Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Grób Caleba Macnaira
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Grób Caleba Macnaira

Nagrobek znajduje się w odległej alejce na samym skraju cmentarza w Dolinie Godryka. Ścieżka między grobami jest tutaj wąska, porośnięta mchem oraz niesforną trawą. Większość płyt jest nadgryziona zębem czasu, porzucona, co usprawiedliwiają bardzo odległe daty zgonów. Caleb Macnair jest jednym z niewielu świeższych lokatorów, ale stopniem zepsucia i zaniedbaniem wcale nie odstaje od pozostałych. Gdyby ktokolwiek zdecydował się go odwiedzić, czeka na niego stara, drewniana ławeczka, w której brakuje jednej deski. Na płycie nagrobnej stoją natomiast przerdzewiałe, dawno wygasłe znicze.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Grób Caleba Macnaira - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Skorupa, którą przyoblekła i wykształciła na przestrzeni ostatnich lat miała to do siebie, że z jednej strony prowokowała w niej pewnego rodzaju skostnienie uczuć i okazywanych emocji, nie pozwalając wyraźnie odciąć się od przeszłości, a z drugiej była niezwykle krucha. Sama Henrietta doskonale zdawała sobie sprawę z tej kruchości, wznosiła więc wokół siebie coraz większe mury, starając się żonglować niezwykle trudną sztuką przybierania oblicza niezwykłej otwartości, jednocześnie spychając gdzieś głębiej to, co naprawdę leżało jej na sercu. Może właśnie dlatego, mimo że usilnie odpychała wszelkie związane z nim obrazy od siebie, wmawiała sobie, że już wcale o nim nie pamięta, nigdy tak naprawdę nie udało jej się uwolnić od wspomnień, mimowolnie zatapiała się w namiastce i mgiełce dawnych reminiscencji, które były zdecydowanie dalekie od rzeczywistości. Nie chciała znowu się naciąć, pójść w odstawkę niczym zniszczony dotykiem czasu mebel, albo dziurawe ubranie oddane biednym czy z wzgardą wyrzucone do śmieci. A właśnie tak się przed dziesięcioma laty czuła. Skoro tak łatwo przyszło Calebowi się bez niej obejść, jedną decyzją wymazać całą łączącą ich przyszłość, to czy mogła być dla niego czymś więcej niż tylko zabawką, którą bardzo szybko się znudził? Wtedy jeszcze nie do końca rozumiała sens zasad rządzących wyższymi sferami, a chociaż sami Macnairowie nie należeli przecież do czystokrwistej szlachty, w końcu dotarło do niej, że w ich mniemaniu reprezentowali sobą dla niej o wiele za wysokie progi. Nigdy nie czuła się tak bardzo upokorzona, a równocześnie tak głęboko przekonana o tym, jak niewiele było w takim rozumowaniu prawdy. Fakt, że Caleb najwyraźniej myślał podobnie - porzucił ją przecież, tak po prostu, wydawało jej się wtedy, że zupełnie nie przejmując się jej losem - było dla niej nie tylko wielkim zaskoczeniem, ale jeszcze dotkliwiej łamało serce.
Udawała więc przed sobą i przed wszystkimi wokół, że wcale ją już to wszystko nie obchodzi, że wiedzie normalne, wolne od niego życie, chociaż wciąż ciążyła jej waga wdziewanej na twarz maski, sprawiając, że zapętlała się w tworzeniu własnej tożsamości, gubiąc się w labiryntach sprzeczności. W jednej chwili przekonywała samą siebie, że była w stanie dalej żyć, w drugiej nie widziała siebie bez jego imienia u swojego boku. Spoglądając w jego oczy, ponownie czuła się cholernie zagubiona, z trudem próbowała znowu znaleźć w sobie energię, przyoblec na nowo obliczę silnej, niezależnej kobiety. Tak w końcu próbowała żyć. Mniej lub bardziej nieudolnie, stawiając na rozwój, skupiając się przede wszystkim na pracy, która w ostatnich miesiącach także została jej odebrana.
Ona również, z niewyjaśnionych dla siebie powodów, mimo groteskowości całej sytuacji, nie dającej im przecież żadnej nadziei na przyszłości, w głębi duszy cieszyła się, że go widzi. Bezwiednie wyciągnęła dłoń w jego stronę, zupełnie jak przed laty, gdy tym prostym gestem czule gładziła go po twarzy.
- Może dobrze się stało - wymruczała jakby do siebie, cofając rękę, wsłuchując się w jego śmiech. Brzmiący nieco inaczej niż przed laty, nieco głucho, jakby odbijał się w przeźroczystym wnętrzu, rezonując niczym smyczek skrzypiec wibrujący na jednej nucie.
Wiedziała, że znowu się przed nim odsłania, że musiał dostrzec buzujący w niej kocioł emocji, zawsze potrafił dostrzegać zachodzące w niej zmiany. Zupełnie jakby posiadał zdolność podskórnego wyczuwania, że jej wewnętrzny kompas zmieniał emocjonalny kierunek, przechodząc od rozpaczy, poprzez radość, próbując zrozumieć, co tak właściwie się jej dzisiaj przytrafiało.
Sama dostrzegła, że jej słowa, jej kłamstwo, trafiły w niego niczym zaciśnięta pięść uderzająca w policzek. Zastanawiała się czy czuje ból, czy jego serce pozostaje zimne, zupełnie nieczułe na wiatry wydarzeń, obojętne na obrót jaki przybrała prowadzona przez nich rozmowę. Powinna poczuć satysfakcję, czy nie po to uciekła się do takiego a nie innego przeszywającego, ostrego jak sztylet, doboru słów? Chciała go zranić, w tej chwili przygryzła ścierpnięte od mrozu usta, przyglądając mu się bardzo uważnie, aby w końcu spuścić głowę i wzbić wzrok gdzieś w brukowej kostce drogi widocznej gdzieś pod warstwą śniegu.
- Tak bardzo mi przykro - odpowiedziała szczerze, łamiącym się głosem, spoglądając w jego stronę, usiłując powstrzymać napływające do oczu łzy. Bezwiednie znowu wyciągnęła rękę, chcąc zacisnąć ją na jego dłoni, jednak jej dotyk trafił w pustkę, dostrzegła jak materiał ciepłej rękawiczki rozmywa się surrealistycznie w bijącej od niego duchowej poświacie. - Żyjesz tak… Istniejesz w ten sposób już od dziesięciu lat? - zapytała z niedowierzaniem. Nagle dotarło do niej jak tragiczny okazał się jego los, jak wiele stracił, w jakim okrutnym położeniu się znalazł. Bez względu na odczuwane wobec niego wyrzuty, wiedziała, że nie zasłużył sobie na taki los. - Dlaczego się dla niego poświęciłeś? - Ogniki gniewu nagle zatańczyły w jej oczach, gdy uniosła wyżej podbródek, poważnie spoglądając mu w oczy. Jak mogłeś na to pozwolić, jak mogłeś do tego dopuścić. Dlaczego oddałeś życie za… za niego? - Twój brat nie był tego wart… - dodała zaciekle, próbując uspokoić zszargane nerwy, co z każdą chwilą wychodziło jej coraz gorzej. - Ucieszyłoby cię gdybym powiedział, że mam wspaniałego męża... - zaczęła łagodnie, po chwili głębszej refleksji, ponownie wbijając wzrok gdzieś przed siebie. - … i gromadkę dzieci? - zapytała nieco przekornie, obserwując jego reakcję. Może w głębi duszy liczył na to, że nigdy się nie otrząśnie? A może ona sama naiwnie liczyła na to, że gdyby nie ten parszywy splot wydarzeń, ich losy mogłyby potoczyć się inaczej, może nie wszystko między nimi było wtedy jeszcze stracone. Może mieli szanse... Odgoniła od siebie tę myśl, zmusiła się w końcu do jej wyciszenia już przed wielu laty.[bylobrzydkobedzieladnie]


I’ll just keep playing back
These fragments of time Everywhere I go, These moments will shine Familiar faces I’ve never seen Living the gold and the silver dream


Ostatnio zmieniony przez Henrietta Bartius dnia 18.12.21 18:16, w całości zmieniany 2 razy
Henrietta Bartius
Zawód : amnezjatorka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4/39
SPRAWNOŚĆ : 7/12
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10582-henrietta-bartius https://www.morsmordre.net/t10642-racuch https://www.morsmordre.net/t10639-etta https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10697-skrytka-nr-2335 https://www.morsmordre.net/t10641-h-bartius

Powrót do góry Go down

Ideologia wyznawana przez jego rodzinę była bardzo jasna, bezwzględna, nie zostawiała niczego domysłom ani negocjacjom - była ugruntowana i stała jak pieprzony głaz, na którym ktoś zaplamionym krwią dłutem wyciosał zasady. Te zasady, których nie powinni byli łamać, którym powinni ślepo wierzyć od urodzenia. Nie musieli być szlachtą, żeby uważać się za lepszych od innych - jego ojciec i matka byli na to najlepszym dowodem, chociaż poza swoją pracą, okrutną pasją, nie mieli prawie nic i niczego w życiu nie osiągnęli. Chciałby powiedzieć, że ich kochał, ale jak mógłby kochać kogoś, kto okazywał wobec jego i jego brata tak wiele chłodu? Wychowywali się tak, żeby wyrosnąć na silnych i niezależnych czarodziejów, ale tylko Cillian stał się niezależny w sposób, który uczyniłby ich rodziców dumnymi. Pusty nagrobek Caleba, murszejący kamień i zamazane litery mówiły wszystko o tym, co sądzili o jego decyzjach. Jego wartościach, miejscu, w którym zażądał zostać pochowanym (gdyby nie Cillian pewnie by się na to nawet nie zgodzili). Wiedział, że nienawiść wobec niemagicznych, żywa wśród Macnairów, była nie tylko stała, ale również krwawa - i nigdy nie chciał narażać na to Henrietty. Kochał tę kobietę miłością tak głęboką jak nieodpowiedzialną, obiecał jej zbyt wiele z rzeczy, których nie był w stanie jej zapewnić.
Pewnie zachował się niesprawiedliwie, samodzielnie podejmując decyzję o tym, co będzie dla niej najlepsze - stwierdzając, że z pewnością nie będzie szczęśliwa, jeżeli zrezygnuje ze wszystkiego, co znała, co było jej bliskie, żeby z nim uciec. A może tylko się tak usprawiedliwiał, bo sam nie był gotowy zrezygnować ze wszystkiego dla miłości? Nie wiedział - ale żałował tego przez wszystkie następujące tygodnie i lata nie-życia. Śmierć zadbała o to, by nigdy nie był w stanie zapomnieć. Aż do teraz.
Mimowolnie wyciągnął dłoń, tęsknym gestem chciał spleść palce z jej palcami, gdy sięgnęła ręką do jego policzka; nie zdążył, wycofała się, w oczywisty sposób nie gotowa na to, by skonfrontować się z jego bezcielesnością.
Tak było lepiej.
- Tak myślisz? - wyrwało mu się, zanim zdążyłby się rozsądnie powstrzymać. Wsunął ręce do kieszeni w pozornie nonszalanckim geście, ale na tyle, na ile go znała, była w stanie dostrzec, że to tylko marna próba rozluźnienia atmosfery, ukrycia tego całego żalu, bólu, który rezonował między nimi niewidzialną siłą. - Może i tak. Nie byłabyś szczęśliwa, musząc całe życie uciekać przed mordercami. - powiedział bez ani krzty zawahania. Nie wstydził się już przyznać kim była jego rodzina; kim stali się podczas tej wojny. - Ja nie byłbym szczęśliwy, gdybym dowiedział się, że mój brat stracił duszę, a mnie tam nie było. On... - Zaśmiał się głucho, niewesoło. Gdyby był jeszcze w stanie płakać, może by się załamał, ale jego oczy już zawsze miały pozostać suche. - Jest pieprzonym sukinsynem. Ale jest moim bratem, Etta... - powiedział cicho, z poczuciem winy. Nie oczekiwał po niej, że zrozumie, nawet by tego nie chciał - zmuszać ją do jakiegokolwiek współczucia wobec mężczyzny, który nią gardził i który sprawił, że musieli się rozstać.
Zauważył jej załamanie na kilka sekund przed tym, nim się wydarzyło. Płakała za nich obu, a on był bezradny. Ciepła, ludzka dłoń przeniknęła przez jego lodowatą, siną. Jedyne, na co mógł się zdobyć, to wykorzystanie mocy, by okazać jej wsparcie. Z początku nie był w stanie pomyśleć o niczym konkretnym, jedynie o tym, jak cieszył się, że ją widzi - potem skupił te resztki mocy, które mu pozostały, a śnieg padający wokół nich zmienił się we fruwające białe ptaki wielkości umożliwiającej zamknięcie ich w garści. Były stworzeniami z czystego lodu, odbijały światło i tęczowe błyski, ich cichy śpiew otoczył ich kokonem, wraz z powiewem ciepła, który mogła odczuć jedynie Henrietta.
- Nie płacz za mną. Nie chcę tego - powiedział bardzo cicho, zbliżając się do niej na tyle, na ile mógł bez przytłoczenia jej zimną sylwetką. - Zdążyłem już przyzwyczaić się do bycia duchem. Zostało mi też trochę magii, dzięki której mogę zrobić to. - Ogarnął ramieniem całe otaczające ich piękno. - To iluzja. Ale mam nadzieję, że robi wrażenie. - Uśmiechnął się lekko, trochę szczerzej niż dotychczas, przyglądając się jej uważnie, gdyż dla niego iluzja była niczym w porównaniu z nią. - Może i nie był - potwierdził ze słabym posmakiem goryczy. Czy to możliwe, by go czuł? - Ale kim ja bym był, gdybym pozwolił mojemu bliźniakowi stracić duszę w tak okrutny sposób? Moja dusza, jak widzisz, ma się dobrze - pozwolił sobie na słaby żart. Wyobrażenie sobie Etty z innym mężczyzną w domu szczęśliwszym, niż mógł jej dać, sprawiło, że jego iluzja na krótki moment stała się bledsza, ciemniejsza; szybko jednak doprowadził się do porządku, nie dając jej poznać, jak zły był. - Gdyby to dało ci szczęście... tak - przyznał z trudem. - A jak jest? - spytał szybko. Niecierpliwił się, choć miał przecież cały czas na świecie.


Umrzeć, usnąć? Śnić może?
Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie w klęskę...
Caleb Macnair
Zawód : Aktualnie bezrobotny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
If anyone needs me,
I'll be in my grave
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Duch
deceased
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t9272-caleb-macnair#282376 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9380-duch-z-doliny#284767 https://www.morsmordre.net/t407-kosciol-z-cmentarzem https://www.morsmordre.net/t9392-caleb-macnair#285075

Powrót do góry Go down

Henrietta umysł miała wolny od korzeni ideologii wrastających głęboko pod ściółkę mętnej tożsamości, pełnej dziur, nieprzejrzystej, nie skostniałej jednak względem z góry narzuconych zasad. Sam Nathaniel, co dostrzegała dopiero na przestrzeni następujących po śmierci ojca lat - wykazywał się wyjątkową, wręcz konformistyczną elastycznością względem życiowych prawideł. Wyrzekł się świata, do którego należał, opuszczając bartusiowe lasy, paląc za sobą niemal wszystkie mosty, zaszywając się w Londynie, aby tam stworzyć nową rzeczywistość dla siebie, Alveny i przyszłego potomstwa. Zdystansował się od zasad rządzących tymi, którzy poruszali się po magicznej orbicie; wszystko po to, aby w momencie powołania do wojska Bobby’ego rozpaczliwie usiłować zerwać więzi z przed laty obraną ścieżką i wrócić do świata magii. Nagle zdradzał swoją nową rzeczywistość, twierdząc, że tocząca się za oknami wojna wcale nie była jego, że należał do innej, jakby równoległej teraźniejszości, którą bezlitośnie również porwał w swoje wichry bitewny front. Rodzice Caleba, w przeciwieństwie do Nathaniela, przynajmniej wiernie podążali za kierunkiem wskazywanym im przez poglądowy kompas. Czasem zastanawiała się, czy jej nieco zgorzkniały w swym charłactwie, wciąż jednak ukochany ojciec nie posiadał po prostu żadnych ideałów, wzorów, do których dążył, poddając się wyroczni aktualnej chwili przepowiadającej mu wszystko ad hoc, zdając się na tymczasowość i ulotną doraźność podejmowanych działań, czy może wykształcił w sobie rodzaj specyficznego rozsądku, nakazujący dostosować się do zgotowanej mu sytuacji.
Może właśnie dlatego tak trudno było jej znaleźć własne miejsce, skoro nawet jej największy autorytet - już nieco zszarzały, mętny w otchłaniach powracających wspomnień - wyrzekał się raz jednego, raz drugiego świata jakby nie chciał stać się nieoderwalną częścią chociaż jednego z nich. Na próżno czytała w szkole wszystkie księgi snujące opowieść o magicznych rodach, przyswajała legendy opiewające Bartiusów, wciąż czując w sobie pewną pustkę. Kto wie, może byłoby jej łatwiej, gdyby wychowano ją dokładnie tak jak Caleba. I gdyby w przeciwieństwie do niego całkowicie poddała się i ugięła pod skostnieniem głoszonych poglądów? W poczuciu wyższości - wobec jednej czy drugiej rzeczywistości - w chłodzie zapewniającym jej samowystarczalność i zupełną niezależność - wtedy przynajmniej byłaby do tych uczuć przyzwyczajona od pierwszych lat życia, a nie czułaby się gwałtownie wrzucona w wir koniecznej do natychmiastowego przyswojenia samodzielności. Wychowana na skałę, mogłaby z łatwością oprzeć się czarnej melancholii, która opanowała ją po jego odejściu, gdy czuła się bezlitośnie porzucona i po raz kolejny pozostawiona samej sobie. Trwałaby niewzruszona, niewrażliwa na wiatry nieprzewidywalnych zmian, skupiona na swojej sile i nieustępliwości.
Zamiast tego wzrosła się w poczuciu parszywego osamotnienia, mając koło siebie pozornie niewrażliwego na spotykający ich los brata, tkwiącego w zawieszeniu, przebywającego tak daleko, w jeszcze innym - trzecim z kolei - świecie, mimo że przecież siedział zaraz obok. U boku Caleba, przez ułamek sekundy, wierzyła, że wreszcie znalazła swoje miejsce i powiązane z nim własne ja. A potem wszystko - oni, ona, świat - posypało się jak domek z kart.
Dawno przestała jednak gdybać, pytać, co by było jeśli… Nie poddałaby się tak łatwo? Sprzeciwiła wyborowi, który podjął? Przecież w głębi duszy wiedziała, że jego decyzja wcale nie była taka prosta. Wmawiała sobie, że to wszystko od dawna nie miało znaczenia, choć uparcie rzucało cień na całą jej teraźniejszość, tym samym zaprzeczając pozornej nieistotności, którą przypisywała przeszłości.
Nie mogłaby zarzucić mu niesprawiedliwości, skoro sama podjęła równie krucjalną decyzję nie wtajemniczając Caleba w kwestię, która miała już na zawsze scalić ze sobą ich życia. Nie powiadomiła go o owocu miłości, który wzrastał pod jej w pierwszych miesiącach zupełnie nieświadomym niczego sercem. Pamiętała swoje niezdecydowanie, targające nią sprzeczne emocje, mogła chociaż napisać krótki list. Obawiała się jednak nie tylko jego reakcji, wystarczył jej przestrach, z którym obracała się za sobą na ulicy, bo rzucona w jej stronę groźba Cilliana odbijała się wyobrażonym echem od ścian pobliskich kamienic. Nie mogła wyznać mu prawdy. Zdecydowała się na przemilczenie, które w razie nieprzewidzianego rozwoju sytuacji miało przerodzić się w kłamstwo. Nie jesteś jej ojcem.
Nigdy jednak nie przyszło jej go okłamać. Dzisiaj zrozumiała dlaczego. Mimo wszystko początkowo liczyła na taki moment, naglą konfrontację (nawinie wyobrażała sobie, że wróci prosząc o wybaczenie), a gdy ta wcale nie nadeszła, sama się wycofała, porzucając tchórzliwie nie tylko dawną miłość, ale i jej nieprzewidziane następstwa.
Ponownie podniosła na Caleba wzrok, obrysowując spojrzeniem bladą sylwetkę unoszącą się nad ziemią, pozornie tylko rozluźnioną, gdy przybrał nonszalancką pozę, zaskoczona jego nagłą szczerością. Pożałowała w połowie przerwanego gestu, bo teraz jednak zapragnęła na nowo poczuć na swojej dłoni dotyk jego skóry. Powoli docierało do niej, że to już nigdy nie będzie możliwe. Nie dostaną drugiej szansy, mimo wypowiedzianych po latach słów, które wciąż ciążyły im na sercu.
- Duszę? Jesteś pewny, że na pewno ją ma? - odparła nieco zgryźliwie, zaraz żałując tych słów. Sama przecież doskonale wiedziała, co to znaczy więź z rodzonym bratem, jak trudno ją zerwać i przekreślić całą wspólnie zapisaną przeszłość. Chociaż przecież w końcu właśnie to zrobiła, jej udało się podjąć dobrą decyzję. Wciąż uważała, że jak najbardziej słuszną, mimo że tak naprawdę będącą następstwem jej wcześniejszych błędów. Dusza Bobby’ego nie była przy tym w żadnym stopniu zatruta złem, które tak wyraźnie odbijało się w twarzy Cilliana. To raczej w sobie mogła dostrzec podobne odbicie. Wszystko, co potem stało się z jej bratem, co pogorszyło jego stan, było wyłącznie jej winą. - Naprawdę nie zasłużył na to, abyś oddawał za niego życie - dodała zdecydowanie ciszej, niemal szeptem, bardziej do siebie niż do niego, bo mimowolnie rozumiała jego punkt widzenia.
Uśmiechnęła się poprzez płynące po twarzy łzy, gdy zademonstrował jej wciąż drzemiącą w sobie magię. Przez moment mogła wierzyć, że znowu czuje bijące od niego ciepło, opadające na nią niczym niewidzialna mgiełka, rozgrzewające jej ciało początkowo jedynie od środka, ale później i od wewnątrz.
- Jest wspaniała - odparła z nieskrywanym zachwytem. Iluzja. Nagle zamarzyła, aby ułuda trwała wiecznie, rozprzestrzeniając się na wszystkie inne istotne dziedziny życia, pozwalając jej wierzyć, że powrót do tego, co było, wciąż był dla nich możliwy. Złudność tych marzeń była jednak niemal tak namacalna jak unoszące się wokół nich lodowe ptaki, rozgrzewające cmentarną ciszę trelem tak zaskakującym dla lutowej nocy. Parsknęła jeszcze urywanym śmiechem reagując w ten sposób na żart, zanim jej ciałem wstrząsnął dreszcz, który po chwili przerodził się w niepowstrzymany, niemal spazmatyczny szloch. - Chciałam tego wszystkiego z tobą. - Rozpaczliwe zdanie przebiło się przez coraz głośniejsze łkanie, gdy w końcu i tajemnica, którą nosiła w sobie już od wielu lat, zdzieliła ją w głowę swą bolesną obecnością, zakotwiczając się w jej głowie prawdą, która nigdy nie miała zostać wypowiedziana na głos. Judith. Przygryzła żałośnie wargę, próbując powstrzymać się od wypowiedzenia jej imienia na głos. Nie mogła sobie na to pozwolić, nie miała prawa rzucić mu tym sekretem w twarz. Nie teraz. Czy kiedykolwiek? Nie tylko ze względu na Caleba, ale i na małą dziewczynkę, która niepostrzeżenie stała się sierotą. Nie mogła wyznać, że tchórzliwie i tak cholernie małodusznie porzuciła córkę, okrutnie skazując ją na los podobny do tego, który sama zaznała. Pozostawiła ją w poczuciu beznadziejności, mimowolnie dając jej do zrozumienia, że nie zasługiwała na rodzicielską miłość. Chociaż nie to miała wtedy na myśli, właśnie tak wybrzmiewało bezduszne pozostawienie jej pod opieką dziadków, odcięcie się od tej maleńkiej istoty. Wiedziała jednak, że oni nie będą jej szczędzić miłości, której w tamtej chwili ona sama w sobie nie miała.
Nagły napływ bezsilności i nienawiści do samej siebie sprawił, że Henrietta zgięła się wpół, oplotła rękami uda, kiwając się wprzód i w tył w trawiącej jej umysł rozpaczy. Nie potrafiła jej powstrzymać, choć walczyła coraz mocniej, świadoma jak bezradnie musi wyglądać teraz w jego oczach.
- Gdybyś tylko wiedział, Caleb. Gdybyś tylko wiedział. - Nie była w stanie ponownie spojrzeć mu w oczy, nie mogła jednak tak po prostu się poddać, próbowała ponownie się wyprostować, ocierając twarz rękawem płaszcza. Mróz wyraźnie rysował na jej policzkach strumienie wciąż napływających do oczu łez. - Przepraszam, przepraszam. Wybacz mi… - Pociągnęła żałośnie nosem, zatapiając zaczerwienioną twarz w zagłębieniu szalika. Gwałtownie zerwała się z miejsca, musiała natychmiast stąd odejść. Czuła, że inaczej zaraz zupełnie rozsypie się na jego oczach.


I’ll just keep playing back
These fragments of time Everywhere I go, These moments will shine Familiar faces I’ve never seen Living the gold and the silver dream
Henrietta Bartius
Zawód : amnezjatorka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 0
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 20
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4/39
SPRAWNOŚĆ : 7/12
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10582-henrietta-bartius https://www.morsmordre.net/t10642-racuch https://www.morsmordre.net/t10639-etta https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10697-skrytka-nr-2335 https://www.morsmordre.net/t10641-h-bartius

Powrót do góry Go down

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Grób Caleba Macnaira

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach