Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Przód
AutorWiadomość
Przód [odnośnik]03.02.21 0:45

Przód

Wejście do wagonu, jego przód, prowadzi od ogólnych cyrkowych ognisk; ich płomienie dają ciepło i rozświetlają nocne mroki, a pośród nich roztaczają się czasem bardziej liryczne, a czasem bardziej pijackie przyśpiewki. Palenisko znajdujące się bezpośrednio przed wagonem Marcela otoczone jest ciężkimi kamieniami, a deska ułożona na dwóch grubych kłodach pełni rolę prowizorycznej ławeczki. Alternatywą dla niej jest niski pieniek. Wokół panuje nieład, przeważnie leży tu parę pustych szklanych butelek, czasem też wierzchnie ubrania.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przód [odnośnik]16.02.21 21:38
(stąd)

4 października 1957, wieczór
Z wolna uspokajał oddech, stojąc przed wysokim murem - pozornie miejsce, w którym się znaleźli, przypominało ślepy zaułek. Tylko pozornie, jego palce stukały w cegły odchodzące od lewej ściany, aż w końcu znalazły taką, która lekko odchodziła od całości; obejrzał się przez ramię, niepewny, czy nie słyszał kroków, ale na to nie było już czasu - znaleźli się przecież na miejscu. Wysunął poluzowaną cegłę, na którą natrafiła jego dłoń, otwierając ukryte przejście. Skinął jej głową, puszczając ją przodem, znikając za murem tuż za nią.
Nie bez obaw, zdawał sobie sprawę z tego, że nie było to szczególnie dworskie miejsce, ludzie mówili tu i zachowywali się inaczej niż wszędzie indziej, zbiegowisko sierot, dziwadeł i wyrzutków, wielobarwny świat cyrku. Nad krajobrazem górowały płachty namiotów, droga, którą szli, prowadziła w centralne rejony. Nie wyglądało na to, by toczyły się teraz jakiekolwiek występy, choć tutaj cały czas - ktoś ćwiczył. Dwójka dzieci obracała w powietrzu kolorowymi balonami, tworząc nimi przepiękny taniec, nad mijanymi sztuczmistrzami unosiła się wielobarwna - gorąca - ognista łuna, z oddali słychać było głośny ryk trudnego do identyfikacji zwierzęcia, a przy pobliskim ognisku wirowały w piruetach dwie akrobatki. Za nimi nożownik pobłyskującymi w blasku płomieni ostrzami ciskał w tarczę zawieszoną za lekko znudzoną wiedźmą rozkładającą na pobliskim pieńku karty Tarota.
- Witamy na Arenie Carringtonów - oznajmił, tak lekko, jak lekko potrafił, udając, że wcale nie było mu głupio, że nie uprzedził jej wcześniej - ale po tym, co zdążyła mu opowiedzieć, wydało mu się, że nie przywykła do szczególnie luksusowych warunków. Trochę się bał - że wiedząc, dokąd szli, mogłaby odmówić, wystraszyć się? towarzystwa, a przecież nie było czego - a przecież była sama w wielkim mieście, szukając brata, po którym została jej tylko fotografia. I rzeczywiście, czarodzieje nieszczególnie zwracali na nich uwagę - za wyjątkiem przechodzącego obok czarodzieja, który na moment uścisnął ramię Marcela, przekazując krótką informację - pan Carrington cię szukał. Odpowiedział tylko skinięciem głowy, prowadząc Anne dalej, przez główny plac, w kierunku wagonów mieszkalnych - przed nimi też płonęły ogniska, ktoś rzępolił na wysłużonej gitarze, kto inny samotnie popijał z butelki alkohol, w pewnym oddaleniu od jego wagonu. Nie wydawało się to może najlepszym towarzystwem dla młodej dziewczyny, ale wciąż uważał, że było lepszym niż żadne. - Patrole tu nie wchodzą, dyrektor to załatwił, ale nie afiszuj się zbyt mocno. Poręczę tutaj za większość, ale nie za każdego - objaśnił pokrótce, z zastanowieniem. Przetrwał tu przecież kilka miesięcy bez zarejestrowanej różdżki, jej też nikt nie przyłapie. Zawahał się przy słowie dyrektor, w pierwszej chwili chciał nazwać go panem, ale przecież w papierach był jego synem - czy powinien odgrywać tę żałosną szopkę i przed nią? - To co, masz ochotę na herbatę? - zapytał, kiedy znaleźli się już na miejscu. Przy ognisku w pobliżu siódmego wagonu znajdowała się mała prowizoryczna ławeczka ułożona z samotnej deski rzuconej na dwie kłody, pieniek służący pewnie za taboret i niewysokie drewniane schodki prowadzące do samego wagonu.
Czuj się jak u siebie?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przód [odnośnik]16.02.21 23:27
Przez rozmowy o szczurach – tym należącego do niego i tego, za którego najwidoczniej odpowiedzialna była ona – i dziwaczne dywagacje o ich – o zgrozo – wychowaniu, po wspominki; te, które niekoniecznie lubiła rozgrzebywać, ale które wciąż były nieodłączną częścią jej życia. Wool's, Londyn, szpetota zamkniętych za ciemnymi bramami smutków – nie mogła od tego uciec, nawet jeśli Wool's już nie było, Londyn spłynął krwią, a dzieci rozmyły się w powietrzu, zupełnie jak gdyby nigdy nie istniały. Ona też stała się jednym z nich; żywy duch krążący po ulicach wymarłego miasta.
– Czasem się zastanawiam – zaczęła, jeszcze gdy stąpali w cieniach tunelu – Gdzie są dzieci, z którymi tam byłam – gdzie są, kim są, czy w ogóle żyją? Mugolskie dzieci, czekające z nadzieją, aż ktoś schyli się nad ich marnym losem i przygarnie je pod swój dach; dziwnym trafem wiedziała, że ona sama nigdy tego nie doczeka. Nie wtedy, gdy pojawił się dziwny list.
Więc nie czekała. Nie wyglądała smętnie za okno, gdy pod sierocińcem pojawiały się samochody, a zza drzwi wyłaniała się elegancko ubrana pani i postawny mężczyzna ofiarujący jej ramię.
Te, które oprowadzały tych ładnych państwa po budynku też to wiedziały; ona nie czekała, a one nie zwracały na nią uwagi, a jeśli już musiały, szeptały krótkie słowa o chorobie – nie wiedziała jakiej, ale to nie miało znaczenia.
– Zniknął w lato. Przestał odpowiadać na moje listy – odpowiedziała, na moment marszcząc brwi – On... – wypuszczone niepewnie i z pewnością urwane – Powiem ci później – w innym czasie, innym miejscu; tutaj byli sami, ale tylko pozornie. Kroki, które odbijały się echem między ścianami przekonały ją o tym, że faktycznie lepiej było o tym nie rozmawiać.
Nawet w towarzystwie dwóch pijaków, których zignorowała, nie mogąc jednak odetchnąć z ulgą. Nie tutaj.
– Umówieni? – słabe światło końcówki dnia rozbłysło; na moment osiadło na jego twarzy, zatańczyło na skórze policzka i odbiło się w niebieskiej tęczówce, kiedy podniosła spojrzenie, nieco rozbawione – Umówieni na zakład. Że cię nie wpuszczą.
Przekorne rozbawienie było słodką ciszą przed burzą; później nadszedł bieg – szybszy i wolniejszy, krótszy i dłuższy, urywany raz po raz i zmieniany w przyleganie do ścian – podczas którego ograniczyła rozmowę do kilku półsłówek rzucanych pospiesznie i porywanych przez świszczący wiatr.
Okolica się zmieniała; falowała przed ich oczami, migała w światłach latarni, które jedna za drugą rozbłyskiwały na ich drodze, oświetlając ciche uliczki i bezludne przedmieścia, aż do jej nozdrzy dotarła nuta portowej dzielnicy, zbyt charakterystyczna by pomylić ją z jakąkolwiek inną.
Ale nie szli w kierunku, którego mogłaby się spodziewać. Marcel skierował kroki w inną stronę, na co odpowiedziała jedynie zmarszczeniem brwi.
Wieczór na dobre rozgościł się na niebie, barwiąc poszarzały błękit wpierw na ciemną purpurę, później oddając władanie grafitowi; gdzieniegdzie błysnęły pierwsze, srebrne szpileczki gwiazd, ale prędko straciły jej zainteresowanie, kiedy znaleźli się pod wysokim murem. Przeniosła spojrzenie wpierw na niego, później na jego dłonie, obserwując wyraźnie zaciekawiona, jak otwiera dalsze przejście – mimo lat spędzonych w magicznym świecie, wciąż potrafiła przyglądać się temu wszystkiemu z jakimś nieopisanym zdumieniem.
Ale to, którym uraczyła kamienne przejście, nie mogło równać się z tym, które wykwitło na dziewczęcej buzi, gdy znaleźli się dalej.
Otworzyła szerzej oczy, zupełnie jak gdyby to miało jej pomóc chłonąć każdą barwę, każdy obraz, każdy migotliwy punkt lepiej; mocniej, głębiej, zrozumialej. Zupełnie jak gdyby nagle, za sprawą wysuniętej cegły, znaleźli się w innym świecie – o dziwo tym razem wcale nie chciała zawracać. Wielokolorowe centra kradły jej spojrzenie, które momentalnie rozbłysło dziecięcą ekscytacją; w kąciku ust zatańczył uśmiech, prędko poszerzony, gdy z zachłannością zaczęła rozglądać się wokół – w prawo, lewo, za siebie i przed siebie – wszędzie, dookoła, nie potrafiąc znaleźć miejsca, które mogło skraść całość jej uwagi.
Choć obce, w swej obcości przypominało baśń, niemalże wyrwaną z kolorowych, mugolskich książek, teraz podsycanej magią; zawiesiła wzrok na jednych, na drugich i na trzecich. Skupiła uwagę na dźwiękach, na krajobrazach, niemalże tętniących tym, co wielu mogło nazwać zwyczajnie życiem, nie doszukując się w przepełnionych pulsującą energią sceneriach czegokolwiek złego.
Arena.
Podniosła na niego spojrzenie tylko na moment – zaaferowane, zupełnie jakby przyprowadził ją pod piękny, królewski pałac – równie prędko znów obejmując nim okolicę.
Arena. Cyrk. Cyrkowa arena.
Na moment zmarszczyła brwi, w momencie w którym przechodzili między wagonami, którym wciąż przyglądała się bacznie; jeszcze nigdy nie była w cyrku, ani na arenie, ani w żadnym innym miejscu, które mogłoby być podobne do tego. Przesycone feerią barw, naznaczone grą świateł, wypełnione głosami i muzyką.
– Mieszkasz tutaj? – zapytała dopiero, gdy mężczyzna, który się do niego zwrócił, oddalił się, a ona odprowadziła go wzrokiem, zaraz potem prędko wracając nim do twarzy Marcela – Naprawdę? – wypowiedziane niemalże z podekscytowanym niedowierzaniem.
Fakt, że w Londynie – brudnym, szarym, deszczowym, naznaczonym smutkiem, stratą i wciąż niezastygłą krwią – były jeszcze takie miejsca, wydawał się niemalże absurdalnie radosny.
Uśmiech wciąż błąkał się po jej wargach, kiedy znaleźli się pod jego wagonem, a ona podeszła do ogniska, na moment wyciągając nad palenisko dłonie; zaraz potem przycupnęła na skraju ławeczki, zerkając na niego znów.
Chłopiec rozrzucający jabłka mieszkający na cyrkowej arenie. Niesamowite.
Pokiwała głową na jego propozycję; nim nie odszedł rzuciła w jego stronę kilka słów.
– To miejsce.... one... – zaczęła niepewnie, marszcząc nieco brwi – One jest naprawdę... prawdziwe?


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Przód [odnośnik]17.02.21 22:30
Zastanawiała się, gdzie były inne dzieci - on tez, zastanawiał się, ile z nich wciąż żyło, ale ile mugolskiej dziecięcej krwi przelało się w mieście tamtej nocy. Czy ci ludzie mieli jakiekolwiek sentymenty, które pozwoliłyby im zawahać się przed zabiciem dziecka? Nie - wiedział że nie. Nie traktowali mugoli jak ludzi, dla nich byli ledwie zwierzętami, choć i zwierzęta zasługiwały na większy szacunek niż ten, którym potrafili ich obdarzyć. W milczeniu wsłuchiwał się też w jej słowa, kiedy opowiadała o bracie - myśli nasuwały się do głowy same, teraz, kiedy ktoś znikał, zwykle już nie wracał. Gdyby tylko był w stanie, pewnie skontaktowałby się z siostrą, ale przecież nie znał natury łączącej ich relacji - urwane w pół zdanie mówiło zbyt mało, a gdy nogi poniosły do biegu, zdążył tylko odpowiedzieć szelmowskim uśmiechem jako obietnicę - mógł być i zakład, będzie musiała wejść tam z nim - ale teraz przed nimi rysowała się wielobarwna przestrzeń cyrkowych namiotów, pozornie tak kontrastująca z czernią smutku na zewnątrz. Tylko pozornie - z im bliższa widziało się te piękne płachty, tym więcej dostrzegało się na nich rozpruć i plam, lecz Marcel mimo tych skaz kochał to miejsce jak nie kochał żadnego innego.
Nie był pewien jej reakcji, lecz obawy uleciały jak sen, gdy dostrzegł na jej twarzy zachwyt - zachwyt, który wprawił jego usta w drganie rozbawienia, kiedy chłonęła okolice zachłannym spojrzeniem.
- Jeśli przez ostatnie parę godzin nic się nie zmieniło, to naprawdę - zgodził się z nią, z udawaną powagą, może i dyrektor go szukał, ale wątpił, by chciał go powiadomić o eksmisji, przynajmniej nie o natychmiastowej. Ostatnio rzeczywiście trochę podpadł, ale stawał na głowie - niekiedy dosłownie - żeby nadrobić stracone chwile. - Nie byłaś tu nigdy? - Cyrk w porcie gromadził szeroką publiczność, nie tylko londyńską: świstokliki na Arenę podrzucano o różnej porze dnia i roku w różne mniejsze lub większe miasta i miasteczka w kraju. Ale Anne nie mogła opuścić sierocińca dawno temu, z pewnością nie była starsza od niego. Obejrzał się przez ramię, kiedy z niedaleka rozległ się tętent kopyt, kilku jeźdźców prowadziło dostojne aetonany do stajni, pewnie po skończonych ćwiczeniach. Odejmując od nich spojrzenie skinął głową, zamierzając odejść - zatrzymany jednak w pół kroku jej słowem. Jego uśmiech poszerzył się bezwiednie, rozłożył rozpostarte ramiona na boki i uniósł spojrzenie ku świetlistym gwiazdom na niebie, nie zatrzymując się, a cofając w kierunku dalszych namiotów - kiedy pytała, rzeczywiście brzmiało to absurdalnie, że gdzieś w tym strasznym i okrutnym mieście wciąż tkwiła oaza zdająca się trwać z dala od szarej rozpaczy. Tylko zdawała, pozory dalekie były brutalnej rzeczywistości, ale mimo problemów - rzeczywiście czuł się tu wolny. - Niektórzy twierdzą, że prawdziwe jest to, w co wierzysz - odparł więc na jej słowa, nieszczególnie przejmując się tym, że nie mając wglądu w jego myśli nie mogła ich chyba do końca pojąć - cyrk budowany był iluzją, enklawa rozrywki miała na nią wyglądać. Słoń tkwiący w przerażającej melancholii od dnia, w którym rzeka spłynęła krwawą smugą, był tylko jedną z drzazg, których nie dało się dostrzec od razu. Okręcił się na pięcie w przeciwną stronę, z nonszalancką gracją, opuszczając ramiona dopiero kilka kroków dalej, kiedy znikał między wagonami. Kiedyś trzymał w swoich rzeczach liście herbaty, na ogniu dało się zagotować wodę - ale odkąd angielskie dostawy zaczynały zawodzić, a ceny poszły w górę, nawet nie próbował z tym walczyć. Nie było go chwilę, może dwie, nie chciał, by trwało to zbyt długo - nikt jej tutaj nie znał, nie powinien zostawiać jej samej. I rzeczywiście, kilka chwil później był już z powrotem, z dwoma kubkami ciepłej gorzkiej herbaty, przekazując w jej dłonie jeden z nich.
- Weź - zaproponował, ściągając ze schodków wysłużony koc - im mocniej zachodziło słońce, tym silniejszy rozlegał się chłód - lato już się kończyło. Podał jej go, przysiadając na pieńku obok - wcześniej przesuwając go nieco bliżej prowizorycznej ławeczki kilkoma łagodnymi kopnięciami, na tyle, by słowa rozmowy pozostały między nimi - oplatając zimne palce wokół oddającego ciepło kubka; wsparł się łokciami o zbyt wysoko ułożone kolana. - Opowiesz mi, jak to było? Z twoim bratem? - Miała opowiedzieć, okoliczności przestały sprzyjać - tutaj, tutaj było spokojniej, tutaj nikt im nie przerwie. Mówił cicho, trzaskający ogień lekko przygłuszał słowa, podobnie jak brzdęki strun gitary. Chciałby pomóc, chociaż spróbować.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przód [odnośnik]18.02.21 16:14
Nie rozumiała dlaczego ich nienawidzili. Dlaczego nienawidzili jej, choć pozornie przecież była taka jak oni, choć świat, do którego przyszła – mówiono, że wlazła z ubłoconymi butami – był dla niej obcy. Obcy, inny, niechciany ale potrzebny, bo nie miała przecież innego. Ani wtedy, ani dzisiaj.
Ten, w którym znaleźli się teraz też taki był; wielobarwny, naznaczony magią, która płynęła wzdłuż i wszerz – przed którą ona wzbraniała się latami, podchodziła do prób sojuszu z własną naturą, a aktualnie płaciła cenę za błędy tych, którzy niegdyś nią gardzili. W miejscu, w którym się znaleźli, to wszystko zdawało się jakoś nierealistycznie odległe – jak gdyby nie było ani podziałów, ni wojny, ni ludzi przed którymi uciekała i ona, i on.
Ale nie znała natury cyrku; w tamtej chwili był dla niej grą pięknych świateł i morzem jaskrawych iluzji, wspaniałych, baśniowych, takich, które mają wywołać uśmiech na ustach dzieci i dorosłych.
– Nie, ale mój brat chyba był – chyba, może, na pewno? Peter bywał wszędzie; wszędzie i nigdzie, snuł się po świecie, o wiele lepiej, łatwiej i sprawniej niż ona. Być może arena też była mu znana? Może kiedyś by tutaj trafili, jakiegoś ładnego, niedzielnego popołudnia, gdyby nie zniknął?
Podążyła w kierunku, w którym umknął wzrok Marcela; skrzydlate konie zamajaczyły gdzieś w oddali, sprawiając, że kąciki dziewczęcych ust po raz kolejny wzniosły się ku górze. Pamiętała o nich z zajęć w Hogwarcie, nigdy jednak nie były tak blisko.
Magia potrafiła być piękna, niesamowita, dostojna; dlaczego mogła też siać strach i zniszczenie?
Wraz z jego odpowiedzią uniosła spojrzenie w górę, zawieszając je na nocnym nieboskłonie, z drobnymi punkcikami skrzącymi się coraz wyraźniej.
Cichy szept układający się w słowo Niesamowite był jedyną odpowiedzią na stwierdzenie płynące z ust chłopca. Może po tylu latach spędzonych w Hogwarcie to wszystko wcale nie powinno tak bardzo ją zdumiewać. A jednak; drobne iskierki skrzyły się w oczach jak żar w palenisku, mieszając w sobie ekscytację i zaskoczenie.
Kiedy wrócił, pospiesznie wróciła spojrzeniem na jego twarz.
– Nie byłam nigdy w cyrku – wyjaśniła, być może odrobinę zawstydzona własną reakcją, kiedy oczy chłonęły wszystko wokół z dziecięcą werwą. Przyjęła kubek, otulając kojące ciepło chłodnymi palcami – Ty jesteś cyrkowcem? Na czym to polega? – zapytała od razu, upijając ostrożnie łyk parującej herbaty, cały czas nie spuszczając z niego wzroku. Potrafił takie rzeczy, jak ci, których przed chwilą mijali, a na których zawieszała spojrzenie odrobinę zbyt długo, prawie niegrzecznie, zaciekawiona ich fachem?
Wzięła koc, uśmiechając się w ramach podziękowania, chwilę później otulając ciało grubym materiałem i wyciągając proste nogi w stronę promieniującego z ogniska ciepła.
Zawiesiła wzrok na płomieniach na dłużej niż chwilę, kiedy zadał swoje pytanie.
Czy sama wiedziała, jak to z nim było? Gdzie był, dokąd trafił? I dlaczego?
– Peter jest starszy, skończył Hogwart pare lat temu – był już dorosły, duży, odpowiedzialny, lubiła tak o nim myśleć, choć czasami mówiła, że zachowuje się jak dzieciak, a on wtedy wygłupiał się jeszcze bardziej – Pracował przez jakiś czas w centrum, ale mogliśmy tylko pisać listy, bo ja byłam w szkole. To tu, to tam, często zmieniał...pracę – bo były problemy, bo szef nie płacił, bo znalazł coś lepszego; nie drążyła, bo przecież wiedział co robi.
– Kiedy spotkaliśmy się w czerwcu, w pierwszy dzień wakacji, na dworcu, jak przyszedł mnie odebrać... – dziwne, jak dokładnie pamiętała tamten dzień, choć minęły już tygodnie i szybko zmieniły się w miesiące – mówił coś, o jakiejś...misji. Zadaniu. On... – urwała znowu, upijając łyk herbaty. Później przeniosła spojrzenie na Marcela, marszcząc brwi, z wyraźną niepewnością. Mogła o tym mówić? Z nim? Z kimkolwiek? Może nie powinna, może wpędziłaby Petera w jeszcze większe kłopoty?
Ale czy w takich nie był, skoro wciąż i wciąż się nie odzywał?
Odetchnęła cicho, krzyżując z nim spojrzenie.
– On chyba jest w zakonie. Tym zakonie.
Nigdy tego nie powiedział, nigdy tego nie potwierdził, ale wszystko z biegiem czasu układało się w całość i prowadziło dziewczęce myśli właśnie tam.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Przód [odnośnik]21.02.21 18:26
Świat wypadł normy, jeśli można było powiedzieć, że przez ostatnie miesiące, lata, był w nie w ogóle wrzucony, świat stanął w ogniu, trawiony straszliwym płomieniem nienawiści, który tak samo trudno było zaakceptować, jak zrozumieć. Trawieni chorą ideą równie chorzy czarodzieje oddawali się swoim narcystycznym wizjom lepszego jutra, lepszego dla każdego, kto miał odpowiedni rodowód i był pełnoletnim mężczyzną zajmującym się właściwą profesją. Marcel chyba zaczynał nienawidzić ich równie mocno, jak mocno oni nienawidzili jego matki, kącik jego ust uniósł się bezwiednie w górę, gdy wspomniała o bracie. Czy był tu rzeczywiście, że podążała za marzeniem, które dawno rozpłynęło się w jej rękach? Wiedział, sam to słyszał, kilka tygodni temu, kiedy zniknął. Dzisiaj kiedy ktoś znika - z reguły już nie wraca.
- Byliś... jesteście chyba blisko - Ty i twój brat, podjął, niepewny, czy powinien poruszać temat, czy była na to w pełni gotowa. Czas przeszły sam wplótł się na język, prędko umknął przed czymś, co miało dać nadzieję. Tylko nadzieja pozwalała trzymać się życia, przecież wiedział. - Witaj na Arenie Carringtonów, miejscu, gdzie magia zakrzywia rzeczywistość, a popisy zapierają dech w piersi; otwórz oczy szeroko i daj się ponieść magii chwili! - wydeklamował teatralnie, z nutą rozbawienia, podobny wstęp uprzedzał każde rozpoczynające się widowisko, ale przemawiał zwykle dyrektor. Pierwszy raz je słyszał, kiedy miał kilka lat - ojciec go tu zabrał. Dopiero od niedawna zaczynał pojmować, że nie pojawiali się razem w lepszych miejscach nie bez powodu. - Jestem tutaj akrobatą - przyznał, przytakując jej pytaniu, pomagał też od czasu do czasu przy innych rzeczach, ale jego pozycja tutaj zależała nade wszystko od sprawności jego ciała. - Chleba już nie ma, ale my wciąż dostarczamy czarodziejom igrzysk - dodał niechętnie, przenosząc spojrzenie na trzymany w dłoniach kubek; rozłożył palce mocniej, chłonąc z niego więcej ciepła. Im więcej spędzał tu czasu, tym mocniej zdawało mu się, że wiele ludzi chyba rzeczywiście nie potrzebowało do szczęścia niczego więcej niż chleba i igrzysk. Było coś straszliwego w tej obojętności, ślepocie na ból i cierpienie innych. - Goście mogą tu na chwilę zapomnieć o tym, co dzieje się na zewnątrz - Czy to dobrze? Dziś nie był już pewien. - Nawet jeśli nam trudno zagłuszyć w myślach krzyki, które wybrzmiały Bezksiężycowej Nocy - Jego głos nabierał zbytniej goryczy, zganił się w myślach. Nie przyszła tu przecież, żeby tego wysłuchiwać, miała dość własnych trosk. - Robi się późno, większość już skończyła ćwiczenia. Gdyby było inaczej, mógłbym ci pokazać. Chciałabyś? - Może innym razem, jej zainteresowanie mile łechtało ego; przeniósł spojrzenie na nią, w pół zaciekawione, w pół rozbawione, jednak ten uśmiech, lekka nuta, umknęła w mig z jego twarzy, gdy podjęła się tematu swojego brata. Parę lat temu, czy to możliwe, że pamiętał jego twarz z Hogwartu, ze starszych roczników? Był tej krwi co ona, dziecko z mugolskiego sierocińca. W Londynie. Niepotrzebnie wspomniał o tamtej nocy, choć przecież zdarzyła się jeszcze przed wakacjami.
- Skończyłaś szkołę w tym roku? - zapytał, z wolna układając jej historię w spójną całość. Do sierocińca wrócić już nie mogła, nawet gdyby istniał. - Co robiłaś od tamtej pory? Szukałaś go cały czas? - Zbyt długo. Jeśli rzeczywiście byli tak blisko, przecież nie zostawiłby jej bez opieki. Rozchylił bezwiednie usta, gdy zaczęła opowiadać dalej, a gdy wspomniała o Zakonie nerwowo obejrzał się wokół; nie był pewien, czy mógł już o sobie mówić, że był częścią organizacji, ale skoro zaczął już dla nich działać, stał po ich stronie. Nikt tutaj nie mógł się o tym dowiedzieć, tyle cierpliwości pan Carrington nie miał z pewnością. Nie przepadał zresztą za kłopotami, o tym Marcel już wiedział. A co z nią? Mógł jej powiedzieć? Wstał, obchodząc ją w kilka kroków, by zasiąść jednak na ławeczce obok niej - bliżej, niż wypadało, ale tych słów wiatr nie mógł ponieść do cudzych uszu. Sprawa zaczynała wyglądać poważnie, jeśli Zakon Feniksa rzeczywiście wysłał go na misję, a on przepadł... nie musiał ginąć, mógł jeszcze zdezerterować.
- Podaj mi jego nazwisko - poprosił szeptem, odnajdując spojrzenie jej jasnych tęczówek, imię już znał. Nie potrafił wymienić tożsamości wielu Zakonników, nie znał ich, ale miał już kontakty, dzięki którym weryfikacja danych powinna być możliwa. Wiedział, że Billy pomoże. W jego źrenicach płonęła zawziętość, dziwny ogień podobny iskrom, jakie pojawiły się w nich w kryjówce pasażu, kiedy uciekali. - Proszę, nie zadawaj pytań, ale... zaufaj mi. Nie zrobię niczego złego. Może... może będę w stanie pomóc. - Ale czy istniała dziś waluta cenniejsza od zaufania? Nie wiedziała, kim był, tak jak on nie wiedział, kim była ona. Ale wiedział za to, co nosiła na szyi. Powaga w jej słowach zdradzała strach, dziś nie bali się tylko głupcy. - Co mówił o tym zadaniu? - pytał ledwie słyszalnym szeptem, jeśli nie nazwiskiem, może tropem, nicią zdarzeń - Zakon Feniksa zdoła do niego dotrzeć.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przód [odnośnik]22.02.21 12:55
Wolała nie myśleć; ani o nich, ani o ideach, za które walczą. Za które walczą, niszczą i zabijają, choć przecież ona niczego im nie zrobiła. Nawet nie chciała wchodzić do ich świata, z którego próbowali ją wyrwać; brutalnie, gwałtownie, w taki sposób, którego bała się nawet wyobrażać. Była ona i było wielu innych, którzy nie chcieli tego wszystkiego, ale to nie było dla nikogo ważne.
I nawet jeśli chciała, jeśli bardzo próbowała zrzucić wszystkie winy na nich; na tych, którzy obracali jej dom w gruzowisko; dodać sobie samej siły nienawiścią, na którą przecież zasługiwali – nie potrafiła.
Był tylko strach.
Bała się nawet ich nienawidzić.
Powoli pokiwała głową na słowa Marcela; Peter był jedyną stałą osobą w jej życiu, jedyną podporą i drogowskazem, od zawsze i na zawsze. Nie było innej drogi, jak tylko go znaleźć. Tylko i aż.
Przyjmując ciepło parującego kubka, uniosła spojrzenie znad ciemnej herbaty na niego; oczy nieco rozbłysły mimo mroków zapadającego wieczora, w kąciku ust zadrgał wyraźny uśmiech. Mimo że recytował, bo to akurat potrafiła rozróżnić, wydawał się wierzyć w to wszystko. Był autentyczny, a cały świat, który teraz skurczył się do wielobarwnego miejsca i trzaskającego ognia, w całym wrażeniu nieustannej iluzji, wydawał się jedyną prawdą.
– Akrobatą? Czym się zajmujesz? – słyszała o tym, słyszała o miejscach przypominających to, w którym byli; zwykle ograniczały się do dalekich opowieści, obcych wspomnień, ładnych książek i obrazków w nich. Ale nigdy nie było niczego, co potwierdziłoby prawdziwość, choć jak mogła wątpić kiedykolwiek, jeśli był – i cyrk i on – na wyciągnięcie ręki?
Pozwalała mu mówić dalej, nie ośmieliła się nawet spuścić wzroku; widziała i słyszała każdą gorycz znaczącą jego usta i słowa; sama milczała, jakby bojąc się strachu, który mógłby wybrzmieć w jej własnym głosie.
Musiało minąć kilka chwil, nim odgoniła z krtani jego posmak.
– Ja? – zaczęła, nieco zdumiona, słysząc jego propozycję; mogła? Obserwować coś takiego jak ćwiczenia i ich występy? Krótkie zaskoczenie prędko stopniało pod mimowolnym uśmiechem i zainteresowaniem – Pewnie. Bardzo...znaczy, bardzo chętnie.
Być może powinna się skarcić za myślenie o czymś tak beztroskim; być może powinna była zaprzeczyć i od razu skupić się na tym, co było najważniejsze – na Peterze. Ale jednocześnie, czuła, podskórnie, w powietrzu, w każdym kolejno stawianym kroku, że tylko te drobne chwile beztroski trzymają ją jeszcze przy nadziei. Zaaferowanie naznaczone wyraźnym uniesieniem kącików ust i iskrami w spojrzeniu ją zdradzało.
Ale potem odwróciła wzrok w stronę paleniska, a uśmiech stopniał wraz z przejmującym ciepłem.
– Nie do końca. Nie skończyłam – wyjaśniła, w międzyczasie otulając się szczelniej kocem – Powinnam tam być, teraz, w szkole. Na ostatnim roku. Ale... zresztą...sam wiesz – nie musiała mu się tłumaczyć; powrót do szkoły dla kogoś takiego jak ona wcale nie był bezpieczną opcją. A nawet jeśli by był, nie wróciłaby tam, nie wiedząc gdzie jest Peter. Gdzie jest, z kim jest, dlaczego i przede wszystkim – czy jest bezpieczny. Żadna odpowiedź nie nadeszła, a Hogwart przestał być ważny.
– Mhm, minęło już...trochę czasu – dla niej stawał się nieistotny, przesypywał się przez palce jak piasek, znikał prędko i wciąż nie przynosił; ani odpowiedzi, ani ulgi.
Starała się nie myśleć o tym, jak wiele minęło od kiedy widziała go po raz ostatni, ale wyobrażenia, zwykle te, które przychodziły nocą; nie pozwalały zasnąć i wżerały się w ciało jak wygłodniałe macki, rzeczywiście przypominały o tym, że to już za długo.
Wysoki ogień tańczył bezustannie, zabierał całość wzroku, który mimo wszystko był nieobecny; utkwiony w bezruchu kiedy myśli prześcigały się z wspomnieniami. Podniosła go dopiero po jakimś czasie, mrugając kilkukrotnie i patrząc, jak siada obok. Z sykiem wciągnięte powietrze było pierwszą odpowiedzią na jego prośbę i zdradzało niepokój.
– Beddow – powiedziała w końcu, cicho i poufnie, w tańczących wkoło cieniach odnajdując jego spojrzenie i krzyżując z nim własne; patrzyła w jego oczy przez dłużej niż chwile, jakby w nich miała znaleźć odpowiedzi, może wyczytać jego intencje, choć fakt, że ją uratował, zabrał tutaj, poczęstował herbatą i kocem, mówił jej wystarczająco.
Powoli pokiwała głową, zgadzając się z jego słowami, nim dziewczęcej buzi znów nie nawiedził grymas niepokoju i nuta zawstydzenia.
– Ja.... chyba nie pamiętam dokładnie – przyznała się, wypuszczając słowa na granicy szeptu, niemalże łamiące się – On mówił o tym dziwnie, jakby ideowo, hasłami. Nie przywiązywałam wtedy do tego takiej uwagi, jaką powinnam, a teraz... nie potrafię sobie przypomnieć, o czym mówił... – cofnęłaby czas, albo zrobiłaby coś innego, cokolwiek, byleby tylko sobie przypomnieć; przypomnieć, zrozumieć, wiedzieć. Może była nieuważna? Może nie chciała zrozumieć? Może traktowała to tylko jako kolejny z jego szalonych pomysłów?
– Mówił o ratowaniu kogoś, a może świata... i o takich jak my, ja i on – dodała po dłuższej pauzie, spuszczając wzrok i zawieszając go na dłużej w parującej powierzchni herbaty – To głupie, powinnam była pamiętać.
Może gdyby tak było, już dawno by go znalazła. Uścisnęłaby jego dłoń, przytuliła, już nigdy nie pozwoliła mu iść, gdziekolwiek zdecydował się pójść.
– Beddow. Peter Beddow. Tak się nazywa.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Przód [odnośnik]26.02.21 20:38
Martwił się - kiedy na nią patrzył, wydawało mu się, że potrafił zrozumieć smutek w jej spojrzeniu i tęsknotę za kimś, kto był jej bliski, dostrzec tę żarzącą się nadzieją, która pragnęła szczęśliwego zakończenia; minęło tak dużo czasu - jaka mogła być szansa na to, że Peter wciąż żył? Musiał żyć - musiał przeżyć - dla niej, potrzebowała tego. Nie miał nigdy rodzeństwa, nie wiedział, na czym polegała braterska więź, ale potrafił sobie wyobrazić jej siłę - i jeśli jego wyobrażenia choć w połowie pokrywały się z rzeczywistością, ponowne spotkanie tych dwojga wydało mu się teraz absolutną koniecznością. Jeśli tlił się wciąż choć najlichszy płomień nadziei - trzeba było przecież próbować. W spojrzeniu Marcela iskrzyła zapalczywość i determinacja, ale chyba też wciąż ten sam gniew budzony niezgodą na zastaną rzeczywistość. Nikt nigdy nie zapytał go o zdanie, czy tego pragnie dla swojego świata: a przecież Londyn należał tak samo do niego, jak do innych. Przecież czarodziejski świat - tak samo był jego światem. Wyimaginowane teorie o czystości krwi nie mogły tego zmienić. Pokręcił głową, kiedy dopytała o niego, buntowniczy grymas na twarzy złagodniał, z wolna wyginając usta w łagodnym uśmiechu. Kochał to, co robił - lecz jak słowami opisać liryczność podniebnego tańca?
- Tańcem - odparł w końcu, po chwili dłuższego zastanowienia; figury przedstawień przełamywały bariery ludzkich możliwości, a całość osnuta była muzyką i odpowiednio poruszającą historią pisaną ruchem ciała. - Występuję na szarfach, kołach, linach i trapezach... - zaczął wymieniać, nie odejmując spojrzenia od jej twarzy. - Wiesz jak to wygląda? - Jego uśmiech pogłębił się mocniej. - Są zawieszone pod kopułą namiotu, na nich wykonujemy zaprojektowane układy... - Przechylił głowę w bok, by wskazać na największy z nich, w centralnym punkcie - na główną arenę. Była bardzo wysoka. - Ja już widziałem - dodał, kiedy zapytała, czy mówił do niej, jego usta nie drgnęły, rozbawienie przedzierało się przez udawaną powagę. Nie był pewien, co potrafił dostrzec, kiedy się zgadzała - czy wahanie? - było w tym coś sztucznego, oddawać się beztrosce, kiedy na szyi wciąż czuło się oddech śmierci. Tutaj wielu tego nie rozumiało - myśleli najdalej o jutrze, nieszczególnie interesując się czymkolwiek, co działo się na zewnątrz. - To było prostsze parę miesięcy temu - On też tak próbował, jakiś czas. Póki nie usłyszał krzyku tamtej nocy. Póki nie dostrzegł plakatów gończych Bertiego Botta z przekreśloną podobizną. Póki nie zginęła jego matka i póki sam cudem tylko wywinął się śmierci. Kiwnął głową, chcąc jej tym samym obiecać - że pokaże jej jeszcze magię tego miejsca, pobłyskujące w jej jasnych tęczówkach zaciekawienie dodawało mu odwagi. Życie zawsze przypominało mu spacer po linie - każde wyzwanie było jak kolejna. Najtrudniej było postawić kolejny krok, ale tylko pewność pozwalała nie spaść przy drugim i trzecim. A droga - droga wiodła już tylko do przodu.
- Nie mogłaś tam wrócić - podjął jej słowa, miały oczywisty wydźwięk. - Kiedyś Hogwart był bezpiecznym miejscem, ale to było dawno temu. - Nie udał już niczemu i nikomu, kto nie potrafił jasno zadeklarować swojego stanowiska. Chyba zaczynał wierzyć tylko w Zakon Feniksa. Jednocześnie wypowiadane przez niego słowa same w sobie budziły złość; palce mimowolnie zacisnęły się w drżące pięści, a napięcie na twarzy było tak silne, że mogło się zdawać cichym krzykiem przenikać w przestrzeń. - Teraz... - Co mogliby ci tam właściwie zrobić? Na początek spisać dane, pod pretekstem przeprowadzania spisu, jak dzisiaj w Londynie. A kolejnego dnia przeprowadzić krwawą rzeź, w trakcie której zostaną już tylko krzyk i łzy. Nie chciał, nie potrafił mówić o tym na głos, a już na pewno nie przy niej. Jego usta drżały, ważąc słowa i oddzielając te, których nie mógł wypowiedzieć od tych, które niosły jaśniejszy przekaz. - Przykro mi - odpowiedział w końcu, nie mówiąc może wiele, ale mówiąc szczerze. Bo szczerości dziś na świecie brakowało - ludzkiej empatii chyba zresztą też. - A twój brat? Wiedział, że nie wracasz? - Może dlatego się nie odezwał? Jeśli działał dla Zakonu - mógł chcieć ją chronić. Sowy w zamku łatwo jest kontrolować, a nauczyciele chyba mimo wszystko wciąż starali się otoczyć uczniów bezpiecznym kokonem. Profesor Vane nigdy nie pozwoliłby na krzywdę, był tego pewien - ale i on, jak długo będzie mógł się opierać? - Byłaś w sierocińcu? Może ktoś tam wciąż jest? - Głupie pytanie, zganił się za nie ledwie chwilę późnej. Pewnie nie. - Czasem chcę wierzyć, ze to tylko bardzo zły sen, z którego jeszcze się zdążymy wszyscy przebudzić. Że to... Że to jest zbyt chore, żeby działo się naprawdę. - Ale oni istnieją naprawdę, toczeni chorobą nienawiści gotowi spopielić wszystko i wszystkich w imię tylko własnych pragnień. - Zimno ci? - zwrócił uwagę, kiedy nakryła się kocem mocniej. - Zostań tu na noc - zaproponował, wiedząc już, że była sama. Nie cofnął się ni trochę, może dlatego po chwili zdał sobie sprawę z niestosowności tej myśli, powiódł spojrzeniem do drzwi swojego wagonu. - Tam jest wolne łóżko - skłamał, ale dla siebie znajdzie miejsce gdzie indziej, choćby tu, przy ognisku. Jesień była jeszcze wczesna, nic mu nie będzie. - Dam ci klucz, zamkniesz się na noc od środka. - Nie musisz się bać. Kątem oka podejrzał pobliskiego pijaka, za dnia był połykaczem ognia, nocą topił smutki. Nie był szkodliwy, ale ona przecież go nie znała. Tak samo, jak nie znała samego Marcela - a on nie chciał w niej tych obaw wzbudzić. - Kiedy ostatnio odpoczywałaś w spokojnym miejscu? - Wrzesień dopiero się zaczynał, od odjazdu Hogwart's Expressu nie minęło aż tak wiele czasu.
- Peter Beddow - powtórzył po niej, żeby nie zapomnieć. Jeśli rzeczywiście działał dla Zakonu, Zakon Feniksa musiał mieć o nim jakiekolwiek informacje. Ostatni moment kontaktu chociaż. Nie odjął spojrzenia, kiedy skrzyżowała z nim własne - i przez chwilę wpatrywał się w jej źrenice w milczeniu, znów walcząc samemu ze sobą, co mógł jej powiedzieć, a co musiał zachować dla siebie. Jestem, Anne, jestem przecież ich częścią. Mogę ci pomóc. - Posłuchaj mnie - poprosił szeptem, wciąż nie przerywając zbyt intensywnego kontaktu wzrokowego z dziewczyną. - Gdziekolwiek jest, potrzebuje cię teraz silnej. Zniknął, bo tak należało zrobić. I zrobił to dla ciebie - Jak okrutnie musiały brzmieć te słowa? Rozdarte serce musiało zrozumieć, że chciał walczyć o coś więcej. O nią i dla niej. Mówił wciąż szeptem, lecz przez jego słowa przedzierał się zapał, wiara. - Bądź... bądź dumna z brata, kiedy go odnajdziesz - i teraz też. - Bo odnajdziesz, nie ma innego wyjścia. Wiara ponoć pomagała przenosić góry. - Spróbuję jakoś pomóc, może... może ktoś go tu widział - obiecał, powinien napisać do Billy'ego, jeśli nie on, może przekieruje go do kogoś, kto mógł wiedzieć więcej. Chciałby móc obiecać jej coś pewniejszego, ale tego przecież zrobić nie mógł.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przód [odnośnik]27.02.21 17:13
Przez krótki moment świat składał się tylko z tego – trzaskających drew, słońca za horyzontem, które wciąż muskało krańce nieba na styku z ziemią, odgłosów obcego miejsca, ich rozmowy. Przede wszystkim dziewczęcych wyobrażeń, które w tym właśnie punkcie, o tym czasie, wraz z jego słowami, spojrzeniami, które wymieniali, potrafiły być niebywale barwne.
– Naprawdę? – wypowiedziała wyraźnie zaskoczona, nim jeszcze zdążył dopowiedzieć jej czym tak naprawdę jest jego taniec. Szerzej otwarte oczy zdradzały zwyczajną ciekawość, smugi dziecięcej ciekawości odbijały się ognistymi iskrami w pociemniałym kolorze tęczówek. Powoli kiwała głową, wraz z kolejnymi wyjaśnieniami – być może widziała kiedyś coś podobnego, a może wyobrażenia, które miała w głowie nijak miały się do rzeczywistości – Ciebie też będę mogła zobaczyć? Jak ćwiczysz? – zapytała otwarcie, bo słowa, które wypowiadał, brzmiały przynajmniej tak, jakby były z zupełnie innego świata. Koła, trapezy, szarfy – myślała o nich wraz z wielobarwnymi dekoracjami, które mijali po drodze; wraz ze światłami, ładnymi strojami, wysokim szczytem namiotu, który wskazał jej ręką – wszystko połączone we wspomniane układy.
Może faktycznie potrzebne były takie chwile, choć gdzieś z tyłu głowy czuła wyrzuty sumienia, że potrafi myśleć o rozrywce. Ale choć odrobinę, raz na jakiś czas. By nie zwariować.
On sam musiał o tym wiedzieć; o tym jak łatwo stracić wiarę, sens, jak zgubić nawet siebie. To, że zajmował się czymś takim – dla niej niemal abstrakcyjnym, niesamowitym, z innego świata – w dziwaczny sposób dodawało otuchy.
– Nie. Nie wróciłam przez... przez to, że on zniknął. I przez to, co dzieje się wokół – nie zdążyli o tym porozmawiać, nie zdążyli posnuć planów o tym co dalej. Czy zostać, czy uciec; czy znaleźć pracę czy wiązać koniec z końcem innym sposobem – ale musieli podjąć decyzje wspólnie.
Byli ze sobą związani od zawsze. Na zawsze.
Od maleńkości zawsze się nią opiekował, zawsze czuwał; zawsze był tym, który podał dłoń, podniósł z ziemi, otarł stłuczone kolano. Wzniósł w górę, wziął na barana, spacerował po ładnych i brzydkich miejscach. Uczył; najpierw mówić, potem chodzić, potem obierać owoce a potem nawet czytać, pisać i pływać. Był bliżej niż mama, był kimś więcej niż tata, którego nigdy nie zdążyła poznać. I zawsze byli razem – gdzie szedł on, tam szła ona. Dopiero szkoła w dalekim miejscu odsunęła ich od siebie, choć listy, przynoszone przez sowy, których początkowo troszkę się bała, były słane regularnie, często, opisując na pożółkłym pergaminie najgłupsze z możliwych historii. I wracał do niej na święta. Zawsze wracał.
Nie było innego wyjścia, by odnaleźć się znów – mimo tego, jak wiele czasu już upłynęło, ile niewygodnych myśli plątało się w jej głowie i jak bardzo momentami czuła, że musi odpuścić. On też by jej szukał. Była tego pewna.
Na pytanie o sierociniec pokiwała powoli głową, zawieszając wzrok znów na ognisku; trzymała go tam nieco dłużej, przyjmując jego słowa, obracając je we własnych myślach, wciąż jednak gdzieś kurczowo trzymając się wspominków o bracie, nie do końca rejestrując, kiedy Marcel zapytał ją o zimno. Dopiero propozycja, którą złożył, wyrwała ją z chwilowego letargu; brwi zmarszczyły się nieco, spojrzenie odjęło od paleniska – przeniosła je na niego, na dłużej niż moment, rozchylając usta, jednak nie wypuszczając z nich żadnego słowa przez dłuższą chwilę.
– Och, no nie wiem.. – czy wypada, czy komuś nie będzie to przeszkadzało, czy faktycznie mogła aż tak mu się narzucać; wątpliwości o szczerość jego intencji uleciały gdzieś w powietrze, spaliły się wraz z trzaskającymi w ogniu iskierkami, nawet przemykająca gdzieś nieopodal sylwetka nie zwróciła jej uwagi. Nieco zakłopotana skubnęła zębami wargę, spuszczając wzrok, kiedy zapytał ją o spokojnie spędzoną noc. Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie, więc postanowiła milczeć.
– Jesteś pewien? – tego, że faktycznie mogła spędzić noc w wagonie, który wskazał; był o wiele lepszą opcją niż świszcząca wiatrem kamienica, o ile do takowej w ogóle by dotarła, bo snucie się po zmroku po obcej, portowej dzielnicy, wydawało się bardzo nieciekawym scenariuszem.
Kiedy podniosła wzrok, potrafiła już tylko ledwo zauważalnie kiwnąć głową. Z każdym kolejnym słowem, które jednocześnie napawało ją dumą, o której mówił, i które wżerało się bolesnym żalem w krtań; zacisnęła się nieprzyjemnie, więc palcami mocniej oplotła kubek z herbatą, chcąc odgonić okropny ucisk i cisnące się do oczu łzy. Smutku, strachu, tęsknoty? Może zwyczajnego żalu i niesprawiedliwości, której miała serdecznie dość?
Nie mogła się przy nim popłakać.
Pokiwała głową znów, i znów – Dziękuję – tylko tyle i aż tyle. Nie wiedziała dlaczego to robił, dlaczego decydował się jej pomóc, ale była mu wdzięczna. Nawet za ten głupi wypadek w wybitym oknie kamienicy, który wywrócił jej dzień do góry nogami i sprawił, że teraz siedziała tutaj; na terenach należących do cyrku, przy ognisku, z obcym chłopcem, który chciał jej pomóc.
Minęło nieco dłużej niż kilka uderzeń serca, nim zdała sobie sprawę, że wciąż na niego patrzy; teraz w ciszy i niepewności, rozemocjonowanym spojrzeniem, które drżało, choć nie wypowiedziała nic więcej.
Kilkukrotne mrugnięcie odpędziło chwilowy letarg i niewypowiedziane słowa.
– Ja.... na pewno mogę tu zostać? Nie chcę żebyś miał przeze mnie jakieś... kłopoty – problemy, nieprzyjemności, powody do tłumaczeń; nie wiedziała jak wyglądało jego życie tutaj, a sama przywykła przecież do takiego, które opierało się na wiecznym przemykaniu w cieniach i tajemnicy.


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Przód [odnośnik]06.03.21 17:38
Jego usta złożyły się w łagodny uśmiech na jej szczere zaskoczenie, kochał to miejsce, kochał cyrkową arenę i poniekąd był jej chyba wdzięczny - nie tylko pozwoliła odnaleźć mu się w życiu, ale dziś stanowiła też tarczę, za którą mógł się skryć, kiedy na zewnątrz szalała wojenna zawierucha. Była jego enklawą - na razie bezpieczną, choć im dłużej to wszystko trwało, tym bardziej chwiejna była jego pozycja tutaj i tym bardziej chwiejne wydawało się życie samej areny. Ale kochał też jej rytm i gwar, dreszcz i ścisk w żołądku, kiedy obudowane grą świateł i dźwiękami lirycznej muzyki podniebne akrobacje zapierały dech w piersiach. Nawet jeśli od paru miesięcy konsekwentnie tracił ducha, z głową nazbyt zajętą wszystkim, co działo się na ulicy, to tutaj wciąż miał swój dom. Teraz już jedyny. Obrócił między palcami gorący kubek z herbatą, upijając parę jej większych łyków, nim ponownie spojrzał w jej szeroko otwarte okrągłe oczy, w których iskrzyła wyłącznie ciekawość - schlebiało mu jej zainteresowanie. Bezgłośnie wypuścił z ust powietrze, na krótko uciekając spojrzeniem ku tańczącym płomieniom ogniska. Rzucały jasny blask również na jej twarz, na krótki moment wyrwanej z troski, jaką otaczała się chyba na co dzień.
- Pewnie - odpowiedział, jego usta zadrżały, sztucznie powstrzymując uśmiech. Na moment urwał, zastanawiając się nad znaczeniem tych słów - dość zaskakujący początek znajomości. - Kiedy tylko chcesz - dodał zaraz, zastanawiając się nad tym, dokąd mogła chcieć się udać, kiedy opuści te tereny. Szukała brata, ale jeśli ten działał z ramienia Zakonu Feniksa - to też nie było bezpieczne. - Nawet zaraz z rana. - Wtedy zbierał się do ćwiczeń, dzień po dniu, na tym polegała jego praca; czy chciał zatrzymać ją tutaj na dłużej - być może. Lekki nastrój zniknął jednak równie prędko, jak prędko się pojawił, gdy cień wojny znów nad nimi zawisł; musiała wierzyć, że go odnajdzie, że czekał, że ich drogi złączą się ponownie. Wkrótce, prędzej czy później, nie mogło być inaczej - starał się wyrzucić z głowy ponure myśli, nie wszystkie opowieści musiały kończyć się źle.
- Słyszałaś, co stało się z centaurami w Zakazanym Lesie? Podobno... podobno przyszli i je wszystkie wyrżnęli, tak po prostu, jak gdyby nic nie znaczyły. - Jego głos nieco się łamał. - Zmasakrowali je. - Umilkł, zaciskając usta, napięte mięśnie szczęki wprawiały ją w lekkie drżenie. Tak po prostu było nadużyciem, centaury strzegły tajemnicy, która musiała nią pozostać. Ale czy naprawdę te dumne istoty, zrodzone z dawnej magii, zasługiwały na śmierć z rąk sługusów Ministerstwa Magii? Widział je raptem kilka razy, kiedy zapuszczał się nad las na miotle, kiedy przemykał sprawdzić, co tam naprawdę jest zakazanego - ich majestatyczne sylwetki pewnie rozrosły się w mętnej pamięci, z biegiem lat robiąc coraz większe wrażenie. Opowieści mówiły o rozczłonkowanych, rozkawałkowanych ciałach, o naprawdę makabrycznej zbrodni. W jego oczach błyszczały te same co wcześniej iskry gniewu, sprzeciwu. - Dobrze zrobiłaś - dodał mętnie, czując, że mógł zachować to dla siebie, że może niepotrzebnie niepokoił ją bardziej, ale przecież nie potrafił milczeć - ani powstrzymać kotłującej się w sercu złości, wciąż mieszanej z niedowierzaniem, nawet nie dostrzegł, w którym momencie od rosnącego nacisku pobielały jego palce ściskające ceramiczny kubek. Przeniósł z nich spojrzenie na jej skierowany ku ognisku profil, wzrokiem sięgając znów jej oczu. Nie powinien był jej o to pytać. Lekko drgnął, gdy w pierwszym odruchu zaprzeczyła jego propozycji, zaraz rozganiając jej wątpliwości.
- Jestem pewien. Weź to - zwrócił się do niej od razu, wyciągając z kieszeni kurtki klucz, który wyciągnął w jej stronę, a następnie złożył w jej dłoni. Zwykle trzymał swój wagon otwarty, nie dbając o jego prywatność - to się zmieniło, odkąd dołączył do Zakonu Feniksa, tak czy inaczej potrzebowała klucza, by zamknąć się od środka; nie chciał, by czuła się nieswojo. - Ten wagon i tak jest pusty, nikomu to nie będzie przeszkadzało. Możesz tam odpocząć, nikt nawet nie zauważy - kłamał dalej, bo pewnie wizja wymiany jej bezdomności na jego niezbyt by ją usatysfakcjonowała. Nie był delikatny, poradzi sobie. Być może powinien, ale nie odjął wzroku, gdy dostrzegł szkliście zachodzące oczy. Czy mógł zrobić coś więcej? Powiedzieć coś więcej? Chciałby, ale nie potrafił. Powoli skinął głową, kiedy podziękowała, wpatrując się w nią jako i ona wpatrywała się w niego; ich barwa przypominała śniedź pokrywającą niektóre dachy w okolicy, morską wodę tak odległą od wód Tamizy, bardziej kojącą. Tańczyły na nich cienie i iskry odbite od pobliskiego ogniska, przysłaniały je lśniące od emocji i czarne jak nadchodząca noc źrenice. Zdawało mu się, że sam czuł te emocje, targający nim smutek, lęk przed utratą, samotność, żal, ból, nadzieję, którą sam już pogrzebał. Jej wciąż mogła odżyć - naprawdę chciał, by tak się stało. Nie wychwycił momentu, w który zatrzymał się dech; przerwała to mrugnięciem, odwrócił wzrok w drugą stroną, lekko rozchylając usta, nabierając powietrza.
- Nie będę mieć kłopotów. Uprzedzę, że mam gościa - kłamał dalej, bo wiedział, że będzie inaczej. W ostatnim czasie, ostatnich tygodniach miał wiele powodów, żeby podpaść, ten będzie kolejnym z nich. Ale to nie miał być jej problem, nie chciał, by czuła się winna. Pan Carrington miał twarde zasady, a młodzież wolał trzymać krótko - i, przede wszystkim, z dala od problemów. - Jestem ci coś winien, pamiętasz? - To on sprowadził jej na głowę policję, a jeśli teraz miało to ją utwierdzić w przekonaniu, że nie powinna się wahać, zamierzał zagrać tą kartą niezależnie od tego, co mówił wcześniej. - W środku może być mały bałagan - dodał, mały, bo nie miał wielu rzeczy, rozbełtana pościel i parę rzuconych ubrań na wersalce chyba wciąż brzmiały lepiej niż miejsce, w którym na siebie wpadli. - Postaraj się nie zwracać na niego uwagi - dodał, przepraszającym tonem, nie spodziewał się gości. - A ja zabiorę to - zaproponował, wskazując na pusty kubek po herbacie.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przód [odnośnik]09.03.21 11:22
Energicznemu potakiwaniu głową towarzyszył uśmiech; szczery, niewymuszony, w akompaniamencie podekscytowanych iskierek w oczach, raz po raz podkreślanych błyskami docierającymi z ogniska. Kilka godzin temu nie wiedziała o jego istnieniu, nie znała tego miejsca, nie pozwalała sobie nawet na myśl, by faktycznie zająć głowę czymś poza podstawowymi czynnościami, które od dłuższego czasu skupiały się wokół ukrywania, poszukiwania jedzenia, miejsca noclegowego i kolejnego tropu na mapie Anglii. Teraz do zestawu dołączyło coś tak abstrakcyjnego, równocześnie rozbudzającego dziecięcą ciekawość, na jaką nie mogła sobie pozwolić przez dłuższy czas.
Jak bardzo ich życie różniło się od siebie, z jak odrębnych światów pochodzili – przez moment nawet o tym nie myślała, widząc w nim sojusznika, choć zdecydowanie nie powinna przez fakt, że przecież się nie znali. Zaufanie było towarem deficytowym, ale w końcu musiała po nie sięgać. By zaryzykować, by przeżyć.
Spojrzenie znad parującego kubka przeniosło się prędko na jego twarz, w momencie, w którym wypowiedziane słowa nawiedziło załamanie głosu. Patrzyła na niego w ciszy, nie chcąc, ale mimo wszystko potrafiąc, jakimś dziwacznym, makabrycznym trafem, wyobrazić sobie to, o czym mówił. Widziała te stworzenia tylko raz – postawne, dumne, majestatyczne, zupełnie jak z innego świata.
Po co, dlaczego, jakim prawem i ku jakiemu celu – wolała nie zadawać pytań, ani jemu, ani samej sobie, przełykając ślinę i znów uciekając spojrzeniem w wysokie płomienie. Wróciło ku Marcelowi dopiero wraz z wysuniętą w jej kierunku dłonią; oplotła palce wokół mosiężnego klucza, potakując głową na jego słowa.
– No dobrze... – wolała nie drążyć, nie upewniać się, nawet jeśli było jej zwyczajnie głupio – wizja spędzenia nocy w suchym, zamkniętym i bezpiecznym miejscu, nawet jeśli wcale nie mogła za to ręczyć, była lepsza od perspektywy błąkania się późnym wieczorem po Londynie.
I nie chciała nawet o tym myśleć, nie musiała o tym myśleć, kiedy spojrzenie krzyżowało spojrzenie, ogień trzaskał gdzieś z boku, jakby zupełnie daleko, a ona w ciszy po prostu patrzyła; z wdzięcznością, strachem, niepewnością, niemal odnajdując wszystkie własne obawy odbite w tafli jego oczu, choć nie wypowiedzieli nic więcej w tych kilku ułamkach chwil wyrwanych z czasu i wrzuconych w niewielką przestrzeń, jaka ich dzieliła.
– Poradzę sobie. I będę cicho – odważyła się odezwać dopiero po dłuższej chwili, przyjmując wszystko to o czym mówił bez cienia wątpliwości; być może naprawdę wierzyła, chciała, by wszystko było w porządku – i u niej i u niego, zupełnie jak gdyby przez przypadkowe spotkanie związała ich jakaś nić wzajemnej odpowiedzialności.
Pokazał jej swój świat, nawet jeśli miejsce, w którym się znajdowali było tylko maleńkim skrawkiem rzeczywistości; ona podzieliła się z nim własną historią i zaufaniem. Wzajemnie zależni i odpowiedzialni; niemal czuła to w powietrzu, zaciskając palce na podarowanym kluczu i podnosząc się z miejsca, kiedy oddała mu kubek.
Zsunęła z ramion koc, ostrożnie składając go w kostkę i kładąc na ławeczce, później sięgnęła po swoją torbę, powolnym krokiem przechodząc w stronę wagonu. Odwróciła się przez ramię dopiero sięgając po klamkę, nieco niepewnie, jak gdyby wciąż nie była przekonana, czy na pewno może.
– Naprawdę dziękuję, Marcel – wypuściła słowa niemalże szeptem, odnajdując jego wzrok i przedłużając własne spojrzenie na dłużej niż chwilę – D-do zobaczenia.
Nad ranem, rano, może na ćwiczeniach, może w kolejnym przypadku, jaki postawiłby ich na swojej drodze.
Pomieszczenie było takie, jakim mogła je sobie wyobrażać - przytulne, ciepłe, kojące; wzrok obserwował przestrzeń tylko przez krótką chwilę, nie zwracała uwagi na bałagan o którym wspomniał. Kiedy zostawiła rzeczy i wierzchnie ubranie na kupce przy ścianie, a miękka pościel przyjęła zmęczone ciało, sen obszedł się z nią niebywale łaskawie; być może poczucie bezpieczeństwa, być może bolące mięśnie i nadmiar wrażeń zmrużyły jej powieki na długie godziny, przynosząc błogi spokój i odpoczynek, którego nierzadko tak bardzo jej brakowało.
Dopiero świt odważył się na prawo głosu.
Przebudziła się nad ranem, nieco otumaniona, odrobinę rozkojarzona; rozsypane na poduszce włosy nieświadomie porzuciły błękitną wstążkę trzymającą warkocz w ryzach, a ta zaginęła gdzieś pod zmiętymi dolinami i górami pościeli. Podniosła się pospiesznie, jak gdyby przywołana wstającym słońcem, prędko odnajdując własne buty, ubranie i kilka potrzebnych rzeczy w torbie, chyba dopiero wtedy zdając sobie sprawę – z gościnności, którą jej ofiarował, i której ona kategorycznie nie chciała nadużywać. Oporządziła się w pośpiechu, łowiąc z torby skrawek pergaminu i węgielny ołówek; na niedużej karteczce pojawiło się nakreślone ładnie słowo dziękuję. Drobna notatka spoczęła na widocznym blacie jednego z mebli, zaraz obok kluczyka do wagonu i skromnego śniadania; mogła zostawić mu niewiele, ale niewiele było zawsze czymś lepszym niż nic.
Przed wyjściem poprawiła jeszcze pościel spoczywającą na materacu, upewniła się, że nie zostawiła po sobie bałaganu, i dopiero potem bezszelestnie wysunęła się na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi, a później, wśród uroków wstającego dnia opuszczając tereny cyrkowych włości.


zostawiam Marcelowi dwie maślane bułeczki, jabłko i garść czarnej herbaty wrzuconej do kubka.
zt x2 :pwease:


czekam na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony;
stanę wtedy na raz ze słońcem
twarzą w twarz
Anne Beddow
Zawód : powsinoga
Wiek : 18
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
świat dziwny jest jak sen
a sen jak świat
OPCM : 14
UROKI : 6
ALCHEMIA : 2
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9261-anne-beddow#281746 https://www.morsmordre.net/t9589-listy-do-ani#291635 https://www.morsmordre.net/t9276-anne-with-an-e#282533 https://www.morsmordre.net/t9277-annie-beddow#282540
Re: Przód [odnośnik]07.09.21 22:04
6 I 1958; późny wieczór


may the flowers remind us
why the rain was so necessary

Pamięta tylko swoje drżące dłonie, blednące w pocałunkach mrozu, uciekającej krwi z każdym mocniejszym uderzeniem serca, które zdawało się wzlecieć do samego zaciśniętego boleśnie gardła. I niepewność stawianych kroków, gdy opuszczała ganek na Wrzosowisku, pierwsze zanurzenie buta w głębszym śniegu, potknięcie się, bo kałuże nie wybaczają, są zawsze obecne, zmrożone lodem nienawiści do wszystkiego, co istnieje. Powtarzane rozpaczliwie w głowie słowa, że nie powinna biec, że nie może biegać, kiedy dotąd roztańczone stopy rwały się wręcz, by przerwać ten marsz ostrożności, żeby powstrzymać się przed szaleńczym pędem, bo przez okno przytulnej chatki wciąż wyglądała zatroskana postać pana Sprouta. Sztywnienie szczęki, gdy zęby zderzyły się ze sobą na dobre, tłumiąc wijący się w piersi krzyk i szum w głowie, paradoksalnie tłumiący wszelkie dźwięki wokół. Obraz przed oczami mętniał, zachodził plamami bieli, kiedy żołądek wiązał się w zawiłe supełki tak anatomicznie niemożliwe, a przecież je czuła, czuła jak wszystkie jej wnętrzności przewracają się z miejsca na miejsce, jak zimny dreszcz przebiega przez kręgosłup, jak jasna skóra robi się zbyt ciasna i kości napierają na cienką materię mięsa, mięśni oraz naskórka. Uciekaj. Uciekaj. Uciekaj. Wyło w niej wręcz, napierało ostrymi szponami to zwierzę, szarpiąc każdy fragment w jej środku. Czy to ten lis, którego mianem została obdarowana przez jej mentora, dla którego miała być oczami, uszami, ustami? Czy to on tak nawoływał, czy to ten pierwotny zew, który nigdy nie zezwalał jej na zbyt długie trwanie na danej przestrzeni? Czy to miało znaczenie? Kiedy sczerniałe niebo opadało całym swym ciężarem na wąskie ramiona, miażdżąc duszę, a milczące gwiazdy spozierały beznamiętnie na lament zbłąkanej smoczycy? Dokąd miała zresztą uciec? Chyba upada w pewnym momencie, nagle kolana pieką, zimno jej w nogi, płaszcz pokrywa się mleczną pierzyną. Brak równowagi był jej obcy, ten fizyczny, bo balans pod kątem własnego życia zniknął bardzo dawno, tak dawno, że niemal zapomniała o jego egzystencji. A jednak jest, pada, pierwszy raz orientuje się, że można mieć piszczele. I mruga nieprzytomnie, raz, drugi, walcząc z mdłościami, wiedząc, że wcale nie chce uciekać, że nie zamierza odejść, zniknąć, przepaść w niebycie. Pragnie wrócić, teraz, natychmiast, już. Zbiera się, chaotycznie, nie tak zgrabnie jak przystało na tancerkę - madame V. spogląda na nią z pogardą, bo nawet krowy więcej gracji mają, niż ona w tej chwili - ale robi to, idzie, na początku powoli, potem coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie płuca palą, bo wargi zapomniały się rozchylić, a oddech uwiązł jak głos. Chłopcy... Aresztowali ich... - szepce do niej niewidoczny Castor, charkot w tonie nadal jest słyszalny. Chłopcy. Aresztowali ich. Aresztowali. Ich. Chłopcy. Aresztowani. Marcel. Thomas. James. James. Thomas. Marcel. Marcel. Aresztowani. Za co? Dlaczego? Tyle pytań, żadnych odpowiedzi. Wiedzieli? Że to oni stali pośrednio za placem? Mają ich? Niszczą ich? Za ulotki? Za guzik? To dlatego tu była? Dlatego udręczony blondyn ją ściągnął? Czy kiedy znajdzie się na Arenie i ją złapią, jak owce na rzeź prosto do Tower zaciągną? Czy było to dla niej ważne, teraz kiedy pomimo zimowej pogody, ona wciąż parła przed siebie? Musiała wrócić, wrócić, wrócić. Nawet jeśli nie mogła zrobić nic. Nawet jeśli na nic wpływu nie miała. Ale mogła być. Mogła być. Mogła kłamać. Dobrze kłamała. Aresztowani. Nie. Nie. Nie. Wszystko było chaosem. Myśl nie łączyła się z drugą, sens nie budził się wcale, kiedy panika snuła swoją pieśń, a adrenalina krążyła w błękicie żył. Nie było ognia, a jeśli już był, to skryty pod lodową skorupą. Lodogień drzemiący pod pergaminem cienkiej skóry. Nie wie później, co było pierwsze, upadek, przywołanie sensu swoich działań, czy wręcz desperackie machnięcie różdżką. Nie jest w stanie się teleportować, tego jest pewna. Błędny Rycerz pojawia się z trzaskiem, a ona w roztrzęsieniu przeszukuje kieszenie na te pare sykli, które mogą ją zabrać do Londynu. I nikt się nie dziwi, ani rozluźniony kierowca uderzający dłońmi w kierownicę, ani bileter akceptujący zapłatę. Mieli wojnę, rozemocjonowane nastolatki to najłagodniejsze, co mogli ostatnio widzieć. Stolica wita ją swoją burą stroną, cienie są straszniejsze, ulice nagle węższe, ale to nie ma znaczenia, bo Finnie znowu biegnie, bo pozbawia się tchu, bo chce być, choć nikt przecież jej nie potrzebuje. Nikt nie potrzebuje igrającej z ogniem Jones, ani umykającej przed konsekwencjami własnych czynów Nellie. Wie to, wie to, ale to jej nie powstrzymuje. I cyrk wygląda tak samo. Nie jest już nocny, to im zabrali, tak jak zabrali Marcela, Thomasa i Jamesa. Ale muzyka wciąż gra, światła mrugają doń zachęcająco, ludzie się śmieją niepomni na to, że świat cały się wali oraz kruszeje. Na miękkich już nogach idzie w stronę wagonów, niemal wczepiając się boleśnie w ramię jednego z mijanych artystów. Nie pamięta, czy to podniebny akrobata, czy któryś z tancerzy ognia, nie obchodzi jej to, ważne, czy coś wie. Czy wie, co się dzieje. Finley nie dba o pytające spojrzenia, o oskarżające oczy dopominające się, by zdradziła, gdzie ona w ogóle była. Słyszy tylko, że Carrington wrócił i przez chwile wszystko wiruje, nim weźmie głębszy wdech, nim przypomni sobie, gdzie jest i kim jest. Pan Alphonse już się nim zajął, czuwa przy nim Nailah. Być może mu dziękuje, a może to bełkot tańczy na dotąd srebrnym języku, ale zaraz jest przed drzwiami wagonu, spodziewając się najgorszego. Otwiera te wrota niepewności i natrafia na ciemne tęczówki starszej Jones, szeptem wyjaśniającą sytuację. Prosi ją - to śmieszne Nia, nie musisz mnie o to prosić - żeby tu została, bo zaraz rozpoczyna się występ, a blondyn nie może być sam, po prostu nie może. Więc Finnie jest. To potrafi najlepiej. Wpatruje się w pozbawioną wyrazu twarz, tym razem bladością dorównującą jej własnej, mimowolnie zahacza wzrokiem o zabandażowaną rękę, kikut, coś. Nie stoi w miejscu, zabiera metalową misę, gołymi rękoma zbiera do niej śnieg, który rozpuszcza różdżką. Przesuwa skrzynie tak, by były bliżej górnej części ciała nieprzytomnego chłopca i najczystszą ze znalezionych szmatek, wyciera mu pot z czoła, kładzie wreszcie chłodny kompres na wypadek gorączki. Minuty płyną, zmieniają się w godziny, uspokaja się, a mimo to nie jest spokojna. Nuceniem o Skye próbuje ukoić te wszystkie wyrzuty sumienia, lęki, obawy, jednak one nie odchodzą. W którymś momencie nawet przysypia, nie przerywając snutej melodii, z policzkiem o brzeg łóżka wspartym, gotowa zareagować na nawet najmniejszy ruch. No dalej Sassenach. No dalej.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

it's courage and fear
not courage or fear

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Przód Cutie
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Przód [odnośnik]01.12.21 23:50
Nie czuł momentu, w którym zapadł w sen; miał wrażenie, że budził się co kilka dni, tygodni, choć w rzeczywistości minęło ledwie godzin, pamiętał tylko urywki, łoskot krat i porywające go w górę ramiona, wychodzisz, głos przypominał szczeknięcie wściekłego psa, w zasadzie był nim. Ledwie stawiane kroki, upadek, dalej chyba ciągnęli go po zimnej podłodze, znów ciemność - błoga, bał się, do jakiej kaźni zamierzali zabrać go tym razem. Ciemność pochłaniała go jak otchłań, niosąc ulgę, błagał o śmierć. Rzucono mu jego ubrania, nie zdołał ich pochwycić, przewrócił się, znów słodka ciemność - czym były te tortury? Nie śnił o niczym, napotkał tylko pustkę - bezkresną, cichą i nieprzeniknioną. Potem pamiętał twarz młodszego pana Carringtona, nie pamiętał jej wyrazu, spojrzenia, zawodu, czy to już, czy znalazła go śmierć? Przebudził się jeszcze raz, podtrzymany przez jego ramiona dostrzegając blask słońca odbijający się w brudnej i mętnej wodzie Tamizy. Nie słyszał słów, nie pamiętał nic więcej, gdy kolejnym razem próbował unieść powieki, z mglistej ciemności docierał do niego głos śpiewającej Finley. Czy ta droga składała się w spójną całość, czy oto naprawdę mógł wrócić do domu? Czy to wszystko było tylko dramatycznym i okrutnym snem, z którego mógł się jeszcze wydostać? Czy mógł? Mimo bólu paraliżującego ciałe jego ciało, wzdłuż kręgosłupa, na całej prawej ręce, wyraźnie czuł przecież prawą dłoń ; jednak gdy zacisnął palce, by zacisnąć pięść, czuł, że dłoń odmówiła mu posłuszeństwa. Zacisnął powieki, zatrzymując łzy w zmęczonych i sinych kącikach oczu, nie miał odwagi sprawdzić tego drugą ręką, nie miał też odwagi spojrzeć na rękę. Oddychał ciężko, coraz ciężej, gdy obraz przed jego oczyma zaczynał nabierać nocnych barw. Kompres na czole niósł ulgę pozwalającą skupić myśli, choć w tej chwili nie wiedział jeszcze, że było to jego zasługą. Nie poruszył się ni o cal, nawet, gdy już całkiem otworzył oczy. Więc jednak nie umarł - czy czuł ulgę? Niekoniecznie. Jeśli to wszystko było prawdą, jeśli to wszystko wydarzyło się w rzeczywistości, chyba wcale nie chciał się z tego budzić. Czy potrafił żyć jako kaleka, gdy całe życie pracował ciałem i jego nadzwyczajną sprawnością? Odebrano mu wszystko, co miał i wszystko, co potrafił. Odebrano mu sens życia. Tak po prostu, jedną decyzją, jednym ruchem, nawet nie pamiętał, czy ostrza, czy różdżki. To było bez znaczenia. Leżał w swoim łóżku, potrafił je poznać, było takie miękkie. Nie doceniał tego, nim nie spędził w kamiennej celi ostatnich godzin. Nie minęło wcale dużo czasu, zamykali go już na dłużej, a on za każdym razem wierzył, że umrze tam, zapomniany i skopany jak bezdomne szczenię. Ale dziś, dziś to było coś więcej. Dziś się nad nim znęcali. Dziś próbowali go zniszczyć. Dziś go zabili mocniej i boleśniej, niż gdyby po prostu odebrali mu życie.
Czy wypuścili chociaż chłopaków? Czy pozwolili im żyć, czy wypuścili tylko jego, żeby budził śmieszność jak kaleka? Zamkną go teraz w namiocie dziwolągów, będzie robił fikołki z jedną ręką, dumnie okazując uciętego kikuta po ręce? Może wszczepią mu tam długie pazury albo kopyto, śmiechu będzie mnóstwo, aż boki zrywać. Do utraty tchu. Tego ostatniego. Nie miał siły się podnieść, ciało było odrętwiałe, bezwładne, słabe, ból przenikał go całego, od kości przez skórę, od stóp po głowę, krążył w żyłach całym ciałem, pulsował w skroni, kończył się na dłoni, którą czuł, a której już nie było. Przestrzeń się chwiała, kołysała, kręciło mu się w głowie - nie znalazł równowagi. Blada twarz nie nabrała rumieńców, stracił dużo krwi. Spierzchnięte usta drgnęły niepewnie, kiedy próbował je rozchylić, by zabrać głos, ale z jego ust wydobył się tylko urwany bełkot.
- F-fin? - mówił cicho, na głośniejszy ton nie miał sił. Pragnął wody. Był głodny. Zmęczony. Nie chciał tu być, nie chciał być nigdzie. Chciał zasnąć i nigdy sie już nie zbudzić. Przed oczyma krązyły mu czarne mroczki, senność go ogarniała, czuł pustkę. W sercu, w głowie, w ustach, nieskończoną i straszną, pustkę. Mgliste spojrzenie wkrótce rozmyło się w ciemnościach, nadszedł ból, strzępy pamięci ledwie uchwyciły ten moment. Czy naprawdę się przebudził, czy było to tylko złudzenie losu? Zaraz potem odpłynął znów - w ciemności, w ból, w piekielną otchłań, która nie chciała go wypuścić.

zt


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przód [odnośnik]08.04.22 18:29

stąd

Wpatrywał się w Jamesa przez chwilę bez zrozumienia, śnił jej się Thomas - i? Oczekiwał kontynuacji, zrozumienie nadeszło dopiero po chwili: kto jej się śnił? Och.
- To przecież obrzydliwe - stwierdził, szybciej, niż pomyślał, odpędzając z głowy te potworne obrazy. Eve i Thomas? Zdarzało mu się śnić o dziewczynach, ale to przecież jakby śnił o własnej matce. Siostrze. Ciotce. Wszystko jedno, Eve była piękna, ale była żoną Jamesa. - Przeprosiła? - Tak się nie robi. Pokręcił głową, pierwsza panika ustępowała - zaczynał rozumieć. Fragment do fragmentu, całość nabierała sensu. Obraziła się, chociaż to ona śniła o Thomasie. Westchnął, trudno było przewidzieć, czy Sheila opowiedziała Eve detale dotyczące udziału Castora w tym wszystkim. Pewnie nie, dziewczyny zawsze były solidarne.
Spojrzał na niego ze zmartwieniem, kiedy wyznał, że nie był w mieszkaniu. Zmartwiony, w pierwszej kolejności szukał Eve: powinni chociaż upewnić się, że naprawdę nic jej nie było. Że się nie zgubiła. Że nikt jej nie znalazł przed nimi. Nikt niebezpieczny, chociażby jego ojciec. Ale to nie wyglądało na porwanie ani zagubienie, tylko babskie fochy. James nie chciał jej szukać, a on nie zamierzał na niego naciskać. Rozumiał go przecież. - Co ty mówisz? To mnóstwo czasu. Przez dwa miesiące - zupełnie nic? - Pokręcił głową, uciekając spojrzeniem. Eve była oporna. Nie chciała wracać do Jamesa, przecież pamiętał. Ale czuł opór przed wypowiedzeniem tych słów na głos. - Myślałem, że wszystko między wami dobrze - zmartwił się, pociągając z butelki większy łyk piwa. Sytuacja była bardziej skomplikowana, niż mu się wydawało. - Myślisz, ze ona... że ona naprawdę chciała odejść, Jimmy? Przecież to chore, czekała na ciebie cały ten czas... - Czyżby? To dlatego pytał o Finley? Miał w głowie coraz większy mentlik, na twarzy wahanie.
- Co? A, Steffen - rzucił, z umiarkowanym entuzjazmem. - Wiesz, że on jest... trochę inny. Musiałem mu powiedzieć, przepraszam. I tak by się dowiedział. Nie przejmuj się nim, pogada i zapomni - Jak zawsze.  - Zwykle nie rozpowiada tego obcym. - Prawie nigdy.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Przód [odnośnik]23.04.22 1:48
Uniósł brwi, nie wyprowadzając go z błędu, cokolwiek sobie pomyślał. W gruncie rzeczy sam nie wiedział, co jej się śniło. Mówiła, że tabor, że wszystko było inaczej, była jego żoną. Ale to, jak wypowiadała jego imię. Z uczuciem. Z oddaniem. Było mu źle, nie dlatego, że to był Thomas, a dlatego, że był to ktoś inny, a nie on sam. Znał ten głos.
— Nie pamiętam. Czy to ważne? — mruknął; przeprosiny nie mogły nic zmienić, nie zrobiła tego specjalnie. — Nie ma wpływu na to, co nie? — mruknął z goryczą w głosie, spoglądając w bok. Rozłożył się wygodniej na kanapie, upił piwa, kiedy podciągnął nogę bliżej siebie i oparł przedramię na kolanie. Zatkał usta piwem, jakby z tego powodu nie mógł mu odpowiedzieć na pytanie. Tak, to było długo. Po dwóch latach nieobecności czuła względem niego coś, co zamiast tęsknie ją przyciągać, ją odpychało. Myślał wtedy, że był winien tego, co się stało i to stąd. Nie był już pewien. — Mam — mruknął. — Było dobrze. Znaczy no, było ok. Jakoś tak — nie wiedział nawet jak to określić. — Dobrze, że wróciła, wiesz. Tyle wystarczyło — wyjaśnił. — Dopiero wtedy... Wszystko się zmieniło. — Kąciki ust mu się intuicyjnie uniosły; to były piękne, błogie dwa tygodnie. Tylko dwa. — Nie wiem. Chyba nie. Nie wiem co mogę dać więcej — mruknął, bawić się odstającym papierkiem na butelce. — Nie czułem do niej tego, kiedy braliśmy ślub. Ale kiedy ją przyprowadziłeś... Nie wiem. Nie miałem pojęcia, że można tak...No wiesz — Rozmawianie o uczuciach bez rozmawiania o uczuciach to podstawa. Marcel na pewno rozumiał. Kochał ją przecież. Chciał by z nim była, bo była mu najbliższa, rozumiała go doskonale, akceptowała. Uwielbiał jej towarzystwo. To miało się udać, prawda? Ale teraz nie miał wątpliwości co czuł. A ona?. Zamilkł na dłuższą chwilę. — Tamta Aurora z Nocy Duchów. Wy...? — Spojrzał na niego pytająco. — Dała ci znać?— Kiedy Sheila dostała list od Jaydena był zbyt rozemocjonowany by o tym rozmawiać, a później... — Nie spotykacie się?


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Przód
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach