Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Pomnik Cronusa Wyzwoliciela
AutorWiadomość
Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]14.01.21 21:49
First topic message reminder :

Pomnik Cronusa Wyzwoliciela

Po całkowitym przejęciu stolicy przez czarodziejów i ustaniu walk, dla upamiętnienia zwycięstwa nad mugolami tuż przed Pałacem Buckingham postawiono wzniosły pomnik na cześć nowego Ministra Magii. Pomnik Wyzwoliciela, wyjątkowo utalentowanego autora, brytyjskiego rzeźbiarza, Aikena Cattermole przedstawia półnagą sylwetkę Cronusa Malfoya odrywającego głowę ostatniemu stąpającemu po londyńskich ziemiach mugolowi. Pomnik jest wyjątkowy — z kamiennej głowy mocno osadzonej w wyciągniętej dłoni ministra nieustannie sączy się krew. Czy prawdziwa — mecenasi sztuki nie mają pewności. Oczywiste jest jednak, że wykonana z bałkańskiego marmuru statua wzbudza ogromny podziw. Plotki głoszą, że każdy kto nabierze w dłonie sączącej się posoki i wysmaruje nią twarz sprowadzi na siebie uśmiech fortuny.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pomnik Cronusa Wyzwoliciela - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]19.04.22 15:27
Lekkim, stonowanym skinieniem głowy odpowiedziała na ruch siedzącego nieopodal Zacharego; może gdyby nie to, nie przyuważyłaby burdy, do jakiej doszło w przeciwległym rzędzie, pośród śmietanki towarzyskiej. Czy to możliwe? Nie motłoch, a elegancko ubrani mężczyźni zdecydowali się wszcząć awanturę?
- Doprawdy, nawet w takim dniu... - zdumiona czarownica westchnęła cicho, do siebie, lecz lord Shafiq również mógł ją dosłyszeć. Burda. Wśród arystokracji. Jeden dżentelmen szarpiący drugiego, targający za jego szatę, jak dzieci na szkolnym korytarzu po przegranej rundzie w gargulki. Wyczyn budził odrazę, oburzenie; ukłuło ją to nagłym uczuciem gorąca, chociaż mimika pozostała niewzruszona - zmieniona może jedynie przez mocniejsze ściągnięcie ze sobą brwi. W porównaniu do dwójki szlachciców (Rigela i Mathieu), zajmujący w pierwszym rzędzie Cornelius z Valerie, nienależący przecież do szlacheckiej braci, wydawali się nienaganni. - Czy to normalne? - ściszonym, właściwie ledwo dosłyszalnym głosem skierowała to pytanie nie tyle w eter, co do Zacharego, błogo nieświadoma, że gdzieś daleko za ich plecami, nieopodal siedzisk dla pozostałych zgromadzonych, rozgrywała się właśnie kolejna scysja.
Scysja, w której ktoś skakał po drzewie.
Chyba wykazała się nietypową dla siebie naiwnością, licząc, że męskie płomienne temperamenty panowie zostawią w domach lub karocach i będą potrafili się zachować. Magizoolog pokręciła delikatnie głową w finalnej dezaprobacie, po czym skierowała wzrok na zjawiającego się na scenie leciwego czarodzieja.
Amelia wysłuchała przemówienia mistrza ceremonii z należytą uwagą, tę później kierując na zmierzającego ku podium Corneliusa, który - zgodnie z oczekiwaniem wypracowanym przez lata skądinąd owocnej znajomości - i tym razem nie zawodził kwiecistą, porywającą serce przemową. Pasował na przyjaciela Septimusa. Dokładnie wiedział w jaki klawisz fortepianu należało uderzyć palcem, żeby uzyskać odpowiednią reakcję; operował słowem jak symfonią orkiestry pod batutą wprawnego dyrygenta, nawet w jej skostniałe serce tchnąwszy nadzieję, że wojna faktycznie zmierzała ku końcowi. Przynajmniej tutaj, w Anglii broniącej się przed terrorystyczną działalnością podziemnej grupy bandytów.
Nadszedł czas na coś nowego. Na coś lepszego. Na świt nauki i postępu, nowatorskich badań, możliwości danej naukowcom, którzy ten wspaniały, magiczny świat skierowaliby na odpowiedni tor, jeszcze doskonalszy niż dotychczas. Z usatysfakcjonowanym uśmiechem dołączyła do zasłużonych owacji przeznaczonych dla Rzecznika Ministerstwa; żałowała jedynie myśli, że skoro to on zabrał głos jako pierwszy, zapewne nie zrobi tego już sam Lord Minister. A może jednak? Przy okazji odznaczeń, przy ich preludium?


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]19.04.22 17:07
Powitania, przeważnie te z odległości, na krótki moment wyrwały ją z przyciszonej rozmowy z lordem Burke. Nie bywała wcześniej sama na takich wydarzeniach, wcześniej eskortowana przez swoich braci. Ale wojna zmuszała do innych wyborów, a nie zwykło się, by Ares, czy Ikar musieli się przed nią tłumaczyć. Jednak na dłuższą rozmowę, przynajmniej na razie, zabrakło czasu. A szkoda, bo być może, chociażby z drogą Melisandre udałoby się jej zamienić kilka słów. Dawno nie miały okazji porozmawiać, czego Calypso szczególnie brakowało. Może uda się podczas bankietu uszczknąć chwilę lub dwie? Przedstawienie sprawiło, że na moment tylko na tym skupiała swoją uwagę. Pogrążyła się w przedziwnej zadumie, która poprowadziła jej myśli do wniosków, którym nie oddawała się na co dzień. Nazywała ich w myślach “młodymi ludźmi”, a przecież wcale nie różnili się od niej wiekiem niemalże wcale. Rok? Może dwa w niektórych przypadkach. Tyle o ile zdołała zauważyć podczas Sabatu i dzisiaj. A życia ich były tak różne. Czemu mając przed sobą całą gamę możliwości, tak naprawdę czuła się o wiele od nich starsza, a przecież w życiu nie przeżyła wcale tak wiele? Ileż to już razy w myślach przeżywała wszystko? Nie wiedziała, czy to dobrze, czy nie, ale niemalże uzależniający rytm, skupiła się na występie. Z przejęciem i przedziwnym dreszczem, pokrywającym jej skórę gęsią skórką trwała w bezruchu, jeśli nie liczyć przenikliwych zielonych oczu. Spojrzenie wyrażało szczere przejęcie, chociaż przecież historią interesowała się od lat i wiedziała, jak skończy się ta bitwa. Ale coś w tych ruchach i muzyce było takiego, że niemalże drgała z przejęciem za każdym razem, gdy mocniej uderzał rytm lub trzaskał ogień.
Na krótki moment oderwała się od widowiska na scenie i dostrzegła przedziwną scenę. Mathieu łapiący za szatę Rigela? Nie dosłyszała słów, jakie padły, ale skrzywiła się nieznacznie. Lord Black pozostawał jej serdecznym znajomym, do którego wszak poszła po porady i on pozostawał dobrym przyjacielem, gdy w chwili zwątpienia, nie wiedziała, czy usłyszy jeszcze wśród kogoś głos rozsądku. Na krótką chwilę skupiła się na tym, że siedząca w rzędzie przed nią czarownica zwróciła się do lorda Shafiq, nawiązującej najwyraźniej do sytuacji na scenie, ale chyba dalej nie pojmowała całego zajścia. Może to i lepiej? Zerknęła na lorda Burke, jakby próbując odgadnąć, co on myśli o całym zamieszaniu, ale zaraz ze sceny rozległ się inny dźwięk, który ponownie skupił jej wzrok na scenie. Z jakiegoś powodu, jak zahipnotyzowana wpatrywała się w ruchy na podwyższeniu.

Calypso nie mogła powiedzieć niczego innego, jak to, że w jej mniemaniu wygrali ci, którzy powinni, jednak na twarzy lady Yorku można było dostrzec przejęcie, którego nie zmyły nawet wielobarwne fajerwerki. Odbijały się one we wciąż pogrążonym w zadumie spojrzeniu i niemalże przegapiła słowa czarodzieja o tym, że za moment przystąpią do części oficjalnej. W zasadzie dopiero pan Sallow, do reszty wyciągnął ją z zamyślenia. Wyprostowała się w swoim siedzeniu, nogę zakładając na nogę, nieznacznie jedynie pozwalając kostce wychynąć się spod materiału. Ale nie miała na myśli dokonywać tutaj pokazów mody. Była skupiona, chociaż nieco sztywna w swojej pozie — siedząc tak, trudno było zauważyć drżenie, gdy wspominano o wszystkich złych rzeczach, jakich dokonano na czarownicach i czarodziejach. Nie, żeby wcześniej czuła się szczególnie zagrożona, ale teraz wiedziała, że w Londynie niemal na pewno nie stanie się jej krzywda. Gdy pan Sallow spojrzał na lorda Xaviera, Calypso na krótką chwilę zerknęła na lorda Craiga, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że jest dla niej przyjemnością siedzieć dzisiaj obok niego, gdy jego brat zostaje wyróżniony w tak ważny sposób, zaraz jednak ponownie wsłuchała się w słowa. Czuła uniesienie. Jakąś lekkość w piersiach, gdy mowa była o oświeceniu i tradycjach. Czy taki świat nie brzmiał dobrze? Bezpiecznie? Nie znała szczegółów walk ani stoczonych bitew, ale pomyślała, że mugole musieli mieć wiele tupetu, by ich wszystkich próbować zamknąć gdzieś pod kluczem. Dopiero lekkim ukłuciem odbiło się w niej to, że nie wszyscy mężczyźni poszli prosto na wojnę. Czy mówił o Aresie, który nie do końca skłaniał się ku przemocy, z natury będąc naukowcem, niźli działaczem? Ale Ikar wszak walczył, a przynajmniej tak mówił pan ojciec, gdy Calypso wciąż zadręczała go pytaniami o starszego brata. Ona sama? Cóż, do tej pory pozostawała pod wpływem najstarszego z braci, a skoro Anglia miała okazać się bezpieczna, to chyba niezbyt wiele miała okazji do wykazania się. Chociaż może, coś jeszcze dałoby się zrobić? Koniecznie będzie musiała pomówić z odpowiednimi osobami.
Ale to później. Teraz zaczęła przyglądać się otoczeniu i towarzyszom wokół. Jej wrodzona ciekawość wzięła górę i chociaż nie wpatrywała się w nikogo nachalnie, to miała nadzieję, że kilka niewypowiedzianych pytań, znajdzie jeszcze dzisiaj swoje odpowiedzi.



Calypso Carrow


But he that dares not grasp the thorn
should never crave the rose

Calypso Carrow
Zawód : Malarka, Arystokratka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I won't be silenced
You can't keep me quiet
Won't tremble when you try it
All I know is I won't go speechless

OPCM : 10
UROKI : 5 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9571-calypso-carrow https://www.morsmordre.net/t9765-tea#296315 https://www.morsmordre.net/t9766-who-sets-roses-on-fire#296319 https://www.morsmordre.net/f52-west-yorkshire-wakefield-sandal-castle https://www.morsmordre.net/t10558-skrytka-bankowa-2196#319978 https://www.morsmordre.net/t10406-c-carrow#314672
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]19.04.22 19:11
Och, jakież to szczęście spotkało dziś Valerie, że dzięki przezorności Corneliusa zajęła miejsce na samym przodzie. Gdyby tylko wiedziała, co takiego dzieje się za jej plecami, pewnie cała magia wydarzenia, cały trud organizatorów prysnąłby podobny do mydlanej bańki. Ku własnemu szczęściu mogła jednak delektować się występem. Nawet jeżeli zaciśnięte na jej dłoni palce narzeczonego wydawały jej się niemalże alarmująco zimne.
Posłała mu krótkie, acz zaniepokojone spojrzenie. Sposób, w jaki to zrobiła źródło swe miał w wychowaniu Valerie oraz znajomości manier. Jedną z podstawowych zasad było niezwracanie szczególnej uwagi na pewne niedogodności. Im mniej zainteresowania się im okaże, tym większe prawdopodobieństwo, że pozostali również nie zwrócą na nie uwagi. Jeżeli w jej sercu znalazło się miejsce na pytania — te nie wybrzmiały. Może wybrzmią później, gdy zakończy się bankiet i radosne nastroje staną się łaskoczącym ciepłem wspomnieniem. W tej chwli liczyło się tylko to, co teraz i tu. Był obok — poważny, dumny, bohaterski. I była z niego tak dumna, jak tylko potrafiła.
Nim rozległy się oklaski, do których w odpowiedniej chwili dołączyła, kątem oka wyłapała spojrzenie siedzącej niedaleko lady Travers. Podobnie jak ona — ot, prawie, że od niechcenia — wychyliła się nieco, do przodu, ledwie o kilka centymetrów, a gdy i jeżeli złapały wzrok, posłała w kierunku arystokratki wyraźnie zadowolony, choć nazbyt szeroki uśmiech. To jej oczy — jasne, przywodzące na myśl wspomnienie porannego nieba — mówiły najwięcej o zachwycie, jaki ją teraz ogarniał. Miała nadzieję, że występ trafił także w wyśrubowane gusta damy. Jeżeli znalazła w nim coś, co należałoby poprawić, również była ciekawa jej opinii. Może będą miały okazję porozmawiać już w Wenus?
Wypuściła dłoń Corneliusa ze swojej, gdy został wywołany do swego przemówienia. Prąd ekscytacji prześlizgnął się pomiędzy kręgami, rozlewając ciepło na całe plecy, fala za falą. Wyprostowała się w miejscu, jeszcze bardziej, przyjmując jedną ze swych wyćwiczonych póz, obie dłonie ułożone na podołku. Gdyby byli sami, pewnie pozwoliłaby sobie na założenie nogi na nogę, wpatrywałaby się w niego, tylko w niego, dawała wyraźny sygnał tego, jak bardzo jest z niego dumna. Byli jednak w towarzystwie, pod czujnym okiem reporterów, ministerialnych funkcjonariuszy, a teraz — dzięki pustce pozostawionej przez Sallowa — po jej lewej, oddzielony przejściem, siedział sam Minister Magii.
I wtedy przemówił. Miała już okazję obserwować go w pracy i to właśnie ten zapał, ta łatwość operowania słowem sprawiała, że czuła się przy nim bezpiecznie. Przecież to dzięki słowu (i iluzjom, choć te pozostały poza jej zasięgiem) obronił ją przed tymi plugawymi złodziejami, Morganem i Bagnoldem. Widziała, jak rozdmuchał wyobraźnię tłumu w Shrewsbury, choć skromnie przyznawał, że to ich wspólne dzieło. Nie inaczej było tym razem. Chłonęła jego słowa, wierząc w każde z nich. Przecież to właśnie Cornelius był odpowiedzialny za jej przyswajanie rzeczywistości. Gdy mówił, że były kwestie, których nie powinna drążyć, bo nie zrozumie, kiwała głową w zgodzie, ufając mu na słowo. Cieszyła się, że już za dwa miesiące zostanie żoną kogoś tak odpowiedzialnego, dobrego i zaradnego. W szczególności do serca uderzyło jej wspomnienie wydarzeń znad rzeki Severn, o których Cornelius opowiadał jej wielokrotnie, a które uwieczniła także w jednej z piosenek śpiewanych w Shropshire. Udział madame Mericourt w śledztwie, którego natury nie była świadoma, wywołało zaskoczenie, dobrze zamaskowane dzięki wyuczonej kontroli nad mimiką. Przemówienie przebiegało modelowo — od powagi, przez triumfy, wyrzeczenia, na ostrej deklaracji kończąc. Słowa o macierzyństwie padły zresztą na podatny grunt. Przy boku takiego mężczyzny macierzyństwo było drogą rozkosznie prostą i wyjątkowo satysfakcjonującą. Momentalnie opuściła wzrok w dół, na pierścionek z kamieniem księżycowym.
Dobrze zrobiła, przyjmując jego oświadczyny i zgadzając się na coś, co nigdy nie było układem.
Dłonie same ułożyły się do oklasków, które wtórowały ukłonowi Sallowa i jego zejściu ze sceny. Gdy ten ponownie zajął miejsce obok niej, nie mogła się powstrzymać przed zwróceniem się bezpośrednio ku niemu.
— Najdroższy... Nie sądziłam, że dasz radę przebić to, co zaprezentowałeś w Shrewsbury, ale najwyraźniej wcale tak dobrze cię nie znam — szepnęła z figlarnym uśmiechem, póki scena wciąż była pusta.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]19.04.22 22:39
Wieczór zdawał się przebiegać spokojnie, bez zakłóceń. Spokój otoczenia słał się spokojem w świadomości Zechariaha, szczególnie w trakcie występu trwającego na scenie. Nie zerkał za siebie, nie spoglądał na boki prócz jednego kontaktu z Amelią będącego w istocie milczącym powitaniem. Mimo to i jego uwagę przykuło to, co działo się w rzędach po przeciwległej stronie przejścia szczególnie, gdy zostało to okraszone komentarzem ze strony czarownicy siedzącej tuż obok. Nie odpowiedział. Przemilczał słowa, na które nie było potrzeby, aby w jakikolwiek sposób reagować. Wzrokiem powiódł, skupiając się mocniej na dojrzeniu sylwetek oraz twarzy. Brew lekko drgnęło, gdy w zacienionym otoczeniu dotarło do Zachary'ego, że miejsca ta przecież zajmowali Rosierowie. Palce prawej dłoni zastukały mimowolnie o kolano, rozpraszając delikatne odrętwienie wzdłuż ramienia. Doznania serwowane przez własne ciało ledwie musnęły świadomości skoncentrowanej na tym, co widziały oczy, co przyjmowały do umysłu skupionego na tym, że cała uroczystość miała opływać w doskonałość.
Drgnął, słysząc kolejne pytanie, ewidentnie skierowane do niego. Ściszony, niemal szepczący ton, w którym padło ze strony Amelii, sprawił, że Shafiq na moment zmrużył, zamknął oczy i odetchnął, zbierając się do udzielenia odpowiedzi nie tyle stosownej, co właściwie na swój sposób wymijającej. Nim jednak to uczynił, nachylił się nieco w bok, aby i jego własny ton nie rozbrzmiał zbyt głośno w towarzystwie. — Nie, dwóch lordów w tym stanie to nie jest coś, co powinniśmy dzisiaj oglądać, droga pani. — Odparł, powoli wygłaszając każde słowo swym zwyczajowym, pozbawionym emocji utrudniających pracę uzdrowiciela, tonem, po czym wolno wyprostował się i wrócił do poprzedniej pozycji. Zajmowanie się intymnymi rozterkami w takiej chwili było całkowicie niewłaściwie, absurdalne wręcz i Zachary nie zamierzał uczestniczyć w tej całej sytuacji. Swoją uwagę na powrót skierował ku scenie, ku mistrzowie ceremonii otwierającemu właściwą część wieczoru. Z należytą uwagą wysłuchał słów powitania, nie przyjmując do siebie zbyt wiele z tego, co zostało powiedziane. Myśli wolno układały się w takt padających sformułowań, aż na podest wezwany został pierwszy z przemawiających tego wieczoru. Nazwisko Corneliusa Sallowa przywołał z mglistych wspomnień, mając okazję wystosować do czarodzieja lista z pytaniem o wizytę w szpitalu. Nigdy nie powracał do tej sytuacji, także dzisiaj. Własną wiedzę wykorzystał ledwie tylko po to, żeby nazwisko przypisać do właściwej twarzy, z wolna wsłuchując się w poruszającą przemowę nie tylko dotykającą spraw oczywistych i wymagających publicznego nakreślenia dla pospólstwa, które przecież zgromadziło się z dala od loży honorowej, by wspólnie świętować sukcesy oraz zwycięstwa, ale także detali, drobnych szczegółów wynikających z działań, o których mogli nie mieć pojęcia. Zachary pozostawał w przekonaniu, że o większości z nich wiedział mało kto, a upublicznianie ich w ten sposób, choć z pewnością chwalebne i słuszne, jednocześnie stanowiło pewien element, na którym wróg wciąż mógł zagrać. Mimo całej treści dzisiejszego wydania Walczącego Maga, podchodził ze zwyczajowym dla siebie dystansem do poruszanych tam kwestii. To samo czynił teraz, choć z niemałym trudem, starając się przesiać przez własne opinie i poglądy to, co zostało powiedziane.



One look in my eyes
The chase has just begun
Zachary Shafiq
Zawód : Ordynator oddziału zatruć eliksiralnych i roślinnych, Wielki Wezyr rodu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I am an outsider
I don't care about

the in-crowd
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 magic
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5831-zachary-shafiq#137692 https://www.morsmordre.net/t5852-ammun#138411 https://www.morsmordre.net/t5853-zaloz-szalik-bo-zmarzniesz https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5866-skrytka-bankowa-nr-1444#138736 https://www.morsmordre.net/t5865-zachary-shafiq#138732
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]19.04.22 22:47
Macnair dał jej się poznać jako czarodziej lubujący się w atencji, niekoniecznie szerokiego towarzystwa, ale z pewnością łaknący aprobaty. Ustawiał się w cieniu, gdzie tylko pozornie nikt nie mógł go dostrzec, pełnymi garściami czerpiąc z otrzymanej okazji. Dziś szedł dumny, z wysoko uniesioną głową - czy czuł się tu jak wśród swoich, a może tylko był aktorem w całym tym przedstawieniu?
- Racja, wtedy pytałabym jaki jest sens uczestniczenia w wydarzeniu, skoro i tak nikt nie odnotuje naszej nieobecności. - Jeśli nikt nie miał ich z obecności w Londynie rozliczać, mogliby zwyczajnie się tutaj nie pojawiać. Skoro jednak Cillian obiecał wynagrodzić jej trud, gotowa była się poświęcić. - Zresztą coś mi się wydaje, że ktoś już zdecydował zagrać pierwsze skrzypce, nim przedstawienie się zacznie - mruknęła, wymownym spojrzeniem wskazując w kierunku lordów Rosier i Black, których mimo iż nie dało się z tej odległości podsłuchać, to ich poza daleka była od szlacheckich gestów.
- Nie spieszyłabym się z osądem, noc jest jeszcze młoda i wiele może się zdarzyć - odparła, nie kryjąc jednak uśmiechu. Już sama jego obecność świadczyła o tym, że wieczór do nudnych należeć nie będzie. Obserwowała ukłony tancerzy w morzu wiwatów. - Nie tak wyobrażałam sobie zmagania w walce o wolność czarodziejów - skwitowała krótko, prędko zaprzestając oklasków, jakby dostosowując oszczędne brawa do środków przekazu, nie odprowadzając już wzrokiem schodzących ze sceny artystów. Fancourt zerknęła na Cilliana, chcąc sprawdzić zmieniające się na jego twarzy reakcje. - Ludzie pragną widowiska, a Ministerstwo poparcia. Widać wzajemnie się uzupełniają. - Daleka była od wydawania osądów, które mogłyby nakreślić jej poparcie dla którejkolwiek ze stron. Otoczona była zewsząd przez zwolenników nowego ładu, wszelkie słowa krytyki wolała zachować dla siebie. - A ty? Czy do ciebie sztuka dziś przemówiła? - pokusiła się o natchniony ton, w którym z łatwością można było wyczuć ironię.
Niechętnie odwróciła wzrok od swojego rozmówcy, coraz mniej krępując się przebywania w jego towarzystwie w tak publicznym miejscu. Milknące na jej widok dziewczęce chichoty w pierwszej chwili były krępujące, jakby znalazła się w złym miejscu oraz czasie, ale teraz coraz swobodniej przebijała przez nią pewność siebie. Skupiła spojrzenie na mistrzu ceremonii, a następnie na Corneliusie Sallow, słuchając przemowy.
Wzdrygnęła się, słysząc o matkach i żonach, które mogły teraz szczęśliwie wychowywać nowe pokolenia czarodziejów. Otrzymany rankiem od matki i ojca list wyraźnie wskazywał na ich poparcie względem tego porządku, zdawali się cieszyć z obrotu spraw i możliwości wytknięcia najstarszej latorośli dezaprobaty dla obranego przez nią życia. Claire także nie chciała chwytać za różdżkę w obronie własnej, wolała skupić swój magiczny potencjał na tym, co prawdziwie istotne - pogłębianiu wiedzy i szlifowaniu umiejętności. W swoim mniemaniu tylko tak mogła prawdziwie przyczynić się do rozwoju czarodziejskiego społeczeństwa, nie gimnastykując się i dostosowując do wyznaczonych konserwatywnych schematów.
- Mieliście w ostatnim roku wiele pracy - podsumowała przemowę urzędnika Ministerstwa, nie chcąc zajmować swojej uwagi niechcianymi myślami. - W których z tych wydarzeń miałeś zaszczyt uczestniczyć? - Zwróciła ciemne spojrzenie na Macnaira, spodziewając się, że musiał brać w nich czynny udział, inaczej nie otrzymałby zaproszenia do honorowego grona. Dotychczas pozwolił jej wierzyć, że zajmował się głównie dawną profesją, handlem magicznych stworzeń, nie wspominając o patriotycznych działaniach na rzecz wolności Anglii. W tonie głosu Fancourt można było wyczuć zainteresowanie, jak i pewną nutę uznania. Bezinteresowność nie pasowała Cillianowi, znając go już tyle lat nie mogła go o nią posądzić, na tej działalności musiał ugrać coś dla siebie, a mimo to jawił się dziś przed nią jako czarodziej zaangażowany. Biła od niego determinacja, której powody chciała poznać.
Claire Fancourt
Zawód : klątwołamaczka w banku Gringotta
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if it scares you it might be
a good thing to try
OPCM : 14 +4
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +1
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10616-claire-fancourt https://www.morsmordre.net/t10763-atena#326881 https://www.morsmordre.net/t10764-claire#326882 https://www.morsmordre.net/f404-gloucestershire-cranham-the-mulberry-house https://www.morsmordre.net/t10762-skrytka-bankowa-nr-2336#326880 https://www.morsmordre.net/t10765-claire-fancourt#326891
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]20.04.22 12:34
W ciszy przyglądałem się kolejnym przybywającym gościom, którzy również otrzymali zaproszenie honorowe. Nieszczególnie zdziwiła mnie obecność głównie Rycerzy Walpurgii, albowiem to właśnie za naszą sprawą kolejne tereny stawały się wolne od mugolskiego szlamu. Czarny Pan pragnął zagarnąć dla siebie dwa hrabstwa i tak też się stało, nawet jeśli początkowo mogłoby to wydawać się nader trudne w równie krótkim odstępie czasu. -Raczej cierpliwości- mruknąłem w kierunku Belviny i posłałem jej kpiący uśmiech. Zdawałem sobie sprawę, że należało w ciszy i spokoju wytrać ten czas, aby media miały pożywkę dla kolejnych, propagandowych artykułów. Uświadamianie społeczeństwa i przekazywanie im kolejnych informacji o wielkich sukcesach było niezwykle istotne, o czym wiedziałem nawet ja, choć z politycznymi zagrywkami byłem na bakier. Nie angażowałem się w to, liczyło się dla mnie działanie i osiągnięcie celu. Przywykłem, że moja rola kończyła się na polu bitwy i nieszczególnie mi to wadziło, albowiem właśnie tam czułem się najlepiej.
-Oczywiście. Co nie odwiodłoby go od potępienia podobnego zachowania i porównania do hołoty- dodałem zaciskając wymownie palce na jej dłoni. Wiedziałem, że nie wypadało, należało się wstrzymać i przetrwać oficjalną część, a potem już za zamkniętymi drzwiami robić to na co miało się ochotę – rzecz jasna w granicach rozsądku.
Obserwowałem artystyczny występ, choć nigdy nie interesowała mnie tego typu rozrywka. Wielu poszukiwało w niej głębi, opowiadało o duszy i dyskutowało na temat ukrytego, drugiego dna. Nie musiałem daleko szukać, albowiem nawet Belvina wpatrywała się w scenę niczym pod wpływem uroku. Chłonęła wzrokiem każdy element scenerii, paletę barw i zdawała się oddawać towarzyszącej pokazowi muzyce. Ja natomiast poświęciłem ten czas na rozejrzenie się, analizę nie osób na podeście, lecz samych gości, a szczególnie tych, których nie znałem. Nieco dłużej skupiłem się na kuzynie i towarzyszącej mu kobiecie. Kim była? Dlaczego nie zdążył mi jej przedstawić? Czyżby dalej był obrażony za list, jaki otrzymał jeszcze zeszłego roku? Drania łatwo było urazić, ale już nie musiał tak unosić się dumą. Miałem wrażenie, że odkąd Irina wyjechała to nasze wspólne obradowania zeszły na dalszy plan, a tak być nie powinno. Wielkie słowa należało w końcu wcielić w rzeczywistość i udowodnić, że byliśmy kimś więcej jak wyciągniętymi z rynsztoka rzezimieszkami. Pozostał, choć chciał wyjechać zaraz po powrocie – doceniłem to, bo najwyraźniej zrozumiał, jak wielka sprawa trzymała nas w granicach Londynu.
Poruszenie w bliższych rzędach również nie umknęło mej uwadze. Z lekko uniesioną brwią przyglądałem się przedstawieniu w wykonaniu Rosiera oraz Blacka, choć nie miałem pojęcia o co chodziło.
Wyrwałem się z zamyślenia w chwili, gdy głos rozbrzmiał ze sceny. To właśnie na niej zatrzymałem swój wzrok i z nieco większym zainteresowaniem wsłuchałem w słowa Sallowa, który z dumą opowiadał o ostatnich wydarzeniach. Propagandowa maszyna rozpędzała się, zakorzeniała w głowach mieszkańców sukces i upragniony spokój. Postawiony w najgorszym świetle wróg, rozbite i ukarane z największą surowością rebelianckie jednostki miały już więcej nie stanowić zagrożenia. Nie musieli już więcej żyć nadzieją, a płynące słowa miały im to dobitnie udowodnić. Nadeszły nowe, lepsze czasy, gdzie żaden czarodziej nie będzie musiał kryć się ze swą wyjątkowością.
Moja twarz nie wyjawiała żadnych emocji, nawet gdy nadszedł moment uczczenia pamięci poległych.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]20.04.22 19:47
Pokaz zrobił na nim wrażenie. Chylił czoła przed umiejętnościami artystów. On sam pewnie od razu by sobie coś zrobił. Nigdy nie był typem sportowca, wręcz przeciwnie, raczej stronił od sportu, zdecydowanie wolał siedzieć w bibliotece lub przed sztalugą. Zawsze się śmiał, że jego jedyną aktywnością fizyczną były codzienne spacery korytarzami muzeum. To właśnie dlatego podziwiał tych wszystkich artystów przez wzgląd na ich sprawność. Tematyka przedstawienia to inna sprawa.
Lucien lubił fajerwerki, więc kiedy i te pojawiły się na ziemi uśmiechnął się lekko sam do siebie.
Kiedy przedstawienie dobiegło końca, a na scenie pojawił się Mistrz Ceremonii, Cassidy ponownie skierował wzrok w tamtym kierunku. Wysłuchał jego słów na spokojnie. Wojna otaczała ich ze wszystkich stron. Lucien odkąd wrócił do kraju raczej rzadko opuszczał Londyn, a teraz kiedy stolica była najbezpieczniejszym miejscem w kraju, tym bardziej wolał nie wychodzić poza granice miasta. Dla niego najważniejsza była praca, dzieła sztuki oraz tworzenie własnych obrazów. Nie oznaczało to jednak, że nie miał pojęcia co się działo w około. Nie tylko dlatego, że mniej osób chodziło do muzeum, widział co się dzieje na ulicach, słuchał ludzi w około, a także czytał gazety. Sam nie walczył czynnie, ale nie dlatego, że nie chciał. Nigdy nie był wybitny jeśli chodziło o rzucanie zaklęć, mimo wszystko był najpierw znawcą sztuki, potem artystą, a gdzie dalej dopiero wojownikiem. Miał jednak zamiar to zmienić, w końcu miał inne możliwości, mógł pomagać inaczej, w sposób w jaki potrafił.
Kiedy na scenie pojawił się, wcześniej zapowiedziany, pan Sallow, uniósł na niego wzrok. Nie znał człowieka, ale słysząc jaką piastuje funkcję pokiwał głową z uznaniem, a kiedy wysłuchał jego przemowy uniósł brew ku górze. Potrafił docenić prawdziwe umiejętności, a Rzecznik Ministerstwa zdecydowanie posiadał nieprzeciętne umiejętności oratorskie. Cassidy nie znał wielu osób, które w ten sposób potrafiły przemawiać, porwać tłum i podbić jego serca. Mógł się założyć, że wszystko to co zostało przed chwilą powiedziane zapadnie w pamięć wszystkich zgromadzonych na długo. On sam znał historię, wiedział jak to wszystko wyglądało, ale kiedy pan Sallow tak to wszystko ujął, gdzieś tam w środku poczuł złość i niedowierzanie. Pracował niejednokrotnie z mugolami podczas swoich wojaży w powojennej Europie, ale nie spodziewał się, że tak to wygląda wszystko w Anglii. Teraz nie miał z mugolami w ogóle do czynienia i teraz się cieszył z tego powodu. Nie było sensu by im pomagać, w końcu to oni dopuścili się kradzieży i dewastacji tych wszystkich bezcennych dzieł sztuki, których nie udało mu się odnaleźć przez te wszystkie lata.
Kiwając głową z uznaniem, zasłużenie odprowadził brawami pana Sallow’a, gdy ten opuszczał deski sceny.
Lucien Cassidy
Zawód : znawca sztuki, symbolista i malarz
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Malarstwo polega przede wszystkim na patrzeniu.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11025-lucien-cassidy https://www.morsmordre.net/t11092-poczta-luciena#341678 https://www.morsmordre.net/t11090-lucien-cassidy#341675 https://www.morsmordre.net/t11091-lucien-cassidy#341677
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]20.04.22 21:51
-Świętowanie z okazji wyrżnięcia mugoli w Londynie - odpowiedziałam Sebastianowi gładko, bez cienia emocji. - Przyszłam się tu rozerwać…
Chyba powinnam przywyknąć do tego, że prawie każde moje wyjście na jakieś większe wydarzenia socjalne muszą zawierać w sobie element, który kompletnie rozpierdala mi nastrój. Człek sobie stał, nikomu dupy nie zawracał, chciał zjeść coś, napić się, pogapić na debili w rajstopach i kretynów na scenie, a tu znowu ktoś próbuje zaburzyć ten stan. Nie będzie żaden przybłęda wplątywać mnie w swoje gierki. O nie…
-Ta, panie władzo - odezwałam się do milicjanta przez zaciśnięte ze wściekłości zęby. - Ten zjeb, to mój mąż.
Na szczęście jestem tym typem osoby, który nawet najchujowszą sytuację postara się wykorzystać, by nie zostać z ręką w nocniku. Tak i tym razem.
Wychyliłam się zza pleców draba, by skrzyżować spojrzenie z fanatykiem pakowania się w tarapaty.
-Ile razy ci mówiłam, ty skończony kretynie! Przestań mi wstyd przynosić w porządnym towarzystwie i na oczach kolegów z pracy - wskazałam ręką na Sebastiana. - Łazisz po drzewach i myślisz, że jesteś jakimś demimozem, ale z ciebie to jest tylko i wyłącznie pierdolony gumochłon.
Spojrzałam wymownie na najbliższego mundurowego, po czym ponownie wbiłam wzrok w młokosa.
-A teraz jeszcze to? - może i mijałam się z prawdą, ale moje emocje, cały gorący wkurw były jak najbardziej prawdziwe. - Zamiast się zająć porządną robotą, bo, kurwa, ja już sama nie wyrabiam, sprowadzasz nam na głowę problemy…
Zmieniam ton na lodowaty, profesjonalny. Dokładnie tak gadam z każdym dłużnikiem, każdym zasranym pędrakiem, który wchodzi mi w drogę.
-Jeszcze jeden taki numer… jeszcze jedeno takie twoje, choć najmniejsze potknięcie, a Merlin mi świadkiem, że odetnę ci twój parszywy jęzor i nakarmię nim bezpańskie psy. - uśmiecham się krzywo. - A ty dokładnie wiesz, że ja nie żartuję. Nigdy.
I z tym uśmiechem, grymasem zmieniającym moją twarz w upiorną maskę zwróciłam się do mundurowych. Amulet, który miałam pod koszulą zrobił się przyjemnie ciepły.
-Panowie pozwolą mi się nim zająć. Gwarantuję, że mój mąż nie będzie już więcej sprawiał problemów. - mój głos był lodowaty, ale do bólu uprzejmy. - A jeśli spróbuje ponownie, to z radością dostarczę go w kajdanach na próg Tower. I to z połamanymi nogami.

|kłamstwo I, zastraszanie II, zastraszający amulet


Zlata Raskolnikova
Zawód : Komornik i najemniczka po godzinach
Wiek : 37
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Wisi mi kto wisi na latarni
A kto o nią się opiera
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półgoblin
Pomnik Cronusa Wyzwoliciela - Page 7 LbyMwHj
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9153-zlata-raskolnikova#276833 https://www.morsmordre.net/t9433-sowa-bez-imienia#286806 https://www.morsmordre.net/t9439-zlata#287045 https://www.morsmordre.net https://www.morsmordre.net/t9434-skrytka-numer-2143#286811 https://www.morsmordre.net/t9432-zlata-raskolnikova#286793
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]20.04.22 22:12
Na pohybel tym skurwysynom z Towera. Już raz im jakimś cudem uciekł i nie chciało mu się za bardzo wracać do tego pierdolonego wychodka zwanym potocznie więzieniem, dlatego już sobie układał w głowie kolejne słowa, które na pozór wydawały mu się siarczystymi przekleństwami, aby zaraz przejść do bardziej złagodzonej twarzy. – Mąż? Mąż? Ja jestem NAPOLEON BONAPARTE! Podbiłem kiedyś ten kraj i byłem cesarzem Francji! A to jest moja żona, caryca Katarzyna. Wszedłem specjalnie dla mojej małżonki ze względu na to, że potrzebowała lepiej widzieć co się dzieje na scenie! A teraz nie mogę tego zrobić, bo definitywnie zasłaniacie mi możliwość obejrzenia tego co tam się dzieje! Yyy... zaraz... Jak ja się nazywam? Kochanie? Kochanie... O, tu jesteś... Pamiętasz jak się nazywam? – Zapomniało się chłopaczynie, który zaraz poczynił kroki w kierunku "swojej żony" i zaczął ściskać jej rękę. – Eee, słońce, ja bardzo przepraszam, ja bardzo chciałem po prostu zdobyć dla nas pieniądze. Specjalnie po to wyjechałem do Birmingham, abyśmy mogli spełnić swoje marzenie i odwiedzić Rosję, twoich dziadków imperatorowych... Ja... Przepraszam panów bardzo, czy coś się stało? Czy coś moja, no, dość wybuchowa żona zrobiła wam złego? W ogóle to co tu robimy? – Podrapał się po głowie, jakby nie zdając sobie z tego wszystkiego co się działo wokół niego. – I czemu panowie celują do mnie różdżką, myślałem, że mój przyjaciel już dawno wam powiedział – Tutaj wskazał na Bartiusa. - że mamy immunitet szlachecki wydany z rąk samego Abrahama Shaebassa z Ambasady Nowojorskiej... To jest haniebne zaniechanie protokołu. Wiecie co za to grozi? Skandal na miarę światową. Nie widzicie, że stresujecie wokół ludzi? Może powinniśmy to zaprotokołować gdzieś, tylko gdzie ja podziałem swój zeszyt... Kochanie, ja ci to wszystko wybaczę, ale sama widzisz, że Ci moi fani nawet tutaj próbują mnie zaatakować, a ja już naprawdę dawno nie występowałem na scenie. Skrzypiec też nie mam przy sobie, aby coś im zagrać... – Poplątane? Chyba bardzo. I to bardzo dobrze. Może przynajmniej uznają ją za jego opiekuna, bo przecież kogoś takiego kalibru rozumowego jak on nie uznają za groźnego dla tego wydarzenia.

|| Kłamstwo II, Perswazja II
Jack Russell
Zawód : Hazardzista, kieszonkowiec i poeta
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11084-jack-russell https://www.morsmordre.net/t11096-makbet https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11115-szuflada-2405#342341 https://www.morsmordre.net/t11101-j-russell
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]20.04.22 22:56
Edward Parkinson, zająwszy wybrane przez siebie miejsce, otoczywszy się towarzystwem lady Lestrange, zdawał się nie zwracać uwagi na to, co działo się poza lożą honorową ani na innych przybyłych. Nie widział także albo widzieć nie chciał dość osobliwego, gdyby zapytać go o zdanie, zachowania swojej uroczej towarzyszki. Gdyby wiedział, gdyby zdawał sobie sprawę z okropieństwa, które przeżywała, bez dwóch zdań przeżywałby je równie mocno i równie tragicznie, stając się tym samym niezrównaną pośród innych gwiazdą wieczoru. W zamian przez dłuższą chwilę spoglądał na Octavię, oczekując, że wzajemna obecność stanie się przyjemną odskocznią. Wreszcie, po niemalże wiekach, uzyskał reakcję. Lekki, jak zwykle czarujący, uśmiech gościł na jego twarzy, bowiem Edward, naprawdę, ale to naprawdę, nie zdawał sobie sprawy z dramatu rozgrywającego się w myślach znacznie młodszej lady. Uprzejmym ruchem głowy skinął w ramach pierwszej odpowiedzi, po czym nieznacznie wywrócił oczami, sygnalizując, że i dla niego aura pogodowa była równie paskudnym doznaniem. Nie było potrzeby udzielania dodatkowego komentarza. Woal otaczający pojedyncze słowa przemawiał za siebie dostatecznie mocno, aby lord Parkinson odnalazł zrozumienie poruszanego wątku.
Edward Parkinson, lady — uściślił prawie wesołym i pełnym ekscytacji tonem, gdy tylko jego rodowe nazwisko rozbrzmiało w ustach damy. Rozwianie wszelkich wątpliwości leżało wręcz u fundamentów nadających rozmowie właściwy bieg, a jednocześnie stanowiło o tym, jak było się postrzeganym przez innych; coś, na co Edward zwracał największą uwagę i nie pozwalał, by kwestie prezencji schodziły na dalszy plan, jednocześnie odczuwając skrajny niesmak na widok tak wielu z przybyłych mieszkańców Anglii odzianych nie tyle niemodnie, co prawdziwie niestosownie do gromadzącej ich na tym placu okazji. Nie, żeby jedno nie definiowało drugiego.
Mam nadzieję, że to będzie wspaniała uroczystość — podjął zwyczajowym tonem, aby zaraz nieco nachylić się ku Octavii i wyszeptać: — i potrwa odpowiednio krótko. Albo chociaż zmienimy otoczenie na stosowne do naszej obecności. — Słowa te nie miały w sobie ani jednej uncji jadu czy kpiny. Szczerość wybrzmiewająca z jego ust stanowiła o cichej, niewypowiedzianej na głos opinii, która nie brała pod uwagę ani tego, że miejsce zostało zabezpieczone na tę uroczystość, ani jakichkolwiek innych środków ostrożności. Otwarta loża honorowa zdawała się nie być odpowiednio rozgraniczona, a spora obecność zwykłych, pospolitych, niemodnych Londyńczyków mogła równie szybko stać się bliskim, ciasnym i nieprzyjemnym doświadczeniem, z którym Edward nie chciał mieć nic wspólnego. Myśl ta jednak odpłynęła na bok. Poruszenie zainteresowania wywołane przez towarzyszkę rozmowy skierowało wzrok Parkinsona za siebie. Dyskretnym, wyważonym ruchem głowy zerknął gdzieś za siebie, lecz nie przyjrzał się na tyle uważnie, by dostrzec to, o czym Octavia wspomniała. Nieznacznie wzruszył ramionami do własnych myśli i odwrócił się w stronę sceny. — Żenujące — skwitował jednym słowem tylko po to, aby raptem dwa rzędy przed nim ujrzeć dwójkę szarpiących się gości. I to jeszcze kogo! Och, Nie spodziewał się takiego zachowania po jednym ze swoich krewnych.
Czy nie wiedzą, że w trakcie takich uroczystości należy zachować c i s z ę? — Westchnął pełnym niesmaku głosem w stronę Octavii, gdy incydent naruszający dobre imię arystokracji trwał w najlepsze, a światła przygasały niczym w operze, sygnalizując, że czas na wycieranie nosa bezpowrotnie minął. Edward, korzystając z okazji, wyciągnął jedną ze swych ręcznie haftowanych chustek i otarł kąciki ust, po czym wyprostował się i utkwił pełen udawanego zainteresowania wzrok w scenie, na której wpierw rozgrywało się przedstawienie, którego dramatyzmu istotnie nie doceniał, wszak nie miał ku temu najlepszego widoku i to po mimo swojego ponadprzeciętnego wzrostu. Morze głów przed nim rozpraszało, toteż znacznie ciekawszy zajęciem okazało się spoglądanie na własne paznokcie od czasu do czasu oraz powstrzymywanie nerwowego tupania obcasem w oczekiwaniu na kolejny punkt z planu wieczoru. Przemowa z ust pracownika Ministerstwa zapadła Edwardowi raczej przelotnie. Większości z zasłyszanych słów nie przykładał stosownej uwagi. Myślami błądził i krążył. Zerkał subtelnie w stronę Octavii, lecz nie rozglądał się nachalnie, nie chcąc przykuwać nadmiernej uwagi. Inni zrobili to znacznie lepiej, a o wszystkim spokojnie będzie mógł przeczytać w następnym wydaniu Czarownicy.


I walk, I talk like I own the place
I play with you like it's a game
Edward Parkinson
Zawód : krawiec, projektant
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Wild things that turn me on
Drag my dark into the dawn
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9457-edward-parkinson-budowa#288270 https://www.morsmordre.net/t9541-czarus https://www.morsmordre.net/t9540-rece-drza-gdy-zbieram-twoja-miare#290099 https://www.morsmordre.net/f170-gloucestershire-cotswolds-hills-broadway-tower https://www.morsmordre.net/t9572-skrytka-nr-2183 https://www.morsmordre.net/t9573-edward-parkinson#291128
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]20.04.22 23:33
-Lady Odetta to prawdziwy skarb i niesamowity talent - odparł. - Pomogła zaprojektować dla moich podopiecznych mundurki. Są genialne.
Niestety obecnie organizacja sierocińca, w który to Rigel włożył całe swoje serce i siły, w tej chwili był tylko nic nieznaczącym cieniem, jak i większość rzeczy w jego życiu. Wszystko zagłuszał ból i krążący w jego żyłach narkotyk.
Na komentarz Evandry dotyczący stroju odpowiedział z pewnym wahaniem, mimo uśmiechu, który był wprost przyklejony na stałe do jego ust. Nie chciał… nawet fizycznie nie mógł skłamać Wandzie. Nie mógł też powiedzieć jej prawdy. Szczególnie tutaj.
-Trudno jest mi się cieszyć, kiedy w każdej sekundzie ktoś umiera. Nawet gwiazdy kiedyś umrą, mimo iż my będziemy przekonani, że nadal świeci nad naszymi głowami… a pewnego dnia po prostu znikną z nieboskłonu. - odchrząknął. - Oh, wybacz za to około filozoficzne gadanie.
Były jednak sprawy o wiele ważniejsze, które przebijały się przez przyjemną błogość, jakie przyniosły Widły - widok Primrose w towarzystwie Mathieu wywołał w Rigelu słuszny gniew.
-Bardzo się cieszę - odpowiedział szczerze lady Burke, kiedy ta wspomniała ich letni wypad do Domu Mody. Niestety nie zauważył tego, w jaki sposób przyjaciółka zareagowała na dalszą część jego wypowiedzi, gdyż był zbyt skupiony na swoim prawdziwym celu.
I w jego przypadku Black dokładnie odnotował efekt, jaki wywołały jego słowa. Nie wiedział jednak, że powodem tego były również pradawne moce, z którymi obcował lord Rosier. Nim zdążył się wycofać, drugi mężczyzna chwycił go za szatę. Rigel jednak nie próbował się wyrwać.
-Mam nadzieję, lordzie, że nie proponujesz zrobić tego mojej przyjaciółce - odpowiedział cicho, chwytając go za nadgarstki, mocno zaciskając palce. - Jednak, jeśli tak, to tylko po moim trupie.
W tej samej chwili interwencja Primrose przerwała tę dziwaczną wymianę zdań i lord Black opadł na oparcie swojego siedzenia. Gniew nadal sprawiał, że drżały mu kolana, ale wydarzenia na scenie pomogły się uspokoić, zagłębiając się w świat dźwięków i barw. Kiedy jednak przedstawienie dobiegło końca, musiał ponownie zmierzyć się z pytaniem, na które nie mógł odpowiedzieć kłamstwem.
-To skomplikowane, Evandro. Może uda nam się po wszystkim porozmawiać przy kieliszku czegoś mocniejszego.
Trudno mu się było skupić na mowie Corneliusa Sallowa. Zupełnie jakby umysł chciał za wszelką cenę ochronić swojego właściciela, odgrodzić od bolesnych faktów. Tylko czy to były fakty? Śmierć w płomieniach Szatańskiej pożogi, wywołanej przez… aurorów? Nie… na pewno było inaczej. Black wiedział, że pożogę mógł wywołać ktoś walczący po stronie ministerstwa i zrzucić winę na Zakon.
Myśl ta była dziwna, obca. Nieprzyjemnie kłująca… ale jaki to miało sens? Teraz to już koniec.
Rigel nawet nie zauważył jak podczas minuty ciszy po jego policzku spłynęła łza.
Z zadumy wyrwały go jednak oklaski tłumu.
-Wiesz, że to jest śmieszne… że pan Sallow nawet poza sceną zachowuje się cały czas, jakby na niej był? - zwrócił się cicho do Evandry, próbując skupić się na czym innym. - Próbowałem z nim porozmawiać na Sabacie, ale nie wyszło to specjalnie dobrze. Strasznie irytujący są ci ludzie, którzy zamiast prowadzić normalną konwersację, za wszelką cenę próbują ci zaimponować. Ciekawe, do czego jeszcze by się posunęli, byleby znowu trafić na salony?


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]20.04.22 23:45
Miała rację, ale również i on się nie pomylił, zakładając z góry, że padłyby jakiekolwiek pytania. Zamiast tego miał spokój, mógł przeciągnąć chwilę nieświadomości kobiety. Nie czuł się źle z tym że przekonała się dopiero tutaj, będąc w jakiś sposób zmuszona, aby wyjść z szarej masy tłumu i przyciągnąć spojrzenia. Był gotów znieść jej niezadowolenie, chociaż nawet w tej cichej wymianie zdań, nie wydawała się zła. Cóż chyba za szybko przyznał, że jej to wynagrodzi. Może wcale nie było czego. Spojrzał w bok, tam, gdzie podążył i kobiecy wzrok. Nie narzekał na podobne widowiska, były miłym oderwaniem od tego, co działo się jeszcze przez moment na scenie. Był ciekaw czy z tego, co miało miejsce kawałek dalej, wywiąże się większa szarpanina i padną głośniejsze słowa, które dotrą i do nich. Chociaż z drugiej strony, patrząc na osoby wokoło, ktoś najpewniej zatrzyma niespodziewany konflikt, a szkoda. Trochę dodatkowej rozrywki nikomu by nie zaszkodziło, nawet jeśli stawało się to możliwą pożywką dla obecnych przedstawicieli mediów.
- Jedno przedstawienie to standard, dwa to coś lepszego.- odparł w kontrze do słów Claire.- Ale najpewniej wielu wolałoby, żeby dzisiejszy wieczór został zapamiętany z innego powodu niż to.- dodał zaraz, przenosząc wzrok na Claire. Słuchał, gdy mówiła dalej, reagując na jego słowa. Miała rację, ta noc mogła odsłonić przed nimi jeszcze wiele atrakcji, nawet tych nieplanowanych. Milczał chwilę, zastanawiając się nad tym, co usłyszał.- Ministerstwo i społeczeństwo zawsze muszą się uzupełniać, nie daliby rady funkcjonować bez siebie.- jedno kłamało, by drugie mogło spokojnie żyć i nie przejmować się, a w zamian nadal bez wahania popierać wszystko, co działo się po drodze. To był układ idealny, zadowalający obie strony i miał okazję przekonać się o tym, nie tylko w Anglii.
- Nigdy do mnie nie przemawia, ale to chyba nic zaskakującego? - odparł, mimo że słyszał ironię w melodyjnym głosie. To, co robił przez ostanie miesiące, dużo wyjaśniało w kwestii jego poglądów, ale ten temat zamierzał poruszyć w lepszych okolicznościach niż w przerwach między kolejnymi poruszeniami w otoczeniu. Zamilkł, kiedy na scenie pojawił się mistrz ceremonii, a później Sallow. Przemowę przyjmował z pozorną obojętnością, wiedząc, że i ona była jedną wielką propagandą, sprytnie tkaną przez przedstawiciela władzy. Taka najpewniej musiała być, przerysowana do granic możliwości. Poczuł ulotny cień szacunku do rzecznika, kiedy ten bez wahania grał na emocjach słuchaczy, brnąc po istotnych kwestiach i pełnej skali informacji, jakie posiadał. Spuścił wzrok gdzieś poniżej podwyższenia, na którym stał Cornelius. Wspomnienie konkretnych działań i miejsc, przypominało mu gdzie był, co widział i robił. Z zamyślenia wyrwało go pytanie wypowiedziane przez Fancourt. Nie odpowiedział od razu, chociaż również nie wahał się. Z chłodu wybiła go ciekawość, która pobrzmiewała w kobiecym głosie i widział ją w spojrzeniu.- W paru.- odparł lakonicznie, dobrze wiedział, że pytała o konkrety. Nie chciała informacji w ilu, a w jakich. Nigdy nie wątpił w jej umiejętność łączenia ze sobą faktów, domyślania się tego, co nie padało bezpośrednio.- Porozmawiamy o tym później.- stwierdził, zamierzając wykorzystać jej zainteresowanie. Niech poczeka, przyjdzie moment na rozmowę o tym, co robił i dlaczego. W końcu znała go jako indywidualistę, kogoś, kto nie angażuje się w nieopłacalne działania, a już zwłaszcza wobec kraju z którym nie łączyło go dotąd nic z jego własnego wyboru.


W głębokich dolinach zbiera się cień.
Ma barwę nocy…
lecz pachnie jak krew

Cillian Macnair
Zawód : Łowca magicznych stworzeń, szmugler
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Krok wstecz to nie zmiana.
Krok wstecz to krok wstecz
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8529-cillian-macnair https://www.morsmordre.net/t8563-dante#249835 https://www.morsmordre.net/t8556-cill https://www.morsmordre.net/f199-gloucestershire-okolice-cranham https://www.morsmordre.net/t8564-skrytka-bankowa-nr-2018#249854 https://www.morsmordre.net/t8557-cillian-macnair
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]20.04.22 23:56
Słowa Rigela o nie obnoszeniu się z optymizmem w obliczu licznych śmierci pozbawiły Evandrę uśmiechu. Nie mogła się z nim w tej kwestii zgodzić. Pogrążanie się w wiecznym smutku dlatego, że w każdej chwili ktoś tracił życie, zabierało radość z życia. Doyenne chciała podążyć tą myślą, zawsze chętna na filozoficzne dyskusje, lecz opinia przyjaciela nie szła w parze z malującym się na bladej twarzy Blacka uśmiechem, wzbudzając jej podejrzliwość. Zbyt zaaferowana nieplanowanym przedstawieniem, nie wsłuchiwała się szczególnie w prowadzoną tuż obok między Deirdre a Tristanem rozmowie. Nagła reakcja Mathieu zaskoczyła ją gwałtownością. Natychmiast przebiegł ją dreszcz, wzdrygnęła się, mimowolnie cofając z dala od wydarzenia i wciskając w oparcie fotela, odruchem dłoni sięgając przedramienia Tristana, niechcący przerywając mu w rozmowie. Od razu zwróciła jasną twarz w kierunku męża, w błękicie spojrzenia zdradzając jedynie własne zmieszanie.
- Wybacz - mruknęła tylko niemal bezgłośnie, nie chcąc zwracać na siebie żadnej uwagi, zawstydzona swoją reakcją. Nagle przyspieszone w swym biciu serce uspokoiło się, a uścisk palców zelżał. Evandra wyprostowała się w fotelu, splatając dłonie ze sobą na kolanach i odwracając wzrok, by utkwić go gdzieś przed sobą, chcąc sprawiać pozory neutralności, jakby nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Przelotnie jeszcze tylko zerknęła na profil Deirdre, szczerze licząc na to, iż zamieszanie umknęło jej uwadze, w podświadomości wiedząc jednak jak płonna była to nadzieja. Prędko pogodziła się też z własną bezradnością, empatyzując z Primrose, która została zmuszona poradzić sobie z niekomfortową sytuacją.
Po uzyskaniu szczątkowej wypowiedzi Rigela w kwestii samopoczucia, wzięła głębszy oddech, starając się w pełni skupić na oficjalnej części wydarzenia. Uważnym wzrokiem powiodła za Corneliusem Sallow, który podniósł się z pierwszego rzędu, by wyprostować się na scenie. Dotychczas Evandra nie miała zbyt wielu okazji, by poznać tego czarodzieja, jedynie słysząc jego nazwisko pośród ministerialnych ogłoszeń. Prezentował się nienagannie, obdarzając widownię szerokim uśmiechem od razu zjednał sobie sympatię półwili. Używał słów, jakie przemawiały do lady Rosier, posługiwała się nimi na co dzień, powtarzając pochwały pod adresem wszystkich zasłużonych wobec czarodziejskiej społeczności. O kolejnych sukcesach słuchała z zainteresowaniem, do tej pory nie znając ich szczegółów. Zapragnęła poznać przebieg tych wydarzeń, obdarty z piękna zwięzłości słów dostosowanych dla szerokiego grona.
Wtem nieznacznie ściągnęła brwi, na półwilim czole pojawiła się pionowa zmarszczka. O ile zwykle nie przeszkadzało jej bezpośrednie powiązanie kobiet z wychowywaniem dzieci, wszak do tego były stworzone i nikt tak, jak one, nie potrafił ich wychować, to nie umknęło jej spojrzenie posłane w kierunku siedzącego nieopodal Ramseya. Oparte na podłokietnikach palce Evandry zacisnęły się nieznacznie, a pierś wstrzymała oddech. Mimowolnie skierowała swój wzrok na tył głowy Primrose, spodziewając się z jakimi myślami musi się teraz bić. NIe dalej, jak przed tygodniem mówiły o artykule pana Mulcibera, wyrażając swoją skrajną dezaprobatę dla głoszonych przez niego opinii. Okrutna była niekonsekwencja w dzieleniu czarodziejskiej społeczności na kobiety i te wyjątkowe panie, którym najwidoczniej stawanie z różdżką w dłoni naprzeciw wroga nie sprawiało problemu, nie będąc zagrożeniem dla ich potencjału magicznego. Na czym więc ta wyjątkowość polegała, gdzie leżała granica i w jaki sposób można było to sprawdzić? Evandra obiecała sobie, że zwróci się do pana Mulcibera z prośbą o wyjaśnienie tej kwestii. Pod koniec przemowy lady doyenne uśmiechnęła się szerzej, dołączając do owacji dla schodzącego ze sceny Sallowa.
- Doprawdy? - zainteresowała się komentarzem lorda Blacka. - Nie miałam przyjemności poznać go bliżej, pracujecie razem? - Ministerstwo Magii było rozległym gmachem o licznych departamentach, nie byłoby nic dziwnego w tym, że tym dwóm było nie po drodze. - Widać jest to idealny czarodziej na właściwym stanowisku. - Stale grający tą samą rolę, nigdy nie opuszczający raz przyjętej maski. Cornelius Sallow nie był w tym odosobniony, w ich otoczeniu wielu stosowało podobną taktykę. Spoglądając z ukosa na profil przyjaciela, dostrzegła błyszczący ślad na jego policzku, a w duchu Evandry zrodziły się wyrzuty sumienia na myśl, jak wiele wysiłku musiało go kosztować pojawienie się w tym miejscu i jak usilnie starał się grać własną rolę. Sięgnęła do kieszeni, wyjmując zeń śnieżnobiałą chusteczkę opatrzoną własnymi inicjałami, podsuwając ją dyskretnie Rigelowi.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]21.04.22 0:06
Pierwsze miejsca na towarzyskich wydarzeniach miały w sobie niezaprzeczalny fakt prestiżu. Na niejakim piedestale wystawieni i... obserwowani przez wszystkich, którzy znajdowali się za plecami. I chociaż miało się najlepsze miejsca na toczące się widowisko, miała niebywale mniejszy wpływ na sunące gdzieś z tyłu wydarzenia. Umykały jej utarczki niezbyt wysokich lotów i zakłócające podniosłość uroczystości - persony. Nie zmieniało to jednak faktu, że uwagę skutecznie przykuwało coś zupełnie innego. Nie uszło jej uwagi także pojaw3ienie się sylwetek, które początkowo zniknęły jej z oczu, jak Calypso., o której była pewna, że przynajmniej spróbuje zamienić z nią kilka słów na mniej oficjalnej części wydarzenia.
Artystyczna scena i poprowadzona akrobatycznie opowieść, ujmowała, chociaż wciąż wydawała się Melisande w jakiś sposób niepokojąca. I nie chodziło o drastyczność odtwarzanych scen, czy buchające płomienie. Było w tym coś zupełnie innego, coś, czego arystokratka nie umiała nazwać, ani nawet zlokalizować. Był w nim i smutek. Ten brzydszy, nie mający nic wspólnego ze szlachetnym poświeceniem bohaterów. I to w momencie refleksji, jej spojrzenie zetknęło się z tym, należącym do siedzącej obok śpiewaczki. Odwzajemniła uśmiech, unosząc odrobinę tylko kąciki różanych warg, nie odnajdując jednak emocji w ciemnych tęczówkach, śledzących, jeszcze nieznajome oblicze. Niezależnie od upodobań, kobieca ciekawość kusiła do poznania czarownicy, która musiała ująć za serce jej narzeczonego, a bohatera, który niedługo potem znalazł się na scenie.
Nie trudno było o usłyszenie krótkiej, acz znaczącej wymiany (nie)uprzejmości. Skupienie na wydarzeniu, respektowanie podniosłości i rangi uroczystości wydawało się czymś tak oczywistym, że coś niespokojnie zakołysało się w piersi, niby szamoczący w pajęczynie motyl. Palce drgnęły lekko, przez moment zaciskając na ramieniu męża, by obrócić twarz w stronę sceny, zupełnie innego kalibru, niż ta przedstawiana przez artystów. Zmrużyła oczy minimalnie, rozchyliła wargi, przez kilka sekund warząc na języku bardziej gwałtowne słowa. Emocja pomiędzy dwójką na swój szczególny sposób bliskich osób, wywoływała w niej bolesny sprzeciw. Kuzyn, niemal brat i krewny jej byłego narzeczonego. Bohatera wojennego.
Nieprzyjemna, zaciskająca się na sercu pętla, przypomniała o swoim istnieniu, niewidzialne krople wrzątku zatańczyły pod skórą z niejasnymi skojarzaniami wspomnień. W końcu z cichym, kurtuazyjnym westchnieniem, pozwoliła sobie na jedno, krótkie zdanie, wypowiedziane tylko przy lekkim obróceniu głowy w stronę odchodzącego Rigela, wiedząc doskonale, że słowa usłyszy także i kuzyn. Niezależnie od racji, nie widziała najmniejszej potrzeby odsłaniania prywatnych niesnasek na takim poziomie. Prowokacja, jaką wystosował młodszy lord Black była zwyczajnie niestosowna. Jeśli czarodzieje chcieli rozwiązywać swoje konflikty, wolała by wyzwali oficjalny pojedynek bez angażowania publiki - Będę zobowiązana, za zachowanie przyzwoitości i pozostawienie skrajnych emocji na okazje inne niż uroczystość ku chwale bohaterów - ostatnie słowa wyraźnie mocniej podkreśliła gwałtowniejszą emocją, prostując się wyraźniej, splatając palce tuż przed sobą i wracając zmieszanym spojrzeniem i poruszeniem w sercu, w stronę sceny, na której niedługo potem zjawił się najpierw mistrz ceremonii, potem sam Sallow z doniosłym przemówieniem. Nie mogła się dziwić stanowisku, jakie zajmował. Operował słowem niby doświadczony szermierz - szablą. I chociaż święcie wierzyła we wszelkie wartości, głoszone dzisiejszego wieczoru, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ogląda kolejną, teatralną opowieść. Jedną z wielu w szlacheckim świecie.
Melisande Travers
Zawód : Dama
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Róże są bardziej zgodne z prawdą – wiedzą, jak pokazywać kolce”.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10633-melisande-travers-rosier#324047 https://www.morsmordre.net/t10688-ales#324219 https://www.morsmordre.net/t10681-regina-rosarum-melisande#324223 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10751-skrytka-bankowa-nr-2340#326311 https://www.morsmordre.net/t10749-melisande-travers-rosier#326288
Re: Pomnik Cronusa Wyzwoliciela [odnośnik]21.04.22 0:20
Nie był pewny na ile to wszystko było... zwyczajne? Może to już było jego paranoją, że coś tutaj mogło nie grać poza ogólnym przekłamaniem całej sytuacji. Widział to co miało miejsce w gazetach, widział to co było niepokojące... Ale wiedział też, że ci ludzie, którzy pilnowali tutaj porządku nie byli dobrzy, nie mieli na uwadze dobra niczyjego.
Zerknął w bok, przez moment przyglądając się czarownicom, które tutaj plotkowały, po tym znów kierując wzrok na zamieszanie powodowane przez grupę czarodziejów. Byli idiotami? Pijakami? Nie bardzo rozumiał co tam zaszło, ale przez moment nawet chciał ruszyć w ich stronę i się zorientować - może w jakiś sposób pomóc? Może tylko po to, aby nie dać strażnikom w tower satysfakcji z nowego mięsa do bicia i kopania. Przecież wiedział, jak takie kłótnie mogły się skończyć - wiedział, jak jego obecność między strażnikami mogłaby się skończyć dlatego.
Właśnie przez wzgląd na to, ruszył zaraz przed siebie, schodząc z fontanny i spokojnym krokiem kierując się w stronę ławek, dostrzegając jedną, która była stanowczo bardziej pusta.
Wyciągnął dłonie z kieszeni, tylko w prawym rękawie upewniając się po kryjomu czy na pewno różdżka jest na swoim miejscu.
Przysiadł na pustym miejscu, wbijając wzrok w mężczyznę na scenie - w pieprzonego legilimentę, który wszedł do głowy jego brata. Słyszał te słowa, które wypowiadał - ale nie słuchał ich znaczenia. Zamiast tego obserwował tego mężczyznę z jaką pewnością siebie mówił, jak starał się modulować głos. To nie miało znaczenia, o czym mówił, a jak. Wiedział to przecież, zawsze on sam z tego korzystał, bo wystarczył odpowiedni dobór słów i min, aby obrócić sytuację na swoją korzyść.
Poczuł jednak ścisk, kiedy docierały do niego te steki bzdur. Bohaterów wojennych? Co było bohaterskiego w tej wojnie? W handlu dziećmi, w mordzie który miał wszędzie miejsce? Kto tutaj był prawdziwym zagrożeniem?
Nie sympatyzował z Zakonem, nie sympatyzował z tą cholerną władzą. Wiedział, że ani jedni, ani drudzy nie mieli na uwadze jego dobra - o to musiał zadbać sam. Ale co było lepsze? Obawa o to, że zginie z jednej lub z drugiej strony? Że ktoś będzie miał o nich złe pojęcia, posądzi ich o złe intencje? To wszystko było paranoją. Ludzie się bali i chcieli wierzyć w te słowa - on sam z pewnością chętnie by w nie uwierzył, ale sam już nie wiedział czy powinien wierzyć komukolwiek, nawet sobie, skoro miał luki w pamięci. Przeczucia mówiły mu jedno, nie posiadał faktów i informacji, a jednocześnie czuł złość i żal - do siebie, do innych? Do wszystkich? Gnębiło go poczucie winy na samą myśl, że byłby zdolny do morderstwa - na myśl, że rzeczywiście mógłby się tego dopuścić. Zawartość żołądka podchodziła mu do góry, czuł ten kwaśny posmak w ustach, próbując sobie wyobrazić jak mógłby skrzywdzić drugą, niewinną osobę. Dziecko. Był potworem? Tym się stał? Nie lepszym katem niż ci, którzy znęcali się nad nim w Tower? Niż ci, którzy...
Nie mógł tego naprawić. Przecież wiedział. Czuł się słabiej na samą myśl o tym wszystkim, co się działo - chciałby po prostu móc zasnąć, położyć się gdzieś i móc obudzić gdzie indziej, w miejscu czy w czasie, w którym to wszystko by się skończyło. Był zmęczony, ale wiedział, że to było niemożliwe. Ile razy tę piętnaście lat temu, kiedy pierwsze raz znaleźli się w taborze, kładł się spać z myślą, że kiedy się obudzi, ich mama będzie przy nich? Że wróci, że obudzą się do jej głosy jak nuci piosenkę podczas smażenia im jajecznicy na śniadanie - że opowie im znów bajkę, że zgani ich lub przytuli po tym jak się pobiją z bratem o jakąś głupotę, że znów zaplecze Sheili warkocze.
Ale świat nie był snem, z którego dało się wybudzić - ta wojna nie była tylko brzydkim koszmarem, który minie z pierwszymi promieniami słońca i pozostawi po sobie tylko brzydkie wspomnienie. Była prawdziwa, była czymś czego nie zapomni. Te koszmary budzącego go w środku nocy - te, w których się topił w czarnej toni i nie mógł znaleźć drogi na powierzchnię; kiedy walczył o każdy oddech i próbę utrzymania się na powierzchni. Tonął z każdym dniem jeszcze bardziej, jeszcze głębiej.
Czy to samo budziło ich ojca? Czasem pojawiał się w nim lęk, że on lub James, obudzą się w środku nocy z takim samym zamiarem co ich ojciec - że będą zdolni kogoś skrzywdzić, tylko dla własnej satysfakcji. Wiedział, że nie - że jego brat czasem się wściekał i rzucał pięściami zanim o czymkolwiek pomyślał, ale nie był taki. Nie skrzywdziłby Eve, nie podniósłby ręki na Sheilę. Oni sami czasem się bili, ale nie tak, żeby skrzywdzić jeden drugiego przecież. Nie byli jak ich ojciec, chciał w to wierzyć - chciał powiedzieć, że wie, że James taki nie był.
O samym sobie nie był pewny już niczego.
Odwrócił wzrok od mężczyzny na scenie, wbijając go w ziemię, zaciskając zęby nie tylko ze złości, ale i z bezradności, słysząc te słowa przemówienia.

| siadam tutaj wcale znów nie zapomniałam dodać tej mapki jak łażę



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Pomnik Cronusa Wyzwoliciela - Page 7 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380

Strona 7 z 13 Previous  1, 2, 3 ... 6, 7, 8 ... 11, 12, 13  Next

Pomnik Cronusa Wyzwoliciela
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach