko miało już nadejść w zupełnie innych okolicznościach, wierzyła, że była na nie przygotowana lepiej niż na Hjalla - nie tylko fizycznie, bo jej ciało znało ten stan doskonale, ale też mentalnie. Marzyła o córce. Drugim synem nie pogardziłby Cadan.
W pierwszej chwili zaatakowała ją panika, co teraz, kiedy siła skurczu zaczynała spadać, wydało jej się zupełnie normalne. Odwzajemniła uścisk przyjaciółki, próbując opanować oddech. Udało jej się to, kiedy dotarły razem do suszarni. Zapach ziół, które świetnie znała ze swojej pracowni, uspokoiły ją na tyle, że zaczęła myśleć na trzeźwo, bez paniki.
Ufam ci – odparła z lekkim, osłabionym uśmiechem, kiedy siadała z jej pomocą na pościelonej pryczy. Nie potrzebowała więcej. Przetrwa, przecież tyle jest już za nią. Naprawdę ufała Cassandrze - jeśli ona mówiła, że dwa tygodnie to nic, to chciała w to wierzyć. Oczywiście, że wątpliwości podgryzały jej kostki, ale nie chciała ich do siebie bliżej dopuszczać.
Skurcz znów ją złapał. Stęknęła z bólem i oparła się prostymi ramionami z tyłu, żeby stworzyć wygodniejszą pozycję nie tylko dla siebie, ale i dla dziecka. Nie mogła dotknąć swoich łydek, ale wciąż mogła objąć je wzrokiem – nie było krwi, to było pewne. Mogła ze spokojem odetchnąć, choć przecież to dopiero początek. Musiała uzbroić się w cierpliwość. Panika mijała, oddając miejsce skupieniu i przygotowaniu do nadchodzących chwil. Chwil przepełnionych ogromnym bólem.
Nie aż tak bardzo – powiedziała na wydechu, który od razu zmusił ją do wzięcia w płuca więcej powietrza. Obserwowała Cass. – To przyjdzie szybciej, prawda? Szybciej niż poprzednio – jeden poród był za nią, ale to nie znaczy, że była gotowa na to, co przyniesie drugi. Każdy przypadek niósł za sobą powiew doświadczenia i kaprysu losu. – Nie pisz tylko do Cadana.
Zmarszczyła lekko brwi, jakby obawiała się, że jej słowa zostaną potraktowane opacznie. Nie chciała go informować, dopóki wszystko nie przebiegnie zgodnie z planem.
Planem, który zakładał jeden cel – urodzić zdrowe dziecko.




Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,


Kiedy żył i jak umierał?

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
methinks i see... where? - in my
mind's eyes
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 8/38
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Przedsionek   22.10.18 19:21

Tylko spokojnie - tylko spokój mógł uratować sytuację. Odebrała w życiu wiele porodów, trudniejszych i łatwiejszych, szczęśliwiej i mniej szczęśliwie zakończonych, pośpiech dziecka do wyjścia na świat choć niewątpliwie nie świadczył o jego zdrowym rozsądku, nie był - jeszcze - symptomem złego. Zranienie Eir niewątpliwie miało na to wpływ, ale nie musiało znaczyć, że pojawią się komplikacje. Zbyt dużo zmiennych, zbyt mało badań, żaden uzdrowiciel nie lubił być zaskakiwany.
- Nie masz wielkiego wyboru - odparła z przekąsem, półżartem, zerkając na twarz przyjaciółki - naturalnie, że jej ufała, Cassandra też nie obawiałaby się złożyć siebie w ręce Eir - nokturnowe siostry łączyła solidarność, którą trudno było przełamać. Ostrożnie pomogła jej się ułożyć w dogodnej pozycji dla niej - to ona musiała odczuć wygodę, w chwili takiej jak ta - cudzie narodzin - to komfort matki był najważniejszy. Od jej emocji zależało więcej niż wszystko. - Za drugim razem zwykle jest spokojniej - dodała uspokajająco, układając pod jej głową miękką poduszkę. - Łatwiej - Od każdej reguły zdarzały się wyjątki, nie były to jednak wyjątki częste. Eir cieszyła się dobrym zdrowiem, była silna i potrafiła o siebie zadbać w ciąży - ryzyko poważnych komplikacji nie było wcale wysokie. A kalkulacje czynione na szybko w zdenerwowanym umyśle nie mogły być precyzyjne. Na zastrzeżenie odnoszące się do Cadana za zdumieniem ściągnęła brew, nie rozumiała - ale też nie zamierzała naciskać, Eir nie była w nastroju ani stanie, w którym powinna rozmawiać o stosunkach z mężem. Obiecała sobie zapytać ją o wszystko, kiedy i ona i dziecko będą już bezpieczne, nie zamierzając wcześniej robić nic na przekór Eir. - Bądź spokojna, żaden mężczyzna nie jest nam tutaj potrzebny. - Kilka razy zdarzyło jej się na prośbę kobiety wpuścić do środka ojca dziecka - nigdy nie okazało się to dobrym pomysłem. Mężczyźni byli słabi, lubili panikować, mdleli na widok krwi, wiadomość do Cadana była całkowicie zbędna, choć wysłałaby ją, gdyby jej przyjaciółka miała takie życzenie.
Odeszła od Eir, przez moment kręcąc się przy szafkach - wiedziała, że miały jeszcze trochę czasu - odnajdując fiolkę z sokiem mlecznym z makówki. Wzmocniony mandragorą odbierał władzę na umyśle, wprowadzał w euforię, rozluźniał, niwelował ból - wiedziała, że sobie poradzi, a dla niej - chciała jak najmniej niedogodności.
- Wypij to - poprosiła, podstawiając jej do ust odkorkowaną fiolkę, niech otuli cię sen, moja droga. - To mleko makowe - dodała, nim padło pytanie, przekonana, ze Eir doskonale znała właściwości tegoż. Kiedy się przebudzi z transu, będzie już po wszystkim.





bo ty jesteś
prządką


Powrót do góry Go down
Eir Goyle
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4853-eir-goyle https://www.morsmordre.net/t5088-do-eir https://www.morsmordre.net/t4873-eir#105642 https://www.morsmordre.net/f329-grimmauld-place-4-2 https://www.morsmordre.net/t4874-skrytka-bankowa-nr-1246#105646 https://www.morsmordre.net/t5386-eir-goyle
Zawód : trucicielka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
nierozumni
niestali
bez serca
bez litości
OPCM : 1
UROKI : 1
ELIKSIRY : 31
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Przedsionek   06.11.18 23:39

Obecność Cassandry była nieoceniona – to głównie dzięki niej udało jej się zachować trzeźwość umysłu i zimną krew, kiedy sytuacja obróciła się teoretycznie przeciwko niej. Nie powinno pędzić na ratunek anomalii, a jednak gnała na ślepo w poszukiwaniu wypełnionych ambicji, zdobycia szacunku, jakiego zawsze pragnęła. Uwalniając anomalię spod pęt niestabilnej magii miała pomóc nie tylko Rycerzom Walpurgii, ale przede wszystkim jej samej, Hjallowi, który przez majowy wybuch wiele już wycierpiał. Doskonale się w tej kwestii zgadzały. Może dlatego obie zdecydowały się posunąć tak daleko.
Z pomocą Cassandry zajęła odpowiednią dla siebie pozycję, krzywiąc się, kiedy skurcz znów zaatakował. Były coraz częściej, dystans się zmniejszał o wiele szybciej niż poprzednim razem. Albo to Eir tak bardzo chciała, żeby było po wszystkim. Brała większy wdech, powietrze wypychała z płuc nieco zbyt długim strumieniem. Potoczyła oczami za Cassandrą, z pokorą przyjmując jej słowa. Trwały na razie w zawieszeniu, w chwilowej przerwie między częściami spektaklu. Jej twarz po raz kolejny wykrzywił wyraz bólu, ale związała gardło przed niepotrzebnymi głosami.
To nic… to nic zdrożnego. Ale znasz go. – znasz Cadana, moja droga, nie potrzebujemy tutaj huraganu. Ani tym bardziej sztormu. – Dziękuję.
Oparła potylicę o oparcie łóżka, chłodne, twarde, zamknęła oczy, wzięła kolejny wdech, tym razem w pełni kontrolowany, a potem wydech, i tak jeszcze kilka razy. Dopóki nie poczuła, że jest w stanie po raz drugi przekroczyć granice dopuszczalnego dla ciała bólu. Ta ponura, ciężka myśl prędko odeszła, jakby już sam zapach makowego mleka pozwolił Eir ją odgonić. Nie pytała, po prostu wypiła – okazując przyjaciółce zaufanie, jakim zawsze ją darzyła, a sobie ulgę, jaka niedługo przyjdzie.
W którymś momencie zerwał się kontakt ze światem, nie wiedziała tylko, kiedy to dokładnie nastąpiło. Czuła przebłyski bólu, atak podświadomości na omdlałe unerwienie, osłabione działaniem narkotycznego środka. Czas przestał mieć dla niej znaczenie, przestrzeń rozmywała się jak łódka obmywana wodą, dlatego zamykała oczy, kiedy tylko mogła, zaciskała powieki, siląc się na zmuszenie swojego ciała do współpracy. Słyszała głos Cassandry jak przez szkło, wytłumiony i niewyraźny, ale jakby docierający do niej niemal w pełni. Instynktownie wiedziała, co powinna robić – przeć, dać swojemu dziecku życie, oddychać tak, żeby nie zrobić sobie i jemu krzywdy – więc robiła to, chociaż otępienie trzymało ją w swoich ramionach, skutecznie odbierając władzę. Słyszała powietrze uciekające z jej płuc, czuła skraplający się na skroniach pot, oblepiający jej skórę, jasne włosy niczym twardniejąca pajęczyna. Słyszała swój krzyk, choć zatarty, wyrywający z jej gardła każdą frazę wysiłku – nie bólu, bo ten, choć zdawał się przebijać przez ochronną powłokę makowego upojenia, znikał pod powierzchnią świadomości Eir. Ukręcony za szyję czas zdawał się ożywać, kiedy w ferworze rozmytych bodźców usłyszała głos. Nie należał do Cassandry, ten doskonale znała. Głos dziecka, jego płacz? Cichy, nie, może to jej własny. Otworzyła oczy, ale rozmyty obraz nie pozwalał po siebie sięgnąć, więc powieki opadły jeszcze raz same. Nie, to na pewno nie jej głos. To dziecko. Odezwało się. Było zdrowe? Płakało?
Chciała coś powiedzieć, ale z jej gardła wydarł się tylko jęk.




Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,


Kiedy żył i jak umierał?

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
methinks i see... where? - in my
mind's eyes
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 8/38
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Przedsionek   29.11.18 2:28

Skinęła głową, na znak, że rozumie, że jej słowa przyjęła i że się na nie godzi, nie zamierzała zawiadamiać kogokolwiek o jej stanie, póki sama nie zechce tego uczynić - nie tylko dlatego, że była jej sercu droga, ale i dlatego, że nigdy nie uznawała patriarchalnej władzy mężczyzny nad kobietą; mąż Eir dowie się o swoim dziecku nie wcześniej, niż kiedy matka tak zadecyduje. Troskliwie i z czułością uścisnęła jej nadgarstek w uspokajającym geście, cud narodzin miał w sobie czar pradawnej magii potężniejszej od jakiejkolwiek, jaką posiąść mógł dzisiaj czarodziej - a nie mógł zrozumieć tego nikt, kto choć raz przez to nie przeszedł. Mistyczna chwila okraszona była jednak słonymi łzami, słonym potem i nie mniej słoną krwią kobiety. Eir potrzebowała wsparcia - a Cassandra znajdowała się tuż obok tylko po to, by jej go udzielić, wesprzeć w tej najtrudniejszej chwili - i dodać sił, których tak bardzo potrzebowała. Obie znały przebieg tego rytuału, obie znały ból i wzruszenie, jakie mu towarzyszyły, obie wiedziały, że nic nie mogło pójść nie tak. Nie mogło. Podane jej mleko makowe miało uśmierzyć ból i odjąć świadomość, przeprowadzić ją przez tę wyboistą drogę z delikatnością czułego przewodnika. Nie odejmowało przytomności całkiem - potrzebowała jej przecież - ale odgradzało ją od bodźców na tyle wyraźnie, by zapewnić fałszywą iluzję komfortu, kiedy nachylała się nad nią w skupieniu, zmartwiona kroplami potu i niespokojnym drżeniem zmęczonych mięśni. Najważniejszy jest oddech, Eir, ale ty przecież o tym wiesz - pamiętasz, Cassandra nie odzywała się niepotrzebnie, pozwalając jej przejść tę podróż duchem wraz z ofiarowanym makiem. Trwało to długo, choć nie tak długo, jak przy pierwszym dziecku i nie tak długo, jak przy dziewczynach otumanionych na co dzień nokturnowymi używkami, Eir była Borginem, czarownicą dość silną, by sobie poradzić: niczym jej nie zawiodła, kiedy uzdrowicielka ujmowała już w ramiona zakrwawione niemowlę, zmywając z jego dziecięcej skórki zbędny brud. I choć niemowlę wyglądało jak każde inne, różowe, drobne i pomarszczone, to w jego kościach policzkowych i oczach dostrzegała rysy swojej przyjaciółki. Odcięta pępowina uderzyła w blaszaną misę po brzegi wypełnioną nieczystościami, Cassandra pośpiesznie zawinęła dziecko w jedną z bielszych szmatek, niedomyte - przekazując matce, nie wypuszczając go jednak z rąk: pod makowym mlekiem Eir mogła mieć zaburzoną koordynację, a uzdrowicielka nie chciała narażać dobra dziecka. Cichy płacz, który wybrzmiał, przewrotnie oznaczał melodię szczęścia, nie płakały tylko te dzieci, które rodziły się martwe. Był taki moment, że miała obawy - zranienie pod sklepem z truciznami zostawiło w jej ciele ślad, który jednak teraz - szczęśliwym zrządzeniem losu - mogły zignorować. Nie mogło stać się inaczej, wszak nie widziała tego dnia w żadnym śnie.
- Obie jesteście całe - mruknęła, lekko podniesionym szeptem, nie chciała nachalnie wdzierać się w sny na jawie Eir, ale zamierzała lekko oznakować swoją obecność - miała wszak ze sobą kogoś, kogo musiała jej przedstawić. - To twoja córka, Eir - Jeden syn to dość, równowaga została zachowana. Odnalazła spojrzeniem oczy alchemiczki, oceniając stan przytomności umysłu - mleko niewątpliwie z wolna uciekało z jej umysłu. Z wolna, jeszcze jakiś czas nie dopuści do niej pełni bólu. Przekazawszy matce dziecko, porwała jedno z przygotowanych prześcieradeł, by zakryć obnażone ciało przyjaciółki. - Masz dla niej imię? - mówiła dalej, chcąc oderwać jej myśli od tego, o czym młoda matka myśleć nie powinna, od bólu. Musiała przebadać niemowlę, zaopiekować się Eir, ale to wszystko mogło poczekać jeszcze moment - musiała dać matce tę magiczną chwilę pierwszego spojrzenia.





bo ty jesteś
prządką


Powrót do góry Go down
Eir Goyle
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4853-eir-goyle https://www.morsmordre.net/t5088-do-eir https://www.morsmordre.net/t4873-eir#105642 https://www.morsmordre.net/f329-grimmauld-place-4-2 https://www.morsmordre.net/t4874-skrytka-bankowa-nr-1246#105646 https://www.morsmordre.net/t5386-eir-goyle
Zawód : trucicielka
Wiek : 26
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
nierozumni
niestali
bez serca
bez litości
OPCM : 1
UROKI : 1
ELIKSIRY : 31
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Przedsionek   22.12.18 11:00

Myślała tylko o jednym, choć wydawało jej się, że w swojej głowie aż krztusi się od niepotrzebnych myśli, które przelatywały pod jej powiekami, błądziły w uszach. Myślała tylko o tym, żeby jej dziecko urodziło się zdrowe, żeby konsekwentny los tym razem zapomniał o wszystkich przewinieniach Eir i dał młodej winorośli drugą szansę. Tylko o to prosiła, ginąc pod szczelną okrywą odejmujących czucie oparów makowego mleka. Razem z uciekającym przez palce czasem oddech stawał się cięższy i głębszy, a mięśnie drżały coraz bardziej, spięte wymagającym najwyższego wysiłku poświęceniem. Każdy poród nim był – rezygnacją z własnego komfortu, własnego człowieczeństwa, by na koniec dać życie nowemu stworzeniu.
Usłyszany płacz wycisnął z jej oczu łzy wzruszenia i okrył bladą twarz czerwienią wstępującą na policzki. Już po wszystkim. Przez cały proces przebrnęła niemal prostą drogą, co w pierwszym momencie wywołało w niej zdziwienie, w drugim zaś okryło ulgą. Przy Hjallu było znacznie ciężej, odmówiła wtedy jakichkolwiek środków, chcąc byś świadkiem narodzin swojego pierwszego dziecka, będąc pewną, że sobie poradzi, bo w jej żyłach płynęła krew lodowych wiedźm z samych krańców nordyckich ziem. Była Borginem i tę siłę chciała przekazać swojemu synowi. Rytuał się powiódł, tym razem nie wszystko poszło tak, jak zamierzała. Mleko makowe wydawało jej się rozsądnym na to lekiem. Gdyby nie Cassandra, jej ukochana przyjaciółka, być może właśnie w tej chwili rodziłaby w bólach, w krwi, bojąc się o to, czy podarowane życie płynnym kanałem przejdzie z jej ciała do drobnych kończyn córki. Przy czarownicy nie musiała bać się o nic.
Uchyliła powieki, odnajdując rozedrganym spojrzeniem błękitnych oczu wyłaniającą się z rozmazanego krajobrazu sylwetkę z zawiniątkiem w rękach. Im bliżej podchodziła, tym lepiej ją widziała. Zanim przyjęła do swoich rąk niemowlę, spróbowała nieco się unieść. Zesztywniałe mięśnie odmówiły pierwszej próby, ale przy drugiej podjęły się współpracy. Powoli mogła czuć, jak wracają jej władze, nie tylko umysłowe, ale i cielesne. Choć nawet bez tego nie musiała myśleć nad imieniem.
Córka. Jej ukochana, mała córeczka.
Była spełniona, była pełna.
Wzięła ją na dłonie, uspokajając swoją obecnością, drżącą dłonią ścierając po matczynemu resztki zmytych przez Cassandrę nieczystości. Uśmiechnęła się z ulgą, czując, jak z jej ramion spada ogromny ciężar.
Jest zdrowa? – spytała najpierw, chcąc się upewnić. Uzdrowicielka miała ją w rękach jako pierwsza, jej sprawne oko było w stanie ocenić stan. – Moja córka – szepnęła do niej ciepłym, tak do siebie niepodobnym głosem. Usta przytknęła do malutkiej główki, do czoła, które niedługo miało pokryć się włosami koloru łanów zbóż. – Freya. Chciałam dać jej na imię Freya.
Niech dozna błogosławieństwa samej bogini. Niech pamięta, że od tej pory będą sprzyjały jej miłość, magia i piękno. Kiedyś stanie się jedną z wielkich czarownic i z dumą stanie nosiła krew wielkich Borginów.
Odnalazła wzrokiem Cassandrę, wdzięcznym wzrokiem próbując pokazać, jak bardzo była jej wdzięczna.
Jesteś nieoceniona. Dziękuję – powiedziała do niej, przytulając swoją córkę.

| zt x2 fluffy




Powiedz ty mi, kości biała,
Kto cię więził w mrokach ciała,
Kto swój los na tobie wspierał,


Kiedy żył i jak umierał?

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Zawód : Szeptucha
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
methinks i see... where? - in my
mind's eyes
OPCM : 0
UROKI : 0
ELIKSIRY : 8
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 8/38
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Przedsionek   10.01.19 22:17

1. września 1956 r.

Odkąd światem wstrząsnęły anomalie, czymkolwiek by nie były, uzdrowiciele mogli znowu poczuć się jak na wojnie: śmierć wśród zwyczajnych czarodziejów przestawała budzić ekscytację lub sensację, a z wolna stawała się nieodłącznym fragmentem rzeczywistości otaczającej zwykłych ludzi żyjących dotąd jednostajnym nudnym życiem. Trwałym, stabilnym, codziennym: lazaret okazał się zbyt mały, konieczne było sztuczne powiększenie go przez ułożenie koców i mało wygodnych sienników w korytarzu i we wnęce przedsionka. Odkąd Lysandra przestała pomagać w lecznicy - nie był to jej wybór, anomalie mocno ograniczały jej funkcjonowanie, a Cassandra nie chciała wystawiać jej na niepotrzebny stres - tłok zaczynał doskwierać zmęczeniem i znużeniem niewygodną codziennością. Dziewczyna, która do niej dołączyła, Marianna Goshawk, stanowiła nieodzowną pomoc w najbardziej prozaicznych czynnościach, jakich pacjenci nie byli wokół siebie wykonać samodzielnie, ale w pewnym momencie zniknęła bez śladu. Nie zostawiła wiadomości, nie powiedziała też ani słowa. Mogła paść ofiarą aurorów, poszukiwali jej. I miała nadzieję, że nie sprowadzi jej ich na głowę.
Konsekwencji jej nieobecności było jednak więcej, potrzebowała rąk do pracy: jej własne przestały wystarczać. Zaprosiła dziewczynę z sąsiedztwa, Julię Gropstick, która i tak szukała ucieczki od rodziny utalentowanych klątwołamaczy – nie miała do tego talentu, ale za to była pracowita. Dawała jej szansę na uniezależnienie się, póki nie znajdzie swojej drogi. Zamierzała ją odprawić, kiedy tylko Lysandra wróci do siebie. Źle tolerowała obcych na swoim terenie, a ona nie była wyjątkiem. Cassandra patrzyła jej na ręce przy każdej sposobności – z trudem przychodziło jej zaufanie, z jeszcze większym pogodzenie się z faktem, że ktoś robił coś, co ona sama zrobiłaby w swojej opinii lepiej. Nie mogła narażać swojej reputacji jej niefrasobliwością lub niedbałością, pracowała nad nią zdecydowanie zbyt długo.
- Wymień wodę – poprosiła, otulając obie dłonie czystym, bawełnianym materiałem. Obrzuciła spojrzeniem pacjenta, na skraju łóżka którego wciąż siedziała - jego twarz była blada, niemal sina, trupia. Człowiek ten przed momentem otarł się o śmierć - boleśnie blisko. Zaatakowały go pająki w piwnicy jego domu - nie zwykłe, a powiększone i rozwścieczone, nieodgadnionym wyrokiem losu, za sprawą kolejnego wybuchu anomalii. Ponoć stworzenia te należały do popularnego gatunku gęsto występującego w Anglii i na co dzień nie były wcale groźne, ale transmutacyjny incydent pobudził ich gruczoły do wytwarzania silnego jadu, który mocno zainfekował organizm mężczyzny. Przyniósł go jego brat, już nieprzytomnego - podanie antidotów i neutralizacja trucizny przy pomocy ryzykownego zaklęcia nie wystarczyły. Musiała nastąpić decyzja o amputacji gnijącej już, czerniejącej ręki, która została ugryziona przez jedno z tajemniczych stworzeń. Odcięta kończyna, zawinięta w przekrwawioną i ubrudzoną zielonkawą mazią morderczej trucizny szmatę, leżała na  drewnianej posadzce - obejrzała się przez ramię na swoją pomocnicę, upewniając się, że ją dostrzegła i że wie, co z nią zrobić; w jej spojrzeniu czaiła się ostrzegawcza iskra – jad był niebezpieczny, a ona nie chciała tracić kolejnej dziewczyny. Ostatnim rzutem oka obejrzała opatrunek na jego bezrękim ramieniu - wraz z przebudzeniem nadejdzie szok, nie lubiła tego. Czarodzieje bywali wtedy dość nieobliczalni - miał szczęście, że ręka była lewa, choć to go zapewne nie pocieszy. Miał też szczęście, że przeżył - choć tego zapewne też nie doceni, pacjenci przeważnie nie potrafili cieszyć się zwycięstwami, jeśli nie otrzymali wszystkiego, czego chcieli. Szczęśliwie, ten konkretny miał być zbyt słaby, by mieć siłę na awanturę.
Bolały ją plecy, kręgosłup boleśnie zdawał się szarpać kark w tył; kończyny zwykła usuwać mechanicznie – a to była mozolna i ciężka praca dla kobiety jej postury. Z jakiegoś powodu ciało ze swojej natury szanowało swoją integralność i niechętnie żegnało się z którymkolwiek swym fragmentem.
Rozprzestrzenianie trucizny zostało zahamowane, jednak to nie sprawiło, że jego ciało całkiem pozbyło się szkodliwej substancji. Jad wciąż sączył się w jego krwi, był tłoczony przed sercem, z każdym uderzeniem wlewając się w kolejny organ i wyniszczając go od środka. Trucizna była żywa, naznaczona złą magią, inna – i tak też należało ją podejść, podstępem. Kiedy uchwyciła czysty nóż i jego drugą dłoń, przez chwilę się wahała, obserwując przez jasną skórę błękitną siatkę żył – aż w końcu przecięła największą z tętnicy wzdłuż, kierując krew do stojącego pod łóżkiem wiadra. Musiał stopniowo, dzień po dniu, pozbywać się tej złej  krwi – będzie osłabiony, ale wywołanie krwotoku było w jej opinii jedynym słusznym rozwiązaniem. Upuszczenie jej miało spowolnić przepływ infekcji i dać organizmowi czas: na regenerację i zwalczenie jej swoimi naturalnymi sposobami. Dłonią pilnując pulsu – krwi musiała upuścić dużo, ale nie dość dużo, by nie miał sił wrócić do zdrowia – wpatrywała się w karmazynową wstęgę bijącą w wiadro bez zbędnych emocji. Lata doświadczeń nauczyły ją do pewnych sytuacji podchodzić z wykalkulowanym chłodem i obojętnością. – Podaj mi opatrunek – zwróciła się do Julii, jeszcze nim nadszedł odpowiedni czas – musiała mieć go bowiem na podorędziu, by nie przekroczyć nieprzekraczalnej bariery. W końcu zacisnęła go wokół ręki mocno, wkładając w to całą swoją siłę, hamując krwotok – następnie obwiązując wokół ręki bandaż stabilizujący stan pacjenta. Wytoczyła mu dużo zainfekowanej krwi, lecz rzecz jasna nie całą: na dziś jednak musiała skończyć – jutro i pojutrze będą do tego zabiegu wracać. Podczas amputacji jej pacjent stracił już co prawda nieco krwi – ale w niekontrolowanych warunkach nie zamierzała upuszczać jej zbyt wiele i wówczas zatamowała krwotok czym prędzej. Jako uzdrowicielka omijała ryzyko zawsze wtedy, kiedy istniała prosta i stosunkowo szybka alternatywa - tak było również tym razem.
Pod łóżkiem leżały przygotowane dwie buteleczki. Pierwsza, kwadratowa, miała opisaną etykietę – eliksir wzmacniający krew. Jego błyszcząca zawartość mieniąca się subtelnym błękitem wpadającym w fiolet nie pozostawiała wątpliwości, co znajdowało się w środku. Cassandra nie ufała etykietom, wolała ich nie mieć, zamiast tego pamiętać która z uwarzonych przez nią fiolek służy w jakim celu. Jednak odkąd po jej lecznicy snuła się obca, musiała uszanować jej niewiedzę i zabezpieczyć się przed potencjalnym błędem wywołanym nieświadomością. Błędem, na który nie zamierzała narażać ani tej dziewczyny ani swoich pacjentów ani – najmocniej – siebie samej. Okoliczni mieszkańcy jej ufali, nie chciała tego nadwyrężać – od tego zależało przecież także jej przetrwanie. Odkorkowała buteleczkę zwinnie, pstrykając w jej ściankę palcem dla ocenienia gęstości jej zawartości. Przygotowała ją sama, ale kilka tygodni temu, nie wiedząc, w jakim celu zostanie użyta – musiała się upewnić, że jej pacjent otrzyma dawkę odpowiednią do swojego stanu i swojej postury. A biorąc pod uwagę jego stan – mógł spokojnie otrzymać dawkę nawet podwójną. Szczęśliwie, eliksiru miała wystarczająco duży zapas. Poiła nim czarodzieja z ostrożnością, subtelnie rozchylając złączone wargi i przeciskając przez nie szyjkę małej butelki, bacząc, by nie przelał się zbyt mocną strugą. Eliksir miał wspomóc regenerację, pozwolić na szybszą produkcje krwinek i odratowanie czarodzieja po obfitym krwotoku - ale to był powolny i żmudny proces, nad którym należało mieć całkowitą kontrolę.
Z drugą miksturą problemu miało być więcej – zmieszane substancje dawały efekt podobny gotowej, prawdziwej krwi wyprodukowanej przez organizm. Krew reemu, wzmocniona łuską magicznego łososia i kilkoma łzami jednorożca dawało efekt czystego, silnego osocza. Starała się mieć tę mieszaninę zawsze w swojej lecznicy, choć nigdy nie czuła się na siłach spróbować uwarzyć ją własną ręką – ryzyko powikłań w przypadku podania nieczystej mieszaniny było zbyt duże i ryzykowała wówczas życiem pacjentów – zaopatrywała się w nią w aptece Mulpeppera. Jeśli nie chciała ryzykować, że człowiek ten przez noc zejdzie, winna mu ją wtłoczyć – nawet kilka kropel znacząco poprawi jego stan, a co najważniejsze pomoże w regeneracji tętnic od środka, uszczelniając miejsca, przez które trucizna mogłaby przeniknąć w głąb organizmu, a także wzmacniając organy, które mogły zostać za sprawą trucizny uszkodzone. Najważniejsze było serce – jeśli oberwie zbyt mocno, nie będzie już dało niczego zbierać.
Aparaturą do tego niezbędną była podłużna szklana butla zakończona igłą, wzdłuż której przechodził wąski tunel. Po wkłuciu igły, za sprawą ciśnienia kontrolowanego specjalną pompką, substancja mogła przedostać się do krwioobiegu. Krótki moment, z zastanowieniem, trzymała pozornie nieskomplikowaną aparaturę na kolanach – przypominając sobie, że naprawdę dawno tego nie robiła. Ale to nie było nic trudnego – kiedy znajdzie już żyłę, reszta pójdzie gładko, powtarzała to sobie w myślach jak błagalną mantrę. Krótko po tym, jak napełniła ją mieszaniną, nie pozwalając sobie na niepotrzebne zawahanie Cassandra przebiła się przez jego skórę lekko, tak jak lekko szło jej pompowanie kilku uncji mikstury. Trwało to długo, bo mieszanina była zbyt silna, by wpompować ją kilkoma ruchami – musiała złączyć się z krwią i przelać dalej, zmieszać, anonimowo przemierzając już kręte i ciemne labirynty ludzkiego ciała. Siedziała przy nim cały ten czas, jedną dłonią podtrzymując igłę, drugą ostrożnie manewrując pompką, a kciukiem pierwszej nieustannie pilnując pulsu. Miała zamknięte oczy, by ograniczyć dopływ bodźców: musiała wsłuchiwać się w jego rytm i z nim zsynchronizować swoje działania. Największym zagrożeniem  było jego nagłe przyśpieszenie - nie mogła do tego dopuścić –  zabieg miał go wzmocnić, ale uczyniony nierozważnie mógł przedobrzyć i doprowadzić pacjenta do niewydolności, a w konsekwencji – śmierci. Miała nadzieję, że jego sakiewka była pękata, mocno się nad nim tej nocy natrudziła. Z ostrożnością wysunęła igłę, wręczając aparaturę dziewczynie, która jej pomagała - należało ją wyczyścić – kolejnym bandażem zasłaniając ranę na ramieniu, które wciąż się ostało. Nie nabrał barw, ale najdalej za kwadrans szarość jego twarzy powinna się lekko zarumienić. Dotknęła wierzchem dłoni jego czoła, ale było tylko lekko gorące – stan zapalny już się nie pogłębiał. Wysunęła też różdżkę, mamrocząc inkantacje mające na celu skontrolowanie kolejnych organów, ich pracy, nieprawidłowości, ale nie wykryła nic więcej niepokojącego. Stan stabilny, pacjent faktycznie przeżył.
Pozostali leżący w tym pomieszczeniu pacjenci również byli nieprzytomni. Dziewczynę, którą wciągnął huragan, obijając o pobliskie budynki, zabrała pod swój dach sama, dostrzegając tragedię przez okno lecznicy. Nie miała ciężkich ran, szczęśliwie dla niej czaszka praktycznie nie ucierpiała - a złamania kości i żeber wyleczą się szybko, choć boleśnie. Anglia nie była gotowa na podobne wydarzenia klimatyczne - ale okazjonalnie od maja w kraju zdarzało się właściwie wszystko. Trzeci, ryży młokos, ofiara karczemnej bójki: cień przeszłości padł na nią upiornym cieniem, sceną dla zdarzeń była wszak stara Mantykora. Nie dała tego po sobie poznać, ślady po wstrząsie mózgu znikną za kilka dni. Do tego czasu – potrzebował wypoczynku. Nie zamierzała dłużej zakłócać ich spokoju, kiedy upewniła się, że jej pomocnica zajęła się pozostałością po wszystkich nieczystościach, zachowując odpowiednią dbałość – spokojnym, powolnym krokiem opuściła salę, ciężkim ruchem ręki zsuwając z kruczych włosów granatową chustę, która zakrywała jej włosy.
Ostatnimi czasy była bardziej zmęczona niż zwykle – czerpiący z jej siły byt nieprzyjemnym kopnięciem przypomniał o swoim istnieniu. Dopiero teraz, jakby w tym czasie cierpliwie czekał, aż matka dopełni swoich obowiązków i dopiero wówczas odda mu uwagę.


/zt





bo ty jesteś
prządką


Powrót do góry Go down
 

Przedsionek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 12 z 12Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 10, 11, 12

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu :: Lecznica-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19