Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Tessa Skamander
AutorWiadomość
Tessa Skamander [odnośnik]29.01.21 1:16

Theresa Andromeda Skamander

Data urodzenia: 8 kwietnia 1933
Nazwisko matki: Goshawk
Miejsce zamieszkania: okolice Exford, Somerset, Anglia
Czystość krwi: czysta ze skazą
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: pomaga w rodzinnej hodowli aetonanów; po kryjomu tworzy magiczne szaty dla aurorów wyklętych
Wzrost: 164 cm
Waga: 52 kg
Kolor włosów: ciemnobrązowe; w słońcu nabierają ciepłego odcienia
Kolor oczu: szarozielone
Znaki szczególne: jasna skóra usłana pojedynczymi pieprzykami; ledwie widoczne zgrubienia po wewnętrznej stronie dłoni; dwie blizny, niedawne, jeszcze nie do końca pobladłe (jedna biegnąca wzdłuż lewego przedramienia, od nadgarstka do łokcia; druga skośnie na prawej łopatce); leworęczność


{ perhaps one day I'll crawl back home, beaten, defeated;
but not as long as I can make stories out of my heartbreak,
beauty out of sorrow }



Rozdział I
Koń na biegunach


Miałam piękne dzieciństwo.

Pamiętam dom na skraju lasu – murowany, z szerokim tarasem i drzewami pochylającymi się nisko nad dachem z ciemną dachówką, o grubych konarach powykręcanych tak bardzo, że aż prosiły się, żeby się na nie wspiąć. Ojciec ciągle mówił, że kiedyś je zetnie: gdy jesienią brązowo-złote liście zasypywały całą ścieżkę, albo gdy przy silniejszym wietrze rozłożyste korony wyginały się tak bardzo, że zdawało się, że się złamią; lub ten jeden jedyny raz, kiedy wygramoliwszy się przez otwarte okno na poddaszu, uczepiłam się zahaczonej o parapet gałęzi starej wierzby, a później spędziłam kilka godzin zanosząc się płaczem, zanim rodzice wrócili do domu i ściągnęli mnie z powrotem na ziemię. Groźby wycięcia rosnących od lat drzew pojawiały się w trakcie późnych wieczorów spędzanych przy kominku i podczas popołudniowych obiadów, ale koniec końców nigdy nie zostały spełnione; jestem przekonana, że gdyby dzisiaj nogi jakimś cudem zaprowadziły mnie do naszego rodzinnego domu, to te klony i dęby wciąż by tam stały – spokojne i niewzruszone, w przeciwieństwie do całej reszty, którą udało się zniszczyć i rozkraść szabrownikom.

Wtedy rzecz jasna jeszcze nie myślałam o wojnie – pojawiająca się wyłącznie na szeleszczących stronach ściąganych z maminych półek powieści, była konceptem abstrakcyjnym, odległym, na którym nie warto było zatrzymywać myśli na dłużej, zresztą: w moim hermetycznym świecie nie było na nią miejsca. Były za to niedzielne wyprawy na pobliskie wzgórza, letnie kąpiele w rzece i zabawy w chowanego, na które udawało mi się czasami namówić Samuela, gdy wracał z poobijanymi kolanami z długich eskapad i podwórkowych meczy Quidditcha. Odkąd tylko nogi urosły mi na tyle, że byłam w stanie go doścignąć, podążałam za nim jak cień – nie z upierdliwości charakterystycznej dla młodszych sióstr, choć z jego perspektywy zapewne tak właśnie mogło to wyglądać; dla mnie był jednak po prostu wzorem, wyższym, starszym, odważniejszym; kimś, kogo chciałam naśladować i od kogo pragnęłam się uczyć, nawet jeśli pierwsza samodzielna próba oderwania się od ziemi na dziecięcej miotełce zakończyła się widowiskowym fiaskiem. To Samuel nauczył mnie latać – nieco później, gdy razem z podszytymi nieostrożnością siniakami zbladł również strach przed wysokością, a ja ośmieliłam się raz jeszcze zacisnąć dłonie na latającej miotle. Bałam się wtedy – kolejnej porażki, upadku, twardego lądowania, bólu łamiącej się kości – ale bratu ufałam bardziej niż własnym lękom, i ta zależność była czymś, co towarzyszyło mi też potem – co towarzyszy mi nadal – mimo że oboje już dawno porzuciliśmy czasy dzieciństwa i dorastania.

Pamiętam też dzień, w którym sowa przyniosła mu list z Hogwartu – i pamiętam, że nie znosiłam każdego tygodnia podekscytowanych przygotowań, które nadeszły później, sprawiając, że stałam się marudna i kapryśna. Myśl o tym, że miał wyjechać, gdzieś daleko, do jakiegoś osnutego we mgle niewyraźnych wyobrażeń zamku, była dla mnie na tyle nieznośna, że robiłam wszystko, byle tylko do tego nie dopuścić – ale ani płacz, ani błagania, ani nieporadne, zrodzone w sześcioletnim umyśle akcje sabotażowe, nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. To właśnie w jeden z takich wieczorów, nadąsanych, krzykliwych, przebudziła się we mnie magia – pozwalając mi na ożywienie starego, drewnianego konia na biegunach, tak, że zeskoczył z łukowatych nóżek i wybiegł przez otwarte drzwi na zewnątrz, ze mną na grzbiecie, kompletnie nie zwracając uwagi na zaskoczone okrzyki – po drodze taranując schnące na sznurze szkolne szaty Samuela. Spodziewałam się bury, początkowo myląc radosne łzy błyszczące w oczach matki z oznaką złości – ale ojciec tylko poderwał mnie ze śmiechem w górę, ratując przed niechcianą wycieczką w siną dal, a następnego dnia zaprowadził do należącej do naszej rodziny stadniny, żeby pokazać mi aetonany.

Skrzydlate konie oczywiście zdarzało mi się widywać już wcześniej – z oddali, biegające po przycupniętym pod wzgórzem padoku, albo przelatujące tuż ponad naszym dachem: ulotne cienie, łopot skrzydeł – jednak stanowiąca oko w głowie moich rodziców hodowla pozostawała do tej pory poza moim zasięgiem, mimo że otwarte wybiegi i zabudowania dzieliło od naszego domu zaledwie kilkanaście minut drogi. Być może właśnie ze względu na tę dotychczasową niedostępność traktowałam ten spacer jak wyprawę, jedną z ekscytujących przygód – a może w jakiś niewyjaśniony sposób przeczuwałam, fantomowo, podskórnie, istnienie niezwykłej więzi łączącej mnie z końmi. Wrodzony dar, do tej pory uśpiony, dał o sobie znać, gdy tylko, uczepiona jeździeckiej szaty ojca, zbliżyłam się do zabezpieczonego magicznie ogrodzenia, orientując się, że z zaalarmowanego rżenia aetonanów byłam w stanie wyczytać znacznie więcej niż w teorii powinnam. Słyszałam je – nie słowa, nie pełne zdania podobne tym wypowiadanym przez czarodziejów, ale również nie pozbawione większego znaczenia odgłosy; w przeciwieństwie do dźwięków wydawanych przez inne stworzenia, magiczne czy też nie, te miały barwę i kształt, teksturę i emocje; układały się w mojej głowie w logiczny ciąg myśli, które potrafiłam nie tylko zinterpretować, ale i na nie odpowiedzieć – co też nie do końca świadomie zrobiłam, witając się z aetonanami w ich własnym języku i wprawiając tym samym w zdumienie ojca – choć pierwotne zaskoczenie bardzo szybko przerodziło się w dumę. Byłam zwierzęcousta; rzadka umiejętność, wpisana w historię Skamanderów od pokoleń, postanowiła ujawnić się u mnie, budząc we mnie jednak nie tyle przekonanie o własnej wyjątkowości, co jedynie wzmacniając (w sposób, którego wtedy nie potrafiłam jeszcze jednoznacznie uchwycić) poczucie przynależności z ludźmi, w których żyłach płynęła ta sama krew.




Rozdział II
Listy z Hogwartu


Pisałam do niego w każdą sobotę.

Jego wyjazd do magicznej szkoły nadszedł niechybnie, nie mogłam nic na to poradzić – ale chociaż tęskniłam za wspólnymi zabawami w ściganego i kibicowaniem bratu w trakcie amatorskich rozgrywek Quidditcha, to wcale nie zostałam w Anglii sama. Miałam aetonany; od tego pamiętnego dnia, w którym wybrałam się do hodowli po raz pierwszy, zaczęłam odwiedzać ją codziennie – początkowo jedynie pomagając ojcu w obowiązkach, później – ucząc się dosiadać skrzydlatych stworzeń. Traktowałam je jak przyjaciół, zbiór osobowości o różnych imionach i charakterach, i tak też do nich podchodziłam – a one odwdzięczały mi się tym samym, słuchając mojego głosu, do którego używania z czasem przywykłam, wraz z każdym spędzanym w stadninach tygodniem coraz bardziej ulegając przekonaniu, że właśnie do tego zostałam stworzona. Co nie oznaczało, że zawsze było mi łatwo; nad równowagą i siłą pracowałam jak każdy, a upadki na twardą ziemię wcale nie bolały mnie mniej – nie zawsze też znosiłam je z wysoko podniesioną głową – ale nie poddawałam się, w chwilach spędzonych na końskim grzbiecie odnajdując coś, z czego braku wcześniej nawet nie zdawałam sobie sprawy. O tym wszystkim opowiadałam Samuelowi, drżącą i nieporadną dłonią regularnie kreśląc do niego listy, i z bijącym mocno sercem czytając te, które otrzymywałam w odpowiedzi – opowiadające o zamku nad jeziorem, o magii kryjącej się w każdym jego zakamarku, o lekcjach i magicznych stworzeniach, które podobno zamieszkiwały otaczający szkołę las. Wyobrażałam sobie to wszystko, tworzyłam w myślach obrazy zbudowane na wypisanych atramentem zdaniach, ale z jakiegoś powodu nie tęskniłam za nimi już tak bardzo jak wcześniej – być może orientując się, że to, czego tak naprawdę pragnęłam, przez cały czas znajdowało się znacznie bliżej, niż mogłabym przypuszczać.

Pamiętam, że mój własny wyjazd do Hogwartu był słodko-gorzki. Z jednej strony – czarodziejska szkoła oczarowała mnie od pierwszego kroku, który w niej postawiłam: zaczarowane sklepienie w Wielkiej Sali, lśniące gwiazdozbiory i pourywane chmury na nocnym niebie, blask świec mieszający się z aurą unoszących się w rogach duchów, szelest szat, nieuchwytny zapach wsiąkniętej w stare mury historii; chociaż magia była dla mnie czymś naturalnym, z czym dorastałam i czym oddychałam, to ta wypełniająca zamek sprawiała, że raz po raz z zachwytem odwracałam głowę, nie chcąc, by cokolwiek – od szepczących do siebie portretów po lśniące na piersiach prefektów odznaki – mi umknęło. Z drugiej strony: tęskniłam. Za rodzicami, za aetonanami, za uczuciem odrywania się od ziemi (tuż po jedenastych urodzinach ojciec pozwolił mi na to po raz pierwszy); wbrew moim nadziejom, połatana Tiara Przydziału nie pozwoliła mi na pójście śladem brata i przybranie czerwono-złotych barw; zostałam Krukonką, a choć przy długim stole przywitały mnie życzliwe uśmiechy i przyjazne spojrzenia, nie od razu odnalazłam się wśród nowych znajomych. Czułam się zagubiona i onieśmielona, a przede wszystkim: dziwnie sama, jakby lód pod moimi stopami nagle się połamał, pozostawiając mnie na dryfującej samotnie krze. Pierwszą noc spędzoną w obcym łóżku przepłakałam, ze wstydem chowając się za kotarami w kolorze ciemnego granatu, później jednak osuszone o poduszkę łzy wyschły – a każdy kolejny dzień okazywał się łatwiejszy, pozwalając mi na pokochanie miejsca, które z czasem zaczęłam również nazywać drugim domem.

Przez szkołę przemknęłam raczej niezauważenie; jak przystało na wychowankę Domu Kruka, uczyłam się dobrze, choć bez fajerwerków – nie byłam młodym geniuszem, mimo drygu do transmutacji i numerologii nie wróżono mi kariery naukowej. Zbyt łatwo się rozpraszałam, za mało czasu poświęcałam studiowaniu teorii, skupiając się głównie na zastosowaniach praktycznych: jeśli nie widziałam efektów mojej pracy od razu, budziło się we mnie zniechęcenie. Poza tym – każdą wolną chwilę starałam się spędzać na zewnątrz, tęskniąc za otwartymi przestrzeniami i charakterystycznym, cierpkim zapachem lasu. Częściowo to właśnie ta tęsknota zaprowadziła mnie w trzeciej klasie do szkolnej drużyny Quidditcha; brakowało mi latania – a mimo że wysłużone miotły w niczym nie przypominały grzbietów dumnych aetonanów, to długie godziny spędzone na nauce jeździectwa pozwoliły mi na wyrobienie w sobie wystarczająco dobrego refleksu i poczucia równowagi, by udało mi się dostać na pozycję ścigającej. Podobało mi się to – to uczucie współzawodnictwa i jedności z drużyną, świadomość znajdowania się we właściwym miejscu, która towarzyszyła mi zresztą przez wszystkie lata spędzone w zamkowych murach. Co prawda daleko mi było do duszy towarzystwa, ale przyjaźnie zawierałam łatwo, nie kierując się przy tym skomplikowaną siatką uprzedzeń; chociaż pochodziłam z rodziny czarodziejów, z domu nie wyniosłam poczucia wyższości z tym związanej, i nie rozumiałam, skąd brały się w innych te pokłady niechęci i nienawiści. Do dzisiaj nie rozumiem – teraz może nawet mniej niż wtedy, bo choć złośliwe przytyki i podstawianie nogi na korytarzu można było jeszcze wytłumaczyć młodzieńczą niedojrzałością, to jak usprawiedliwić to, co z czarodziejskim światem zrobiła wojna?




Rozdział III
Leśne wrzosy


Wróciłam do domu.

Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym postąpić inaczej. Chociaż ostatni rok szkoły spędziłam słuchając o planach, jakie na niedaleką przyszłość kreślili moi przyjaciele: staże w ministerstwie, kursy uzdrowicielskie, dalekie podróże w poszukiwaniu zaginionych artefaktów albo zapomnianych gatunków magicznych stworzeń – ja nie chciałam zostawiać za sobą rodzinnej hodowli. Na siedemnaste urodziny dostałam od ojca Aurorę, młodą aetonankę o pięknych skrzydłach w kolorze dojrzałych dmuchawców, i nie mogłam się doczekać, aż będę mogła zacząć z nią pracować. Niektórzy twierdzili, że się marnuję, że mogłabym osiągnąć więcej, nie rozumiejąc, że wcale nie pragnęłam niczego ponad to, co już miałam; poza tym – nie potrafiłam wyobrazić sobie samej siebie spędzającej osiem godzin dziennie za biurkiem ani nad laboratoryjnym stołem. Wyjazd za granicę kusił, mówiłam sobie jednak, że jeszcze nie teraz; nie chciałam zostawiać rodziców samych, zwłaszcza odkąd Samuel wyprowadził się z domu. Pisałam do niego często, nie potrafiąc pozbyć się starego nawyku; czasami odpisywał, czasami nie, rozumiałam jednak, że kurs aurorski należał do tych wyczerpujących. Sama zresztą też nie narzekałam na nadmiar czasu – moja codzienność wypełniła się dniami spędzanymi na pomocy w prowadzeniu hodowli, ćwiczeniami i pierwszymi gonitwami (w których odnosiłam mniejsze lub większe sukcesy). Starałam się wyręczać ojca we wszystkim, w czym mogłam: doglądałam aetonanów, oprowadzałam kupców i odbierałam pomniejsze dostawy, najbardziej kochałam jednak popołudnia spędzane z Aurorą; odnalazłam z nią wspólny język od razu, od pierwszego nieśmiałego przelotu nad okolicą, i to nie tylko dzięki darowi, z którym się urodziłam. Aetonanka, choć z natury nieufna i uparta, stała się moją przyjaciółką i ulubioną towarzyszką wypraw, coraz dalszych i śmielszych, za którymi do dzisiaj zdarza mi się tęsknić.

To właśnie w trakcie jednej z nich poznałam jego; był o kilka lat starszy, na tyle, że nie pamiętałam go ze szkolnych korytarzy, ale to wcale nie przeszkodziło nam w nawiązaniu rozmowy, która sprawiła, że całkowicie straciłam poczucie czasu. Jak nikt inny potrafił opowiadać: o podróży, z której właśnie wrócił, i o magicznych stworzeniach, które udało mu się w jej trakcie zobaczyć; wydawał się zachwycony Aurorą, zaprosiłam go więc do naszej hodowli, żeby mógł rzucić okiem na aetonany. Przyszedł – raz, a później drugi, za każdym przynosząc ze sobą wiązankę leśnych wrzosów, a ja nawet nie zarejestrowałam momentu, w którym przestaliśmy mówić o przeszłości, zamiast tego zaczynając kreślić przed sobą przyszłość. Pokochałam go – w sposób, którzy częściowo mnie zaślepił, sprawiając, że na krótką chwilę zapomniałam o wszystkim; gdy więc zaproponował mi wspólny wyjazd, zgodziłam się bez wahania, głucha na ostrzeżenia i dezaprobatę rodziców, nie chcąc nawet dopuścić do siebie myśli o długich miesiącach rozłąki. W trakcie noworocznej zabawy włożył na mój palec pierścionek z liliowym oczkiem, a ja obiecałam, że zostanę jego żoną; ślub miał być na jesień, wiosną planowaliśmy podróż. Dokąd – nie wiedziałam, zgadzając się, by była to niespodzianka. W wyznaczony dzień pojawiłam się na maleńkim peronie, czekając ze ściśniętą w dłoni walizką – ale gdy minęła godzina, potem druga, a pociąg, w który mieliśmy wsiąść, przyjechał i odjechał, zrozumiałam, że czekałam na próżno. Nie pojawił się: ani wtedy, ani wcale, znikając bez śladu; jego mieszkanie stało puste, z szaf zniknęły ubrania, pod łóżkiem brakowało podróżnego kufra; listy, które początkowo wysyłałam mu codziennie, nie wracały – ktoś musiał je odbierać – ale żaden nie doczekał się też odpowiedzi. Moje serce pękło na pół, a przynajmniej takie miałam wrażenie, gdy zamknięta we własnym pokoju, zanosiłam się płaczem; później przestałam – płakać i myśleć, pisać i tęsknić (uparcie chciałam w to wierzyć); wrzosowe wiązanki spłonęły w kominku, a ja zabrałam walizkę, której nie zdążyłam nawet rozpakować, i wróciłam na ten przeklęty peron.

Moja podróż – samotna – nie była ani długa ani ekscytująca, okazała się być jednak czymś, czego w tamtym momencie potrzebowałam, by położyć do snu pogrzebane marzenia i oderwać się od miejsca, w którym wszystko – od drzwi wejściowych po rozległe pola upstrzone kwiatami – przypominało mi jego. Zatrzymałam się u ciotki mieszkającej po drugiej stronie kraju, na jakiś czas zrywając kontakt z przyjaciółmi. Pisywałam jedynie do rodziny: krótkie wiadomości o tym, że wszystko było w porządku, zupełnie jakbym wierzyła, że umieszczenie tego zdania na pergaminie wystarczającą ilość razy mogło sprawić, że stanie się prawdziwe. Choć nie byłam z tego dumna, z pełną świadomością ukryłam się przed światem, wypełniając czas samotnymi spacerami i uciekając w rzeczywistość utkaną z fikcji czarodziejskich powieści, od których uginały się półki w salonie ciotki. Była krawcową, która po zmarłym mężu przejęła magiczny zakład krawiecki, każdego dnia zasypiałam więc przy kojących dźwiękach zaklętej maszyny do szycia, za dnia ucząc się z nią obchodzić; w ramach podziękowania za gościnę obiecałam pomoc w prowadzeniu zakładu, w późne poranki i długie popołudnia przesiadywałam więc w pracowni, pod okiem ciotki kłując nieprzyzwyczajone do trzymania igły palce. Początkowo szło mi opornie, a monotonna praca budziła frustrację, gdy jednak od obszywania w nieskończoność rond magicznych tiar przeszłyśmy do tworzenia prawdziwych szat, zaczęłam w tych spędzanych z ciotką godzinach odnajdywać jakiś trudny do opisania spokój. Słuchałam uważnie, gdy tłumaczyła mi, w jaki sposób należało mocować do tkaniny pióra dikitraka, objaśniała żmudny proces wtapiania w sploty pyłu elfów i pokazywała metody obrabiania skór: bystroducha, twardej i prawie niemożliwej do przeszycia, albo lekkiej i rozciągliwej, jak u gryfa. Uwielbiałam patrzeć, jak pracowała, każdą szatę traktując jak osobne, skromne dzieło sztuki – dopracowując detale, w nieskończoność sprawdzając wytrzymałość nici i poprawiając kołnierze. Pomagałam też w naprawianiu: szat przetartych albo naznaczonych rozdarciami, o poluzowanych splotach i wypalonych dziurach, ucząc się rozpoznawać, kiedy materiał nadawał się do cerowania, a kiedy jedynie do wymiany; odnajdując jakąś satysfakcję w świadomości, że wciąż istniały rzeczy, które byłam w stanie naprawić.




Rozdział IV
Cisza


Burza nadciągnęła niespodziewanie –

– choć nie od razu; spędziłam u ciotki rok, z każdym dniem coraz swobodniej czując się za magiczną maszyną do szycia, ale jednocześnie coraz mocniej tęskniąc: za domem, za starymi wierzbami i klonami w ogrodzie, za łopotem potężnych skrzydeł. Brakowało mi aetonanów, ich głosów niosących się ponad wybiegami, otwartych przestrzeni. Poza tym – gnał mnie niepokój; jeszcze nieokreślony, odległy, ale mówiło się, że nad Anglię coś nadciąga, choć ciche zwiastuny początku końca wtedy jeszcze łatwo było zignorować: wzmianki o tajemniczych zniknięciach drukowane w Proroku ginęły pośród relacji z meczy Quidditcha i letnich festiwali. Ja również szybko o nich zapomniałam, bo ledwie postawiłam stopy przed rodzinnym domem, na powrót dałam się porwać pracy, kolejne miesiące spędzając na nadrobieniu zaległości: poznając młode aetonany, które przyszły na świat pod moją nieobecność, przypominając sobie o ukrytych ścieżkach i zacienionych polanach, odzyskując utraconą formę, żeby znów móc brać udział w podniebnych gonitwach. Odkrywałam wszystko raz jeszcze, na nowo, wyprawiając się w długie loty na grzbiecie Aurory; do domu wracałam późnymi wieczorami, żeby zamknąć się w maleńkiej pracowni na strychu i szyć. Odkąd w moje dwudzieste pierwsze urodziny cztery zmęczone podróżą sowy przyniosły mi prezent od ciotki – zaklętą maszynę do szycia – spędzałam przy niej niemal każdą wolną chwilę, eksperymentując z materiałami i tworząc jeździeckie szaty. Czasami, w momentach słabości wkradających się w pustą przestrzeń między zmęczeniem a snem, pisałam listy do niego – już nie domagając się odpowiedzi na pytania, których nigdy nie było dane mi zadać, a zwyczajnie pytając, czy wszystko było w porządku, czy był szczęśliwy; zdarzało mi się, że śniłam o pergaminach zapisanych jego charakterem pisma, że już-już trzymałam je w dłoni – ale w rzeczywistości żaden nigdy nie dotarł na mój parapet. Jeśli żył – milczał, a ja nie miałam pojęcia, dlaczego.

W noc, w którą niebo nad Anglią pękło pod naporem anomalii, straciliśmy trzy aetonany. Oszalałe ze strachu, spróbowały ucieczki, raniąc się o ostre fragmenty tratowanej konstrukcji – na tyle poważnie, że nie byliśmy w stanie ich odratować. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej płakałam tak bardzo, jak wtedy; nie wiedząc jeszcze, nie przypuszczając, że to był dopiero początek. Chociaż uszkodzenia powstałe w trakcie wybuchu dało się naprawić, to niestabilna magia sprawiała, że magiczne stworzenia były stale niespokojne: nie chciały jeść ani nie pozwalały się dosiadać, a jeśli już to zrobiły – podrywały się do lotu bez ostrzeżenia albo wyrywały galopem w sobie tylko znanym kierunku. Spędzałam z nimi tyle czasu, ile tylko mogłam, korzystając z faktu, że wrodzony dar czynił komunikację z nimi znacznie łatwiejszą; gdy przestała działać teleportacja, nauczyłam się polegać głównie na Aurorze, podróżując na jej grzbiecie, ilekroć zaszła taka potrzeba. Słuchała mnie, ufałam jej więc bezgranicznie – i kiedy ojciec poprosił mnie, żebym w jego imieniu odebrała z Londynu przeznaczoną dla hodowli dostawę, zgodziłam się bez zawahania. Ten dzień – dwunasty października, późne popołudnie, parne powietrze, ciężkie chmury wiszące nisko nad ziemią – do dzisiaj wraca do mnie jak echo, wystaje z kalendarza jak zardzewiały gwóźdź; ciągnie skórę jak wciąż jątrząca się rana, mimo że moje własne już prawie się zabliźniły. Pamiętam, że leciałam nad lasem: drzewa gięły się od wiatru, coraz silniejszego, jakby zwiastującego burzę, choć gdy popędzałam Aurorę, wydawało mi się, że była jeszcze daleko. Nie spodziewałam się, że pojawi się tak nagle: że grzmot mnie ogłuszy, a gwałtowna jasność oślepi, że błyskawica uderzy tuż obok; nie byłam przygotowana na szarpnięcie, które wyciągnęło z moich rąk wodze, ani na to, że moje ciało zesztywnieje na kilka długich sekund, jak porażone potężnym petryfikusem. Później spadałam – spadałyśmy obie, przez łamiące się konary i ostre gałęzie, po niekończącym się locie lądując w ciemności – a przynajmniej ja w niej wylądowałam, bo rozbłysk na dłuższą chwilę odebrał mi wzrok. Słyszałam za to wszystko: trzask kości, mdlący dźwięk rozrywających się mięśni, a później zwierzęcy, przerażający skowyt, łamiący serce, ciągnący się bez końca – sprawiający, że po raz pierwszy w życiu przeklinałam dar, który pozwalał mi go zrozumieć.

Minęły długie tygodnie, nim udało mi się ponownie stanąć na nogi. Dosłownie; gdy mnie znaleziono – po kilku godzinach, i na długo po tym, jak rozpaczliwe rżenie Aurory ucichło na dobre – miałam uszkodzony kręgosłup i kości w prawej nodze strzaskane tak bardzo, że uzdrowiciele mieli problem z poskładaniem ich w całość. Nim pozwolili mi podnieść się z łóżka, musiałam wszystkiego nauczyć się od nowa, jak dziecko: najpierw siadając, później stopniowo zaczynając poruszać nogami, opierać na nich ciężar ciała, stać; trwało to w nieskończoność – drobne postępy i obezwładniające fale bólu, które powstrzymywałam leczniczymi miksturami, żałując, że nie były w stanie przytępić tego znacznie gorszego, panoszącego się za mostkiem i bez ostrzeżenia odbierającego mi oddech. Uciekałam przed nim w książki, czytając na zmianę niosące nadzieję powieści i grube podręczniki traktujące o magicznych stworzeniach i tworzeniu szat; robiąc wszystko, co mogłam, byle zająć czymś ręce i oszukać umysł. Od doglądającej mnie uzdrowicielki zaczęłam uczyć się podstaw magii leczniczej, z jednej strony chcąc być w stanie wyręczyć ją przynajmniej w tych najprostszych zaklęciach, z drugiej – zwyczajnie szukając dla siebie czegoś, na czym mogłabym się skupić. Kiedy pozwolili mi wreszcie wyjść na zewnątrz, godziny spędzane w ciemnej sypialni zastąpiły długie spacery, dzięki którym stopniowo wracałam do pełnej sprawności; gdy zrobiło się cieplej – pływałam, odkrywając, że woda uspokajała mnie w sposób podobny do tego, jak robiło to niegdyś latanie. Niegdyś – bo po pierwszej próbie wdrapania się na grzbiet aetonana zakończonej atakiem paniki i falą dławiącego wstydu, stało się dla mnie jasne, że nie byłam w stanie tego zrobić. Wizja oderwania się od ziemi mnie przerażała, czułam się też, jakbym w jakiś sposób zdradzała Aurorę; zwłaszcza, że ilekroć zamykałam powieki, pozwalając, by otulił mnie mrok, wciąż ją słyszałam – zupełnie jakby te dźwięki wryły mi się w pamięć na stałe, niemożliwe do zagłuszenia upływającym czasem.




Epilog
Klify


Później zaczęła się wojna.

Spokojem, który nastał po ucichnięciu targających krajem anomalii, nie nacieszyliśmy się długo: ledwie udało nam się doprowadzić do porządku poczynione przez niestabilną magię zniszczenia, dotarły do nas mrożące krew w żyłach wieści ze stolicy. Nielegalny już Prorok Codzienny pisał o setkach wymordowanych mugoli i czarodziejów, podczas gdy na murach zawisły znajome twarze i nazwiska – każde z ceną bezlitośnie wyznaczoną za ich istnienie. Zamaskowani czarodzieje i czarownice spoglądali z ruchomych fotografii dokonując krwawych egzekucji na rzekomych zdrajcach narodu, a kolejni przyjaciele przestawali odpowiadać na słane do nich listy; miałam nadzieję, że tylko się ukrywają, choć w głębi ducha podejrzewałam najgorsze. Samuel mówił, że musimy uciekać – nasz dom znajdował się na tyle blisko Londynu, że było jedynie kwestią czasu, nim walki toczące się na ulicach dotrą i do nas, poza tym: w samej stoicy wciąż mieliśmy rodzinę, krewnych, którzy po rozłamie w Ministerstwie Magii odmówili wykonania rozkazów i opuścili jego mury. Wybór wydawał się oczywisty, stary dom dziadków w Somerset od lat stał pusty – ale przygotowanie go do przeniesienia całej hodowli aetonanów zajęło nam kilka tygodni, w czasie których wojna dotarła już prawie pod nasze drzwi. Zwlekanie okazało się błędem – bo gdy wreszcie udało nam się wyruszyć, natknęliśmy się na ministerialny patrol. Nie mieliśmy wyjścia, kontrola skończyłaby się aresztowaniem, zresztą: to nie my wyciągnęliśmy różdżki jako pierwsi, a później nie liczyło się już, kto to zrobił. Powietrze wypełniło się świstem zaklęć, błyskawicznie zamieniających zorganizowany transport w chaotyczną ucieczkę; widziałam, że rodzicom udało się wyrwać z zacieśniającej się pętli, na chwilę straciłam jednak z oczu Samuela – a kiedy go odnalazłam, ześlizgiwał się z krawędzi stromego klifu, poświęcając ostatnie siły na umożliwienie nam odwrotu.

Nie chciałam uwierzyć, że odszedł naprawdę. Chociaż kolejne ryzykowne poszukiwania nie przynosiły żadnego rezultatu, a zdrowy rozsądek podpowiadał, że przeżycie upadku z takiej wysokości nie było możliwe – nie w stanie, w jakim widziałam go po raz ostatni: z koszulą poznaczoną krwawymi smugami, z nieprzytomnymi białkami wywracających się do wnętrza czaszki oczu, z promieniem czarnomagicznego zaklęcia popychającym bezwładną sylwetkę w nicość – przez długie miesiące trzymałam się skrawków naiwnej nadziei, zbudowanej na fakcie, że u podnóży skalistego klifu nigdy nie odnaleźliśmy ciała. Mówili mi, że porwały je fale, albo że dzikie zwierzęta zawlokły je w inne miejsce, ale ja i tak wciąż uparcie tam wracałam, nie wiedząc do końca, co właściwie spodziewałam się odszukać. Świadomość, że nie byłam w stanie mu pomóc, towarzyszyła mi niemal nieustannie, zalewając wnętrzności gorzkimi wyrzutami sumienia, które starałam się zagłuszać pracą: najpierw od świtu do zmierzchu razem z rodzicami przystosowując hodowlę do nowych warunków, poźniej – dzięki rodzinnym powiązaniom angażując się w pomoc walczącym pod zwierzchnictwem wygnanego ministra bojówkom. Do bezpośredniej walki brakowało mi umiejętności, ale odcięci od stolicy czarodzieje i czarownice potrzebowali nie tylko dodatkowych różdżek: w deficycie znalazły się również magiczne szaty, peleryny-niewidki i ochronne płaszcze, które zaczęłam na ich potrzeby tworzyć, czasami całe noce spędzając w ukrytej pracowni na poddaszu, żeby bladym rankiem przekazać zawinięte w pergamin paczki ludziom pukającym do naszych tylnych drzwi. Gdy byłam w stanie, szyłam też inne rzeczy: proste koszule i spodnie, czapki i ciepłe płaszcze, które trafiały później w ręce mugoli i mugolaków, coraz liczniej ściągających do Somerset z innych części kraju. Tam, gdzie brakowało mi materiału (a wraz z upływem czasu brakowało go coraz częściej) pomagałam sobie transmutacją, szlifując zdobyte jeszcze w szkole umiejętności. Napływające z Londynu wieści śledziłam z ciężkim sercem, za każdym razem na chwilę wstrzymując powietrze, kiedy moje spojrzenie natrafiało na długie listy zaginionych i poległych – i z czasem godząc się z myślą, że gdzieś tam wśród nich znajdował się także mój brat.

A gdy już udało mi się to zaakceptować, na moim parapecie wylądowała sowa – niosąc ze sobą list napisany jego ręką.

Żył.



Patronus: Nigdy jeszcze nie udało mi się sięgnąć po wspomnienia na tyle silne, by mój patronus przybrał cielesną formę.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 +4 (różdżka)
Uroki: 0 Brak
Czarna magia: 0 Brak
Uzdrawianie: 5 +1 (różdżka)
Transmutacja: 15 Brak
Alchemia: 0 Brak
Sprawność: 10 Brak
Zwinność: 15 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
Historia magiiI2
KłamstwoI2
NumerologiaII10
ONMSII10
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
EkonomiaI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rozpoznawalność I0
Neutralny -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
GotowanieI½
HafciarstwoI½
KrawiectwoIII25
Literatura (wiedza)I½
Literatura (tworzenie prozy)I½
RysunekI½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI½
JeździectwoII7
ŁyżwiarstwoI½
Taniec współczesnyI½
PływanieI½
QuidditchI½
GenetykaWartośćWydane punkty
Genetyka (brak)--
Reszta: 8



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander
Re: Tessa Skamander [odnośnik]05.02.21 10:41

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Deirdre Mericourt
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Tessa Skamander Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Tessa Skamander [odnośnik]05.02.21 10:43


KOMPONENTY
materiały i skóry: skóra kelpii, skóra garboroga, pióra świergotnika, futro demimoza, skóra wsiąkiewki, wełna kudłonia, wełna lunaballi x2, tkanina z włókien sierści przyczajacza x2, skóra widłowęża
dodatki: czaroprzędza x2
inne: kamień słoneczny, korund, róg dwurożca, skórka boomslanga

[07.03.21] Komponenty (październik/grudzień)
[25.08.21] Komponenty (styczeń/marzec)

BIEGŁOŚCI[23.08.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień): +3PB

HISTORIA ROZWOJU[05.02.20] Karta postaci, -50 PD
[23.08.21] Wsiąkiewka (październik-grudzień): +120 PD, +3PB
[24.08.21] +30 PD; osiągnięcie: Wielki Głód
[26.08.21] Rejestracja różdżki
[24.09.21] Osiągnięcie ofiary adminów roku +100 PD
[06.11.21] Darmowa zmiana wizerunku
[08.01.22] Dopłata do limitu; -100 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Tessa Skamander Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Tessa Skamander
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach