Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

James Doe
AutorWiadomość
James Doe [odnośnik]03.02.21 15:12
Wsiąkiewka
take my mind and take my pain
Like an empty bottle takes the rain. Take a heart and take a hand like an ocean takes the dirty sand. And take my past and take my sense like an empty sail takes the wind— and heal, heal, heal, heal.



Żywotność
Wartość żywotności postaci: 220
żywotnośćzabronionekarawartość
81-90%brak-5178 - 198
71-80%brak-10156 - 177
61-70%brak-15134 - 155
51-60%potężne ciosy w walce wręcz-20112 - 133
41-50%silne ciosy w walce wręcz-3090 - 111
31-40%kontratak, blokowanie ciosów w walce wręcz-4068 - 89
21-30%uniki, legilimencja, zaklęcia z ST > 90-5046 - 67
≤ 20%teleportacja (nawet po ustaniu zagrożenia), oklumencja, metamorfomagia, animagia, odskoki w walce wręcz-60≤ 45
10 PŻPostać odczuwa skrajne wycieńczenie i musi natychmiast otrzymać pomoc uzdrowiciela, inaczej wkrótce będzie nieprzytomna (3 tury).-701 - 10
0Utrata przytomności

Ekwipunek

W posiadaniu

Skrzypce
Podarowane przez wuja, kiedy miał 6 lat. "To co słyszysz w grze skrzypiec - wyjaśnia - to naga prawda o człowieku. Nie można jej sfałszować, tak jak odcisk palca, jest jedyny w swoim rodzaju." — Norman Lebrecht, Pieśń imion


Inne


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.


Ostatnio zmieniony przez James Doe dnia 10.04.22 23:54, w całości zmieniany 1 raz
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: James Doe [odnośnik]16.08.21 12:49
Dawno temu w trawie...
Sny

Cornelius
Uniósł brwi, a kąciki ust uniosły się dumnie. Spojrzał na niego, swojego protektora, mistrza, wzór; powoli, gdy wyciągał w jego kierunku różdżkę, wypowiadał inkantację brzmiącą dla jego uszu jak cudne Allegretto 9-tego Kaprysu Paganiniego. Ach, wydarło się z jego płuc w zachwycie; obserwując ból, cierpienie w najczystszej postaci. Czyż to nie było piękne? Patrzenie na upadek człowieka?
Dłoń świerzbiła go z tyłu; chciał zrobić to samo. Chwycić za różdżkę, wyciągnąć ją przed siebie w kierunku tego chłystka, wedrzeć mu się do głowy; wypowiedzieć zlepach tych pięknych sylab swym anielskim, melodyjnym głosem i wydrzeć wspomnienia najpiękniejszych dni. W akompaniamencie tęsknoty i gehenny.



Wspomnienia

Steff, Marcel | 1952 |
Przewrócił się na drugi bok, ale pierwsze, co zobaczył to wygięta pod dziwnym kątem stopa Marcella na sąsiednim łóżku. Nim zdążył analizować ze zmarszczonymi brwiami sensowność tego obrazka widok Steffena stojącego nad Marcelem go co najmniej zdumiał. Tym bardziej, że miał klatkę na głowie. Albo raczej głowę w klatce, dziwnie powyginanej. Powoli usiadł prosto patrząc bez słowa na młodego Cattermole'a.
Eve | 1955 |
Sam nie mógłby nad sobą zapanować; miał od tego ją — kiedy była w pobliżu była jego opoką; jego głosem rozsądku. I potrafiła do niego dotrzeć; sprawić, że potrafił przystanąć i pomyśleć. Ale kiedy spytała, czemu nie padło na jej młodszą siostrę uniósł brwi i spuścił wzrok, wypuszczając głośno powietrze z płuc. Wpierw nie wiedział, co jej odpowiedzieć, wzruszył lekko ramionami, ale ten gest przerwał, powstrzymał w połowie. Przecież wiedział, dlaczego.
Thomas | 1955 |
Popchnął go z całej siły w tył, nie mając na tyle odwagi, by go uderzyć, a jednocześnie wkładając w to tyle energii, by go przewalić. By odczuł, by zabolało. — A ty? — spytał, unosząc brwi, czując jak w nim zaczyna wrzeć. Miał go za kretyna? Myślał, że wierzył w tą bajeczkę o nowym cygańskim taborze, składającym się z cyganki, trzech mieszańców, zdrajczyni i gadzia?— Masz mnie za kretyna, co.



Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: James Doe [odnośnik]07.02.22 19:15
Anne | 8.10 | Most w Richmond

—Chyba się zgubiłeś. Pomóc ci trafić do domu, czy pamiętasz drogę?— spytał go jeszcze zaczepnie i choć ten splunął w jego kierunku już nie ruszył się w żadną ze stron. Patrzył tylko jak wycofuje się z mostu szybko, wykrzykując inwektywy w kierunku dziewczyny, jakby to była jej wina. Nie była.
Wytarł nadgarstkiem krew pod nosem, wziął głęboki wdech i schylił się po worek, który niczym kłoda zwalił z nóg tamtego gościa.
Mały Jim | 12.10 | Isle of Dogs

Albo właściwie nie był pewien co. Te dwa lata były jak przepaść. Nie miał pojęcia co mogłaby robić, ani gdzie się znajdować. Z dziewczynki stała się przez ten czas kobietą, a jego, starszego brata, opiekuna, nie było z nią. Kto ją miał chronić? Bezradość uderzyła go prosto w splot słoneczny na chwilę odbierając głos
Neala | 13.10 | Blackpool

Przyłapał ją na tym, że czekała aż zwróci się jeszcze do niej nim zniknie. Uśmiechnął się. Chciał powiedzieć do zobaczenia, ale był pewien, że ich drogi nigdy więcej się nie skrzyżują. A szkoda, wybitnie interesującą była osobą. Nie ociągał się. Powinien być już dawno u Carterów, z pewnością chcieli ruszać w dalszą drogę. Wycofał się do lewej łopatki gniadosza, wodze chwycił w dłoń i tą samą złapał też za grzywę tuż nad kłębem. Sprężyście odbił się od ziemi, wskakując na koński grzbiet, usadowił wygodnie, zawrócił wałacha w drugą stronę, spojrzeniem żegnając kobiety.
Neala, Anne, Marcel | 16.10 | Lynmouth

— Zjeżdżaj — wyrzucił do niego wściekle; zacięcie coraz wyraźniej malowało się na jego twarzy, a w oczach błysnęło ostrzeżenie. Niech zrobi tylko krok, jeden krok w jego stronę. Z boku usłyszał czyjś zachęcający krzyk, widział kątem oka, że część osób się zatrzymała, by popatrzeć, by zobaczyć co się dzieje. Walter okazał się nie być anonimową personą — to tylko podjudzało do tego, by sprowadzić go na ziemię, bardziej od odrzuconych zaręczyn mogło go jeszcze zaboleć ośmieszenie wśród znajomych. I chyba nie spodziewał się, że Walter na te słowa się po prostu na niego rzuci z pięściami.
Neala, Anne, Marcel | 17.10 | Rzeka Lyn

—  A więc Walter atakuje z zazdrości wszystkich, którzy się wokół ciebie kręcą — nie pytał; stwierdził, mrużąc oczy. — Rozumiem — skąd te wszystkie wymówki, co do opatrywania ran. — Musisz mieć sporo halek.— Zerknął na kawałek materiału, który trzymała w dłoniach. Przetarł dziarsko nos, licząc na to, że pozbędzie się juchy, ale ta była już zaschnięta; gwałtowne i niedelikatne ruszenie popękanych tkanek wywołało kolejną, świeżą szkarłatną stróżkę. Kiedy wspomniała o obietnicy nabrał powietrza w płuca; ciężko i powoli. Nie poruszył się ani trochę, ścinając jedynie głową na znak zrozumienia, gdy wspomniała o postępach. Rada po fakcie była dla niej bezwartościowa, pamiętał.
Neala, Anne, Marcel, Reggie | 17.10 | Rzeka Lyn

Przypomniał sobie wpierw cios, który zupełnie go skonfundował, silny, precyzyjny; ból głowy promieniujący od uszkodzonego nosa i krew lejącą się prosto na koszulę. A potem uderzenie butelką w tył głowy, gdy jakiś synek postanowił draniowi pomóc. Gniew znów w nim napęczniała, przysłonił wszystko inne.
Słyszał wymianę zdań między Marcelem, a Anne. Spojrzał na nią na chwilę, ale nieszczególnie obecnie i nie tak, jakby chciał się dołączyć do rozmowy. Szybko zwrócił się do rzekomego Uriena. Zignorował już sprzeciw dziewczyny, który wpierw wyraziła Neala, a później także Ania.
Mistrz Gry | 20.10 | Ministerstwo Magii

Nie opuścił spojrzenia także wtedy, kiedy urzędnik przyznał, że personalia, których użył podczas rejestracji są mu dość znane. Psia mać. Wiedział, by nie ufać zasłyszanym w mieście nazwiskom. Chciał powiedzieć, że ryzyko było warte świeczki, ale nie widział w tym ani cienia nadchodzącego sukcesu. Skinął głową na znak, że rozumie. Doskonale rozumie to, co mu przekazał i o co mu chodziło. Nie zamierzał dać się zaprowadzić do celi. Ani teraz, ani później.
— Chyba zrobiłem literówkę. Albo dwie — przypomniał sobie nagle, pocierając otwartą dłonią o żuchwę w zamyśleniu. Wskazał dłonią na formularz, a potem machnął nią w bezradnym geście.
Philippa | 20.10 | Między kamienicami

Wycofał się z widoku, zsunął z ramion szelki i wrócił na balkon, przeszukując w świeżym praniu czegoś, co mógłby pożyczyć, podmienić na jakiś czas. Ubrań, które by na niego pasowały. Odpiął kilka guzików koszuli, kiedy usłyszał szelest, zaskrzypiał metal gdzieś z prawej strony. Zapiął dwa z powrotem i wycofał się ostrożnie za kolejny sznur, dłonią sięgając do tyłu, za pasek, za który miał wetkniętą różdżkę, choć wiedział, że jeśli była to właściciela mieszkania poniżej prędzej spróbuje zeskoczyć na dach obok, zanim postanowi zdzielić go szmatą.
Marcel, Mistrz Gry | 21.10 | Pod Raptuśnikiem

Zogniskował na niej spojrzenie na dłużej. Wpadł jak śliwka w kompot. Myśl, Doe, myśl. Jakie było prawdopodobieństwo, że była jeszcze zbyt młoda i zbyt głupia, by od razu polecieć po pomoc? Za mało naznaczona wojną, przestępstwami, by uznać go za intruza? Nie miał wyboru, nie zamierzał jej atakować. Może udałoby mu się uciec, wyminąć ją i po prostu zniknąć, ale przejście z którego się wyłoniła mogło być ślepym końcem, nie miał pojęcia, co się tam znajdowało. Stres musiał zejść na bok. Standardowo, jak zawsze mógł próbować się wyłgać. Jedyna broń, jaką posiadał to serial historyjek i masek.

Demelza | 26.10 | Royal Opera

Skłamałby mówiąc, że nie wybrałby się tam z wolnością wyboru, wybierając samodzielnie repertuar, ubierając własny garnitur, albo elegancką szatę, zabierając ze sobą żonę, która tak naprawdę nigdy nie zdążyła się nią na dobre stać — tak jak trzeba, właściwie, a nie jakoś tak pokrętnie. Bokiem. Tak byłoby prościej. Ale przecież przywykł do tego, że z niczym nigdy nie jest łatwo, o wszystko walczył, wszystko zdobywał możliwymi sposobami, załatwiał, zabierał. Nigdy niczego nie wygrał, nic nie spadło mu z nieba samo. Tak po prostu. Może dlatego potrafił docenić te bilety, jakby były największym skarbem.

Sheila | 30.10 | Park Dartmoor

I kiedy zaczynał się łamać, stanęła mu naprzeciw. Była ciepła, miękka. Pachniała jak ona. Domem. Oczy go zapiekły, ale wmawiał sobie, że to wiatr wiał mu prosto w twarz. Zamrugał kilkukrotnie, próbując pozbyć się kamienia w gardle, pieczenia pod powiekami, niespokojnego oddechu. Już wszystko było w porządku, już miało być dobrze. Był przy niej, a ona przy nim. Nie chciał jej wystraszyć, ale w tej chwili w emocje w nim wrzały, mieszały się ze sobą. Zdenerwowała go tym poczuciem winy — nie powinna go mieć. Nie zrobiła nic złego, to jej bracia zawiedli, to na nich spoczywał ciężar odpowiedzialności i tej tragedii. Był zły, że próbowała to wziąć na siebie. Cokolwiek sobie myślała. To był jego obowiązek, aby zadbać o nią, a gdy zaginęła, odnaleźć.
Sheila, Neala | 31.10 | Ottery

Nie pamiętał czym smakowało szczęście. Czy miodem na świeżej pajdzie chleba, czy kakaem. Zimnym piwem w gorący wieczór, czy pieczonym w ognisku zającem. Nie pamiętał jak brzmiało — czy jak pieśń skowronka o poranku, dźwięki harfy, a może szum strumienia. W wygrywanej na skrzypcach melodii szukał pocieszenia, szybszym tempie, palcach dziko przemykających po gryfie, smyczku tańczącym na brzegach strun — na próżno. Miały w sobie melancholię, niosły ukryty w stacatto smutek. Historię, której opowiedzenie zdawało się nie mieć końca.
Hagrid, Mały Jim | 03.11 | Londyn

Mały Jim otrzeźwiał i ruszył w tamtym kierunku — on nie zamierzał. Próbował złapać powietrze, ale wokół te zapach był nie do zniesienia. Kręciło mu się w głowie. Obrócił się za nim, odejmując dłoń od ust, by palce wbić głęboko w kąciki oczy i pozbyć się piekących łez, które się tam znalazły. Przygryzł policzek od wewnątrz mocno, aż do krwi, własnym bólem odciągając uwagę od makabry, którą mieli przed sobą. Spojrzał na Jima, który stanął przed wielkim ciałem leżącym na ziemi.
Kontynuacja
Ekipa i Mistrz Gry | 04.11 | Parszywy Pasażer

Już dawno stracił rachubę, co do godziny i dnia, gubiąc pewność, że dziś nie jest już wczoraj, a może od dawna było jutro. Nie zmrużył oka poprzedniej nocy i wiedział, że nie uda mu się to też tej, krew wciąż buzowała w jego żyłach, wywołując nerwowe drżenie całego ciała, jak w delirium, jak u narkomana na głodzie, ale nie miał co liczyć na kolejną szklankę rumu. Wydoił się z ostatniego knuta, bezmyślnie przepijając wszystko, co miał, zapominając w jednej chwili o wszystkim, co dotąd miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Obrazy stawały mu przed oczami w najmniej odpowiednich momentach. Widok dzieci zarżniętych w sposób, którego nie potrafił przyrównać do żadnego mordu i do żadnej zbrodni. Zmasakrowane ciała, bez celu i pewnie bez konkretnego powodu. Bo tak, dla zaspokojenia psychopatycznego głodu, żądzy, chorej podniety mordercy — nie, potwora.
Eve, Sheila, Marcel | 05.11 | Mniejszy pokój

Bardzo chciał powiedzieć cokolwiek. Przywitać ją, wyrzucić z siebie te wszystkie przygotowane dawno frazy, a nawet szczerze i otwarcie wyznać, jak wielkie tornado szalało wewnątrz niego i nie pozwalało zebrać myśli, ale nawet tego nie potrafił. W ustach miał kamienie, w krtani, w żołądku. Czuł się ciężki, mdliło go od wysiłku, do którego próbował się zmusić, sklecenia paru słów, które był jej winien, które jej się należały. Nie potrafił. Bajki, które umiał opowiadać nie mogły pomóc, stracił głos. Zupełnie i wystraszył się, że na zawsze. Nie powie, nie zaśpiewa już nigdy. Kiedy Marcel odwrócił się i odszedł, spojrzał znów na nią i tak po prostu patrzył, obawiając się, że gdy poruszy się, podejdzie do niej, uniesie dłoń, zmieni się w ptaka i odfrunie speszona. Miał ochotę ją objąć, wykrzyczeć z radości, w dzikiej euforii, że żyje. Tracił już nadzieje.
Cornelius | 06.11 | Spalony Sierociniec

Nie powiem ci ani słowa więcej. Możesz mieć wiele racji, nie wiem. Ale pomyliłeś się, co do jednego z pewnością: że mógłbym ci choć trochę zaufać. Nie wierzę ani w twoje dobre intencje, ani to, że za współpracę mógłbym uchronić się przed najgorszym losem. A przede wszystkim, pomyliłeś się sądząc, że mógłbym donosić na przyjaciela człowiekowi, który wyrządził mu tyle krzywdy.
Thomas | 07.11 | Fleet Street

Niemożliwe, pomyślał. Obrócił się za źródłem dźwięku, aż w końcu dostrzegł po drugiej stronie postać. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Na chwilę znieruchomiał, oczy otwarły się szerzej, jakby ujrzał przed sobą ducha. Prawie potrącony przez kogoś zszedł z chodnika na ulicę, zbliżył się nieco. Nie odezwał się ani słowem, stanął tylko przed nim, głos ugrzązł mu w gardle — to musiał być przypadek, wzrok musiał płatać mu figla. A co jeśli nie? Thomas? Spytał, ale wyłącznie we własnych myślach.
Thomas, Sheila, Eve | 07.11 | Kuchnia

Ale to nie była prawda. To wciąż w nim siedziało, jak pająk w ciemnym kącie.
Nie prowadził go do uzdrowiciela, siostra, którą odnalazł niewiele wcześniej powinna móc ocenić jego stan. Egoistycznie, nie chciał też by wszedł do mieszkania jak gdyby nigdy nic; bez cienia kary, na którą zasługiwał, a która on na mocy tymczasowego upoważnienia wymierzył jako starszy brat. Niech Sheila wie, że dostał za swoje. Teraz starszy brat mógł wrócić i robić znów swoje.
Puścił go przodem, na pierwszy strzał. Uniósł na niego spojrzenie, kiedy się odezwał.
Jayden | 11.11 | Pokątna

Vane był ostatnią osobą, której się tu spodziewał. Tu, w samym Londynie, z dala od Hogwartu. Nie był pewien, czy bardziej zbił go z pantałyku fakt nakrycia, czy, że osobą, która go przyłapała na kradzieży był właśnie profesor Vane. I nie wiedział, jak właściwie czuł się z tą myślą. Czy poza wstydem, który palił jak zgaga było coś jeszcze. Strach — że go wpakuje w kłopoty, a może niepewność, co o nim sobie pomyśli? Złość, że mu przeszkodził? Wszystko działo się tak szybko, pośpiech wyzwalał błędy, zdenerwował się, pod ciemnymi lokami, które opadały mu na czoło pojawiły się pierwsze krople potu.

Melody | 13.11 | Targ w Bridgwater

To ty? To naprawdę ty?
Kąciki ust drgnęły mu w uśmiechu, ruszył w jej kierunku, nie przerywając gry. Zerknął na palce, na gryf, struny i smyczek, kontynuując melodię, pieśń. Nie był pewien, czy powinien do niej się zbliżyć, zaczepić ją. Minęło wiele czasu, ale wyglądała tak, jakby pamiętała kim był. To jej spojrzenie dodało mu śmiałości, więc zakończył grę tuż przed nią, powolnym pociągnięciem smyczka.
Marcelius | 20.11 | Zamknięta część portu

Zatrzymał się z opóźnieniem, zamyślony. Podążył wzrokiem w miejsce, które wskazał Marcel, mrużąc przy tym oczy. Ciemne rzęsy były zroszone kroplami padającego deszczu. Włosy zaczesał do tyłu, znacznie dłuższe niż zwykle, oblepiające czoło, wpadające wcześniej do oczu, przykrywające uszy — bo proste, mokre.
Kiwnął głową. Pisał w liście, że nie będzie innej drogi, jak po cumach, ale nie wydało mu się to dziwne ani tym bardziej ryzykowne. Marcel był akrobatą, chodził na cieńszych linach każdego dnia — nie przypuszczał, że grubsza będzie stanowiła dla niego jakikolwiek problem.
Thomas | 29.11 | Kuchnia

Uciekł. To była jego pierwsza myśl, kiedy nie wrócił. A jednak to wszystko go przerosło nie podołał w roli starszego brata. Nie zabrał jednak nic, jego pieniądze zostały w szufladzie, tak jak tych kilka rzeczy, które posiadał. Ale może to był impuls, za którym podążył, nie zastanawiając się nad niczym. Ale dlaczego miałby? Ledwie po paru tygodniach się wycofał. Nie był w stanie się dostosować po tych dwóch latach? Wrócić do starego życia? Do tego, bo było kiedyś? Nie mógł w to uwierzyć. Zaufał mu, jego zapewnieniom, złożonej obietnicy, że to się już nigdy nie powtórzy, nigdy ich nie zostawi i nie ucieknie. Był naiwny.
Finley | 11.12 | Doki

Wyciągnął jedną z ulotek, tuż po tym, gdy upewnił się, że w pobliżu nikogo nie było, przynajmniej nie dostrzegł w pierwszej chwili. Popatrzył na nią, marszcząc brwi, a potem przywarł do jednej z wiszących przed nim ruchomych twarzy. Anthony Skamander patrzył na niego znad horrendalnej kwoty za swoją głowę. Wyciągnął różdżkę, machnął nią lekko, zaklęciem trwałego przylepca zasłaniając na dobre twarz Zakonnika. Mógł pewnie przykleić to gdzieś dalej na murze, ale co to była za różnica? Pierwszy był najgorszy.
2, 3, 4, 5
Rebelianci vs Arystokracja | 20.12 | Connaugh Square

Nie wiedział, co to było i dlaczego, ale nigdy nie zastanawiał się nad tym utworem, słowami, skupiał na melodii. Ale teraz, tu, leżąc na dachu nad Connaught Square, patrząc na tych wszystkich ludzi zgromadzonych pod nimi, wyciągających drżące ręce po miskę zupy poczuł się tak, jakby noga powinęła się na kałuży i zaczął spadać. Głód, zimno, nie były najgorsze, a pozbawienie nadziei i szansy. Nie było to wcale obce, tkwił w martwym punkcie całe życie. Gdzieś na dramatycznej granicy, w ramach narzuconych przez wszystkich wokół, podkreślanych wiecznie przez samych siebie. Teraz było ich więcej.
Eve | 23.12 | Mniejszy pokój

I bez słowa podążył za nią, spojrzawszy niepewnie na siostrę. Nagły przypływ czułości nie tylko go zaskoczył, ale dosłownie wbił w ziemię, luźna sylwetka się zachwiała, ale nie oparła o zamknięte drzwi. Jej usta były słodkie jak miód, pachniała bergamotką i migdałami, a przynajmniej zapach przeszłości uderzył w niego z gwałtownością tajfunu w ułamku sekundy. Przywarł do tych warg i podążył za nimi jeszcze, gdy się odsuwała, otwierając oczy i szukając jej spojrzenia z cichym wyrzutem, że przerwała.
Neala | 27.12 | Ostatnia kropla

Wolał się też spotkać z nią sam na sam, bez żadnych niepotrzebnych świadków, chociaż nie miał tak naprawdę pojęcia, czy jako młoda dama mogła sobie na to w ogóle pozwolić — liczył na to, że skoro raz wymknęła się na potańcówkę, drugi raz nie będzie stanowił dla niej wielkiego wyzwania.
Czekał na nią, zgodnie z zapowiedzią, przed pubem, który przez wzgląd na wczesną porę był całkowicie pusty, ledwie otwarty. Nikt podejrzany nie kręcił się jeszcze po okolicy, dochodziło południe, a w środku pojawiły się czarownice, które miały przygotować się do otwarcia. Poranek był dość mroźny, więc w oczekiwaniu na rudowłosą dziewczynę trzymał ręce w kieszeni kurtki, bawiąc się w nich palcami.
Eve | 28.12 | Dom Bathildy

— Łazienka sprawna — zameldował, kierując się dalej, do kolejnego pokoju. Oczy zdążyły już przywyknąć do względnej ciemności, nie była obca. Za drzwiami powitał go gabinet, albo coś, co mogło nim być. Stos książek, papierów. Rozejrzał się dookoła, wewnątrz nie dostrzegł niczego niepokojącego. I tak będą musieli tu przyjść wszystko wysprzątać. A kiedy otworzył kolejne drzwi, zatrzymał się. Sypialnia, która się za nimi mieściła była inna. Zieleń przykrywała wszystkie ściany, sufit. Coś kazało mu się zatrzymać, ale jednocześnie nie pozwoliło dalej wejść. Może to po prostu przyzwoitość sprawiła, że nie chciał wchodzić w głąb sypialni zaginionej kobiety.



Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: James Doe [odnośnik]07.02.22 19:16
Sylwester | 31.12 | Dom Bathildy
Czas nie był dla nich łaskawy, a wprowadzona godzina policyjna rujnowała wszystkim plany dotyczące świętowania nadchodzącego Nowego Roku. Wszystkim, ale nie im. Byli młodzi, a młodym ludziom łatwiej przychodziło zapomnienie o problemach tego świata. Spragnieni odrobiny beztroski, stęsknieni za uciechami i niepohamowaną radością zdecydowali się spędzić tę noc razem. Tak było bezpieczniej. Tak było raźniej. Nie wiedział w końcu, jak wiele osób ma się zjawić. Przyjaciele, przyjaciele przyjaciół i jeszcze ich przyjaciele. Każdy brał ze sobą kogoś bliskiego, kogoś, na kim mu zależało.
2, 3,  4, 5.
Thomas | 31.12 | Mieszkanie w Londynie
— Słyszałeś?— spytał brata, już nie szeptem. Na pewno słyszał to lepiej od niego. Musieli się zbierać. Bierz jeszcze co możesz i spadamy. Ruszył do przedpokoju, a serce podskoczyło mu do gardła. Znów rzucił okiem przez okno, musieli się szybko jakoś stąd wydostać. Potem odwrócił się do niego tyłem, z różdżką w zębach przeszukał kieszenie wszystkich wiszących płaszczy na wieszaku. Wkładał ręce do kieszeni, szukając ostatnich monet. No dalej, ani papierosa? Jeden z płaszczy spadł, nie szkodzi. Nie zamierzał się schylać. W sypialni był całkowity rozgardiasz, i tak będą wiedzieć.
Sylwester | 31.12 | Dom Bathildy
Dochodziła północ, lada moment wszyscy będą mogli przywitać Nowy Rok. Towarzystwo rozeszło się tuż po tym, jak wszyscy odśpiewali gromkie sto lat, zjedli tort, wypili pierwsze wspólne toasty. Po Eve nie było ani śladu, ale prócz krótkiego spojrzenia w stronę schodów nie poświęcił dziewczęcemu zniknięciu ani chwili, widocznie przyjaciółki miały sobie coś do omówienia. Znacznie bardziej zastanawiało go zniknięcie brata w towarzystwie chłopaka panny Weasley. Thomas musiał coś kombinować i jeszcze nie wiedział, co to było, ale był pewien, że nic dobrego. Wyraźne dźwięki gitary rozbrzmiewały w salonie, a wraz z nimi Ritchie Valens w wolnej piosence.
2, 3, 4, 5
Sheila | 03.01 | Warsztat krawiecki
Gotowało się w nim na samą myśl. Kiedy tylko pomyślał, że Vane mógłby ją zabrać na ten wspólny wyjazd. Nie był sam wzorem moralności. Miał wiele za uszami, ale nie potrafił zaakceptować faktu, że ten dużo starszy od niej mężczyzna, czarodziej, ktgry przez tyle lat obdarzał ją — jak mu się zdawało — zupełnie bezinteresowną, przyjacielską opieką, zaczął wyciągać ręce po więcej. Nie dopuszczał do siebie innej myśli.
Eve | 03.01 | Primrose i kamienica
Świecąc golizną zasłonił ją samą, porywając z ziemi koszulkę, którą na siebie naciągnął i nim cokolwiek zdążyło się zadziać pociągnął ją w stronę przedpokoju, podciągając spodnie; ledwie naciągając na biodra własną bieliznę. Spodnie nie były tak łaskawe we współpracy, wciąż miał je prawie w kolanach. Ich płaszcze leżały w przedpokoju; w panice na nią naparł; idź Eve. Zasłonił, obracając się za siebie. Obejrzał się przez ramię. Czegoś brakowało. Jego różdżki. Zerknął za siebie, została na sofie. Musiała wypaść, podczas...— Kurwa!— zaklął jeszcze raz, puszczając Eve, podciągając wciąż spodnie, rzucił się w kierunku sofy, by chwycić za zgubioną różdżkę. Drugą słonia powstrzymywał materiał na biodrach.
2
Cyganie | 05.01 | Jarmark
Nim jednak zerwał się do przodu, ktoś złapał go za ramię i gwałtownie pociągnął w swoją stronę. Nie, w dół, napierając na szczupłe ramiona. Nie zdążył się odsunąć, ani zgiąć dostatecznie szybko, żeby zminimalizować siłę ciosu. Kolano jakiegoś dryblasa uderzyło go mocno w brzuch, a przeszywający ból rozlał się po jego boku falą gorąca, na chwil odbierając mu dech. Jęknął, upadając na kolana z powodu braku równowagi, zakręciło mu się w głowie.

2, 3,  4,5
Thomas, Marcel, MG | 05.01 | Tower of London
Aż w końcu zrozumiał, że to nie mur miał przed sobą, tylko człowieka. Co robił i po co? Opierając się czołem o jego ramię? obojczyk? tors? zaczynał rozumieć. Zaczynał czuć. Obcy dotyk, nieprzyjemny, nachalny, nieodpowiedni. Zbyt intymny nawet teraz w tej scenerii. Serce zaczynało bić szybciej wraz z pojawiającymi się myślami. Żołądek skurczył się i szarpnął, ale nie był w stanie wypchnąć z siebie niczego, prócz pewnie żółci i śliny; choć i tej mu brakowało. Zaschło mu w gardle, chciało mu się pić. I wymiotować, gdy usłyszał ten szemrany, paskudny szept kierowany prosto do swojego ucha. Serce zadudniło mu w piersi, ale nie miał sił, zareagować. Brak reakcji wywołał w nim obrzydzenie — do tego człowieka, ale i do samego siebie. Do tego marnego, nędznego ciała, które miał.
Jayden, Thomas | 06.01 | OPIS
Dostrzegł go, gdy był już blisko i rozpoznał bez trudu, na chwilę tylko krzyżując z nim spojrzenie. Obojętne, puste, beznamiętne. Brakowało w nim buty i złości, którą w sobie nosił, i którą czuł jeszcze wczoraj, gdy o nim myślał z nienawiścią za to, co zaplanował dla jego młodszej siostry. Ale nie zapomniał. Pamiętał o tym wciąż, po prostu nie miał sił się tym zadręczać. Opuścił głowę, chcąc odejść bez słowa. Mieli iść do domu — mogli iść do domu. Do dzielnicy portowej, do ich mieszkania. Thomas miał inne plany.
Jayden | 07.01 | OPIS
On i ten jego monopol na wszystko. Monopol na profesorskie definicje. Nie miał z nim szans. Nie kłócił się z niczym. Był starszy, mądrzejszy. Nie przegadałby go w żadnej dyskusji na argumenty. Nie próbował nawet. Czuł się źle. Vane niczego nie rozumiał, nawet nie próbował tego pojąć. Stworzył mu bogaty profil, wiedział wszystko najlepiej. Jak wszyscy. Kiedyś myślał, że był inny, ale on był dokładnie taki, jak oni wszyscy.
Eve | 25.01 | Kuchnia
Oglądał się wszędzie, byle nie musieć patrzeć jej w oczy, miała rację. Ale w końcu to zrobił. Uniósł na nią spojrzenie, własnym szukając jej oczu wyłaniających się spod burzy ciemnych, osypujących się na twarz włosów. Milczał przez chwilę, aż oczy zwilgotniały na tyle, by łza przelała się i spłynęła po policzku. Nawet nie drgnął. Stał nieruchomo, jak wyciosany z kamienia marny posąg.Tylko oczy, wpatrzone w nią, skrzyły się w słabym blasku. Dlaczego? — Zabiorę cię ze sobą na dno — szepnął z przestrogą, nie odrywając od niej wzroku. Nie chciał do tego dopuścić, ale to się wydarzy.
Wszyscy | 03.02 | Dom Bathildy
A teraz patrzył, jak z kieszeni wyciąga sztylet. Jak dobrowolnie składa tę obietnicę. Żadna przysięga wieczysta, przymusowa, utkana z najprawdziwiej i najsilniejszej magii nie mogła mieć takiej mocy jak ta. Przysięga z krwi. Dla niego miała najwyższą wartość. Nie dawała pewności, nie dawała gwarancji, ale najprawdziwszą wiarę. Może naiwną, dla innych niezrozumiałą bo nieopłacalną. Dla niego, wiedział, że dla Marcela też, jednak najgłębszą. Może właśnie dlatego rozumiał prawdziwy sens tej prośby. Nie chciał ich wysyłać teraz, ani jutro. Byli rodziną, musieli trzymać się razem.
Sheila | 07.02 | Dom Bathildy
Jesteśmy cyganami — Nieważne, że tylko w połowie, wychowani byli przez podróżujących po Anglii Romów, to znacznie więcej niż krew mugolskiego, paskudnego ojca. — Porywamy dziewczyny, w których się zakochujemy, nawet jeśli nas nie chcą. Sprawiamy, że zmieniają zdanie. Jakoś. Bierzemy to, co chcemy, sięgamy po to, co nam się należy. Znamy swoje miejsce, ale ono nigdy nie było pod cudzym butem. Radzimy sobie sami, tak jak potrafimy, jak chcemy. Robimy co musimy. Ale nikt nigdy nie będzie naszym panem. To my decydujemy o naszym losie i tym, co nas spotka, nie… oni. Niezależnie kim ci oni są, Sheila.
Neala | 08.02 | Dom Neali
— Ta...— mruknął w potwierdzeniu, spuszczając wzrok. Miał ich wszystkich wokół siebie. Gotowych by wyciągnąć rękę, pomóc, wysłuchać. Ale on nic nie mówił. Nigdy nie mówił. W słowach Neali było wiele racji. Wiele prawdy. Nie chciał tego przyznać, woląc milczeć, odwracać wzrok gdzieś w bok, na siano, puszczać to mimo uszu i czekać aż echo wypowiedzianych słów ucichnie, by mogli o tym zapomnieć. Tak mu się zdawało. Przełknął ślinę, gapiąc się bez celu gdzieś przed siebie, nieruchomo, pozornie tylko zainteresowany czymś innym, w gruncie rzeczy głęboko zadumany, walczący z samym sobą.
Neala | 10.02 | Dom Neali
Kiedy szli na padok, po konie, wiatr szarpał mu włosy raz po raz. Postawił kołnierz kurtki, kiedy wpadał mu pod ubranie. Kierowali się w stronę biegających koni, ale te, kiedy ich ujrzały zatrzymały się w miejscu i uniosły zainteresowane głowy. Gwizd, który poniósł się echem po okolicy wszystkie je zatrzymał. Nie oglądał się na nią, patrzył na zwierzęta, łapiąc ich ciekawskie spojrzenia.
— Naprawdę — odpowiedział pewnie, chociaż żadnej pewności nie miał. Miłość do zwierząt, do koni była inna niż do człowieka. Kobiety mogły się podobać, można je było kochać za dobroć i to, co robiły.
Neala | 13.02 | Stajnia
Ujął jej dłoń, jak dziś Neali, wcześniej. Splotła ich dłonie wstążką. Nic nie powiedział, nie oceniał. patrzył tylko, unosząc spojrzenie na jej twarz, kiedy wypowiedziała słowa przysięgi. Serce zabiło mu mocniej; nie powinien. Z jakiegoś powodu wiedział, że musiał to przerwać. Nie powinna mu nic przysięgać, nic takiego. Nie cofnął jednak ręki. Egoistycznie trzymał ją, kiedy skończyła, wcale nie chcąc rezygnować. Tego właśnie pragnął, tego potrzebował. Pewności. Pewności, że ktoś przy nim będzie, gdy wydarzy się coś złego
Connor | 13.02 | Zaułek
A gdy podszedł, i zobaczył tę śliczną, ogoloną buźkę pacholęcia z dobrego, bogatego domu, zacisnął zęby, mocno zazierając głowę do góry — był od niego sporo wyższy, tęższy. Przy nim wyglądał jak zwykły dzieciak. Wybiję ci kiedyś, te pierdolone ząbki, gnido, pomyślał, kiedy tylko ten się odezwał, ale zamiast odpowiedzieć, uśmiechnął się drwiąco, zmęczonymi, podkrążonymi oczami spoglądając prosto w jego — błyszczące i wypoczęte. Zmęczone nudą i bezczynnością. Wyciągnął rękę po towar, złapał go w dłoń i zacisnął na nim palce, jakby witał się z kolegą.
Eve | 14.02 | Miasteczko Bath
Nie potrafił inaczej. Powiedzenie jej tego przerastało jego możliwości, chociaż była tuż obok. Chociaż już użył tych słów, przewałkował je, przelał na papier. Nie był w stanie z siebie wydusić niczego. To było głupie. Wiedział doskonale. Był dorosły, i jak dorosły mężczyzna powinien potrafić podejmować takie działania. A jednak na samą myśl pętla zaciskała się na jego gardle. Nigdy nie był dobry w szczerych słowach. Wszystkich sztuczek, tłumaczeń uczył się od brata, to było proste.
Steffen, Thomas | 20.02 | Miasteczko Buxton
— Jesteśmy cywilami, pamiętasz, Steffen? — spytał, patrząc na niego poważnie, upewniając się, że rozumie. Rozumiał? Dlaczego jego słowa brzmiały, jakby to był jakiś większy plan? Zmrużył oczy, zawieszając na nim wzrok na dłużej. Nigdy nie widział się w roli żołnierza. Gardził służbami. Ale czy ci wszyscy, którzy dziś walczyli nimi byli? Armią? Czy po prostu bandą ludzi, która próbowała powstrzymać ciemność zalewającą ich świat? Zerknął na brata, wzruszając ramionami.
Kerstn, Sheila | 03.03 | Lecznica
Zamierzał pójść sam, ale Sheila się uparła. Nie walczył z nią, ale kiedy dotarli na miejsce, od strony lasu, ruchem dłoni kazał jej się zatrzymać za jednym z drzew, w bezpiecznej odległości od lecznicy. Sam zakradł się nieco dalej, za jeden z krzewów. Obserwował leśny budynek przez chwilę, próbując zobaczyć w najbliższym otoczeniu ewentualne zagrożenia. Nie widział jeszcze dziewczyny, ale nie widział też jej brata ani nikogo, kogo rozpoznałby z listów gończych. Uniósł brew, ale wtedy coś w krzaku zaszeleściło.
Thomas | 16.03 | Dom w Dolinie
Gdy Thomas zwrócił się do niego z wytrychami, odebrał je i schował do kieszeni. Kiwając głowę. Czuł lekkie poddenerwowanie. Widział, jak z nich korzystał, co robił, ale jeśli Tommy postanowił sprawdzić teren, też był ostrożny. Wziął głęboki wdech, obserwując, jak ten rzuca zaklęcie. Korzystając z tej chwili wyciągnął własną różdżkę i upewniwszy się, że nikogo nie ma na ulicy, skierował ją na brata, chcąc na niego rzucić zaklęcie Kameleona. Chociaż trochę uczynić go niewidzialnym. Dla jego bezpieczeństwa. Zaraz po wypowiedzeniu inkantacji naciągnął chustkę na usta i nos, pozostawiając tylko pod burzą ciemnych loków ciemne, świdrujące oczy na widoku.

Rodzina | 22.03 | Dom Bathildy
Odprowadził wzrokiem ginące w ciemności sylwetki; czując jak po plecach przebiega mu dreszcz niepokoju. Nigdy nie odmówiłby Marcelowi pomocy, ale wierzył także w jego trzeźwą ocenę sytuacji — nie naraziłby ani Eve ani Sheili na niebezpieczeństwo. Odpowiadał sam sobie na kotłujące się w jego głowie pytania, raz po raz zerkając w stronę schodów. Obiecał mu pomóc, ale przecież nigdy nie ściągnąłby im na głowę żadnego pościgu.
Celine | 25.03 | Dom Bathildy
To nic, mówiła, ale doskonale wiedział, że nie. Powinien był; nawet jeśli nieświadomie, podskórnie gdzieś liczyła, że to zrobią. Dotąd trudno mu było żałować, że postąpił właśnie w ten sposób. Dbał o swoich. Dbał o siebie, Marcela. Myślał wtedy o nich. Dopiero teraz, kiedy na nią patrzył, był tak blisko, że czuł zapach jej włosów, skóry, miał świadomość, że powinni postąpić inaczej. Czasu nie dało się cofnąć, nie potrafił. Patrzył na nią, szukając jej spojrzenia, chcąc by na niego patrzyła. Spoglądała mu w oczy. Jakby potrafiła wyczytać z nich wszystko to, o czym myślał, co czuł bez ubierania tego w słowa. Rozumiała go. Była tam. Przeżyła horror.  


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
James Doe
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach