Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Grób Caleba Macnaira
AutorWiadomość
Grób Caleba Macnaira [odnośnik]17.02.21 0:02
First topic message reminder :

Grób Caleba Macnaira

Nagrobek znajduje się w odległej alejce na samym skraju cmentarza w Dolinie Godryka. Ścieżka między grobami jest tutaj wąska, porośnięta mchem oraz niesforną trawą. Większość płyt jest nadgryziona zębem czasu, porzucona, co usprawiedliwiają bardzo odległe daty zgonów. Caleb Macnair jest jednym z niewielu świeższych lokatorów, ale stopniem zepsucia i zaniedbaniem wcale nie odstaje od pozostałych. Gdyby ktokolwiek zdecydował się go odwiedzić, czeka na niego stara, drewniana ławeczka, w której brakuje jednej deski. Na płycie nagrobnej stoją natomiast przerdzewiałe, dawno wygasłe znicze.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]10.11.21 17:02
Skorupa, którą przyoblekła i wykształciła na przestrzeni ostatnich lat miała to do siebie, że z jednej strony prowokowała w niej pewnego rodzaju skostnienie uczuć i okazywanych emocji, nie pozwalając wyraźnie odciąć się od przeszłości, a z drugiej była niezwykle krucha. Sama Henrietta doskonale zdawała sobie sprawę z tej kruchości, wznosiła więc wokół siebie coraz większe mury, starając się żonglować niezwykle trudną sztuką przybierania oblicza niezwykłej otwartości, jednocześnie spychając gdzieś głębiej to, co naprawdę leżało jej na sercu. Może właśnie dlatego, mimo że usilnie odpychała wszelkie związane z nim obrazy od siebie, wmawiała sobie, że już wcale o nim nie pamięta, nigdy tak naprawdę nie udało jej się uwolnić od wspomnień, mimowolnie zatapiała się w namiastce i mgiełce dawnych reminiscencji, które były zdecydowanie dalekie od rzeczywistości. Nie chciała znowu się naciąć, pójść w odstawkę niczym zniszczony dotykiem czasu mebel, albo dziurawe ubranie oddane biednym czy z wzgardą wyrzucone do śmieci. A właśnie tak się przed dziesięcioma laty czuła. Skoro tak łatwo przyszło Calebowi się bez niej obejść, jedną decyzją wymazać całą łączącą ich przyszłość, to czy mogła być dla niego czymś więcej niż tylko zabawką, którą bardzo szybko się znudził? Wtedy jeszcze nie do końca rozumiała sens zasad rządzących wyższymi sferami, a chociaż sami Macnairowie nie należeli przecież do czystokrwistej szlachty, w końcu dotarło do niej, że w ich mniemaniu reprezentowali sobą dla niej o wiele za wysokie progi. Nigdy nie czuła się tak bardzo upokorzona, a równocześnie tak głęboko przekonana o tym, jak niewiele było w takim rozumowaniu prawdy. Fakt, że Caleb najwyraźniej myślał podobnie - porzucił ją przecież, tak po prostu, wydawało jej się wtedy, że zupełnie nie przejmując się jej losem - było dla niej nie tylko wielkim zaskoczeniem, ale jeszcze dotkliwiej łamało serce.
Udawała więc przed sobą i przed wszystkimi wokół, że wcale ją już to wszystko nie obchodzi, że wiedzie normalne, wolne od niego życie, chociaż wciąż ciążyła jej waga wdziewanej na twarz maski, sprawiając, że zapętlała się w tworzeniu własnej tożsamości, gubiąc się w labiryntach sprzeczności. W jednej chwili przekonywała samą siebie, że była w stanie dalej żyć, w drugiej nie widziała siebie bez jego imienia u swojego boku. Spoglądając w jego oczy, ponownie czuła się cholernie zagubiona, z trudem próbowała znowu znaleźć w sobie energię, przyoblec na nowo obliczę silnej, niezależnej kobiety. Tak w końcu próbowała żyć. Mniej lub bardziej nieudolnie, stawiając na rozwój, skupiając się przede wszystkim na pracy, która w ostatnich miesiącach także została jej odebrana.
Ona również, z niewyjaśnionych dla siebie powodów, mimo groteskowości całej sytuacji, nie dającej im przecież żadnej nadziei na przyszłości, w głębi duszy cieszyła się, że go widzi. Bezwiednie wyciągnęła dłoń w jego stronę, zupełnie jak przed laty, gdy tym prostym gestem czule gładziła go po twarzy.
- Może dobrze się stało - wymruczała jakby do siebie, cofając rękę, wsłuchując się w jego śmiech. Brzmiący nieco inaczej niż przed laty, nieco głucho, jakby odbijał się w przeźroczystym wnętrzu, rezonując niczym smyczek skrzypiec wibrujący na jednej nucie.
Wiedziała, że znowu się przed nim odsłania, że musiał dostrzec buzujący w niej kocioł emocji, zawsze potrafił dostrzegać zachodzące w niej zmiany. Zupełnie jakby posiadał zdolność podskórnego wyczuwania, że jej wewnętrzny kompas zmieniał emocjonalny kierunek, przechodząc od rozpaczy, poprzez radość, próbując zrozumieć, co tak właściwie się jej dzisiaj przytrafiało.
Sama dostrzegła, że jej słowa, jej kłamstwo, trafiły w niego niczym zaciśnięta pięść uderzająca w policzek. Zastanawiała się czy czuje ból, czy jego serce pozostaje zimne, zupełnie nieczułe na wiatry wydarzeń, obojętne na obrót jaki przybrała prowadzona przez nich rozmowę. Powinna poczuć satysfakcję, czy nie po to uciekła się do takiego a nie innego przeszywającego, ostrego jak sztylet, doboru słów? Chciała go zranić, w tej chwili przygryzła ścierpnięte od mrozu usta, przyglądając mu się bardzo uważnie, aby w końcu spuścić głowę i wzbić wzrok gdzieś w brukowej kostce drogi widocznej gdzieś pod warstwą śniegu.
- Tak bardzo mi przykro - odpowiedziała szczerze, łamiącym się głosem, spoglądając w jego stronę, usiłując powstrzymać napływające do oczu łzy. Bezwiednie znowu wyciągnęła rękę, chcąc zacisnąć ją na jego dłoni, jednak jej dotyk trafił w pustkę, dostrzegła jak materiał ciepłej rękawiczki rozmywa się surrealistycznie w bijącej od niego duchowej poświacie. - Żyjesz tak… Istniejesz w ten sposób już od dziesięciu lat? - zapytała z niedowierzaniem. Nagle dotarło do niej jak tragiczny okazał się jego los, jak wiele stracił, w jakim okrutnym położeniu się znalazł. Bez względu na odczuwane wobec niego wyrzuty, wiedziała, że nie zasłużył sobie na taki los. - Dlaczego się dla niego poświęciłeś? - Ogniki gniewu nagle zatańczyły w jej oczach, gdy uniosła wyżej podbródek, poważnie spoglądając mu w oczy. Jak mogłeś na to pozwolić, jak mogłeś do tego dopuścić. Dlaczego oddałeś życie za… za niego? - Twój brat nie był tego wart… - dodała zaciekle, próbując uspokoić zszargane nerwy, co z każdą chwilą wychodziło jej coraz gorzej. - Ucieszyłoby cię gdybym powiedział, że mam wspaniałego męża... - zaczęła łagodnie, po chwili głębszej refleksji, ponownie wbijając wzrok gdzieś przed siebie. - … i gromadkę dzieci? - zapytała nieco przekornie, obserwując jego reakcję. Może w głębi duszy liczył na to, że nigdy się nie otrząśnie? A może ona sama naiwnie liczyła na to, że gdyby nie ten parszywy splot wydarzeń, ich losy mogłyby potoczyć się inaczej, może nie wszystko między nimi było wtedy jeszcze stracone. Może mieli szanse... Odgoniła od siebie tę myśl, zmusiła się w końcu do jej wyciszenia już przed wielu laty.[bylobrzydkobedzieladnie]


I’ll just keep playing back
These fragments of time Everywhere I go, These moments will shine Familiar faces I’ve never seen Living the gold and the silver dream


Ostatnio zmieniony przez Henrietta Bartius dnia 18.12.21 18:16, w całości zmieniany 2 razy
Henrietta Bartius
Zawód : amnezjatorka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10582-henrietta-bartius https://www.morsmordre.net/t10642-racuch https://www.morsmordre.net/t10639-etta https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10697-skrytka-nr-2335 https://www.morsmordre.net/t10641-h-bartius
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]03.12.21 14:45
Ideologia wyznawana przez jego rodzinę była bardzo jasna, bezwzględna, nie zostawiała niczego domysłom ani negocjacjom - była ugruntowana i stała jak pieprzony głaz, na którym ktoś zaplamionym krwią dłutem wyciosał zasady. Te zasady, których nie powinni byli łamać, którym powinni ślepo wierzyć od urodzenia. Nie musieli być szlachtą, żeby uważać się za lepszych od innych - jego ojciec i matka byli na to najlepszym dowodem, chociaż poza swoją pracą, okrutną pasją, nie mieli prawie nic i niczego w życiu nie osiągnęli. Chciałby powiedzieć, że ich kochał, ale jak mógłby kochać kogoś, kto okazywał wobec jego i jego brata tak wiele chłodu? Wychowywali się tak, żeby wyrosnąć na silnych i niezależnych czarodziejów, ale tylko Cillian stał się niezależny w sposób, który uczyniłby ich rodziców dumnymi. Pusty nagrobek Caleba, murszejący kamień i zamazane litery mówiły wszystko o tym, co sądzili o jego decyzjach. Jego wartościach, miejscu, w którym zażądał zostać pochowanym (gdyby nie Cillian pewnie by się na to nawet nie zgodzili). Wiedział, że nienawiść wobec niemagicznych, żywa wśród Macnairów, była nie tylko stała, ale również krwawa - i nigdy nie chciał narażać na to Henrietty. Kochał tę kobietę miłością tak głęboką jak nieodpowiedzialną, obiecał jej zbyt wiele z rzeczy, których nie był w stanie jej zapewnić.
Pewnie zachował się niesprawiedliwie, samodzielnie podejmując decyzję o tym, co będzie dla niej najlepsze - stwierdzając, że z pewnością nie będzie szczęśliwa, jeżeli zrezygnuje ze wszystkiego, co znała, co było jej bliskie, żeby z nim uciec. A może tylko się tak usprawiedliwiał, bo sam nie był gotowy zrezygnować ze wszystkiego dla miłości? Nie wiedział - ale żałował tego przez wszystkie następujące tygodnie i lata nie-życia. Śmierć zadbała o to, by nigdy nie był w stanie zapomnieć. Aż do teraz.
Mimowolnie wyciągnął dłoń, tęsknym gestem chciał spleść palce z jej palcami, gdy sięgnęła ręką do jego policzka; nie zdążył, wycofała się, w oczywisty sposób nie gotowa na to, by skonfrontować się z jego bezcielesnością.
Tak było lepiej.
- Tak myślisz? - wyrwało mu się, zanim zdążyłby się rozsądnie powstrzymać. Wsunął ręce do kieszeni w pozornie nonszalanckim geście, ale na tyle, na ile go znała, była w stanie dostrzec, że to tylko marna próba rozluźnienia atmosfery, ukrycia tego całego żalu, bólu, który rezonował między nimi niewidzialną siłą. - Może i tak. Nie byłabyś szczęśliwa, musząc całe życie uciekać przed mordercami. - powiedział bez ani krzty zawahania. Nie wstydził się już przyznać kim była jego rodzina; kim stali się podczas tej wojny. - Ja nie byłbym szczęśliwy, gdybym dowiedział się, że mój brat stracił duszę, a mnie tam nie było. On... - Zaśmiał się głucho, niewesoło. Gdyby był jeszcze w stanie płakać, może by się załamał, ale jego oczy już zawsze miały pozostać suche. - Jest pieprzonym sukinsynem. Ale jest moim bratem, Etta... - powiedział cicho, z poczuciem winy. Nie oczekiwał po niej, że zrozumie, nawet by tego nie chciał - zmuszać ją do jakiegokolwiek współczucia wobec mężczyzny, który nią gardził i który sprawił, że musieli się rozstać.
Zauważył jej załamanie na kilka sekund przed tym, nim się wydarzyło. Płakała za nich obu, a on był bezradny. Ciepła, ludzka dłoń przeniknęła przez jego lodowatą, siną. Jedyne, na co mógł się zdobyć, to wykorzystanie mocy, by okazać jej wsparcie. Z początku nie był w stanie pomyśleć o niczym konkretnym, jedynie o tym, jak cieszył się, że ją widzi - potem skupił te resztki mocy, które mu pozostały, a śnieg padający wokół nich zmienił się we fruwające białe ptaki wielkości umożliwiającej zamknięcie ich w garści. Były stworzeniami z czystego lodu, odbijały światło i tęczowe błyski, ich cichy śpiew otoczył ich kokonem, wraz z powiewem ciepła, który mogła odczuć jedynie Henrietta.
- Nie płacz za mną. Nie chcę tego - powiedział bardzo cicho, zbliżając się do niej na tyle, na ile mógł bez przytłoczenia jej zimną sylwetką. - Zdążyłem już przyzwyczaić się do bycia duchem. Zostało mi też trochę magii, dzięki której mogę zrobić to. - Ogarnął ramieniem całe otaczające ich piękno. - To iluzja. Ale mam nadzieję, że robi wrażenie. - Uśmiechnął się lekko, trochę szczerzej niż dotychczas, przyglądając się jej uważnie, gdyż dla niego iluzja była niczym w porównaniu z nią. - Może i nie był - potwierdził ze słabym posmakiem goryczy. Czy to możliwe, by go czuł? - Ale kim ja bym był, gdybym pozwolił mojemu bliźniakowi stracić duszę w tak okrutny sposób? Moja dusza, jak widzisz, ma się dobrze - pozwolił sobie na słaby żart. Wyobrażenie sobie Etty z innym mężczyzną w domu szczęśliwszym, niż mógł jej dać, sprawiło, że jego iluzja na krótki moment stała się bledsza, ciemniejsza; szybko jednak doprowadził się do porządku, nie dając jej poznać, jak zły był. - Gdyby to dało ci szczęście... tak - przyznał z trudem. - A jak jest? - spytał szybko. Niecierpliwił się, choć miał przecież cały czas na świecie.


Umrzeć, usnąć? Śnić może?
Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie w klęskę...
Caleb Macnair
Zawód : Aktualnie bezrobotny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
never better
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Duch
deceased
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t9272-caleb-macnair#282376 https://www.morsmordre.net/t9594-nagrobek-c-r-macnaira https://www.morsmordre.net/t9380-duch-z-doliny#284767 https://www.morsmordre.net/t9424-grob-caleba-macnaira#287564 https://www.morsmordre.net/t9392-caleb-macnair#285075
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]18.12.21 18:12
Henrietta umysł miała wolny od korzeni ideologii wrastających głęboko pod ściółkę mętnej tożsamości, pełnej dziur, nieprzejrzystej, nie skostniałej jednak względem z góry narzuconych zasad. Sam Nathaniel, co dostrzegała dopiero na przestrzeni następujących po śmierci ojca lat - wykazywał się wyjątkową, wręcz konformistyczną elastycznością względem życiowych prawideł. Wyrzekł się świata, do którego należał, opuszczając bartusiowe lasy, paląc za sobą niemal wszystkie mosty, zaszywając się w Londynie, aby tam stworzyć nową rzeczywistość dla siebie, Alveny i przyszłego potomstwa. Zdystansował się od zasad rządzących tymi, którzy poruszali się po magicznej orbicie; wszystko po to, aby w momencie powołania do wojska Bobby’ego rozpaczliwie usiłować zerwać więzi z przed laty obraną ścieżką i wrócić do świata magii. Nagle zdradzał swoją nową rzeczywistość, twierdząc, że tocząca się za oknami wojna wcale nie była jego, że należał do innej, jakby równoległej teraźniejszości, którą bezlitośnie również porwał w swoje wichry bitewny front. Rodzice Caleba, w przeciwieństwie do Nathaniela, przynajmniej wiernie podążali za kierunkiem wskazywanym im przez poglądowy kompas. Czasem zastanawiała się, czy jej nieco zgorzkniały w swym charłactwie, wciąż jednak ukochany ojciec nie posiadał po prostu żadnych ideałów, wzorów, do których dążył, poddając się wyroczni aktualnej chwili przepowiadającej mu wszystko ad hoc, zdając się na tymczasowość i ulotną doraźność podejmowanych działań, czy może wykształcił w sobie rodzaj specyficznego rozsądku, nakazujący dostosować się do zgotowanej mu sytuacji.
Może właśnie dlatego tak trudno było jej znaleźć własne miejsce, skoro nawet jej największy autorytet - już nieco zszarzały, mętny w otchłaniach powracających wspomnień - wyrzekał się raz jednego, raz drugiego świata jakby nie chciał stać się nieoderwalną częścią chociaż jednego z nich. Na próżno czytała w szkole wszystkie księgi snujące opowieść o magicznych rodach, przyswajała legendy opiewające Bartiusów, wciąż czując w sobie pewną pustkę. Kto wie, może byłoby jej łatwiej, gdyby wychowano ją dokładnie tak jak Caleba. I gdyby w przeciwieństwie do niego całkowicie poddała się i ugięła pod skostnieniem głoszonych poglądów? W poczuciu wyższości - wobec jednej czy drugiej rzeczywistości - w chłodzie zapewniającym jej samowystarczalność i zupełną niezależność - wtedy przynajmniej byłaby do tych uczuć przyzwyczajona od pierwszych lat życia, a nie czułaby się gwałtownie wrzucona w wir koniecznej do natychmiastowego przyswojenia samodzielności. Wychowana na skałę, mogłaby z łatwością oprzeć się czarnej melancholii, która opanowała ją po jego odejściu, gdy czuła się bezlitośnie porzucona i po raz kolejny pozostawiona samej sobie. Trwałaby niewzruszona, niewrażliwa na wiatry nieprzewidywalnych zmian, skupiona na swojej sile i nieustępliwości.
Zamiast tego wzrosła się w poczuciu parszywego osamotnienia, mając koło siebie pozornie niewrażliwego na spotykający ich los brata, tkwiącego w zawieszeniu, przebywającego tak daleko, w jeszcze innym - trzecim z kolei - świecie, mimo że przecież siedział zaraz obok. U boku Caleba, przez ułamek sekundy, wierzyła, że wreszcie znalazła swoje miejsce i powiązane z nim własne ja. A potem wszystko - oni, ona, świat - posypało się jak domek z kart.
Dawno przestała jednak gdybać, pytać, co by było jeśli… Nie poddałaby się tak łatwo? Sprzeciwiła wyborowi, który podjął? Przecież w głębi duszy wiedziała, że jego decyzja wcale nie była taka prosta. Wmawiała sobie, że to wszystko od dawna nie miało znaczenia, choć uparcie rzucało cień na całą jej teraźniejszość, tym samym zaprzeczając pozornej nieistotności, którą przypisywała przeszłości.
Nie mogłaby zarzucić mu niesprawiedliwości, skoro sama podjęła równie krucjalną decyzję nie wtajemniczając Caleba w kwestię, która miała już na zawsze scalić ze sobą ich życia. Nie powiadomiła go o owocu miłości, który wzrastał pod jej w pierwszych miesiącach zupełnie nieświadomym niczego sercem. Pamiętała swoje niezdecydowanie, targające nią sprzeczne emocje, mogła chociaż napisać krótki list. Obawiała się jednak nie tylko jego reakcji, wystarczył jej przestrach, z którym obracała się za sobą na ulicy, bo rzucona w jej stronę groźba Cilliana odbijała się wyobrażonym echem od ścian pobliskich kamienic. Nie mogła wyznać mu prawdy. Zdecydowała się na przemilczenie, które w razie nieprzewidzianego rozwoju sytuacji miało przerodzić się w kłamstwo. Nie jesteś jej ojcem.
Nigdy jednak nie przyszło jej go okłamać. Dzisiaj zrozumiała dlaczego. Mimo wszystko początkowo liczyła na taki moment, naglą konfrontację (nawinie wyobrażała sobie, że wróci prosząc o wybaczenie), a gdy ta wcale nie nadeszła, sama się wycofała, porzucając tchórzliwie nie tylko dawną miłość, ale i jej nieprzewidziane następstwa.
Ponownie podniosła na Caleba wzrok, obrysowując spojrzeniem bladą sylwetkę unoszącą się nad ziemią, pozornie tylko rozluźnioną, gdy przybrał nonszalancką pozę, zaskoczona jego nagłą szczerością. Pożałowała w połowie przerwanego gestu, bo teraz jednak zapragnęła na nowo poczuć na swojej dłoni dotyk jego skóry. Powoli docierało do niej, że to już nigdy nie będzie możliwe. Nie dostaną drugiej szansy, mimo wypowiedzianych po latach słów, które wciąż ciążyły im na sercu.
- Duszę? Jesteś pewny, że na pewno ją ma? - odparła nieco zgryźliwie, zaraz żałując tych słów. Sama przecież doskonale wiedziała, co to znaczy więź z rodzonym bratem, jak trudno ją zerwać i przekreślić całą wspólnie zapisaną przeszłość. Chociaż przecież w końcu właśnie to zrobiła, jej udało się podjąć dobrą decyzję. Wciąż uważała, że jak najbardziej słuszną, mimo że tak naprawdę będącą następstwem jej wcześniejszych błędów. Dusza Bobby’ego nie była przy tym w żadnym stopniu zatruta złem, które tak wyraźnie odbijało się w twarzy Cilliana. To raczej w sobie mogła dostrzec podobne odbicie. Wszystko, co potem stało się z jej bratem, co pogorszyło jego stan, było wyłącznie jej winą. - Naprawdę nie zasłużył na to, abyś oddawał za niego życie - dodała zdecydowanie ciszej, niemal szeptem, bardziej do siebie niż do niego, bo mimowolnie rozumiała jego punkt widzenia.
Uśmiechnęła się poprzez płynące po twarzy łzy, gdy zademonstrował jej wciąż drzemiącą w sobie magię. Przez moment mogła wierzyć, że znowu czuje bijące od niego ciepło, opadające na nią niczym niewidzialna mgiełka, rozgrzewające jej ciało początkowo jedynie od środka, ale później i od wewnątrz.
- Jest wspaniała - odparła z nieskrywanym zachwytem. Iluzja. Nagle zamarzyła, aby ułuda trwała wiecznie, rozprzestrzeniając się na wszystkie inne istotne dziedziny życia, pozwalając jej wierzyć, że powrót do tego, co było, wciąż był dla nich możliwy. Złudność tych marzeń była jednak niemal tak namacalna jak unoszące się wokół nich lodowe ptaki, rozgrzewające cmentarną ciszę trelem tak zaskakującym dla lutowej nocy. Parsknęła jeszcze urywanym śmiechem reagując w ten sposób na żart, zanim jej ciałem wstrząsnął dreszcz, który po chwili przerodził się w niepowstrzymany, niemal spazmatyczny szloch. - Chciałam tego wszystkiego z tobą. - Rozpaczliwe zdanie przebiło się przez coraz głośniejsze łkanie, gdy w końcu i tajemnica, którą nosiła w sobie już od wielu lat, zdzieliła ją w głowę swą bolesną obecnością, zakotwiczając się w jej głowie prawdą, która nigdy nie miała zostać wypowiedziana na głos. Judith. Przygryzła żałośnie wargę, próbując powstrzymać się od wypowiedzenia jej imienia na głos. Nie mogła sobie na to pozwolić, nie miała prawa rzucić mu tym sekretem w twarz. Nie teraz. Czy kiedykolwiek? Nie tylko ze względu na Caleba, ale i na małą dziewczynkę, która niepostrzeżenie stała się sierotą. Nie mogła wyznać, że tchórzliwie i tak cholernie małodusznie porzuciła córkę, okrutnie skazując ją na los podobny do tego, który sama zaznała. Pozostawiła ją w poczuciu beznadziejności, mimowolnie dając jej do zrozumienia, że nie zasługiwała na rodzicielską miłość. Chociaż nie to miała wtedy na myśli, właśnie tak wybrzmiewało bezduszne pozostawienie jej pod opieką dziadków, odcięcie się od tej maleńkiej istoty. Wiedziała jednak, że oni nie będą jej szczędzić miłości, której w tamtej chwili ona sama w sobie nie miała.
Nagły napływ bezsilności i nienawiści do samej siebie sprawił, że Henrietta zgięła się wpół, oplotła rękami uda, kiwając się wprzód i w tył w trawiącej jej umysł rozpaczy. Nie potrafiła jej powstrzymać, choć walczyła coraz mocniej, świadoma jak bezradnie musi wyglądać teraz w jego oczach.
- Gdybyś tylko wiedział, Caleb. Gdybyś tylko wiedział. - Nie była w stanie ponownie spojrzeć mu w oczy, nie mogła jednak tak po prostu się poddać, próbowała ponownie się wyprostować, ocierając twarz rękawem płaszcza. Mróz wyraźnie rysował na jej policzkach strumienie wciąż napływających do oczu łez. - Przepraszam, przepraszam. Wybacz mi… - Pociągnęła żałośnie nosem, zatapiając zaczerwienioną twarz w zagłębieniu szalika. Gwałtownie zerwała się z miejsca, musiała natychmiast stąd odejść. Czuła, że inaczej zaraz zupełnie rozsypie się na jego oczach.


I’ll just keep playing back
These fragments of time Everywhere I go, These moments will shine Familiar faces I’ve never seen Living the gold and the silver dream
Henrietta Bartius
Zawód : amnezjatorka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10582-henrietta-bartius https://www.morsmordre.net/t10642-racuch https://www.morsmordre.net/t10639-etta https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10697-skrytka-nr-2335 https://www.morsmordre.net/t10641-h-bartius
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]19.02.22 18:23
Spotkanie z ukochaną po latach w niczym nie przypominało szczęśliwych dni, które zwykli spędzać w swoim tylko towarzystwie, daleko od rodzinnych dramatów i problemów świata. Tamte chwile przepadły, rozpłynęły się we mgle wspomnień - nigdy nie przyjdzie im ich odzyskać, nawet gdyby wciąż był żywy, gdyby miał szansę wszystko naprawić. Byli starsi, rzeczywistość się zmieniała. Nigdy już nie będą niewinni. Brak tej młodzieńczej nadziei przebijał wyraźnie przez słowa Henrietty, ostre jak noże i zadające ból silniejszy niż ten fizyczny - ten, który w jego pamięci również się zacierał.
- Wiem, że na to nie zasłużył, Etta - przyznał gorzko, bo o ile prostsze byłoby to wszystko, gdyby nie zdawał sobie sprawy, gdyby nadal naiwnie wierzył w to, że Cilliana da się zmienić i namówić do tego, by stał się dla niego tak samo wspierającym bratem, jakim on przez tyle lat starał się być dla niego. Ciemność zdążyła Cilliana pochłonąć, odebrała mu go nawet skuteczniej niż dementor. Dlatego unikał spotykania się z nim, rozmów, nawet teraz, kiedy bliźniak wreszcie zdawał sobie sprawę z jego obecnej egzystencji. Nie chciał, aby gdy Cillian wreszcie umrze (a w czasie wojny mogło wydarzyć się to prędzej niż później) Calebowi pozostało po nim jedynie wspomnienie okrutnego mordercy, oprawcy i terrorysty. Cholera, czy nikt poza nim nie był w stanie tego zrozumieć? - A mimo to zrobiłem to, bo go kochałem. Kocham. Nie wiem - Westchnął i obrócił się, krzyżując ramiona na piersiach i wpatrując we własny grób. - Nie tak jak ciebie. Inaczej. Ale co mi jeszcze wtedy zostało, Etta? Ty już wtedy na mnie nie czekałaś, chciałem, żebyś odeszła i była bezpieczna. - Czy gdyby nie rozstał się z Henriettą wciąż podjąłby decyzję o poświęceniu się za brata? Nie chciał się nad tym zastanawiać, ale wieczność dawała ku temu ponurą sposobność.
Pocieszał się paradoksalną myślą, że gdyby wszystko potoczyło się inaczej, podróż Cilliana mogłaby się wcale nie odbyć.
Resztki spokoju Caleba splotły się w czerniejących piórach zrodzonych z iluzji ptaków. Widok Etty cierpiącej, łkającej i tracącej tę kontrolę, którą tak starała się zachować od początku i która wywoływała jego dumę kompletnie odebrał mu nadzieję. Półprzeźroczysta postać stała się nawet bardziej mglista i szara, gdy w smutku niemal zapadł się z powrotem w grób, w siebie, w pustkę.
- Tak okropnie mi przykro. Proszę, nie płacz - szepnął gorączkowo, upadając na kolana obok niej i wyciągając do niej ramię, choć wiedział przecież, jak wiele sprawi jej to chłodu. Zapłakałby, gdy potrafił płakać, szlochaliby razem na tej lodowatej ziemi, na cholernym cmentarzu; ale nie było w nim już ani jednej łzy. - Wszystko wiem. Ciiii, Etta. Jeszcze będzie dobrze, zobaczysz. Będzie dobrze, czuwam nad tobą - przekonywał, bo nie miał możliwości wiedzieć, co naprawdę ma na myśli jego ukochana. Chciał, by uwierzyła w to, że nie opuścił ją na wieki i nigdy nie opuści. - To ja cię przepraszam. Kocham cię. - Zaraz, gdy słowa opuściły jego usta, kobieta zerwała się i zatoczyła na śniegu. Nie mógł jej nawet powstrzymać, taki był, kurwa, bezradny.
Musiał pozwolić jej odejść, znów, dać czas do namysłu, do przyswojenia okrutnej wiedzy. Nie mógłby zatrzymać jej na tym cmentarzu, tutaj nie było jej miejsce. Szczęście, widać, nigdy nie było im pisane.

/zt tears


Umrzeć, usnąć? Śnić może?
Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie w klęskę...
Caleb Macnair
Zawód : Aktualnie bezrobotny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
never better
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Duch
deceased
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t9272-caleb-macnair#282376 https://www.morsmordre.net/t9594-nagrobek-c-r-macnaira https://www.morsmordre.net/t9380-duch-z-doliny#284767 https://www.morsmordre.net/t9424-grob-caleba-macnaira#287564 https://www.morsmordre.net/t9392-caleb-macnair#285075
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]01.04.22 22:16
2 kwietnia
- To nie tak, że wcale nie śpi w nocy, ale rzeczywiście... Masz jakieś takie te przepisy? Pamiętam, że od Jaydena, wiesz, ten profesor z Hogwartu... Zaraz jak wyszliśmy z Tower to nam coś podał i lepiej się spało, ale nie mam bladego pojęcia, co to było. Nie znasz takich eliksirów? - poprosił, przechodząc ścieżką, którą szedł wraz z Castorem kilka miesięcy temu. Cóż, ostatecznie jego babci nie odwiedzili wtedy, nie znaleźli tego grobu, ale możliwe, że dzisiaj mogli mieć o wiele więcej szczęścia w tej kwestii.
- Wiesz, jednak Paprotka powinna się wysypiać. Martwię się o nią. Jak trudne byłoby uwarzenie tego? Zrobić jest taniej niż kupić, prawda? - dodał, będąc gotowym uwarzyć podobne środki samemu w domu - i dla siebie, i dla Jamesa, dla Celine, dla Sheili... Wszyscy potrzebowali podobnych środków w ostatnich czasach. Chociaż wory pod jego oczami wciąż były widoczne, a zapach chlewiku się utrzymywał mimo szorowania ciała i zmiany ubrań, starał się uśmiechać i chociaż sprawiać pozory, że wszystko było w porządku. Żałował, że nie mieli dzisiaj znowu jakiegoś bimbru - tak jak w październiku. Ale czy w ogóle miał ochotę, aby się napić? Nie był pewny...
Prowadził ich, kopiąc pobliski kamień po drodze. Ścieżka wydawała się być nieco inna niż wtedy, niż ostatnio. Może rzeczywiście powodem, dla którego nie znaleźli wtedy grobu babki Castora było to, że się przeprowadziła? Nawet drzewa wydawały się być w zupełnie innych miejscach, więc może i na nagrobki to wpływało? Może i byłoby odpowiedniejsze, aby poszli gdzieś do miasta, w bardziej zatłoczone miejsce, ale ostatnim czasem również nie czuł się dobrze wśród tłumów. Wolał się chować, jednocześnie chcąc mieć jakieś towarzystwo. Dlaczego odczuwał tak skrajne pragnienia? Dlaczego znów tak cholernie się bał na myśl o podjęciu jakiegokolwiek działania? Ale chciał je podjąć, tak jak potrzebował innych ludzi do tego, aby czuć się dobrze i odciążyć umysł.
- Sklep otworzyłeś, nie? Coś się obiło o uszy, chyba jeszcze nie gratulowałem. Tutaj w Dolinie czy gdzie indziej? - rzucił odwracając wzrok na Castora. Wydawał się być podobnie zmęczony, co on. Wszystko było łatwiejsze wtedy w październiku.
- Ej, myślisz, że ta ścieżka na cmentarz jest tym razem inna?


Grób Caleba Macnaira - Page 3 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]01.04.22 22:32
Thomas jak zwykle trajkotał, a oni dziwnym zbiegiem okoliczności (lub zupełnie specjalnie, z Thomasem nie było wiele wiadome) odnaleźli się na tym samym cmentarzu, na którym ponownie zawiązali swą znajomość w ostatni Dzień Duchów. Nie wiedział właściwie jakim cudem zdołał namówić się na to wyjście, ale od samego początku miał wrażenie, że każde nagięcie się do woli najstarszego z rodzeństwa Doe wiązało się z jakimś stopniem jego własnego dyskomfortu.
— Znam, oczywiście, że znam takie eliksiry. Właściwie to jest kilka na spanie, taki, który pomaga się wyspać bez snów i jest jeszcze trucizna, która zsyła koszmary. Ten pierwszy jest prosty w przygotowaniu, myślę, że nawet ty byś sobie z nim poradził, oczywiście pod nadzorem — odpowiedział, wciskając nos coraz mocniej w kołnierz swego brązowego płaszcza. Z tego powodu szedł za Thomasem nieco zgarbiony, z szyją schowaną między wzniesionymi ramionami, zerkając na przyjaciela co rusz wilkiem, upomniany jeszcze wcześniej przez Justine, by miał na niego oko. Cokolwiek spowodowało u niej takie ostrożne podejście do Doe, musiało przelać się i na Sprouta, który teraz miał poważniejszy problem, odbijający się szczególnie na jego wrażliwym powonieniu. — Ale najpierw rzeczy pierwszej potrzeby, czemu, na brodę Merlina, capisz chlewem? Jeszcze w lutym cię chwaliłem, że wreszcie zacząłeś się myć, a teraz wali od ciebie gorzej niż od Tamizy latem — burknął niezadowolony, samemu kopiąc jeden z leżących na ziemi kamyków. Przez to, że skupił się przede wszystkim na próbach oddychania ustami, nie nosem i wyciszenia zapachu chlewu, nie zwracał nawet konkretnie uwagi na to, gdzie idą.
— Ja na problemy ze snem w dużej grupie wolę używać kadzideł — dodał po chwili, przystając na moment na ścieżce. Odwrócił się plecami do Thomasa, nie nakazując mu nawet zatrzymania się, nabrał głębszy wdech nosem, by przeczyścić nieco drogi oddechowe, a potem ruszył dalej, doganiając go tak prędko, jak tylko pozwoliły mu długie nogi i średniokiepska kondycja. Znów musiał powoli budować tolerancję swego organizmu na jedzenie w formie innej niż płynna. Hector skutecznie wymijał jego deficyty, podając mu potwornie ocukrzone kakao przy każdej możliwej okazji, ale widać było, że Sprout dalej nie trzymał się najlepiej. Na pewno było zdecydowanie gorzej niż wtedy, gdy zjawili się tu ostatni raz.
— W Dolinie, niedaleko centrum. Kiedyś cię tam zabiorę, jak będziesz miał więcej czasu. Ale dzięki, Tommy. Trochę było załatwiania i biegania z tym całym sklepem, ale... Ech, dumny jestem. Naprawdę — uśmiechnął się wreszcie, pozbywając się na krótki moment klasycznego dla niego, delikatnie naburmuszonego wyrazu. Dopiero gdy pytanie Thomasa o ścieżkę dotarło do jego uszu, uniósł głowę wyżej, wyprostował się, rozglądając się po cmentarzu.
— Faktycznie — przyznał rację młodszemu chłopakowi, wciskając zsunięte w dół nosa okulary — Coś z tym cmentarzem jest chyba zupełnie nie tak. Ostatnio przecież też się tu zgubiliśmy.
A jeżeli było coś, czego Castor Sprout nie lubił bardziej niż smrodu chlewiku, była to niepewność.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]01.04.22 22:32
The member 'Castor Sprout' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Unknown
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]02.04.22 0:33
Thomas dostrzegł, jak otulony czarną marą Castor upada na kolana, stał obok, struchlały strachem, piętrzącym się wzdłuż kręgosłupa, wędrującym po całym ciele. Sprouta otaczały strzępy woalu, jedwabna i czarna jak noc tkanina tańcząca w powietrzu razem z kołyszącym się na wietrze niewidocznym ciałem dementora, którego sękata dłoń, obrzydliwe powykręcane szpony, zaciskały się już na jego ramieniu. Castor czuł, że spogląda w oczy samej śmierci. Serce uderzało szybciej i mocniej, niż kiedykolwiek wcześniej w jego życiu, w ustach pojawiła się suchość, a spoglądając w puste oczodoły przerażających stworzeń - nie potrafił odwrócić wzroku. Zarówno Thomas, jak i Castor, czuli, że opuszczało ich wszystko, co pewne, co bliskie, co ważne, wszystko, co dawało radość i opokę. Bladły wspomnienia, szarzał krajobraz, a przejmujące zimno nie pozwalało ani na chwilę wyostrzyć myśli. Hipnotyzująca bliskość strasznego stworzenia zdawała się oddziaływać na Castora, do momentu, w którym ten, z tyłu głowy, usłyszał śpiew. Śpiew piękny, nieludzki, cichy i dobiegający z oddali, subtelny, dźwięczny, malowany wysokimi tonami, śpiew, jakiego nie słyszał nigdy wcześniej. Niesłyszalny dla Thomasa. Ten śpiew dawał ciepło, budził wewnętrzną siłę. Pozwolił Castorowi zacisnąć palce na różdżce i podjąć próbę obrony pomimo dramatycznej sytuacji. Oddalony parę kroków Thomas, zaskoczony trzeźwością Castora, również odnalazł rezon i mógł podjąć się reakcji.

Podmieniona kość zdarzeń była oczywiście pierwszokwietniowym żartem, Castor (jeszcze) żyje i nie otrzymuje darmowej przemiany w ducha. Mistrz gry wita serdecznie i daje Wam na odpis 48 godzin.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]02.04.22 19:43
Trucizna. Zawahał się na moment czy byłby w stanie ją komuś podać, gdyby miał ku temu okazje? Czy były takie, które mogły bardziej zaszkodzić? Nigdy nad tym się nie zastanawiał tak naprawdę. Trucizny zawsze kojarzył z bajkami, w których to antagonista próbował kogoś otruć, najczęściej bohatera bajki. Broń tchórzy, może to do niego pasowało? Znaleźć tych ludzi odpowiedzialnych za tortury w tower i sprzedaż ludzi, a później ich otruć. O wiele łatwiej było to powiedzieć niż zrobić.
- Ten na koszmary. Znaczy się... na pozbycie się ich, o tym myślę - odpowiedział po krótkiej ciszy ze swojej strony. Wciąż nie był pewny co do trucizn i tego, w jaki sposób powinien zadziałać przeciwko temu co działo się w Londynie. Może powinien zacząć od powrotu tam?
- Oh? To? Nic wielkiego, pomagałem ostatnio sprzątać chlew Johnowi, tutaj w dolinie, no wiesz. Strasznie wszystko było wysmarowane, ale świniaczki urocze - rzucił wesoło z uśmiechem, nie musząc przecież wchodzić w szczegóły tego, że został złapany na nieudolnym włamie i próbie kradzieży - nie musiał Castor o tym wiedzieć, bo co by mu dała ta wiedza? Zacząłby go ganić, że tak nie wolno? Jedynie oboje by się na siebie zdenerwowali. Machnął jednak głową po chwili dłonią, nie odwracając się do kolegi i idąc dalej przed siebie. - Ale za moment się przyzwyczaisz, nie martw się. Zresztą wciąż jest zimno, a jak jest zimno to mniej zapachy czuć - stwierdził z pewnością, nie znając dokładnej przyczyny takiego stanu, ale z pewnością dostrzegając pewną zależność.
- Kadzideł..? Hmm... - zastanowił się na moment. Może rzeczywiście kadzidła w ich domu mogłyby być lepszym wyjściem? Chociaż wizja przespania całej nocy stanowczo go... niepokoiła? Przerażała? Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem spał dobrze, wydawało mu się to tak odrealnioną opcją; wydawało mu się, że nawet na to nie zasługiwał. Po co miał odpoczywać? Po co miał dobrze sypiać?
Zerknął jednak na Castora, zaraz się uśmiechając lekko na widok, ze jednak miewał się dobrze. Przynajmniej u kogoś było dobrze, prawda?
- Wpadnę później może cię odwiedzić, skoro jestem i tak w Dolinie. Jakbyś tam potrzebował z czymś pomocy to też znasz adres, wciąż jesteśmy w tym domu z sylwestra... - rzucił, nie wiedząc do końca, kiedy powinni się stamtąd wynieść. Może, kiedy przyjdzie wiosna, znajdą na to odpowiedni czas i zasoby? Może rzeczywiście powinni się przenieść na nowo do wozów?
- Może to te anomalie? Wiesz, tak jak schody w Hogwarcie to te ścieżki na cmentarzu teraz się mieszają i ciężej jest gdzieś trafić? Dobrze, że się nie unoszą i nie próbują cię z siebie zrzucić! - rzucił zaraz z uśmiechem, odwracając się całym ciałem do Castora z wesołym uśmiechem, chcąc zobaczyć jego minę na wizję, o której wspomniał, ale zamarł, dostrzegając, że sytuacja, w jakiej znalazł się Sprout była bardziej niż...
Niż jaka? Nie był pewny, wszystkie myśli jakby uciekły z jego głowy, a nie było ich zbyt wiele nawet w normalnych warunkach. Spoglądał z przerażeniem na blondyna, na byłego Puchona i prefekta, na kogoś kogo nie przyjacielem to na pewno mógł przecież nazywać dobrym kolegą. Czy to... to co się właśnie działo było przez niego?
Nie mógł zebrać myśli, nie mógł się nawet poruszyć. Uciekać. Powinien uciekać, powinien pomóc Castorowi uciec, ale jego mięśnie nawet nie drgnęły, nie rozumiejąc co się właśnie działo. Chciał coś zawołać, rzucić się do biegu, rzucić się na tę czarną sylwetkę i chociażby siłą wyrwać nowego właściciela sklepy z objęć dementora, ale choć myśli powoli zaczynały pędzić przez jego umysł, ciało wciąż stało nieruchome.
To wszystko była jego wina? Sprowadził to na nich? Znów ktoś umrze przez niego, dlatego że zaproponował zwykły spacer? Że chciał, że czuł powoli potrzebę powrotu do ludzi zamiast chowania się w domu? Wiedział przecież, że był winny wszystkiemu, co miało miejsce miesiąc temu, że tamta sytuacja go przerosła i bał się, że rzuci się cieniem na tych, których znał - ale potrzebował tych ludzi, uwielbiał spędzać czas z nimi. Zawsze był otwarty, zawsze starał się uśmiechać przy nich, a teraz widział jak ta ciemność odgradza od niego Castora.
Nogi jakby wbiły się w jego ziemię. Co powinien zrobić? Uderzyć... uderzyć to monstrum? Czy mógł uderzyć dementora? Był w stanie? Chciał zawołać Castora, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Jak miał się bronić przed tym?! Może teleportacja? Dlaczego nie mógł się ze Sproutem teleportować ze szponów tego stworzenia? Dlaczego to wszystko wydawało się być tak przytłaczającym, dlaczego do jego oczu napływały powoli łzy? Znów to zrobił - naraził kogoś. Co będzie dalej? Zaprowadzi to stworzenie do domu Bathildy? Do Jamesa i Sheili? A może one już tam były? Może to był atak? Co dementory robiły w Dolinie Godryka?
Czuł i chłód, czuł jak jego mięśnie nie chcą się poruszyć. Nie uciekną, on nie jest w stanie uciec. Nie jest w stanie mu pomóc w żaden sposób. Nie miał siły, to było bezcelowe, aby próbować rozwiązać tę sytuację. Mógł tylko patrzeć na nieruchomego Castora jak dementor zabiera mu wszystko, co było cenne. Nie miał nawet siły na smutek czy na płacz, nie miał siły na krzyk sprzeciwu, kiedy świat dookoła nagle stał się jeszcze pochmurniejszy niż wydawał się dotychczas. Dlaczego nie potrafił przywołać żadnej wizji, żadnego uśmiechu? Niczego, jedyne o czym mógł myśleć to o tej ciemnej celi w tower, o tym jak bał się w styczniu o Marcela, o Jamesa, o Sheilę. Ich trupy, znów ich wszystkich wtedy naraził. Ile razy jeszcze miał ich narazić? Tak jak wtedy, dwa i pół roku temu, przez te idiotyczne pieniądze. Pamiętał jak Jeanie wyglądała wtedy spokojnie, choć jego serce rozrywała bolesna mieszanka smutku, złości i żalu. Czy dzisiaj miał znów pochować kolejną osobę..? A może to ten moment, w którym los, przed którym ucieka od ataku na ich tabor, w końcu go dogoni?
Wciągnął nagle powietrze, czując nagły ból na chłodne powietrze - zapomniał oddychać? Możliwie, nie zorientował się nawet. Poczuł jak jego warga zadrżała, poczuł szczypiący na policzkach mróz. Był wciąż żywy, tak, na pewno! Nawet jeśli nie odrywał wzroku od Castora, nie był pewny czy...
Żył. Żył, jeszcze żył! Widział jak się poruszył, widział że Castor...
- T-trzymaj się - zawołał szybko, rozglądając się pierw na boki, cofnął się krok w tył, chwytając z kieszeni kurtki, początkowo dość nieporadnie, za swoją różdżkę. Musieli coś zrobić, on musiał coś zrobić. Castor jeszcze żył! Jeszcze nie było za późno, nie musiał myśleć o tym, że byli na drodze na cmentarz, nie musiał myśleć o tym, że byli w idealnym miejscu do wyzionięcia ducha, bo tego dzisiaj nie zrobią - nie spróbują, nie poddadzą się tak łatwo.
Jak się przed nimi bronić? Pamiętał Jeanie, która mu kiedyś tłumaczyła, opowiadała. Jeanie, co ona by zrobiła? Wtedy, podczas napaści na ich tabor, teleportowała ich, ale on nie potrafił teleportować się z kimś - nie mógł zostawić Castora samego! Nie mógłby znów pozwolić, żeby ktoś przez niego umarł.
Pamiętał czytanie ksiąg, pamiętał jak Jeanie tłumaczyła mu białą magię, twierdząc że jest niezbędna i powinien bardziej uważać. Oczywiście, że powinien! Może gdyby to zrobił, jej uśmiech nie byłby tylko w jego wspomnieniach? Jej głośny śmiech, który nie był wcale elegancki, to jak stąpała po jego stopach i jak spędzali czas na świeżym powietrzu. Wystarczył im koc, wystarczyło jakieś drzewo, nawet jeśli ona chciała ich wspólny czas spędzać na czytaniu i nauce, a on nie słuchał. Jej głos, to jak delikatnie wyglądała w zachodzącym słońcu, trzymając na kolanach tom z zaklęciami, który wydawał się być niezwykłym ciężarem dla jej drobnych dłoni.
Mówiła wtedy o tym zaklęciu, jak chciała się nauczyć nadawać jemu kształtu zwierzęcego - opowiadała z taką pasją, że nim można odgonić wszystko, co było złe. Ona potrafiła zawsze odgonić wszystko, co było złe. Jak to robiła, że potrafiła tak wszystkiemu zaradzić? Znaleźć receptę na wszystko?
- Expe... Expecto patronum! - Celował w ciemne materiały, które powiewały na wietrze, czując jednocześnie jak jego gardło zaschło - jak wielka gula blokuje mu mowę. Jak strach dopiero powoli odpuszcza przyjemnym wspomnieniom o Jeanie, tych z Hogwartu, kiedy po prostu byli obok siebie. Nie jako mąż i żona, nie jako chłopak i dziewczyna, a jako przyjaciele - jako ktoś, kto o drugie się troszczył i cieszył towarzystwem, śmiał się z żartów i boczył o nieprzyjemne uwagi.


Grób Caleba Macnaira - Page 3 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]02.04.22 19:43
The member 'Thomas Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 83
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]02.04.22 21:02
Skinął głową, w milczeniu przyjmując jego słowa. Tak naprawdę chyba niewiele było próśb o eliksiry, które mogły go prawdziwie zdziwić. W szczególności od rodziny Doe, co do której przez ostatnie miesiące zdążył zmienić nastawienie. Jamesa nie chciał widzieć na oczy, Sheila wydawała się zawsze stać gdzieś na obrzeżach huraganu, który targał jej rodziną, z Eve z oczywistych względów wolał trzymać się na dystans, a Thomas... Względem Thomasa miał być przede wszystkim ostrożny i trzymać go na oku, i przecież dlatego w ogóle zgodził się na to wyjście. Nie wiedział jeszcze, co właściwie miał za uszami najstarszy z Doe, nie konkretnie, ale to musiało być przecież coś poważnego... Inaczej Justine nie prosiłaby go o taką uwagę.
— Oho, nie wiedziałem, że przy okazji zostałeś profesorem zapachologii stosowanej — rzucił przekąsem, zerkając na Thomasa znad opuszczonych przez zgarbienie oprawek okularów. Chciałby właściwie dopytać, czy tym razem chociaż za tę pracę otrzymał wynagrodzenie. Jeżeli wierzyć ostatnim doniesieniom, miał dziwną skłonność do wykonywania roboty za darmo. Albo za odsiadkę w Tower, ale komentarz o tym również postanowił zdusić. Co to bowiem da? Thomas zacznie tłumaczyć się, że nic złego nie zrobił, on się tylko zirytuje, że był po prostu pospolitym złodziejem i czemu w ogóle dalej utrzymywał z nim kontakty, a prawda była taka, że chyba nigdy nie potrafił sobie odpuścić prób wyszukiwania w ludziach wszystkiego, co można było przynajmniej nadciągnąć pod element dobra.
Dopiero wiadomość o tym, że cała rodzina wciąż pozostawała w domu pani Bagshot wyrwała go z własnych myśli. Aż przystanął na moment, poprawiając okulary nieco zbyt gwałtownym jak na jego standardowe maniery ruchem.
— W domu profesor Bagshot? Thomas, czy wy jesteście normalni? — przełknął nerwowo ślinę, a w jego głosie więcej było jednak szczerego zaskoczenia pomieszanego ze strachem niż złości. Przecież oni z Justine rozbroili ten dom, a sama Justine mówiła, że to zupełnie niebezpieczne miejsce. — Wszyscy? Wy musicie się stamtąd wynieść jak najszybciej. Tam nie jest bezpiecznie, to miała być tylko miejscówka na imprezę, na noc albo dwie, nie na zawsze! — jeżeli zależy ci na ich bezpieczeństwie, powiedziałbyś im — słowa Justine odbiły się echem od ścian jego czaszki, gdy wsuwał dłoń na powrót do kieszeni i odruchowo już zacisnął palce na agarowym drewnie różdżki. — Ile was tam jest. Czwórka? Merlinie, jak ktoś jeszcze się dowie to będzie draka jak stąd do Hogwartu, Thomas... — niemalże jęknął w emocjach, ale żeby nie dać im się znowu szczególnie ponieść, przymknął powieki, nabierając haust świeżego powietrza. Powietrza, które miało go otrzeźwić, które miało sprowadzić go na dobre tory, pomóc wyrzucić jakąś mądrą odpowiedź na temat anomalii wraz z wydechem.
Zamiast tego dotyk na ramieniu.
Odwrócił się. Prosty impuls.
Ale nie powinien.
Stało się.
Nie spodziewał się. Na pewno nie spodziewał się, gdy obróci się na pięcie trzewików podszytych skórą tebo przez Trixie jeszcze w końcu stycznia, że zobaczy... Że znowu zobaczy... t o. Pierwszy raz tak blisko. Na wyciągnięcie ręki — nie, ręka została już wyciągnięta. Zrobiło się okropnie zimno, a dotyk wydawał się zupełnie nierealny. Pierwszy prąd energii szarpnął nim w dół, żelazna rękawica strachu zacisnęła się na wrażliwym żołądku i gdyby nie to, że siły opuszczały go zdecydowanie zbyt szybko, pewnie w pierwszej reakcji wyrzuciłby z niego wszystko, co udało mu się zjeść tego ranka. Zamiast tego poddał się strachowi. Strachowi i woli tej okrutnej istoty, od której nie mógł odwrócić wzroku.
Strach zawsze kojarzył mu się z czymś mokrym. Skraplał się w formie potu na karku, kleił miodowe loki do czoła, kruszył stałe konstrukcje ciała, pewne spojenia zmieniając w coś niezwykle miękkiego i kruchego jednocześnie, zupełnie tak, jakby jeden mocniejszy podmuch mógłby złamać go w pół, a potem raz jeszcze i jeszcze, aż nie zostałoby po nim zupełnie nic, może tylko niewielka kupka gruzu czy byle prochu. Proch. Szary, nic nieznaczący, zupełnie jak świat, gdzieś poza krawędziami poszarpanej, czarnej szaty.
Zadrżał. Nogi odmówiły posłuszeństwa, kolana zderzyły się nagle i boleśnie z wydeptaną cmentarną ścieżką, a w tym samym momencie, niezdolny do oderwania wzroku, wzniósł podbródek do góry, wciąż spoglądając prosto w czerń oczodołów śmiejącej się czaszki. Chyba chciał coś krzyknąć. Chyba chciał krzyknąć, by Thomas uciekał, ale nie był pewien, czy w ogóle tam był. Wszystko wydawało się zupełnie nierealne, a język przyklejał się do zaschniętego podniebienia, nie dając mu nawet szansy na protest. Na jakąkolwiek reakcję.
Koszmar sprzed dwóch tygodni powrócił do niego w formie, której nigdy by się nie spodziewał. I wydawało mu się, że wśród ogarniającej szarości, wśród niemocy, która na niego spadła, wśród tej poddańczej niemal relacji — bo oto klękał przecież przed śmiercią, zupełnie przerażony i niepogodzony, ale bez szans na ucieczkę — nie był już na cmentarzu w Dolinie Godryka, ale w Kumbrii. I teraz to on był tym biednym, młodym chłopakiem, którego dopadł dementor. Któremu nie zdążył pomóc, któremu nie potrafił pomóc, którego śmierć ciążyła mu na sumieniu, choć nie miał nawet szansy reakcji, choć przecież wiózł go na miotle — on! nienawidzący latania puchon! — do Leśnej Lecznicy, wierząc szczerze, że przecież uda mu się jeszcze pomóc.
Serce biło jak szalone, biło w pierści, kości żeber zgrzytały zębami na pękający z nerwów i o s t a t e c z n o ś c i organ. Wydawało mu się, jakby połknął kilkanaście noży, jakby cięły wszelkie próby nabrania oddechu na miliony kawałków, a te kawałki kaleczyły usta, gdy tylko próbował podjąć próbę ich otworzenia. Czy był teraz czymś więcej niż marionetką jednego krzyku? Czy — gdy go z siebie wyda — jego skóra i kości nie wypuszczą jego duszy już na zawsze? Ta czaszka, sękate pazury, czerń łachmanów... Czy był jeszcze sobą? Kim właściwie był? Czy miało to jakiekolwiek znaczenie, skoro tylko centymetry dzieliły go od porzucenia ponurej szarości tego świata? Nie mógł przypomnieć sobie niczego, co mogło go z nim łączyć. To wszystko... Impulsy strachu przeskakujące między kręgami, może śmierć, uśmiechnięta śmierć nie była taka zła? Może jednak powinien się z nią pogodzić, nie stawiać oporu...?
Chyba czegoś oczekiwał. Jakiejś dźwiękowej zapowiedzi tego, co nieuniknione, może charknięcia? Trzepotanie czerni strzępków na wietrze, przestało mu chyba wystarczać, zauważył ze strachem albo bólem, albo oboma jednocześnie.
I chyba coś usłyszało jego niemą prośbę. Otworzył szerzej oczy, wciąż niezdolny do oderwania wzroku od tego, co zatrzyma się w jego pamięci już na zawsze. Do końca życia. Może przez pięć następnych sekund, a może tyle, by zdążył o tym komuś opowiedzieć? Ale to, co słyszał, nie dochodziło z zewnątrz. Przynajmniej tak mu się wydawało. Nic tak pięknego, nic tak c i e p ł e g o nie mogło dochodzić z zewnątrz. Ze świata szarego, smutnego, ściśniętego od strachu, zroszonego niezliczoną ilością łez. Chyba wreszcie udało mu się otworzyć usta. Skrzywił się wtedy niemal, ale nie miał jeszcze odwagi wydać z siebie jakiegokolwiek odgłosu. Chciał słuchać tylko tej melodii, tylko tej pieśni. Nie wiedział, kto mógł ją mu nieść. Czy mógł to być człowiek? Czy istniał ktoś, kto był w stanie śpiewać tak pięknie, tak ciepło, zmusić skostniałego od strachu i zimna Sprouta do zaciśnięcia palców na różdżce raz jeszcze?
Nadzieja.
Pierwsza myśl, jego własna. Otworzyła drzwi, drzwi niezgody na taki koniec. Bo to nie tak, że świat był skazany na zagładę. Świat wcale nie był zły, świat nie był szary. On mógł być słaby i niewielki, mógł być tylko jednym z wielu, ale przecież przyrzekał i przyrzekał szczerze, że zrobi wszystko, że jeżeli będzie trzeba, poświęci się przecież samemu. Miał przecież dla kogo walczyć, dla wszystkich nieznajomych, którzy sparaliżowani strachem — jak on teraz — nie potrafili się odezwać.
Myślami powrócił do książki, którą zostawił rankiem na szafce niedaleko łóżka. Justine dała mu ją na wigilię, wskazując, że powinien jeszcze bardziej przykładać się do nauki białej magii. Pamiętał ze szkolnych zajęć z obrony przed czarną magią, że istniało zaklęcie, które odganiało dementory. Zawsze bał się go użyć — bał się porażki, bał się tego, że był niewystarczający. Ale ilu ludzi dzieliło te bojaźnie? Ilu ludzi mógł chociaż spróbować uratować?
Ręka drgnęła raz jeszcze, przesunęła się kilka centymetrów ku górze.
Uśmiech lorda Archibalda, gdy opowiadał mu o szczęśliwym rozwiązaniu sprawy zapasów w Wyke Regis, późniejszy list z gratulacjami i zasuszona gałązka paproci, którą schował między karty książki o białej magi. Promieniejąca z radości Trixie, gdy pakował sobie do ust kolejne porcje makowca w trakcie wigilii, gdy komplementował ją z tymi pełnymi od ciasta ustami, bo to przecież najlepsze komplementy dla gospodyni.
Jeszcze wyżej.
Schody domu profesor Bagshot, gdy w objęciach miał Finnie umalowaną błękitną farbą, gdy wszyscy śpiewali sto lat Marcelowi, bezpieczni, schornieni przed wszystkim, co złe, tę jedną noc w roku, wszyscy razem, weseli i spokojni, z oczami skrzącymi od marzeń, które tylko przed nimi. Szmaragdowy staw w Oazie, Billy tykający wodną roślinę kijem zamoczonym w wodzie, roślina rozpryskująca wokół nich podobne śniegowi cząstki białej magii i obietnica, że może Płazy z Oazy nauczą go wreszcie poprawnego siedzenia na miotle.
Kolejne centymetry do góry, ręka wciąż zgięta w łokciu.
Kolorowe wnętrze sklepu pani Giddery, Thalia zerkająca na poruszającą się torbę, z której wysunęła głowę mała Szarlotka. Znowu Thalia, ale teraz z Michaelem — zapach i smak czekoladowych żab i ogromna wdzięczność, że byli. Pochwała usłyszana od wujka Steviego, że pomysł na nowy eliksir był bardzo składny i powinien się nim zająć. Ulga, bezbrzeżna ulga w gwieździstą noc, gdy teleportowali się ze Steffem i Marcelem do Weymouth, wymęczeni ale cali, on na pewno był wtedy szczęśliwi.
Wyprostowana ręka, różdżka wycelowana tam, gdzie patrzył cały czas. Prosto w uśmiechniętą czaszkę.
I promienie słońca łaskoczące skórę w pewien poranek, o dziesiątej. Cicha prośba, by spał dalej, pocałunki w czubek nosa.
— Expecto Patronum!


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]02.04.22 21:02
The member 'Castor Sprout' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 43
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]03.04.22 19:31
Sytuacja zdawała się być dramatyczna, jednak Thomas mógł dostrzec, że nie wszystko było jeszcze stracone - a determinacja Castora, podsycona iskrą melodii bez słów, dodała mu sił, które pozwoliły mu sięgnąć po więcej; odnalezione w pamięci wspomnienia ukochanej pomimo ataku były dość silne, by przywołać jasną mgłę, która błysnęła w kierunku przerażającej istoty. Thomas poczuł, że wytworzona przez niego wiązka niosła coś prawdziwie dobrego, nadzieję, pozwalała odegnać najbardziej ponure myśli i sprawiła, że przysłonięta nią cienista mgła drgnęła gwałtownie, niezadowolona z tego ruchu.
Castor, klęcząc naprzeciw samej śmierci, naprzeciw istoty uosabiającej przerażenie i bezbrzeżny smutek, miał w sobie ogromną wolę przetrwania. Jego myśli były mniej ukierunkowane i bardziej chaotyczne, lecz nie mniej zdeterminowane, prześlizgiwał się pomiędzy wspomnieniami, czerpiąc siłę ze wszystkiego, co ogrzewało serce, a co pomimo ataku dementora wciąż pozostawało w jego pamięci żywe. Ostatnie zdarzenia, emocje najbliższych, uznanie jego autorytetów i wreszcie siła zwycięstwa - wartości, którymi żył i za które żył, być może te, dla których musiał przetrwać. Powietrze drgnęło, gdy i z różdżki Castora wydobyła się srebrzysta mgła, licha, drżąca na wietrze, ale mimo to migocząca czymś, co pozwalało uwierzyć, że ten koszmar zakończy się lada moment, coś, co sprawiało, że straszliwe i ponure myśli przywołane obecnością tej strasznej istoty pierzchły się nagle i ostatecznie, pozwalając uwierzyć, że to nie był jeszcze koniec. Zaklęcia były zbyt słabe, by przegonić dementora, ale zdołały utrzymać go na dystans od atakowanego czarodzieja przez moment, który mógł być kluczowy.
Ledwie moment później zarówno Thomasa jak i Castora oślepił nagły błysk, wymuszający na nich odwrócenie wzroku, mogło to w pierwszej chwili wyglądać, jakby to patronus Sprouta przybrał niespotykanej mocy, jednak młody alchemik wyczuwał prawdę - narastająca w jego głowie pieśń nie mogła być tylko złudzeniem, podobnie jak nie było nim przyjemne ciepło, które nagle otuliło dwoje młodych czarodziejów. Rozległ się krzyk przypominający krzyk drapieżnego ptaka, wkrótce zniknął błysk, zniknęła też upiorna aura sprowadzona przez dementora. Kiedy Thomas i Castor otworzyli oczy - byli już sami. Castor mógł dostrzec duże złociste pióro, które, kołysząc się na wietrze, powoli opadło tuż obok jego dłoni. Jeżeli zdecydował się mu przyjrzeć bliżej, mógł dostrzec, że z jego lotki spływała kropla krystalicznie mieniącej się wody, która zastygła, nim opadła. Castor mógł ją oddzielić od pióra, nie uszkadzając jego struktury.
Jeśli podnieśliście wzrok w górę, mogliście dostrzec imponujący kształt ognistego ptaka na niebie.

Castor, za udział w primaprilisowym wydarzeniu otrzymujesz punkt przypału. Jeżeli zdecydujesz się wziąć kryształ, przysługuje Ci dodatkowe losowanie na biały kryształ w tym okresie (jako uzasadnienie zalinkuj tego posta). Mistrz gry nie kontynuuje z wami rozgrywki.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]04.04.22 1:32
Gdyby nie to, co zobaczyli chwilę później, przypomniałby Castorowi, że dopiero topniały śniegi po ciężkiej zimie - że nie mieli nikogo, u kogo mogliby się zatrzymać w tyle osób; że nie było im łatwo znaleźć innego miejsca i że to była ich jedna z bezpieczniejszych opcji. Nie znali przecież zagrożenia, które potencjalnie mogło na nich paść przez zajmowanie domu należącego do zmarłej pani profesor.
Chociaż czy Dolina Godryka w ogóle była bezpiecznym miejscem? Czy mogli ją tak określić, kiedy to monstrum zjawiło się znikąd tuż przed nimi, a raczej za nimi? Kiedy jedyne co chciał zrobić to porozmawiać z Castorem, dopytać się go o kilka spraw, dowiedzieć się jak się czuł - jakoś odciągnąć własne myśli od tego, co miało miejsce w jego własnym życiu. Łatwiej było się skupić na innych, kompletnie spychając własne myśli i odczucia. One przecież będą go nawiedzać, ale kiedy był przy kimś, nie krążyły nad nim w trakcie tych chwil.
Chociaż z pewnością spotkanie dementora wpływało w stopniu znacznym na to, co działo się w głowie Thomasa. Natłok myśli kierował go jak najdalej od ucieczki - nie mógłby go tutaj zostawić, nie mógłby zostawić kogokolwiek ponownie na śmierć w takim miejscu. Chociaż bał się, że nie będzie miał na to wpływu - że znów coś mu się wyślizgnie z dłoni, przesmyknie między palcami szansa na to, aby pomóc w jakiś realny sposób. Nie potrafił tego robić, tak zwyczajnie w świecie nie był w stanie działać w taki sposób, aby nie szkodzić. Nie rozumiał tego, dlaczego to nie działało - a jednak za każdym razem próbował na nowo podjąć działanie.
Jego myśli często odbiegały i wybiegały w inne kierunki, w inne strony niż powinny - przecież zawsze doszukiwał się pozytywów w każdej sytuacji, zawsze przyjmował wszystko z uśmiechem, nie mówiąc o tym, że coś go bolało, nawet jeśli było to widoczne. Nie potrzebował przecież opowiadać o oczywistym jeśli ktoś to widział - a jeśli nie było to widoczne, dlaczego miałby innych tym obarczać? Nie potrzebował martwić Jamesa czy Sheili, powinni się skupić na sobie. On jakimś cudem zawsze się wylizywał w cokolwiek by nie wpadł, więc dlaczego miałoby być inaczej i tym razem?
Skupiał się na tych miłych wspomnieniach, przyjemnych i ciepłych, widząc jak jasna mgła wydobywa się z różdżki. Było mu ciężko oddychać, a mimo to uśmiechnął się jak idiota - coraz to szerzej. Wyszło mu! Udało się! Zaklęcie mu się powiodło! I zaraz dosłyszał, że i Castor rzuca to samo zaklęcie. Mogli to zrobić? Nawet jeśli czuł, że drży mu ręka ze wszystkich emocji, które go ogarniały - byli w stanie to zrobić, obronić się w jakiś sposób przed dementorem.
Nie był w stanie ocenić mocy swojego zaklęcia, ani zaklęcia Castora, ani ich szans. Mieli jakieś? Skoro im wyszło to na pewno! Przecież Castor znał się lepiej na magii od niego, tak mu się przynajmniej wydawało. Czarna peleryna się wycofywała powoli, ale były prefekt był bezpieczny, a przynajmniej w to chciał wierzyć Thomas. Sprout żył, gdyby nie żył to nie mógłby podnieść ręki, a to na pewno był pewien rodzaj połowicznego sukcesu! Nawet jeśli nie wyjdą z tego bez szwanku...
Nie było już tak zimno, temperatura wokół wraz z atmosferą się zmieniła. Wykonał krok w przód, chcąc zmniejszyć dystans między sobą, a kolegą i złapać go za ramię, aby pociągnąć do ucieczki. Jeszcze krok i drugi, choć nie zdążył w pełni do niego dotrzeć, kiedy wybuch światła na moment go oślepił.
Po tym krzyk? Nie, nie wydawał się ludzki, bardziej zwierzęcy? Nie do końca był pewny, gdzie powinien go przypisać, ale kiedy tylko ustał, również i rażące światło zniknęło. Podniósł wzrok w poszukiwaniu pierw dementora - chciał wycelować w niego różdżką - ale nie dostrzegł tej upiornej zjawy nigdzie w pobliżu. Zawahał się, rozglądając, w tym samym czasie wykonując kolejny krok w kierunku blondyna. Powinien mu pomóc, powinien się go zapytać jak się czuł - chociaż to pytanie było idiotyczne, przecież wiedział jak on mógł się czuć! Przerażony? Zdruzgotany? Nie był pewny, on sam zwyczajnie w świecie się bał, czując jak myśli zasypują go lawiną, ale nie mógł zatrzymać się na żadnej konkretnej. A może nie chciał? Nie chciał myśleć o tym, że znów ktoś przy nim był skrzywdzony, ani o tym czy Dolina była bezpieczna, nie chciał zastanawiać się nad tym, co by się stało, gdyby nie poradzili sobie ze zjawą.
Po dłuższej chwili, wciąż nieco otępiały, znalazł się przy Sproucie, bez słowa nachylając się do niego i przerzucając jego rękę przez swoje ramię, chcąc się z nim w ten sposób podnieść - choć czuł jak drżą mu kolana, jak jego ciało napędzane adrenaliną, powoli woła o pomstę i odmawia posłuszeństwa. Zawahał się znów, wciągając gwałtownie powietrze. Był rozdygotany tym co miało miejsce, cieszył się jednocześnie, że żył jeszcze - ale nie był pewny czy byli bezpieczni. Powinni się stąd zabrać? Powinni...
Po pierwszej, nieudanej próbie podciągnięcia Castora z ziemi, zawahał się i zaraz zrezygnował, zamiast tego siadając obok niego, starając się uspokoić oddech. Wbił wzrok przed siebie, nieświadomie nadal zaciskając dłonie na różdżce.
- No takiego... takiego wizytującego na cmentarzu... to się nie spodziewałem - rzucił, siląc się na wesoły ton mimo guli w gardle. Był przerażony, był jeszcze bledszy niż kiedy spotkał się dzisiaj z Castorem pierwszy raz. A mimo to, uśmiechał się jak idiota, co było możliwe pozostałością wciąż po wspomnieniach o Jeanie.
- To ten sklep... ten sklep jest niedaleko jakoś? Może powinniśmy... tam pójść? Zatrzymać się.. no wiesz... - rzucił, czując jak chęci odnalezienia nagrobku babci Castora, na który nie dotarli w noc duchów, w pełni zniknęły. - Odprowadzę cię tylko... tylko daj mi moment. To... to nie wróci chyba... co? - dodał, na moment się wahając czy powinien wypowiedzieć swoje obawy na głos, ale nie odwrócił wzroku na blondyna. Zbyt bardzo się bał tego, że ten mógł nie być przytomny - że jednal mogło mu się coś stać.

K6:


Grób Caleba Macnaira - Page 3 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Grób Caleba Macnaira [odnośnik]04.04.22 1:32
The member 'Thomas Doe' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Grób Caleba Macnaira
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach