Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Drzwi wejściowe
AutorWiadomość
Drzwi wejściowe [odnośnik]10.01.21 12:14

Drzwi wejściowe

Drzwi, które prowadzą do mieszkania na poddaszu, są poobdrapywane, podniszczone, a zdobiąca je dwójka nie lśni jak za dawnych czasów, najważniejsze dla domowników jest jednak to, że wciąż spełniają swoją podstawową funkcję - nie wypadły z zawiasów, do tego mają kilka zestawów zamków.
Wraz z przekroczeniem progu wchodzi się do wąskiego, pozbawionego okien korytarza, z którego dostać się można do wszystkich pozostałych pomieszczeń lokum.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]16.01.21 13:26
| 3 lipca

Wiedziała, że w końcu mogą zainteresować się jej zniknięciem, spróbować wyśledzić, by zadać garść niewygodnych pytań i w końcu osadzić w Tower – dla przykładu. Uparcie powtarzała sobie, że jest tylko jedną z wielu, że Ministerstwo ma teraz wiele ważniejsze problemy na głowie, mimo to niepokój nie znikał. Wszak nie była już jedynie pracownicą wiedźmiej straży, która – dziwnym trafem – przestała pojawiać się w biurze wraz z rozłamem departamentu przestrzegania prawa czarodziejów, ale i powoli angażującym się w działania rebeliantów sojusznikiem Zakonu Feniksa. To zaś sprawiało, że strach o swoje bezpieczeństwo – i bezpieczeństwo mieszkającego z nią brata – tylko się pogłębił. Co by było, gdyby ją tu znaleźli? Policjanci, inni strażnicy, albo co gorsza ci zastraszający Londyn szaleńcy. Nie mogła być z Kaiem w pełni szczera, wytłumaczyć mu, do kogo przystała, ale też nie zamierzała lekkomyślnie ryzykować jego zdrowiem i życiem przez zaniechanie podjęcia środków zaradczych, które były w jej zasięgu.
Nakładała zabezpieczenia u boku Jaydena, pomagała z nimi również Tonksowi, dzięki któremu weszła w posiadanie ksiąg o podstawach numerologii – teraz zaś, po nadrobieniu zaległości, lepszym zapoznaniu się z tematem, mogła więcej. Upewniła się, że brat siedzi w swoim pokoju – chciała utkać pułapki tak, by nie przeszkadzały w dostawaniu się do domu ani jej, ani jemu – i zakasała rękawy, stając przed obdrapanymi, pokrytymi brązową farbą drzwiami. Od czego powinna zacząć? Odetchnęła głębiej i przywołała z pamięci odpowiednie ruchy, myśląc o Szklanych domach. Byłoby to niezwykle wygodne, gdyby mogli dostrzec potencjalnego intruza jeszcze nim ten przekroczyłby próg mieszkania. To jednak za mało, musiała zrobić coś, by spowolnić włamywaczy. Przez chwilę wahała się, które zaklęcie byłoby do tego najodpowiedniejsze, w końcu zdecydowała się na Strach na gremliny. Iluzja mieszkańców, którą mogłaby odpowiednio wymodelować, brzmiała dobrze, lecz w jej rozumieniu – nie aż tak dobrze, jak ta bogina. Każdy się czegoś bał, zaś urzeczywistnienie największych obaw i lęków powinno okazać się skuteczniejsze niż widok jej samej czy nalegającego na opuszczenie mieszkania Kaia. Na koniec pomyślała o Tenuistis, chcąc uniemożliwić aportację na obszarze całego lokum.

| Szklane domy, Strach na gremliny, Tenuistis na całe mieszkanie (aportacja); zt


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]27.05.21 8:38
| 25 listopada

Nadal nie potrafiła w to uwierzyć, jak ktoś mógł podłożyć ogień na poddaszu starszej, samotnie żyjącej kobiety, a później jeszcze otruć kilka jej kotów, posunąć się do takiej podłości – z drugiej jednak strony, czy naprawdę powinna się temu dziwić? Mieszkańcy Wysp coraz mniej przypominali ludzi, stawali się pozbawionymi hamulców, przekraczającymi kolejne granice bestiami. Cieszyła się, że czarownica wciąż żyła, gdyby chcieli ją zabić, już dawno by to zrobili, wiedziała jednak, że jeśli nie podejmą żadnych działań, nie zadbają o odstraszanie poczynających sobie coraz śmielej zbirów, w końcu znajdą martwą i ją. Maeve znała kobietę z widzenia, zajmowała niewielkie mieszkanie na obrzeżach Lancaster i nie brakowało jej dobrych chęci. Pożar nie był przypadkiem, przypadkiem również nie było to, że ogień pochłonął ubrania i koce, które miały zostać zabrane do Oazy. Ktoś musiał dowiedzieć się o zaangażowaniu staruszki w ich sprawę – i chcieć ją od tego odwieść.
O sytuacji usłyszała początkiem października, od tamtej pory podjęła starania, by dowiedzieć się o wypadkach czegoś więcej. Wszak nie mogli działać bez przygotowania, poznania detali obu zajść. Mało kto chciał z nią rozmawiać, łatwiej było odwracać wzrok i ignorować udzielone staruszce ostrzeżenie, byle tylko nie zwrócić na siebie uwagi tych, którzy nie wahali się przed ruszeniem za samotną, robiącą na drutach i otaczającą się kotami czarownicą. W końcu jednak udało jej się pociągnąć za język kogoś, kto odpowiednio pokierowany powiedział więcej niż by sobie tego życzył. O kręcących się w okolicy młodzianach, na oko dwudziestoletnich, dopiero wkraczających w dorosłość – podobno byli tam tego wieczoru, gdy podłożono ogień. Podobno widziano ich również między kamienicami, gdy próbowali schwytać jakiegoś kota; możliwe, że był to jeden z tych, które należały do pani Brand. Czy dlatego podłożyli trucizny? Bo nie udało im się pozbyć zwierząt inaczej? Ktoś jeszcze potwierdził, że kojarzył tych chłystków, że szwędali się po ich dzielnicy, szukali zwady, a ludzie zwykli omijać ich szerokim łukiem. Podejrzewała więc, że trafiła na właściwy trop, teraz tylko musiała jeszcze zrozumieć, czy kierowało nimi ślepe uprzedzenie, nuda, czy może naprawdę wiedzieli o wsparciu, jakiego czarownica udzielała Zakonowi Feniksa. A jeśli tak, to skąd? Nadchodziła zima, a tłoczących się w Oazie uchodźców było tylu, że nie wszyscy mieli dach nad głową; potrzebowali wszystkiego, co mogłoby pomóc w zapewnieniu im choć odrobiny ciepła.
Próbowała porozmawiać z panią Brand, ta jednak była zbyt roztrzęsiona, nieufna, by chcieć wpuścić ją do środka. Czarownica była człowiekiem starej daty – Maeve pomyślała więc, że może jej lęk złagodzi widok kogoś, kto jeszcze do niedawna, nim świat stanął na głowie, parał się łapaniem czarnoksiężników. Ona sama była niepozorna, w pojedynkę niewiele mogła zdziałać, lecz wierzyła, że z pomocą doświadczonego aurora skutecznie zabezpieczy lokum zagrożonej kobieciny, a także odstraszy tych, którzy postanowili ją zgnębić. Najpierw zwróciła się z prośbą o pomoc do Fredericka, miała nadzieję, że ten znajdzie czas, by wspomóc ją w rozwiązaniu tej sprawy, kiedy jednak dni mijały, a on dalej nie odpisywał, stłumiła ukłucie żalu i posłała list do kogoś innego. Kogoś, z kim współpracowała już kilka razy i wiedziała, czego się po nim spodziewać.
Dziękuję, że się zgodziłeś – powitała Cedrica, gdy ten skrócił dzielącą ich odległość, odnalazł ją stojącą na rogu podniszczonego budynku. Sądziła, że nie mają czasu do stracenia, że powinni udać się do mieszkania pani Brand możliwie jak najszybciej, uprzejmość nakazywała jednak upewnić się, co on na to. – Jesteś gotów? Czy musisz odpocząć po podróży? – Poprawiła kołnierz płaszcza; znów zbierało się na deszcz. [bylobrzydkobedzieladnie]


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.


Ostatnio zmieniony przez Maeve Clearwater dnia 30.05.21 11:52, w całości zmieniany 1 raz
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]27.05.21 22:37
Z każdym dniem czułem się coraz lepiej. Gorączka wreszcie ustąpiła, nie marzłem i nie pociłem się w pościeli jednocześnie, całymi nocami przewracając z boku na bok. Dzięki ziołom, jakie podarował mi Vincent - nie dając możliwości odmowy nawet - wracałem do pełni zdrowia. Właściwie czułem się już naprawdę nieźle, dokuczał mi jeszcze tylko lekki katar, lecz już nie na tyle uciążliwy, aby przeszkadzał w czarach. Na całe szczęście. Zostało już tylko kilka dni do wyprawy zaplanowanej przez Skamandera i ostatnie dni listopada spędzałem głównie na przygotowaniu się do niej z małymi wyjątkami. Zgodnie z ustaleniami skontaktowałem się z dawnymi przyjaciółmi ojca, lecz wielu z nich już nie pływało, inni za ryzyko liczyli sobie słono, Rineheart zaś poinformował, że załatwił sprawę. Nie próbowałem więc dalej uznając, że jeden punkt z naszej organizacyjnej listy został odhaczony; zająłem się zatem czymś innym, bo roboty okazało się być więcej, niż śmiałem przypuszczać.
Brakowało mi zatem czasu, lecz nie mogłem odmówić Maeve, kiedy jej kremowa płomykówka przyniosła dość lakoniczny list. Pochylałem się wówczas nad manuskryptem o śmierciotulach, przesłanym przez Percivala, coś jednak w słowach skreślonych ręką Wiedźmiej Strażniczki nie pozwoliło mi odmówić. Jeśli miało to pomóc nam wszystkim, najpewniej wiązało się z Zakonem Feniksa. Clearwater nie pisała do mnie w błahych sprawach, nie wspominała też o zarobku - nie chodziło więc o prywatne zlecenie. Na czystym pergaminie napisałem kilka słów z obietnicą przybycia i przywiązałem go do sowy czarownicy, aby nie powróciła z niczym.
Tak jak obiecałem, tak uczyniłem - dwudziestego piątego listopada, po wypiciu kubka gorącego naparu z ziół od Vincenta, opuściłem Oazę, aby teleportować się w okolice Lancaster. Trochę wcześniej, niż pisała, by odnaleźć właściwy budynek. Okazało się, że już na mnie czekała; dostrzegłszy drobną sylwetkę Clearwater przyśpieszyłem kroku, pokonując dzielący nas dystans.
- Maeve - przywitałem się z czarownicą, ściągając przy tym na chwilę kapelusz z głowy; listopadowy dzień był mroźny, w powietrzu czułem nadchodzącą zimę. Tym razem jednak zabezpieczyłem się przed chłodem zimowym płaszczem i grubym swetrem pod nim. - Rozumiem, że to coś ważnego? - spytałem, skinąwszy głową na jej podziękowania; nie musiała dziękować, jeśli to miało związek z Zakonem Feniksa, buntem przeciwko Lordowi Voldemortowi - to był nasz obowiązek. - Powiesz mi więcej? - poprosiłem. Pokręciłem zaraz głową, kiedy spytała, czy chcę odpocząć po podróży. - Nie, nie potrzebuję, wszystko w porządku. Możemy ruszać, prowadź, Maeve - zapewniłem kobietę. Nie podróżowałem miotłą, teleportowałem się, więc nie było po czym odpoczywać. Zawiesiłem na twarzy Clearwater pytające spojrzenie, oczekując wyjaśnień, dalszych informacji. Musiałem wiedzieć do czego potrzebowała mojej pomocy.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Drzwi wejściowe Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]30.05.21 13:25
Przelotnie złożyła usta w uśmiechu, gdy górujący nad nią wzrostem mężczyzna przywitał się, taktownie ściągając przy tym nakrycie głowy; odruchowo wcisnęła dłonie w kieszenie płaszcza, gdy od strony lasu zawiało chłodem, jednocześnie ostrożnie szukając na twarzy Cedrica oznak zmęczenia. Sądziła, że dostrzega na niej cień choroby, malujące się pod oczami cienie kontrastowały z bladością skóry, nie śmiała jednak dopytywać o szczegóły. Skoro nie potrzebował odpoczynku, nie miała zamiaru nalegać, obciążać go zbędną troską. – Tak, oczywiście – zgodziła się cicho, po czym przestała wspierać się o ceglany mur kamienicy, wskazała głową na pobliskie zarośla. – Chodźmy tędy – zaproponowała jeszcze, po czym żwawym krokiem skierowała ich na wydeptaną, piaszczystą ścieżkę, teraz naznaczoną licznymi kałużami i wędrującymi przez nią ślimakami. Do gmachu, w którym pomieszkiwała pani Brand, mogliby się również dostać bez wchodzenia między drzewa, wędrując wybrukowanymi, opustoszałymi uliczkami tej części Lancaster; droga ta zajęłaby im nawet krócej, lecz Maeve zależało, by obierać mniej oczywiste szlaki. Potrzebowali zostać sami, jeśli chcieli porozmawiać o tym, czym mieli się dzisiaj zająć. – Jakiś czas temu czarownica, która pomieszkuje niedaleko, pani Brand, znalazła się w centrum zainteresowania naszych wrogów. Podpalono jej strych, później otruto kilka kotów... – Skrzywiła się, zaciskając przy tym palce na drewienku schowanej przed wzrokiem innych różdżki. – Już samo to, że ktoś wziął na cel starszą, samotną kobietę, jest okropny. Pożar nie był jednak przypadkiem. Pani Brand bardzo nam pomogła, robiąc na drutach ubrania, koce. Teraz jednak boi się o własne bezpieczeństwo, więc dostawy ustały. – Starała się zrelacjonować wydarzenia ostatnich miesięcy możliwie jak najszybciej, bez zbędnych emocji, choć nie potrafiła ukryć zakradającego się między kolejne zgłoski wzburzenia. Wierzyła, że nie musi doprecyzowywać, gdzie trafiały wyroby czarownicy. – Próbowałam z nią porozmawiać, ale nie chciała mnie wpuścić do środka. Nic dziwnego. Pomyślałam, że może... Może obecność aurora coś zmieni – dodała cicho, przy profesji towarzysza ściszając głos do szeptu. – Powinniśmy z nią porozmawiać. Nałożyć na mieszkanie pułapki, by znów mogła poczuć się bezpiecznie. A później zająć tymi, którzy postanowili uprzykrzyć jej życie. – Ulokowała wzrok na twarzy Dearborna, oczekując od niego pytań czy sugestii. Była gotowa wyjaśnić wszystko, co wzbudzałoby w nim jakiekolwiek wątpliwości. Przekroczyła leżącą na drodze gałąź, przytrzymując przy tym przewieszoną przez ramię, podniszczoną torbę, by przypadkiem pasek nie zsunął się po materiale kaftana i nie wylądował na wilgotnej ściółce. – Próbowałam się o nich czegoś dowiedzieć. W okolicy kręci się grupka smarkaczy, którzy lubią sprawiać kłopoty. Podobno ktoś ich wtedy widział, kiedy doszło do podpalenia. Nie sądzę jednak, żeby to oni byli pomysłodawcami tych ostrzeżeń – rozwinęła, spinając mięśnie od przebiegającego wzdłuż kręgosłupa drżenia. Prowadziła Cedrica dalej, wybierając właściwe ścieżki, raz po raz sprawdzając okolicę przy pomocy Homenum Revelio; było ciemno, wilgotno i zimno, wiedziała jednak, że są już blisko celu swej wędrówki.
To tutaj – oświadczyła, gdy przystanęli przed podniszczoną kamienicą, całkiem podobną do tej, w której pomieszkiwała wraz z Kaiem. Ta jednak nie była z cegły, a z szarego kamienia; poddasze było całe, lecz osmalone, wychodzące na ulicę okno – zaklejone lub zastawione meblami, nie była pewna. – Im szybciej to załatwimy, tym lepiej – dodała jeszcze, po czym ramię w ramię ruszyli ku obdrapanym drzwiom prowadzącym do wnętrza pierwszej klatki schodowej. Zmarszczyła nos w reakcji na woń stęchlizny, kociej karmy, dymu, nie powiedziała jednak nawet słowa. Kiedy wdrapali się na sam szczyt schodów, odetchnęła głośniej, wskazując aurorowi odpowiednie drzwi ozdobione mosiężną, przekrzywioną siódemką. – Pani Brand, to ja, Maeve. Chcielibyśmy porozmawiać z panią o tym, co się stało. Mamy wspólnych przyjaciół – spróbowała, kiedy już zapukała, a z drugiej strony nie dobiegły żadne głosy – oprócz tych należących do kocich podopiecznych starszej czarownicy. Musiała tam być, wiedziała o tym. Kluczem było, jak przekonać ją do wpuszczenia ich do środka. – Jest ze mną ktoś, kto mógłby pomóc – dodała, pochylając się bliżej drzwi, nie chcąc, by ta rozmowa dotarła do uszu sąsiadów.
Cisza. Zapukała jeszcze raz, spoglądając przez ramię ku Dearbornowi ze zmarszczonymi brwiami.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]31.05.21 11:05
Panna Clearwater wcisnęła dłonie w kieszenie płaszcza, nie wyciągałem więc ku niej ręki, by mi ją podała, może nie przepadała za podobnymi gestami, ja zaś nie zwykłem sie narzucać. Zauważyłem też, ze nie ma rękawiczek, a listopadowy chłód dawał się we znaki. Skostniałe od mrozu palce utrudniały czarowanie, o tym sam przekonałem się niespełna dziesięć dni wcześniej w Dorset. Nie zamierzałem jej jednak pouczać, tak jak ona odpuściła wszelkie komentarze pod adresem mojej, cóż, nie najlepszej aparycji. Może nie byłem w ostatnim czasie okazem końskiego zdrowia, nie mogłem sobie jednak pozwolić na rozckliwianie się nad samym sobą. Wróg nie zaczeka, dopóki nie pozbędę się magicznego kataru, to oczywiste.
Skinąwszy głową, na którą wsunąłem znów kapelusz, ruszyłem za Maeve energicznym krokiem, zastanawiając się, gdzie mnie prowadzi. Mieliśmy się teleportować? Znaleźć świstoklik? Czarownica szybko rozwiała moje wątpliwości, nie musiałem prosić po raz drugi.
- Nie mogę powiedzieć, by mnie to dziwiło - mruknąłem z podobnym niezadowoleniem. Wzięcie na cel samotnej, starszej kobiety było oznaką nie tylko podłości, ale i zwykłego tchórzostwa. - Pytanie tylko brzmi, czy te ataki mają rzeczywiście związek z materiałami jakie nam dostarczała i jest to ostrzeżenie, czy może to przypadek, a ktoś niepowiązany z Ministerstwem zechce ją zastraszyć, okraść i wykorzystać. Tego też nie możemy wykluczyć - powiedziałem po chwili zastanowienia. Nie zawsze całe zło tego świata było zasługą czarnoksiężników i ich sługusów. Niekiedy to złodzieje, oszuści, kryminaliści wszelkiej maści próbowali po prostu wykorzystać sytuację. - Niezależnie jednak od tego musi odzyskać poczucie bezpieczeństwa, jeśli tego właśnie jej brakuje, aby udzielić nam pomocy - przyznałem cicho. Lepiej było dmuchać na zimne. Nawet jeśli i ręczne robótki pani Brand to niewiele jak na potrzeby Oazy, gdzie schronienie odnajdywało coraz więcej osób, to każda pomoc jest cenna, nie mogliśmy pozwolić na stracenie jakiejkolwiek. Maeve sama zaś wspomniała o grupce młodocianych huliganów. Może to byli oni, może nie.
- Jesteś pewna, że będzie skłonna wpuścić do środka obcego mężczyznę, a nie ciebie, skoro cię zna? - spytałem, bo miałem pewne wątpliwości, lecz skoro jej wcześniejsze rozmowy spełzły na niczym... Cóż, musieliśmy zatem spróbować.
Przeszedłem nad gałęzią, obserwując jak Maeve niemal nad nią przeskakuje, zastanawiając się nad tym, że kilka tygodni wcześniej też myśli zajmowała jej inna starsza kobieta, mieszkanka Doliny Godryka. Znów pomyślałem o tym, że powinienem był z nią porozmawiać o tamtym spotkaniu na cmentarzu. Odłożyłem to na później - po raz kolejny. - Zrobię wszystko, co w mojej mocy - zapewniłem czarownicę, otwierając przed nią obdrapane drzwi starej, osmolonej czarownicy. Już na wejściu nie wyglądało to zbyt ciekawie. Myśl o tym, że ktoś po prostu chciał panią Brand okraść wydawała się jakby mniej prawdopodobna.
Dotarłszy pod drzwi z przekrzywioną siódemką stanąłem za Maeve, pozwalając, aby zapukała jako pierwsza i odezwała się, lecz pozostało to bez żadnej reakcji. Czekaliśmy minutę, dwie - wciąż cisza. Czarownicy nie było w domu? Może, mogliśmy to sprawdzić zaklęciem Homenum Revelio. A może po prostu się bała. Zbliżyłem się do drzwi i zapukałem, trochę mocniej.
- Pani Brand? Nazywa się Cedric Dearborn. Jestem aurorem. Rozumiem, że boi się pani o swoje bezpieczeństwo, jesteśmy tu jednak po to, by pomóc. Maeve zależy, aby poczuła się pani spokojniej. Proszę rzucić zaklęcie Abspectus na drzwi, to przekona się pani, że to tylko my - odezwałem się, zbliżając twarz do drzwi z nadzieją, że staruszka podsłuchuje po drugiej stronie. Starałem się jednak nie mówić za głośno, tak jak i Clearwater, aby te słowa nie dotarły do sąsiadów - jeśli wciąż tu byli. - Mógłbym nałożyć na pani mieszkanie kilka czarów ochronnych. Nie doszłoby do włamania, a przynajmniej dałoby pani szansę na reakcję - mówiłem dalej, kiedy tylko usłyszałem zza drzwi jakiś szelest.
Nagle, niemal niespodziewanie, brzęknął zamek, klamka ugięła się pod wpływem ruchu po drugiej stronie i drzwi uchyliły się. W szparze oboje ujrzeliśmy pomarszczoną, podejrzliwą twarz pani Brand o bystrym spojrzeniu.
- Wejdźcie - powiedziała cicho, kiedy już rozejrzała się po klatce schodowej i upewniła, że byliśmy na niej tylko ja i Maeve. Nieco niechętnie, pewnie wciąż pełna wątpliwości, wpuściła nas do środka. Przepuściłem Clearwater przodem, sam wszedłem do mieszkania ściągając kapelusz.
- Proszę mi powiedzieć, podejrzewa pani kto stoi za tymi atakami? - spytałem, nie wyciągając jeszcze różdżki; bury kot otarł się o kostki, kiedy zamykałem drzwi za sobą.
Staruszka pokręciła głową.
- Niezależnie od tego kto jest sprawcą, postaramy się zabezpieczyć mieszkanie, jeśli to pani odpowiada. Takie zabezpieczenia jak Bubonem, Cave Inimicum, Mała twierdza, Nierusz, Strach na gremliny to takie podstawy, które powiadomią panią o obecności ewentualnego intruza. Mógłbym też zająć się czymś poważniejszym. To zajmie tylko kilka godzin... - zaproponowałem, zawieszając na twarzy staruszki pytające spojrzenie.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Drzwi wejściowe Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]04.06.21 11:48
Dearborn miał rację, opisywane przez nią ataki nie musiały wiązać się z pomocą, jakiej starsza czarownica udzielała Zakonowi Feniksa – istniało jednak wysokie prawdopodobieństwo, że tak właśnie było. Niezależnie od motywacji napastników, pani Brand bała się wyściubiać nos poza własne lokum, bała się kontaktować z ich sojusznikami, nie mogli więc liczyć na kolejne dostawy ciepłych ubrań i koców, których mieszkańcy Oazy tak bardzo potrzebowali. Pokiwała głową, gdy towarzysz doszedł do takich samych wniosków. – Ktoś musiał mieć jakiś interes w zastraszeniu tej kobiety. Gdyby ktoś zechciał ją po prostu okraść, zająć jej mieszkanie, pewnie byłaby już martwa. Ona, nie jej koty. Ale masz rację, to nie musieli być oni – przytaknęła, nie wypowiadając nazwy ugrupowania, które skupiło się wokół samozwańczego Lorda Voldemorta. Wątpiła, by akurat Rycerze Walpurgii postanowili zająć się mieszkającą w drugim końcu kraju staruszką, której jedyną przewiną było robienie na drutach. Nie brakowało jednak takich, którzy działali na własną rękę. Liczących na sowitą zapłatę szmalcowników, bezwzględnych łupieżców, próbujących wzbogacić się na cudzej krzywdzie krętaczy. – Mam tylko nadzieję, że da sobie pomóc – mruknęła jeszcze, składając usta w bladym uśmiechu, który nie sięgnął zmrużonych, zasnutych mgłą zamyślenia oczu. – Tak naprawdę nie znamy się szczególnie dobrze, tylko z widzenia. Pomyślałam, że może ktoś twojej profesji przekona ją do podjęcia dialogu. – Wzruszyła ramionami, wciąż wciskając dłonie w kieszenie wełnianego płaszcza. Nie chciała mówić tego na głos, lecz oboje musieli zdawać sobie sprawę z faktu, że nie robiła na rozmówcach takiego wrażenia jak postawny, mogący pochwalić się łapaniem czarnoksiężników Cedric. Niezależnie od tego, że myśl ta godziła w jej dumę, pozory bywały zwodnicze, szukała jak najlepszego rozwiązania z sytuacji, w której się znaleźli. I znów pochylała się nad bezpieczeństwem osób, których nie znała, jednocześnie odcinając się od bliskich, swoim zaangażowaniem w rebelię narażając ich na różnego rodzaju reperkusje. Czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy rodziców? Wróci do domu, w którym się wychowywała...?
Wiedziała, że czarownica jest w środku, za obdrapanymi, podniszczonymi drzwiami – i wiedziała, że zmuszenie jej do rozmowy siłą niczego nie naprawi, wprost przeciwnie. Ściągnęła usta w wąską kreskę, tocząc dookoła podejrzliwym wzrokiem; miała nadzieję, że nikt ich teraz nie podgląda, nie podsłuchuje, a mieszkanie po drugiej stronie korytarza stoi puste. Poddała się, odsunęła na bok, pozwalając Dearbornowi przejąć pałeczkę. W milczeniu wsłuchiwała się w jego słowa, jednocześnie wytężając słuch, próbując wyłowić wśród skrzypnięć i zgrzytnięć dźwięki, które mogłyby zdradzać obecność ewentualnych intruzów. Wyglądało jednak na to, że mogą skupić się na nakłonieniu pani Brand do wpuszczenia ich do środka – oraz że pomysł z przyprowadzeniem do niej aurora był trafiony. Cedric okazał się na tyle taktowny i przekonujący, że czarownica otworzyła przed nimi drzwi, nogą powstrzymując ciekawskiego, próbującego przekroczyć próg kota. Maeve momentalnie przywołała na twarz uprzejmy uśmiech, po czym ruszyła śladem staruszki, ignorując nasilającą się woń dymu, spalenizny, a także tańczący w smugach światła kurz. – Czy w dniu pożaru widziała może pani kręcących się dookoła młodzieńców? Czterech, niespełna dwudziestoletnich. Podobno lubią sprawiać kłopoty – dopytała miękko, gdy gospodyni poprowadziła ich do małego saloniku; to jego okna wychodziły na podwórze, teraz zastawione były ciężkimi komodami. Wtedy też w pomarszczonej, naznaczonej zmęczeniem twarzy staruszki zaszła zmiana. Z początku nieznaczna, ledwie zauważalna. Dopiero po chwili coś w niej pękło, zdecydowała się przemówić. – Brednie, Gerard nigdy... To są dobrzy chłopcy. Lubią psikusy. To jeszcze nie zbrodnia. – Oburzyła się, trzęsąc przy tym z nerwów. Jeden z podpieczonych podszedł bliżej, skoczył jej na podołek, wyczuwając wzburzenie właścicielki. – Oczywiście. Nikt nie mówi inaczej. Czyli jeden z nich nazywa się Gerard? Gerard Hawthorne? Chcielibyśmy z nim porozmawiać, może widział coś więcej, ma pomysł, kto za tym wszystkim stoi. – Strażniczka wciąż się uśmiechała, przemawiała ze spokojem, choć reakcja pani Brand była czymś, czego nie zdołała przewidzieć. Dearborn dokonał oględzin niewielkiego lokum, zaproponował obłożenie go zabezpieczeniami; nie była pewna, czy to zasługa jego aparycji, czy kwestia wykonywanego zawodu, lecz staruszka momentalnie złagodniała, dziękując za troskę i za zainteresowanie. Maeve przeniosła wzrok z pani Brand na towarzysza, a później znów na zgarbioną, wiekową czarownicę, tłumiąc kiełkujące w piersi niedowierzanie. Najważniejsze, że zastraszana kobieta zgodziła się na wszystko, co auror zasugerował. Kolejnych kilka godzin upłynęło im na metodycznym nakładaniu wybranych zabezpieczeń, tkaniu sieci pułapek, która powstrzymałaby intruzów przed kolejnymi atakami czy włamaniem na zajmowany przez nią strych. Dopiero wtedy, gdy już zbierali się do wyjścia, pani Brand – najprawdopodobniej wzruszona okazaną jej pomocą, a także uprzejmą rozmową, którą zabawiali ją w trakcie wizyty – złapała Cedrica za dłoń, zatrzymując go w pół kroku. – Gerard... Gerard nie zrobił nic złego. On nigdy nic... Uwierzcie mi. Wiem tylko, że spotykają się w tym opuszczonym budynku za lasem, kiedyś mieszkali tam McKinnonowie – pożegnała się, po czym prędko zaryglowała za nimi drzwi.
Dziękuję. – Maeve podchwyciła spojrzenie Dearborna, gdyby nie on, nigdy nie dostałaby się do środka, po czym ruszyła w dół po podniszczonych kamiennych schodach. – Znam drogę do tego domu. Powinniśmy złożyć im wizytę. Mam dziwne przeczucie, że ktoś nie jest na tyle dobry, na ile mogłoby się wydawać – mruknęła jeszcze, nie kryjąc przemawiającego przez nią uprzedzenia, zgryźliwości. Znów poprowadziła go w stronę drzew, pod których osłoną dotarli do tej części dzielnicy, po czym skręcili w prawo, oddalając się od miejsca, w którym się tego dnia spotkali. – To niedaleko. Powinniśmy mieć się na baczności. Może to tylko dzieciaki, ale jest ich czwórka – podkreśliła; nie mogli dać się zaskoczyć. Po kwadransie szybkiego spaceru znaleźli się na skraju lasu, stąd mieli dobry widok na pobliską ruderę; kiedyś domostwo wzbudzało zazdrość sąsiadów, później jednak przyszła wojna, a McKinnonowie uciekli. – Carpiene, Homenum revelio... I idziemy? – skonsultowała się z towarzyszem, głową wskazując na cel ich wędrówki. [bylobrzydkobedzieladnie]


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.


Ostatnio zmieniony przez Maeve Clearwater dnia 17.06.21 20:19, w całości zmieniany 1 raz
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]16.06.21 12:48
- Niekoniecznie. To mógł być tez rekonesans, sprawdzenie, czy jest zabezpieczona, czy ktoś udzieli jej pomocy, czy będą jakiejś konsekwencje, zanim posuną się dalej - odpowiedziałem po chwili zastanowienia. Wydawało mi się, że było wręcz odwrotnie. Gdyby to byli właśnie Rycerze Walpurgii, to pani Brand byłaby martwa. Czarnoksiężnicy nie mieli zwyczaju się litować. Nie zadawali pytań. Zwłaszcza teraz. Wystarczy pogłoska, plotka, mały donos od nieprzyjaznej osoby, by odebrać drugiemu człowiekowi życie. Nie mieli przecież skrupułów, nie mieli sumienia, nie mieli żadnych zahamowań. Robienie na drutach to niewielka przewina, lecz w obecnej chwili czy nie wystarczająca? Ci ludzie wyznawali wszak zasadę kto nie jest z nami, jest przeciwko nam i byli zdecydowani na tłamszenie każdego ruchu oporu, najmniejszego sprzeciwu. To tylko jednak jedynie moje przypuszczenia. Niezależnie od tego, kto zdecydował się uprzykrzyć życie i zagrozić pani Brand, musieliśmy zainterweniować. Może jej pomoc, w chwili obecnej, była kroplą w morzu naszych potrzeb, lecz nie mogliśmy pozwolić sobie na tę stratę. - Również mam taką nadzieję - odparłem. Uśmiechnąłem się lekko kącikiem ust na słowa o mojej profesji. - Postaram się zrobić na pani Brand jak najlepsze wrażenie - obiecałem, siląc się na żartobliwy ton. Poczułem jakąś ulgę, że Maeve wciąż uważała, że będę człowiekiem bardziej wiarygodnym i godnym zaufania, wzbudzającym w drugim człowieku spokój i pewność, mimo feralnego spotkania na cmentarzu w Dolinie Godryka. Samo obwieszczenie "jestem aurorem" mogłoby się na niewiele zdać.
Na całe szczęście i sama pani Brand nie okazała się szczególnie oporna. Ostatecznie wpuściła nas do środka. W innym wypadku musielibyśmy do wrócić później, może innego dnia, choć każdy dzień zwłoki mógł przynieść kolejne nieszczęście. Siłą jednak nie moglibyśmy się wedrzeć - to zaprzepaściłoby szanse na pomoc ze strony staruszki nie mniej jak całkowity brak reakcji. Może ona sama wiedziała po prostu, że sama nie da sobie rady i potrzebowała wsparcia? Nie ufała nam do końca, postanowiła jednak zaryzykować. Byłem w duchu pewien, że się na nas nie zawiedzie.
Zamilkłem, gdy Maeve podjęła temat dnia pożaru, widzianych tam młodzieńców, skupiając badawcze spojrzenie na miłej twarzy staruszki, na której malował się strach i zmęczenie. Miałem nadzieję, że powie wszystko, co wie dla własnego dobra. Nawet jeśli sama nie wierzyła w to, że ten cały... Gerard mógłby mieć coś wspólnego z pożarem, całą tą sprawą. Kobiety, niestety, szczególnie starsze miały w sobie za wiele wiary w drugiego człowieka, naiwności, czy można było panią Brand za to winić? Sam, póki co, nie naciskałem, nie drążyłem tematu tych młodzieńców. W pierwszej kolejności chciałem zająć się zabezpieczeniami, które zaproponowałem staruszce - i na jakie ostatecznie przystała. Zsunąłem więc z ramion płaszcz, zostawiłem go na wieszaku w przedpokoju razem z kapeluszem, podkasałem rękawy koszuli i bez zbędnej zwłoki wziąłem się do pracy.
Zacząłem od najprostszych zabezpieczeń, po każdym z nich tłumacząc pani Brand ich działanie, dopytując czy ma bliskich, przed którymi należy zrobić wyjątek, aby przypadkiem ich nie aktywowali. Każde z nich wymagało czasu i energii, kilka godzin później więc czułem się nieco zmęczony, zwłaszcza, że organizm miałem osłabiony przez chorobę, lecz czułem zadowolenie, że mieszkanie zostało zabezpieczone. Wkładałem płaszcz, kiedy pani Brand złapała mnie za rękę.
- O nic go nie oskarżamy, pani Brand. Chcemy tylko z nim porozmawiać. Może coś wie? - odparłem na słowa czarownicy, ściskając jej dłoń i unosząc lekko, spoglądając w jej oczy. - Proszę pamiętać, że gdyby coś się działo, może zawsze pani do mnie napisać. Niech się pani nie waha - powiedziałem, pochylając się, aby ucałować dłoń pani Brand na pożegnanie, zanim jeszcze opuściliśmy mieszkanie staruszki. Schodząc po schodach, uchwycając spojrzenie Maeve, westchnąłem ciężko. - Obawiam się, że masz rację. Młody mógł zakręcić biednej staruszce w głowie - przyznałem. Mało to było takich przypadków, gdzie młody cwaniaczek wykorzystywał naiwność i dobroć starszej osoby? Często samotnej i potrzebującej pomocy. - To mogą być smarkacze, ale jak widać, mogą być też gotowi posunąć się bardzo daleko - mruknąłem, zgadzając się z Clearwater w pełni, z tym, że powinniśmy mieć się na baczności. Nawet jeśli mieliśmy stanąć naprzeciw ludzi bardzo młodych i niedoświadczonych, to ich przewaga liczebna i bezwzględność mogła nam narobić kłopotów. Zaczekałem, aż Maeve rzuci zaklęcia i upewni się, czy możemy ruszyć do przodu. Wtedy skinąłem głową, przystając na tę propozycję, wyprzedziłem czarownicę, dając jej znać gestem, aby trzymała się lekko z tyłu - nie dlatego, że jej nie ufałem, lecz na wypadek, gdyby pędziło w nas zaklęcie mieć szansę na zatrzymanie go, a Maeve dać sekundę na inną reakcję.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Drzwi wejściowe Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]18.06.21 10:45
Choć nakładanie pułapek było pracochłonne, z mieszkania pani Brand wyszli po kilku długich godzinach, to oprócz odzywającego się bólem mięśni zmęczenia odczuwała coś jeszcze – namiastkę satysfakcji. Pomyślnie ukończyli pierwszą część ułożonego przez nią planu, upewnili się, że mieszkanie starszej czarownicy zostanie odpowiednio zabezpieczone i że dostawy tworzonych przez nią ubrań i koców zostaną wznowione. Wiedziała, że to nie koniec, a jednak podświadomie cieszyła się na myśl o przyczynieniu się do poprawy warunków życia w Oazie. Nawet jeśli był to jedynie drobny krok na przód, a po usunięciu tej przeszkody na horyzoncie miały pojawić się kolejne.
Kiedy już odnaleźli drogę do wspomnianego przez czarownicę domostwa, a Cedric przystał na proponowane zaklęcia, zabrała się za sprawdzenie okolicy pod kątem obecności pułapek i innych czarodziejów. Potrzebowała chwili, by poprawnie rzucić oba czary. – W środku jest trójka. Nie wiem, co z czwartym – mruknęła w kierunku towarzysza, marszcząc przy tym brwi, kiedy już sylwetki nieznajomych podświetliły się jasnym blaskiem. Może przebywał teraz gdzieś indziej, a może czaił się w pobliżu, lecz poza zasięgiem Homenum revelio. – Widzę też dwa zabezpieczenia, Cave Inimicum i Widzimisię. Nic bardzo skomplikowanego. Powinniśmy być w stanie je rozbroić. – Zakładała, że Dearborn znał podstawy numerologii, potrzebował ich, by tkać zaawansowane uroki. Wtedy też ostrożnie ruszyli w stronę dziurawego, obdrapanego ogrodzenia, którym otoczona była opuszczona posiadłość McKinnonów. Zanim jednak wkroczyli na teren podwórka, poświęcili kwadrans, by pozbyć się zastawionych przez młodzieńców sideł; cały czas podskórnie obawiała się, że którykolwiek z dzikich lokatorów postanowi wyjrzeć przez okno i zostaną zauważeni nim zdołają rozprawić się z przeszkodami, wyglądało jednak na to, że mieli szczęście – albo tamci pecha. Wykryte przez nią zabezpieczenia zostały rozbrojone, magia skutecznie rozproszona. Nie musieli się już martwić, czy prosty alarm powiadomi gospodarzy o pojawieniu się intruzów.
Głową wskazała na dziurę w płocie na tyle dużą, że powinni móc się przez nią przedostać na drugą stronę. Powtórzyła Homenum revelio, dała aurorowi znak i zgięta w pół, trzymając się nisko, skróciła odległość, która dzieliła ich od budynku. Elewacja była obdrapana, w niektórych miejscach szpeciły ją rozmazane, niezrozumiałe już napisy, część powybijanych okien zaklejono, a w dachu widniało kilka pokaźnych rozmiarów dziur – nie tak wspominała tę okolicę. Od jak dawna zajmowali ten dom? I co, na Merlina, wyprawiali?
Pamiętała, że z tyłu, po stronie wschodniej, powinny znajdować się drugie drzwi – wychodzące na niegdyś zadbany ogród. Wydawało się to najbezpieczniejszym rozwiązaniem, otworzyć je zaklęciem, znów sprawdzić, gdzie w tej chwili znajdują się lokatorzy i ruszyć im na spotkanie. Jeden zdawał się spać, leżał bez ruchu, pozostała dwójka stała obok siebie, najpewniej rozmawiała, w pomieszczeniu na piętrze. – Są na górze, nadal tylko trójka. Rozbrajamy ich i pętamy Esposas? Wtedy można ich w spokoju przepytać – zaproponowała niemalże bezgłośnie, zatrzymując się przy skrytym w cieniu wejściu, zakładając, że auror znów chciałby ruszyć przodem. Nie zamierzała ryzykować, zaczynać rozmowy nim nie odbiorą młodzieńcom różdżek. Jeśli to oni podłożyli ogień na poddaszu pani Brand, nie mieli skrupułów. [bylobrzydkobedzieladnie]


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.


Ostatnio zmieniony przez Maeve Clearwater dnia 20.06.21 16:44, w całości zmieniany 1 raz
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]19.06.21 20:01
Podobne zabezpieczenia nakładałem już wielokrotnie. Chyba mogłem powiedzieć, że nabrałem w tym wprawy. W minionych miesiącach czyniłem to znacznie częściej, niż dawniej, czasy jakie nadeszły sprowokowały czarodziejów i czarownice do pomyślenia o swoim bezpieczeństwie, niekiedy prosili też, by ochronić domostwa swoich mugolskich przyjaciół. Używanie czarów ochronnych przychodziło mi więc łatwiej, lecz wciąż zajmowało to sporo czasu i kosztowało dużo energii. Po kilku godzinach spędzonych w mieszkaniu pani Brand czułem się trochę zmęczony, zwłaszcza, że mój organizm był wciąż osłabiony przez chorobę spowodowaną wyziębieniem sprzed tygodnia. Może to i lepiej, że oczy i tak miałem już podkrążone, twarz poszarzałą, to nie robiło to żadnej powierzchownej różnicy jaką można byłoby dostrzec na pierwszy rzut oka. Nie opuściłbym w tej chwili Maeve, to jeszcze nie był koniec, jeśli chcieliśmy, aby pani Brand wznowiła swoją pomoc dla zakonu Feniksa i Oazy. Zabezpieczenie mieszkania to krok pierwszy. Musieliśmy koniecznie znaleźć źródło problemu. Jeśli to nie młodzieńcy, co do których mieliśmy podejrzenia, to oznaczało, że trzeba będzie szperać dalej, zwiększyć zakres poszukiwań i przyjąć gorsze scenariusze za bardziej prawdopodobne.
Zawiesiłem na pannie Clearwater pytające spojrzenie, kiedy rzuciła dwa czary, by sprawdzić kto jest w budynku i czy jest on zabezpieczony. Ufałem jej czarom i jego efektom. Skinąłem głową, przyjmując do wiadomości, że jest ich trójka.
- Zajmę się nimi. Możesz jeszcze sprawdzić w okolicy, czy ktoś się kręci - zaproponowałem cicho.
Zabezpieczenia nauczyłem się nie tylko nakładać, ale także i łamać. Właściwie za czasów oficjalnej pracy dla Ministerstwa Magii to robiliśmy znacznie częściej. Czarnoksiężnicy także potrafili ochronić swoje kryjówki.
Uniosłem różdżkę skupiając się na energii, którą obłożono budynek i podwórze wokół, wiedząc jakiego rodzaju były to pułapki mogłem je zlokalizować i skupić się na tym, aby skoncentrować swoją magię na przełamaniu ich. Zajęło to trochę czasu, nie zwracałem uwagi, czy Maeve posłuchała mojej rady, czy też trwała obok, skupiłem się na zadaniu - obejrzałem się na czarownicę dopiero wówczas, gdy byłem już pewien, że możemy iść dalej. Skinąłem jej głową i pochyliłem się, ruszając w kierunku płotu, gdzie Clearwater wskazała dziurę. Przeszliśmy przez nią oboje, ostrożnie, zachowując milczenie. Uważałem, aby nie nadepnąć na suchą gałąź, cicho otworzyć drzwi. Nie chciałem, aby żaden hałas zaalarmował te trzy osoby, o których mówiła Maeve. Nie mieliśmy wszak pewności, czy to ci młodzieńcy. Zapewne tak, ale co jeśli mieliśmy stanąć naprzeciw kogoś innego? Albo byli kimś innym, niż myśleliśmy?
- Mhm - mruknąłem cicho, spoglądając w oczy Maeve, kiedy zaproponowała plan działanie.
Rzeczywiście zamierzałem się wspiąć po schodach jako pierwszy. Z uniesioną różdżką ruszyłem do góry, ostrożnie i powoli, stąpając tak cicho jak tylko mogłem. Zatrzymałem się u ich szczytu, dostrzegłem w korytarzu uchylone drzwi, stamtąd dobiegały też głosy i śmiechy. Wycelowałem tam różdżką i wyszeptałem: - Pavor veneno - tak na wszelki wypadek, aby dać sobie czas na dojście do progu bez konieczności obrony. Opary mgły ruszyły przed siebie, wypełniając pokój, wtedy przyśpieszyłem kroku i wpadłszy do pokoju cofnąłem zaklęcie - sam nie mógłbym zaatakować w tych zniechęcających oparach.
W komnacie, zgodnie ze słowami Maeve, było ich trzech. Trzech chłopaków, mających na pierwszy rzut oka około lat dwudziestu, jeden leżał na kanapie, dwóch pozostałych siedziało przy stole, na którym stała do połowy opróżniona butelka jakiegoś alkoholu.
- Expelliarmus - powiedziałem stanowczo, mając nadzieję, że Clearwater podąży moim śladem. Zdołałem wytrącić różdżkę z ręki temu, który leżał na kanapie. Chłopak siedzący przy stole, wyraźnie podchmielony, swojej szukał, więc posłałem w niego Esposas zanim zdążył ją znaleźć. Trzeci miał więcej szczęścia, próbował mnie spetryfikować, lecz zdołałem ochronić się tarczą. Chwilę błyskały zaklęcia. Kolejne Esposas posłane ku mężczyźnie zrywającemu się z łóżka, aby podnieść swoją różdżkę sięgnęło celu, rozległ się brzdęk kajdan. Jedynie trzeci sprawił nam większe problemy. Trafił mnie czarem, który poparzył mi dłoń, przez co syknąłem z bólu, lecz udało mi się przynajmniej zasłonić Maeve. Ostatecznie udało mi się go spetryfikować. Wtedy przy nim przykucnąłem, aby zabrać mu różdżkę i jego także spętać. Wtedy cofnąłem zaklęcie i spojrzałem na Maeve.
- Kim wy, kurwa, jesteście i czego w ogóle chcecie - wrzasnął jeden, z twarzą czerwoną od alkoholu i bliznami po młodzieńczym trądziku.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Drzwi wejściowe Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]20.06.21 17:59
Posłuchała towarzyszącego jej aurora; kiedy on zajął się skrupulatnym rozbrajaniem pułapek, ona sprawdzała teren pod kątem obecności innych osób, mając nadzieję, że w końcu odnajdzie sylwetkę czwartego nieznajomego, to jednak nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Wyglądało na to, że nie było go w pobliżu. Może i dobrze, łatwiej będzie im rozbroić, a następnie unieruchomić trójkę przeciwników, lecz z drugiej strony – oby tylko nie zaskoczył ich w trakcie przesłuchania, atakując w najmniej oczekiwanym momencie, gdy opuszczą gardę i zajmą się rozmową z pozostałymi. Niewiele później, gdy zabezpieczenia zostały skutecznie rozproszone, dostali się do środka domu przez tyle drzwi, które otworzyły się z cichym kliknięciem pod naporem rzuconej bez trudu Alohomory. Cicho uzgodnili plan działania, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że nie mają czasu do stracenia. W każdej chwili mogło dojść do zmiany układu sił. Skinęła Cedricowi głową, kurczowo zaciskając palce na drewienku nowej różdżki; ruszyła tuż za nim, ostrożnie pokonując kolejne schody, uważając na to, by nie stąpać głośno i nieuważnie. Słyszała strzępy rozmowy przeplatanej wybuchami przypominającego szczeknięcia śmiechu. Byli tu, zaraz obok, nie spodziewając się, że ktokolwiek mógłby ich zaskoczyć – zbyt ufni, zbyt nierozważni.
Dearborn wpadł do środka, prędko miotając kolejnymi zaklęciami w zaskoczonych, reagujących ślamazarnie chłopaków. Jeden rozespany, dwóch podchmielonych, nie mieli szans z zaprawionym w boju aurorem. Mimo to jeden z nich stawił opór. Wymienili się kilkoma urokami, nim w końcu przeciwnik padł jak długi, rażony wprawnie rzuconym Petryficusem. Zesztywniałe ciało runęło na stojący obok stolik, rozlewając resztki alkoholu, znacząc dywan okruchami szkła. – Wszystko w porządku? – Zogniskowała wzrok na twarzy towarzysza, niewiele później przenosząc go niżej, na jego dłoń; cholera. Między jej brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka. Może mogła zrobić coś więcej, a może powinna prędzej włączyć się do walki. – Dziękuję. – Wiedziała, że ją osłonił. Że pewnie wolał oberwać samemu niż dręczyć później myślą, że oberwała z jego winy. Mimo to nijak nie poprawiało to jej samopoczucia; teraz to ona odczuwała wyrzuty sumienia, plując sobie w brodę, że nie zabrała ze sobą żadnego eliksiru uśmierzającego ból. – Masz ze sobą coś na ranę? – Dopytała, nim jeszcze powtórzyła Homenum revelio, by po raz kolejny sprawdzić teren posesji, a w końcu skupiła się na spętanych, gotowych do przesłuchania lokatorach.
Który z was to Gerard? – zapytała głośno, wyraźnie, a w jej głosie wybrzmiała władcza nuta; nie miała czasu na zabawę w kotka i myszkę. I choć żaden z nich nie przyznał się do bycia tym, o którym wspominała pani Brand, to wwiercające się w jedną z sylwetek spojrzenia towarzyszy zdradziły prawdziwą tożsamość dziobatego, tego, który jeszcze do niedawna drzemał na kanapie. – Wspaniale. Słyszeliśmy, że pomieszkujecie tutaj w czwórkę. Mam nadzieję, że przekażecie każde moje słowo temu, który wybrał się akurat na spacer – ciągnęła, wodząc wzrokiem od jednej twarzy do drugiej. – Nie szarp się, nic ci to nie da – dodała jeszcze, gdy zauważyła, że ten, który zażądał wyjaśnień, wciąż walczy z kajdanami Esposas. Możliwe, że był nieformalnym liderem grupy. Odetchnęła głębiej, ostrożnie stąpając po tym, co jeszcze do niedawna było szkłem butelki; alkohol szybko wsiąkał w tkaninę dywanu, zdobiąc przybrudzony materiał konstelacją nowych plam. – Mam nadzieję, że kojarzycie panią Brand. Starsza kobieta, mieszka na poddaszu pobliskiej kamienicy. Robi na drutach, ma wielu kocich podopiecznych... Zaczynacie sobie coś przypominać? – Uniosła wyżej brwi, składając usta w pozbawionym wesołości uśmiechu. – Podłożyliście ogień. Podrzuciliście trutkę. Tylko po co? Podobno tacy mili z was chłopcy... – urwała, w kolejnych głoskach wybrzmiewał sceptycyzm mieszający się z nieskrywaną kpiną. Ten, którego zidentyfikowała jako Gerarda, zaczął kręcić głową. Z początku ledwo zauważalnie, później – coraz wyraźniej, jak gdyby usilnie próbował przestać o czymś myśleć, pozbyć się bzyczącej koło ucha muchy. Zignorowała potok przekleństw, zignorowała też zakradającą się w ich wypowiedzi nutę strachu. Niech się boją. Niech następnym razem zastanowią się dwa razy, nim zrobią coś głupiego. – Wiem, że ją znacie. A przynajmniej – że znasz ją ty, Gerardzie. Prawda? – W jej oczach zalśniło coś zimnego, surowego. – Dlaczego to zrobiłeś? Chciałeś ją okraść? Zabić? – Uparcie drążyła temat, czekając, aż w końcu pęknie. I tak się stało. Krótkim ruchem różdżki uciszyła pozostałych, którzy próbowali go zagłuszyć. W tym czasie Gerard zaczął sypać – mówił o złotoustym nieznajomym, o obietnicy lepszej przyszłości, o pieniądzach, które im za to dał. I o tym, że miało to być ostrzeżenie, nic więcej.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Drzwi wejściowe [odnośnik]25.06.21 12:43
Z każdą chwilą nabierałem pewności, że mieliśmy do czynienia z kimś niedoświadczonym, nieodpowiedzialnym. Zabezpieczające zaklęcia nie należały do zbyt mocnych, silnych, przełamanie ich nie sprawiło dużej trudności, choć zajęło trochę czasu. Nikt nie stał na czatach, nikt nie pilnował budynku, nikt nie zachował właściwie żadnej czujności. Ryzykowaliśmy, z Maeve, wpadając do środka, do komnaty, bo choć nie wykryliśmy żadnej pułapki, to mogliśmy mieć pewności, że żadnej już nie będzie - a jednak nie było. Mężczyźni (a raczej chłopcy) jakich zastaliśmy w środku wydawali się całkowicie rozluźnieni, nieprzygotowanie na nic, więc mimo mniejszości liczebnej i bycia na ich terenie spacyfikowanie ich nie było dużą trudnością. Dostałem, lecz nie czarną magią, po nią nawet nie sięgnęli. Skinąłem głową, gdy Clearwater upewniała się, czy wszystko w porządku. - Tak, spokojnie - zapewniłem ją. To nic takiego. Ból po oparzeniu nie mógł równać się z tym jaki czułem, gdy prawdziwy czarnoksiężnik zrywał z lewej dłoni skórę, po czym została paskudna blizna. Pokręciłem tez głową - nie miałem nic przy sobie, lecz nie chciałem teraz się na tym skupiać. Wytrzymam, mogłem poczekać.
Maeve odezwała się do nich pierwsza, przejmując kontrolę, ja zaś zamilkłem - to ona tu mieszkała, mogli ją kojarzyć, może zarazem czuć doń jakąś namiastkę szacunku? Na początku nie byłem pewien jak zamierza to wszystko ugryźć. Jak do tego podejść? Spodziewałem się, że wyprą się wszystkiego, że nie przyznają się d winy, my zaś nie mieliśmy chwilowo środków do tego, aby mieć stu procentową pewność, że mówią prawdę. Musiałem przyznać, że dobrze sobie radziła - zamiast zadawać pytania, to Clearwater po prostu postawiła ich pod ścianą. Nie dziwne, że pracowała w Wiedźmiej Straży. Na szkoleniu musieli ich uczyć technik prowadzenia takich rozmów, by po nitce dotrzeć do kłębka prawdy.
Ja sam na początku milczałem, obserwując ich twarze, pilnując, aby byli grzeczni, choć kajdany Esposas nie pozwoliłyby na wyrwanie się. Mieliśmy ich w garści. Przynajmniej chwilowo. Nasłuchiwałem, czy nikt nie wspina się po schodach. Brakowało wciąż jednego, ważne jednak, że Gerard o którym mówiła pani Brand był tutaj. Nie trzeba było wiele, aby zaczął sypać. Zogniskowałem na nim wówczas wzrok słuchając go uważnie. Złotousty nieznajomy? Ostrzeżenie dla staruszki? Cóż, to wydawało się nieco bardziej skomplikowane, lecz wysłużenie się młodymi chuliganami, by nie brudzić sobie rąk to wciąż prawdopodobna wersja wydarzeń.
- Ta kobieta ci ufała - wyrzekłem z pogardą, stając bliżej Gerarda. - Myślisz, że to było warte tych kilku galeonów? Następnym razem da je twoim kolegom, by sprzątnęli ciebie. Nie bądź tak głupi na jakiego wyglądasz. Nie dawaj się wykorzystywać. Myśl za siebie. Przede wszystkim - nie sraj do swojego gniazda - mówiłem dalej, nie zerkając na Maeve, jej kobiece uszy musiały jakoś to przetrwać. - To godne pogardy. Atakować słabszą, bezbronną kobietę. Tak postępują tylko tchórze. Jesteś tchórzem, Gerard? Znajdź sobie godnego siebie przeciwnika - zakpiłem, chcąc nadepnąć na jego godność i sumienie zarazem. - A jeśli się dowiemy, że kotu pani Brand albo co gorsza jej samej spadł choć jeden głos z głowy, to przysięgam, że wrócę i połamię ci ręce, nogi, a później różdżkę, której najwyraźniej nie jesteś godzien. Zrozumieliśmy się, Gerard? Wierz mi, że gdziekolwiek byś się nie znalazł - to znajdę cię - zagroziłem mu, pochylając się nad młodzieńcem. Chwilę zastanawiałem się, czy nie splunie mi w twarz, lecz chłopak patrzył na mnie jedynie nienawistnie. - To samo tyczy się was wszystkich - wyrzekłem poważnie do pozostałych.
Spojrzałem na Maeve. Co mogliśmy zrobić więcej? Nie mieliśmy możliwości, aby ich aresztować, ukarać inaczej, przenieść gdziekolwiek. Musieliśmy się łudzić, chwilowo, że rozmowa ta przyniesie efekty. Teraz wiedzieli, że zostali zdemaskowani, że znaliśmy ich tożsamość i kryjówkę - i że wrócimy, jeśli zajdzie taka konieczność. Powstrzymałem Clearwater ręką, kiedy uniosła różdżkę.
- Kolega uwolni ich, kiedy wróci. Niech przemyślą sobie dobrze, co powiedziałem.
Kilka godzin w Esposas dobrze im zrobi, mówiło moje spojrzenie. Zostawiliśmy ich samych, pozbawionych możliwości ruchu i uciszonych Silencio, choć zasługiwali na znacznie surowszą karę i ostrzeżenie.

| zt x2


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Drzwi wejściowe Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Drzwi wejściowe
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach