Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Miasteczko Borrowash
AutorWiadomość
Miasteczko Borrowash [odnośnik]05.02.21 13:02
First topic message reminder :

Miasteczko Borrowash

Borrowash to stare, angielskie miasteczko leżące na południu hrabstwa Derbyshire, nieopodal granicy z Leicestershire. Mieszka tu niespełna cztery tysiące mieszkańców, w tym niewielka ich część to społeczność czarodziejska, która żyje z niemagicznymi w zgodzie. Odwiedzając Borrowash można odnieść wrażenie, że zatrzymał się tu czas. Brakuje tu miejskich kamienic i licznych sklepów, są za to stare, angielskie domy, klimatyczne brukowane uliczki i niewielkie biznesy prowadzone od lat przez te same rodziny. Nawet po głównej ulicy niekiedy biega ptactwo gospodarskie. Przez miasteczko biegnie jednak ważna trasa kolejowa. W jego centralnej części znajduje się dworzec kolejowy z dwoma peronami. Niegdyś pociągi z Londynu zatrzymywały się tu dwa razy dziennie.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Borrowash - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]05.04.21 0:57
Poprawił jedną ręką kaptur wzmocnionej smoczymi włóknami peleryny, drugą przez cały czas przytrzymując wodze; pogoda była paskudna – zawieszone w powietrzu krople zatrzymywały się na jego twarzy i włosach, łącząc się ze sobą i grubszymi strugami spływając mu za kołnierz, a chłodne powietrze dodatkowo studziło odsłoniętą skórę – ale do tego był poniekąd przyzwyczajony; rozciągnięte ponad rezerwatem zaklęcia ochronne nie chroniły go nigdy przed deszczem czy chłodem, przemierzanie wzgórz w ulewie czy przy silnym wietrze na ogół nie robiło więc na nim wrażenia. Tym, co mierziło go tak naprawdę, sprawiając, że raz po raz ze złością zaciskał palce na wodzach, była świadomość, że rozciągające się pod nim tereny, do niedawna bezpieczne, znajdowały się o włos od wpadnięcia w ręce wroga; oraz że rezerwat, i przebywające pod jego opieką smoki, mógł spotkać dokładnie taki sam los.
Poruszył nogami, pochylając się do przodu i kierując Cienia w dół – ku miejscu, w którym umówił się na spotkanie ze Skamanderem – po drodze po raz ostatni spoglądając na wschód; chociaż spowijająca ziemię mgła oraz zasnuwające niebo stalowo-szare chmury skutecznie ograniczały widoczność, widział, że gdzieś tam niedaleko rozciągało się Nottingham; gdyby skręcił w jego stronę, nie minęłoby dużo czasu, nim zacząłby rozpoznawać charakterystyczne lasy i pola, pośród których leżało ukryte przed ludzkim wzrokiem Ashfield. – Kretyn – mruknął sam do siebie, zduszając dziwny ucisk w klatce piersiowej i zmuszając się do odwrócenia spojrzenia – wychwytując na zbliżającej się ziemi sylwetkę najpierw aetonana, a później dosiadającego go jeźdźca, w którym po chwili rozpoznał Skamandera.
Zatrzymał się tuż przy nim, odruchowo odrzucając z twarzy kaptur i kiwając czarodziejowi głową; ciesząc się – poniekąd – że ten od razu przeszedł do konkretów. Chociaż okolica póki co wydawała się spokojna, nie czuł się pewnie pozostając w bezruchu dłużej, niż było to konieczne; bez względu na obecność drzew, miał wrażenie, że byli odsłonięci – ścisnął więc wodze w jednej dłoni, drugą na wszelki wypadek dobywając różdżki i uważnie słuchając słów Anthony’ego. – Matlock? – wyrwało mu się, gdy mężczyzna wspomniał znajomą nazwę miasteczka. – To zaraz przy granicy z rezerwatem – wyjaśnił swoją konsternację; otaczające ich ziemie znał stosunkowo dobrze, to właśnie z pobliskich wiosek pochodziła część docierających do Peak District dostaw; jeden z jego ludzi pochodził też z tych okolic, a że miał skłonność do mówienia tak długo, dopóki ktoś nie kazał mu się zamknąć, to nie raz i nie dwa nasłuchał się opowieści z jego rodzinnych stron.
Skinął głową, kiedy padły cztery kolejne nazwy wiosek; nie znał ich, ale kojarzył mgliście ich położenie ze studiowanych w ostatnich dniach map. Wspomnienie o mugolskich wehikułach nieco go skonfundowało, ale starał się nie dać tego po sobie poznać, skupiając się przede wszystkim na tym, co wiedział. – Ilu ludzi potrzebujesz? – zapytał, rzucając Skamanderowi pytające spojrzenie. Mógł oddelegować tu co najmniej kilku – w jego grupie większość potrafiła sprawnie latać, przy pracy w terenie przemieszczanie się było podstawą. – Jeden z moich, Reynolds, ma mugolską rodzinę w tych okolicach. Może się też z nimi porozumieć, jeśli zajdzie taka potrzeba – powiedział. Christopher był młody i narwany, ale wiedział, że na sercu leżało mu dobro bliskich; nie miał wątpliwości co do jego intencji. – Którędy teraz przebiegają transporty? Próbowaliście rzeki? Derwent przepływa przez sam środek lasu – zauważył, choć nie był pewien, czy tutejsi mugole posiadali maszyny, które były w stanie unosić się na wodzie.
W odpowiedzi na następne słowa, odpowiedział krótko: – Rozumiem – po czym schował różdżkę, żeby uchwycić wodze obiema rękami i wzbić się w górę w ślad za Skamanderem; wzrok kierując już w dół, w stronę rozciągającej się przed nimi ściany drzew. – Udało się wam ustalić, czy ludzie Malfoya mają tu gdzieś swoją kryjówkę? Bazę operacyjną na miejscu? – zapytał, ciekaw, na ile ludzie dowodzeni przez aurora byli w stanie prześledzić dotychczasowe działania wroga. Jeśli się tu zadomowił, istniało prawdopodobieństwo, że na dłużej.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]05.04.21 18:53
- Istotnie - miasto faktycznie znajdowało się blisko rezerwatu. To był jednak dopiero początek. Istota powiązań z rezerwatem dopiero wypływała. Działania na jego terenach miały nabierać na rozpędzie. Kontynuował wywód nieufnie oblekając spojrzeniem trzymaną przez Notta różdżkę. Nie przerywając poprowadził niby od niechcenia eatonana tak by zejść z prześwitu zasięgu jego magii i zbliżyć się do lewego boku czarodzieja.
- Dwóch byłoby idealnie, lecz nawet jeden byłby równie pomocny. W tym momencie kwestią bezpiecznych dostaw zajmuje się bezpośrednio mój człowiek - Oliver Delaney. Gdyby miał wsparcie miałby większą swobodę działania, lecz szczerze mówiąc wolałbym go zwolnić z tego obowiązku w ogóle - ma potencjał bojowy, który w obecnej konfiguracji się marnuje - powiedział wprost. Oliver prócz tego, że był ostatecznie aurorem był czarodziejem, który niezwykle łatwo przełamywał lody i do tego sprawnie poruszał się na miotle. Z tego powodu to właśnie jego Anthony wyznaczył do tego zadania. Miał jednak tylko jedną parę rąk i kiedy zajmował się wszystkim sam w kwestii tworzenia sieci dostaw na tym wycinku Hrabstwa, to nie miał czasu na cokolwiek innego - Powiedz mi gdzie i kiedy może spotkać się z tym Reynoldsem - wolał by ci nie dogadywali się na własną rękę za jego plecami. Chciał w pierwszej kolejności wiedzieć kto, z kim i kiedy się spotykał. Zwłaszcza jeżeli byli to jego ludzie - Delaney tworzy kilka szlaków będących jednocześnie w użyciu. Transporty przebiegają między nimi rotacyjnie. Żadna ze ścieżek nie jest używana więcej niż trzy razy. Zaklęcia pomniejszające i zmniejszające wagę są bardziej niż użyteczne. Jak chcesz mieć większy wgląd w sytuację mogę też wysłać go i do ciebie by ci o wszystkim zaraportował - zaproponował smokologowi. Zaraz potem pokiwał przecząco głową - myśleliśmy o tym, lecz to by się skończyło tak samo jak w przypadku tych mugolskich, utwardzonych ścieżek. Trasa jest przewidywalna. Do tego nie tak łatwo z niej zboczyć w razie niebezpieczeństwa. Technologia mugoli jest mało adaptacyjna do zmiennych warunków oraz okoliczności. Mając to wszystko na uwadze zrezygnowaliśmy z tego rozwiązania - to nie tak, że nie przyszło im to rozwiązanie do głowy. Tak właściwie było to naturalne rozwiązanie, które jednak po przedyskutowaniu okazywało się mieć więcej wad niż zalet.
Anthony podprowadził gniadego ogiera na przód. Ciemne, brązowe skrzydła o czarnych lotkach rozłożyły się wznosząc nad drzewami zwierzę, jak i dosiadającego je jeźdźca. Nie minęła chwila, a obaj niemalże zrównali się w szybowcowym locie nad krainą. Skamander potrząsnął przecząco głową - Nie, jeszcze nie - odpowiedział niechętnie. Patrzył przed siebie - To nie są tylko ludzie bezpośrednio związani z Ministerstwem, a również jego zwolennicy lub szmalcownicy starający się zarobić. Nie wszystkie działania są skoordynowane i powiązane ze sobą. Udało nam się rozbić kilka pomniejszych obozów, lecz te należały właśnie do najemników. Dodatkowo, nieszczęśliwie wszyscy, których udało nam się pochwycić żywcem i przesłuchać posiadali za niski stopień by coś wiedzieć lub byli indywidualistami - gdyby tylko udało im się złapać kogoś, kto faktycznie mógł coś wiedzieć... - Podejrzewam, ze jeżeli mają ukryty obóz to poza terenem ich bezpośrednich działań - sam by tak zrobił - Być może gdzieś na obrzeżach parku lub nawet poza jego granicami. Nie zdziwiłbym się gdyby też przybywali z Nottingham - sąsiedztwo tego hrabstwa aż piszczała o możliwość wykorzystania.


Find your wings


Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : 25
UROKI : 50
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]11.04.21 17:36
Zastanowił się przez chwilę, odrywając spojrzenie od twarzy aurora i przenosząc je dalej – w stronę drzew i wiszącego nad nimi nisko nieba, zasnutego grubą warstwą chmur, w rzeczywistości nie widząc jednak ani jednego, ani drugiego; myśląc o rezerwacie rozciągającym się na niewidocznych przy tej pogodzie wzgórzach. Nie podobało mu się to – to, jak bardzo rozzuchwalił się wróg, i jak daleko już dotarł, rozpełzając się po coraz większych połaciach terenu, niszcząc, zabijając; deptając ziemię, która nie należała do niego. – Christopher Reynolds i Aaron Yates – odezwał się po paru sekundach, opuszczając niżej różdżkę; nie zwracając uwagi na zmianę pozycji Anthony’ego. Wiedział, że mu nie ufał – ale nie miał zamiaru zawracać sobie głowy zapewne bezcelowymi próbami przekonania aurora, by zmienił zdanie; wystarczyło mu, że nie został całkowicie wyrzucony poza obieg. – Pierwszy zna te tereny jak własną kieszeń, drugi ma doskonałe oko – w tropieniu zwierzyny nie ma sobie równych, powinien dać też radę z tropieniem ludzi. Obaj przyzwoicie latają – streścił, niejako uzasadniając swój wybór i rzucając pytające spojrzenie w stronę Skamandera. – Mogę przysłać ich do ciebie albo możecie spotkać się rezerwacie – baza wypadowa jest odsunięta od reszty administracyjnych zabudowań i używana tylko przez nas, żaden z innych pracowników wam nie przeszkodzi – zaproponował. Wydawało mu się to najlogiczniejszym rozwiązaniem, pokój, w którym zbierali się łowcy, miał wszystko na miejscu – łącznie z mapami – ale ostateczną decyzję pozostawiał w rękach Anthony’ego.
Nie mógł nie przyznać, że był pod wrażeniem organizacji całego przedsięwzięcia; rotacyjne wykorzystanie ścieżek brzmiało jak sensowne rozwiązanie, choć nie był pewien, czy sam by na nie wpadł.  – Byłbym wdzięczny – odparł w odpowiedzi na propozycję spotkania z Delaneyem. – Niech przyjdzie do rezerwatu. Mamy trochę wyprawowego sprzętu, którego zazwyczaj używaliśmy do transportu, ale teraz leży i się kurzy – może uzna coś z tego za przydatne – dodał, tknięty nagłą myślą. Magiczne torby i skrzynie, którymi na ogół podróżowały alchemiczne zapasy lub namioty, mogły bez trudu posłużyć do przenoszenia żywności czy ubrań; co prawda należały wciąż do rezerwatu, ale wątpił, by lord Greengrass miał coś przeciwko wykorzystaniu ich do zadania, które powierzył w jego ręce.
Kiedy Anthony odniósł się do kwestii rzeki, kiwnął głową, przyznając mu rację. – Może w takim razie mogłaby posłużyć jako odwrócenie uwagi – zastanowił się, drapiąc się po brodzie. – Gdyby myśleli, że transporty odbywają się wodą, część sił skierowaliby w stronę brzegów – zasugerował, choć jeszcze bez przekonania, od razu dostrzegając potencjalne wady takiego rozwiązania, z założenia mającego charakter wyłącznie tymczasowy – bo działającego do czasu, aż wróg nie zorientowałby się, że sztuczny ruch w okolicach rzeki to jedynie dywersja.
Odbił się od ziemi, zaciskając mocniej palce na wodzach i spoglądając w dół – w stronę uciekających coraz bardziej czubków drzew. Starał się trzymać na tyle blisko Skamandera, by byli w stanie przekrzyczeć świszczący wokół nich wiatr i łopot skrzydeł, ale jednocześnie zachowywał bezpieczny dystans. – Musi im strasznie zależeć na tych kryjówkach, skoro są tak uparci – zauważył; ze słów aurora wynikało, że teren przeczesywało sporo osób, przynależących do więcej niż jednej grupy; takie nagromadzenie sił sugerowało, że z jakiegoś powodu mocno zależało im na tym terenie, i chociaż mogło rzeczywiście chodzić o wykurzenie ukrywających się w okolicy mugoli, to coś mu mówiło, że pod tym wszystkim kryło się coś więcej. – Nikt nie złapanych nie wiedział, skąd idą rozkazy? – upewnił się, krzywiąc się odruchowo, gdy Anthony wspomniał o Nottingham. Przez chwilę chciał zaprzeczyć, zachęcany do tego jakimś irracjonalnym odruchem, którego pochodzenia nie rozumiał – ale zdusił go, zanim idiotycznie naiwne słowa zdołałyby opuścić jego usta. Oczywiście, że napadający na mugoli ludzie mogli stacjonować w Nottinghamshire; z Eddardem w szeregach Rycerzy Walpurgii, bez trudu znaleźliby tam przytulne schronienie. – To całkiem prawdopodobne – odpowiedział w końcu, na tyle jednak cicho, że jego słowa mogły zginąć w huku wiatru; skłonił aetonana do odbicia nieco w bok, żeby dopasować tor lotu do wierzchowca Skamandera, lecąc przez cały czas jego śladem i spoglądając w dół; czekając na jakiś sygnał, że zbliżali się do właściwego miejsca.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : 33
UROKI : 42
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]28.05.21 18:37
ronja & lyall12 grudnia
Zdążył przed poważniejszymi zamieciami. Śnieg do tej pory padał w gwałtownych zrywach, by równie szybko stopnieć, wchłaniając się jedynie w małych ilościach w przesyconą już wilgocią ziemię. Dlatego tworzyły się bruzdy, w których grzęzły nogi; błoto przylepiało się do podeszwy butów, zaciągając je, by nie pozwolić walczyć z ciśnieniem; płuca szybciej się męczyły w dusznym powietrzu. Nie była to jednak nieznana brygadzistom pogoda - ich staże nie były wypełnione jedynie salonowym treningiem w zadaszonych warunkach. Rzucano ich w niemożliwie wyczerpujące, często skrajne sytuacje, które wyczerpywały zarówno fizycznie, jak i psychicznie, ale po zakończeniu każdy z kadetów był pewny, że da radę. Dał radę ze śmiercionośnym żywiołem, więc da ze wszystkim. Nieważne jak często i gęsto odpadali, drobna garstka zostawała, tworząc elitarną jednostkę, będącą w stanie przeciwstawić się dzikiemu monstrum. W chaosie znajdowali swój rytm; w krzykach swojego przełożonego motywację, aby działać dale; w wodzie, piasku, podczas wiatru potrafili przewidzieć ruchy wroga. Nic dziwnego, że wielu z nich, wraz z wiekiem odchodziło ze służby lub ginęło w akcji. Wystarczyło wszak stracić na krótki czas orientację lub za późno rzucić zaklęcie i można było spotkać się ze stalowymi pazurami we własnej czaszce. Lyall widział, jak wypływające z ran mózgi towarzyszy ściekały na ziemię, tworząc surrealistyczny obraz - w końcu dopiero co omawiali taktykę. I może byli skuteczniejsi w gromadzie, jednak odkąd Lupin ruszył w pojedynkę w trop za Despenserem, nauczył się również działać samemu. Z wiernym psim towarzyszem przy nodze mógł więcej niż z piątką dorosłych mężczyzny przystosowanych tak jak i on do zadania. Ludzie zawodzili. Zwierzęta nigdy. Bo zwierzęta były przewidywalne. Wykonywały polecenia, których niektórzy z brygadzistów nie potrafili. Psy także miały swoje charaktery, ale nigdy nie postępowały głupio. Zachowywały czujność, mając o wiele bardziej wyostrzone zmysły i walczyły aż do śmierci. Dezerterzy trafiali za kraty, chociaż wielu z nich jakimś dziwnym przypadkiem nie przeżywało w celach dłużej niż rok. Ludzie spoza brygady nie rozumieli, co oznaczało porzucenie stanowiska i towarzyszy. Nie rozumieli, że będąc w tym wyjątkowym gronie, stawali się częścią watahy, a wataha zawsze zagryzała słabe ogniwa, wzmacniając się za każdym razem, gdy odrzucała słabeuszy. Razem ze swoją dwójką psów Lyall tworzył swoje własne stado. Sojusz i współzależność, której lojalności nie dało się złamać. Wspierali się nawzajem, ratując się nieskończoną ilość razy i zapewne mając robić to jeszcze drugie tyle. W deszczu, w spiekocie, w zimie czy w pogodny dzień - trwali razem.
Ostatnie pięć miesięcy brygadzista poświęcił na walkę, która ciągnęła się już trzy lata, chociaż swój prawdziwy początek miała jeszcze wcześniej. Pogoda była koszmarna z tym całym błotem, z którym należało walczyć, ale Lupin się nie poddawał. Strategiczne miejsca musiały być osuszone, chociaż brygadzista sięgał po to bardzo rzadko, wiedząc, że nie tylko jemu trudno było się poruszać - bestie, które ścigał, również ślizgały się na podmokłym terenie, bezmyślnie gnając ku źródłu hałasu. Nie patrzyły więc pod nogi, nie sprawdzały gruntu - wystawiały mu się same. A on mógł to wykorzystać. I bez cienia żalu robił to. Robił to do momentu, aż ziemia zamarzła po raz pierwszy. Mógł, wiedział, że mógł iść dalej. Wiedział jednak jeszcze lepiej, że jego szanse malały, gdy brakowało mu ciepła, jedzenia i schronienia. Zima nie była dobrym czasem na przebywanie poza skupiskami ludzkimi, co oznaczało dla niego powrót do cywilizacji. Odnalazł więc drogę i szedł nią tak długo, aż zobaczył majaczące przed nim zabudowania. Z dwoma masywnymi psami po boku nie mógł używać teleportacji, a ostatni świstoklik został zmasakrowany podczas walki z lykaninem. - Ciepły posiłek? - mruknął, zerkając na czekające przy nim stworzenia, które zamerdały ogonami, zupełnie jakby go rozumiały. Zapewne tak właśnie było. Na samą myśl Lyall uśmiechnął się delikatnie, po czym poprawił tobół, który niósł na plecach. Nie wiedział, czy miał znaleźć tam miejsce do spania, jednak na pewno ktoś z mieszkańców znał się na transmutacji, by stworzyć mu świstoklik. Miał czym zapłacić, jeśli miał odstraszyć potencjalnych chętnych swoim wyglądem. Pokryta szronem broda przypominała wszak zatopione w lodzie posągi niż wyraz ludzkiej twarzy, a silne rottweilery nadawały mu dziwnej aury. Ich świat jednak składał się z całej plejady czubków gorszych od niego. Nie zastanawiając się długo, ruszył przed siebie, kierując się do centrum miasteczka.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]30.05.21 22:08
Śnieg przykrywał wszystko, co brzydkie, nawet najgorszym koszmarom nadając jaśniejący kształt mlecznobiałych wspomnień. Borrowash co roku poddawało się sile natury w niezwykle prosty i daleki od gracji sposób, poprzez zasypane drogi, które równie szybko co niemożliwe do przejścia, stawały się istnymi udrękami błotnistej mazi, wciskającej się w każdy zakamarek materiału grubej, czerwonej spódnicy Ronji. Nie pomagały wysokie buty z cholewami, ani skrzętne unikanie największych kałuż szarej brei, brzegi tkaniny przeplatane były mało schludnymi plamami. Płaskie obcasy stukały o brukowany chodnik, kiedy ostatnim kiwnięciem głowy Fancourt żegnała wyglądającą zza okna starą alchemiczkę, która prowadziła coś na kształt przychodni i apteki w jednym, dla garstki mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi. Zimne powietrze wychwytywało luźne kosmyki kruczoczarnych włosów z prostego upięcia, którego poprawianie Ronja dawno już zrezygnowała, na rzecz niesionych w koszyku pozostałości po swojej szybkiej inspekcji. W rezerwacie odpowiedzialna była za opiekę medyczną nad pracownikami, ale Greengrassowie wyraźnie zaznaczali swoje pragnienie ochrony własnych ziem przed niebezpieczeństwem. Jednym z poważniejszych zagrożeń były zarazy i choroby, a także niewątpliwy głód, jaki miał już wkrótce nawiedzić te ziemie wobec marnych plonów tegorocznych upraw. Rolnicy chorowali, zapasy kończyły się, a profesjonalnej pomocy medycznej, co najwyżej ubywało. Podobnie zresztą jak wolnego czasu, którego ostatnio resztki Ronja pożytkowała na barterową wymianę swoich umiejętności za porady alchemiczne. W zamian za uzdrowicielskie porady w izbie staruszki i dokonywanie trudniejszych zabiegów tamta odwdzięczała się nauką podstaw warzenia eliksirów, a także uporczywemu tłumaczeniu mechanizmu łączenia poszczególnych ingrediencji. Na szczęście Fancourt była uczennicą pojętną i chętną do nauki mimo znikomych naturalnych zdolności, a ewentualne błędy wynagradzała sowicie przygotowanym posiłkiem przygotowanym z jej własnych zapasów. Również dzisiaj nie obyło się bez drobnej przerwy na nieco już przesuszone bułeczki mleczne, które zjadły ze smakiem wraz z owocowym powidłem. Pusty do połowy słoik konfitur, co jakiś czas uderzał lekko w ściany wiklinowego kosza trzymanego na zgięciu ramienia. Resztę miejsca zajmowały resztki pszennego chleba, jakiego bochenek poświęciła na kanapki dla kilku pacjentów i wiązanka ususzonych ziół ze szklarni Peak District.
Na ulicach brakowało przechodniów i znajomego gwaru garstki mieszkańców znających swoje poorane zmęczeniem twarze na wylot. Nieco więcej czasu zajęło im przywyknięcie do widoku tej należącej do Ronji, ale podobnie jak wilcze stado w potrzebie, przyjęli pomoc w wątpliwej akceptacji, do której skłaniały drastyczne warunki zbliżających się zamieci. Niemiłosierna natura w Derbyshire, a konsekwentnie w całej Anglii, nic sobie nie robiła z ludzkich zmartwień i udręk, przygotowując się do srogiego uderzenia, tak jak miała to w zwyczaju o tej porze roku. Gdyby nie wyjątkowo ponure okoliczności, Fancourt uznałaby jednostajność procesu za pokrzepiającą. Kojąca świadomość tego, że chociaż tracili grunt społeczeństwa pod nogami, to wszystko wokoło nich wciąż stało tak samo jak tysiące lat temu. Kaptur peleryny chronił przed smagającym zaczerwienione dłonie wiatrem, ale równocześnie ograniczał znacznie pole widzenia Ronji, która dopiero po chwili, zatopiona we własnych myślach, dostrzegła na przeciwległym krańcu drogi sylwetkę nieznajomego. Nie zwolniła jednak kroku, nawet kiedy u jego boku pojawiły się dwa masywne psy, czujnie towarzyszące swemu właścicielowi. Nie był tutejszy. Zdawał się iść od strony gąszczu pobliskiego lasu, dobrze przygotowany na warunki pogodowe, z potężnym tobołem na plecach. Kobieta mimowolnie wyprostowała plecy, zaciskając usta na wspomnienie niedawnego spotkania z Tonksem i atakiem szmalcowników. O ile kiedyś mogło się czarownicy wydawać, że te tereny pozostają bezpieczne, o ile teraz nie wątpiła w to, że zagrożenie czaiło się za każdym rogiem. Zapewne Michael nakazałby jej wzmożoną ostrożności i gotowość do walki, ale usposobienie Fancourt skutecznie wypierało świeże jeszcze wspomnienia pojedynku, na rzecz rannego czarodzieja, który resztą sił zdołał się teleportować. Wielu uznałoby tę potrzebę pomocy, upewnienia się o jego żywocie za irracjonalną, a wręcz szaloną, ale też Ronja dawno już pojęła, iż tych, którzy rozumieją jej motywy, nie chodzi wielu po tym świecie. Zanim stali się wrogami, byli nieznajomymi, wiedzącymi o sobie tyle, ile wyobraźnia i bystre zmysły potrafiły określić na podstawie stawianego przed oczami obrazu. Z kim miała do czynienia tym razem? Myśliwym, czy Wilkiem?


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]30.05.21 22:08
The member 'Ronja Fancourt' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Miasteczko Borrowash - Page 2 CdzGjcQ
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Borrowash - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]06.06.21 21:58
Nie wiedział, co się działo w międzyczasie na wyspach i prawdę powiedziawszy - gówno go to obchodziło. On miał tylko jedno zadanie, którego zamierzał się trzymać i nie rozpraszać się tysiącem innych problemów, jakie wymyślali inni. Wojna, głód, śmierć, pokój czy utopia - było mu to całkowicie obojętne. Wiele osób postrzegało go przez to jako tego złego, pozbawionego uczuć czy w ogóle nieludzkiego. Stojącego po złej stronie, jak to raczył wyśpiewać mu ten jebany Tonks, zanim tchórzliwie spierdolił ze świstoklikiem w łapie. Wcześniej próbował chyba nawrócić brygadzistę, ale niezbyt mu to wychodziło. Nie rozumiał tego, że Lyallowi nie robiło to różnicy. Dobry czy zły. Piękny czy brzydki. Lewy czy prawy. Nie stał po żadnej ze stron, pozostając zupełnie odciętym od sytuacji i zdawał sobie sprawę z własnego braku rozeznania. Robił to intencjonalnie, nigdy nie zamierzając opowiadać się za kimkolwiek tak, jak zrobił to jego brat. Zależało mu tylko na ściganiu wilkołaków, a cała reszta nie miała znaczenia. Pracował dla Ministerstwa Magii przez te wszystkie lata, bo mu to umożliwiało. Pozwalało mu na łowy, dawało dostęp do informacji, zapewniało środki. Płaciło mu za to. Gdyby ten cały Longbottom, nad którym tak spuszczał się Tonks, zapewniał to w miejsce rządu - robiłby to pod jego patronatem. Wszyscy jednak byli zajęci swoimi własnymi wojenkami, a one nie interesowały w żaden sposób Lupina. Walka o słuszność? Walka o wolność? Walka o równość? O braterstwo? Kogo to obchodziło? Sami wywołali ten konflikt, więc sami mieli sobie z nim radzić. Bez niego. Miałby się narażać dla ludzi i idei, które nic go nie obchodziły; walczyć dla ludzi, którzy nie znali swoich żołnierzy - nie był skończonym debilem. Miał wystarczająco własnych spraw na głowie. Do tego sam prowadził nieustanną walkę z klątwą likantropii i nie potrzebował kolejnej, wielkiej sprawy. Nie musiał wybierać - już dawno ustalił własne priorytety w przeciwieństwie do całej reszty.
Dlatego też nie chciał wracać, ale nie miał wyboru. Nie tylko mrozy wygoniły go z łowów. Zapasy miały się na wyczerpaniu, a chyba by się pochorował, gdyby jeszcze raz spojrzał w odpowiednią sakwę. Miał tam tylko te paskudne fasolki wszystkich smaków, po których musiał wyrzygać się pod starą sosną, bo nie był w stanie znieść ich smaku. Teraz to i tak były zresztą stare, bo z jakiego miesiąca? Października? Nie miał pojęcia, co go napadło, żeby brać je ze sobą. A może była to jedna z rzeczy, które zostawił w jego domu Randall? Tak... To chyba bardziej pasowało do starszego z bliźniaków, aniżeli brygadzisty, który nawet nie spojrzałby na tę wylęgarnię cukru. Musiał je gdzieś wyrzucić. Wolał nie ryzykować nie tylko datą ważności, ale też jakimś zatruciem. Wpierw jednak należało znaleźć jakąś gospodę, otwarty lokal, miejsce tranzytu świstoklików. Cokolwiek. Niespecjalnie chciał mieć do czynienia z innymi ludźmi, ale wiedział, że bez tego ani rusz. Jedyną sylwetką na pustej ulicy okazała się ta z czerwoną spódnicą wyróżniającą się tak silnie na tle białego śniegu, że nie sposób było jej nie zauważyć. Gdyby dowiedział się, że owa przechodząca obok nieznajoma miała do czynienia z wilkołakiem, którego jakiś czas temu ścigał, zapewne prychnąłby w niesmaku, ale nie zaskoczeniu. W końcu... Czego innego mógłby się spodziewać? Tonks musiał obsikać każde drzewo - szczególnie te, które mijał Lyall. Nieświadomy jednak powiązania brygadzista chciał w jakiś sposób przyciągnąć uwagę kobiety, ale stało się coś, czego chyba żadne z nich się nie spodziewało. Jej trzewik przesunął się na śliskim lodzie i zawahał równowagą czarownicy. Zapewne gdyby nie reakcja mężczyzny, upadłaby boleśnie na twardy grunt, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Szybki chwyt za ramię mógł ją zaskoczyć, ale na pewno nie zaboleć. A na pewno nie tak bardzo jak hipotetyczne zetknięcie ze skutym lodem chodnikiem. Zawartość jej koszyka wypadła również przez prędkie szarpnięcie, ale nie było to coś, co martwiło brygadzistę. Stłuczone fiolki były lepszym wyjściem niż obite ciało. - Uważaj, jak chodzisz - rzucił, przesuwając ją o krok od wyślizganej nawierzchni i puszczając kobiece ramię dopiero w momencie, w którym wiedział, że mogła ustać bez jego pomocy. Schował też dłoń do kieszeni kurtki, jakby chciał ukryć to, co na sekundę ich połączyło. Nie. Nie zrobił tego, bo tak należało czy dlatego, że był dobrze wychowany. To był instynkt, a zresztą na cholerę miałby pozwolić się jej przewrócić? Jeszcze by złamała sobie nogę, obiła siedzenie czy złamała paznokieć, a on był jedyną osobą w okolicy do pomocy. Więcej byłoby z tego problemu aniżeli pożytku. Zaraz też gwizdnął na interesujące się zawartością koszyka psy i kucnął, aby pozbierać to, co z tego wszystkiego zostało. Uprzednio zrzucił swój tobół obok, wiedząc, że właśnie wrócił do cywilizacji. Świetnie. Po prostu kurwa wspaniale.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]07.06.21 9:17
Patrzyła wyżej, niż powinna od zawsze. Na otaczających ją ludzi, dynamicznie zmieniających się w zależności od potrzeb otoczenia. Na ich ubrania, szyje i twarze, poznaczone wszystkim tym, co życie przyniosło na tacy, a słowa nie chciały wypowiadać. Fascynowali Ronję ci ludzie. Zamknięci szczelnie przed zewnętrznym światem, pewnie stawiający kroki na drodze ogrodzonej wysokim murem, postawionym siłą własnych złości i żalów. Najczęściej nie chcieli z nią rozmawiać, wzbraniając się przed słowami wszystkim, czym mogli, a Fancourt nie dziwiła się podobnym reakcją. Jej obecność mogła irytować, tak jak irytowało bzyczenie małej muchy w zupełnie cichym pomieszczeniu. Ledwie zauważalna, ale trudna do pozbycia się.
Wzrok sięgał dalej niż czubki ich głów, gdy zadzierała swoją własną na szare niebo w zimowej odsłonie. Chciałoby się powiedzieć, że przynajmniej ono pozostawało niezmienne. Takie samo w murach kosztownej twierdzy, co na przysypanym śniegiem polu uprawnym. Nawet to stwierdzenie traciło jednak sens w obliczu wspomnień wydarzeń schyłku jesieni, gdy jasne chmury zmieniły szaty na przytłaczającą czerń, a piorun przedarł się przez wieżę Big Bena. Natura się buntowała, oddając pięknym za nadobne i broniąc tego, do czego czarodzieje nigdy nie powinni przykładać swoich dłoni - naturalnego porządku świata. I może właśnie ten porządek, zaplanowany już dawno temu, na który żadnego wpływu mieć nie mogli, zaplanował, że z cichym westchnięciem zaskoczenia na ustach kobiety, jej stopy odmówią posłuszeństwa, nieudolnie tańcząc na powierzchni zamarzniętej kałuży.
Nie zdążyła nawet przymknąć powiek, dostrzegając jeszcze wypuszczony koszyk, kiedy silny uchwyt ramienia - niespodziewany, ale na pewno bezpieczniejszy niż prawdopodobny upadek, sprowadził czarownicę z powrotem na ziemię. W pierwszym, niedorzecznym odruchu umysł przywiódł wspomnienie dotyku Atticusa, kiedy wpadli na siebie w alejce. Tamtym razem tak jak teraz zatopiona we własnych przemyśleniach mniejszą uwagę zwracała na to co mam pod nogami. Zaraz jednak wyzbyła się podobnych skojarzeń, ze strachem zdając sobie sprawę, że doskonale wiedziałaby gdyby pomocna dłoń należała do Blythe’a. Była to o tyle niepokojąca myśl, że do czasu ich niedawnego spotkania w Londynie, poradziła sobie ze wspomnieniami do stopnia całkowitego schowania dawnych uczuć w odległej pamięci. Pozwoliła im uschnąć z racjonalistycznym zrozumieniem końca przyjaźni, ale ostatnia rozmowa wybudziła gwałtowne reakcje, których sama po sobie się nie spodziewała. Gniew i brak przychylności, rzadko kiedy kusiły ludzkie zmysły, rozsądnie identyfikujące takowe podejście z czymś niechcianym. Mało życzliwym. A ona niczym niewzruszona całe swoje życie poświęciła podobnym indywiduom, dogłębnej analizie tego czy naprawdę nienawidzili konkretnie jej - swojego uzdrowiciela, wszystkich ludzi, samych siebie, czy może wszystkiego po trochu.
Wzrokiem natychmiast powędrowała do wysypanej zawartości swojego kosza, nie zważając na ratunek od nieznajomego, któremu jeszcze chwilę wcześniej przyglądała się po drugiej stronie ścieżki. Ratunek w najmniej spodziewanych miejscach, wiele ostatnio Ronję zaskakiwało.
- Trzeba uważać na szkło. Niektóre to eliksiry lecznicze, lepiej, żeby ich nie zlizały. - Zauważyła miękko po chwili zaskoczenia, koncentrując uwagę na postawnych psach, posłusznie słuchających komend swojego właściciela. Zatem Myśliwy. Mężczyzna wyglądał, w najprostsze słowa ujmując, groźnie. Oszroniona broda utrudniała identyfikację twarzy, ale lekko zmarszczone brwi i skrzywione w demonstracji niezadowolenia usta świadczyły o braku chęci do przyjacielskiej wymiany zdań. Mimo tego i wcześniejszego komentarza pomógł jej, w dodatku upewniając się, żeby stanęła na stabilniejszej powierzchni. W niedalekiej odległości od ich miejsca spotkania Fancourt dostrzegła powoli drepczące, niewątpliwie w stronę rozlanej na krzywym bruku marmolady, kilka kur domowych. Nie wyglądały na szczególnie zadbane, zwłaszcza spacerując w takim mrozie, ale z pewnością należały do któregoś z przydrożnych gospodarstw Borrowash. Gdyby zainteresowały się wciąż żywym drobiem psy, mogłoby wyniknąć niemałe porozumienie, toteż Ronja szybko przykucnęła przy nowo poznanym czarodzieju, pozwalając, żeby karmazynowy kaptur zsunął się z czubka głowy na tył pleców.
- Powrót z długiej podróży? - Spytała, przerywając ciszę. Był obcy, nawet bardziej od niej samej. Mieszkańcy Derbyshire przywykli do obecności uzdrowicielki, akceptując jej inność w ramach konieczności do przeżycia, a Ronja korzystała z tego przyzwolenia, tyle ile mogła, uważnie obserwując mieszkańców hrabstwa. Chociaż tereny były obszerne, a ona sama wciąż jeszcze uczyła się topografii, jak zwykle, obserwacja ludzi przychodziła kobiecie z naturalną wręcz łatwością. Mężczyzna nie pracował dla rezerwatu, ani nie mógł być z nim w żaden sposób powiązany, natomiast nie miała całkowitej pewności czy jego obecność mogła zwiastować problemy. Masywny tobół nie oferował Azjatce żadnych wskazówek z pobieżnego zlustrowania jego brudnego materiału.
Z kieszeni spódnicy wydobyła materiałową chusteczkę wyszytą jej inicjałami i obtarła denko koszyka z błota. Bochenek chleba wciąż nadawał się do spożycia, a wiązka ziół, chociaż lekko przemoczona pozostawała w dobrym stanie. Szkoda powidła.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]21.06.21 11:13
Może z mniejszą niechęcią spędzałby czas wśród ludzi, gdyby po prostu dali mu spokój lub nie widział głupoty piętrzącej się jedna na drugiej. W przeciwieństwie do reszty społeczeństwa bezmyślnie wpatrzonego marzycielsko w niebo Lyall kroczył twardo po skorupie ziemskiej, nie zamierzając się rozglądać na boki. Nie tracił czasu na jakieś głupoty, od których jedynie robiło się niedobrze. Gdy słyszał przebąkiwania o końcu wojny czy nastaniu bezpiecznych czasów nie komentował. Czarodzieje sami sprowadzili na siebie to nieszczęście i sądzili, że miało magicznie samo się rozwiązać, gdy oni będą robić dokładnie to, co zawsze? Nic? Ludzie powinni wyginąć i nastałby spokój. Każde spotkanie z kolejnym przedstawicielem swojej rasy sprawiało, że Lupin jedynie się w tym przekonaniu gruntował. Nie widzieli konsekwencji swoich działań, zaniechań, błędów. Potrafili jedynie narzekać. Dla kogoś, kto nauczył się żyć samotnie, dostrzeganie hipokryzji nie było problemem. Jeśli znajdowało się poza systemem, błędy owego systemu były z łatwością dostrzegalne, ale nie usprawiedliwiało to tkwiących wewnątrz machiny i działających wbrew logice. Zresztą Lyall nie był kimś, komu zależało na przetrwaniu gatunku. Eksterminował zagrażające jednostki, które dały się zarazić likantropią lub byli zbyt słabi - tudzież głupi - żeby się przed tym uchronić. Nie. Nie czuł wyrzutów sumienia czy przykrości związanych z własnymi działaniami. Odkąd krwista maź opadła na puszysty śnieg, zabierając nie tylko życie znienawidzonego wilkołaka, lecz również część samego łowcy, nie czuł nic. Wiedział, że dobrze zrobił. Wiedział, że okazanie miłosierdzia wiązałoby się z rozprzestrzenianiem się dalej zarazy. Jeśli zamknąłby go w klatce, zagrażałby tym, którzy ową klatkę musieliby pilnować, a przecież strażnicy nie mieli mózgu. Daliby się zarazić i rozpętałoby się więcej piekła. Może Lupin szukał również wyjaśnienia dla swoich czynów, jednak jak wcześniej miały znaczenie, aktualnie nie było podstaw, by żałować. Żałował jedynie jednego. Że zajęło mu to tyle czasu.
Powrót z długiej podróży?
A teraz był tutaj - zbierał to, co wypadło z koszyka jakiejś obcej. Zignorował ją, chociaż ciche i mrukliwe hm wydobyło się z męskiego gardła, gdy spytała, co się działo. Czy mogła uznać to za odpowiedź? Miał taką nadzieję, bo nie zamierzał zabierać ponownie głosu, mimo że stłumiony dźwięk mógł być odpowiedzią jak i zwykłym westchnięciem. W milczeniu kontyuował wkładanie do kosza brakujących elementów, raz czy dwa rzucając zaklęcie osuszające, czy pozbywające się brudu. Czy czarownica równie z ochotą trzymałaby się tak blisko, gdyby znała prawdę? Gdyby wiedziała, że była pierwszą osobą, jaką spotkał od miesięcy? Lepiej byłoby dla niej, gdyby po prostu ruszyła przed siebie, zapominając o tym, że go spotkała. Zresztą on też liczył na to, żeby już na nią nie trafić. Ktoś, kto chodził w czerwonym stroju, musiał mieć zdecydowanie coś nie tak z głową. Gdy skończył pomagać, wstał i podniósł własny tobół, na nowo zarzucając go sobie na plecy. Na oko mógł ważyć tyle samo, co filigranowa kobieta stojąca przed nim. Powinien był odwrócić się i odejść. Coś jednak kazało mu tam trwać jeszcze przez moment, przyglądając się nieznajomej i szacując dalsze działanie. Mógł ją spytać o świstokliki albo poszukać kogoś innego. Poszukać na własną rękę. Widział jednak miasteczko i nie widział mieszkańców. Mogli być pozamykani w domach, a ona, kobieta o lekko skośnych oczach mogła coś wiedzieć. Zaklął w myślach, wiedząc, że nie miał wyjścia. - Wiesz, gdzie mają tu stację świstoklików? - spytał tubalnie, zastanawiając się, czy czarownica wiedziała cokolwiek na ten temat. Jeśli znała odpowiedź, świetnie. Jeśli nie, strata czasu. Na pewno mniejsza strata aniżeli ta, którą musiałby przeżywać, gdyby czarownica upadła na lód. Zadawał proste pytanie. Bez pani. Nie bawił się w podobne grzeczności, które i tak nie miały znaczenia w dalszym ciągu czasowym. Przecież nawet jeśli miałby ją kiedyś spotkać, co by to dało? Mogło go to zabić lub wyratować. W końcu... Walcz lub akceptuj. Lękaj lub kontroluj.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]21.06.21 14:16
A jednak umiał mówić. Z niechęcią uciekającą każdą kolejną głoską silnego tonu, przebijającego się przez dotychczasowe pomruki i ciszę, ale mówił. Gdyby Ronja potrafiła czytać w myślach, zapewne zacisnęłaby usta w niemym zaprzeczeniu brutalnych opinii mężczyzny, których obalenie stanowiło mieszankę prostego wnioskowania, faktów ludzkiej psychiki i wreszcie zdrowego rozsądku. Ten zaś kazał pojmować wszelkim istotom wyższym intelektem od zwierząt, że emocje istnieją w sposób niepodważalny. Każde próby ich obalenia, czy wyciszenia, zazwyczaj nie kończyły się niczym przyjemnym i produktywnym, zwłaszcza już dla ich właścicieli. Ludzie odbierali współczucie, czy empatię jako słabość. Nigdy w życiu nie spotkała się z bardziej rozpowszechnionym kłamstwem, bo rozumienie innych stanowiło nieporównywalną przewagę w większości sytuacji. Potrafi prawdziwie myśleć jak wróg, ten kto rozumie w jakich okolicznościach tamten stałby się przyjacielem. Subtelne różnice w motywach zmieniają wszystko, a zrównywanie ich do niedorzecznych niesnasek stanowiło zjawisko częste i smutne.
Pozbierawszy wszystko z koszyka, przy tym oczywiście zamiast odpowiedzi na pytanie smakując w uszach jedynie kolejne mruknięcia, Ronja wreszcie wyprostowała się w kierunku nieznajomego, pochłaniając wzrokiem masywną sylwetkę i obraz, łagodnie rzecz ujmując, nieprzyjazny. Większość ludzi na takim spostrzeżeniu zakończyłoby swoją inspekcję, co najwyżej dorzucając zdawkowe wzruszenie ramion, lub asekuracyjny krok w tył przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Nie ona.
Podeszwy grubych butów nie pochodziły z pierwszego lepszego sklepu, uszyto je konkretnie do długich wypraw, a takiego rodzaju ekwipunek nie trafiał w przypadkowe ręce. Nogawki przybrudziły się błotem, ale już wcześniej musiało zgromadzić się go kilka warstw, bowiem chociaż część odpadła przy gwałtownym ruchu, na tkaninie wciąż widać było takie same tylko mocniej wysuszone plamy. Dwa masywne psy przy nogach mężczyzny stały czujnie i pewnie, gotowe na wykonanie każdej komendy właściciela. Nie znała się na tego typu stworzeniach, ale nie potrzebowała też eksperckiej wiedzy, żeby dostrzec ich główne zastosowanie, kryjące się w ostrych zębach i napiętych mięśniach. Myśliwskie, szkolone. Do tropienia, wabienia ale też pomocy w przemęczeniu ofiary. Lasy Derbyshire poznawała stopniowo, ostrożnie odkrywając ich liczne tajemnice i wiedzę jaką niosły stare drzewa. O polowaniach nie wiedziała zbyt wiele, ale nie mogło tu chodzić o małe zwierzęta, te bowiem towarzyszyłby myśliwemu, gotowe do oskórowania. Zamiast tego czarodziej dzierżył tylko jedną torbę, bez większego, a przynajmniej widocznego uzbrojenia. Wreszcie do świadomości dotarło również wspomnienie ich niedawnego dotyku, kontaktu który uchronił Ronję przed upadkiem i wyciągniętej dłoni pokrytej bliznami po głębokich zadrapaniach pazurów. Do głowy przychodziła tylko jedna istota, która może pozostawiać podobne pamiątki, nieprzyjemna realizacja oparta na długich miesiącach spędzonych z ministerialnymi pracownikami polowymi.
- Wiem. Nie tutaj. - Odparła prosto, wreszcie docierając bursztynowym spojrzeniem do linii zachmurzonego wyrazu twarzy swojego rozmówcy. Oszroniona broda nie prezentowała się ani celowo, ani elegancko, zapuszczona najpewniej z braku innych opcji, dawała Fancourt dość jasną wskazówkę. Przynajmniej trzy cztery miesiące. Tyle musiało zająć doprowadzenie siebie do takiego stanu, biorąc pod uwagę przyrost ludzkich włosów. Uzdrowicielka odetchnęła spokojnie. Żadne spotkanie nie było przypadkowe, nawet jeśli miało nic nie wnieść do życia uczestników. - Głodny? - Spytała, unosząc lekko koszyk w zachęcającym, aczkolwiek mało zobowiązującym geście. Pomógł jej już dwa razy, nie groził niczym innym niż oznakami nieprzyjemnego charakteru, a jeśli jej przypuszczenia miały chociaż odrobinę pokrycia w faktach, to coś musiało zmusić go do opuszczenia leśnych gęstwin. Miała nadzieję, że chodziło wyłącznie o brak zapasów, ale jeśli w okolicach rezerwatu czaiło się inne zagrożenie, będzie chciała takie informacje zdobyć na swój własny sposób. Przez ułamek sekundy zastanowiła się również nad możliwym powiązaniem łowcy z Michaelem, ale zaraz potem odsunęła wszelkie podejrzenia na bok. Swojego czasu Tonks widniał na liście zarejestrowanych wilkołaków, co zresztą umożliwiło im współpracę uzdrowicielską pod sztandarem ówczesnej władzy. Jeśli obcy działał wciąż w granicach urzędu, musiał zdawać sobie sprawę z oczywistych zmian na najwyższych szczeblach. Fancourt wiedziała jednak również, że w tych okolicach coraz częściej czaiło się zło znacznie bardziej nieprzewidywalne niż Michael, nawet w swojej zwierzęcej formie.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]21.06.21 15:05
Lyall nie miał przyjaciół. Nie dlatego że nie mógł ich mieć. Myśląc o Randallu, o Roselyn wiedział, że przecież kiedyś właśnie tym dla niego byli. Tym on był dla nich - przyjacielem. Ostatnie spotkanie z bratem i kobietą postawiły jednak wyraźną granicę, w której Lupin odrzucił to, co mu oferowali. Należeli do przeszłości. Mieli powiązania z żyjącym wstecz dzieciaku, nie z aktualnym, ziejącym brutalnością mężczyzną. Nawet Randall nie potrafił ukryć swojego przerażenia, gdy na niego patrzył. Bo nie potrafił znaleźć wiążącej ich niegdyś nici porozumienia - tak wtedy silnej i trwałej. To przepadło. Podobnie jak słabość, którą w szkole i później Lyall żywił w stosunku do Roselyn. Patrząc aktualnymi oczami na tamte wydarzenia, czuł się jak idiota. Ślepy, głuchy i zapatrzony we własnym kierunku. Zdecydowany, ale zbyt tchórzliwy, zbyt nieśmiały, aby się odezwać. Zbyt uważny i preferujący obserwację ponad agresywne działanie. Bo zawsze żył w cieniu. Czy to swojego brata, czy innych, czując się lepiej, jeśli pozostawał poza uwagą publiczną. To ostatnie nigdy się nie zmieniło, a jedynie utrwaliło się w twardych mięśniach i marsowym wyrazie twarzy. Nie ufał ludziom, dlatego powierzał swoje życie towarzyszącym mu psom, które kierowały się jedynie lojalnością. Mogły go ugryźć w przestrachu, lecz nigdy nie miały stać się bezpańskie i okrutne. Nie myślały. Działały. Nie tak jak ich rasa. Zdolną do najgorszego. Człowiek był brutalną jednostką gotową do plecenia intryg całymi latami, by uderzyć w jak najmniej spodziewanym momencie. Człowiek zabijał. Człowiek wykańczał. Człowiek ranił. Tak jak ten, w którym zakochała się jego siostra i ten, który miał z nią dziecko. Czekał na odpowiednią chwilę i zabił ich oboje. Nienarodzone życie, które rozwijało się pod sercem Betty i ustało, gdy zaklęcie przeszyło matkę. Nieruchome, niezdolne do chociażby zaczerpnięcia tchu na świeżym powietrzu poza kobiecym ciałem. To nie śmierć Betty sprawiła, że Lyall zapałał chęcią zemsty - wszak to ona sprowadziła na siebie ten los, żyjąc pod jednym dachem z własnym katem. Nie. Żałował i bolała go śmierć siostry, lecz nie tak bardzo jak dziecko, o którym się później dowiedział. Był to chłopiec. Betty chciała nazwać go twoim imieniem. Pochowali go również w ten sposób - gdy brygadzista wciąż znajdował się poza granicami kraju. Ironia. Jego sylwetka po raz kolejny sprowadziła zagładę na cudze istnienie. Tym razem wystarczyło imię, by to zrobić, a on? On mógł jedynie wspominać moment, w którym zdał sobie sprawę, że zabitym przez niego wilkołakiem była Laurel.
Wiem. Nie tutaj.
Nie zawsze taki był. Zimny i nieprzystępny. Skuty lodem na wzór własnej brody, która oszroniona zdawała się idealnie współgrać z jego charakterem. Sytuacja życiowa i ludzie zaprowadzili go właśnie w to miejsce. Czy żałował? Skłamałby, mówiąc, że tak. Bez względu na to jak obłożony traumami, ranami, bliznami był wolny od spraw doczesnych - nieważne jakie przybierały formę. Mógł być szybszy, skuteczniejszy. Odsunięty od własnych emocjonalnych zmagań czy wyrzutów sumienia był dobrym psem. Poszczuty przez Ministerstwo nigdy nie zamierzał się uspokoić, widząc w swojej pracy syzyfowy sens. Nie widząc przy okazji człowieka, którym kiedyś był. Posiadał odruchy wciąż wiążące go z ludzkością, ale zdarzały się bardzo rzadko. Jak chociażby wówczas, gdy zastawiając pułapkę, przez myśl przemknęła mu Borgia. Raz czy dwa w ciągu tych miesięcy sylwetka kobiety pojawiła się w myślach łowcy, zatrzymując go w działaniu i każąc mu się powstrzymać. Pomyśleć. Przypomnieć. Szybko jednak wytrącał się z tego zawieszenia, wracając do rzeczywistości i irytując się na to, że zdołała tak silnie się w nim zagnieździć. Nic jednak dziwnego, że zapadła łowcy w pamięć - nie ze względu na swoją urodę, lecz była jedynym człowiekiem od długiego czasu, którym brygadzista nie gardził. Któremu przyglądał się z zainteresowaniem i który nie widział w nim pochmurnego zagrożenia.
Głodny?
Wrócił uwagą do stojącej naprzeciw czarownicy, wpatrując się w wyciągnięty ku niemu kosz. Po co i dlaczego to robiła? O nic nie prosił i nic od niej nie chciał. - Tobie bardziej się przydadzą. - Umiał zadbać o siebie. Jeśli nie miał okazji być w mieście, polował samotnie, nie martwiąc się o brak pożywienia. Las pozwalał żyć zwierzętom - dlaczego nie miałby również wyżywić mężczyzny? Jedynym problemem była kusza, która została gdzieś w lesie roztrzaskana na kawałki, lecz nie zamierzał się tym przesadnie zamartwiać. Wiedział, gdzie mógł kupić nową, dobrą. Odpowiednią. Żeby jednak ją zdobyć, musiał doprowadzić się do porządku. Ale nie tutaj. - Uważaj następnym razem - rzucił tylko i odwrócił się, zamierzając kontynuować swoje poszukiwania. Jeśli nie było świstoklików, na pewno była stacja pociągu. Szedł wszak przez krótki czas torami i nawet jeśli w kraju źle się działo, jakiś transport się tamtędy przemieszczał. A jak nie, to mieszkańcy miasteczka również musieli mieć jakiś środek komunikacji. Pieprzony kominek podłączony do Fiuu. Cokolwiek. Musiał po prostu wydostać się z tego zadupia i przetransportować do Doliny Godryka. Tam, gdzie znajdował się budynek, który należał do niego. Nie tracił czasu, bo powiedziała mu jedno. Nie tutaj.


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]23.06.21 10:29
Ronja nie była doskonałym człowiekiem. Nigdy też za takiego się nie uważała, chociaż jej żywot wówczas mógłby wtedy być znacznie lżejszy. Gdyby pełniła obowiązki najstarszej córki lepiej niż inni, dbała o bliźniaczego brata i resztę rodzeństwa pilniej, wybijała się ponadprzeciętnymi zdolnościami uzdrowicielskimi. Nic jednak z tych cudów nie przyszło do niej same. Do każdej swojej wartościowej cechy zaszła daleką i krętą drogę, z uporem maniaka walcząc o godność, honor swojego nazwiska i te niedoskonałości, które pokonać mogła ciężką pracą. Może ta jej wyjątkowa przeciętność, od czasu do czasu wyobcowana jedynie nieco innym od reszty wyglądem, doprowadziła ostatecznie do niecodziennej mieszanki, którą w rzadkich momentach całkowitego spokoju, można było nazwać równowagą. Strachu i odwagi. Serca i rozumu. Bała się, czuła i cierpiała jak inni, ale ponad wszystko, nie uciekała od przyznania samej sobie tych prawd.
Ile takich niedopowiedzianych historii jawiło się przed ich oczami każdego dnia? Utracone okazje do rozmowy, która mogła zmienić życie, interakcji dwóch dusz doskonale rozumiejących własne zmagania. 风水 - Fēng shuǐ. Dwie równocześnie istniejące obok siebie siły, które chociaż przeciwstawne, razem doskonale funkcjonowały w utrzymaniu naturalnego porządku.
Bo Ronja nigdy nie odmówiła człowiekowi brutalności. Nie żyła w świecie wyimaginowanych obrazów ludzi idealnych, niegroźnych i łaknących dobra, a nie krwi. Mimo uzasadnionej odrazy, którą powinna czuć, rezygnacji z harmonii, istniejącej jedynie w bajkach i legendach, sadzała te wewnętrznie połamane, groźne dla niej oraz otoczenia indywidua na kozetce i rozmawiała z nimi, jak z każdym innym człowiekiem. Fancourt kochała te wadliwości umysłu bardziej niż cokolwiek innego. Tajemnice niezbadanych zakamarków ludzkich możliwości przebaczania, rozumienia błędów, lub ich bezkarnego popełniania. Być może to czyniło ją najbardziej popękaną ze wszystkich, w końcu szewc bez butów chodzi.
- Często unikasz odpowiedzi na zadane pytania. - Stwierdziła, nie pytając, ale mimo wszystko kończąc zdanie podniesionym o pół tonu głosem zaciekawienia. Podejrzliwość w jego oczach równie dobrze mogła z nich wyjść i stanąć obok, a i tak starczyłoby jej jeszcze na dwie inne osoby. Poniekąd rozumiała tę niechęć, obecne czasy z pewnością nie polepszały sytuacji. Odwrócił się do niej plecami, rzuciwszy na odchodne dziwne słowa… Pożegnania? Tyle że to nie mógł jeszcze być koniec. Nie kiedy stanęła na jego drodze, samotnego wędrowca i silnym przeczuciem domyślała się, że nie wykorzystała pełni zdawkowego dialogu. Gdy czuła co do tego potrzebę, potrafiła być nieznośnie nieugięta. W czarnobiałym kole, to ying miała być członem biernym i słabym. Yang uznawano za nasłonecznioną stronę wzgórza, alegorię buchającego do sufitu izby płomienia. Tylko co sprytniejsi dostrzegali, że im dłużej palenisko utrzymywało się przy życiu, tym w zgliszczach pozostawały tylko ledwo tlące się ogarki. Mały ogień, niczym wiatr - ledwo widzialny. Meifeng.
- Wszystkie najbliższe zagrożenia mam już chyba za sobą. Śliska kałuża, wracający z polowania brygadzista. - Dość często zauważała, że prosili by uważała. Bliscy i dalecy, którzy w jej stonowanych reakcjach dopatrywali się chęci kuszenia losu. Igrania z ogniem. Może faktycznie niektóre z tych instynktów samozachowawczych zaniknęły z czasem, robiąc miejsce na coś zgoła zupełnie innego. Próbę uzyskania reakcji od samego sprawcy, całkiem już niebezpieczne pomysły, gdzie, zamiast uciekać i ratować siebie, wolała zostać jeszcze sekundę dłużej i przekonać się na własnej skórze, co jeszcze ma przeznaczenie w swojej talii kart. I czy ona sama będzie  w stanie podbić stawkę. - Pozwól sobie pomóc. - Szczerze i prosto. Te opory przed proszeniem, z którymi się zmagali, nie mogły się równać samemu faktu przyjmowania wsparcia, najbardziej bolesnego ze wszystkich. Uświadomienie sobie słabości nie było bowiem wcale najcięższym krokiem, a wręcz przeciwnie. Widziała to na terapii u obcych ludzi, przy bliskich znajomościach i drogich przyjaciołach. Głębokość relacji odgrywała znaczenie drugorzędne, wobec przesycenia powietrza poczuciem porażki, lub co gorsze, pozostawania na łasce innych. Ci, którzy już raz zasmakowali samodzielności, nie przyjmowali pomocnych dłoni.
- Najbliżej jest stacja kolejowa. Dworzec mieści się na końcu tej ulicy, ale pociągi odjeżdżają teraz rzadziej niż kiedyś. Spokojnie masz jeszcze godzinę, czy dwie.  - Łatwiej było zyskać pewność, że opuści te okolice na jej własnych warunkach, a nie będzie się jeszcze tułać po bliskich miejscach i wzbudzać obawy w ludziach. Lub, co gorsza, natknie się na Tonksa, w końcu skoro Ronja była w stanie przypadkowo spotkać go przy łódce, dlaczego nie miał tego zrobić wyszkolony w tropieniu profesjonalista. Lepiej dla nich obu było, żeby teraz zniknął, ten nieznajomy o zimnych i nieprzystępnych oczach. Ich błękit swoją czystością kontrastował z wiejskim kurzem wspólnego miejsca spotkania.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]23.06.21 12:46
Dla niego nie istniała równowaga - wszystko wszak, cała ludzka egzystencja opierała się na walce o przetrwanie. Tylko to miało znaczenie. Dla wielu przybierało ono inną formę - niewolniczego służenia innym, próby łapania posiłku dla dzieci, wyrywania go innym z rąk, by złagodzić własny głód. Każdy był niewolnikiem czasu, życia i własnego ciała. Każdy musiał przejść przez istnienie lub zdechnąć. Dla Lyalla sensem egzystencji było wyniszczenie likantropii. Minimalizowanie każdego cholernego pierwiastka tej klątwy, izolowanie zarażonych lub zarzynanie nosicieli. Walka potworów w cieniach świata, o której wszyscy wiedzieli, lecz wszyscy odwracali spojrzenia. Bo nie chcieli znać prawdy. Nie chcieli stawać twarzą w twarz z oczywistym faktem, który zniszczyłby ich rzeczywistość. Prawdę o tym, że nie było bohaterów - były jedynie monstra i łowcy, którzy dorównywali im bestialstwem i okrucieństwem, by być w stanie je schwytać. Czy więc tak naprawdę można było mówić o równowadze, balansie, skoro zło nie walczyło z dobrem, ale miało po prostu inne oblicza? Wynaturzeni, spaczeni, odrzuceni byli ci, którzy nie odstawali od tej idei. Którzy ją akceptowali, rozumieli i działali, współgrając z jej istotą. Dlaczego? Może dlatego, że byli nieprzyjemnym przypomnieniem o prawdziwej ludzkiej naturze i tego, do czego była zdolna.
Często unikasz odpowiedzi na zadane pytania.
Zatrzymał się w pół kroku, słysząc jej słowa. A potem pojawiły się kolejne, które przyjmował bez słowa. Pozwalał na to, by w milczeniu wiatr owiewał jego twarz. By dłonie w grubych rękawiczkach chroniących je przed mrozem zacisnęły się mocniej na pasie zarzuconej przez plecy torby. By zimne powietrze szarpało niestrzyżonymi od tygodni włosami. By wspomnienia, dlaczego tak bardzo unikał ludzi, stały się na powrót rzeczywistością. Pozwól sobie pomóc. Odwrócił się i wrócił do niej. Tym razem stanął naprzeciwko niej tak blisko, że mogła czuć bijące od jego ciała ciepło. Niekomfortowe zbliżenie normalnie wywołałoby w brygadziście wiele emocji, od których chciałby się wycofać, ale nie tym razem. Tkwił dalej przy swoim, chociaż psy za jego plecami jedynie czekały. Nie ingerowały. Siedziały, czekając na rozwój sytuacji lub sygnał od pana. Ten jednak nie nadszedł, gdyż wszystkie zmysły łowcy były skierowane ku komuś innemu. Ku komuś, kto mógłby być kolejną ofiarą. - Nie wiesz, co to zagrożenie - odparł w końcu, a obłok ciepłego powietrza opuścił jego usta. Przypominał bardziej zwierzę, z którym się utożsamiał, niż człowieka. Wykończone, zmęczone, ale wciąż groźne. Sprężone do skoku. Warczące. Górował nad nią wzrostem, lecz to nie tylko to miało znaczenie. Nie, jeśli oboje byli spięci w tej dziwnie nienaturalnej sytuacji. Lyall jednak nie cofał się. Jeszcze nie. Obserwował przez chwilę kobietę, zanim cokolwiek wydobyło się z niskich partii jego gardła. - Lubisz oceniać ludzi? Mądre dziecko imigrantów? Zawsze musiałaś pokazywać, ile umiesz? Zawsze gorsza od innych, bo mimo że wyjątkowa, poza oczami nie masz nic do zaoferowania? Widziałem już takie. Szukając wilkołaków w burdelach i palarniach opium Europy, gdzie umierały, pomagając innym. - Gdyby chciał ekspertyzy na swój temat, ustawiłby się do wróżenia z fusów. Nie miała pojęcia, o czym mówiła. Zagrożenia. Nie słyszał większego pieprzenia od długiego czasu. Była jak dziecko z tą czerwoną spódnicą latając sama po zmroku i naiwnie wierząc w znalezienie jasności w podnoszącej się niebezpiecznie mgle. Nie znała rzeczywistości, nie zaznała jej na własnej skórze. Słyszała zapewne o niej w opowiadaniach, tak samo jak matka opowiadała jej o Azji. Opowieści o lepszym czasie, lepszym miejscu. Nie wiedziała jednak, co się działo z podobnymi do niej, gdzie były i co musiały robić, aby przetrwać. Co działo się w lesie na granicy miasteczka. Co widział, co miał na sumieniu i co zamierzał jeszcze zrobić. Nic dziwnego, że szykowała się wojna, jeśli takich jak ona było więcej. Pseudointeligentów łaknących swoją spostrzegawczością naprawić i zaszokować każdego przechodnia. A tego, że było, Lyall był bardziej niż pewien. - Lepiej uważaj, bo następnym razem nie będzie nikogo, kto cię ocali. Skoro sama nie potrafisz. - Spojrzał na nią po raz ostatni, zapamiętując twarz i strój. Rozpoznałby ją następnym razem? Dostrzegłby podobieństwa z kimś z tłumów? Miał nadzieję, że tak, aby następnym razem nie wyciągać ku niej dłoni. Witamy w Borrowash. Najgościnniejszym miasteczku Derbyshire!

|zt


i’ll tell you a secret. the really bad monsters never look like monsters.
ALL DARK, ALL BLOODY,
MY HEART.
Lyall Lupin
Zawód : Brygadzista
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Way deep down
Leaving me in a run around
Wanna care but
I don’t do Whats right
I won’t Wanna be found
Lettin loose the inner animal
OPCM : 15
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7715-lyall-lupin#213633 https://www.morsmordre.net/t7739-lyallowa-poczta#214472 https://www.morsmordre.net/t7728-the-dark-side-of-the-moon#214133 https://www.morsmordre.net/f144-dolina-godryka-old-place-91 https://www.morsmordre.net/t7727-skrytka-bankowa-nr-1851#214132 https://www.morsmordre.net/t7738-lyall-lupin#214470
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]24.06.21 10:31
Słowa potrafiły ranić. Odkryła to stosunkowo wcześnie w swoim życiu, zapatrzona w sylwetki ojca i matki, którzy chociaż nigdy nie posunęli się do złego zachowania, ale od swoich pociech wymagali więcej i lepiej niż od innych. Uczyła się na własnej skórze mocy cichych szeptów zza własnych pleców, a nawet wygłaszanych pełnym głosem drwin, rzucanych prosto w jej twarz bez zbędnych ceregieli. Chyba wszyscy słów się bali w pewnym stopniu. Tego co za sobą niosły, obietnicę wprawienia w ruch mechanizmów, których skutki działania przerażały. Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku, a następnie kilkoma szybkimi ruchami znalazł się naprzeciwko niej. Niekomfortowo blisko, naruszał przestrzeń Fancourt, która mimo zwyczajnego niepokoju, wyuczonymi ruchami pozostawała trwała jak skała, z niezmąconym spokojem i ciepłem w bursztynowych oczach odwzajemniła spojrzenie. Jeśli chciał patrzeć, mógł to robić. Jeśli chciał mówić, nikt tego nie zabraniał, podobnie jak ona nie powstrzymała własnych komentarzy, najwyraźniej dotykających go bardziej niż skłonny był przed sobą przyznać, bowiem konsekwencją tego okazała się agresja. Złość w najczystszej, prymitywnej nawet postaci, która w większości pojedynków wynosiła walczącego ponad resztę. Niezwykle silna emocja, wiodąca bez litości i rozmyślań, stając się siłą napędową tych, którzy odrzucali potrzebę czucia czegokolwiek innego. Lodowate powietrze przebił jego głos, wypełniony czymś więcej niż zwykłą niechęcią, to z kolei w głębi ducha Ronji wzbudziło kolejną falę zrozumienia, a nawet współczucia w najczystszej postaci. Zawsze miała wrażenie, że to ostatnie słowo ludzie interpretowali często zupełnie niezgodnie z jego formą. Współczucie nie było dla niej czymś godnym pożałowania, współczuła z kimś jego trosk, doszukując się subtelnych drżeń wargi, zbyt szybkiego mrugnięcia okiem i spięcia mięśni twarzy. Współczuła wraz z  nimi, bo mogła sobie na to pozwolić, potrafiąc postawić się w sytuacjach wielu innych.
- Są różni ludzie na tym świecie. Tacy, którzy uważają, że powinno się pomagać innym i tacy, którzy nie potrafią pomóc nawet samym sobie.
Odparła, głosem kontrastującym z tonem swojego rozmówcy. Powinna być na przegranej pozycji od samego początku, tamten górował nad nią wzrostem, zapewne doświadczeniem i siłą, ale mimo tego nie czuła się w żaden sposób zagrożona, a przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Usłyszane słowa utwierdziły tylko Ronję, że miała do czynienia z mężczyzną jak każdym innym, na tyle ile ich różnorodność koniec końców piastowała się gdzieś pomiędzy wyuczonymi mechanizmami obronnymi a potrzebą ciągłej gotowości do ataku.
Finezji w jego obrazach brakowało, chociaż kobieta bez trudu mogła wyobrazić sobie takowy obrót rzeczywistości, gdyby nie urodziła się na Wyspach, a zamiast tego na zawsze pozostała w duszących objęcia Pekinu. Zmieniłaby wtedy miejsce, kto wie w jakich okolicznościach, może i na dom rozpusty czy palarnię, robiąc to, co mogła w swoich siłach. Bowiem sytuacja mogła się zmienić, otoczenie, a nawet bliscy jej ludzie. Ale Ronja pozostawała zawsze ta sama, niezależnie od tego w jakim języku wymawiano by jej imię. Jej tożsamość narodowa była jednością, a chińska cząstka Meifeng lustrzanym odbiciem brytyjskiej uzdrowicielki. Istniały obok siebie, czasami bliżej lub dalej, ale nigdy osobno. W tej akceptacji tkwiła siła.
- Bezpiecznej podróży. - Wypowiedziała ostatnie słowa, uważnie trawiąc końcową wypowiedź łowcy. Co gdyby odwrócić te same zdania w stronę jego autora? Uważaj, bo nie znasz czasu ani miejsca, kiedy nie pozostanie już żadna osoba, by cię ocalić. Skoro sam nie potrafisz. Jego motywacje i osoba pozostawały tajemnicą, którą nie miała w zamiarze przejmować się zbyt długo, cichy głos z tyłu głowy podpowiada jednak, że w gruncie rzeczy o to mogło czarodziejowi chodzić. By wreszcie wszyscy pozostawili go samemu sobie. Na stracenie w tej nieprzeniknionej ciszy, wygodnej samotności. Miejsca, gdzie nawet jego własne myśli jątrzyły się nienawiścią do wszystkiego i wszystkich. Być może nawet do ich właściciela.
|zt.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Miasteczko Borrowash [odnośnik]02.07.21 16:53
11.12

Granica Derbyshire i Lancashire była strategicznie kluczowa dla promugolskich hrabstw, a Borrowash - przykład symbiozy niemagicznych i czarodziejów - wymagało szczególnej ochrony. Aurorskie patrole zaglądały tutaj regularnie, pomagając lordom Derbyshire i działając zgodnie z priorytetami Zakonu Feniksa. Odkąd Michael nie był już starszym aurorem, dołączył do stałego grafiku patroli, odbębniając rutynowe w gruncie rzeczy obowiązki. Na początku duma bolała, ale po rozpoczęciu terapii u Ronji pogodził się trochę z decyzją Longbottoma i zrozumiał, że tymczasowe (miał nadzieję...) zmniejszenie stresu nawet mu służy. Lot na miotle nad Borrowash był wszak nieporównywalnie mniej męczący niż dowodzenie grupą ludzi. Przynajmniej, dopóki nic się nie działo.
Rozglądał się po okolicy swoim sokolim wzrokiem. To pierwszy patrol po pełni, mięśnie wciąż bolały, a niewyspanie dawało o sobie znać - trwała jednak wojna, nie mógł sobie pozwolić na dłuższe urlopy. Tym bardziej, że i tak nie mógł się doczekać rzadkich wolnych dni, o czym przypominała czerwona wstążka na lewym przegubie, starannie skryta pod rękawem płaszcza.
W teorii był zmęczony i senny, w teorii był dziś Michaelem i pragnął, aby ten patrol przebiegł spokojnie.
Coś w nim tęskniło jednak za adrenaliną i buntowało się przeciw nudzie. Skoro już tutaj był, to chciałby na coś się... przydać. Może właśnie dlatego, zamiast pozostać w powietrzu, zniżył lot i wylądował przy torach kolejowych. Ulice były puste. Zmierzchało, a choć przed wojną w Borrowash tętniłoby jeszcze o tej porze trochę życia, to nowa rzeczywistość nauczyła chyba mieszkańców siedzieć w domu po zachodzie słońca. Otulił się mocniej granatowym szalikiem - o ile na miotle gorąca krew buzowała mu w żyłach, o tyle teraz zaczynał mu doskwierać mróz. Śnieg skrzypiał pod butami, a Michael zarzucił miotłę na plecy i ruszył wzdłuż torów.
-Homenum Revelio. - mruknął, rozglądając się uważnie. Standardowy odruch każdego aurora. Jeszcze zanim zaklęcie zadziałało, zmrużył oczy - zdawało mu się, że naprzeciwko - wciąż w oddali, ale zbliżali się nawzajem do siebie - widzi niewysoką sylwetkę. Jakby... dziecka? Nie, nie dziecka, osoba poruszała się jakoś dziwnie. Coś mu tu nie grało.



miotła, szata a w niej fałszoskop i magiczny kompas, eliksir niezłomności (1 porcja, stat. 5), - wywar wzmacniający (1 porcja), czarodziejska kusza


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Miasteczko Borrowash - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Miasteczko Borrowash
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach