Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Szpital polowy
AutorWiadomość
Szpital polowy [odnośnik]05.01.21 0:05
First topic message reminder :

Szpital polowy

Pomimo że jak w każdym szpitalu, tak i tutaj półki uginają się od leków, a łóżka od chorych, to trudno nazwać to miejsce zwyczajnym. Stworzony w jednej z magicznie zabezpieczonych, lśniących od środka jaskiń, początkowo miał pełnić jedynie rolę polowego szpitala, ale ostatecznie: został na stałe. Wewnątrz można znaleźć prowizoryczne pomieszczenia, które wydzielają pacjentów od siebie dzięki drewnianym, cienkim ścianom. Znajduje się tu zaledwie kilka porządnych łóżek: królują materace i rozłożone na ziemi koce, choć Zakon Feniksa robi wszystko, aby jak najprędzej wypełnić to miejsce odpowiednim sprzętem. Uzdrowiciele i pomocnicy mają dla siebie niewielki kąt na samym tyle jaskini, jednak i tam zwykle leżą ranni, ponieważ w Oazie nigdy nie brakuje uchodźców. Zawsze jest tu gwarno, choć nie zawsze – radośnie. Niestety, uzdrowiciele w takim miejscu muszą się liczyć ze wzmożoną śmiertelnością pacjentów, nie raz i nie dwa spowodowaną brakiem odpowiednich leków czy wystarczającej ilości personelu.
Wejście do szpitala zostało magicznie zmniejszone i zakryte prowizorycznymi drzwiami. Jaskinia jest ogrzewana, głównie dzięki magicznemu ciepłu promieniującemu z tworzących ją skał. Ścieżka prowadząca do groty została zaś wyłożona drobnymi kamykami przyniesionymi z plaży i w miarę dobrze ubita.
W szpitalu może pomagać każdy mieszkaniec Oazy czy członek Zakonu, bo rąk do pracy zawsze tu brakuje. Podanie komuś eliksiru albo miski zupy dla niektórych pacjentów może wiązać się z być albo nie być.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Szpital polowy - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Szpital polowy [odnośnik]05.02.21 0:10
The member 'Anthony Skamander' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 32
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Szpital polowy - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Szpital polowy [odnośnik]05.02.21 1:47
Zmarszczył z niepokojem brwi, słuchając Vincenta i opisu zachowania Justine. Przymusił. Rineheart snuł wnioski i hipotetyzował, a Mike patrzył. Widział. Dziwnie rozbiegane spojrzenie, tak jakby próbowała się skupić na wszystkim i niczym równocześnie. Tak, jakby ich słowa ledwo do niej docierały, jakby była odgrodzona szklanym murem. Znajomą irytację w jej spojrzeniu w odruchu na gest Skamandra, ale... właśnie. Nie okazała odruchu. Drżała, ale nie cofała tułowia, tak jakby nie mogła albo nie chciała się poruszyć, jakby jej ciało odpowiadało jedynie na mimowolne reakcje. Mimo braterskiej solidarności, jako auror był teraz wdzięczny Skamanderowi za prowokację. Stworzył dobre warunki do obserwacji.
-Zrób tak jeszcze raz... - poprosił Anthony'ego, mrużąc oczy. -Justine, ty ani drgniesz... - szepnął pod nosem, trochę do siostry, trochę do kompanów, a trochę do siebie.
-Just... - otworzył szerzej oczy, gdy zaczęła ruszać tęczówkami. Czyżby była jak sparaliżowana, mogąca poruszać jedynie nimi? -Spójrzcie, ona próbuje odpowiedzieć. - zwrócił uwagę kompanów. Obserwował jej odpowiedzi, zwracając również na próby aktywacji reszty ciała.
-To wygląda jak Imperius. Jakby ktoś zabraniał się jej ruszyć. - poinformował kolegów. -Just, czujesz czyjąś obecność w swojej głowie? Czy ktoś wydał ci polecenie? Wiem, że jesteś silna, musisz to przełamać, musisz się starać. Pomożemy ci... - zadecydował od razu, zwracając się do niej stanowczo, acz łagodnie. Wciąż byli osłabieni, musiał pomyśleć, czy zdejmować zaklęcie od razu, czy udać się po Ministra lub wsparcie. Tak, najpierw należało poinformować sir Longbottoma, ale...
Wtem Justine się poruszyła, a Michaela aż zatkało. Skupiony na obserwacji, pozwolił Antkowi sięgnąć po różdżkę, wdzięczny, że są tutaj w grupie i nie musi się rozpraszać. Z rosnącym niedowierzaniem spoglądał na siostrę, usiłując przypisać to, co widział, do tego, o czym się uczył jako auror.
-Wygląda jakby... Justine, udało ci się? Przełamałaś go? - najwyraźniej? Ale coś... Coś wyglądało jakoś inaczej. Nie tak. Imperius zniknął, Michael poznawał to z ruchów siostry, ale mógł być pewien dlaczego. Nie, dopóki z nią nie porozmawia. Nie poobserwuje jej dalej.
Omal nie zaklął pod nosem, gdy Just uniosła się do góry nogami i zemdlała.
-Musimy z nią poroz... niech to! - syknął, a współczucie walczyło w nim z poczuciem obowiązku. -Musi odpocząć. - przyznał z braterską empatią. -Anthony, zdejmij ten czar. Vincent, zostań z nią. Skamander, chodźmy zdać raport sir Longbottomowi. Zostanę z nią w Oazie ile potrzeba, a skoro Rineheart poradził sobie z klątwą i jeśli Imperius naprawdę minął, to za zgodą Ministra mogę obserwować ją w domu. - zadecydował. Gdy Justine znalazła się już w łóżku, ruszył ze Skamandrem poszukać Longbottoma.

spostrzegawczość III
/zt Antek & Mike






You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Szpital polowy - Page 6 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Szpital polowy [odnośnik]08.02.21 15:03
Utrzymywał odpowiednią odległość, aby nie naruszyć delikatnej sfery komfortu. Widział, że nie darzy ich pełnym zaufaniem, spogląda z dystansem, dziwnym niedowierzaniem, jakby ciasna cela okrutnego więzienia nadal przetrzymywała ją w swym wnętrzu. Nie spuszczał wzroku z jej wychudzonej twarzy, wytrzymując zmienne nastroje. Nie wiedział czy widzi w nim wroga, przyjaciela, a może przezroczystą marę nawiedzającą w nocnych koszmarach? Westchnął cicho czekając na najdrobniejszy znak. Głos Skamandera wyrwał go z zamyślenia. Zgodził się z przytoczonym stwierdzeniem kiwając głową. Słyszała ich, reagowała na bodźce zewnętrzne, dlaczego więc, nie wypowiadała ani jednego słowa? Czyżby trawił ją jakiś zewnętrzny zakaz? Jasne tęczówki poruszyły się. A może to tylko psotliwe złudzenie? Zmarszczył brwi i podsunął się nieco bliżej. Próbowała odpowiedzieć na zadane pytania, jednakże nie był pewny czy interpretuje je właściwie. To nie miało sensu. Jeszcze nie teraz, nie chciał wyciągać pochopnych wniosków. Do tej rozmowy będą musieli powrócić później, gdyż temat nałożonej klątwy był dla niego poważną i dość niebezpieczną kwestią. Ktoś wykorzystał swoją przewagę, nakładając na Gwardzistkę zmyślny urok. Gdyby nie podjął się dzisiejszych oględzin, kto wie jak długo byłaby na samym środku czerwonego celownika? – Nie jestem pewny, czy wszystko dobrze rozumiem Justine… Przepraszam. – zakomunikował spokojnie z wyraźnym zmieszaniem na mocno zarośniętych policzkach. Poczuł dziwne ukłucie w okolicy serca, żal, że nie może jej pomóc, oddać całego siebie: – Jeszcze do tego wrócimy. – dodał odchodząc na kilka centymetrów. Dziewczyna stała w miejscu, próbowała walczyć z niewidzialnym przeciwnikiem. Wypowiedź Tonksa odkręciła głowę w prawą stronę, aby na chwilę zawiesić na nim zmęczone źrenice; zaklęcie imperiusa? Czyżby miał rację? Podejrzewał taki obrót zdarzeń. Inkantacja nadawała się podczas wielogodzinnych przesłuchań, gdy więzień stawiał zbyt duży i niekontrolowany opór. Była silna, mogła sprawiać kłopoty. Nagle, wszystko się zmieniło. Blondynka poruszyła się, zachwiała odzyskując swobodę ruchu. Rozszerzył źrenice, przez krótką chwilę stał jak sparaliżowany. Pozwolił, aby poznała okolicę, poczuła świeże powietrze na rozpalonych policzkach, zrozumiała, że jest już bezpieczna, wśród przyjaciół, w domu. Zaraz potem zmieniła kierunek chcąc dopaść leżące nieopodal różdżki. Te wypadły z nieporadnych palców wysypując się na ziemię. Chciał zareagować, pomóc, lecz były auror wykonał zgrabny ruch, przez co przez chwilę zawisła w powietrzu. Czy już do reszty zwariował? Posłał w jego stronę mordercze spojrzenie, kiedy brat poszkodowanej wystosował twarde polecenie. – Idźcie już stąd. Idźcie odpocząć. – rzucił w stronę mężczyzn wyraźnie wyprowadzony z równowagi. Machnął ręką. – Poradzę sobie. – dodał podążając za Gwardzistką. Wsunęła się między koce, a on przykrył ją pod samą szyję. Odetchnął z wyraźną ulgą. Jej dłoń wysunięta spod okrycia, natrafiła na tę jego; zacisnął na niej swoje palce oddając żywą obecność i prawdziwe wsparcie. Odpłynęła w dalekie przestworza zapadając w głęboki sen. Podsunął sobie stojące nieopodal krzesło i zasiadł strudzony. Zakonnicy opuścili szpital polowy. Został z nią w końcu - sam na sam. Wszystko będzie już dobrze.

| zt



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Szpital polowy [odnośnik]24.02.21 1:34
Efekty jej czarów były nadzwyczajnie zadowalające, mimo stresu szepczącego jej natrętnie do ucha nieprzyjemne wizje niepowodzenia. Na koniec wilgotna szmatką obtarła twarz biedaczki, uspokajając ją wciąż ciepłym, pewnym głosem, który wskazywał na kontrolę i obietnicę zaopiekowania, ale przede wszystkim troskę wyraźnie wybijającą się w jej płomiennych oczach. Starsza pani była osowiała i bardzo słaba. Jeśli jednak wokoło wszyscy mieli zapewnione niezbędne medyczne wsparcie, Isa mogła pozostać przy niej dłużej. Poczuła lichawy ucisk na własnych palcach, będący wyraźną wskazówką, niemą prośbą tkaną z przerażenia. Chętnie podeszłaby do Elizabeth czy Rose, byleby tylko obserwować ich przy działaniu, przy poważniejszych przypadkach, ale zdążyła się już wcześniej zorientować, że te wymagające największej uwagi i troski zostały już dobrze zaopatrzone w kojące moce leczniczych różdżek i uzdrowicielskich serc. Spokojny ogień płonął niewidzialnie na samym środku polowego szpitaliku. Bella wiec pozostała przy kobiecie jeszcze. Nigdzie nie widziała Alexandra, ale minął już ten pierwszy stres. Między głosami gdzieś chyba padło jego imię. Czy zatem wrócił? W skupieniu analizowała dotychczasowe działania. Udało jej się pomóc kilku osobom. Udało jej się też nie ugiąć i nie rozproszyć w tak stresującej chwili. Czuła dumę i powagę, uwierzyła w siebie. Nie bała się unieść różdżki przy najprawdziwszych ranach wymagających natychmiastowej akcji, nie bała się także wyciągać wniosków. Akcja lecznicza została zatem przeprowadzona dobrze, zaprzyjaźnieni zakonowi uzdrowiciele dzielili się z nią doświadczeniem, wciągając ją mimowolnie. Czuła potrzebę angażowania i niesienia pomocy. Chciała wspierać tych wystawiających pierś na bolesne ostrze. Pogłaskała dłoń staruszki.
Wtedy Archibald zjawił się tuż za jej ramieniem i wygłosił pochwałę. Oczarowana nieco powiodła za nim spojrzeniem i uśmiechnęła się nieco skrępowana. – Dziękuję, Archibaldzie – odpowiedziała nieco jedna radośnie i wzięła wdech powoli, z namaszczeniem – jakby nie oddychała przez ostatnie godziny. Jego słowa naprawdę wiele dla niej znaczyły.  – Oczywiście, odnajdę cię – dodała jeszcze, nie mogąc się doczekać, by opowiedzieć kuzynowi o przypadkach, którymi się zajęła i zadać mu kilka medycznych pytań. Był daleko, przy innych pacjentach, a jednak pozostawał na straży jak ten najmilszy anioł. Zniknął dość szybko. Bella odeszła od pani i, upewniwszy się jeszcze raz, że nikt więcej nie potrzebował uzdrowiciela, postanowiła zwilżyć usta, a potem.. potem może posprzątać po medycznym chaosie.

zt
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica
Szpital polowy - Page 6 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Szpital polowy [odnośnik]07.03.21 21:02
Odetchnął powoli, gdy Hannah objęła palcami jego dłonie; te należące do niej wydawały mu się ciepłe, prawie nierealne, tak różne od wszystkiego, co widział do tej pory, zupełnie nieprzypominające kościstych łap zaciśniętych na kratach, obleczonych napiętą nienaturalnie skórą. Przesunął własne kciuki, żeby pogładzić lekko wierzch jej palców, przemknąć opuszkiem po knykciach; widział brązowiejące stopniowo smugi, plamy krwi odcinające się wyraźnie od jasnej skóry; nieme świadectwo tego, co przeszła, tam, w Tower – wśród głów nabitych na pale i pozbawionych skrupułów strażników. To subtelniejsze, mniej oczywiste, kryło się w jej oczach – miał wrażenie, że jeśli tylko spoglądałby w nie wystarczająco długo, mógłby je dostrzec: echo wspomnień, mozaikę poruszonych kadrów, odbitych i utrwalonych jak na czarodziejskiej kliszy.
Coś owinęło się boleśnie wokół jego klatki piersiowej, gdy mu odpowiedziała; już nie. A więc był moment, gdzieś tam w nieodległej przeszłości, w którym potrzebowała pomocy, w którym niewiele brakowało. Wargi zadrżały mu nieznacznie, gdy zatańczyło na nich niewypowiedziane pytanie, ostatecznie jednak pokręcił po prostu głową. – Wydostałaś się – przypomniał jej, kiedy jej głos urwał się nagle, a słowa zdawały się zniknąć gdzieś w oddali, być może rozproszone wizją tego, co mogłoby się wydarzyć. – W-w-wydostaliście się – powtórzył, pochylając nieco niżej głowę, jakby dla podkreślenia własnych słów, choć nie były do końca prawdziwe. Nie wszyscy opuścili Tower – słyszał, jak mówili, że stracili Kierana, wierzył jednak, że jako doświadczony auror sobie poradzi; że z pewnością nie zniknął tak po prostu.
Otworzył usta w reakcji na jej pytanie, ale ciche w porządku zatrzymało się gdzieś na poziomie strun głosowych. Jak się czuł? Czy czuł coś w ogóle? Jeszcze kilka godzin temu emocje zdawały się z niego wylewać: dławił go strach, oblepiało przerażenie, paraliżował ból, zalewała ulga; zniechęcenie ciągnęło go w dół, ale walcząca z nim determinacja zmuszała do stawiania kolejnych kroków, pokonywania nieznośnie powolnych metrów na miotle, gnania na złamanie karku do Oazy, byle tylko dotrzeć tam na czas; byle tylko nie zastać jej w płomieniach. Teraz, po wysłuchaniu raportów pozostałych Zakonników, po wyrzuceniu z siebie wszystkiego w postaci pozbawionych znaczenia słów, po wymknięciu się naglącego celu spomiędzy palców, pozostał z niczym – i była to pustka, której w żaden sposób nie potrafił wypełnić. – Nie wiem – odpowiedział więc cicho, zgodnie z prawdą, marszcząc brwi, ogarnięty nagle dziwną bezradnością – ustępującą po paru sekundach, razem z dłońmi odciągniętymi od twarzy i palcami zaciśniętymi na okrywającej plecy koszuli. Objął ją od razu, bez zawahania i bez zastanawiania się nad tym, że stali tuż przy wejściu do zatłoczonego, polowego szpitala; mogliby znaleźć się nagle pośrodku atrium w Ministerstwie Magii i raczej nie zrobiłoby mu to różnicy. – Ja też tu jest-t-tem – powiedział, przyciągając ją do siebie mocniej, czując, jak opiera się o niego i chcąc zapewnić ją, że mogła to zrobić – że miał być z nią tam tak długo, jak długo będzie go potrzebować. Przesunął dłoń wyżej, gładząc ją uspokajająco po plecach, po karku; uświadamiając sobie, że on też jej potrzebował – wraz z każdym spokojniejszym wdechem, i każdą paskudną myślą rozpraszającą się w nicości, odpychaną przez ciepły oddech łaskoczący szyję.
Otworzył oczy dopiero, gdy gdzieś obok usłyszał swoje imię – nie od razu wypuścił jednak Hannah z objęć, w pierwszej chwili unosząc jedynie wzrok, pośród otaczających go twarzy szukając tej konkretnej, należącej do jego siostry. Kolejny element rzeczywistości wskoczył na swoje miejsce, gdy wreszcie ją zobaczył; biegła w ich stronę, opuścił więc powoli ręce, wyciągając je w stronę Lydii akurat na czas, by ją nimi otoczyć, przyciągnąć do siebie, uchronić przed upadkiem. – Lily – szepnął gdzieś w okolicach jej ucha, przez chwilę nie mogąc uwierzyć, że rzeczywiście była przytomna – pamiętał przeraźliwą bladość policzków i sposób, w jaki wymknęła mu się, tam, w Azkabanie. – Czy p-p-powinnaśwstawać, chciał powiedzieć, ale jego dalsze słowa utonęły w szlochu, który nią wstrząsnął; wzmocnił uścisk, przyciągając ją do siebie mocno, jak wtedy, gdy mieli po kilka lat i wywróciła się, zdzierając do krwi skórę na kolanie; i jak wtedy, gdy stracili mamę, a ich świat zdawał się pęknąć na pół. – Ćśśś, już d-d-dobrze – powiedział uspokajająco, łagodnie, przyciskając policzek do jej skroni; do włosów miękkich jak wełna i skóry zapuchniętej od płaczu. – Wszyscy jesteśmy c-c-cali, widzisz? Wszystko będzie d-d-dobrze – powtórzył, nie mówiąc jednak, by przestała płakać; cierpliwie pozwalając wylać jej z siebie wszystkie łzy i okropieństwa, wiedząc, że i to mogło czasami przynieść ulgę. – Może wejdziemy do środka? Znajdziemy wam po k-k-kubku herbaty – zaproponował, unosząc spojrzenie i ponad ramieniem siostry spoglądając na Hannah, szukając w jej oczach zrozumienia, wsparcia; czegoś nieuchwytnego, co mógł odnaleźć tylko tam. Wiedział, że od Harolda otrzymała do wykonania zadanie, ale nie chciał, żeby odchodziła gdziekolwiek bez niego; chyba nie czuł się jeszcze gotowy, żeby na powrót stracić ją z oczu, choć była to obawa, dla której nie odnajdywał logicznego uzasadnienia; w Oazie było bezpiecznie – miało być bezpiecznie. Już teraz tak. – Zostaniesz p-p-przez chwilę? – zapytał cicho, prawie przepraszająco. – Pomogę ci p-p-później ze wszystkim – dodał. Nie tylko dlatego, że chciał ją odciążyć – ale też dlatego, że przerażało go nadejście momentu, w którym już nic nie pozostanie mu do zrobienia; tej przerażającej chwili, kiedy ranni zostaną już opatrzeni, a wioska zabezpieczona; kiedy wróci do Skamieliny, otoczony wyłącznie przez ciszę, cienkie ściany i wypełnione żalem wspomnienia.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Szpital polowy [odnośnik]02.08.21 13:36
15 grudnia

Archibald przekroczył próg szpitala polowego z samego rana, otulając się ciepłym szalem. Chłodne powietrze coraz dobitniej zwiastowało nadejście zimy, na którą wyjątkowo mało kto czekał. Chyba wszyscy wyzbyli się romantyzmu i marzeń o białym puchu, przysłaniającym szarą rzeczywistość – zima oznaczała niskie temperatury, choroby i problemy z pożywieniem. Archibald wiedział, że jest na ten czas zabezpieczony. Spiżarnia w Weymouth była pełna jedzenia, które co prawda nie obfitowało w taką różnorodność jak zazwyczaj, ale i tak wystarczała, żeby wyżywić wszystkich członków rodziny. Mieszkańcy Oazy nie mogli powiedzieć tego samego, byli zdani na przetwory, które zrobili wcześniej, ewentualnie jakieś ryby, które jeszcze uda im się złowić na wodach okalających wyspę. Być może dzieci ucieszą się ze śniegu, bo będą mogły oddać się zimowemu szaleństwu.
Wnętrze jaskini nieszczególnie przypominało szpital – w jego głowie to był raczej punkt medyczny, który absolutnie pod każdym względem był gorszy od tego, do czego przywykł podczas pracy w Mungu. Przeszedł pomiędzy nielicznymi łóżkami do niewielkiego kąta dla uzdrowicieli, zostawiając tam swoją torbę, w której przyniósł kilka eliksirów i roślin. Zdjął płaszcz, rzucając go na nieco chybotliwy stolik, rozglądając się krytycznie po wnętrzu. Zdecydowanie trzeba będzie zająć się tym miejscem i choć trochę podwyższyć mu standard. Przede wszystkim zamienić te materace i koce na łóżka, zrobić jakiś porządny magazyn alchemiczny, znaleźć większą ilość ochotników do pomocy. Szpital w centrum miasta, szpital polowy, prowizoryczny punkt medyczny – zwał jak zwał, przynajmniej jedna rzecz pozostawała tam wspólna: uzdrowicie i pacjenci. Archibald odetchnął głęboko, skupiając się na tej podstawowej prawdzie, bo przecież najważniejsze było udzielenie pomocy poszkodowanym, a nie warunki w jakich to się odbywa. Zakasał rękawy beżowej koszuli, będąc gotowym do pracy.
Na początku skontrolował pacjentów, którzy już leżeli na łóżkach i (pewnie niezbyt wygodnych) materacach – wyjątkowo nie było tych osób tak wiele jak zazwyczaj, bo bywały dni, kiedy jaskinia niemal pękała w szwach, a Archibald nie wiedział w co włożyć ręce. Tym razem zaczął od zmiany opatrunków (w Mungu zawsze zajmowały się tym pielęgniarki) i podania porannej dawki lekarstw (tym również najczęściej zajmowały się pielęgniarki). W tym czasie w jaskini już ustawiła się kolejka do badania – w Mungu Archibald rzadko miewał aż tylu pacjentów jednego dnia, cały ten tłum rozchodził się po różnych oddziałach i uzdrowicielach, natomiast tutaj duża ilość pacjentów była w zasadzie pewnikiem. Najczęściej nie były to szczególnie skomplikowane choroby: jakaś wysypka u dziecka, skręcenie kostki czy nadgarstka, jakieś siniaki, otarcia, rany cięte – nic z czym by Archibald sobie nie poradził, ale zdarzały się też poważniejsze i bardziej skomplikowane przypadki. Kiedy do środka wszedł młody i dość postawny mężczyzna, Archibald jeszcze nie wiedział, że przysporzy mu tego dnia trochę problemów.
– Proszę pana, pracowałem wieczorem z kozami, to dopiero cholery, pogryzły mnie tu i tu – zaczął, wskazując na zaczerwienione miejsca na nogach. – I tu też, o – ze złością dotknął prawego kolana, na którym widniała dorodna zaróżowiona plama. Archibald przyjrzał się ugryzieniom z bliska, tak naprawdę nie potrafiąc stwierdzić, czy faktycznie ugryzła go koza. Nie znał się na zwierzętach gospodarskich (w zasadzie na żadnych nie znał się zbyt dobrze), i czuł, że trochę błądzi we mgle. – Dokuczają panu te ugryzienia? Swędzą, pieką? Pojawiły się inne objawy? – Zapytał, zerkając na pomału rosnącą kolejkę za mężczyzną. – No trochę pieką, wie pan, inaczej bym nie przychodził... – mruknął, nerwowo drapiąc się po szyi. Archibald nie miał jednak czasu zajmować się tak błahym przypadkiem, więc szybko wyjął z torby maść i przełożył trochę do oddzielnego słoiczka zanim podał go mężczyźnie. Szybko podszedł do następnego pacjenta, który prawie mdlał na ramieniu przyjaciela – wyraźnie potrzebował pomocy.
W ten sposób mijały kolejne godziny wytężonej pracy. Dopiero w południe przyszedł ktoś do pomocy, dzięki czemu Archibald mógł sobie zrobić pięć minut przerwy, podczas której wyszedł na zewnątrz i odetchnął świeżym powietrzem, wypijając trochę wody. Chętnie by coś przekąsił, ale zapomniał wrzucić do torby jakiejś przekąski z Weymouth, więc był zmuszony na walkę z głodem. Na szczęście przy takim nawale pracy nie powinno to być szczególnie trudne.
Leczył złamanie ręki u chłopca, który nieumiejętnie wdrapał się na drzewo i boleśnie z niego spadł, kiedy do jaskini wbiegła zdyszana kobieta. Wszystkie oczy zostały zwrócone w jej stronę. – Albert, coś się z nim dzieje, proszę, szybko! – zawołała, wlepiając przestraszone spojrzenie w Archibalda. Nie musiała mu drugi raz powtarzać, zerwał się na równe nogi i szybkim tempem ruszył za nią, dochodząc po około dziesięciu minutach na miejsce. Złapała go zadyszka od tego marszu, ale nie zdążył nawet wziąć głębszego oddechu, bo już został pociągnięty w głąb chatki. W środku, ku jego zdziwieniu, leżał pogryziony przez kozy mężczyzna. Tym razem blady i nieprzytomny, z mocno podkrążonymi oczami i spierzchniętymi ustami. Wystarczyło raz na niego spojrzeć, by mieć pewność, że cokolwiek go pogryzło, to jednak nie były kozy. Archibald zapomniał o swoim zmęczeniu i doskoczył do niego w dwóch susach, podwijając nogawki spodni, żeby jeszcze raz przyjrzeć się ugryzieniom. Tym razem wokół każdego z nich rozrastała się fioletowa plama – łatwa do pomylenia z siniakiem, lecz dało się ją poznać po lokalizacji w pobliżu ugryzień. Przez chwilę Archibald dał się ponieść emocjom – patrzył na nieprzytomnego mężczyznę, ledwie unoszącego klatkę piersiową, nie mogąc uwierzyć, że mógł przegapić coś tak poważnego. Trwało to jednak chwilę. Tak charakterystyczne ugryzienia mogły być spowodowane jedynie jadowitą tentakulą – przynajmniej tak wydawało się Archibaldowi, lecz teraz już sobie przypominał ryciny z grubych podręczników, nad którymi zarywał niegdyś tak wiele nocy, i wyglądały bardzo podobnie. Nie wiedział gdzie mężczyzna mógł spotkać tak jadowitą roślinę, bo z pewnością nie w zagrodzie z kozami, ale teraz nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Szybko wygrzebał z torby odpowiednie antidotum i podał mężczyźnie sporą ilość płynu. Musiał mieć w organizmie dużo toksyn, Archibald nie był pewny, czy lekarstwo jeszcze jest w stanie mu pomóc. Siedział przy chorym jeszcze dwie godziny, kontrolując jego stan. Starał się wzmocnić jego ciało zaklęciami, by wspomóc go w walce z trucizną – samo antidotum mogło się okazać niewystarczające. Siedząc przy jego łóżku dalej pluł sobie w brodę, że w porę nie zareagował, bo czas podania antidotum przy tak poważnym zatruciu to kluczowy element leczenia. Co jakiś czas kontrolował fioletowe plamy przy ugryzieniach, które co prawda zdawały się blednąć, ale Albert wciąż nie odzyskał przytomności. Archibald wmawiał sobie, że to dobrze, w końcu we śnie organizm regeneruje się najszybciej. Z drugiej strony trochę by mu ulżyło, gdyby mężczyzna otworzył oczy, i choć przez chwilę pokazał wszystkim, że jest silny i walczy. Do pokoju co i rusz wchodził ktoś z rodziny, mając nadzieję, że usłyszą coś nowego ponad to, co już usłyszeli. Pokój to pewnie zbyt dużo powiedziane, cała chatka składała się z jednej izby, w której znajdowała się kuchnia, jadalnia i kilka miejsc do spania. Pomieszczenie, w którym leżał Albert, to raczej boczna izba, nieduży składzik przerobiony na sypialnię, by ktoś mógł mieć tutaj choć odrobinę spokoju i samotności. Być może właśnie on, wyglądał na zapracowanego człowieka. Archibald nawet nie chciał myśleć o tym, że być może swoją nieuwagą i brakiem cierpliwości pozbawi jedynego żywiciela rodziny. Co jakiś czas zerkał na zegarek, sprawdzając ile minęło czasu od podania pierwszej dawki antidotum. Postanowił podać mu jeszcze jedną – to było dość ryzykowne zagranie, ponieważ zbyt duża ilość antidotum również mogła zadziałać jak trucizna, ale Albert najwidoczniej potrzebował dawki uderzeniowej. Posiedział przy jego łóżku jeszcze kolejne pół godziny, upewniając się, że antidotum nie pogorszyło jego stanu, po czym wyszedł do reszty rodziny. – Nie mogę obiecać, że z tego wyjdzie – powiedział zgodnie z prawdą, nie mając zamiaru ukrywać przed nimi tej przykrej możliwości. – Mogę prosić o jakąś fiolkę albo słoik? – Wyjął z torby antidotum i przelał odrobinę do podanego naczynia. – To jest lekarstwo. Proszę mu je podać wieczorem o dwudziestej pierwszej, nie wcześniej. Zajrzę tutaj rano, ale jeżeli coś państwa mocno zaniepokoi, proszę mnie wezwać – spojrzał po zebranych czarodziejach, po czym opuścił ich domostwo. Na początku szedł dość spokojnym krokiem, nie tracąc rezonu, lecz kiedy chatka zniknęła mu już gdzieś za plecami, znacznie przyspieszył kroku. Ręce trzęsły mu się z nerwów, dawno nie popełnił tak poważnego błędu przy diagnozie. Czuł, że dzisiaj szybko nie wróci do domu, o ile w ogóle nie zostanie w Oazie na noc.

zt


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 7
UZDRAWIANIE : 33
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Szpital polowy [odnośnik]02.10.21 18:51
17.01 wieczór

Wbrew początkowym przypuszczeniom, całkiem szybko wpadł na trop adresatki listu, który przed kilkoma dniami wyciągnął z martwych rąk mugola. Wspomnienie pobojowiska, jakie zastał, miało stanowić kolejną z makabrycznych układanek, jakie serwowali im wrogowie. Ale - niezależnie od ogromu okrucieństwa, nie miał w zwyczaju zostawiać podobnych spaw bez echa. Tym bardziej, że masakra w Somerset nie była pojedynczym incydentem. W odstępie dwóch dni, w niedalekich odległościach morderstwa? Nie wierzył w przypadek. Nie tak makabryczny. Zbyt długo też pracował jako auror, by móc udawać w podobną, incydentalną przypadkowość.
W pierwszej kolejności zdążył powiadomić o zajściu dowództwo w szczegółowym raporcie, w kolejnej, prosząc o pomoc w znalezieniu córki zamordowanego mugola. Jak się okazało ostatecznie, sama dziewczyna mugolem już nie była, obdarzona darem magii, pomagała w polowym szpitalu, jako bardzo młoda uzdrowicielka.
Lydia, bo tak miała na imię czarownica, z oczywistym roztrzęsieniem przyjęła informacje, jakie jej przyniósł wraz z listem. Ograniczył się do faktów, nie starając się wdawać w szczegóły.
Sam pomysł na dostarczenie wiadomości miał jeszcze dodatkowe podstawy, bardziej prywatne. Miał świadomość wagi informacji, jaką mógł otrzymać ze względu na wydarzenie, ale w nieokreślony sposób, nie umiał odmówić ostatniej woli człowiekowi, który niemal umierał na jego rękach. Coś na kształt honoru, czy też zamazanego wspomnienia własnego pragnienia kontaktu z rodziną jeszcze w momencie uwięzienia. Nie spodziewał się jednak, że pergamin zawierał nie tylko słowa ostatniego pożegnania, ale i zaszyfrowaną informację o mugolskich kryjówkach. To podpowiadało dodatkowo, że miejsca mogły być już zagrożone odkryciem, tym bardziej jeśli dwa miejsca masakr o których wiedział, były ich zwiastunem. Czy było ich więcej? Tylko przypadek sprawił, że trafił na miejsce kaźni. Żałował tylko, że wszystko działo się już po fakcie. Czy zdołałby zapobiec tragedii, stojąc na przeciw całej czarnoksięskiej bandy? Nie miało już znaczenia. Jeśli chciał pomóc dziewczynie i mugolom ze wskazanych kryjówek, musieli jak najszybciej zacząć działać. Tym bardziej, że lokalizacje nie znajdowały się tylko w jednym hrabstwie.

zt


Darkness brings evil things
the reckoning begins
Samuel Skamander
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
I've come too far, to go back now
I'll never close my eyes
OPCM : 54
UROKI : 31
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej
Szpital polowy - Page 6 9l89Y7Y
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#280340

Strona 6 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Szpital polowy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach