Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Kościół na wzgórzu
AutorWiadomość
Kościół na wzgórzu [odnośnik]09.02.21 12:18
First topic message reminder :

Kościół na wzgórzu

Na wzgórzu, nieopodal trzech wiosek znajduje się maleńki kościółek, skromny, zaniedbany, bardzo niepozorny. Okoliczni mieszkańcy jednak dobrze znają to miejsce i kapłanów, którzy opiekują się świątynią. Od lat te same twarze i te same słowa docierające do wiernych prosto ze skromnego ołtarza. Z zewnątrz kamienna budowla wydaje się opuszczona, wewnątrz jednak wciąż znaleźć można modlących się. Pieśń ze wzgórza niesie się aż do oddalonych domów. Za kościołem znajduje się również niewielki cmentarz otoczony kruszącym się ogrodzeniem, ale od dawna już nikogo tam nie chowano. Wyryte na nagrobkach daty wskazują na zeszłe stulecie. Zdaje się, że to miejsce ma już za sobą swoje najpiękniejsza lata, choć wciąż odbywają się tam uroczystości. Przez popękane witraże niezmiennie przemyka światło rozpalane pod starym dachem, z nadzieją i w oddaniu.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kościół na wzgórzu - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kościół na wzgórzu [odnośnik]18.09.21 0:03
Nie.
W głowie Silasa głos był ostry i zimny, przypominał otaczające ich powietrze, które nadal wżerało się w odkrytą skórę. Bolało podobnie - tysiące małych igieł przebijających warstwę cienką niczym kartka, zniszczoną przez brak snu. Mógłby przysiąc, że czuł jak wolno płyną w jego żyłach, jak z każdym oddechem zbliżają się do serca.
Po porostu leżysz. Silas zamknął oczy, na moment jedynie, pragnąc poczuć to, o czym mówił Michael. Świat oddalający się od ciebie powoli, rozmazujące się krawędzie, błoga nicość w ciele, błoga nicość wokół - tylko cichnące bicie własnego serca. Czy mężczyzna przeżył to na własnej skórze? Szybka reakcja, wyciągnięta przed siebie różdżka - bardziej niż prawdopodobne. Ale żył, prawda? Przynajmniej większość jego żyła.
- Pamiętam to inaczej - słowa zabrzmiały słabo lecz niepokojąco beztrosko. Pamiętał nie tylko inaczej, pamiętał też świetnie. Jego śmierć była przecież inna, była wolna i metodyczna niczym serie małych dźgnięć, trwała dniami spędzonymi w zimnych ścianach opuszczonych budynków, nocami ułożonymi wzdłuż ślepych uliczek. Jego śmierć nie miała prawa dawać wytchnienia od walki i od bólu, bo jego śmierć była pierwszą taką walką i bólem w jego życiu. Dlatego kiedy siedział tak pod zimną ścianą, trzęsąc się z gorączki, nie mógł poczuć ulgi, którą czuł Michael. Mógł tylko płakać płaczem samotnego dziecka, wzywać imię martwej matki i modlić się do świętych, w których nie wierzył.
Nosił w sobie tamte drobne blizny i czuł jak pieką, kiedy patrzył tak w twarz Tonksa, kolejny raz zbyt nachalnie. Namaluję cię. Namaluję twoje blizny, bo musisz mieć ich tysiące i ten smutek w oczach. Widać go nawet kiedy jesteś taki śmiały i tak pewnie podnosisz podbródek. Zimny żołnierz gotów zapewnić, że nie zostawi mnie na mrozie. Silas kiwnął jedynie głową jakby chciał dać znać, że wierzy. Zakon był nadzieją, a nadziei trzeba było ufać, choćby niechętnie.
Nie chciał już niczego, wzrok wędrował w stronę kościoła, a jednak nie chciał żeby mężczyzna odchodził. Jakaś część jego nie uważała, by rozmowa była skończona. Dlatego mówił, dlatego słuchał - brzmienia zaklęcia, szybkich sprzeciwów. Myślał o Szkocji i schowanym na jej północy miasteczku częściej niż myślał o sobie. Chciał wiedzieć czy wciąż tam jest i jak długo jeszcze będzie, i czy o tej wojnie mieszkańcy też słuchają w radiu w pubie. Czy resztki jego wspomnień są bezpieczne.
Nie. Nie chciał widzieć jak płoną.
- Jeszcze - pociągnął jedynie, zdobiąc słowo głębokim westchnieniem. - Mam więcej niż mugolskie korzenie, mugole mnie wychowali - dodał ciszej i szybko pożałował, ze nie ugryzł się w język. A jednak mówili dalej, snuł historię o kościele w Shandwick, o mugolskiej wojnie, a potem słuchał Michaela, spijając każde jego słowo, uważnie przekręcając je w głowie.
- Chciała wam dać iluzję normalności - skomentował, ale ton wybrzmiał pytaniem. Może wiedziała już wtedy jakie krzywdy potrafi wyrządzić magia. Uniósł lekko podbródek i zaśmiał się krótko, nieco gorzko, słysząc jego kolejną historię. Bezpieczny w Biurze Aurorów, przy najbliższych, a i jego w końcu dopadła wojna. Nie ta zrzucająca bomby na miasta, ale równie okrutna i równie bezsensowna. - Kiedy skończyła się wojna, byłem dzieciakiem w Hogwarcie. Wróciłem do domu latem, a w miasteczku nadal była bieda. Chyba nie zauważyłem kiedy dobiegła końca tamta tragedia i zaczęła się ta - opowiadał leniwie, a głos zadrżał przy ostatnich słowach.
I wtedy padła rękawiczka. Zaskoczenie na twarzy mężczyzny można było docisnąć na trzymanym w kieszeni szkicowniku. Przez ten krótki moment Silas widział zmianę w tych zimnych oczach - topniejący lód. Sam chyba też się zdziwił, choć starał się nie dać tego po sobie poznać. A wiec zabrał mu coś co nie było jedynie przedmiotem. Zabrał mu wspomnienie, pamiątkę, fragment czegoś większego i ważniejszego. Silas Macaulay - wiejski chłopak wyrzucony na ulicę, kieszonkowiec i złośliwa żmija - poczuł jak wyrzuty sumienia wypalają mu żołądek.
- Twoja matka - powtórzył za nim, a oczy wróciły do jego twarzy. - Ja... Byłem chyba zły, wezwaliście mnie na to przesłuchanie, a ja...Chciałem tylko coś zabrać. Cokolwiek. Akurat miałeś w kieszeni - ton miał łagodny, brwi ściągnęły się lekko. Nie miał pojęcia czy Tonks zauważył, że zniknęła. - Zatrzymałem ją, wszystko zatrzymuje. I oddam, naprawdę oddam - odchrząknął, chcąc ukryć załamanie w głosie. - Wiem jak to jest. Po swojej miałem tylko talię tarota i musiałem...Musiałem ją sprzedać. Nie powinno się zostawiać wspomnień na ulicy. - Dlatego oddam Oddam oddam. Przysięgam.






the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: Kościół na wzgórzu [odnośnik]18.09.21 21:01
Drgnął lekko, gdy pamięć rozmówcy poruszyła w nim niezdrową ciekawość, niepożądane współczucie, niepowstrzymaną chęć zadania zbyt osobistych pytań. Jak to pamiętasz, jak to jest umierać? Przeżyłem to tylko raz, a muszę się liczyć z tym, że...
Na (nie?)szczęście przerwał im złodziejski żebrak albo żebraczy złodziej, a moment minął. Wspomnienie przenikliwego zimna rozmyło się, zupełnie jak norweskie gwiazdy przed oczyma nowonarodzonego wilkołaka i umierającego aurora. Znów trzeba było skupić się na rzeczach praktycznych, bo śmierć nadejdzie przecież sama. Zbierała już przecież swoje żniwo, kawałek po kawałku.
Mimo wszystko, słowa Silasa nadal dźwięczały mu w głowie - nawet po tym, gdy złodziej już dawno zniknął na horyzoncie, broń została zawieszona, a oni stali pod względnie bezpiecznym kościołem. Prędko odwrócił wzrok, bo i sam Szkot patrzył na niego zbyt przenikliwie, zbyt natarczywie.
Nie chcę twojego współczucia ani, co gorsza, zrozumienia. To zbyt piękne dary, by ich utrata potem nie bolała, a zbyt wielu ludzi już pokładało we mnie wiarę i ją straciło. Lepiej wierzyć w idee, w pieśń Feniksa - one nie mogą rozczarować, nie powinny.
-Mnie też wychowali, ale to pewnie wiesz z plakatów. - uśmiechnął się słabo. Ojciec, nauczyciele, koledzy - szlama Michael Tonks wyrastał w mugolskim świecie, a jego mama czarodziejka sprawiała idealne pozory, że też do niego należy.
Iluzja normalności? Nie myślał o tym w ten sposób, ale przytaknął.
-Mhm. Była mugolaczką. - była. Boleśnie mówić o niej w czasie przeszłym, ale zdążył już się trochę przyzwyczaić. Też musiała doświadczyć na własnej skórze szykanów i obelg i obcości, ale nie rozmawiała o tym z synem dopóki nie poszedł do Hogwartu. Wtedy był zbyt dumnym i durnym nastolatkiem, by porozmawiać z nią szczerze, wtedy miał jej za złe te tajemnice. Dopiero teraz rozumiał, że chciała ich wszystkich chronić. Nie wiedziała przecież, że nadejdzie wojna i że wszyscy poza najmłodszą siostrą odkryją w sobie magię, a łatwiej jest być mugolem w swoim świecie niż mieszańcem w niczyim.
Przynajmniej zdążył zaznać trochę beztroski i szczęścia, pomiędzy wojnami. Silas, najwyraźniej, nie.
-Zaznałeś więc kiedyś własnej iluzji normalności? - zapytał cicho. Każdy przecież zasługiwał na chwilę zapomnienia - o ile potrafił jej całkowicie nie spieprzyć, jak Michael Tonks.
Gdy już otrząsnął się z przedziwnej mieszanki nadziei, tęsknoty i zaskoczenia, bez trudu zauważył, że i jego rozmówca zrzucił kolejną ze swoich masek. Szyderczy uśmiech powoli znikał z jego twarzy w trakcie całej konwersacji, ale wreszcie Szkot wyzbył się i tego ostatniego cienia złośliwości - i nagle nie wyglądał już jak arogancki złodziejaszek, a jak zagubiony chłopak, dzieciak właściwie. Zająknął się nawet tak, jak na samym początku aresztowania, zanim odzyskał język w gębie, rezon i bezczelność.
Tym razem to Mike nagle pożałował. Może był dla niego zbyt surowy. Niekoniecznie teraz, gdy musiał dbać o swoją wartą worek galeonów skórę - ale wtedy, na pewno.
-Daj spokój. - wzruszył ramionami, porzucając wreszcie ton gliniarza. Teraz zabrzmiał zaskakująco ciepło, jakby łagodnie uspokajał kursanta, któremu znowu coś nie wyszło sparingu. -Ja... - nie wiedział, czy też powinien się tłumaczyć, ale nie wszyscy aurorzy są tacy, ja nie byłem taki -...zawsze zajmowałem się poważniejszymi podejrzeniami. Byłeś moją pierwszą sprawą po powrocie do Biura z... - palce odruchowo muskały już lewy bark, jak zawsze, gdy blizny piekły fantomowym bólem, ale Michael powstrzymał się w połowie gestu, wpół zdania. -Po wypadku przy pracy. - poprawił się szybko i odwrócił wzrok.
Zacisnął lekko szczękę. Nadal pamiętał swoją złość, gdy złodziejaszek uciekł mu sprzed nosa i gdy zorientował się, co utracił. Tamte emocje nadal się w nim tliły, nadal chciał odzyskać zgubę, ale...
-Mam drugą. Rękawiczkę. - ...ale już nie mógł go potępiać, bo przez ostatnie pół roku stał się dokładnie taki sam. Pamiętał czarną sakiewkę w gwiazdy, którą zabrał tylko dlatego, by zatrzeć ślady po szpiegowaniu w okolicach rządowego budynku, która okazała się czyjąś pamiątką po zmarłym bracie. Pamiętał jego równie czarne oczy i... Nieważne, pamiętał też, że pragnął przecież tamtej kradzieży, pieniędzy, jedzenia, że wtedy tłumaczył się zakonnymi pobudkami, ale wiedział już, czym jest pusty żołądek. Tamten auror, który aresztował wtedy Silasa, wiedział zaskakująco mało. -I już wiem, jak to jest kraść. - wzruszył lekko ramionami. Ten prawie nieznajomy był drugą osobą, której to przyznawał, ale kto lepiej zrozumie złodzieja niż inny kieszonkowiec?
Zresztą, to nie tak jakby okazjonalna kradzież była gorsza od wszystkich innych zarzutów, jakie postawi rebeliantowi prawo. Zaskakująco łatwo było stracić kompas moralny, gdy nie miało się już nic innego do stracenia.
-Wszystko zatrzymujesz, a musiałeś sprzedać pamiątkę po mamie? - zapytał, marszcząc lekko brwi. Nie bądź głupi, sprzedaj i resztę.
Chyba w głębi serca nie wierzył, że Silas odda mu tą rękawiczkę.
Zapatrzył się gdzieś w przestrzeń, na wieżę kościoła
-Zabili ją dwa miesiące przed naszym spotkaniem. W Ministerstwie, podczas przesłuchań mugolaków. Pracowała tam całe życie, jako urzędniczka. - i tak się odwdzięczyli, pomyślał z goryczą, ślepy na inne oczywiste i bolesne analogie.
Na przykład na fakt, że w kilka tygodni po wysłaniu go do na niemalże samobójczą misję do Azkabanu, własny przełożony zdawał się mieć pretensje o psychologiczne skutki uboczne. Michael ufał mu zbyt ślepo, by dostrzec w tym cokolwiek niepokojącego.
-To... czym jest przy tym rękawiczka? - wzruszył lekko ramionami, powracając spojrzeniem do Silasa. To nie twoja wina.











You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Kościół na wzgórzu - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Kościół na wzgórzu [odnośnik]21.09.21 0:49
Wychowali go mugole, tak jak wychowali Silasa. Ślad smutnego uśmiechu na moment ozdobił podłużną twarz i mógłby przysiąc, iż jakoś cieplej zrobiło mu się na sercu. Zawsze przecież czuł się tak bliski mugolskiego świata, nierzadko miał wrażenie, że to tam właśnie powinien znaleźć dom. Nie było dla niego miejsca wśród czarodziei, nawet jeżeli magia tak znacząco odbijała się na jego życiu, pulsowała w długiej, hebanowej różdżce, którą nosił przy sobie niczym broń i dawała cząstki życia jego obrazom, gdy cienie przesuwały się po nich nocami. A jednak to mugole go wychowali, to oni nauczyli go żyć, trzymać sztućce i pędzel, stawiać litery na papierze i uciekać przed niebezpieczeństwami. Wiedział - nie, był pewien! - że za ich bezpieczeństwo był gotów umierać. W końcu jego życie było niewielkie i porozrywane na kawałki - te które zostały zawdzięczał im właśnie. Ludziom z miasteczka, człowiekowi, który zabrał go z ulicy. Swojej matce.
Wspomnienie zabolało, a kiedy doszły do niego kolejne słowa Tonksa, ożyło nagle przed jego oczami, przyprawiając o mdłości. Jego pełna nadziei, młoda twarz pędząca do rodzinnego domu, by powiedzieć jej, że czeka ich lepsze życie. Ruiny chatki, czarna dziura w ich lesie. Glowa była taka ciężka, mróz wżarł się głębiej - przez płaszcz, mięsnie, kości, do serca. Śmierdzi spalenizną, czemu wciąż śmierdzi spalenizną? Miał wrażenie, że szare niebo zza chmur znów wyciąga ku niemu pazury, a kiedy chciał uciec wzrokiem, ziemia zadrgała ostrzegawczo. Zacisnął zęby, próbując odgonić nadchodzącą falę lęku, pragnąc uciszyć te cholerne kreatury ze swojej głowy. Ze swoich obrazów.
- Moja też - wydusił słabo, czując jak twarz bladnie. A jednak wygrał, palce które ściskały jego ramię odpuściły, a zaciśnięte płuca znów pozwoliły oddychać. Panika wisiała and nim ciężko, ale na razie pozwalała mu żyć, jakby hodowała go jeszcze nim w końcu pożre go w całości. - Ale mówili o niej, ze jest czarownicą, w moim miasteczku. - mówił dalej, przekonany, że uda mu się uspokoić, gdy tylko wsłucha się w swój własny głos. Zdołał nawet kolejny raz się uśmiechnąć i sam siebie zaskoczył tym momentem szczerego uśmiechu, który choć wysłał w przestrzeń, bez wątpienia kierował ku rozmówcy.
Nie mógł pozbyć się wrażenia, że mężczyzna patrzy na niego trochę inaczej. Jego oczy złagodniały i twarz wydała się przyjemniejsza. Przystojna w ten klasyczny, chłodny sposób, ale Silas po krótkim badawczym spojrzeniu był w stanie dostrzec w niej dobro. Kryło się pod powiekami, u nasady jasnych włosów, w zaciśniętych ustach. Nie byłby w stanie tego namalować. Umiał dawać życie tylko rzeczom koszmarnym, te piękne nadal uciekały z jego płócien w panice.
- Nie wiem - przyznał całkowicie szczerze, kiedy padło jego pytanie. Normalność, nie miał pojęcia czym była. - Czasem w Hogwarcie, jako nastolatek. Byłem straszną szują, ale dobrze się bawiłem - Krótki, slaby śmiech wyrwał się z zaciśniętego gardła.
Coś we wspomnieniu tamtego przesłuchania wywoływało w nim złość i rozbawianie jednocześnie. Był taki zaskoczony, taki niepewny i na początku ręce trzęsły mu się jak szalone. Zagłodzony chłopak w za dużych ubraniach, z gniewem w podkrążonych oczach. A tamten mężczyzna- tamten Auror, który teraz nie przypominał Michaela Tonksa - był poważny, surowy i taki porządny. Jak od linijki. Ktoś taki mógł się nim co najwyżej brzydzić. Nic wiec dziwnego, iż Silas rzucił mu zaskoczone spojrzenie, gdy ten wspomniał o wypadku.  
- To były głupie plotki - wyrzucił z siebie pośpiesznie, w głowie karcąc się za to, iż zachowuje się jakby znowu był na przesłuchaniu. - Mówili tak o mnie, to znaczy, mówią dalej. Nawet nie wiesz ile głupich rzeczy...czarna magia, nekromancja, podobno zbieram kości i rozkopuję groby - głos wybrzmiał rozbawieniem, szczerym i niezłośliwym. - To nieprawda. Wtedy byłem tylko przestraszonym gówniarzem - prychnął. Jestem nim dalej, choć teraz mam gdzie spać i co jeść. Zazwyczaj. - A ty wydawałeś się taki ważny. Nie znosiłem tej myśli, byłem wściekły na świat, to wszystko. Głupie. - Głupie. Nigdy nie przestałem taki być i wiem, ze to widzisz. Od samego początku widziałeś, że nie jestem warty złamanego sykla.
Wszyscy to widzą.

Jeszcze jeden uśmiech, ich częstotliwość przestałą go dziwić. Wiec wiedział już jak to jest kraść (uczymy się tego, gdy przychodzi potrzeba) i nadal miał drugą rękawiczkę. Fala ulgi była chłodna, ale przyjemna. Na moment Silas miał ochotę przestać się biczować - na moment tylko.
- Zatrzymuję drobiazgi. Rękawiczki bez pary, tanią biżuterię, metalowe papierośnice - wymieniał spokojnie, ponownie wracając do niego wzrokiem. - Książki, lubię zostawiać książki. - Wzruszył lekko ramionami. Przyglądał się profilowi Tonksa wpatrzonego w dal. - Teraz mnie na to stać, no wiesz, na takie pierdoły. Wtedy nawet stara talia tarota była zbyt wartościowa. Nie ochroniła mnie przed życiem na ulicy, ale może dała mi dodatkowy dzień... - istnienia, życia, bycia po prostu. Westchnął cicho.
Znów zabolało. Pracowała jako urzędniczka, a oni po prostu ją zabili. Twarz Silasa wykrzywiła, brwi ściągnęły i gniew błysnął w jasnych oczach. Dlatego Michael tu był i dlatego Silas nigdy by go nie wydał, choćby miał ponownie sczeznąć chory na ulicy. Mogliby go torturować, mogliby mu odciąć palce, jeden po drugim i trzymać go na różdżce z ostrym Crucio na ustach tak długo, że w końcu zostałaby z niego tylko skorupa w katatonii. Żałowałby jedynie, że martwy nie mógłby usłyszeć trzasku skręcanego karku szmalcownika ni dostrzec głowy Ministra turlającej się między nogami mieszkańców Londynu.
- W ministerstwie... - powtórzył za nim, jakby nie dowierzał, choć na twarzy jasno malowało się zrozumienie. Wierzył w to bardziej niż w cokolwiek innego. W okrucieństwo nigdy nie przestawał wierzyć. Ciężkie milczenie narastało między nimi, ale nie wynikało z niezręczności. Silas zbierał myśli, a zazwyczaj miał ich za dużo. - Michael - odezwał się w końcu, twardo wypowiadając jego imię, znane mu z listo gończych. - Wiem, że masz mnie za żmiję z ulicy, nie ma w tym wiele kłamstwa, ale ja...Chcę po prostu żebyś wiedział, że jeżeli jest coś co mogę... - przerwał, czując jak ciepło wstępuje na policzki i jak niesamowicie głupio mu się robi. Sam już nie wiedział o czym mówił. - Gdybym mógł pomóc, tobie pomóc, komukolwiek, po prostu...powiedz - wydusił.
Wiem, że nie mogę.
Ale jestem.




the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: Kościół na wzgórzu [odnośnik]21.09.21 19:29
Przeważnie to Michael mroził ludzi chłodnym, przenikliwym spojrzeniem - przynajmniej w pracy, gdy wchodził w wyuczoną rolę surowego aurora, gdy każda rozmowa była potencjalnym przesłuchaniem. Spostrzegawczy i surowy, próbował mieć na oku ich ręce i wychwycić każdy nerwowy tik na twarzy, świadom, że od jego oceny zależy bezpieczeństwo wszystkich wkoło. W Norwegii, na przykład, tragicznie się pomylił.
Tym razem, co zdarzało się rzadko, Silas wpatrywał się w niego równie natarczywie. Jakby też chciał przejrzeć go na wylot, zedrzeć z twarzy maskę - choć w przypadku Tonksa była to raczej zbroja. Dopiero, gdy spojrzenie młodzieńca na moment stało się nieobecne, gdy kontaktu wzrokowego zabrakło - dopiero wtedy Michael uświadomił sobie, jak intensywna była jasna zieleń jego wzroku.
Próbujesz znaleźć upiorne natchnienie do swoich obrazów, czy skorzystać z okazji i przejrzeć "sławę" z plakatów? - przemknęło mu przez myśl, choć przeczuwał przecież, że chodziło o coś jeszcze innego. Przynajmniej czuł się widziany.
Sam nadal przyglądał się Silasowi, wychwytując drżące powieki i zaciśnięte zęby.
Widział i wiedział jak to jest, gdy człowieka ścigały demony. Ciebie też?
Słowa o matce, z pozoru niewiele znaczące, przebudziły jednocześnie współczucie i podejrzliwość.
-...nie miała tam...nieprzyjemności? - zapytał cicho, ostrożnie. Choć jakaś jego część chciała odwzajemnić uśmiech, tak szczery i ciepły, to najpierw musiał pozbyć się chłodnych podejrzeń, strasznych i smutnych zarazem.
Niegdyś myślał, że jego matka nie czarowała dlatego, by ich chronić. Dopiero potem, w Hogwarcie, zaczął czytać o płonących stosach i zastanawiać się, czy chroniła też siebie. To się już nie zdarzało, Kodeks Tajności spełniał swoją rolę, a w wielkiej stolicy nikt nie miał czasu na przesądy. Co jednak działo się w małych miasteczkach, na szkockiej prowincji...? Choć był gotów zginąć za mugoli, nie wypierał incydentów i historii nietolerancji, która niewątpliwie miała miejsce. Nie była żadnym powodem ani usprawiedliwieniem do bezmyślnej rzezi bezbronnych, kobiet i dzieci, urządzanej przez popleczników Czarnego Pana. Rozumiał jednak, że jeden incydent mógł pchnąć jedną osobę do osobistej wendetty i zawiesił na Silasie badawcze spojrzenie. Po chwili wzrok złagodniał, bo Szkot otwierał się coraz bardziej i wydawał się mówić szczerze. Fałszoskop w kieszeni płaszcza aurora milczał zresztą w ciągu ich całej rozmowy.
-Gryffindor? Też się tam dobrze bawiłem. - odgadł pogodniej. Złośliwość nie leżała w naturze Puchonów, na Krukona brunet nie wyglądał, a w Slytherinie nie wytrzymałby nikt wychowany przez mugoli.
Wychwycił zaskoczenie, a potem - a przynajmniej tak mu się zdawało - wychwycił również emocję, którą Silas starał się zamaskować rozbawieniem.
Smutny uśmiech, wzruszenie ramion. Pracował na ulicach zbyt długo, by osądzać biedotę. Podejrzenia to jedno, szczególnie gdy wśród brudnych zaułków kryli się czarnoksiężnicy, ale pogarda to co innego. Szczególnie, gdy...
-Wiem, jak to jest. - przerwał spontanicznie, zanim zdążył ugryźć się w język lub zdać sobie sprawę, że bez kontekstu likantropii jego słowa nie mają najmniejszego sensu. -Ludzie potrafią zmyślić najokrutniejsze plotki. - dodał ciszej.
Mieć cię za potwora tak długo, że aż zaczynasz im wierzyć - albo lękasz się, że w s z y s c y wkoło podzielają tą opinię.
-Przecież wiem, że to nieprawda. Sprawdzałem. Mollus nie wykryje tylko rozkopywania grobów. - zapewnił szybko, uśmiechając się blado.
Można by niemal pomyśleć, że chyba właśnie żartował.
Słuchał, uważnie. Głód nadal ściskał mu żołądek, ale docierało do niego, że zawsze miał gdzie spać.
-Znalazłeś kupców na te swoje obrazy? - zapytał z ciekawości, uświadamiając sobie, że nigdy ich nie widział. Tylko słyszał, z raportu spisanego po zeznaniach oburzonej donosicielki, że są ohydne.
Pewnie się myliła, jak w innych kwestiach.
-Matka... zdążyła ci coś wywróżyć, tym tarotem? Nigdy nie wierzyłem w takie rzeczy, nawet świadom istnienia jasnowidzów, mugolska szkoła nauczyła mnie sceptycyzmu, ale... w październiku ktoś postawił mi karty, które się sprawdziły. - "Będziesz pił, będziesz ulegał pokusom, zabraknie równowagi w twoim życiu, a tłumione przez tak długo emocje… nie igraj z ogniem." - ostrzegał francuski wróżbita z Doliny Godryka, a choć Michael pragnął go posłuchać, to Fenrir wszedł w sam środek pożaru. Poparzenia na sercu nadal bolały.
Od tamtej pory nie rozmawiał z nikim o kartach, a chyba podświadomie pragnął się przekonać, czy kogoś innego wróżba też potrafi tak przerazić.
W ministerstwie - czy mu się zdawało, czy w głosie Szkota pobrzmiało niedowierzanie?
-Jako jedną z pierwszych, ale przecież nie ją jedyną. - spojrzał mu głęboko w oczy, znacząco. Masz mugolską krew, musisz wiedzieć, że tacy jak ty stamtąd nie wracają.
A potem nie cofnął wzroku, choć miał taką ochotę, choć na twarz chłopaka wstąpiły dziwne rumieńce, niemalże chorobliwe.
-Silas. - zaprotestował odruchowo, nie mam cię za żmiję, nie narażaj się, przemyśl to, co właśnie zasugerowałeś. Może wydaje ci się, że nie masz wiele, ale wciąż masz względną anonimowość. Życie. Zdrowie. Przyszłość i nadzieję, bo pewnie jesteś o wiele normalniejszy ode mnie i nie zdążyłeś jeszcze zbyt wiele zepsuć.
Mimo wszystko, oferta była zbyt szczera, zbyt poważna, zbyt wiele go kosztowała - widział to przecież na pierwszy rzut oka - by ot, tak ją zbywać.
-Dziękuję. - ostatnia maska opadła, odezwał się miękko i ciepło, jak do kolegi, a nie podejrzanego. -Jeśli jesteśmy żmijami, to obydwoje. - wzruszył lekko ramionami.
Nie zaufa mu całkowicie ani go nie narazi, nie przy pierwszym spotkaniu, ale...
-Zatem znasz ulice, skoro na nich spałeś. Ja... nie mogę już bywać w Londynie. Jeśli trzeba by kiedyś pomóc komuś niewinnemu - cyrkowa tancerka, moje oczy i uszy, uwikłana w pieśń Feniksa o czym ci nie powiem bo łatwiej wierzyć w jej niewinność, a tak bezbronna zarazem -i bardzo upartemu... wskazałbyś tej osobie drogę? - mógłby mówić dalej, tak wiele osób potrzebowało pomocy. Mugolacy ukryci w Dziurawym Kotle i inni, którzy nie zdążyli się ewakuować. Ale dwójka osób nie zdoła uratować wszystkich, a Michael w pierwszej kolejności chciał zadbać o dziewczynę, dla której miał być jak ojciec, a którą na jej własne życzenie posłał w oko cyklonu.
Będzie musiał żyć z tym ciężarem, a jej kłopoty już nawiedzały go w koszmarach.
Oderwał wzrok od Silasa, taktownie dając mu czas do namysłu.
-Sprawdzę ten kościół. - wymamrotał, po to tu przecież był. Carpiene nic nie wykazało, więc Tonks otworzył drzwi szybkim Alohomora i...
...zapach spalenizny uderzył w nozdrza jeszcze intensywniej. Mike łudził się, że tylko wilkołacze podniebienie wychwyci w nim dawny cień palonego ciała, kilkumiesięczny i nie w pełni wywietrzały zapach śmierci.
Nie wiedział, że i Silas zna ten zapach z własnych wspomnień i koszmarów.
-Nie wchodź. - wydusił, gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności i gdy zobaczył na kamiennej posadzce ludzkie kości, wśród popiołów.
Cofnął się o krok, podświadomie usiłując odgrodzić chłopaka od strasznego widoku.
Nawet nie było kogo, czego pochować. Nie mógł już im pomóc. Zacisnął palce na różdżce, może jakieś zaklęcie zamknie te wrota na zawsze - tak jakby magia mogła zagwarantować im wieczny spokój.





You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Kościół na wzgórzu - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Kościół na wzgórzu [odnośnik]29.09.21 20:28
Nic z tych rzeczy.
Silas nie szukał inspiracji, nie zaspokajał zainteresowania - Silas wołał o pomoc. Choć niemo, choć sam nie zdawał sobie z tego sprawy, uczepiał się twarzy Michaela Tonksa z cichą, podskórną desperacją. Szukał w niej zrozumienia, a im ciaśniej otulała go tańcząca w powietrzu panika, tym głośniej jasne, zielone oczy wołały o oparcie. Tylko jak i po co? Jak ten mężczyzna mógłby mu pomóc, skoro sam Silas od kilka lat nie wiedział czego potrzebuje i o co mógłby prosić.
Może tylko o to, żeby zapamiętał jego imię, jego nazwisko. Nie chciał wciąż być Zjawą, nie chciał być Malarzem Koszmarów - chciał być człowiekiem, nawet jeżeli bycie człowiekiem oznaczało bolesną śmiertelność.
Był szczery. Przestał okłamywać Tonksa i sam nie był pewien, w którym momencie to się stało. Kłamstwo było prz3ecież częścią jego, ale gdy stal tak blisko tego mężczyzny, umiał zmusić się jedynie do prawdomówności. Jakby oszustwo nie miało sensu, jakby przegrywało w ciągłej, wewnętrznej kalkulacji zysków i strat - chciał mówić prawdę, patrząc mu w oczy i oczekiwać jego reakcji. Widzieć delikatnie odbicia emocji, zmarszczki na równo ciosanej, jasnej twarzy.
- Miała- przytaknął więc bez chwili namysłu. W Shandwick matka była wiedźmą, która nie chodziła do kościoła i samotną wdową z dziwnym dzieckiem. Prowincja otoczyła ją masa plotek i okrutnych słów, a wiele ludzi w miasteczku odsuwało ich od siebie, jakby ten mały, biedny domek pod lasem był jedynym miejscem dla takich jak oni. Bo tacy jak oni nie byli częścią ich życia - byli niewygodną rysą na tle dobrze zorganizowanej, pobożnej społeczności pełnej ludzi, którzy unikali inności, bo tak śmiertelnie się jej bali. Szeptali za ich plecami, dzieci wytykały go palcami, matce odmawiano usług i wsparcia, a on wiedział, ze gdyby nie tamten staruszek, który trzymał Davinię jako swoją gosposię, nie przeżyliby wojny. I czasem, gdy ciemna noc wisiała nad głową, a smutek szczelnie zaciskał palce na gardle, Silas zastanawiał się, czy to świeca spaliła rodzinny dom z matką zamkniętą w środku. Zawsze gasiła je na noc i nie zamykała drzwi. Czemu uciekła?
Wiedźmy łatwo płoną - pluło jadem miasteczko - wystarczy kilka iskier.
Czuł, ze traci panowanie nad językiem, jakby wypił za dużo whisky. Spojrzenie Michaela było ciężkie, ale przyjemne i Silas nie chciał się mu opierać - otwierał się posłusznie, osłabiony dodatkowo twardą pięścią swojego lęku, który teraz znów się wycofał, ale on wiedział, że wróci. Czuł jego smród, jego pazury na swoim karku.
- Skąd wiedziałeś? - wyrwało mu się, gdy wspomniał o Gryffindorze, ale gdy tylko pytanie padło, Macaulay zdał sobie sprawę z tego jak głupie było. Prychnął sam do siebie cichym śmiechem. Nie było trudno się domyślić, był w końcu wygadany i butny, od wejścia gotowy na skok do gardła. - No tak, nie musisz odpowiadać... - Swój pozna swojego. Gryfoni mieli zdolność do znajdywania się wzajemnie choćby na końcu świata.
A potem pękł. Nie wiedział jak do tego doszło, ale emocje zlały go gwałtownie - nagłe i gorące, paliły tkanki do żywego, a Silas chciał krzyczeć, tłumaczyć, płakać i padać Tonksowi do stóp, na kolana. Mówił i mówił, a słowa przelatywały przez niego, jak przez palce i nim sie zorientował, Michael mówił także. Głupie plotki. Śledziły go do kiedy wstał na nogi na londyńskich ulicach i zaczął sam dbać o własne przetrwanie. Ręce złodzieja, twardy akcent i złośliwe usposobienie - nauczył się odsłaniać zęby, by odstraszać wściekłe psy. Ale wściekłe psy lubiły szczekać i warczeć, a gdy ich głosy odbijały się od ścian miasta, z murów wyjść mógł ktoś taki jak tamta kobieta - ta przez którą wylądował w biurze aurorów. Ohydne obrazy, okropny chłopak, zło wypisane na twarzy, rynsztokowy język, krew na dłoniach. Stara raszpla wierzyła w tamte okropne bajki i wiele z nich musiała opowiedzieć Michaelowi, a on nie mógł ich zignorować.
- Co mówią o tobie? Że jako obrzydliwy rebeliant pożerasz porządnych czarodziejów? - rzucił kpiąco, choć głos brzmiał słabo, a on czuł, że robi mu się znów coraz gorzej. Walczył. Nabierał do płuc powietrza na zapas, próbował uspokoić drżące ręce i wyostrzać wzrok.
Silas nie był potworem, był tylko dziwem. I wierzył w to, tak jak jego matka wierzyła w to, że jest odmieńcem.
- Mam kilku, czasem nawet płacą - mówił, mając nadzieję, ze te spokojne rozmowy przywrócą go na twardą i pewną powierzchnie zamarzniętej ziemi pod nimi. Uciekał, było coraz gorzej. - Kiedy dostaję zlecenie od kogoś lepiej postawionego, przebieram się i udaję jednego z nich. Dziwni bogacze lubią dziwne, pokręcone rzeczy, ale nie lubią biedy - westchnął głęboko, czując jak oddech drga w płucach.
Pomyślał o tarocie. Lubił patrzeć na rysunki arkany, lubił wyobrażać sobie, że każda z nich jest oddzielnym światem. Zawsze najbardziej podobała mu się wieża i diabeł. Były ciemne, ale piękne i matka zawsze wzdychała, gdy wypadały z talii. Powinien namalować własnego tarota - przeszło mu przez myśl - tarota, który przynosi tylko złe wróżby.
- Och, codziennie to robiła. Na wszystko - odparł nieco ciszej i uśmiechnął się słabo do siebie. Matka nie wierzyła w przyziemny świat, wierzyła jedynie magię, która nigdy nie płynęła w jej żyłach. Silas myślał czasem czy ojciec tego nie wykorzystał, czy nie zranił młodej dziewczyny, która pragnęła wierzyć w czary, a potem zostawił ją samą z...nim. Z dzieckiem, które potrafiło używać magii, ale które pewnie zniszczyło jej życie. - Co ci wywróżono? - spytał jeszcze, pragnąc podtrzymać konwersację i mając nadzieję, że wróżba była przyjemna lub przynajmniej neutralna. Parzył przy tym na Tonksa i myślał - co mogło być szczęściem kogoś takiego jak on? Czy czekała na niego rodzina, małe dzieci w wełnianych swetrach, rzucające mu się na szyje, gdy przekroczy wreszcie próg domu. Chłopiec z podobnie jasną cerą i dziewczynka z długimi, blond włosami ojca splecionymi w warkocz. Może kogoś kochał, może jakaś śliczna dziewczyna o szerokich biodrach i miękkich policzkach pisała mu listy i wypłakiwała jego imię w poduszkę. Wierzył, że Michael umiał kochać i wiedział doskonale, że miał większe serca niż Silas całą dusze.
Wtedy spojrzał mu w oczy, a spojrzenie było takie mocne i takie pewne, że Macaulay poczuł jak rozpada się kolejny raz, jednocześnie - o ironio! - łapiąc się tych oczu desperacko, by pozostać na ziemi. Nadal wołały go głosy jego koszmarów, ale teraz jasne oczy i głęboki głos działał jak tratwa ratunkowa. Nie puszczaj - myślał, słuchając jak Tonks mówi nadal, a im dłużej mówił, tym Silas coraz szerzej otwierał oczy.
- Wiem, wiem, ze nie jedyną - przytaknął słabo, cicho, bardziej do siebie niż do świata na zewnątrz. Świat poza nim bowiem znikał nadal. Boję się, że będę jednym z nich, wciąż się boję, choć tak pewnie patrzę śmierci w oczy.
Silas.
Zamrugał, jakby wybudzony z transu.
Dziękuję.
Prawie się uśmiechnął.
- Oczywiście - wypalił od razu. Nie musiał się zastanawiać. Jeżeli jego byle jaki żywot miał pomóc komuś, kto tego potrzebuje, niech będzie. - Znam miasto, miasto zna mnie...Są tam tacy, co mi ufają - tłumaczył, zaskakująco spokojnie, nadal patrząc mężczyźnie w oczy. - Nie urodziłem się tam, ale tam prawie umarłem i wytarłem masę ścieżek w tych okropnych miejscach. Mogę pomóc. Mogę prowadzić. Skoro nie możesz być w Londynie, ja mogę być tam twoimi oczami - przerwał, czując, że słowa znowu się łamią, więc odchrząknął i wbite w Tonksa spojrzenie spoważniało jeszcze. - Jeżeli chcesz.

A potem wszystko zniknęło.

Nie wiedział, w któym momencie przegrał walkę - kiedy Michael się odsunął, kiedy kościół się zbliżył, kiedy zawiał wiatr. Musze sprawdzić. Serce podeszło do gardła. Nie wchodź. Nie wchodź.
Nie wchodź do środka, Silas.

Nie wchodźcie do środka, zostawcie moją głowę, zostawcie mnie.

Krzyczały. Czuł jak wrzaski rozrywają bębenki, czul jak ogień spala go od środka. Smród był nie do wytrzymania i Silas wiedział, ze się dusi, gdy jego organizm odmawiał oddechu. Ściśnięte serce, gardło, płuca, żołądek - świat zniknął pod ciemną mgłą i zmieszał się z ciemnością sięgającą do niego z wnętrza rudery.
Za późno by się wycofać, więc ugrzązł na progu, a lęk pożerał go kawałek po kawałku. Miały odejść, walczył z nimi cały ten czas, ale przyszły - przyciągnął je zapach śmierci bijący ze ścian kościoła. Sylwetka Tonksa była bliska i odległa jedocześnie, ale pozostawała jedyną ludzką figurą wśród długich, połamanych potworów sięgających do niego z ciemności. Przyszły po niego.
I tym razem nie puszczą. Tym razem będzie musiał iść z nimi.
Zawsze, kiedy przychodziły jakaś cześć jego umierała, wiec musiał umrzeć trochę i teraz. Kolana zabolały, kiedy upadł na nie twardo, zabolały wnętrza dłoni, kiedy podparł się na nich, kładąc je gwałtownie na szorstkiej powierzchni. Patrzył na jaśniejącą skórę kościstych palców, a gdy tak patrzył łzy toczyły się po policzkach, a on się dusił. Nie mógł mówić, nie mógł sięgnąć po różdżkę, nie mógł nawet podnieść się na nogi. Drgał, a drżenie targało całym ciałem, każdym narządem, krwią w żyłach.

To tylko panika.
Tylko mała śmierć.





the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: Kościół na wzgórzu [odnośnik]02.10.21 6:30
Miała nieprzyjemności. Mugolka, zwana wiedźmą. Poczuł gorycz w gardle, odruchowo zacisnął usta - tak jakby nie chciał prowokować w Silasie podejrzeń, jakby nie chciał wiedzieć. Może nie chciał. Prościej było ignorować piekącą świadomość, że choć walczył i poświęcał życie za bezbronnych mugoli, to przecież nie byli do końca bezbronni, przecież to lata wrogości i agresji i incydentów doprowadziły ich wszystkich do tej wojny.
Bo ludzie są nieprzewidywalni, niezrozumiali, nieszczerzy w swojej dzikości. Prościej rzucić się na życie instynktownie, żarłocznie, bez mieszania - ale nie chcesz, nigdy nie chciałeś, niszczysz wszystko na naszej drodze, a ja bym się tym wszystkim nasycił. Drgnął nerwowo, po raz pierwszy od dawna słysząc jego myśli tak wyraźnie.
Wiedział, że dwa tygodnie styczniowego milczenia nie były nieobecnością, że jego prywatny demon tylko czeka na swoją okazję.
Na szczęście, zmienili temat. Domy w Hogwarcie. Temat prosty, bezpieczny.
-Jestem aurorem, uczyli mnie sztuki dedukcji. - zażartował, wzruszając ramionami. Zgadnięcie czyjegoś domu w Hogwarcie nie było wyrafinowanym przykładem sztuki detektywistycznej - może i nie był wiedźmim strażnikiem, ale rozwikłał w życiu bardziej skomplikowane zagadki. Może rozwikłałby nawet zagadkę emocji Silasa, może dostrzegłby ich gwałtowną burzę i jego nagłą słabość - pewnie tak, był spostrzegawczy, był uważny, ale...
Pożerasz, pożerasz, pożerasz, zadźwięczało mu głucho w głowie, a ciepły w gruncie rzeczy ton Silasa wywołał wspomnienia mrożące krew w żyłach.
Czasem chciał od nich uciec, a czasem wmówić sobie, że to nic takiego, niezbędne poświęcenie. Był przecież w stanie poświęcić dla tej wojny własne człowieczeństwo, zwłaszcza jeśli od (dwóch lat? kilku miesięcy? dwóch tygodni? gubił się w tych kalkulacjach) jakiegoś czasu już go nie miał, jeśli nie było czego poświęcać.
-Tak mówią....? - dopytał dziwnie wysokim, świszczącym tonem, rozszerzając z przerażeniem oczy. Wdech, wydech. Głęboko wciągnął powietrze do płuc, tak jak radziła mu Ronja. Już lepiej. -Tak już mówią w Londynie...? - Silas znał te ulice, słyszał te ulice, słyszał ministerialną propagandę lepiej niż Michael. Przymknął oczy, usiłując uspokoić gonitwę myśli i wyłowić z nich te istotne. To było tylko trzech ludzi. Aż trzech ludzi? To nie byli ludzie, to byli szmalcownicy. Odpędził prędko wspomnienie ich krwi, narkotyczne migawki własnej siły, skupił się na konkretach. Nie żyli, pochował potem kości, jedynym świadkiem była mugolaczka, którą od nich uratował. Nie, od niej nie mogli wiedzieć. Czyli to plotki, po prostu plotki. Był w rejestrze wilkołaków, nie musieli pisać tego na liście gończym aby móc o nim plotkować. -Nie napisali na liście gończym, wiesz. - odchrząknął usprawiedliwiająco, maskując zdziwienie i nie wyjaśniając, co mieliby na nim napisać. Chyba założył, ze Silas już wiedział. -Myślisz, że to by ich przestraszyło? Czy pogorszyło morale cywilów, takich jak ty? - przechylił lekko głowę, rzadko miał okazję poznać perspektywę przeciętnego cywila. Zatrzymał w gardle histeryczny śmiech, jedynie lekko wyginając w górę kąciki ust.
Czym jest reputacja, gdy straciło się wszystko inne?
Niech mówią, pożarłem dziesiątki jeśli to wam pomoże, nie pożarłem nikogo jeśli macie miękkie żołądki, mogę być waszym potworem.
W Londynie była przecież tylko jedna osoba, której nigdy by tego nie powiedział; kilka tygodni temu zareagowałby na podobne plotki przykrym niepokojem, chwyciłby za pióro i napisał kilka żarliwych zapewnień. Ale teraz - teraz to się już chyba nie liczyło.
Skinął ze zrozumieniem głową - słowa jakoś nie przechodziły mu przez gardło, ale to dobrze, że masz klientów, że kłamiesz i udajesz i wiążesz koniec z końcem, że chociaż Ty dajesz radę udawać w Londynie niemugolskiego czarodzieja; że może - gdy wszyscy umrzemy - pamięć o takich osobach jak Twoja matka przetrwa, w Twojej brudnej krwi, w Twoich obrazach.
To chciałby mu powiedzieć. Żyj, Silas, i przetrwaj. Może kiedyś namalujesz potwory takie, jakimi są naprawdę a nie, jakimi przedstawia je Ministerstwo.
Przygryzł ze wstydem dolną wargę, gdy Szkot spytał o wróżby. Przed oczami mignęły mu dwie karty. Teraźniejszość, paź kielichów o młodzieńczej twarzy i niewinnym spojrzeniu, i przyszłość, diabeł. Pewnie pożarł tego pazia. To było w styczniu, przyszłość stała się teraźniejszością.
Otworzył usta, żeby skłamać i...
-Diabła. Wróżbita powiedział, że to ja. - ...to nieznajomy, a wróżbita z Doliny Godryka obracał się w tych samych kręgach co Michael, Tonks nie mógł mu się przyznać, że wróżba się sprawdziła. Nie znał innych jasnowidzów, nikogo, kto mógłby potwierdzić jesteś diabłem, dla przyszłości nie ma już ratunku, dopiero teraz poznał syna mugolskiej szarlatanki, który pewnie znał się na tarocie odrobinę lepiej niż Michael, który nie powtórzy tego nikomu i s t o t n e m u.
Myślał, że słowa zaleją go gorącym wstydem, ale poczuł tylko pustkę. Jakby wyrzucił z siebie jakiś straszny ciężar. -A tobie...?
Silas spoglądał mu prosto w oczy, deklarując coś, co powiedziałby tylko człowiek niemający nic do stracenia. Michael przyjął już podobną deklarację - ale od dziewczyny, której ojcował przez rok, której serce i smutne oczy zdołał poznać. Dlaczego nie poznałem cię w jesieni, Macaulay? Może rzuciłbym na szaniec Twoje życie, zamiast jej. - ale już za późno, nie będzie igrał dwójką żyć, już i tak byli na jego sumieniu, oni wszyscy, żywi i martwi.
-Odezwę się, gdy będz...iemy - ja, ona, Zakon -potrzebować pomocy. - obiecał. Jeszcze nie. Zaufanie było nowe, kruche, nie znał jeszcze chłopaka na tyle aby przejrzeć impulsywność jego deklaracji.

Nie wiedział, na przykład, jak zareaguje na widok zwęglonych trupów.
Zareagował jak normalny człowiek zareagować powinien. Bez lat szkolenia aurorskiego, bez kolejnych trupów na sumieniu, bez codziennej styczności z masakrą.
Jakaś część Michaela chciałaby tak zareagować.
Jemu też żołądek podchodził do gardła, wątły zapach spalenizny drażnił nadwrażliwe wilcze powonienie, ale nie miał czasu myśleć o sobie.
Liczył się on - i oni.
Nie mógł nic dla nich zrobić, poza zostawieniem ich w spokoju.
Stanowczo odciągnął Silasa za ramię - czy ten w ogóle to czuł? Zanim chwycił go pod drugie ramię, wolną ręką wycelował w zamek.
-Collportus. - zatrzasnął drzwi magicznie, kościół stał się grobowcem.
Musi o tym napisać do Greengrassów, do Derby, czy w ogóle wiedzieli? Czy to kolejna anonimowa masakra...?
Zabezpieczałby teren dalej, ale teraz liczyli się żywi - skulony chłopak, świszczący oddech. Chwycił Silasa pod ramiona, młodzieniec był lekki, jeszcze chudszy niż Tonks myślał. Bez problemu dałby radę go choćby podnieść i zabrać w miejsce mniej nasiąknięte śmiercią, w dół wzgórza - i tak zrobił.



rzut na Collportus
/zt x 2 zabieram stąd Silasa chlip


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Kościół na wzgórzu - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Kościół na wzgórzu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach