Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Pracownia krawiecka
AutorWiadomość
Pracownia krawiecka [odnośnik]14.02.21 20:35
First topic message reminder :

Pracownia krawiecka

Miejsce na zakład Trixie znalazło się w niedużej dobudówce na tyłach domu. Można tu wejść przez ogród, jak i drzwi z bocznego korytarza Warsztatu. Pełno tu wszelkiego rodzaju przyborów krawieckich, manekinów noszących na sobie jeszcze nieskończone projekty i szafek po brzegi wypełnionych pasmanteryjnymi dodatkami. Materiały zalegają na leciwych regałach. Ciemne ściany zdobią przymocowane do nich pergaminy z naszkicowanymi kreacjami. Na jednym ze stolików stoi mugolska maszyna do szycia.
W ramach odpoczynku można przycupnąć na samotnym materacu upchniętym w kącie. Pokrywa go kilka ręcznie dzierganych koców i poduszek.

Dostępne komponenty:
- skóra garboroga
- skóra wsiąkiewki
- futro górskiego yeti
- pióra świergotnika x2
- wełna lunaballi
- skóra smoka

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Trixie Beckett dnia 19.09.21 21:34, w całości zmieniany 3 razy
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911

Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]15.06.21 23:22
19 grudnia '57

Bo to nie ma czasu, trzeba robić! Z takim nastawieniem Trix coraz więcej godzin przeznaczała na samotne zaszywanie się w swoim krawieckim warsztacie, z wcześniej przygotowanymi posiłkami, byle tylko nie paść z głodu. Rzadko kiedy zaglądała nawet do swojej sypialni; zamiast tego przyniosła sobie kołdrę i ułożyła ją na materacu stojącym w kącie pomieszczenia, za jednym z manekinów, na którym widniał nieskończony jeszcze projekt, i tam spała przez wiele ostatnich nocy. Wychodziła tylko po to, by się umyć i zadbać o nowe porcje pożywienia. Wielkimi krokami nadchodziła przecież Wigilia! A Beckettownie nie bez powodu posłali zaproszenia do swoich bliskich przyjaciół, by przyjąć ich bez niczego. Przed ojcem i córką wciąż czaiło się zadanie przygotowania świątecznych potraw, natomiast ona dbała o podarki już teraz, w pocie czoła dziergając swetry o wymiarach dobranych na oko, by potem w razie czego dopasować je do sylwetek zaklęciem. Lata doświadczenia sprawiały jednak, że była w stanie mniej więcej precyzyjnie dopasować liczby do osoby.
Zaklęcie aiguille chwalebnie ułatwiało jej pracę. Trix zazwyczaj starała się nie korzystać z dobrodziejstwa magicznego podczas szycia, ale w tym konkretnym przypadku kilkanaście swetrów aż prosiło się o dodatkową parę rąk... Albo igieł, które samoistnie poszły w ruch i łączyły ze sobą naszykowane przez nią materiały. Każdy ze swetrów na przodzie miał być dodatkowo ozdobiony inicjałami gościa, do którego miał trafić, a przez to, że Beckettównę nieco poniosło podczas rozsyłania kartek z zaproszeniami... Cóż, miało zjawić się ich naprawdę wielu. Więcej, niż podejrzewała, bazując na odpowiedziach przyniesionych przez urokliwe, znajome sowy.
Kolory także starała się dobrać do obdarowywanego, chociaż to bazowało już wyłącznie na jej własnym pojmowaniu i skojarzeniach związanych z daną osobą. Ojciec na przykład miał otrzymać sweter brązowy (przecież nie pominęłaby go w prezentach!), bo w pokracznej logice stanowił drzewo, na którego gałęzie wspinała się już jako mała dziewczynka. Nieważne, że spędzali wtedy razem mało czasu... Dziś dalej był jej ostoją, silnie zakorzenioną w ziemi, stabilnym materiałem, z którego wznieść można było dom, łódź czy scenę do tańca. Na Julka czekał już sweter błękitny jak kolory Beauxbatons. I jak niebo. Piękne, pogodne, podczas letniego dnia, kiedy można było usiąść w cieniu i tworzyć poezję przy cudownym śpiewie ptaków. Sweter Volansa był czerwony jak smoczy ogień. I jak... Jak nieważne co. W te skojarzenia najlepiej byłoby nie brnąć. Belli przeznaczona była lawenda, delikatna, krucha, pachnąca i słodka, zupełnie jak ona sama. I tak dalej, i tak dalej, aż projekt dla każdego gościa był gotowy. Należało jedynie uporać się z przeniesieniem wizji z pergaminu do rzeczywistości. Trix pracowała od początku grudnia, chociaż w rzeczywistości tempo jej szycia przyspieszyło diametralnie w ostatnich kilku dniach, gdy zdała sobie sprawę, że przy gotowaniu nie będzie miała czasu na wiele więcej. Szczęśliwie pozostało jej zaledwie kilka ostatnich szwów do splecenia, by domknąć prezentowy projekt i skupić się na dalszych częściach przygotowań do Świąt...

zt


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]10.07.21 5:36
23.12.1957
|| Z jadalni

Z niemałą ulgą i trudem podniósł się ze swojego miejsca. Z ulgą dlatego, że potrzebował zmienić otoczenie, na takie w którym nie czuje na sobie świdrującego spojrzenia pana Becketta i źle rokującego przepytywania go oraz niezbyt miłej atmosfery oraz obecności ptactwa za plecami. Po drugie zjadł stosunkowo dużo i trochę mu to ciążyło na żołądku, choć jeszcze nie na sercu. To przyjdzie później. Będzie też tęsknił smakiem tej przepysznej szarlotki. Obowiązkowo po świętach będzie musiał odbyć kilka długich marszów po wzgórzach rezerwatu, by to obżarstwo nie odbiło się na jego formie.
Opuszczając jadalnię i zostawiając wszystkich uczestników przyjęcia, zabrał nie tylko swoją torbę, ale i wszystkie otrzymane tego wieczoru podarki. Po drodze znów próbował złapać małego, zaczarowanego Mikołaja. Poprzednim razem mu się nie udało. Teraz jednak było inaczej, szczęście mu dopisało i umiejętności go nie zawiodły.
Bardzo chętnie uczestniczył w zwiedzaniu tego Warsztatu, kończąc tę skromną wycieczkę w pracowni krawieckiej należącej do panny Beckett. Rozejrzał się po tym wnętrzu z wyraźnym zainteresowaniem. Rozpoznawał niektóre sprzęty, jak na przykład maszynę do szycia. Matka miała taką samą i często z niej korzystała. Zawód krawcowej postrzegał jako stabilny i dający szansę na stabilne zarobki przy posiadaniu odpowiedniej klienteli. Uniósł jedną z brwi na widok tego samotnego materaca, który zdawał się nie pasować do całości przestrzeni roboczej. Chociaż te koce i poduszki poprawiają nieco wizerunek tego mebla.
A więc to tutaj powstał szalik, który od ciebie dostałem i te wszystkie ciepłe swetry. Prawdopodobnie — Stwierdził takim tonem, jakby odkrył jedną z tych wielkich tajemnic wszechświata. W tonie jego głosu nie brakowało lekkiego, choć jeszcze wymuszonego rozbawienia. Ciąg dalszy robienia dobrej miny do złej gry, przez co zamiast jednego ze swoich rozbrajających uśmiech wyszła mu niezbyt tęga mina. Odetchnął głębiej.
Mam dla ciebie świąteczny prezent. Uznałem, że lepiej będzie wręczyć go tobie na osobności zamiast zostawić go pod choinką obok innych prezentów. Nie jest zbyt duży. Pod innymi względami okazało się to nad wyraz słuszne — Po wypowiedzeniu tych słów sięgnął po raz kolejny do wnętrza torby, by wydobyć z niej niezbyt duże pudełeczko owinięte papierem, który znalazł w mieszkaniu. W środku znajdowała się bransoletka, której podstawę stanowił wykonany ze srebra łańcuszek z ozdobą w postaci króliczej łapki – srebrnej, ze szklanym połyskiem. Pośrodku znajdowało się oczko z różowego kwarcu, zaś po obu jego stronach, wzdłuż dłuższych boków po jednym egzemplarzu splecionych łodyg roślin.
Otwórz — Zachęcił do tego pannę Beckett, gdy wręczył jej ów pakunek. Wcisnął obie dłonie do kieszeni spodni, z niecierpliwością czekając na ten moment i werdykt obdarowanej. Musiał brać pod uwagę możliwość, że ten prezent okaże się nietrafiony. Tym bardziej, że to nie był jednak talizman. Pewnymi rzeczami będzie się martwić później.

||Złapałem Mikołaja - rzut tutaj


Ostatnio zmieniony przez Volans Moore dnia 10.07.21 23:30, w całości zmieniany 1 raz
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 19 +3
UROKI : 15 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Pracownia krawiecka - Page 2 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]10.07.21 23:00
Złapany za nogi Mikołaj zaśmiał się cichutko pod nosem, tak jakby to pochwycenie wywołało w nim głównie łaskotki. Usiłował wyrwać się jeszcze, rechocząc słodko, ale to się nie stało. W końcu więc pucołowate policzki zaczerwieniły się, a z jego uszu poleciała para. Nie minęła chwila, gdy Mikołajek pękł od środka, rozsypując wokół czerwono-zielone konfetti, które po upadku na ziemię od razu znikło. Na wysokości, gdzie wcześniej był Mikołaj, lewitował teraz pakunek znacznie większy od latającej figurki. Papier ozdobny w czerwono-białe paski mienił się delikatnie w świetle, ale kształt nie sugerował jednoznacznie, co może się w nim znaleźć, a gdyby Volans go rozpakował, zobaczyłby w nim...

Volans, rzuć w szafce k6. To będzie Twoja nagroda:

k1 - termos w kolorze butelkowej zieleni, który zawsze utrzyma napój gorącym, lub zimnym - w zależności od życzenia właściciela
k2 - kapcie z pluszowymi głowami reniferów, które śpiewają świąteczne piosenki o zupełnie losowych porach
k3 - zbiór opowiadań I, Robot autorstwa Isaaca Asimova
k4 - kocyk, który zmienia swój kolor w zależności od emocji osoby, która pod nim leży
k5 - lampka nocna w kształcie lunaballi, której błękitne oczy oświetlają pokój
k6 - jojo z turkusowo-białymi paskami, z którego przy puszczaniu unosi się zapach waty cukrowej

Lusterko nie kontynuuje rozgrywki.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Pracownia krawiecka - Page 2 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]16.07.21 4:00
Beckett również z niespodziewaną ulgą skorzystała z prośby Volansa o oprowadzenie go po domu. Wigilia była cudowna, widok przyjaciół zasiadających przy jednym okrągłym stole także, uśmiechniętych, zrelaksowanych, o to w tym wszystkim chodziło. Dla nich starała się tworząc małe krawieckie prezenty, strojąc Warsztat i gotując te wszystkie potrawy, które później wylądowały na świątecznym blacie. Ale myślom... Myślom w jej głowie wciąż było bliżej do słów Juliena z początku grudnia. A potem do dźwięku ciała uderzającego o kuchenny mebel, upadającego na podłogę - z pola walki do rodzinnego ciepła. Co będzie następne? O czym znów dowie się po fakcie? Ciągłe domysły nasączone strachem o ojca zaczynały odbierać jej energię dnia codziennego - dlatego Trixie cieszyła się, prowadząc Volansa do swojego małego gniazdka. Przywitał ich stonowany nieład. Widać było efekty ostatniej pracy, gdzieniegdzie walały się tkaniny łączone ze sobą w zimowe koce albo wymyślne płaszcze dla potrzebujących, ale materac pod ścianą był wyjątkowo zaścielony, a bliżej drzwi prowadzących do ogrodu wisiała wiązka jemioły.
Za ich plecami cały ten czas ciągnęły lewitujące klatki z ptakami uważnie obserwującymi obce otoczenie. To był ich nowy dom. Kurnik był wygodny, oczywiście, ojciec przecież o to zadbał, ale serce krajało się jej w piersi na myśl o tym, że podczas deszczów czy śniegów daszek mógł jednak zacząć przeciekać a przez zbite deski do środka wpełzał chłód. Nieistotne, jak bardzo zabezpieczoną przed warunkami atmosferycznymi było to konstrukcją. Na dobrą sprawę mogły nawet siedzieć w jej sypialni, w czym był problem? Tylko Silkie preferowała łóżko Steviego z niewiadomych względów.
- Tutaj - odpowiedziała miękko na słowa Volansa, oparta o framugę drzwi prowadzących do środka, z rękoma splecionymi na piersi. Była ciekawa jego reakcji. Spragniona - akceptacji? To dziwne, bo owe królestwo należało tylko i wyłącznie do niej, podlegało jej dyktandzie, nikt na jego temat nie miał i nie mógł mieć niczego do powiedzenia. Dlaczego przemyślenia smokologa okazywały się istotne?
Wspomnienie przygotowanego prezentu - dla niej, specjalnie dla niej, po co to zdziwienie? przecież była tego warta - sprawiło, że Trixie przekrzywiła głowę w zaintrygowaniu i weszła w końcu do pomieszczenia całą sobą, nie zamykając jednak drzwi za plecami. Nie żeby nie chciała, ale tak podobno nie wypadało. Jeszcze nie. - Wiesz, że nie musiałeś. Nikt z was nie musiał, wystarczyłby kompot - powtórzyła treść zaproszeń z krzywym, lecz jednocześnie ujmującym uśmiechem, podchodząc bliżej. Już po chwili w jej dłoniach znalazł się mały pakunek owinięty ozdobnym papierem, który Trixie ostrożnie rozsupłała bez rozrywania, po czym odchyliła wieko i - zamarła. W środku czekała na nią prześliczna bransoletka. Nigdy nie miała nawet podobnej! Lekko drżący oddech zbiegł się z momentem delikatnego uniesienia w palcach błyskotki bliżej oczu, by mogła nacieszyć się każdym ornamentem, każdym srebrnym detalem, każdym połyskiem różanego oczka. - Królicza łapka na szczęście? - zapytała z uśmiechem, szerszym, słodszym. Rzadko kiedy pozwalała sobie samej na silniejsze wzruszenia, ale tym razem nie mogła nie czuć w skroniach jak dudniło jej serce. - Skąd wiedziałeś, że tego właśnie teraz potrzebuję? Szczęścia, nawet nie tylko dla siebie, a... - Beckettówna urwała nagle, przypomniawszy sobie, że nie wyjawiła nikomu tego, co Julien przeczytał ze swoich potężnych kart; i nie mogła zrobić tego teraz. Nie na Wigilii, gdzie liczył się każdy oddech beztroski. - Pomożesz mi założyć? - poprosiła więc spokojniej, wciąż wyraźnie poruszona, zadowolona z prezentu. Volans wybrał doskonale. I gdy srebrne zapięcie pyknęło cicho, zwiastując prawidłowo osiadającą na nadgarstku bransoletę, Trixie westchnęła przeciągle i podeszła bliżej, odrobinę bliżej, czoło na chwilę opierając o jego ramię. Tak po prostu. W ciszy. We wdzięczności. Nie musiała wypowiadać jej na głos - wiedział. Musiał wiedzieć, biło od niej znajome ciepło, a palce niby przypadkiem musnęły wierzch męskiej dłoni. Trwała z nim tak przynajmniej kilka minut: harmonijnych i bezpiecznych, takich, jakie być powinny. Jednak do mnie przyszedłeś. - Wiesz, cieszę się, że tu dziś... - Beckett nie dane było dokończyć, bo w tym momencie rozległ się radosny okrzyk zaczarowanego Mikołaja, który przemknął przez pracownię. Moore był na tyle zwinny, że pochwycił go bez trudu, a gdy prezent rozmył się w powietrzu, pozostawił po sobie wydanie zbioru opowiadań I, Robot. Dopiero wtedy Trix odsunęła się nieco od czarodzieja i przyjrzała okładce. - O, to prezent od taty! Długo wybierał dobrą książkę. Dobrze trafiłeś, uwielbia Asimova. Może powinieneś przeczytać przed następną wizytą? - zasugerowała żartobliwie, ale w gruncie rzeczy science fiction rzeczywiście mogło być tym, co dwóch panów mogłoby sobie zjednać. Póki co szło im raczej koślawo.


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]26.07.21 23:41
Był naprawdę wdzięczny pannie Beckett za to, że była na tyle uprzejma i przystała na jego prośbę. Musiał brać pod uwagę, że Trixie mogła chcieć pozostać w jadalni, ale gdyby tak było to najpewniej powiedziałaby mu o tym. Do tego kącika krawieckiego nie miał najmniejszych zastrzeżeń. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu i nawet nie śmiał tego kwestionować. Przywoływało też to pewne wspomnienia, lecz w tym momencie tworzył nowe i być może to je będzie przywoływać. Pewnym problemem była obecność tych ptaków, których miejsce było w kurniku. Dom nie był odpowiednim miejscem dla zwierząt gospodarskich które nigdy nie będą zwierzętami stricte towarzyszącymi.
Co za niezwykłe miejsce. Często noszę ten szalik od ciebie. Sweter też będę — Rzekł. Ich matka szyła, jednak nie taką skalę i ten kącik wydawał mu się niezbadanym światem. Powinna o tym wiedzieć, że ten szalik ostatecznie nie trafił do któregoś z braci ani nie został założony w tym dniu na pokaz po to by sprawić jego twórczyni przyjemność. Ten sweter zamierzał przywdziać dzień później na czas rodzinnej wigilii i niech piekło pochłonie jego braci, jeżeli któryś będzie dogryzać z tego powodu.
W jego oczach Trixie była naprawdę wyjątkowa. Ponadto święta były właściwym czasem na wręczenie wyjątkowego prezentu. Raz na jakiś mógł pozwolić na droższy upominek dla ważnych dla niego osób. Trixie stała się jedną z nich. Przywołał pełen zadowolenia uśmiech. Była zaintrygowana, widział to. Będzie musiał przeżyć to, że te drzwi pozostaną otwarte.
Może nie musiałem. Chciałem podarować tobie coś wyjątkowego. Kompot nie należy do takich prezentów — Zapewnił ją. Pierwszy wyjątkowy prezent dla wyjątkowej dziewczyny. Miał nadzieję, że ona chociaż w małym stopniu jest świadoma tego, jak on ją widzi. Zapamięta ten charakterystyczny, krzywy i ujmujący uśmiech. Ten moment. To jak trzymała w dłoniach ten niewielki pakunek, jak zamarła po uniesienia wieczka oraz jak lustrowała tę bransoletkę, każdy jej element. W tym momencie zastanawiał się nad ty, czy będzie nosić tę błyskotkę. Może przekona się o tym przy następnym spotkaniu.
Podobno przynosi je posiadaczowi — Wymruczał. Szerszy i słodszy uśmiech na ustach panny Beckett utrzymał go w przekonaniu, że udało mu się ją uszczęśliwić. Zrobiło mu się... ciepło na sercu. Jednocześnie był pełen podziwu, gdyż nie znalazł w nim ani cienia fałszu. Zupełnie jakby nie dotykały jej te wszystkie okropności, chociaż to nie była prawda. Każdego to dotykało. Każdy obawiał się o to, co przyniesie jutro.
Mikołaj mi powiedział — Odparł pół żartem, pół serio. Castor mógł uchodzić za takowego Mikołaja. Naprawdę chciał by była bezpieczna i szczęśliwa. Nie zależało to od takiego amuletu. — Chcesz dokończyć? — Zapytał ostrożnie, kiedy ona urwała w pół zdania. Nie zamierzał jednak na nią naciskać i psuć ten świąteczny nastrój. Będzie chciała to mu powie. Póki co mógł się jedynie domyślać. Z tego co wiedział i co zdążył zaobserwować, panna Beckett mieszkała tylko z ojcem. Jednak teraz otaczał ją wianuszek po części nieznanych mu osób.
Tak — Powstrzymał ciche westchnięcie. Ta czynność wymagała użycia obu rąk i była dla niego pewną próbą. Pochylił lekko głowę, tak by ograniczyć Trixie szansę na dostrzeżenie zmarszczki przecinające jego czoło, gdy po raz kolejny pokonywał słabości własnego ciała. Ten maleńki łańcuszek okazał się nie lada wyzwaniem dla dotkniętej niedowładem lewej ręki. Wysiłek jednak się opłacił. Czuł pod opuszkami palców miękkość skóry panny Beckett. A przede wszystkim, ta bransoletka zdobiła jej nadgarstek. Było to wyjątkowo satysfakcjonujące. Oby tylko tam pozostała. Nie odsunął się, gdy Trixie zbliżyła się do niego. Także wtedy, gdy oparła czoło o jego ramię. Nie zamierzał zakłócać tej ciszy między nimi. Odczuwał też w tym momencie niczym niezmącony spokój, kiedy tak trwali razem w milczeniu. Odwzajemnił ten niby przypadkowy dotyk.
Co... — Złapanie Mikołaja było świadomym działaniem z jego strony. Nie przewidział tego, że on radośnie krzyknie i rozpłynie się w powietrzu. Dotarło do niego, że mógł zepsuć w ten sposób nastrój. Na pewno tak było. Trixie zaczęła mówić, że cieszy się z.... Było to ważne. Volans, doskonałe wyczucie czasu. Prezent, który otrzymał okazał się książką. Doskonale. Miało to dla niego drugorzędne znaczenie. Choć oczywiście przeczyta tę książkę. Zwłaszcza, kiedy okazało się, że to prezent od pana Becketta. Który długo wybierał tę książkę, ale też uwielbia twórczość tego pisarza.
Podziękuję twojemu ojcu za ten prezent. I przeczytam ją — Uznał, że zdecydowanie powinien to zrobić. Przedtem nie czytał nic od Asimova. Może po lekturze tej książki nawiąże jakąś nić porozumienia z panem Beckettem. Albo to ich poróżni. Nie był pewien, czy ta lektura przypadnie mu do gustu. Odłożył książkę. Było coś, co chciał uczynić już podczas ich ostatniego spotkania, tego tuż przed świętami. Powstrzymał się jednak i mógł tego żałować. Nie miało dla niego znaczenia to, że nas ich głowami nie wisiała jemioła. Stanąwszy przed panną Beckett, dotknął jej włosów, policzka przybliżając również twarz ku jej licu. Chciał ją pocałować. Musiał jednak liczyć się z odmową. W najlepszym razie.
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 19 +3
UROKI : 15 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Pracownia krawiecka - Page 2 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]30.07.21 1:08
- Spróbowałbyś nie nosić - zażartowała pogodnie, choć w tonie głosu nie brakło zwyczajowej teatralności - tej groźby, która padała ze sceny, chociaż nigdy nie miała się ziścić. Inną sprawą był fakt, że trwała zima. Grudzień nie rozpieszczał, nadchodzące po nim miesiące pewnie też nie będą tego robić, a listopadowe doświadczenie z magicznym katarem skutecznie zachęciło Trixie do upewnienia się, że nikt nie wdepnie w takie samo bagno zakażonych zatok. Tak jak dbała o ojca, tak dbała i o Volansa, obu z nich wyposażając w ciepłe odzienie - podobnie jak teraz i wszystkich gości Wigilii, z nadzieją, że rzeczywiście będą nosić te swetry pod płaszczami.
Moore rzeczywiście podarował jej coś wyjątkowego. Z krzywym ale szczerym uśmiechem Trix obserwowała jak z całych sił próbował zapiąć bransoletkę wokół jej nadgarstka; może nie powinna była go o to prosić, zważywszy na kondycję w jakiej znajdowała się jego ręka, ale przecież sobie poradził, bohatersko wybrnął z zadania, już za moment pozwalając jej pełnoprawnie cieszyć się prezentem. Beckettówna uniosła rękę ku górze i przyjrzała się błyskotce jeszcze raz, uważniej; pasowała do niej, zupełnie jakby od zawsze tam była, dokładnie w tym miejscu, wykonana właśnie w ten sposób.
- Masz dobry gust, muszę ci to przyznać - pochwaliła smokologa z uznaniem; zapunktował, może nie dlatego, że przyniósł jej biżuterię, a dlatego, że dobrał do niej coś, z czego naprawdę wydawała się szczęśliwa. Znał ją na tyle, by wiedzieć, choćby podświadomie, że to szczęście jej się przyda. Ostatnio działo się tyle diabelnie złych rzeczy, jeszcze olbrzym roztrzaskujący piąchę na głowie jej ojca... Dziewczyna pokręciła głową z przeciągłym westchnieniem, wolną dłonią machnąwszy niedbale na znak, że wcale nie było o czym mówić. - Nie psujmy sobie nastroju. Opowiem ci przy okazji, chociaż, wiesz, mam jakieś takie marzenie, żebym nie miała już o czym. Może po Nowym Roku wszystko się unormuje? - Płonne życzenia ściętej głowy, jak to mówią. Julien twierdził, że numerolog cierpiał od lat, jakim cudem w przeciągu kilku tygodni miałoby to ulec zmianie? Jeszcze ta przeklęta wojna. Widziała w oczach ojca, że ciągnęło go do zwady, do poświęceń - zawsze taki był, a teraz, na stare lata, zdawał się brnąć w objęcia niebezpieczeństwa bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Znów próbował się od niej oddalić, tym razem na zawsze. Bez sensu. Ledwo go odzyskała, dlaczego nie rozumiał, że miała prawo się nim nacieszyć? Może... Może gdyby wtedy stała obok niego przed tym olbrzymem zaufałby jej bardziej?
- Sam mu podziękuj. Co ja jestem, sowa? - parsknęła wyzywająco, szczerząc przy tym zęby, chociaż uśmiech zelżał widocznie, gdy dłoń Volansa sięgnęła jej włosów, policzka - ten dotyk elektryzował. Mrowił pod rumianą skórą. Nęcił. Serce zatrzepotało w piersi, porwało się do cwału, a oddech splótł się z oddechem - i byłaby gotowa oddać mu się w tej jednej chwili, gdyby nie rozsądek alarmujący o wciąż otwartych drzwiach. Co jeśli do środka wparuje znienacka taki Kieran, jak to wytłumaczą? Albo Steffen, największa plotkara pod słońcem? Tuż zanim ich wargi zdołały zetknąć się w pocałunku, Trixie odsunęła nieznacznie głowę i zamiast tego musnęła jego policzek, dłużej niż wypadało, dłużej niż wtedy w drzwiach wejściowych. - Nie tutaj i nie teraz. Później - wymruczała do jego ucha, a by to zrobić, złapała poły męskiej marynarki i zmusiła go do tego, by pochylił się do niej - przecież nie będzie się po nim wspinać, kolejnym gigancie. - Zobaczyłeś dom, dostałam prezent, ty książkę, więc przyszedł czas na makowiec. Zjedz przynajmniej dwa kawałki, narobiłam się - rzuciła w swoim kąśliwie-żartobliwym zwyczaju, prowadząc czarodzieja do progu warsztatu. Do drzwi trzymała go za rękę, ale kiedy wyszli z jej prywatnego królestwa, i ten gest musiał niestety dobiec końca. Za dużo niewygodnych pytań mogłoby zepsuć świąteczną atmosferę!

> do jadalni? shame


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]06.08.21 20:36
10 stycznia '58
opowiadanie z wykonywaniem zawodu (1251 słów)


Styczeń niósł za sobą wiele nowości, masę świeżych postanowień noworocznych - często w jej przypadku bez pokrycia -, a przede wszystkim także srogą, surową zimę, która już od pierwszych dni zasypała świat białym puchem. Całe szczęście, że od wielu miesięcy Beckettówna pracowała nad tym, by wyposażyć Somerset w ciepłe ubrania dla potrzebujących; nieustannie szyła koce ze skrawków materiałów, które scalała w spójną jedność, cerowała nadgryzioną przez mole odzież lub szyła zupełnie nowe elementy garderoby z tego, co akurat wpadło w ręce. Musiała to robić, nie tyle dla Zakonu, co także dla wszystkich pokrzywdzonych w hrabstwie pokrzywdzonych przez wojnę. Niejako poczuwała się do odpowiedzialności. Pani Cattermole zaszczepiła w niej tyle krawieckich umiejętności, oszlifowała talent, dlaczego więc Trixie miała z niego nie korzystać, odmawiać poświęcenia swojego czasu tym, którzy w tak chorych czasach - przez ludzkie szaleństwo - cierpieli najbardziej? Nie brakowało jedynie żywności, a wielu podstawowych rzeczy potrzebnych do przetrwania. Kiedy tylko minęły noworoczne uroczystości szybko więc wróciła do pracy. Dzięki uprzejmości mieszkańców Doliny, którzy robili w swoich domach styczniowe porządki, jej warsztat zaległ pod warstwą zupełnie nowych tkanin; część z nich wymagała jedynie lekkiego odświeżenia, żeby wykorzystać je do czegoś nowego, natomiast pozostałe czarownica musiała długo prać, cerować i zaszywać, żeby w ogóle dało się z nich coś zrobić. Tego popołudnia wyjątkowo nie była sama. Zaprosiła do swojego warsztatu kobiety, które chciały jej pomóc, doceniając ciężką pracę wkładaną w doglądanie krawieckich zasobów miasteczka; ugościła je co prawda skromnie, bo i nie było u Beckettów tak wiele do jedzenia, ale większość przyniosła po prostu własne kanapki, prosząc jedynie o szklankę wody. Miały też swoje przyrządy do pracy i bez zająknięcia o wszechobecnym bałaganie znalazły sobie miejsca w pomieszczeniu, by prędko zakasać rękawy i rozpocząć ich szlachetne zadanie. Niektóre sztrykowały na drutach, inne razem z nią przeglądały wory z materiałami, dzieląc się uwagami i przede wszystkim pomysłami.
- Huttowie mają teraz naprawdę ciężko, właśnie urodziło im się szóste dziecko. Może coś dla noworodka, jak myślicie? - zagadnęła uprzejma staruszka, której siwe włosy momentalnie przywodziły u czarownicy wspomnienia ukochanej pani Cattermole.
- A ja słyszałam, że Wilsonowie przygarnęli pod swój dach taką rodzinę, wiecie, która uciekła z Londynu. Dla nich też coś by wypadało porobić. Nie tylko oni zresztą zaprosili do domu obcych. Poobijanych i takich szarych, smutnych po prostu - westchnęła inna kobieta, młodsza, o ciemnych włosach i dużych, błękitnych oczach. Sama była w ciąży, ale to nie przeszkadzało jej przybyć dziś do warsztatu krawieckiego u Beckettów i pomóc.
- Sporo nam tego wyjdzie, myślę, że każdego damy radę uszczęśliwić - przytaknęła Trixie. Zbiórka przyniosła naprawdę wspaniałe efekty; zawsze wiedziała, że na strychach, w piwnicach i dnach szafy ludzie chowali prawdziwe skarby, a Nowy Rok sprzyjał porządkom, zmianom i dobrym nastrojom. - Pogrupujmy to. Grubsze, cięższe tkaniny na prawo, lżejsze na lewo. Takie, co do których nie jesteście pewne - połóżcie tutaj. Wciąż najbardziej potrzebne są płaszcze, ciepłe kurtki i swetry, ale panom przydadzą się też spodnie, najlepiej takie, które nie roztopią się na śniegu - uśmiechnęła się do swoich towarzyszek. Dziwne, zazwyczaj pracowała w samotności, lubiła to, stroniąc od kompanii szczególnie w jej prywatnym azylu, ale dzisiaj żadna z kobiet z Doliny nie wydawała się jej przeszkadzać. Wręcz przeciwnie. Raz na jakiś czas dobrze było samej otrzymać pomocną dłoń, szczególnie że pracowała coraz ciężej, zarywała coraz więcej nocy... Jak prawdziwy Beckett. I chyba z racji bycia gospodynią przewodziła mieszkankom miasteczka o wiele starszym od niej; emerytki o białych włosach pozwoliły młodszym uporać się z segregacją materiałów, rozmawiając przy tym cały czas o najbardziej skomplikowanych sytuacjach w Somerset, tych, którymi musiały zająć się priorytetowo. Było ich dużo. A o części pewnie nawet nie zdawały sobie sprawy, ludzie przecież niechętnie dzielili się swoimi bolączkami, nie chcieli przyznawać się do słabości, potrzeby - zbyt dumni, nauczeni przez życie, by dawać sobie radę nawet wtedy, gdy w rzeczywistości nie było na to szans.
Kiedy podział został już poczyniony, Trixie uważnie wysłuchała spostrzeżeń każdej z kobiet, którym po namyśle oddelegowała zadania. Starsze panie chętnie przyjęły na swoje barki role szalikowe, czapkowe i podkoszulkowe, natomiast młodsze, mniej zmęczone podjęły się odrobinę trudniejszych zadań.
- Tutaj macie wzory na spodnie jeśli potrzebujecie - czarownica rozdała złożone kartki, które miały pomóc w wycinaniu materiałów i dobieraniu kształtów. - Tutaj są swetry i spódnice - następne połacie papieru wręczyła innym zainteresowanym. - No a tutaj to już rajstopy, skarpety i inne, przejrzyjcie co wam najbardziej odpowiada - zachęciła, samej usadawiając się na materacu w kącie pracowni. To dziwne - przy jej biurku przesiadywały inne kobiety, ktoś zajmował jej krzesło, ktoś inny siedział na ulubionym pufie; Trix czuła się nieswojo, jednak z każdą minutą, gdy zaczęła oddawać się pracy, stawało się to łatwiejsze do zaakceptowania, szczególnie że mogła raz na jakiś czas odpocząć wsłuchawszy się w historie, jakie rozchodziły się po kąciku krawieckim. Czasem wybuchały miłe, stłumione salwy śmiechu, po kilkudziesięciu minutach zarządzono krótką przerwę na posiłek, a potem panie poprosiły, by puściła im coś z małego gramofonu ustawionego w przeciwległym kącie pomieszczenia. Nie oponowała: i już po chwili otaczały je przyjemne dźwięki jazzu, który dodatkowo zachęcił do pracy.
Trwało to wszystko bardzo długo. Trixie była przyzwyczajona do przeciągających się zadań do późnych godzin nocnych, jednak im dalej w las, tym więcej kompanek musiała pożegnać. W ciała wkradała się fatyga, powieki stawały się nie do zniesienia ciężkie, muzyce zaczęły towarzyszyć ziewnięcia.
- Nie martwcie się, mamy czas - zapewniła pogodnie, gdy kolejne z kobiet z przykrością oznajmiały, że muszą już wrócić do dzieci, albo obiecywały, że wróciłyby od razu z wzejściem słońca po chociażby krótkim śnie. - Ja jeszcze podłubię, resztą zajmiemy się później. I tak myślę, żeby to wszystko zanieść do świetlicy w Dolinie. Dać ludziom znać, że stamtąd mogą odbierać rzeczy, jeśli ich potrzebują. A tym w najcięższej sytuacji zaniesiemy to co zrobiłyśmy samodzielnie - zasugerowała, ostatnie ze swoich nowych koleżanek odprowadzając do furtki przy płocie. Zgodnie kiwnęły głowami, umówiły się jeszcze na kolejny termin wspólnego szycia, po czym czmychnęły do domów, pozostawiając ją samą. Trixie jednak nie zamierzała jeszcze się poddawać. Wciąż miała w sobie siły, więc powłóczyła nogami z powrotem do pracowni; w jednym kącie ułożyły gotowe rzeczy, których było całkiem już sporo, w drugim natomiast spoczywały napoczęte projekty czy jeszcze nietknięte tkaniny. Zainteresowała się nieskończoną spódnicą.
Zanim znów przysiadła do pracy, machnęła różdżką pozbywając się ze stołu opróżnionych kubków, które grzecznie przelewitowały do kuchennego zlewu, a potem wróciła na swój materac i wgramoliła się pod pierzynę; dopiero teraz, mając pewność, że nie otaczają jej żadne mugolki skorzystała także z pomocy magii przy innych, mniej wymagających pracach jak tworzenie szwów w odpowiednich miejscach, samej z kolei trudniąc się poważniejszą logistyką - czyli ich wytyczaniem, dopasowywaniem do siebie wyciętych tkanin, łączeniem ich igłami. Zadanie od razu nabrało tempa: o ile praca w grupie okazała się całkiem sympatyczna, o tyle nic jednak nie było w stanie zastąpić czarów, które działały szybciej niż człowiek. Zazwyczaj stroniła od ich pomocy, ale... Ale teraz był styczeń. Trudny czas dla wszystkich, bardzo wymagający, a ludzie dosłownie mogli zamarznąć w nieocieplonych domach bez odpowiedniego zaplecza odzieży.
Przez uchylone drzwi prowadzące do warsztatu wsunęła się fretka. Wintour wiedziała gdzie ją odnaleźć - podreptała chętnie do materaca i wskoczyła na niego zwinnie, po czym zwinęła się w kłębek pod kołdrą na kolanach Trixie i zasnęła. Nawet jej przeszkadzała godzina na zegarze - dobrze, że Beckett zwyczajnie na niego nie patrzyła. Po spódnicy zajęła się spodniami, po spodniach swetrem, po swetrze kolejnymi spodniami - i tak w kółko, aż nawet nie zauważyła, kiedy sama zasnęła, zmęczona i, o dziwo, po prostu zadowolona.

zt


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]11.08.21 20:49
22 stycznia '58
(opowiadanie z wykonywaniem zawodu; 1249 słów)

Samozwańcze koło szwalne z Doliny Godryka zaczynało działać coraz prężniej. Zamiast spotykać się w ciasnym warsztacie należącym do Trixie, zdeterminowane do niesienia pomocy kobiety zdecydowały by przenieść się do niewielkiej świetlicy, gdzie wieczorami mogły dalej tworzyć wedle wzorów zapewnianych przez Beckett. Nawet po tylu latach sztuka pani Cattermole była wieczna, trwała, a złote zasady wiodły je przez meandry niepewności co do wykrajania fragmentów tkanin: czarownicę cieszyło to bardziej niż chyba powinno. Dopatrywała się w tym nieśmiertelności swojej drogiej piastunki. W pewien sposób cały czas była z nimi jako patronka wspólnego przedsięwzięcia, doglądająca z zaświatów postępu prac, na pewno uśmiechnięta i zadowolona z tego, jakie postępy poczyniła jej wychowanka. Trix lubiła tak myśleć: że ktoś był z niej dumny, skoro matka nie podołała zadaniu i uciekła, nim mogła doznać tego uczucia. Ale rzadko kiedy powracała myślami do Mary Jo, szczególnie że pracy było coraz więcej, a materiałów - coraz mniej.
Zbiórka zorganizowana na początku roku w Dolinie przyniosła wspaniałe rezultaty, jednak nic nie trwało wiecznie i z czasem tkanin zaczynało po prostu brakować, zmuszając szwaczki do wykorzystywania każdego skrawka. Było trudno. Jednolite koce przerodziły się w zbieraninę zszywek tworzących całość, nawet ubrania przestały być tworzone z takich samych materiałów - i o ile nie wyglądało to bardzo źle, miały przecież być przede wszystkim funkcjonalne a nie piękne, to Trixie z bólem serca spoglądała na malejące zapasy. Potrzebowały wsparcia, nie tylko dla własnej wygody szycia, ale dla dobra osób, którym produkty ich pracy miały się przydać: dlatego pewnego wieczora usiadły razem na szkolnych krzesłach i pogłówkowały nad możliwością rozpuszczenia informacji o zapotrzebowaniu znajomym z pobliskich hrabstw, które łączył Sojusz. Każda z nich miała tam swoje kompanki, wystarczyło wystosować listy, które pisały wspólnie, a potem rozesłać je dzięki sowiarni znajdującej się w Dolinie. Beckettówna zadeklarowała gotowość zaniesienia ich na pocztę; część wysłała swoim zaufanym puchaczem Steviem, a część ruszyła w świat przy nóżkach obcych, wypożyczonych ptaków, już po kilku dniach przynosząc odpowiedzi. To, co miało miejsce na początku stycznia w Dolinie - czyszczenie domów, segregacja niepotrzebnych ubrań - działo się i poza granicami Somerset, a dowiedziawszy się o szczytnym celu panie obiecały udostępnić swoje dobra kółeczku założonemu przez Trixie. Wystarczyło jedynie odebrać je ze świetlic, urzędów pocztowych i stacji kolejowych. Merlin najwyraźniej miał je w swojej opiece.
Żeby usprawnić proces doniesienia wszystkiego do miejsca ich spotkań, czarownica także wyruszyła niemal samotnie, w towarzystwie zaledwie kilku czarownic należących do grona krawieckiej braci, wszystkie siatki i większe worki modyfikując dyskretnym zaklęciem. Trwałoby to o wiele dłużej, gdyby towarzyszyły im mugolki, a liczył się przede wszystkim czas. W każdym hrabstwie Trixie dziękowała tym, którzy pojawili się by oddać należące do siebie tkaniny; dużo było tam uśmiechów i ściskanych dłoni, dużo życzeń powodzenia i zapewnień, że to, co robiły było dobre, a i na tamtych terenach przydałaby się podobna inicjatywa. To dobrze - zaszczepiała w nich pomysły, ciekawa jak szybko znajdą swoje odzwierciedlenie w lokalnej rzeczywistości. Im więcej rąk dołączało się do pracy, tym mniejszy strach o to, że potrzebujący po prostu zamarzną.
- Mamy to! - ogłosiła Beckett, gdy z tarczą powróciły do ich świetlicy w Dolinie. Przed wejściem każda z czarownic cofnęła skutki transmutacji, więc wkraczały do środka targając masę świeżych zdobyczy, co spotkało się z zachwyconymi głosami odpowiadającymi na ich powitanie. Mieszkanki Somerset chętnie wymieniały między sobą spostrzeżenia - która z ich przyjaciółek co podarowała, czy w ogóle, czy były obecne przy przekazaniu, czy ich serca też zapłonęły podobną pasją, chciały wiedzieć wszystko, więc gdy trwało wielkie rozpakowywanie, rozmowom nie było końca. - Pani Davies wyszła nam na spotkanie w Exeter, od nich chyba mamy najwięcej rzeczy - opowiedziała podpytującym towarzyszkom. Wiele materiałów było w zadziwiająco dobrym stanie, niektóre sprawiały wrażenie całkiem jeszcze nowych, a to nakazywało sądzić, że co uczynniejsze gospodynie zaoferowały je z dobroci serca zamiast faktycznego braku użytku. Coś w duchu Trix rozbłysło ciepłym ogniem: wdzięczność? Szacunek? Nie była pewna, wiedziała jedynie, że z tej dobroci powstanie jej kontynuacja i żadne poświęcenie nie pójdzie na marne. - Czeka nas sporo pracy. To dobrze. Podział taki jak zwykle? - zwróciła się z uśmiechem do swoich kompanek, a one kiwnęły w zrozumieniu, segregując pozyskane tkaniny wedle wcześniej ustalonego porządku. Potrzebowały na to coraz mniej czasu, napełnione pozyskanym doświadczeniem, znające swoje wzajemne wymagania i preferencje; w tym momencie z bocznej sali wyszła także starsza pani niosąca w dłoniach tackę z przygotowanym ciastem. Było chude i raczej niewysokie, ale, o Merlinie, było.  
- A tu coś na osłodę i energię - obwieściła, co spotkało się z rozradowanymi podziękowaniami. Każda z kobiet mogła skubnąć kawałek dla siebie, aż na dnie pozostały jedynie wiórki i przyjemne wspomnienia, a słodycz wypełniająca spragnione żołądki zmotywowała do zakasania rękawów.
Trixie miała w świetlicy swój kącik. Nie potrafiła zbyt długo usiedzieć na niewygodnych, drewnianych krzesłach, więc często przynosiła z domu kilka poduszek, dzięki którym tworzyła małe gniazdko pod ścianą, nieopodal jednej z lamp świecących najjaśniej. Musiała mieć dobry widok na to, co robiła, szwy bywały skomplikowane a zmęczenie nie pomagało skupieniu, czasem płatając figle. Dzisiaj miała do uszycia sporo spódnic. Niektóre z cieńszych materiałów dodatkowo podbijała od spodu, żeby spełniały swoją ochronną rolę, każdy z egzemplarzy tworząc długi, docelowo do kostki. Dostępne dla niej kolory były natomiast jesienne. Wszelkiego rodzaju tinty brązów, pomarańczy i żółci, zazwyczaj blade, stonowane i spokojne, by nie odznaczać się na tle surowej zimy. A szkoda. Brakowało im wszystkim odrobiny radości, chociaż tego, by urozmaicić sobie dzień uśmiechem na widok żywego koloru, który przypominałby o nadchodzących porach roku łatwiejszych do funkcjonowania dla wszystkich. O lecie, które niebawem miało nadejść. Musieli wytrzymać jeszcze tylko chwilę...
Po kilku godzinach ciągłej pracy Trix podniosła się z ziemi i przeszła świetlicą, rozprostowując plecy, wyciągając ku górze ręce. Mizerne ciało zaczynało przypominać kościom o niewygodzie, ale nie mogła pozwolić sobie na to, żeby pójść do domu i położyć się na łóżku, nie kiedy nie skapitulowała jeszcze żadna z krawieckich wojowniczek. Zamiast tego pomagała młodszym nabytkom ich skromnych szeregów w ich pierwszych pracach.
- Zobacz, jak będziesz to trzymać w ten sposób, to materiał nie będzie ci się wyślizgiwał z dłoni - zaprezentowała nieco pucołowatej dziewczynie o miłej twarzy i jasnych włosach splecionych w warkocze, która szybko pojęła o co chodziło Beckett. Kiwnęła więc głową i powtórzyła gest czarownicy, radząc sobie z tym naprawdę dobrze jak na jedną z pierwszych lekcji rzemiosła; to napawało optymizmem, rosło nowe pokolenie uzdolnionych dziewcząt niosących schedę starszyzny - za którą Trix siebie, oczywiście, nie uważała - w przyszłość. Czy kiedyś sama będzie dla którejś z nich taką panią Cattermole? - Czekaj, pomogę - powiedziała potem pogodnie do innej, ciemnowłosej nastolatki i usiadła obok niej na moment, chwyciwszy parę wolnych szydełek. Ich obsługa wcale nie była taka proste i zrozumiała dla kogoś, kto wcześniej nie miał do czynienia z tą sztuką. - Robisz szaliki? Zobacz, pętelka musi iść w ten sposób, później to zakręcasz... I hop, przechodzisz dalej, widzisz? - uczyła ją spokojnie, nawet wtedy, gdy dziewczynka nie pojęła kilku pierwszych prób i musiały cofnąć się o kilka oczek. To nic. - Nie martw się, mi też na początku nie szło - uśmiechnęła się wesoło, zadowolona, że małoletnia mieszkanka Doliny odpowiedziała jej tym samym.
Po godzinie dwudziestej pierwszej - jak zazwyczaj - nadszedł czas na rozejście się dróg. Gospodynie wracały do mężów i dzieci, córki musiały pomóc rodzicom przed snem, więc przed odejściem wszystkie wzniosły jeszcze krótki toast sokiem dyniowym za swój dzisiejszy mały sukces, po czym świetlica została zamknięta, a każda z nich ruszyła w swoją stronę. Co prawda Trixie nie zamierzała jeszcze przestawać, w domu czekały na nią magiczne szaty do wykonania, chociaż... Nie mogła zaprzeczyć, że sama też była całkiem zmęczona. Ale jednocześnie - tak bardzo zachwycona.

zt


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]14.08.21 2:44
8 stycznia '58

Wspomnienia Sylwestra wciąż były zamazane. Powracały do niej czasem w formie uderzeń naprzemiennego ciepła i zimna, niosły za sobą kalejdoskopową wizję dotyku i kakofonię splecionych ze sobą słów - ile z tego wszystkiego była w stanie przypisać do konkretnej godziny, konkretnej rozmowy? Alkohol był zdradliwą kochanką, zmącił wrażliwą pamięć i kazał rozważać czy w którymś momencie nie zrobiła z siebie pośmiewiska - ale to nie te obawy wiodły prym w jej rozmyślaniach. Pamiętała dłonie. Ciepłe, męskie, głodne: pamiętała drżenie ciała i ciarki spazmatycznie przeszywające skórę. Pamiętała usta i dłonie wplecione we włosy. A może to tylko jej wyobraźnia? Trixie niczego nie była już pewna, więc z pełną premedytacją wybierała niewiedzę, tym bardziej, że niedługo po celebracji nadejścia nowego roku obiekt jej imaginacji znów pojawił się na horyzoncie. Potrzebował garnituru na wesele Isabelli i Steffena, jak zresztą większość zaprzyjaźnionych gości; oprócz tego wciąż wykańczała projekt magicznej szaty mającej wesprzeć go na polu walki. Volans nie próżnował. W Zakonie Feniksa odnalazł swoją rolę w boju, miał zresztą do tego talent i umiejętności, które należało pielęgnować, wspierać - bo jego skuteczność oznaczała skuteczność ich wszystkich. Całej sprawy, za jaką opowiadali się ludzie pod dowództwem Harolda Longbottoma.
Czekając na przybycie Moore'a pracowała samotnie w swojej pracowni, dorabiając ostatnie szwy. Podstawą i główną częścią płaszcza była solidna skóra smoka, której dodatkiem stała się wełna kudłonia tworząca kieszenie. Co do ostatniego składnika spójnej całości: wciąż się wahała. Dlatego też ostateczną decyzję pozostawiła do konsultacji z samym Volansem, który znał drogę od furtki do osobnego wejścia do domu, które prowadziło bezpośrednio do jej warsztatu - więc gdy tylko usłyszała pukanie, oderwała się od pracy i ruszyła mu na spotkanie. Włosy miała częściowo splecione w kok, choć ich znakomita większość wysunęła się już z brązowej wstążki i opadała swobodnie na chude ramiona skryte za materiałem bladożółtego zimowego swetra. W kąciku krawieckim nie było zbyt ciepło, ale tak też lubiła pracować.
- Cześć - powitała go pogodnie, a ciało przeszył niespodziewany dreszcz niosący za sobie wspomnienia. Te dłonie musiały należeć do niego, błądziły, szukały, pochłaniały ją w całości, prowadząc na grzeszne dno - z którego jedynie resztką siłą woli zdołała się odbić. A może wręcz przeciwnie? Co tam się stało? - Wchodź do środka, nie zdejmuj butów. Pięknie dzisiaj pada śnieg, prawda? - pogodę obserwowała co prawda tylko z okna, raz na jakiś czas odrywając wzrok od pracy. Z uśmiechem sięgnęła też po szatę i pokazała ją Volansowi. - Co myślisz? - spytała. Jej policzki płonęły czerwienią, oddech cwałował w piersi - ale to nieistotne, mieli dzisiaj dużo do zrobienia. - Przymierz czy wszystko pasuje. Skóra smoka i wełna kudłonia, jak chciałeś. Nie wiem tylko... Bo myślałam jeszcze nad skórą nundu, ale nie wiem czy będzie ci odpowiadać. Napełnia witalnością, ale trochę, hm, ogranicza naturalną zwinność - wyjaśniła. Strata nie była wielka, rekompensowały ją dodatkowe siły witalne, ale zanim zdecydowałaby się użyć tego składnika, wolała poznać jego zdanie. Co tam się stało?

| tworzę magiczną szatę.
komponenty: skóra smoka x1, wełna kudłonia x1
st: 80, krawiectwo poziom III, bonus do rzutu +120
działanie szaty:
- dwa dodatkowe miejsca na przedmioty i +1k6 do żywotności
- +1k20% redukcji obr. od ognia i +1k6 do żywotności


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]14.08.21 2:44
The member 'Trixie Beckett' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 55

--------------------------------

#2 'k6' : 3

--------------------------------

#3 'k20' : 15

--------------------------------

#4 'k6' : 5
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pracownia krawiecka - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]14.08.21 5:31
Chociaż od Sylwestra minął już tydzień, powracały do niego niewyraźne strzępki odbytych rozmów i zasnute mgiełką upojenia alkoholowego twarze pozostałych uczestników tego przyjęcia. Jedna natomiast zdawała się być wyraźna. Wiązał z nią słodki, wzmacniany mocnymi trunkami smak i odurzający zapach. Miękkość włosów, w które wplątywał palce. W pamięci zapisał się obraz dłoni stanowczo zamykających się na kobiecych biodrach, unoszących drobne ciało towarzyszki wieczoru po to, by pchnąć ją na stół warsztatowy.
Zachłannie wodzących po rozedrganym kobiecym ciele. Prześlizgujących mu się przez palce kolorowych rajstop w zwierzątka, opadających na podłogę. Nie wróciły one do swojej właścicielki. Znalazły się w jego posiadaniu, co dotarło do niego dopiero na drugi dzień. Wszystkim tym wspomnieniom towarzyszyło poczucie pewnej satysfakcji, ale też niedosytu. Było ciężko zignorować to ostatnie uczucie.
Przez to wszystko było mu nieco ciężko przyjść do tego domu, aby zamówić u panny Beckett garnitur na wesele kuzyna. Zastanawiał się też, czy znów zechce mu towarzyszyć. Poważnym problemem było to, że nie potrafił tańczyć. A na weselach przeważnie dużo się tańczyło. Całkiem możliwe, że ma do tego dwie lewe nogi. To nie czyniło go odpowiednim towarzyszem podczas takich uroczystości.
Doceniał to, że Trixie również angażowała się wspieranie słusznej sprawy swoimi umiejętnościami krawieckimi i zgodziła mu się uszyć odzież ochronną. Doceniał również troskę i dobre intencje, znacznie wykraczające poza wspieranie słusznej sprawy. Nie chciał jednak by sama walczyła. Robiła i tak bardzo dużo dla zakonu Feniksa.
Rozpromienił się na widok stojącej w drzwiach panny Beckett, którą zdecydowanie powinien powitać inaczej. Chciał tego. Była na wyciągnięcie ręki. Byli sami. Wydawać by się mogło, że nikt im nie będzie przeszkadzać. Byłby w stanie doprowadzić do podobnej sytuacji. Trudno orzec jak to zostałoby odebrane. Z pewnością o wiele łatwiej odmówiłaby mu.
Witaj — Przywitał ją ciepło. — Dziękuję za zaproszenie. Chociaż je otrzepię. Pięknie — Dodał. Słysząc to pytanie o pogodę, zmarszczył brwi. Nie lubił rozmów o pogodzie. Otrzepał buty ze śniegu, co by nie nanieść wody do środka. Zamknął za sobą drzwi. Położył na stole papierową torbę z tajemniczą zawartością.
Wyglądasz... wygląda wspaniale — Wyrwało mu od razu po wejściu do środka, zdjęciu płaszcza, szalika i rękawiczek oraz swetra. Było mu za gorąco. Wyglądała podobnie, jak w tych wszystkich przebłyskach. Stąd też to przejęzyczenie. Na Merlina! Volansie, skup się! Nie jesteś już nastolatkiem
Moim zdaniem pasuje... mam swobodę ruchów. Skóra nundu... jeśli tak myślałaś to jest to doskonały wybór — Odrzekł po tym, jak założył na koszulę tę szatę. Wprawne oko Trixie z pewnością wyłapie wszystkie elementy do poprawy. Ufał Trixie w kwestii doboru materiałów. Bezwiednie dotknął dłonią potylicy. Powinienem coś powiedzieć, zrobić... oddać tobie te rajstopy... tylko jak to zrobić?
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 19 +3
UROKI : 15 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Pracownia krawiecka - Page 2 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]14.08.21 5:59
Wspaniałomyślność Merlina uchroniła ich przed jednym krokiem za daleko - choć pożoga ciągnęła, zapraszała, targała, mąciła w głowie i odbierała poczucie przyzwoitości, zastępując je ciężkim, lepkim smakiem wypitego alkoholu. Wróciła do domu bez rajstop, ale to nic, musiała przecież zgubić je w tańcu, w namiocie tamtej nocy z pewnością było gorąco... To nie tak, że pozwoliła mu je z siebie zdjąć, och, podobna myśl nawet nie przeszłaby jej przez głowę - lub przynajmniej takie sprawiała pozory, walcząca ze sprzecznymi pragnieniami, nowymi, dotychczas nieznanymi. Zwyciężył jednak strach, pozwolił czmychnąć przed apogeum niestosowności; nikt jej na to nie przygotował, nie rozmawiała z panią Cattermole o intymności, nie miała matki, która poprowadziłaby ją w meandry tego dziwnego świata. Wszystko rozgryzała więc sama, wiedziona naturalnym instynktem. Wtedy nie było inaczej.
Wyglądasz - rumieniec zabłysł jeszcze wyraźniejszą tintą, a uśmiech stał się inny, nie tyle przesiąknięty przyjaźnią, co uwodzący, podczas gdy zęby delikatnie przygryzły dolną wargę. Może jednak nie przyśniła sobie tamtej nocy? Może niewiedza wcale nie popłacała? Jedno było pewne: Volans nie miał w niej tak łatwej zdobyczy, choć znakomitą większością jej istnienia zawładnął w surowej prywatności małej szopy.
- Przymierz - powiedziała jedynie miękko, zignorowawszy jego przejęzyczenie z pełną świadomością, i podeszła kilka kroków do smokologa, pomagając mu założyć na siebie szatę. Cofnęła się potem, by móc ją ocenić. Krytyczny wzrok towarzyszył jej nawet teraz, gdy patrzyła na splot materiałów, na to, jak układały się na męskim ciele; Trixie sięgnęła dłońmi do połów płaszcza i zacisnęła je nieco mocniej na torsie Moore'a. - Tak będzie lepiej. Zwężę to trochę - zdecydowała i spojrzała w górę, odnajdując znajome niebieskie tęczówki. Pamiętała je - z ciemności otaczającej zewsząd, z gorąca zalewającego ciało, z oddechu ulatującego z piersi; nie pomyliłaby ich z innymi oczyma. - Rękawy też są trochę za długie, ale to mniejszy problem. Dobra, zdejmuj, zajmę się tym od razu, a potem zrobimy przymiarki do garnituru - machnęła lekko dłonią, a gdy Volans usłuchał, odebrała od niego szatę i odwróciła się do stołu, na którym rozłożone miała wszystkie przyrządy. Skupienie się na pracy było bezpieczniejsze. Znajomy grunt pod nogami nie kusił nieznanym i choć nagła suchość w gardle domagała się choćby łyka wody, Trix zdecydowała się to ignorować. Musiała działać. Robić coś, cokolwiek, byle nie oszaleć; rozłożyła więc tkaninę na blacie i zaczęła dostosowywać jej szerokość; spojrzenie nie wędrowało już do Moore'a, nawet jeśli przychodziło jej to z trudem. - Chcesz kawy? - zagadnęła w międzyczasie, wciąż skupiona na swoim zadaniu. Atmosfera w warsztacie była ciężka, intensywna, niedopowiedziana; czy mogło być gorzej? - Tam stoi. Zbożowa, bez cukru, ale możesz sobie dolać mleka - delikatnym ruchem głowy wskazała mały dzbanek parującego napoju stojący nieopodal, wciąż odwrócona plecami do swojego gościa, pochylona lekko nad projektem. - Chwilę mi to zajmie, więc opowiedz mi o swoim styczniu. Minął tydzień od... Minął tydzień. Co robiłeś? - spytała z ciekawością; dostał już nowe zadania w Zakonie? Spełniał się w pracy? Tęsknił, wspominał? Igła mknęła wzdłuż nowych szwów uparcie, sprowadzając na ziemię. Tu i teraz.


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
[odnośnik]14.08.21 23:50
Miewał różne myśli. Niewątpliwie nie zachował się przyzwoicie, nawet można by sądzić, że skorzystał z nadarzającej okazji albo zrobił coś nie tak i dlatego to skończyło się tak jak się skończyło. Przez co pozostało wiele niewypowiedzianych na głos pytań i ten niedosyt oraz świadomość odmiennych doświadczeń na tym polu. On już je posiadał, a Trixie miała to wszystko przed sobą. Przynajmniej tak właśnie sądził.
Za późno ugryzł się w język. Przez to właśnie wyrwało mu się to słowo przeinaczające sens jego wypowiedzi. Nie było w tym ani krztyny kłamstwa. Podczas tamtej nocy niejednokrotnie widział ten żywy rumieniec i uwodzący uśmiech, przygryzaną przez nią czerwień warg. i tym razem znalazła się tak blisko niego, pomagając w przymiarkach.
Gdy dziewczyna chwyciła dłońmi poły tego płaszcza, zaciskając je mocniej na jego torsie, w pierwszym odruchu musnął dłońmi jej biodra. Przytaknął również, chociaż to bardziej bezwiednie. Starał się zachować pozory skupienia. Przymierz, rękawy za długie, zdejmuj, zajmę się poprawkami, a potem przymiarki do garnituru. Proste czynności, z których wykonywaniem nie miał najmniejszego problemu. Problemem były niespokojne myśli i niemożność zajęcia czymkolwiek rąk w tym właśnie momencie. Ciążyła mu ta atmosfera.
Chętnie się napiję — Kawa wydawała się bardzo odpowiednia do zajęcia rąk. — Mleko wystarczy. Nalać ci? — Pokonał dystans dzielący go od dzbanka z kawą zbożową. Napełnił parującym napojem kubek, dolewając do niego mleka. Mleko zbogacało smak kawy zbożowej, ale przecież nie zastąpi cukru. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni pił słodką kawę czy herbatę. Zaproponował, że naleje jej kawy. Jeśli nie chciała to usiadł na tym materacu, grzejąc dłonie o gorący kubek.
Przyniosłem wam trochę żywności. Leży na stole w papierowej torbie — Poinformował Trixie. Powinna to schować. W torbie był 1 kg świeżego dorsza, bochenek chleba ziarnistego oraz 0,5 kg soczewicy. Nie było to wiele, ale na miarę jego obecnych możliwości. — Zapewne masz masę roboty, ale byłabyś w stanie zrobić dodatkowo sieć do łowienia ryb? — Zapytał po wypiciu kilku łyków gorącego napoju. Starał się na tym skupić po to, by nie spoglądać na pannę Beckett. Z marnym skutkiem.
Minął tydzień od Sylwestra.
Jeśli chodzi o Sylwestra... naprawdę wspaniale się bawiłem. Pójdziesz ze mną na to wesele? — Podjął temat, w swoim mniemaniu zgrabnie omijając kwestię tego, co czego doszło w tej szopie. Miał to na końcu języka. Wszystko to, o czym nie mógł zapomnieć. Była dosłownie na wyciągnięcie ręki. Nie chciał rozmawiać o pracy.[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Volans Moore dnia 15.08.21 3:58, w całości zmieniany 2 razy
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 19 +3
UROKI : 15 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Pracownia krawiecka - Page 2 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]15.08.21 0:57
Igła mknęła miękko wzdłuż poczynionych szwów, ciągnąc za sobą nić scalającą ze sobą w jedność poprawione części szaty, która prędko uległa wymaganiom i zwęziła się w odpowiednich miejscach. Rękawy także udało jej się skrócić bez szwanku, choć to stanowiło właściwie formalność. Na szczęście przeróbki nie były zbyt drastyczne, mogła poradzić sobie z nimi szybko, zaprawiona w podobnych bojach przy okazjach zbyt wielu do zliczenia - chociaż nigdy dotąd, prócz Świąt, nie miała okazji szyć akurat dla niego. Spełniała oczekiwania Volansa? Pewnie patrzył na nią inaczej, na jej sztukę, na to, co wychodziło spod jej rąk; nieświadoma, że zaszczepiała w nim własny krytycyzm, próbowała za wszelką cenę doprowadzić płaszcz do perfekcji, byle tylko nie znalazł niczego, co wprawiłoby go w niezadowolenie... A było to trudne, zważywszy na fakt, że wciąż czuła na swoich biodrach delikatny dotyk znajomych dłoni, które sięgnęły po nią gdy dobierała szerokość tkaniny na jego torsie, na moment niemal odbierając oddech.
- Jeszcze jeden kubek i dostanę zawału - odpowiedziała z cichym parsknięciem; kawa, którą jedynie cudem udało im się zdobyć w styczniowej zawierusze, dominowała ostatnio większością dni, pomagała jakkolwiek przetrwać piętrzące się zmęczenie - i być może również ona tak boleśnie mąciła jej w głowie, sprowadzając myśli na manowce, śląc w dół kręgosłupa dreszcze, których nie była w stanie powstrzymać.
Na informację o przyniesionym prezencie Trixie obróciła głowę i spojrzała na Volansa przez ramię, ze zdziwieniem zauważając, że przysiadł na jej materacu ustawionym w kącie, na pierzynach rozłożonych tam w artystycznym nieładzie. Ciemne brwi uniosły się wyżej w wyrazie zaskoczonego rozbawienia; to chyba uderzyło ją bardziej niż wspaniałomyślne dzielenie się jedzeniem, towarem tak trudno dostępnym w czasach wojny.
- Wygodnie? - mruknęła i pokręciła głową, a potem odwróciła się z powrotem do krawieckiego projektu, wprowadzając ostatnie poprawki. Musiała tu i ówdzie zakończyć szew i oderwać nadmiar nici, reszta była praktycznie gotowa. - Nie musiałeś... ale dzięki. Przyda się. Ja nie miałam szczęścia na targach, ojciec przyniósł do domu trochę więcej - przyznała z lekkim wzruszeniem ramionami. Spiżarnia naprawdę świeciła pustkami w porównaniu do ostatnich lat, do czasów, kiedy Stevie pracował jeszcze w Ministerstwie, a Londyn był względnie bezpieczny, pełen ogólnie dostępnych dobroci. Trixie wydała z siebie później kontemplacyjny pomruk, cichy, gładki. - Tak, pewnie tak. Tylko musiałabym mieć dobrej jakości liny - osądziła finalnie; coś takiego jak rybacka sieć nie było awangardową suknią pełną przeróżnych warstw, musiałaby sobie z tym poradzić. Zamierzał łowić ryby? A to ci dopiero, całkiem zgrabny pomysł. Darmowe pożywienie! Że też sama na to nie wpadła i nie zasugerowała ojcu wspólnego wypłynięcia na drobny połów, ale cóż, wszystko jeszcze przed nimi. Zanim ponownie odwróciła się do Moore'a, rozprostowała gotową szatę na blacie. - Tam w rogu na manekinie masz marynarkę, spodnie leżą na półce. Przebierzesz się? Muszę zobaczyć jak ten garnitur na tobie leży zanim zrobię z nim coś więcej - poprosiła, z pełną świadomością unikając obrócenia się, by chociaż podejrzeć go kątem oka. Nie mogła. Nie, tak nie wypadało, och, naprawdę wspaniale się bawiłem. Czy jego tupet nie znał granic?! Czerwień zalała całą twarz Trixie, która w tym samym czasie upuściła nożyczki na blat, zakłopotana, spętana wyobraźnią podsuwającą gorąc tamtego dotyku.
- Było... miło - wydusiła z siebie i odchyliła głowę do tyłu, wpatrzona w sufit. Merlinie, daj mi siłę. - Na wesele tak właściwie idę z ojcem, ale... Może pozwoli ci na jeden taniec - dodała ciszej, cieplej, oddychająca głośniej, tracąca metaforyczną równowagę pod nogami.


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911
Re: Pracownia krawiecka [odnośnik]15.08.21 3:56
Przeważnie kierował się praktycznymi względami i wygodą, w mniejszym stopniu estetyką. Chociaż na weselu kuzyna te dwie ostatnie rzeczy miały największe znaczenie. Raz na jakiś czas mógł sobie pozwolić na taki wydatek. A panna Beckett była doświadczoną krawcową i jego zdaniem doskonale radziła sobie z igłą i nitką.
Masz tak dużo pracy? — Dopytał. Kawa była niezbędna w jego pracy, ale musiał nauczyć się funkcjonować praktycznie bez niej. Udało mu się dostać butelkę soku malinowego i herbatę kwiatową. Nie zastąpi to kawy, ale nie mógł dostać wszystkiego.
Nie kazała mu zejść ze swojego legowiska. Gdyby tego sobie życzyłaby to oczywiście wstałby i znalazłby sobie inne miejsce. Nie brakowało go tutaj. To prowizoryczne posłanie wydawało mu się najwygodniejsze.
Bardzo — Przyznał, unosząc kąciki ust w wymownym grymasie. Gdyby jednak miałby spać na takim materacu przez całą noc to najpewniej bolałyby go plecy albo byłoby trochę za mało miejsca. W ostateczności za nisko. W rzeczywistości niedane będzie mu to sprawdzić. Dopił kawę i odstawił pusty kubek obok swojej nogi.
Byłem na targu i wydawało mi się, że było tam znacznie mniej żywności, niż w grudniu — Podzielił się z nią swoim spostrzeżeniem. Wszystkich dotykał niedobór żywności, ale on potrafił o siebie zadbać. Dlatego mógł przekazać im trochę jedzenia. Będzie musiał rozwiązać problem mało urozmaiconych zapasów i spiżarni świecących pustkami.
—  Postaram się zdobyć taką linę — Niczego nie mógł obiecać, ale postara się. Znał kogoś, kto dysponował łodzią i był w stanie efektywnie wykorzystać tę sieć. On miał tylko wędkę. Była bardzo przydatna, choć nie tak wydajna jak łowienie siecią.
Tutaj mam się przebrać? — Zapytał dla pewności. Wstał z miejsca, uważając na to, by nie trącić tego kubka stopą. Zbliżył się do tego manekina. Bez problemu mógł przebrać się w pracowni krawieckiej, dlatego też rozwiązał i zsunął ze stóp zimowe buty. Rozpiął i zdjął obecnie noszone spodnie, a następnie zastąpić je tymi leżącymi na półce. Musiał sprawić, czy pasują i czy nogawki nie są za krótkie. Na koszulę narzucił wiszącą na manekinie marynarkę, przyglądając się rękawom. Na razie jej nie zapiął. To również będzie musiał sprawdzić.
Już — Poinformował ją. Teraz mogła się odwrócić, nawet, jeśli spoglądała ukradkiem jak przymierza ten garnitur. Powiedział przecież prawdę. Było tak naprawdę, chociaż tego, co miało miejsce w szopie nie postrzegał w kategoriach zabawy tego typu. To jednak nie oczyszczało przestrzeni tego warsztatu z ciężkiej, wręcz przytłaczającej atmosfery między nimi. Stwierdzenie, że nie powinni nie chciało przejść mu przez gardło a ponowne zainicjowanie sytuacji sprzed tygodnia mogło przynieść dokładnie ten sam, jeśli nie gorszy efekt. Byli trzeźwi. Nie był też na neutralnym gruncie. Ani też nie na swoim. Zdawać by się mogło, że teraz to on przeciąga strunę, testuje granice jej wytrzymałości. Nawet nie po to, by dopiąć swego.
Myślałem, że powiesz coś więcej — Rzucił z pozoru niezobowiązująco, z udawanym zmartwieniem. Miał dwie lewe nogi do tańca, więc na to było trudno go namówić. Na jego usta wkradł się wraz z uniesieniem ich kącików psotny, niezbyt grzeczny uśmiech.
Jeden taniec to aż nadto... bo nie potrafię tańczyć — Teraz już nie żartował i nie wyznał tej niewygodnej prawdy po to, by coś ugrać. Wydawał się zakłopotany tym.[bylobrzydkobedzieladnie]
Volans Moore
Zawód : Smokolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Oh I still can remember a time when it wasn't like this
Before the world became enslaved
Can we all go back to the time when we were not like this
Can we even be saved?
OPCM : 19 +3
UROKI : 15 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
Pracownia krawiecka - Page 2 Tumblr_myrxsem7AC1s8tqb9o1_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9775-volans-moore-w-budowie#296523 https://www.morsmordre.net/t9914-sol#299801 https://www.morsmordre.net/t9919-ksiega-smokow#299856 https://www.morsmordre.net/f371-derbyshire-borrowash-pollards-oaks-11-8 https://www.morsmordre.net/t9921-szuflada-volansa#299859 https://www.morsmordre.net/t9913-volans-moore#299792

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Pracownia krawiecka
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach