Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Ganek na tyłach domu
AutorWiadomość

Ganek na tyłach domu

Tylne drzwi domu wychodzą na niewielki, drewniany ganek, z którego wąskimi schodkami można zejść bezpośrednio do porośniętego drzewami ogrodu, zupełnie niewidocznego z głównej ścieżki. Dalej, za niskim ogrodzeniem, są już tylko wybiegi dla aetonanów; można je stąd zarówno obserwować, jak i przejść przez niewielką furtkę i wydeptaną dróżką dotrzeć do stadnin. Druga, mniej widoczna, prowadzi bezpośrednio do miasteczka - używana jest jednak rzadko, gdyż niewiele zaufanych osób wie o jej istnieniu.



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

30 października

Dzień przed Nocą Duchów, która zawsze przywodziła mi na myśl lata wcześniejsze - uczty w Hogwarcie, zabawy z lat dziecięcych i huczne przyjęcia z dorosłego życia (przynajmniej do czasu) - pojawiłem się w okolicach Exford, by odnaleźć dom Tessy Skamander, o którym pisała w liście. Po kilku dniach nieustającej ulewy, zimna i silnego, październikowego wiatru nadeszła chwila złotej jesieni. Promienie słońca przyjemnie pieściły skórę twarzy, zwróconą ku niemu. Na dzień, może dwa Anglia przestała być szaro-buro-ponurą breją błota, a stała się kolorowa - złota i brązowa. Na dróżce, którą przemierzałem żwawym krokiem, odpinając guziki brązowego płaszcza, leżało mnóstwo zeschłych liści, przyjemnie szeleszczących pod wypastowanymi butami. Gdzieniegdzie widziałem wydrążone dynie, przygotowane na jutrzejszą Noc Duchów, co sprawiło, że kącik ust mi drgnął w uśmiechu. Tylko cisza, panująca wokoło, przegoniła go natychmiast i znów poczułem niepokój. Tak było od ponad miesiąca, kiedy wokoło robiło się zbyt cicho - wtedy zaczynałem nucić, tak jak teraz, albo gwizdać. Na horyzoncie, zza drzew z których spadły niemal wszystkie liście, wyłonił się dom, odpowiadający krótkiemu opisowi. To chyba musiał być ten. Przyśpieszyłem kroku, nucąc pod nosem jedną z piosenek Ricka i jego Zmiataczek.
Zamierzałem stanąć u progu drzwi frontowych, jak Merlin przykazał, grzecznie przy tym zapukać (jednocześnie poczułem się zaniepokojony tym, że terenu wokół nie chroniły żadne zaklęcia ochronne, to w chwili obecnej było niedopuszczalne, choć może zostały zdjęte na czas mojej wizyty, której siostra Skamandera się przecież spodziewała). W ostatniej chwili jednak mignęła mi kobieca sylwetka gdzieś na tyłach domu, dlatego bez zastanowienia zmieniłem kierunek, by obejść budynek dookoła. Przypuszczałem, że w tak przyjemną, jesienną pogodę Tessa mogla zechcieć z niej korzystać.
- Panno Skamander? - zawołałem dość głośno, aby dać znać swojej obecności zanim jeszcze mnie zobaczy. - Cedric Dearborn. Pisałem do pani!
Zdecydowałem się od razu przedstawić, by czarownica - o ile to była ona - wiedziała z kim na do czynienia. Podejrzewałem, że jako siostra aurora i tak będzie żądać dodatkowego potwierdzenia tożsamości - Samuel pewnie kazał przyrzec siostrze, o której wspominał często, zachowanie czujności i ograniczone zaufanie, tak przypuszczałem, bo sam uczyniłem to samo jako starszy brat - ale byłbym zawiedziony, gdyby okazało się inaczej. W tych niebezpiecznych czasach trzeba było mieć oczy dookoła głowy.
Obszedłszy dom przystanąłem przy rogu ganku, aby odnaleźć spojrzeniem sylwetkę, która mignęła mi kilka chwil wcześniej.


| k100 na poazkabanowe rewolucje


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Ganek na tyłach domu Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

The member 'Cedric Dearborn' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 26
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ganek na tyłach domu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Zawsze lubiłam tu przyjeżdżać.
Kiedy byłam młodsza, dom dziadków kojarzył mi się głównie z wakacjami – późnymi porankami, gorącą herbatą z miodem do śniadania, długimi wycieczkami wzdłuż wybrzeża, i odkrywaniem zmian, które zaszły pod moją nieobecność. Wtedy jeszcze mnie tak nie przerażały – te zmiany. Dopiero później zaczęłam się ich bać; kiedy nad Anglię nadciągnęły anomalie, stawiając pod znakiem zapytania istnienie wszystkiego, co było mi drogie, i gdy w pośpiechu pakowałam skórzaną walizkę, zmuszona do ucieczki z miejsca, w którym się wychowałam. Odkąd nie było wiadomo, jakie tragedie przyniesie następny dzień, i czyje nazwiska wydrukuje na ostatniej stronie Prorok Codzienny, zaczęłam odnajdywać jakiś trudny do opisania spokój w stałości: w starych drzewach rosnących na tyłach domu niezmiennie od pokoleń; w znajomych sylwetkach aetonanów, migających na rozciągających się za ogrodzeniem wybiegach; w kojącym szmerze maszyny do szycia, wygrywającej ten sam, monotonny rytm. To, co nieznane, nie budziło już we mnie ekscytacji – smakując raczej rdzawo niż słodko, odbijając się echem nerwowego pukania do naszych tylnych drzwi, odzywając swędzeniem starych blizn, jak zwykle skrytych starannie pod długimi rękawami prostej sukienki (nie lubiłam, gdy mnie o nie pytano – a jeszcze mniej, kiedy zatrzymywały się na nich cudze spojrzenia, zaciekawione i zakłopotane, a niewypowiedziane pytanie tańczyło w powietrzu, roztaczając dookoła nieprzyjemną aurę niezręczności).
Czasami tylko – nieczęsto – nieznane okazywało się brzmieć przyjemnym głosem, rozlegającym się wyraźnie w jesiennym powietrzu.
Odwróciłam się na ten dźwięk, instynktownie szukając jego źródła; nie zauważyłam go wcześniej – ale teraz dostrzegałam wysoką sylwetkę zmierzającą prowadzącą do miasteczka dróżką, choć żeby lepiej się przyjrzeć, musiałam zmrużyć oczy, osłaniając dłonią przedzierające się przez kolorowe liście słońce. – Panie Dearborn, dzień dobry – przywitałam się, podnosząc nieco głos, żeby mnie usłyszał; otulając się szczelniej narzuconym na sukienkę swetrem, niby przypadkowo upewniając się, że moja różdżka tkwiła bezpiecznie we wszytej w spódnicę kieszeni. Spodziewałam się tej wizyty – ale wojna trwała już wystarczająco długo, bym nauczyła się spodziewać także innych rzeczy. – Dawno pana nie widziałam – powiedziałam, zgodnie zresztą z prawdą. – Ostatni raz chyba na weselu Sally? – zastanowiłam się głośno, schodząc z prowadzących na ganek stopni, żeby wyjść czarodziejowi naprzeciw. Nie znałam żadnej Sally – a już nie pewno nie byłam na ślubie nikogo, kto nosił to imię, nie mówiąc już o spotkaniu na nieistniejącym przyjęciu zmierzającego w moją stronę mężczyzny – zdawałam sobie jednak sprawę, że Cedric Dearborn doskonale o tym wiedział; człowiek, który chciałby się pod niego podszyć – już niekoniecznie.
Czekając, aż mi odpowie, zerknęłam za jego plecy, na ścieżkę – upewniając się, że byliśmy sami. To była teraz moja codzienność; kilkanaście szybkich uderzeń serca i odruchowo wstrzymany oddech, a później ulga – trwająca moment, chwilę; pozwalająca na rozciągnięcie warg w uśmiechu, tym razem szczerym i serdecznym. Przynajmniej tego jeszcze mi nie zabrali.



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

Tessę zauważyłem na ganku. Niewiele zmieniła się odkąd widziałem ją po raz ostatni, choć wydawała się bardziej... markotna? A może jedynie tak mi się wydawało. Tego samego nie można było powiedzieć o mnie. Ostatni rok przyprawił mnie o kilka nowych, płytkich zmarszczek wokół oczu i pierwszych siwych włosów, ledwie dostrzegalnych w brązowej, zaczesanej czuprynie.
- To prawda - przytaknąłem. Wiele miesięcy minęło od naszego ostatniego spotkania, lecz na pewno nie miało ono miejsca na weselu Sally. - Obawiam się, że to niemożliwe. Jedyna Sally, którą znam to moja ciocia i chyba nawet moich rodziców nie było jeszcze na świecie, gdy tańczono na jej weselu - odparłem, uśmiechając się przy tym lekko, bo wydawało mi się, że rozumiem dlaczego zadała mi takie pytanie. Gdybym był kimś, kto tak naprawdę wcale panny Skamander nie znał, a jedynie podszywał się pod znajomego jej brata i starszego brata jej przyjaciółki - najpewniej zacząłby opowiadać jak wspaniałe było to wesele i jaka wielka to szkoda, że w nie ma już okazji, by tak się radować.
Odpowiedź była jednak szczera, prawdziwa, potwierdziła moją tożsamość i odegnała obawy panny Skamander, o czym przekonałem się, gdy obdarzyła mnie ciepłym, serdecznym uśmiechem, który starałem się odwzajemnić - choć kąciki ust nie mogły się unieść tak wysoko jak zwykle. Jeszcze nie teraz. Zbyt niewiele czasu minęło od opuszczenia zimnych murów Azkabanu. Nocą wciąż dręczyły mnie koszmary tak potworne, że niekiedy budziłem się zlany zimnym potem i zduszonym krzykiem na ustach. Nie chciałem jednak nikogo tym martwić.
- Tak po prawdzie, to chyba ostatni raz, kiedy odwiedzała panna Lizzie w Dolinie Godryka. Wydaje się bardzo za panną tęsknić - zdradziłem jej, podchodząc bliżej schodów, na których stała. Nie oglądałem się za siebie, bo już wcześniej rzuciłem zaklęcie, które nie wykryło żadnej ludzkiej obecności w pobliżu poza naszą dwójką.
- Dobre pytanie, muszę przyznać, ale jednocześnie nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał - czemu nic mnie nie oślepiło, kiedy wtargnąłem na podwórko? Zdjęła panna zaklęcia ochronne na czas mojego przybycia, czy ich tu nie ma? - spytałem łagodnym tonem, wyrażającym uprzejme zdziwienie, unosząc przy tym lekko brew. Zabezpieczenie domu to była teraz podstawa. Zwłaszcza w jej przypadku. Była kuzynką jednego z najbardziej poszukiwanych ludzi w Wielkiej Brytanii, siostrą zbiega z Tower, krewna aurorów. To więcej niż prawdopodobne, że ona i inni ich krewni mogli znaleźć się na celowniku Rycerzy Walpurgii, szmalcowników i innych, którzy mieli chrapkę na cale worki galeonów.
- Służę pomocą, jeśli tylko panienka pozwoli - zaproponowałem ostrożnie. Nie chciałem wchodzić z butami w kompetencje jej starszego brata, od którego o Tessie wiele słyszałem w kontekście jej talentu do krawiectwa i dobrej ręki do zwierząt, a z jego słów łatwo można było wysnuć wniosek, że jest do niej przywiązany - jak to starszy brat do ukochanej, młodszej siostry, lecz nie czułbym się dobrze odchodząc stąd ze świadomością, że Skamanderowie tutaj nie są dobrze chronieni. Zwłaszcza, że przychodziłem do niej z prośbą o przyslugę.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Ganek na tyłach domu Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

Starałam się nie przyglądać Cedricowi zbyt natarczywie, czekając, aż z jego ust padnie odpowiedź i w myślach zaklinając los, by była tą dobrą – ale chyba nie do końca potrafiłam zamaskować chwilowe zdenerwowanie, napinające zbyt mocno mięśnie moich ramion i sprawiające, że instynktownie zacisnęłam wargi. Nie dlatego, że się go bałam; znałam jego twarz, choć tym razem wydawała mi się znacznie starsza niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej, z czołem zmarszczonym w charakterystyczny sposób, który niejednokrotnie widywałam u Samuela; niebezpieczeństwo jakiego instynktownie, prawie z wyczekiwaniem wypatrywałam, swoje źródło miało zupełnie gdzieś indziej – związane nie tyle z samą postacią aurora, co czającymi się gdzieś z tyłu czaszki wspomnieniami, składającymi się na uporczywe i niemożliwe do odgonienia wrażenie, że choć od naszej ucieczki spod Londynu minęło prawie pół roku, to tak naprawdę nigdy nie przestałam uciekać. Twarze ludzi, którzy nas wtedy napadli, wyryły się w mojej pamięci tak wyraźnie, jakby zostały uwiecznione na fotografii; widywałam je czasami, migające gdzieś na krawędzi pola widzenia, po kilku mrugnięciach przekształcające się w inne, znacznie mniej groźne i nieprzyjazne, należące do czarodziejów, którzy pojawiali się przed naszymi tylnymi drzwiami, zgłaszając się po paczki z ubraniami albo przynosząc wieści o tych, którzy potrzebowali pomocy, ściągając z pozostałych części kraju. Być może powinnam się już do tego przyzwyczaić – że moje dni na dobre przestały należeć do tych spokojnych, i że nie miały się takie stać, dopóki z murów nie znikną twarze członków mojej rodziny – ale wciąż nie byłam w stanie powstrzymać serca przed szybszym biciem, ani oddechu przed ugrzęźnięciem w gardle na kilka długich sekund pomiędzy pytaniem a odpowiedzią.
Tym razem – przynoszącą ze sobą głównie ulgę. – Coś musiałam wobec tego pomylić – odparłam z uśmiechem, czując, jak moje ciało powoli się rozluźnia; spojrzałam na niego odrobinę przepraszająco, wydawało mi się jednak, że rozumiał – lub zwyczajnie dobrze maskował zakłopotanie. – Mam nadzieję, że ma się dobrze. Pana ciocia – dodałam, nie do końca pewna, czy Sally, o której mówił, rzeczywiście istniała – czy może, jak w moim przypadku, pozostawała jedynie wymyślonym na poczekaniu imieniem.
W przeciwieństwie do Lizzie. – Czy wszystko u niej w porządku? – zapytałam, unosząc wyżej brwi. Minęło już trochę czasu odkąd widziałyśmy się po raz ostatni, choć nie potrafiłam powiedzieć, ile dokładnie, pewna jedynie, że było to zanim zaginął Samuel. W którymś momencie właśnie to stało się moim wyznacznikiem, niewidzialną linią, którą podzieliła moje dotychczasowe życie na pół; wszystko, co znalazło się za nią, sprawiało wrażenie nierealnego, rozmytego; rozgrywającego się w innej rzeczywistości. – Nie mieszkacie już w Dolinie Godryka, prawda? – zapytałam. Bywałam tam czasem, choć dawniej częściej niż teraz.
Zrobiłam krok do tyłu, odsuwając się nieco od prowadzących na ganek schodków, żeby go przepuścić; wahając się przez moment, gdy zapytał o zabezpieczenia. – Dom przez dłuższy czas stał pusty – odpowiedziałam wymijająco, choć zapewne nie na tyle, by nie mógł wyczytać z moich słów odpowiedzi na swoje pytanie. Budynek nie był obłożony zabezpieczeniami – i to nie tylko dlatego, że nie potrafiłam samodzielnie ich nałożyć. – Mało kto wie, że tu mieszkamy – dodałam, teraz już z pewnością brzmiąc, jakbym się usprawiedliwiała. Przeniosłam na niego spojrzenie, starając się z wyrazu jego twarzy wyczytać, czy jego propozycja zrodziła się wyłącznie z uprzejmości, czy rzeczywiście chciał pomóc. – Nie chciałabym pana kłopotać, z pewnością ma pan mnóstwo obowiązków – zauważyłam niepewnie. W to akurat nie wątpiłam; chociaż rzecz jasna nie miałam pojęcia, czym dokładnie zajmowali się teraz aurorzy, zdawałam sobie sprawę, że nie było im łatwo działać pod zwierzchnictwem wyjętego spod prawa departamentu. Nie byłam ignorantką; od jakiegoś czasu nie mogłam nią być. – Choć przyznam, że jeśli znalazłby pan chwilę, byłabym panu niezmiernie wdzięczna. Kiedyś, oczywiście. Niekoniecznie dzisiaj. W liście wspominał pan coś o zleceniu? – zapytałam, przypominając sobie o prawdziwym powodzie, dla którego się tu zjawił. – Proszę, zapraszam do środka. Miałam właśnie wyciągnąć rybę z pieca, może ma pan ochotę? – zaproponowałam, kiedy weszliśmy do korytarzyka przesyconego lekką wonią pieczonej makreli.



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

- Na szczęście wszystko jest w porządku - powiedziałem, na zakłopotany uśmiech, przepraszające spojrzenie odpowiadając własnym, pewnym uśmiechem; mrugnąłem do niej znacząco, chcąc, by wiedziała, że nie ma żadnych powodów do zakłopotania - postąpiła właściwie, prawidłowo. Pewnie nie powstrzymałbym się przed delikatną przyganą, gdyby było inaczej. Lepiej było upewnić się teraz dwa, a nawet i trzy razy, niż niepotrzebnie zaryzykować. W tak trudnych czasach nieostrożność mogła kosztować wolność, zdrowie, a nawet życie. - Poza bólem pleców nic jej nie dolega. - odparłem; na tych nielicznych, przypadkowych spotkaniach, kiedy miałem okazję obcować z Tessą Skamander, zawsze sprawiała wrażenie rozsądnej, uprzejmej dziewczyny i to nie uległo zmianie. - Jest bezpieczna - dodałem, bo to chyba było to teraz najistotniejszą dla wszystkich informacją. Cioci Sally akurat nie zmyśliłem. Miałem taką starowinkę w rodzinie. Dała mi za mało czasu na odpowiedź, więc odwołałem się do tego, co już znałem, bo tak było mi łatwiej. Wytrawni kłamcy potrafili wymyślać wiarygodne historie i nieistniejące osoby na poczekaniu, mnie do nich wciąż wiele brakowało.
- Mogę chyba powiedzieć, że tak - odrzekłem po chwili zastanowienia, lecz mój głos nie zabrzmiał już tak pewnie, a pomiędzy brwiami pojawiła się lekka zmarszczka zmartwienia. Wiedziałem, że Liz nie jest w Oazie szczęśliwa. Zamknięta, odcięta od większości przyjaciół, pozbawiona możliwości pracy w szpitalu świętego Munga. - Wynieśliśmy się z Doliny Godryka w... bezpieczniejsze miejsce. Nasz dom tam nadal stoi. Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli tu wrócić - potwierdziłem domysły Tessy o wyprowadzce. Co prawda ja sam nie mieszkałem tam już od dobrych kilku lat, to był jednak szczegół. Tak naprawdę to nigdy Doliny nie opuściłem, zawsze uznawałem ją za swój jedyny, prawdziwy dom - i tak miało chyba już na zawsze pozostać. - Życzyłbym sobie tego - mruknąłem, powiódłszy spojrzeniem po ogrodzie, po okolicy. Kochałem Somerset i cieszyłem się, że od wieków pozostawało pod opieką i władzą Abbottów. Oni nie oddadzą go tak łatwo. Pytanie jednak brzmiało - jak długo będą w stanie stawiać opór? Nie zamierzałem pozostać bezczynny wobec ich starań o utrzymanie ziem, zapewnienie mieszkańcom bezpieczeństwa - by i mugole, i czarodzieje jak Tessa Skamander mogli wciąż to miejsce nazywać domem.
- Mhm... - Powoli ruszyłem w jej kierunku, pokonując kilka schodków, by wejść na ganek, po czym znów zawiesiłem na twarzy dziewczyny badawcze spojrzenie, kiedy zaczęła się usprawiedliwiać. - To wiele wyjaśnia - mruknąłem znów. Zastanawiałem się, czy naprawdę nikt nie zdążył na ten dom nałożyć odpowiednich zabezpieczeń, czy raczej nie zdążył o tym jeszcze pomyśleć. Tak, czy owak - to powinno ulec zmianie. - Lepiej dmuchać na zimne, sama pani wie, przezorny zawsze ubezpieczony. To dla mnie żaden kłopot - zapewniłem ją, posyłając czarownicy ciepły uśmiech. Nie zaprzeczyłem temu, że miałem mnóstwo obowiązków, ale za jeden z nich uznawałem zadbanie o bezpieczeństwo każdego, kto nie mógł zrobić tego sam. Była siostrą mojego wiernego druha i przyjaciółką młodszej siostry, tym większe miałem poczucie i chęć, by pomóc jej chociażby w ten sposób. - Mogę to zrobić nawet dzisiaj, jeśli nigdzie się pani nie wybiera - zaproponowałem, bo to naprawdę nie był żaden problem; nałożenie tych zaklęć nie wymagało ode mnie wcześniejszego przygotowania, czy użycia konkretnych magicznych przedmiotów. Wystarczyło trochę czasu i różdżka. Miałem nadzieję, że Skamanderowi nie przyjdzie przez myśl, by wezwać mnie nagle i nie przeszkodzi mi w tym. - Bo ja nie zajmę pani wiele czasu, zapewniam. Samuel wielokrotnie wspominał, że zajmuje się pani tworzeniem magicznych szat, takich... O specjalnych właściwościach. Nie znam się na tym za dobrze, nie ukrywam jednak, że coś podobnego byłoby niezłym wsparciem i dodatkowym zabezpieczeniem. O ile znajdzie pani na to czas, rzecz jasna - wyjaśniłem, wchodząc za Tessą do środka, a wtedy natychmiast poczułem przyjemny zapach pieczonej ryby i aż ślinka napłynęła mi do ust. Pomyślałem, że lepiej byłoby, gdyby teraz nie zaburczało mi w brzuchu. - Jeśli to nie problem, to z przyjemnością - odpowiedziałem z błyskiem w oku. Jakże mógłbym odmówić? Od kilku dni nie miałem na talerzu porządnego obiadu, a ryba pachniała naprawdę dobrze.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Ganek na tyłach domu Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

Uśmiechnęłam się lekko, częściowo z ulgą, dostrzegając porozumiewawcze mrugnięcie posłane mi przez Cedrica. Chociaż początkowe zdenerwowanie już zdążyło ze mnie ulecieć, cieszyłam się, że ta chwilowa maskarada dobiegła końca. Nie czułam się z tym dobrze – z koniecznością kwestionowania intencji ludzi, którzy przychodzili pod nasz dom, zaczepiali mnie w sklepie, uśmiechali się, mijając mnie na prowadzącej do miasteczka drodze; w jakiś sposób, którego nie potrafiłam jednoznacznie wytłumaczyć, wydawało mi się to nienaturalne, nieuczciwe – z jednej strony chciałam widzieć w nieznajomych wyłącznie dobro, z drugiej – zdawałam sobie sprawę, do czego nieostrożność mogła doprowadzić. Odpowiedzi na to pytanie nie musiałam szukać daleko. – Proszę ją więc pozdrowić, jak tylko się pan z nią zobaczy – odpowiedziałam, na myśli wciąż mając tajemniczą ciocię Sally, a nieświadomie sięgając ręką wyżej, opuszkami palców bezwiednie dotykając karku. Moje plecy czasami też wciąż o sobie przypominały, budząc mnie ze snu fantomowym bólem, choć nie byłam pewna, na ile powodowała go stara kontuzja, a na ile był efektem powracających uparcie wspomnień z wypadku.
Uśmiechnęłam się, odpędzając je od siebie i zamiast nich skupiając się na słowach aurora. Nie umknęła mi pionowa zmarszczka między brwiami ani niepewność w głosie, ale żadna z tych rzeczy również mnie nie dziwiła. Już nie. – Ja również tego panu życzę. Wam wszystkim – odparłam bez zawahania, zawieszając na moment spojrzenie na jego oczach. Nie musiałam wyobrażać sobie, jak smakowała tęsknota za rodzinnym domem, bo minęło zaledwie pół roku, odkąd rozpełzająca się we wszystkich kierunkach wojna zmusiła nas do ucieczki z naszego. Nie, u dziadków nie było mi źle; dom był bezpieczny i wygodny, wymagał zaledwie paru niewielkich napraw – ale brakowało mi wspomnień żyjących w tamtych czterech ścianach; drobnostek, których nie zauważałam, dopóki nie zostały mi odebrane. – Czy jest jakiś sposób, w jaki mogłabym się z nią bezpiecznie skontaktować? Z Lizzie? – zapytałam, ruszając powoli w stronę schodów, ale wciąż spoglądając na Cedrica. – Staram się nie wysłać listów, jeśli nie jestem pewna, czy nie ściągnie to niepotrzebnej uwagi – dodałam w ramach wyjaśnienia. To była kolejna rzecz, która przed wojną nie przyszłaby mi do głowy, a która z czasem stała się prawie normalnością; wiedziałam, że ludzie się ukrywali – i że czasami robili to w piwnicach i na poddaszach, lub w magicznie ukrytych pokoikach; a sowy wlatujące przez okno w tę i z powrotem budziły podejrzenia – jeśli nie władz, to wścibskich i niekoniecznie życzliwych sąsiadów.
Nie byłam pewna, czy moje usprawiedliwienie przekona Cedrica – nawet w moich własnych uszach brzmiało bardziej jak wymówka – ale jeśli uznał je za idiotyczne, to nie okazał tego w żaden sposób. Odwzajemniłam jego uśmiech, ciepły, chyba szczery – czując też cichą wdzięczność; i za to, że nie wytknął mi nieostrożności, i za propozycję, która właściwie była mi na rękę. Nie bałam się o siebie – może naiwnie wierząc, że nikt nieopatrznie nie pochwali się władzom pokątnie zdobytym płaszczem czy peleryną – ale widziałam, jak mocno nasza ucieczka odbiła się na moich rodzicach i nie wybaczyłabym sobie, gdybyśmy musieli opuścić dom ponownie. Zresztą – dokąd byśmy wtedy poszli? Nie chciałam się nawet nad tym zastanawiać – choć być może powinnam. – Nie wybieram się – potwierdziłam; nie miałam żadnych planów, moja praca była tutaj. – Dziękuję – dodałam, kiwając głową i wpuszczając go tylnymi drzwiami do przedpokoju, a później dalej, do kuchni. – To prawda – przytaknęłam; Cedric nie był pierwszym aurorem, którego miałam zaopatrzyć w bojową szatę – i z pewnością nie ostatnim. Uśmiechnęłam się bezwiednie na wspomnienie Samuela – i myśl o bracie uświadomiła mi coś jeszcze. – Proszę się rozgościć. I właściwie – jeśli to panu nie przeszkadza, to wystarczy Tessa – dodałam, wskazując mu jedno z kuchennych krzeseł. Był bratem mojej przyjaciółki, pracował z moim bratem i kuzynem; chociaż dzieliło nas kilka lat, nie widziałam powodu dla tworzenia sztucznego dystansu. Wojna i tak zmusiła nas do wzniesienia piętrzących się w nieskończoność barier.
Wciąż słuchałam jego słów, sięgając po rękawice i otwierając piec; odsuwając się nieco, gdy owiało mnie gorące powietrze. – Znajdę czas, to żaden problem – zapewniłam, szczerze, wyciągając metalową tackę z pieczoną rybą. O przyprawy wciąż było trudno, ale udało mi się dostać cebulę i czosnek, makrela nie pachniała więc wcale najgorzej. – Na jakiej ochronie najbardziej panu zależy? W pracowni mam trochę skór i futer, tych, które przydają się najczęściej, ale jeśli potrzebuje pan czegoś bardziej… wyspecjalizowanego, to też postaram się to zdobyć, tylko że może to zająć parę dni – wyjaśniłam, przekładając porcję ryby na dwa talerze. Resztę włożyłam z powrotem do pieca – rodzice mieli wrócić dopiero wieczorem. Obok dołożyłam jeszcze świeżo ugotowaną kaszę gryczaną i oba talerze postawiłam na stole. – Proszę. Do picia mogę zaproponować herbatę – niestety tylko ziołową – dodałam, trochę przepraszająco; nie lubiłam jej, kojarzyła mi się z ziołami, które uparcie popijała ciotka – ale mimo prób nigdzie nie udało mi się dostać czarnej, ani nawet owocowej.



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

W przeciwieństwie do Tessy nie czułem się z tymi pytaniami, koniecznością udzielania na nie odpowiedzi niezręcznie. Zdążyłem już do nich przywyknąć na długo przed wybuchem tej wojny. W naszym zawodzie panowała zasada ograniczonego zaufania - dopóki nie mieliśmy absolutnej pewności z kim rozmawiamy, że na pewno jest to drugi auror i nie jesteśmy podsłuchiwani, dopiero mogliśmy zdradzić sobie naprawdę poufne informacje. Wszyscy doskonale wiedzieliśmy, że czarnoksiężnicy w Ministerstwie Magii mieli swoje wtyki - nawet ci niepowiązani z Grindelwaldem. Wystarczyło zwrócić uwagę choćby na ród Burke, który od lat prowadził na Nokturnie czarnoksięskie interesy, a dzięki swoim wpływom i galeonom pozostawali nietykalni. Ostrożność ta, której nauczyłem się w pracy, weszła mi w krew także i w życiu prywatnym. Bywałem zbyt podejrzliwy, nieufny i zdystansowany, lecz przezorność wychodziła mi na dobre. Zwłaszcza teraz. Starałem się przyzwyczaić i nauczyć jej innych - dla ich własnego dobra.
Skinąłem tylko głową, jakby potwierdzając, że na pewno pozdrowię ciocię Sally i uśmiechnąłem się na życzenie Tessy. Było pobożne, lecz miałem gorącą nadzieję, że tak właśnie się stanie. - Dziękuję - mruknąłem jedynie, nie wiedząc co mógłbym powiedzieć więcej; nie chciałem w tej chwili rozwodzić się nad niedogodnościami wyprowadzki, tęsknotą za rodzinnym domem i ponurą wizją tego, że mogą minąć całe lata nim do niego powrócimy - o ile w ogóle. Przyszłość malowała się w coraz ciemniejszych barwach.
- Jeśli nie chce pani wysyłać listu przez sową, to ja mógłbym go przekazać. Może też... następnym razem przyszłaby ze mną, jeśli to nie problem, jeśli się dogadacie - zaproponowałem, krocząc za gospodynią; byłem właściwie pewien, że Elizabeth entuzjastycznie podejdzie do tego pomysłu. Tęskniła za ludźmi, za dawnym życiem, marniała w Oazie, choć była tam bezpieczna i miała przyjaciół. Wiedziałem jednak, że korzystała z każdej możliwości, by ją opuścić - a wolałem, żeby zrobiła to ze mną, niż sama, bądź z kimś, komu nie ufałem. Miałem tylko nadzieję, że panna Skamander nie uzna tego jako narzucanie się, może wolała ograniczyć gości ze względów bezpieczeństwa, w pełni bym to zrozumiał.
- Świetnie... To znaczy dobrze się składa, że ma pani wolne popołudnie, załatwimy sprawę i pani też na pewno będzie lżej na duchu - podsumowałem. Na miejscu Samuela nie miałbym sobie tego za złe; jeśli znajdzie luki w moich zabezpieczeniach, wzmocni je lub nałoży inne zaklęcia, może mocniejsze. Ważne, żeby do tego czasu dom nie stał otworem, zupełnie niezabezpieczony.
- Absolutnie nie przeszkadza, Tesso, mów mi proszę zatem Cedric - odparłem z uśmiechem; nie byliśmy sobie zupełnie obcy, przyjaźniła się z moją siostrą, ja pracowałem z jej bratem i - niestety - kuzynem. Byłem przywiązany do starej kindersztuby, lecz w przypadku Tessy również wydawało mi się to zbędne.
- Mogę w czymś pomóc? - upewniłem się, zasiadając za stołem, a w moje nozdrza uderzył zapach pieczonej ryby. Od razu poczułem lekki ścisk w żołądku, ślinka napłynęła do ust. - Pachnie znakomicie, Tesso - powiedziałem i nie kłamałem przy tym wcale - nawet, gdyby ryby wcale nie doprawiła, to tak wyposzczony pochłonąłbym wszystko. Teraz ta makrela pachniała niemalże świątecznie. - Bardzo dziękuję - wyrzekłem z wdzięcznością, posyłając czarownicy uśmiech, kiedy postawiła przede mną talerz. Ledwie powstrzymałem się przed tym, by nie chwycić od razu za widelec i nóż, czekałem jednak aż zajmie miejsce naprzeciwko. - Nie chciałbym sprawiać kłopotu, wystarczy szklanka wody - zapewniłem ją. Herbatę, nawet ziołową, powinna była zachować dla siebie - jej ceny windowały w górę z niebywałą szybkością, ja zaś nie chciałem nadużywać kobiecej gościnności. - Wybacz mi proszę, niewiedzę, nie jestem jednak zorientowany co do właściwości konkretnych skór, czy futer, materiałów, trudno mi więc wskazać coś szczególnego, zdaję się na twój osąd... Opowiadano mi jednak, że istnieją materiały, które są odporne na działanie niektórych zaklęć, na przykład Lamino... to czar ostrych noży, brutalne dość. Ktoś wspominał mi o czymś bardziej rozciągliwym, nie wiem jak to określić, z głębszymi... eee... kieszeniami? Kojarzysz to, czy opowiadam głupoty?
Zamilkłem i wsunąłem widelec do ust z pierwszym kęsem makreli.
- Smakuje jeszcze lepiej niż pachnie - powiedziałem z uśmiechem.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Ganek na tyłach domu Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

To żaden problem – odpowiedziałam od razu, może trochę zbyt szybko – ale trudno byłoby mi ukryć, jak bardzo ucieszyła mnie propozycja Cedrica. Może nie mówiłam o tym zbyt często, bo z reguły starałam się nie narzekać – wydawało się to niewłaściwie, gdy dookoła mnie tyle było ludzi, którzy zmagali się ze znacznie poważniejszymi problemami – ale brakowało mi bliskich przyjaciół, osób, z którymi dawniej mogłam podzielić się wszystkim, a którzy rozpierzchli się gdzieś po kraju, rozrzuceni przez wojenną zawieruchę. Mnie też zresztą było już nie tak łatwo odnaleźć, w starym domu celowo nie pozostawiliśmy żadnych wskazówek, a choć w Somerset nie byłam całkiem sama, to tęskniłam za szczerymi rozmowami, za przeszłością; istniejącą już tylko we wspomnieniach, dzielonych z ludźmi, którzy pozostawali boleśnie poza moim zasięgiem. – Chętnie was ugościmy, Lizzie mogłaby zostać cały weekend, jeśli miałaby ochotę – zaproponowałam, orientując się w międzyczasie, że nie miałam pojęcia, z jak daleką podróżą wiązały się dla Dearbornów takie odwiedziny. Nie chciałam jednak pytać, wiedza czasami bywała niebezpieczna; jeśli nie dla mnie, to dla nich. – Napiszę do niej za moment, jeśli nie ma pan nic przeciwko, żeby zaczekać. – Mogłam też zrobić to w trakcie nakładania ochronnych zaklęć – podejrzewałam, że w innym wypadku i tak tylko bym przeszkadzała, to nie było zadanie dla dwojga, a ja nie miałam wystarczającej wiedzy, żeby w jakiś sposób go wesprzeć.
Uśmiechnęłam się, kiwając głową, kiedy Cedric zgodził się na porzucenie przynajmniej części niepotrzebnych (w mojej ocenie) uprzejmości, przez krótką chwilę skupiając się głównie na podaniu przygotowanego posiłku. Prostego, ale pożywnego – tak, jak większość tego, co pojawiało się ostatnio na naszym stole. Martwiło mnie to – jeszcze nie silnie i namacalnie, w końcu żadne z nas nie głodowało, bo dzięki prowadzonej przez rodziców hodowli i niewielkiemu wkładowi ze sprzedaży szat było na stać na większość podstawowych produktów, ale nie potrafiłam powstrzymać lekkiego ścisku w żołądku, który dopadał mnie za każdym razem, gdy kierowałam spojrzenie w stronę sklepowych półek – albo kiedy pomagałam ojcu w składaniu zamówień, bez pewności czy i w jakim stanie do nas dotrą. Ukrywałam te zmartwienia za uśmiechem, powtarzając sobie w myślach, że jakoś to będzie. – Nie ma takiej potrzeby, dziękuję – odpowiedziałam na propozycję pomocy, dając Cedrikowi do zrozumienia, żeby po prostu rozsiadł się wygodnie. Słysząc komplement, posłałam mu ciepłe spojrzenie. – To stary przepis mojej babci, trochę tylko zmodyfikowany – powiedziałam, nie precyzując, że były to modyfikacje wynikające bardziej z coraz trudniejszej sytuacji niż z potrzeby oddania się kulinarnej kreatywności – nawet jeśli ta druga okazywała się z dnia na dzień coraz bardziej przydatna. – W porządku – odparłam, wyciągając z szafki dwie szklanki i dzbanek, i napełniając go wodą; ze wszystkim wróciłam do stołu, siadając po drugiej stronie. – Smacznego – powiedziałam jeszcze, zachęcając go, żeby spróbował – i samej biorąc do ręki widelec, choć bardziej skupiałam się na jego słowach niż na jedzeniu.
Nie szkodzi, wystarczy, że powiesz, czego ci potrzeba – wtrąciłam, gdy przyznał się do niewiedzy. Nie wymagałam od niego dostarczenia mi gotowego projektu, to było moje zadanie – ale w zależności od tego, jakiej ochrony potrzebował w terenie, mogłam odpowiednio dopasować krój i materiały. W reakcji na jego następne słowa pokiwałam głową, starając się powstrzymać uciekający w górę kącik ust, ale nie zdołałam tak do końca zamaskować rozbawienia. – To nie głupoty – zapewniłam go, by nie pomyślał, że śmiałam się z niego. – Jeśli zależy ci na czymś, co będzie odporne na rozcięcia, mogę wzmocnić podszewkę skórą reema – jest lekka, nie będzie krępować ruchów, ale jednocześnie będzie amortyzować uderzenia, chronić skórę przed zranieniami – wyjaśniłam, starając się brzmieć naturalnie, nawet jeśli mówienie o tym powodowało u mnie fantomowy, trudny do uzasadnienia dyskomfort, zmuszający do powrotu myślami do tamtego dnia, kiedy zostaliśmy zaatakowani. Odsunęłam od siebie ten obraz, szarpiąc pod stołem wystającą ze swetra nitkę; odnajdując w ten sposób – bezwiednie, instynktownie – drogę powrotną, prowadzącą moje myśli do tu i teraz. – Powiększenie kieszeni to nie problem – dodałam. To była częsta prośba, wiedziałam, jak istotne było posiadanie przy sobie potrzebnych eliksirów – oraz to, by w ogniu walki łatwo było po nie sięgnąć. – Wyszywam je zazwyczaj od środka wełną kudłonia, mogę doszyć je zarówno po zewnętrznej, jak i wewnętrznej stronie, w zależności od tego, jak będzie dla ciebie wygodniej – przytaknęłam, wypuszczając samotną nitkę spomiędzy palców i znów biorąc do ręki widelec. – Jeśli pozwolisz mi wziąć dzisiaj kilka podstawowych wymiarów, powinnam zdążyć przed końcem tygodnia – powiedziałam. Miałam jeszcze trochę pracy, szat, które czekały na zacerowanie – ale te, które tworzyłam dla ludzi ministra, zawsze traktowałam jako priorytet. Wiedziałam lepiej niż ktokolwiek, że każdy dzień mógł dla nich okazać się tym ostatnim.



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

Z lekkim uśmiechem pokręciłem głową, gdy Tessa wyraziła chęć napisania listu od razu, abym mógł przekazać go młodszej siostrze. To żaden problem, cisnęło mi się na usta powtórzenie jej własnych słów, bo sam to przecież zaproponowałem, że przekażę wiadomość.
- Nie śpiesz się, nałożenie zabezpieczeń trochę trwa, zdążysz napisać i trzy listy - zapewniłem czarownicę. - Gdy się człowiek śpieszy, to się czarnoksiężnik cieszy, pamiętaj - dodałem żartobliwym tonem, niby to grożąc jej palcem, gdy wspinałem się po schodkach ganka, aby wejść za nią do środka. - Lizzie na pewno będzie zachwycona tym pomysłem. Ostatnio chyba czuje się trochę... uwięziona - przyznałem szczerze, a moje ostatnie słowa zabrzmiały trochę kulawo. Nie mogłem zdradzić Tessie szczegółów, bo choć była siostrą Samuela, wysoko postawionego w zakonnej hierarchii aurora, to nie miałem pewności ile i czy w ogóle cokolwiek jej zdradził. Gdyby nie, w pełni bym to zrozumiał, bo ja znajdowałem się w podobnej sytuacji. Trzymając od tego wszystkiego Elizabeth na dystans, myślałem, że ją chronię. Tessa trochę mi ją teraz przypominała. Uprzejma, uczynna, niczym prawdziwa pani domu ugościła mnie pysznym, pachnącym znakomicie obiadem, choć wszystkich nas, szczególnie w południowo-wschodnich hrabstwach, dotknął problem ze zdobyciem podstawowych produktów. Skinąłem głową, kiedy zasugerowała, że pomoc jest zbędna i zająłem miejsce przy stole, czując zadowolenie i przyjemne, ciepłe uczucie w brzuchu - dawno już nie jadłem czegoś równie dobrego i nie poczułem się tak... swobodnie. Od ponad miesiąca. Dziwnie było mi wręcz po prostu jeść obiad w towarzystwie panny Skamander i rozmawiać o starych przepisach, ubraniach. Chyba się od tego odzwyczaiłem.
- Dobrze pielęgnować stare tradycje, ale nie i dodanie czegoś od siebie ma wielką wartość - odpowiedziałem, kiedy przyznała, że to lekko zmodyfikowany przepis babci. Smakowało bardzo domowo. - Naprawdę bardzo dobre. Muszę się zachwycić, bo sam przypalam nawet jajecznicę i spalam czajnik przy gotowaniu wody na herbatę - powiedziałem szczerze, przyznając się do własnej słabości i kompletnego braku talentu kulinarnego - nawet nie tyle talentu, co umiejętności. Właściwie to wstyd mi być powinno, że po tylu latach mieszkania w pojedynkę wszystko, co wychodziło spod mojej ręki było ledwo jadalne. Wcale nie dziwiło mnie wiecznie narzekanie Debbie na to, co miała na talerzu. Niekiedy sam wcale nie chciałem tego jeść, ale gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma. Niestety.
- Na to właściwie liczyłem... że mi doradzisz. Ty będziesz wiedziała najlepiej czego użyć - przyznałem. Przyszedłem do Tessy kompletnie nieprzygotowany. Nie znałem się na magicznych materiałach, nie wiedziałem jakie mają właściwości, dlatego umilkłem - przeżuwając rybę bardzo powoli, rozkoszując się jej smakiem - by wysłuchać propozycji czarownicy. - Samuel mówił, ze znasz się na rzeczy, nie mylił się - odpowiedziałem. A jednak słuch mnie nie mylił i rzeczywiście to, o czym słyszałem było możliwe. - Na wszystko się zgadzam. Na tę podszewkę i kieszenie z wełny... kudłonia, tak? Kudłonia. Wolałbym je po wewnętrznej stronie szaty, byłoby wygodniej - zdecydowałem po krótkim przemyśleniu. - Nie musisz się śpieszyć, nie chcę sprawić ci kłopotu. Powiedz mi lepiej czy potrzebujesz, abym rozejrzał się za tymi skórami i wełną, nie chciałbym, abyś się niepotrzebnie wychylała. Kupię wszystko co potrzebne i zapłacę, oczywiście - zapewniłem Tessę, Samuel by mi nie wybaczył, gdyby coś stało się jego młodszej siostrze przez to, że szukała materiałów na szaty dla mnie. Ale może miała je w swoich zapasach? Zawiesiłem na jej twarzy pytające spojrzenie.
Dokończyłem obiad z żalem, że się skończył, zjadłem wszystko co było na talerzu i poczułem przez moment błogi spokój. Jak to nastrój człowieka się zmienia, kiedy ma pełen żołądek...
- Oczywiście, po to przyszedłem... - odparłem, wstając z krzesła i ściągając marynarkę, bo wydawało mi się, że tak będzie łatwiej. - Powiedz mi tylko co robić. Stanąć przy oknie, rozłożyć ręce?


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec

anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Ganek na tyłach domu Hss7
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054

Powrót do góry Go down

Zaśmiałam się w reakcji na znajome powiedzenie; wychowując się u boku aurorów słyszałam je niejednokrotnie – a powtórzenie go przez Cedrica przywołało do mnie wspomnienia, ciepłe i odległe; pochodzące jeszcze z czasów, gdy czarnoksiężnicy byli dla mnie pozbawionymi twarzy postaciami ze zdawkowych opowieści wymienianych przy kuchennym stole, a nie ludźmi, którzy decydowali o losie magicznej i niemagicznej Anglii, poruszając się bezkarnie w świetle dnia i zasiadając na wysokich stanowiskach. – Gdzieś już to słyszałam – przyznałam, zerkając na Cedrica z ukosa, a zaraz potem marszcząc brwi. – Uwięziona? – powtórzyłam, spoglądając na aurora pytająco, choć właściwie – po części byłam w stanie to zrozumieć. Klaustrofobiczne poczucie tkwienia w potrzasku towarzyszyło również i mnie, bo mimo że teoretycznie nie musiałam pozostawać w jednym miejscu, to każdorazowe wychylenie się poza Somerset wiązało się w moim wypadku z koniecznością ciągłego oglądania się za siebie. Może i nie byłam poszukiwana – ale podobnie jak Lizzie, byłam siostrą aurora, a moje nazwisko kojarzyło się raczej jednoznacznie. Machnęłam ręką. – W każdym razie, proszę jej przekazać, że jest tutaj zawsze mile widziana – powiedziałam, popychając drzwi prowadzące do korytarzyka i zapraszając Cedrica do środka.
Może mi też trochę brakowało towarzystwa – odkąd przenieśliśmy się do domu dziadków, rzadko kiedy ktoś mnie odwiedzał, a jeśli już, to bardzo pobieżnie – i siedząc przy stole z Cedrikiem przez moment poczułam się normalnie. – Na pewno nie jest aż tak źle – powiedziałam, z trudem tłumiąc rozbawienie na myśl o spalonym czajniku; kącik ust drgnął mi jednak w górę, bo chociaż nie przyznałabym tego na głos, podejrzewałam, że w słowach aurora mogło kryć się więcej niż źdźbło prawdy – nie dalej jak parę dni temu Samuel pisał mi w liście o przygotowanej przez Anthony’ego rybie, która jakimś cudem okazała się mieć pióra. W porównaniu z tym, przypalona jajecznica nie brzmiała wcale tak nieprawdopodobnie.
Jeśli chodziło o magiczne szaty, to w pracowni krawieckiej czułam się znacznie pewniej niż w kuchni – więc w odpowiedzi na słowa Cedrica przytaknęłam bez zawahania; zdawałam sobie sprawę, że właściwości poszczególnych materiałów mogły być mu obce, starałam się więc jedynie określić, na jakim rodzaju ochrony mu zależało – reszta należała do mnie. Słysząc komplement, uśmiechnęłam się odruchowo. – Moja ciocia prowadziła zakład krawiecki, spędziłam u niej trochę czasu – wszystkiego, co potrafię, nauczyłam się od niej – powiedziałam. Za tą historią kryło się nieco więcej, był okres, kiedy szycie stanowiło dla mnie ucieczkę, ratunek przed szaleństwem – ale tym nie miałam zamiaru go zadręczać; to była już zresztą przeszłość, z perspektywy tego wszystkiego, co wydarzyło się później – odległa i zamknięta. – Nie ma takiej potrzeby – powiedziałam, kręcąc głową, gdy zaproponował, że kupi mi materiały; zdarzało mi się zarabiać na zamówieniach – ale zdawałam sobie sprawę z tego, ile poświęcenia wymagało od aurorów pozostanie w szeregach ministra Longbottoma. – Mam w pracowni wszystko, czego potrzebuję. Ale – dodałam po chwili zawahania – jeśli znalazłbyś wolne popołudnie, to przydałoby mi się towarzystwo kogoś zaufanego, żeby odebrać następną dostawę. Czułabym się bezpieczniej – powiedziałam, spoglądając na niego odrobinę niepewnie; miałam nadzieję, że się nie naprzykrzałam.
Kiedy się podniósł, również zsunęłam się z krzesła, z zadowoleniem zauważając, że obiad mu chyba smakował. – Świetnie. To nie potrwa długo – zapewniłam, z kieszeni długiego swetra wyciągając krawiecką taśmę. – Może być przy oknie, gdzie ci wygodniej – przytaknęłam, podchodząc do niego i rozwijając miarkę; wyznaczając najpierw długość płaszcza, a później sprawdzając szerokość w klatce piersiowej i długość rękawów. – Możesz już opuścić ręce – powiedziałam, żeby zmierzyć jeszcze szerokość w barkach. Z jednej z szuflad wyciągnęłam kawałek pergaminu, który niedługo później pokrył się rzędem cyfr.
Myślę, że mam wszystko – potwierdziłam po paru minutach, przesuwając jeszcze palcem wzdłuż liczb. – Wyślę ci list, jak tylko płaszcz będzie gotowy – zapewniłam go jeszcze; taśma, zaczarowana, zwinęła się sama, kiedy tylko skończyłam, schowałam ją więc z powrotem do kieszeni. – Będę ci potrzebna na zewnątrz? – zapytałam, mając na myśli kwestię zabezpieczeń – ale zanim zdążył mi odpowiedzieć, dodałam: – Zresztą, w razie czego będę tutaj, w kuchni, pójdę tylko na górę po pióro i pergamin – powiedziałam z uśmiechem. Chyba wiedziałam już, od czego zacznę list do Lizzie.

| zt x2 :pwease:



she's still here fighting
better know there's life in her yet
{...........................}
Tessa Skamander
Tessa Skamander
Zawód : opiekuję się aetonanami i tworzę magiczne szaty
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

wild hearts
don't break;
they burn

OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 5
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9273-tessa-skamander-buduje https://www.morsmordre.net/t9348-chaos#284283 https://www.morsmordre.net/t9341-tessa https://www.morsmordre.net/f321-somerset-okolice-exford https://www.morsmordre.net/t9350-skrytka-bankowa-nr-2158 https://www.morsmordre.net/t9349-tessa-skamander

Powrót do góry Go down

Ganek na tyłach domu

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach