Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Beauxbatons, jesień 1946 roku

Go down 
Autor toWiadomość
Cressida Fawley
Cressida Fawley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : dama, malarka, ozdoba męża
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Zwierzęcousty

Beauxbatons, jesień 1946 roku Empty
PisanieTemat: Beauxbatons, jesień 1946 roku [odnośnikBeauxbatons, jesień 1946 roku I_icon_minitime07.02.21 13:38

| koniec września 1946 roku

Wielki zamek wciąż wydawał się wielki i obcy, tak bardzo różny od znajomych przestrzeni leśnego dworku w Charnwood. Mała Flintówna przebywała tu już parę tygodni i wreszcie przestała nocami płakać w poduszkę z tęsknoty za mamą, bratem oraz domem i zaprzyjaźnionymi ptakami, ale wciąż czuła się obco i nie na miejscu.
Tu było za dużo ludzi. Obcych ludzi szczebiocących w obcym języku. Patrzących, oceniających, innych od tych, których zapamiętała ze swojego spędzonego w izolacji od zewnętrznego świata dzieciństwie. Bo dotychczas, aż do pierwszego września tego roku prawie w ogóle nie miała kontaktu z ludźmi spoza wyższych sfer, jeśli nie liczyć służby i widywanych z daleka ludzi prowadzących interesy z jej panem ojcem, który zajmował się ingrediencjami roślinnymi. Spędzała całe życie w dworku i jego okolicach, opuszczając go jedynie na czas wizyt w posiadłościach zaprzyjaźnionych rodów, dokąd rodzice zabierali ją i jej rodzeństwo. Nie miała takiego dzieciństwa jak dzieci z gminu, o których dotychczas jedynie słyszała od starszego brata i kuzynów, a których teraz otaczało ją wiele. Pan ojciec przed wyjazdem do szkoły wytłumaczył jej starannie, że powinna uważać na dzieci z gminu, zwłaszcza na te pochodzące z rodzin mugoli. Z dziećmi mugoli nie wypada się przyjaźnić, tak oświadczył poważnym tonem pan ojciec. Dzieci mugoli nie były prawdziwymi czarodziejami, a otrzymały swoje zdolności zupełnym przypadkiem. Były obce. Dziesięcioletnia Cressie nie wiedziała jednak, jak te podobno straszne dzieci mugoli rozpoznać. Tutaj wszyscy bez względu na pochodzenie nosili takie same długie, jedwabne szaty w błękitnym kolorze. W nich też Cressida czuła się dziwnie, przyzwyczajona dotychczas do noszenia sukienek w kolorach Flintów. Błękit szat Beauxbatons kłócił się z ciemnorudą barwą jej włosów, jeszcze bardziej podkreślając tę cechę jej wyglądu.
Czując się obco, siłą rzeczy szukała towarzystwa innych młodych szlachcianek z angielskich rodów, gdyż wiedziała, że ich towarzystwo byłoby akceptowalne dla jej pana ojca, który znajdował się daleko stąd, ale Cressie czuła, że gdyby tak zrobiła coś nie po jego myśli, na pewno by się o tym dowiedział. Musiała przestrzegać jego zasad, chciała przecież, żeby ją kochał i był z niej dumny tak jak z jej brata i siostry. Nie mogła go zawieść. Zbliżyła się też do swojej siostry, z którą przed trafieniem do szkoły nie zawsze umiała znaleźć wspólny język. Ale tu były same wśród obcych, musiały stać za sobą murem i wspierać się. Ich brat nie mógł im pomóc ani się nimi zaopiekować, odbierał nauki w Hogwarcie, jak na męskiego potomka Flintów przystało. Miały tu tylko siebie, choć gdyby nie pewne okoliczności sprzed paru lat, dziś też byłyby obie w Hogwarcie. Ale czy byłoby lepiej? Nie wiadomo, bo gdyby decyzją Tiary musiała przywdziać haniebne żółte barwy, jej pan ojciec byłby bardzo rozczarowany, a koleżanki szlachcianki by z niej drwiły.
Właśnie skończyła się ostatnia dzisiejszego dnia lekcja. Wychodząc z sali Cressie rozejrzała się, ale tych kilka koleżanek z jej roku, które pochodziły z angielskich rodów, już się oddaliło, szczebiocąc we własnej grupce. Mała, płocha Flintówna od czasu przybycia do szkoły starała się trzymać blisko nich, bo czuła się bezpieczniej blisko osób pochodzących z podobnego jej środowiska, poza tym zdecydowanie wolała rozmawiać po angielsku niż po francusku. W rodzinnym domu nauczono ją francuskiego, ale nadal zdarzało jej się popełniać błędy w wymowie kiedy się stresowała, co wzbudzało śmiech we francuskich rówieśnikach. Ich śmiech wzbudzały także jej nieporadne z początku próby rozmowy z obrazami pokrywającymi korytarze szkoły. Wśród dzieci najprawdopodobniej uchodziła za dziwaczkę, tę małą rudą jak wiewiórka dziewczynkę, która lubi rozmawiać z ruchomymi obrazami, a gdy musi odzywać się podczas lekcji to się jąka i rumieni ze stresu. Ale w Beauxbatons było po prostu zbyt wielu ludzi, by mogła się tu czuć w pełni swobodnie. Jeszcze nie zdążyła się przyzwyczaić do przeskoku z cichego, odludnego leśnego dworu Flintów do gwarnej akademii magii wypełnionej francuskim szczebiotem.
Żałowała, że nie mogła wrócić do domu. Że czekało ją aż osiem lat tutaj, na obczyźnie, i że jedynie na letnie wakacje i święta będzie mogła powracać do Charnwood. Na tę myśl miała ochotę po prostu się rozpłakać. Osiem lat to tak strasznie dużo! Prawie tyle, ile już miała. Gdyby uczyła się w Hogwarcie zaczęłaby naukę dopiero za rok, nie musiałaby opuszczać domu już teraz.
Inne młode lady zniknęły za rogiem korytarza, a Cressie po chwili zastanowienia zrezygnowała z prób dogonienia ich. Postanowiła wyjść na błonia korzystając z ładnej pogody i z tego, że do obiadu było jeszcze trochę czasu. Może spacer dobrze jej zrobi? Na zewnątrz na pewno spotka też jakieś ptaki, których ptasia mowa pozostawała tak samo znajoma nawet tu, w odległej od domu Francji. Jej odmienność, za którą nie przepadał jej pan ojciec, tu w szkole przynosiła ukojenie. Ptaki nie oceniały i nie wyśmiewały jej tak jak koledzy i koleżanki.
Znalazła sobie spokojne, ciche miejsce, gdzie mogła przysiąść. Przygładziła materiał szkolnego stroju i rozejrzała się za ptakami; czasem, gdy tak tu siedziała, przylatywały małe ptaszki i mówiły do niej lub dla niej śpiewały, przyciągane jej zdolnością oraz aurą dziecięcej niewinności i dobroci. Lubiła ich towarzystwo, choć tęskniła za ptasimi przyjaciółmi z Charnwood. Kto teraz, gdy wyjechała, będzie je ostrzegać przed tym, że jej pan ojciec z innymi mężczyznami wybiera się na polowanie? Tego nie wiedziała. Dopiero w grudniu będzie mogła znowu ujrzeć rodzinę, dom i znajome ptaki z lasu.
Myślała, że jest sama. Była tego wręcz pewna, wybrała sobie w końcu dość cichy i odludny zakamarek błoni, częściowo osłonięty przez krzew bujnych róż pnących się dumnie po kratce. Widziała z daleka inne, wyższe od niej sylwetki starszych uczniów, którzy po lekcjach szukali relaksu na świeżym powietrzu, ale w pobliżu nie dostrzegła nikogo, dlatego odważyła się wyciągnąć przed siebie dłoń i wyprostować palec, na którym po chwili przysiadł nieduży słowik o pięknym głosie. Cressida uśmiechnęła się, czując na palcu jego ciepły, malutki ciężar i odezwała się do niego przyjaźnie, zupełnie swobodnie używając ptasiego języka, choć mówiła cicho, nie chcąc, żeby ktoś usłyszał, bo wtedy oprócz bycia dziwaczką rozmawiającą z obrazami stanie się dodatkowo ćwierkającą dziwaczką. A była już na tyle duża, by rozumieć, że im mniej ludzi wiedziało o jej umiejętnościach, tym lepiej.




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
Julien de Lapin
Julien de Lapin

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Beauxbatons, jesień 1946 roku Empty
PisanieTemat: Re: Beauxbatons, jesień 1946 roku [odnośnikBeauxbatons, jesień 1946 roku I_icon_minitime22.02.21 0:42

Drugi rok w Akademii Magii Beauxbatons wydawał się zapowiadać znacznie lepiej, niż poprzedni. Całe grono nauczycielskie było mu, aż nadto dobrze znane! Choć może bywał momentami zbyt wylewny, tak jego urocze spojrzenie, naiwność i artyzm zdawały się kupować serca każdej pani profesor. A przecież był jeszcze taki uczynny, czyż nie? Zawsze pomocny, zawsze pierwszy do przeniesienia i wyniesienia czegoś, zawsze wspierający koleżanki i wesoło zachęcający kolegów. Istny promyk słońca, pośród błękitu morza mundurków.
Julien wiedział już gdzie stawiać swe stopy, gdzie szukać wytchnienia, gdzie inspiracji. Kochał przysłuchiwać się śpiewnym głosom Harpii, a innym razem pozować dla Gryfów, zastygając na kilka godzin w bezruchu, tocząc tym samym w swej głowie iście pasjonujące rozmowy, pełne nowych idei oraz pomysłów, których nie powstydziłby się sam Voltaire. Przynajmniej tak wydawało się młodemu, zafascynowanemu umysłowi, pewnego wówczas swego talentu. Owszem, zakłamywał sam sobie rzeczywistość, wielokrotnie próbując ignorować dziwne uczucie przygnębienia związane z odrzuceniem przez niektórych towarzyszy – nie taka krew, zbyt nisko urodzony… Dla niego nigdy nie miało to znaczenia, czuł się takim samym czarodziejem jak inni. Wychował się w magii i teatrze pełnym tolerancji, gdzie pracował każdy ramię w ramię, bez względu na różnice – kolor skóry, czystość krwi i wiele, wiele innych zmiennych, które mogły odbiegać od przyjętych norm.
Szufladkowanie było okropnym manewrem, jednak nic na to nie można było poradzić, a każde wynaturzenie traktowano jak obrazę, choć przecież nie była to niczyja wina. Zresztą, samo wynaturzenie… czymże ono tak naprawdę było? I dlaczego brzmiało tak źle? Czasem Julien zdawał się poświęcać zbyt wiele czasu na analizę słów, zaś innym razem wypowiadał je tak prędko, że był w stanie żałować ich, zaraz po usłyszeniu jak brzmią na głos. Cieszyło go jednak, że nie wszyscy wydawali się pochłonięci wkładaniem innych do szafek dyskryminacji, za co serdecznie dziękował, chociażby swojemu najlepszemu przyjacielowi Selwynowi. Sam dokładnie nie wiedział dlaczego, akurat na tej pierwszej lekcji Alexander wydał mu się tak intrygująco ciekawy. De Lapin chyba po prostu miał tendencję do przyczepiania się pleców osób, które usilnie szukały osamotnienia. Zdarzało się to również wcześniej, jeszcze przed szkołą – mógł stanowić podporę dla takich dusz, szczególnie tych pragnących rozmowy. Mawiano, że można było żyć bez innych, niczym pustelnicy, ale dla młodego serduszka Juliena było to teorią, która nie miała absolutnie sensu – każdy, prędzej czy później potrzebował, chociaż odrobiny socjalizowania się, a on chciał być dla takich osób. Wiedział, że nie każdy byłby w stanie poświęcić im czas i chęci. Zamknięci na wiele kłódek, odgradzający się od rzeczywistości i dystansujący się względem całego społeczeństwa. Julien nigdy nie podążał za tłumem, po prostu kierował swe kroki tam, gdzie ciągnęły go uczucia, stawiane jako pierwszy zmysł… poznawczy? O ile uczuciami można było w ogóle poznawać świat.
Motyle w brzuchu, nieświadczące jedynie o miłości, ale o samej intuicji wydawały się dyktować jego żywotem, podobnie jak wizje, które spływały na niego w najmniej odpowiednich chwilach. Właściwie cały poprzedni rok spędził na tym, że musiał się tłumaczyć z dziwnych zachowań, a dopiero po czasie przywyknięto do jego nagłych zasłabnięć, okraszonych wizjami. Jedni byli zainteresowani mniej, inni bardziej, zaś sam de Lapin starał się nie wykorzystywać w perfidny sposób takich sytuacji, chociaż zmartwione westchnienia wszystkich wokół mogły być pokrzepiające, tak również zdarzały się śmiechy i przewracanie oczami, a to było znacznie cięższe do zniesienia. Podobnie jak powoli przyzwyczajał się do bogatego przepychu pałacowych korytarzy. Wszystko było dystyngowane i dopieszczone, niczym w operze, lecz młody de Lapin nie nawykł do baletu oraz klasycznego śpiewu. Był frywolny, jak teatr jego rodziców – drgający powiewami świeżości, pomysłowymi kreacjami aktorskimi i niekoniecznie standardowymi przedstawieniami, czy to w scenariuszu, czy już na scenie. Jednak w tym wszystkim, w jakiś pokrętny sposób wybitnie pasował do artystycznej szkoły magii i czarodziejstwa, szczególnie wtedy gdy przywdziewał błękitny mundurek, krocząc wesoło na zajęcia. Bywało, że miewał niedbale zawiązaną chustę czy krzywo zapięte guziki, niemniej jednak w całej swej istocie był jedną z dusz Akademii. Nie wyobrażał sobie uczęszczania do Hogwartu, a tym bardziej Durmstrangu. Co prawda słyszał to i owo, o każdej ze szkół, lecz obawiał się, że w jednej jak i drugiej mógłby być bardzo nieszczęśliwy, a za granicami rodzimego kraju… była również inna kultura, do której dostosowania się mogło być wybitnie ciężkie. Na szczęście to nie był jego problem, póki co. Ostatnie zajęcia skończył przed Alexem, który dodatkowo miał lekcje gry na fortepianie. Samego Juliena nie ciągnęło nigdy wybitnie do instrumentów klawiszowych, łapał zaledwie podstawy podstaw, mogąc zagrać jedną ręką prostą kołysankę dla dzieci. O wiele lepiej radził sobie z gitarą, którą zawsze można było wynieść z sali muzycznej dla zagrania wybitnego koncertu przy szkolnej fontannie. Chociaż za to mu się akurat oberwało, gdy gitara wpadła do wody, razem z nim… Wówczas jedynie uratowało go to szczenięce spojrzenie przed karą, która groziła mu ze strony dyrektorki.
Mimo wschodzącej jesieni pogoda wciąż dopisywała i nie trzeba było się przejmować chłodem. Marynarka powiewała, a w jej kieszeni, młody jasnowidz obracał karty tarota, z którymi praktycznie się nie rozstawał. Klasyczna talia, lecz o błękitnych motywach, pasujących do całej szaty zdobień Beauxbatons – szkolna? Być może, jedna z tych, które mimowolnie wkładał do kieszeni po skończonych zajęciach wróżbiarstwa. Jedynego przedmiotu, w którym wydawał się nie mieć konkurencji. Któż próbowałby konkurować z jasnowidzem w przewidywaniu przyszłości? Och, ale pani profesor go uwielbiała, traktując niemal jak własnego synka, dlatego chyba nigdy nie miała za złe, gdy coś znikało z szafeczek. Wosk, runy, szklane kule, wahadełka i wiele, wiele innych przedmiotów służących do wróżbiarstwa. Nie był złodziejem, ani kleptomanem, po prostu czasami się zapominał, gdy coś wydawało mu się tak bliskie jego własności. Chociaż bywało to problematyczne… W drugiej dłoni natomiast niósł czarodziejską literaturę, a właściwie dwie sztuki, które zostały zadane do interpretacji na kilka stron pergaminu. Kto powiedziałby, że za wcześnie! A jednak przecież był Smokiem, a to oznaczało jego miłość do pisanego słowa. Zresztą sztuki były kierowane do młodszej widowni, a obyty z teatrem Julien wydawał się nie obawiać w ogóle takiego zadania. Gdzieś między własnym krokiem a nuceniem usłyszał ptasi świergot, który brzmiał… inaczej. Zmarszczył natychmiast brwi i cofnął się o te kilka kroków, aby przysłuchać się bardziej tym frapującym dźwiękom. Uśmiechnął się pod nosem, wyciągając dłoń z kieszeni, a karta, która w tej chwili uczepiła się jego dłoni, wskazywała na jedno – idź tam. Schował ją więc w błękit materiału, poprawiając chwyt na dwóch, cienkich książkach. Ostrożnym krokiem zakradł się pod jedno z drzew, zerkając ukradkiem, kto śpiewał razem ze… słowikiem? Nie znał się zbytnio na zwierzętach, a tym bardziej ptakach, równie dobrze mógł być to drozd czy inny wróbelek. I spostrzegł ją, urokliwą dziewczynką - filigranową i uroczą jak laleczka. Nie chciał jej przerywać, szczególnie gdy wyglądała jak najprawdziwsza księżniczka. A może nią była? Schował się ponownie za drzewem, a zaraz potem wydobył różdżkę z kieszeni spodni. Będąc dalej w ukryciu, wychylił się odrobinę, kierując różdżkę gdzieś w korony drzew nad rudowłosą śliczną dziewczynką. – Fae Feli – wyszeptał, a pyłek poszybował do góry, aby zaraz potem opaść na ramiona dziewczęcia i ziemię wokół niej. Orchideus, pomyślał, a z różdżki wyłonił się drobny bukiecik z polnych kwiatów. Wziął głęboki oddech i wyłonił się powoli zza drzewa. – Bonjour – uśmiechnął się, zerkając na ptaszynę. – Przeszkadzam? – zagaił pogodnie, rzecz jasna po francusku, nim jednak dziewczynka zdążyła odpowiedzieć, on miał już kolejne pytanie, a jego oczęta błyszczały z zainteresowaniem. – Czy ty… rozmawiałaś z nim?




A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Powrót do góry Go down
Cressida Fawley
Cressida Fawley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : dama, malarka, ozdoba męża
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Zwierzęcousty

Beauxbatons, jesień 1946 roku Empty
PisanieTemat: Re: Beauxbatons, jesień 1946 roku [odnośnikBeauxbatons, jesień 1946 roku I_icon_minitime03.03.21 13:20

Cressida zawsze powoli adaptowała się do zmian, nie należała do tych dzieci, które od razu z łatwością odnajdują się w nowym towarzystwie i miejscu. W niej zmiana budziła pewien opór i lęk, dlatego właśnie przez pierwszych kilka dni płakała nocą w poduszkę, tak bardzo tęskniąc za domem. Za rodzicami, bratem, kuzynami i znajomymi przestrzeniami dworku w Charnwood otoczonego lasem. Niestety rankiem nie budziła się we własnej sypialni, a w szkolnym dormitorium, do czego zaczęła się przyzwyczajać po może dwóch tygodniach. Taka już była naturalna kolej rzeczy, że w pewnym wieku należało wyruszyć do szkoły. Nie mogła wiecznie być małą dziewczynką, musiała rozpocząć naukę magii. Przed wyruszeniem do szkoły rodzice kupili dla niej śliczną różdżkę, i to trochę osładzało jej to wysłanie na obczyznę. Bardzo spodobały jej się też lekcje rysunku i malarstwa; od razu, bez zastanowienia, wybrała ukierunkowany na malarstwo dom Harpii. To było dobre w Beauxbatons, że można było wybrać, w Hogwarcie jej przyszłość zależałaby od decyzji Tiary Przydziału, która mogłaby ją wysłać do wzgardzanego w konserwatywnych kręgach Hufflepuffu, naznaczając ją tym samym na resztę życia. Poza tym w Hogwarcie też przebywałaby z daleka od domu, też musiałaby dzielić dormitorium z innymi dziewczynkami, a jeśli trafiłaby do Hufflepuffu tak jak zawsze się bała, to jej współlokatorki mogłyby być mugolaczkami, i pan ojciec bardzo by się złościł że otacza ją tak wątpliwe towarzystwo.
W domu Harpii znajdowało się wiele artystycznych dusz, dzieci które tak jak ona interesowały się sztuką w mniejszym lub większym stopniu, choć nie każde z nich miało tak dobry start w życie; Cressie w końcu jeszcze przed wyruszeniem do szkoły miała okazję odbierać lekcje podstaw różnych dziedzin sztuki, które każda młoda lady powinna poznać, żeby nie być ignorantką w aspektach, które były tak ważne w życiu wyższych sfer. A sztuka była ważna, szczególnie dla kobiet.
Lekcje malarstwa zdawały się też jedynymi, na których Cressida naprawdę wybijała się ponad resztę rówieśników, zwracając na siebie uwagę nauczycielki. Na pozostałych lekcjach nie wyróżniała się zbytnio, może jedynie na zielarstwie potrafiła więcej niż koledzy, bo wyniosła wiedzę z flintowskiego wychowania, ale już dziedziny wymagające rzucania zaklęć sprawiały jej więcej problemów, szczególnie uroki. Z urokami chyba nie miała się nigdy polubić.
Nie spodziewała się, że ktoś pojawi się w jej cichym zakątku, gdzie oddawała się rozmowie z ptaszkiem. Dla większości uczniów jawiła się zapewne jako zahukane dziewczę, zbyt nudne, by komuś chciało się ją dręczyć, poza tym była lady, więc łudziła się, że jej status ochroniłby ją przed nieprzyjemnościami i ewentualnych chcących ją skrzywdzić spotkałyby konsekwencje. W jej dziecięcym mniemaniu pan ojciec był w końcu tak ważną figurą, że przecież na pewno potrafiłby coś zaradzić nawet tutaj, gdyby tylko dowiedział się, że dzieje jej się krzywda – i co z tego, że była tą gorszą córką?
Była tak pochłonięta rozmową z siedzącym na dłoni ptaszkiem, że początkowo nie zauważyła podchodzącego chłopca. Drgnęła z zaskoczeniem, gdy nagle na jej błękitną szatę zaczął opadać błyszczący pyłek i cichutko pisnęła, nie wiedząc, skąd to się wzięło. Dopiero po chwili zrozumiała, kiedy ptaszek spłoszony umknął z jej paluszka, a zielone spojrzenie dziewczątka pomknęło dalej, dostrzegając chłopięcą sylwetkę. Chłopiec także był dzieckiem, choć mógł być troszkę starszy od niej, może z drugiego roku? Nie kojarzyła go z lekcji swojego rocznika.
Jej policzki, normalnie pod piegami białe niczym mleko, zaczęły leciutko różowieć, gdy chłopiec zbliżył się do niej z bukiecikiem wyczarowanych kwiatów. Nie wiedziała kim był, z jakiej rodziny pochodził, ale przecież chyba syn mugoli nie potrafiłby się tak ładnie i uprzejmie zachowywać, prawda? Nie mógł być więc jednym z tych strasznych, kradnących magię mugolaków, bo przecież oni w jej wyobrażeniach zbudowanych na ojcowskich opowieściach powinni zachowywać się prymitywnie, prostacko i nie mieć pojęcia o podstawach wychowania.
- Nie przeszkadzasz mi – odpowiedziała nieśmiało, ale także po francusku, choć można było wyczuć, że trochę kaleczyła wymowę francuskich słówek, że ten język nie był jej ojczystym, choć można było odnieść wrażenie, że chłopiec posługiwał się nim całkowicie naturalnie. W jej przypadku musiało minąć jeszcze trochę czasu, żeby akcent zbliżył się do prawidłowego. - Ja, eee… Oczywiście, że nie – zaprzeczyła, ale było na pierwszy rzut oka widać, że kłamie, kłamczuchą zawsze była beznadziejną, od razu się peszyła, rumieniła i uciekała wzrokiem. Po chwili znowu się odezwała, uświadamiając sobie, że przecież tylko głupiec by się nabrał, a nie wiadomo jak długo chłopiec ją obserwował i przysłuchiwał się jej ćwierkaniu. – Nikomu nie powiesz? – zapytała po chwili, mając nadzieję, że chłopiec nie rozpowie wszystkim o jej odmienności. Musiała chyba bardziej uważać na to, w jakich miejscach korzysta z daru, im mniej dzieci w szkole się o nim dowie, tym lepiej dla niej.
Wyciągnęła drobne rączki, by przyjąć bukiecik.
- Dziękuję, jest piękny. Jak go wyczarowałeś? – zapytała, bo przecież sama dopiero uczyła się podstaw magii i większość zaklęć znanych starszym czarodziejom jeszcze była poza jej zasięgiem, miała za sobą raptem parę tygodni wymachiwania różdżką. I nawet nieznajomy chłopiec z drugiego roku jawił się teraz jako ktoś znacznie mądrzejszy, potrafiący rzeczy, których ona jeszcze nie poznała, co sprawiło, że mimo jej nieśmiałości w oczach błysnęła ciekawość i fascynacja.




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
Julien de Lapin
Julien de Lapin

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Beauxbatons, jesień 1946 roku Empty
PisanieTemat: Re: Beauxbatons, jesień 1946 roku [odnośnikBeauxbatons, jesień 1946 roku I_icon_minitime17.03.21 20:28

Rozpromienił się, słysząc, że jego obecność nie będzie żadną przeszkodą. Natychmiast również wyłapał, że dziewczę miało najwyraźniej problem z językiem francuskim – gdyby sam znał lepiej angielski, wówczas przeszedłby na niego bezzwłocznie, lecz wciąż dopiero się uczył. Poza tym pomyślał, że jeśli jego nowa koleżanka miała się rozwijać w Akademii, to postara jej się pomóc w inny sposób. Postanowił więc, że każde słowo będzie wypowiadał powoli i dokładnie, tak aby była w stanie go zrozumieć i nauczyć się – być może – jak konkretnie akcentować dane słowa. - Nikomu! Nie pisnę ni słowem, mademoiselle – wypowiedział dźwięcznie, przyrzekając tym samym, że absolutnie nie uraczy niczyich uszu tą tajemnicą. Zaciągnął więc rękaw, podchodząc nieco bliżej i kucnął przy niej, wystawiając dłoń – część palców zgiął delikatnie, prawie jak pięść, sterczały tylko ten najmniejszy. Niczym haczyk, drobny i niepozorny, a jednak wedle dziecinnego umysłu będący pierwszy etapem przysięgi trwalszej od wieczystej. – Na mały palec. Przysięgam na mały palec – powtórzył, uśmiechając się radośnie i czekając, aż dziewczynka poczyni podobny gest.
Następnie ułożył w jej dłonie bukiecik, ciesząc się, że spodobał się Księżniczce. – Nie masz za co dziękować – zaznaczył na wstępnie, tato przecież mówił, że tak należy. Nawet jeśli ktoś dziękował, to przecież robiliśmy to z dobroci serca i nie było mowy o tym, aby od kogokolwiek wymagać. Kwiaty wydawały się pasować do dziewczęcej urody, a zapach natury okalał leciutko zmysły, wprawiając chłopca w iście sielski nastrój. Błonia Akademii były inne od parków w Paryżu – tu nie miało co zakłócić błogich rozmyślań i może dlatego Julien tak kochał swoją szkołę. Nie żeby narzekał na stolicę, o nie, nie! Również kochał rodzinne miasto, lecz inną miłością. Przywiązaniem i utęsknieniem, zaś tu, w naturze odpoczywał i inspirował się, aby w przyszłości móc powrócić do tych idyllicznych chwil.
Upewniając się, że może, przysiadł się do dziewczynki, krzyżując nogi tak, że spod błękitnych nogawek wynurzyły się dwie różnokolorowe skarpetki – prawa różowa, lewa zaś zielona. Obie wydawały się wyjątkowo soczystym, nasyconym kolorem, iście malarskim i wyciągniętym ze słoiczka. – Jeśli zechcesz, moja droga koleżanko, mogę cię nauczyć tego zaklęcia. Jest bardzo proste, naprawdę – zaoferował się, okręcając różdżkę w palcach. Prawie niczym zawodowiec, a właściwie podpatrzył ten trik u Alexa, chociaż jemu wychodziło to znacznie lepiej – koordynacja Juliena była na zdecydowanie niższym poziomie. Uśmiechnął się wesoło, a zaraz potem zdał sobie z czegoś sprawę… - Ojeju! Nie przedstawiłem się! Ależ ze mnie gapa, przepraszam cię najmocniej – spanikował, a różdżka wypadła mu z rąk. Natychmiast przetarł dłonie o spodnie i wyprostował się, jednak nie wstawał – oboje siedzieli, tak też chyba można było się przedstawić, prawda? Nie był arystokratą, nie znał się na tych… konwenansach, jedynie niektóre ruchy podpatrzył od przyjaciela. – Jestem Julien de Lapin – wyjaśnił, wystawiając ponownie w jej kierunku rączkę. Lecz nie jak do damy, a jak do człowieka, aby chwycić i potrząsnąć w geście zapoznania. – Możesz mi mówić Jules, Julek, Jory… Jory to moje drugie imię, ale tak naprawdę możesz, mówić jakkolwiek ci się podoba! Nawet George czy inny William! – zaśmiał się niewinnie. Nigdy nie przywiązywał zbytniej wagi do imienia, nie przeszkadzało mu również gdy ktoś je przekręcał. Wszak… było to tylko imię czyż nie? Natomiast wybitnie go ciekawiło, jak zwała się urocza Księżniczka. A jak sam by ją nazwał? Prozerpina? Konstancja? Euforia? A może Gizelle? Było tak wiele opcji, a każda jawiła się ciekawie, gdy rozważał, czy przypadkiem nie było to najtrafniejsze miano.




A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Powrót do góry Go down
Cressida Fawley
Cressida Fawley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : dama, malarka, ozdoba męża
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Zwierzęcousty

Beauxbatons, jesień 1946 roku Empty
PisanieTemat: Re: Beauxbatons, jesień 1946 roku [odnośnikBeauxbatons, jesień 1946 roku I_icon_minitime20.03.21 12:51

Cressida na tym etapie wciąż nie mówiła po francusku perfekcyjnie, i choć rozumiała prawie wszystko co mówili do niej inni, mówienie sprawiało jej więcej trudności i od razu można było się zorientować, że była nietutejsza. Ale w jej przypadku decyzja o wysłaniu do Francji została podjęta dość późno, więc nie miała tyle czasu na wyszlifowanie języka co te dziewczęta, w przypadku których od urodzenia było wiadomo, gdzie pójdą. Ona miała iść do Hogwartu jak jej brat, Flintowie niemal zawsze posyłali dzieci właśnie do Hogwartu, a Cressida i jej siostra należały do nielicznych wyjątków od reguły i sama czasem zastanawiała się, dlaczego, gdyż rodzice z racji wieku nie zdradzili jej zbyt wiele odnośnie powodów tej zmiany. Nie wiedziała, że jej matka bardzo długo błagała pana ojca o to, by posłał dziewczynki za granicę. Leander Flint był patriarchalną głową rodziny, ale pomimo tradycjonalistycznego podejścia potrafił uszanować mądrość żony i najwyraźniej w tym przypadku miał ku temu powód. Dziewczynkom jednak nie mówiono zbyt wiele, bo były dziećmi i miały po prostu wypełnić wolę rodziców. Dopiero dużo później Cressie dowie się, dlaczego wysłano ją do Beauxbatons.
Była początkowo zakłopotana, w końcu nakryto ją na rozmowie z ptakiem, co sprawiało, że jeszcze bardziej zaczęła się jąkać i plątać w wymowie. Ptaszek odleciał, a ona zarumieniła się, ale zielone spojrzenie dyskretnie przesunęło się po sylwetce nieznajomego chłopca, gdy próbowała sobie przypomnieć, czy gdzieś już go nie widziała, choć uczniów było tak wielu, że trudno było zapamiętać wszystkich. Zdziwiła się nieco, widząc gest który wykonał.
- We Francji tak się robi? – zapytała, bo pierwszy raz spotkała się z podobnym zwyczajem, więc uznała, że to pewnie jakiś francuski obyczaj. Nie wiedziała, co robić, ale powoli uniosła drobną dłoń i zgięła mały paluszek podobnie jak on to zrobił, choć trzymała rękę w powietrzu, nie wiedząc, co powinna uczynić dalej i czy czasem się nie wygłupiła. Wciąż była ignorantką w kwestii francuskich zwyczajów, bo choć z pewnymi podstawami ją zapoznano, wielu rzeczy wciąż się uczyła.
Przyjęła bukiecik kwiatów, to było naprawdę miłe, że je dla niej wyczarował. Uśmiechnęła się nieśmiało, nie należała do pewnych siebie dziewczynek. Była zahukaną Flintówną z lasu, która wciąż nie do końca zaadaptowała się do nowego środowiska. Leciutko uniosła brwi, kiedy zauważyła, że chłopiec posiadał skarpetki w różnych kolorach, jej ani jej rodzeństwu z pewnością nie pozwolono by na coś takiego, matka zawsze dbała, by wszyscy się należycie prezentowali i również w szkole Cressie dbała o to, by jej ubiór był bardzo staranny i schludny. Jej pończoszki, obecnie i tak w większości przykryte materiałem błękitnej szaty (w końcu damie, nawet tak młodej, nie wypadało wystawiać łydek na widok publiczny), były nienagannie białe, a lakierki aż błyszczały w słońcu.
- Naprawdę mógłbyś mnie tego nauczyć? – ożywiła się jednak na wzmiankę o nauczeniu jej zaklęcia, co odwróciło jej uwagę od dziwacznej kolorystyki skarpetek. Dziewczynka wciąż dopiero uczyła się czarów i bardzo chciała poznać ich więcej. Uczyła się też powoli tego, że dzieci z innych warstw społecznych funkcjonują inaczej niż ona, że ich nie uczono od najmłodszych lat odpowiednich zachowań. Obserwowała gesty chłopca w lekkim zmieszaniu, nie do końca wiedząc, jak się zachować, bo w końcu aż do momentu trafienia do szkoły w ogóle nie miała styczności z ludźmi z gminu, więc obyczaje i zabawy zwyczajnych dzieci były jej obce i dopiero na bieżąco dostrzegała te różnice, ilekroć w szkole weszła w interakcję z innymi swoimi rówieśnikami. A może to była kwestia nie tyle samego pochodzenia społecznego, co kraju? Może we Francji właśnie tak postępowano?
- Czy to też jakiś francuski zwyczaj witania się? – zapytała, nie wiedząc, czy powinna też wystawić rączkę, więc nieco nieporadnie uniosła ją w górę, nie wiedząc co dalej. – Miło cię poznać, Julienie – dodała jednak; jego nazwisko nic jej nie mówiło, ale nie była obeznana we francuskich rodzinach, więc trudno byłoby jej określić, czy de Lapin było nazwiskiem czystokrwistym, czy nie. Oby tylko nie był mugolakiem, bo wtedy pan ojciec byłby bardzo zły! – Jestem Cressida. Cressida Flint – przedstawiła się również; prawdopodobnie powinna przedstawić się jako lady Cressida Flint, ale nie chciała wyjść na arogancką chwalipiętę, wprawiłoby ją to w zakłopotanie, lecz i tak wypowiadając swoje nazwisko wyprostowała się dumnie, bo była dumna ze swojego pochodzenia. Po chwili jednak zarumieniła się pod piegami. – Pochodzę z Anglii, ale rodzice wysłali mnie i moją starszą siostrę na edukację do Francji – wyjaśniła, choć pewnie i tak sam się domyślił, że nie była Francuzką. Może też nawet znał jej siostrę? Starsza Flintówna była w końcu tylko rok wyżej niż Cressida, ale z wyglądu były do siebie zupełnie niepodobne; Cressie była ruda i piegowata jako jedyna z rodzeństwa, jej brat i siostra byli ciemnowłosi i wyglądali dużo bardziej szlachetnie, choć najmłodsza Flintówna miała nadzieję, że z wiekiem i jej przybędzie szlachetnego wyglądu, że włosy ściemnieją, a piegi staną się choć odrobinę mniej widoczne niż były teraz. Bo chociaż unikała przebywania w pełnym słońcu, po każdym lecie jej policzki i nosek i tak obficie się nakrapiały.




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
Julien de Lapin
Julien de Lapin

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Beauxbatons, jesień 1946 roku Empty
PisanieTemat: Re: Beauxbatons, jesień 1946 roku [odnośnikBeauxbatons, jesień 1946 roku I_icon_minitime01.04.21 17:12

Szkoły magii na świecie były przeróżne, lecz to Akademia Magii Beauxbatons stanowiła ośrodek dla najwrażliwszych dusz, skłonnych do wszelakiej kreacji i doceniania najprawdziwszego piękna. Tacy byli wychowankowi francuskiej szkoły – chociaż pełno w nich było gracji i wdzięku, tak frywolne duchy rwały się w porywach serca dla wyśnionych artystycznych przestworzy. Malarze, pisarze, muzycy, tancerze, rzeźbiarze… ktoś mógłby rzec, że było to niemal jak renesansowe Włochy, gdzie dla mugoli przodowali wówczas artyści – da Vinci, Michał Anioł, Vasari, da Piacenza i wielu, wielu innych rozwijających swe skrzydła pod odpowiednim patronatem. Czyż to nie artyści budowali tak naprawdę społeczeństwo? Szyk, blask, wdzięk, bystrość do dostrzeganie tego, co dla innych wydawało się nijakie. Oczywiście politycy również wiele wnosili, naukowcy także, lecz to artysta miał tę frywolność budowania rzeczywistości z pomocą swej wyjątkowej wrażliwości, to oni potrafili rozmiękczyć serca tyranów, zauroczyć najznamienitsze jednostki, dawać odwagę, rozwijać i kształcić. Dlatego Beauxbatons nie było zwykłą akademią, było to miejsce dla ludzi wyjątkowych i młody Francuz żył w takim przekonaniu od pierwszej chwili, w której kochany ojciec opowiedział mu o swoich szkolnych latach. Język nie stanowił ogromnej bariery, a skoro dziewczynka, którą dziś spotkał, została wysłana tu – do Francji, na obczyznę – znaczyło to, że musiała być wybitną i wyjątkową jednostką, jaka posiadała w sobie szlachetne serce, pełne lirycznego głosu szepczącego malownicze myśli.
Wszędzie... chyba – wyjaśnił krótko, wszak wielu z jego znajomych znało tenże podwórkowy zwyczaj przyrzekania sobie słowa. Z uśmiechem przyglądał się, jak delikatna dłoń wznosi się do góry, a zgięty paluszek zawisnął nieporadnie w powietrzu. Odczekał kilka chwil, zerkając to na palec, to na pachnące mchem spojrzenie nieznajomej i zdał sobie sprawę, że najwyraźniej nie wiedziała co dalej zrobić. Zahaczył więc powoli o drobny paluszek rudowłosego dziewczęcia, aby zaraz potem, leciutko skierować swój kciuk do jej kciuka. – To taka przysięga, bardzo ważna zresztą – wyjaśnił. – A ja przysięgam, że nikomu nie powiem o twym wyjątkowym darze – dokończył, pochylając lekko głowę. Wreszcie puścił paluszek i zaśmiał się wdzięcznie, mając nadzieję, że dla dziewczynki ta nowość stanowiła rozrywkę i nie wystraszył jej swoim gestem. Choć czego się w tym bać? W końcu to on przysięgał jej, a nie ona jemu, więc może to on powinien się obawiać? Ponownie jednak nie wiedział czego, skoro nie miał zamiaru łamać przyrzeczenia.
Powiódł spojrzeniem za jej nieśmiałym uśmiechem, a potem sam zerknął na swoje skarpetki. Czy widział w nich coś złego? Absolutnie nie, przecież były to zaledwie skarpetki, a ich kolory mogłyby pasować gdyby spojrzeć na to pod względem dopełniających się barw. Symetria była wszystkim? Czy lewa i prawa strona zawsze musiały wyglądać identycznie? Przecież pani z malarstwa wspominała, że nawet ludzka twarz różniła się od siebie – każda strony wydawała się ciut inna. Pory rozkładały się inaczej, zarys szczęki wędrował wyżej, a może szerzej. Jedna kość policzkowa górowała, druga nie wyglądała już tak piękne i oczywiście oczy! Które pozornie mogły wyglądać jednakowo, tak zdarzało się, aby jedna powieka kreśliła się niżej, inna zaś wyżej. Lekko przymknięte prawe oko, zaś lewe rozwarte o uszczuplonej dekoracji w postaci rzęs. Dlaczego więc skarpetki musiały być jednakowe? Dziwne były te powszechne zwyczaje, zresztą Alexander również wydawał się nimi pochłonięty – może to kwestia wychowania? Zadumał się, przenosząc wzrok na pantofelki, które ze pewnością kosztowały więcej niż niejeden kostium z teatru jego rodziców. Zdziwiony wzniósł wreszcie oczęta na miłą twarzyczkę nieznajomej i pokiwał energicznie głową. – Oczywiście, że tak. Dlaczego bym nie mógł? – zapytał, przekrzywiając lekko głowę. – Jesteś na pewno wspaniałą czarownicą i pojmiesz to w mig! – Tak właśnie sądził, lecz nim miał przejść do nauki, pozostała kwestia przedstawienia się i innych tematów. Wzniósł brwi ponownie na jej kolejne pytanie i zmrużył po chwili oczy, zastanawiając się, czy może niewinne tęczówki kryły w sobie iskry żartu, jednak im dłużej analizował jej lico, tym mocniej odczuwał, że miał styczność z najprawdziwszą królewną. Czyżby dopiero została uwolniona z wieży? – To… też raczej zwyczaj powszechny – wyjaśnił, starając się powstrzymać uśmiech rosnący na jego policzkach. Była tak urocza i oderwana od wszystkiego, co znał, że nie sposób mu było nie radować się na tak czarowny widok. Może uciekła z baśni? To by wyjaśniało rozmowę z ptaszkiem… Lekkim i ostrożnym ruchem włożył dłoń w rękę młodziutkiej czarownicy i uścisnął ją niebywale delikatnie, zupełnie, jak gdyby miało być to muśnięcie letniego wiatru. Zaraz jednak upewnił odrobinę chwyt, aby potrząsnąć rączkami w zapoznawczym geście. – Ciebie również, Cressido Flint – wypowiedział mięciutko, zastanawiając się, czy słyszał już o tym nazwisku. Chyba nawet słyszał to nazwisko na zajęciach? Zresztą, nawet nie musiał o to pytać, wszak rudowłosa królewna zaraz wyjawiła co nieco o swej siostrze i w głowie Francuza wyrysował się obraz tej konkretnej jednostki, która stąpała po korytarzach akademii, zajmując miejsce w klasach kilka rzędów przed nim. Zabrał wreszcie dłoń, sięgając po swoją różdżkę i okręcił ją w palcach. – Anglii? To tak jak mój kolega, Alex. Chwila… – zmarszczył brwi w zadumie, a potem nieświadomie postukał się różdżką po boku głowy, jak gdyby miałoby to pomóc mu w przypomnieniu. – Jesteś damą, tak? W sensie… szlachcianką? – zapytał z ciekawości, lecz taka informacja dla dwunastolatka nie miała wnieść wiele do zmiany jego podejścia. Natomiast wyjaśniło mu nieco jej poprzednie zachowania. Ostatecznie uśmiechnął się szerzej, chwytając pewniej różdżkę. – Pozwól więc, koleżanko, że przedstawię ci tajniki tego, jak wyczarować bukiecik – zaanonsował, zupełnie jak gdyby miał odegrać sztukę. Wyprostował się bardziej i uniósł przed siebie różdżkę. – Potrzebna jest odpowiednia inkantacja, wyobrażenie bukietu oraz należyty ruch dłonią – przy czym zaczął demonstrować, jak wyglądało kreślenie zaklęcia nadgarstkiem. Gdy tylko to zrobił, pochylił się nieco w kierunku Cressie, ściszając głos. – Magiczne słowo to… Orchideus – wyjaśnił, opuszczając różdżkę i wlepił spojrzenie w dziewczynkę, czekając, aż ta postanowi sama przetestować powodzenie zaklęcia.




A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Powrót do góry Go down
Cressida Fawley
Cressida Fawley

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Zawód : dama, malarka, ozdoba męża
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : 10
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Zwierzęcousty

Beauxbatons, jesień 1946 roku Empty
PisanieTemat: Re: Beauxbatons, jesień 1946 roku [odnośnikBeauxbatons, jesień 1946 roku I_icon_minitime08.04.21 13:24

Choć ród Flintów nie słynął z zamiłowania do sztuki, to nawet tam dzieci zostały zapoznane z jej podstawami, by w przyszłości na salonach nie skompromitować się ignorancją. Cressidę i jej starsze rodzeństwo nauczono więc podstaw muzyki i literatury, a także malarstwa – do którego okazała się mieć ponadprzeciętny talent, więc to malowaniu poświęcała wiele wolnych chwil. Pan ojciec nie darzył sztuki miłością, była mu obojętna, ale nie zabraniał córce tej jakże odpowiedniej dla kobiety pasji, nie kolidującej z jej przyszłym przeznaczeniem. Nauka w Beauxbatons też nie miała z nim kolidować, a wręcz mogła pomóc w tym, żeby Cressie w przyszłości stała się dobrym materiałem na żonę, czarującą przyszłego męża swą delikatnością, powabem i artystyczną naturą.
Ale na początku musiała zmagać się z różnymi problemami. Począwszy od rozłąki z rodziną i tęsknoty za domem, a skończywszy na niezrozumieniu niektórych obcych obyczajów, z którymi nie zetknęła się w dworze Flintów.
Obserwowała gesty chłopca i nieporadnie próbowała je odwzorować, nie wiedząc co właściwie robić, gdyż ten zwyczaj był jej obcy. Patrzyła więc, jak ten zahaczył swoim palcem o jej paluszek i ustawił go odpowiednio, pokazując jej, jak powinna to zrobić. Gdy się roześmiał, i ona się uśmiechnęła, a ich mała, dziecięca „przysięga” została właśnie przypieczętowana. Cressie niewątpliwie jeszcze wielu rzeczy miała się nauczyć w tej szkole, nie tylko tych dotyczących programu nauczania, ale także tajników skomplikowanych relacji międzyludzkich.
- Wcześniej nigdy nie spotkałam się z taką przysięgą – powiedziała cicho, jakby tłumacząc swoją ignorancję.
Na temat skarpetek nic nie powiedziała, choć wiele jej angielskich koleżanek z wysokich rodów na pewno by je skrytykowało; Cressie była jednak na tyle grzeczna i taktowna, że nie chciałaby urazić chłopca, który przecież był dla niej tak miły. Poza tym może we Francji był taki obyczaj, że młodzieńcy nosili skarpetki w różnych kolorach? Może dla nich właśnie to było normą? Zdawała sobie sprawę, że francuskie zwyczaje się różniły, że to co w Anglii byłoby dziwactwem, tu mogło być całkowicie normalne i odwrotnie. Ona zresztą i w kwestii angielskich zwyczajów nie wiedziała wszystkiego, bo nie znała rzeczywistości ludzi spoza wyższych sfer. Cały jej świat stanowił ten szlachecki, i dla ludzi z gminu mogła uchodzić za osobę kompletnie oderwaną od rzeczywistości, zupełnie jakby faktycznie spędziła całe życie zamknięta w wieży. Poniekąd troszkę tak było, z tą tylko różnicą, że nie w wieży, a w rodowym dworku, i jeśli go opuszczała, to zwykle przy okazji wizyt u zaprzyjaźnionych rodów. Nie miała nigdy normalnego dzieciństwa ani możliwości zabawy ze zwykłymi dziećmi z ludu, dlatego ich zwyczaje były jej całkowicie obce, i nawet tak proste gesty jak te, które pokazywał jej chłopiec, były dla niej nowością.
Pozwoliła by uścisnął jej dłoń, nigdy nie widziała, by na salonach mężczyźni witali kobiety w ten sposób, ale we Francji widocznie było inaczej. Znowu się uśmiechnęła, a jej policzki były leciutko zaróżowione podczas tej wzajemnej prezentacji i demonstracji nowego dla niej sposobu witania. A chłopiec zaraz domyślił się, że była damą. Czy to przez jej nazwisko, czy przez zachowanie i oderwanie od świata normalnych ludzi? Poza tym pewnie już miał do czynienia z innymi jej podobnymi dziećmi, nie była jedyną lady wysłaną tu na nauki.
- Tak – przytaknęła cichutko. – Pochodzę z rodu Flintów, z Leicestershire i Rutland – dodała z dumą, choć nie wiadomo, czy francuski chłopiec w ogóle uczył się kiedykolwiek historii najstarszych brytyjskich rodów. Ją uczono tego od maleńkości, odkąd nauczyła się czytać musiała poznać najważniejsze informacje o historii, obyczajowości i genealogii nie tylko Flintów, ale i innych rodów Skorowidzu, choć oczywiście o Flintach wiedziała najwięcej i potrafiłaby narysować drzewo genealogiczne kilku ostatnich pokoleń, bo jeśli chodzi o dawniejsze, to niektóre detale zacierały się w dziecięcej pamięci.
Ale zaraz potem jej uwagę przykuła obietnica nauczenia jej nowego zaklęcia, więc skupiła się na obserwowaniu jego gestów bardzo uważnie, nie chcąc niczego pominąć. Wyjęła także swoją własną różdżkę zakupioną w sierpniu na ulicy Pokątnej. Była naprawdę zaciekawiona, bo do tej pory na lekcjach uczyła się na razie głównie wiedzy teoretycznej i drobnych czarów typu zmiana igły sosny w normalną igłę czy żuka w guzik. Na trudniejsze na pewno miał przyjść czas, miała przed sobą jeszcze osiem lat magicznej edukacji, co dla dziesięciolatki brzmiało jak nieprawdopodobnie długi okres.
Ścisnęła drewienko różdżki drobną rączką, próbując powtórzyć gest chłopca jak najdokładniej i wypowiedziała formułkę zaklęcia, w myślach wyobrażając sobie bukiet. Za pierwszym razem nie wydarzyło się nic, może jedynie powietrze leciutko zadrgało i wydawało jej się, że przez ułamek sekundy poczuła kwiatowy zapach. Powtórzyła gest drugi raz, dokładniej i równie dokładnie wypowiedziała czar. Tym razem przed nią pojawił się pojedynczy kwiat, który przez chwilę unosił się w powietrzu, by zaraz opaść na trawę obok jej pantofelków.
- Może w końcu się uda, spróbuję jeszcze raz… Orchideus – wypowiedziała, znów kręcąc różdżką w powietrzu i próbując zmaterializować bukiecik. Udało jej się to dopiero za czwartym podejściem i w powietrzu pojawił się nieduży, ale schludny bukiecik. Z ekscytacji aż pisnęła. Wreszcie jej się udało! – Ty jesteś na drugim roku, prawda? Czy drugi rok jest bardzo trudny? – zapytała nieśmiało, ale z ciekawością, bo z jej perspektywy drugi rok brzmiał jeszcze bardzo poważnie, i nie wiedziała, jak ona sobie poradzi z trudniejszymi zaklęciami. – Jaki przedmiot lubisz najbardziej, Julienie?




Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Powrót do góry Go down
 

Beauxbatons, jesień 1946 roku

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21