Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Cordelia Armanda Malfoy
AutorWiadomość
Cordelia Armanda Malfoy [odnośnik]06.02.21 19:29

Cordelia Armanda Malfoy

Data urodzenia: 21 czerwca 1940
Nazwisko matki: Avery
Miejsce zamieszkania: Wilton, Wiltshire
Czystość krwi: czysta szlachetna
Status majątkowy: bogaty
Zawód: debiutantka na salonach, córka swojego ojca, początkująca działaczka charytatywna
Wzrost: 150 centymetrów (w srebrnych pantofelkach na obcasie)
Waga: 45 kilogramów wagi piórkowej
Kolor włosów: srebrzysty blond, latem rozjaśniony niemalże do białości
Kolor oczu: w intensywnym odcieniu chłodnego błękitu
Znaki szczególne: bardzo filigranowa sylwetka, bogata mimika twarzy, teatralna gestykulacja, niedorzecznie drogie szaty, mnóstwo świecącej biżuterii (także wplecionej we włosy)


Urodziłam się jako najmłodsza latorośl w głównej gałęzi Malfoyów - podobno od razu po urodzeniu wszyscy zachwycili się moją urodą, a położne płakały z zachwytu. Nie dziwię się temu, bo przecież jestem nieziemsko urocza! Cordelię Armandę Malfoy (drugie imię po najwspanialszym Malfoyu), czyli mnie, wychowano na idealną damę. Piękną, posłuszną, arogancką, zdolną (ale leniwą) oraz godnie reprezentującą ród. Co nie oznaczało baśniowej egzystencji, o nie. Dzieciństwo upłynęło mi na okrutnie ciężkiej pracy. Doprawdy nie wiem, jak zwykli ludzie mogą narzekać na swój żywot - chyba nigdy nie byli młodziutką szlachcianką. Codziennie godzina nauki historii szlachetnych rodów (najnudniejsze na świecie, ale udawało mi się dopytywać guwernantkę o plotki oraz ciekawostki - podobno przed kilkuset lady lady Crouch i lord Black mieli ze sobą sekretny romans! cóż za opowieść!), później doprowadzanie do perfekcji manier (to akurat lubiłam, te wszystkie złote widelczyki, kolejność powitań, tytulatura; nic, tylko chłonąć niezbędną wiedzę), wygładzanie francuskiego (un chasseur sachant chasser sait chasser sans son chat!), a później popołudniowe herbatki z ciotkami, kuzynkami i innymi damami, gdzie uczono mnie dyskusji o sztukach wszelakich. A wszystko to poprzetykane zdecydowanie zbyt krótkimi drzemkami, podjadaniem malinowych babeczek wyciągniętych prosto z pieca przez panią Marjorie (naszego damskiego majordomusa), przebieraniem się w nową sukienkę (nie mogłam wszak pojawić się na śniadaniu i kolacji w tej samej kreacji), podglądaniem Abraxasa w bibliotece a czasem - albo raczej, gwoli ścisłości, często - przeszkadzaniem Lycusowi. Pomimo krótkiego czasu, jaki było nam dane spędzić, pamiętam go lepiej i milej niż najstarszego brata, zawsze odgrodzonego stosem ksiąg, obowiązków i naburmuszonej miny. To Lycus pozwalał mi na więcej, bawił się ze mną i rozpieszczał przy każdej okazji; pamiętam, jak podrzucał mnie wysoko w powietrze, a potem: zawsze łapał. No, prawie zawsze, jak przez mgłę pamiętam, że raz wylądowałam na parkiecie w sali balowej, ale potem zostałam obsypana babeczkami z bitą śmietaną, a nawet jakąś błyskotką (dziwna, niemagiczna, ale jaka śliczna!), więc nie płakałam ani nie poskarżyłam się ojcu.

Poza tym byłam jednak dzieckiem - a później panienką - niezwykle grzeczną. Karnie ćwiczyłam grę na fortepianie: początkowo nienawidziłam tych lekcji, opuszki palców krwawiły, a ja nie nadążałam za rytmem, lecz po kilku latach codziennych ćwiczeń wydobywanie z tego imponującego instrumentu dźwięków zaczęło sprawiać mi prawdziwą przyjemność. Muzyka towarzyszyła mi na każdym kroku, ceniłam ją bardziej od malarstwa czy rzeźby, bliżej mi jednak do ekspresyjnej praktykantki niż mistrzyni teorii. Jeśli nie przekładam myśli na melodię, to melodię wykorzystuję - do tańca. Początkowe, dziecięce i niezdarne próby tańców towarzyskich oraz baletu w ciągu kilkunastu lat pozwoliły mi osiągnąć niezwykle wiele. Już jako kilkunastolatka cieszyłam się mianem jednej z najlepszych partnerek do tańca, a przynajmniej tak określali mnie wujowie, bracia (nawet Abraxas!), kuzyni i przyjaciele domu, których zaszczyciłam wspólnym walcem. Oczywiście snułam naiwne marzenia o występowaniu na scenie, o setkach fanów, obrzucających mnie różami, lecz taki los publicznie nieszanowanej wzrokiem kobiety lżejszych obyczajów (jak mówiła matka) nie był pisany lady Malfoy. Pogodziłam się więc z utratą marzenia, zmieniając je na inne. Bycia idealną żoną dla jakiegoś możnego lorda. To dla wizji siebie w nieziemskiej sukni oraz dostatniego życia pełnego bankietów, przymiarek, wycieczek i uczt byłam w stanie zrobić naprawdę wiele. A więc ćwiczyć zażarcie taniec, przygrywać na fortepianie, wciskać się w najwęższe gorsety i powstrzymywać łzy przy spacerowaniu alejkami prywatnych parków arystokratów w niewygodnych bucikach.

Mimo tych wszystkich obowiązków (a momentami dochodziły do tego także lekcje jeździectwa i regularne treningi, przeprowadzane pod okiem sprowadzanego z Francji mistrza) wspominam rzewnie lata młodości. To był szczęśliwy, beztroski czas i najchętniej przeniosłabym się znów do tych miesięcy niewinności, bo choć mięśnie bolały od figur tanecznych, a głowa pękała w szwach od niezbędnej wiedzy, to czułam się wtedy prawdziwie szczęśliwa. Radość odebrano mi brutalnie wraz z zesłaniem mnie do tego okropnego miejsca, Hogwartu.

Doprawdy, nie rozumiem, jak można z utęsknieniem czekać na wyjazd do szkoły! Całe wakacje przed pierwszą klasą przepłakałam, przerażona perspektywą opuszczenia posiadłości w Wilton. Nawet do pociągu wsiadałam zapuchnięta od łez, co wspominam z niejakim wstydem, lecz cóż, młodość rządzi się swoimi prawami. Tak jak przypuszczałam, w tym wychłodzonym zamczysku było  o k r o p n i e.  Do tego zesłano mnie do piwnicy! Co prawda salon wspólny Ślizgonów (bo trafiłam do Domu Węża, zero zdziwienia) przypominał nieco pokoje w Wilton, ale poza tym Hogwart był obcy, zimny i nieładny. Musiałam dzielić dormitorium z innymi dziewczętami (do tego nie wszystkie pochodziły ze szlachetnych rodów! co za potwarz! na szczęście w kolejnych latach dzięki sprytowi i urokowi zamieniłam dormitorium na bardziej na poziomie), nie miałam ani swoich służących, ani skrzatki Cukierniczki, ani dostępu do garderoby. Co gorsza, spakowałam się w tylko pięć magicznie powiększanych kufrów, a i tak musiałam nosić...mundurek. Tak, ten sam strój, co reszta szkoły. Pierwsze miesiące - a jakże by inaczej - przepłakałam, rzecz jasna dyskretnie, bo nie chciałam wyjść na jakąś słabeuszkę. Chodziłam po zamku z dzielnie uniesioną głową i po długim ataku melancholii (który trwał cały pierwszy rok, w czasie którego wysyłałam błagalne listy o przeniesienie do Beauxbatons, niestety, bezskutecznie), postanowiłam wykazać się odwagą, jak na lady Malfoy przystało. Zaczęłam urozmaicać garderobę, obsypując włosy i ramiona elfim pyłkiem, haftując na mankietach szaty srebrzysto-zielone ozdoby oraz nosząc niedorzecznie drogą biżuterię. Znalazłam też prawdziwe przyjaciółki! Oczywiście już wcześniej trzymałam się z przedstawicielkami szlachty, ale w większości były one zajęte sobą. Wokół mnie pojawiło się więc grono wdzięcznych istot, z których uczyniłam swoją świtę. Te bardziej interesowne obsypywałam drobnymi prezencikami (niemodne już apaszki, noszone raz rękawiczki, wysadzane perełkami grzebyki, które już mi się znudziły), inne zjednywałam swoim urokiem. To w Hogwarcie kontynuowałam sztukę perswazji, dopasowując roztaczany czar do osoby. Inaczej postępowałam z Puchonkami, które pisały za mnie prace zaliczeniowe na uroki i ONMS (z wilgotnymi od łez oczami opowiadałam o okropnej chorobie genetycznej, której ataki nie pozwalają na skupienie), inaczej zaś z niższymi pochodzeniem Ślizgonkami, którymi po prostu rozkazywałam spełniać moje zachcianki. Z profesorami także potrafiłam postępować. Żaden z nich nie uważał mnie za geniuszkę, ale potrafiłam wpisać się w ich oczekiwania. Czasem uśmiechem, czasem pokorą, czasem wspomnieniem, że mój wuj Geodryk szuka specjalisty od OPCM do nawiązania stałej współpracy...Moje nazwisko otwierało wiele drzwi, a rosnące wpływy pana ojca oraz Abraxasa chroniły mnie przed konsekwencjami lenistwa. Oceny miałam zadowalające (i to tylko dlatego, że ratowały mnie pisane przez innych uczniów eseje), wyniki SUMów to inna historia, o której nie chcę wspominać (dostałam od najstarszego brata wyjca, ale niezbyt się tym przejęłam - on też nie był tak wściekły, jak mógłby). Świetnie zdałam wyłącznie z transmutacji, która jako jedyna z oficjalnych nauk sprawiała mi przyjemność. Wspaniała magia, piękna i tajemnicza, pozwalająca w łatwy sposób zamienić zwykłego króliczka w jego piękniejszą, różową wersję. Albo brzydką apaszkę - w śliczną. Do transmutacji mam prawdziwy dryg, kto wie, gdyby nie moja uroda, może zostałabym badaczką w Departamencie Tajemnic? Tak zasugerował mi jeden z kawalerów podczas wyjątkowo upalnego wieczoru, który spędziliśmy tylko we dwoje na tarasie letniej rezydencji Nottów. No, prawie we dwoje, bo towarzyszyła nam wtedy moja przyzwoitka, służąca Kitty oraz wuj Theodor. Najbardziej z czasów edukacji lubiłam bowiem wakacje. Najwspanialsze miesiące, gdy mogłam leżeć na wygodnym łóżku do południa, potem do wieczora dbać o wygląd, by finalnie spędzać całe noce na różnych arystokratycznych rozrywkach. Oczywiście ciągle byłam dzieckiem, ledwie panienką, odrobinę zbyt pulchną, nie mogącą uczestniczyć w pełni w gonitwach, balach oraz innych spędach towarzyskich, byłam jednak wszędzie tam, gdzie tylko mogłam, zabierana oczywiście przez starszą siostrę i panią matkę. To one zapoznawały mnie z wpływowymi arystokratami i od najmłodszych lat, wcześniej nawet od rówieśniczek, wkupiłam się w łaski socjety. Głównie dzięki urodzie, na jaką zwracał uwagę nawet zazwyczaj przygłupi w tym zakresie Abraxas. Byłam tak urocza jak Lycus, gdy był mały! Lycus, który...no, cóż, przestał istnieć. Ale o tym nie potrafię myśleć bez płaczu.

Szkołę skończyłam niedawno, a jej mury opuszczałam z ulgą. Względną, bo to, co działo się poza murami Hogwartu nieco mnie przytłoczyło. Nie interesowałam się zbytnio polityką - owszem, to działka Malfoyów, ale mężczyzn, my mamy tylko intratnie wyjść za mąż, więc po co nam dogłębna znajomość tak nudnej kwestii? - nie wiedziałam więc, że wojna trwa tak naprawdę. Płakałam po wydarzeniach w Stonehenge, budziłam się z koszmarów, w których ci straszni Mnisi Feniksa próbowali mnie porwać i obciąć włosy, martwiłam się przyszłością - i tym, że przesunięto mój debiutancki Sabat! co za okrucieństwo! - ale powrót do Wilton łagodził lęki. W końcu nie musiałam dzielić z nikim pokoju, chodzić na głupie lekcje i obawiać się, że na korytarzu wpadnę na jakąś szlamę i będę do końca tygodnia pachnieć zgnilizną. Do tego pan ojciec został Ministrem Magii! To także osłodziło moją melancholię. Przy zdrowych zmysłach trzymają mnie tylko przekąski, wernisaże, nowe sukienki, dopieszczanie tanecznych kroków (powróciłam do codziennej praktyki, starając się wieczorkami tanecznymi polepszyć humor dam i lordów, których zapraszam do Wilton), salonowe intrygi oraz...aż wstyd się przyznać, ale mężczyźni.

Mam duże serce i jestem kochliwa, lecz płonę wyłącznie dla wyjątkowych lordów. Odkąd pamiętam miałam swoje przelotne miłostki, platoniczne, rzecz jasna, jakżeby inaczej; to oni wywoływali we mnie pragnienie tworzenia, komponowałam najsmutniejsze utwory, gdy zżerała mnie tęsknota, oraz te najweselsze, gdy otrzymałam list od tego wysokiego Notta, którego sama Adelaide nazwała cudowną partią. To były jednak dziecinne igraszki, błahostki, byłam dzieckiem, a teraz - jestem już dorosłą czarownicą i kobietą. Stałą w uczuciach, bo od dwóch, odkąd zaczął się ten cały zamęt, moje serce bije szybciej do jednego-jedynego lorda. Nieosiągalnego, wiem o tym, lecz takie miłości są przecież najtrwalsze! Już w szkole wysyłałam do niego regularnie listy, a w czasie wakacji często bywałam na tych samych bankietach, dyskretnie wzdychając do najprzystojniejszego, najmądrzejszego, najodważniejszego czarodzieja (poza moim panem ojcem, rzecz jasna). Na ślubie roniłam gorzkie łzy, udając, że to szloch szczęścia; znienawidziłam jednak wszystkie półwile, co nie przeszkadza mi w zbieraniu wycinków z gazet i pisaniu wierszy o tym jedynym.

To jednak nie wszystko, co robię. Wiele się zmieniło, moja pozycja w towarzystwie rośnie, a wokół mnie kręci się coraz więcej kawalerów, ocenianych surowym wzrokiem Abraxasa. Wiem, że moja ręka jest przedmiotem wielu politycznych rozmów, nie mogę się doczekać zaręczyn, ale nie osiadam na laurach. Dalej komponuję, uczę młodsze kuzynki muzyki, tańczę (gdy nikt nie patrzy - i gdy patrzą też!), wzdycham, piszę głębokie wiersze, złoszczę się na służących, z wypiekami na twarzy śledzę plotki, pomagam też w działalności charytatywnej mojej starszej siostry, godnie reprezentuję rodzinę Ministra Malfoya i... marzę już o tym, by ta głupia wojna się zakończyła.

No i się martwię. Martwię się o ojca. Postarzał się. I bardzo dziwnie wygląda na nowym pomniku. Martwię się też o Abraxasa, bo praktycznie go nie widuję. W inny sposób niż matka, za którą ciągle tęsknię. Martwię się też o mojego ukochanego, który ostatnio spoważniał. Martwię się, że biżuteria sprowadzana z Rosji prosto na zimowy sezon nie przyjdzie na czas. I że ta okropna lady Fawley przyjdzie na najbliższy bankiet w podobnej kreacji. Albo że podadzą wtedy wieprzowinę - a ja przecież cierpię na świniowstręt! I o starszą siostrę też się martwię. I o tego...no, t e g o brata. To nic, że go nie mam - i tak się martwię, czy przypadkiem nie musi pić zwykłej wody pachnącej glonami zamiast tej sprowadzanej z Francji. A co, jeśli zadaje się z  w i l k o ł a k a m i ? Staram się nie dopuszczać do siebie tych myśli, wszak Lycus nie istnieje.

Istnieją jednak parszywi Mnisi Feniksa; podobno cali są w glonach i mają wielkie zęby, szaleństwo w oczach i rzucają okrutne zaklęcia na niewinnych ludzi! Do tego realna jest także wojna. Wczoraj znów nie dostałam na śniadanie kawioru, a dziś rano zemdlałam na poprawkach sukni. Zamawiany w Paryżu materiał na nową kreację nie przyszedł na czas. Zastanawiam się, czy to dobry powód, żeby poprosić ojca, by wytoczył wojnę tej głupiej Francji?

Nic więc dziwnego, że mam teraz bardzo smutny czas. Staram się jednak zachować pogodę ducha oraz mieć nadzieję na to, że sylwestrowy Sabat dojdzie do skutku, a mój debiut będzie najwspanialszy w historii! Trudne sytuacje hartują charakter oraz wpływają na wenę, więc słysząc informacje o nowych działaniach wojennych pozwoliłam przejąć się natchnieniu i napisałam krótki wiersz, a pergamin zrosiłam własnymi łzami.
Nie smućcie się, lordowie i damy
My się tym brzydkim terrorystom nie damy.
Jeszcze razem walca zatańczymy jak szlachecka rodzina
i napijemy się sprowadzanego z francuskich winnic wina.


Później spytam Abraxasa, czy nadaje się do publikacji na pierwszej stronie Walczącego Maga.



Patronus: Cordelia nie potrafi wyczarować patronusa.

Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 31 (rożdżka)
Uroki:50
Czarna magia:00
Uzdrawianie:00
Transmutacja:144 (rożdżka)
Alchemia:00
Sprawność:5Brak
Zwinność:15Brak
JęzykWartośćWydane punkty
angielskiII0
francuskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiI2
KokieteriaII10
SpostrzegawczośćI2
ZielarstwoI2
KłamstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Savoir-vivreII0
Odporność magiczna-0 (+10 wisior z agatem)
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Neutralny--
RozpoznawalnośćII0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0.5
Malarstwo (wiedza)I0.5
Muzyka (śpiew)I0.5
Muzyka (wiedza)II7
HaftII7
Gra na fortepianieII7
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec balowyIII25
JeździectwoI0.5
Taniec klasycznyII7
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 11


Ostatnio zmieniony przez malfoyówna dnia 13.02.21 17:44, w całości zmieniany 1 raz
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t9414-sweet-summer-child https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: Cordelia Armanda Malfoy [odnośnik]14.02.21 21:07

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cordelia Armanda Malfoy  Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Cordelia Armanda Malfoy [odnośnik]14.02.21 21:08


KOMPONENTYlista komponentów

BIEGŁOŚCI[17.08.21] Wsiąkiewka (paź-gru): +2 PB
[14.04.22] Wsiąkiewka (styczeń-marzec): +1 PB

HISTORIA ROZWOJU[11.02.21] Karta postaci -50PD
[28.06.21] Lusterko: +4PD
[19.07.21] Lusterko: +3PD
[02.08.21] Wykonywanie zawodu (październik-grudzień); +20 PD
[03.08.21] Lusterko: +3PD
[15.08.21] Lusterko: +3PD
[17.08.21] Wsiąkiewka (paź-gru): +90 PD
[27.08.21] Lusterko: +3PD
[14.04.22] Wsiąkiewka (styczeń-marzec): +60 PD, +1 PB
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Cordelia Armanda Malfoy  Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Cordelia Armanda Malfoy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach