Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Czas pożegnań
AutorWiadomość
Czas pożegnań [odnośnik]20.02.21 9:32
czerwiec 1950

Chciałoby się rzec, że nadeszła chwila, której wyczekiwali wszyscy uczniowie. Egzaminy końcowe dobiegły końca, można było odetchnąć z ulgą, w końcu się rozluźnić. Koniec kucia, koniec nerwów, koniec stresu. Co wrażliwsi uczniowie nie musieli prosić już pielęgniarki ze Skrzydła Szpitalnego, starszej pani Findlay, aby dała im fiolkę eliksiru na uspokojenie, czy spokojny sen. Co odważniejsi nie kupowali pokątnie rzekomych specyfików mających ułatwić skupienie i koncentracje, by pomóc sobie w nauce. Harry wiedział, że to nic innego jak sproszkowane odchody nietoperza, odmawiał więc każdemu, kto mu to proponował. Od Okropnie Wyczerpujących Testów Magicznych podchodził z zadziwiających innym luzem. Niepotrzebne mi są oceny, powtarzał innym, przewracając oczyma. Rzeczywiście nie potrzebował samych Wybitnych od góry do dołu. Smith nie planował ani kariery naukowej, ani w Ministerstwie Magii. Chciał śpiewać i zdobyć sławę jako muzyk, a na ścieżce artysty na nic zdadzą się szkolne oceny - liczy się talent i warsztat. Trochę się uczył, oczywiście, przyniósłby rodzicom wstyd (sobie samemu też), gdyby dostał same Troll, ale bez przesady... Wolał komponować własne melodie, pisać wiersze. Egzamin z transmutacji zdał z palcem w nosie. Egzaminujący, starszy, niski czarodziej w tiarze w hipogryfy był absolutnie zachwycony tym jak przetransmutował wazę w wielkiego, potężnego sępa.
Mógł odetchnąć z ulgą, inni też, nikt jednak tego nie zrobił. W szkolnych murach byli bezpieczni. Ukryci przed światem, gdzie trwała Wielka Wojna Czarodziejów, a Grindelwald toczył krwawy bój, aby zdobyć władzę. Wielu uczniów zwyczajnie bało się wrócić w swe rodzinne strony, Smith też. Czy w tym świecie było miejsce jeszcze dla artystów?
Życzyłby sobie, aby tamten czerwiec, czerwiec 1950 roku, trwał wiecznie. Był ciepły, pogodny, przepiękny. Uczniowie wylewali się na błonia, spędzali czas leżąc na trawnie przy jeziorze, gdzie niekiedy wielka kałamarnica wynurzała swoje macki; przesiadywali na murach dziedzińca, dyskutując o przyszłym roku szkolnym, obiecywali sobie, że będą pisać do siebie listy, jeśli to był ich ostatni koniec semestru; grali w gargulki, szachy czarodziejów, karty. Harry lubił siedzieć na murku dziedzińca z gitarą i obserwować tych, którzy podążali na błonia. Wzrokiem szukał tej jednej czupryny, lśniącej niczym płynne srebro z domieszką złota, oczu błękitnych jak niebo... w towarzystwie mundurka z barwami zieleni i srebra. Jak na złość Evandrę Lestrange zawsze okalał wianuszek przyjaciółek w tym dziewczyna o nazwisku Black, która zawsze posyłała Smithowi niechętne spojrzenia, on zaś odpowiadał jej pięknym uśmiechem odsłaniającym wszystkie zęby.
Raz mu się udało, kiedy wychodziła akurat z Wielkiej Sali; wcisnął jej w dłoń krótki liścik z szelmowskim uśmiechem. - Przyjdź proszę, mam coś dla ciebie - obiecał.
A później się zmył zanim lady Lestrange zdążyła odmówić, bo wtedy pewnie umarłby ze wstydu i żalu. Podczas jednego z ostatnich wieczorów, które poprzedzały opuszczenie Hogwartu, gdy nauczyciele i pracownicy szkoły nie byli już taki czujni i przewrażliwieni na punkcie przestrzegania regulaminu, Harry Smith, dumny Gryfon, czekał na nieco młodszą Ślizgonkę przy schodach prowadzących na szczyt Wieży Astronomicznej. Na plecach miał swoją gitarę, włosy jak zawsze rozczochrane, twarz spowijał niepewny uśmiech. Teraz nie był już taki pewien, czy Evandra na pewno się pojawi. Spiął się, kiedy usłyszał stukot obcasów na pogrążonym w mroku korytarzu i łuna światła jęła sie zliżać - nauczycielka?
Z ulgą wypuścił powietrze, gdy zza rogu wyłoniła się ona.
- Zdałaś egzamin z astronomii? Rozpoznasz konstelacje na czerwcowym niebie? Chodź, sprawdzimy to - droczył się z nią, podchodząc bliżej, by ująć dłoń dziewczyny i ucałować ją lekko - zdążył się nauczyć, że dżentelmeni tak chyba postępują, a ona, jako lady, do tego przywykła. Gestem zaprosił Evandrę, aby zaczęła wspinać się po schodach na górę.



Gdziekolwiek jesteś
- bądź przy mnie
Cokolwiek czujesz
- czuj do mnie
Jakkolwiek nie spojrzysz
- patrz na mnie
Czymkolwiek jest miłość
- kochaj się we mnie

Harry Smith
Zawód : śpiewak, muzyk
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Ja bym kota nie wziął
na weekend.
A ty mi chciałaś
serce oddać,
na wieczność
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 24
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7987-harry-smith https://www.morsmordre.net/t8560-markiza-anhelique#249750 https://www.morsmordre.net/t8561-chlopiec-z-gitara-bylby-dla-mnie-para https://www.morsmordre.net/f189-hereford-square-7-15 https://www.morsmordre.net/t8559-skrytka-bankowa-nr-1938#249749 https://www.morsmordre.net/t8558-harry-smith#249747
Re: Czas pożegnań [odnośnik]01.03.21 9:54
Czwarty rok nauki w Hogwarcie obfitował w liczne doświadczenia. Evandra zdążyła zadomowić się z zamkiem, zaangażować w szkolny chór oraz zawrzeć przyjaźnie. Kiedy jedynym problemem innych uczniów na roku były nadchodzące egzaminy, półwila odkrywała drzemiący w sobie potencjał. Jak jeszcze kilka lat wcześniej żałowała, że musi czekać dodatkowy rok na przekroczenie zamkowego progu, tak teraz z wypiętą dumnie piersią kroczyła jego korytarzami, ciesząc się, że już za dwa miesiące skończy szesnaście lat. Coraz większą wagę przykładała do podkreślenia swojego nienagannego wyglądu, ćwiczyła uśmiech i nieśmiało uciekające spojrzenie, a także kolekcjonowała ciekawostki, jakimi mogłaby pochwalić się w towarzystwie - wszystko to, by zabłysnąć na nadchodzącym wielkimi krokami pierwszym sabacie.
Tego czerwcowego dnia powiodła spojrzeniem za nadawcą wciśniętej w dłoń wiadomości. Schlebiało jej, że starszy chłopak, szarmancki muzyk, idol szóstoklasistek, chciał spędzać z nią czas i to bez rzucania uroku! Uśmiechał się i tak uroczo czerwienił,  Evandra pragnęła jego obecności, lecz jak zawsze sądziła, że szlachetnie urodzonej pannie niczego się nie odmawia, tak w tym przypadku spotykała się z gwałtowną reakcją koleżanek. Aquila nie szczędziła gorzkich słów reprymendy, gdy Lestrange wodziła tęsknym spojrzeniem za muzykalnym Gryfonem. Wiedziała, że przyjaciółka ma rację i że gdyby tylko rodzice dowiedzieli się o tym jakże nieeleganckim zachowaniu doszłoby do kłótni, ale co mogła poradzić na nieodpartą chęć, by zasiąść tuż obok niego na murku dziedzińca i zasłuchać się w przyjemnym głosie. Tego dnia była tak podekscytowana, że nie umiała myśleć o niczym innym, jak o spotkaniu z Harrym. Nie było im dane spędzić razem tyle czasu, ile by sobie życzyła, a teraz miał odejść i zniknąć. Na pewno na zawsze!, powtarzała sobie w myślach, wcale nie łudząc się, że Smith po szybko zdobytej wielkiej sławie  będzie wciąż o niej pamiętać. Zupełnie ignorowała przy tym świadomość swojego nadciągającego zamążpójścia, nie chciała rezygnować z pięknych marzeń o wielkiej miłości, a Harry dawał choć namiastkę prawdziwego, beztroskiego szczęścia.
Koleżankom z dormitorium skłamała, że musi czym prędzej biec do sowiarni pod pretekstem pochwalenia się wynikami testów, co nie było niczym dziwnym, bo lady Lestrange słała wiele listów. Pominęła drobny szczegół, że wiadomości te zdążyła nadać tuż po zaliczonych egzaminach, a kłamstwo samo w sobie było niską ceną za choćby krótką chwilę w towarzystwie Smitha.
Pokonanie odległości dzielącej lochy i wieżę astronomiczną było nie lada wyzwaniem, lecz myśl o spotkaniu nie pozwalała jej zatrzymać się ani na chwilę. Pospiesznie przemykała w kolejnych przejściach, bacząc na to, by nie ściągać na siebie zbyt wiele uwagi, drogę rozjaśniał jej snop światła różdżki. Idąc ostatnim korytarzem zwolniła kroku, rozemocjonowane serce chciało wyrwało jej się z piersi na widok posiadacza burzy niesfornych loków. Z głębokim oddechem wygładziła wolną ręką długie włosy, które zdobiły zebrane z tyłu dwa, cienkie warkocze i wyszła z korytarza na spotkanie z Gryfonem.
Uniosła dłoń, dygając z gracją. Niecierpliwie wyczekiwała tego krótkiego momentu, gdy ostrożnie ujmował jej palce, wywołując w jej ciele rozchodzącą się falę ciepła. Kiedy muskał lekko wargami wierzch dłoni, ogarniał ją przyjemny dreszcz, zupełnie jakby siedzące w jej brzuchu motyle budziły się na dźwięk jego głosu. Lubiła sięgać wzrokiem do czekoladowych oczu, kiedy prostując się podnosił swe spojrzenie. To przecież podczas tych kilku krótkich sekund nadawało się kształt spotkaniu, wyrażało oczekiwania, deklarowało zamiary.
Jakie są twoje oczekiwania, Harry?
- Naturalnie, dzięki pomocy pewnego wspaniałego czarodzieja zdobyłam Powyżej Oczekiwań - odparła w kwestii sprawdzianu, radośnie unosząc kąciki ust. Zwinnym skokiem pokonała kilka stopni, by znaleźć się na prowadzeniu i zaczęła wspinać się jako pierwsza, chcąc mieć pewność, że kroczący za nią Harry nie będzie mógł spuścić wzroku z jej kołyszących się bioder.
Mosiężny zamek odstąpił przy nacisku klamki, wychodząc na zewnątrz uderzył ich podmuch ciepłego powietrza. Szli skąpani w blasku krążących po niebie gwiazd, które z wieży astronomicznej zdawały się być na wyciągnięcie ręki. Evandra pomimo braku wielkiej pasji wobec wykładanego tu przedmiotu uwielbiała spędzać czas na wieży, będącej absolutnym przeciwieństwem dusznych, przyprawiających o mdłości sal alchemicznych. Choć profesor Vane był świetnym wykładowcą i jej ulubionym mentorem, to jednak zasługa Harry’ego, że w ogóle zainteresowała się nauką o ciałach niebieskich.
- Jaka szkoda, że tak doskonały do obserwacji nieba czerwiec raczy nas najkrótszymi nocami. Mars, Jowisz i Saturn pokażą nam się już o północy, ale trzeba zaczekać do świtu, byśmy mogli dostrzec Ziemię Afrodyty - mówiła z zadartą ku niebu brodą, rozglądając się po nim z pozornym zainteresowaniem.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Czas pożegnań [odnośnik]01.03.21 11:14
Jaki Harry miał oczekiwania?
Nie śmiałby mieć wobec takiej dziewczyny własnych oczekiwań. Rzadko czuł się takim szczęściarzem jak w tamtej chwili, podczas ciepłego, czerwcowego wieczoru, gdy Evandra Lestrange zdecydowała się go zaszczycić swoim towarzystwem i nie szczędziła ciepłych słów pod jego adresem. Nie spodziewał się tego, choć potrafił zawrócić dziewczynie w głowie. Ona była jednak inna - daleko poza jego zasięgiem. Kilka lig wyżej niż on sam, mówiąc brzydko. Harry zawsze czuł się przecież kimś przeciętnym. Ot, zwykły czarodziej półkrwi. Z niezamożnej, ale i nie szczególnie ubogiej rodziny. Jeden z synów spośród licznego rodzeństwa. Takie nazwisko i imię jak on nosiło pewnie tysiące, o ile nie setki tysięcy chłopców i mężczyzn w całym kraju, zarówno magicznych, jak i niemagicznych. Miał bardzo dobry słuch i głos, potrafił śpiewać i grać, w ciągu kilku lat spędzonych w szkole wyrósł nawet na gwiazdkę szkolnego chóru, ale w dalszym ciągu nie czuł się nikim szczególnym - zwłaszcza, gdy myślał o tym, co będzie później. Takich jak on było naprawdę wielu. Tymczasem... takich kobiet jak Evandra nie było chyba wcale więcej. Nie chodziło jedynie o pólwili urok, magiczny gen po matce, czy tam babce - nie był pewien - ale o ten urok Evandry, który miała w sobie jak ona, nie półwila. Ciepły uśmiech, zalotne spojrzenie, łagodny ton głosu. Była doskonale wychowana, nosiła szlacheckie nazwisko, miała nienaganne maniery i do tego wszystkiego nie wydawała się zepsuta, płytka i powierzchowna jak wiele dam, które zdążył poznać w szkole. Może nie poznał Evandry tak dobrze, jakby sobie tego życzył, ale w jego wyobrażeniu właśnie taka była - dlatego wciąż dziwił się, że dziewczyna taka jak ona chce spędzać z nim czas, że znów zaszczyciła go swoją uwagą, a nawet więcej.
Pytanie zatem brzmiało - jakie oczekiwania miała Evandra wobec niego? Wyszedłby z siebie, by im sprostać. Na powyżej oczekiwań nie śmiał liczyć.
Harry nie chciał sobie niczego wmawiać, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że i ona go lubi. Czuł to, kiedy zerkała na niego tylko przez ramię i uśmiechała się ukradkiem, szybko odwracając wzrok, bo lady Aquila Black była tuż obok. Czuł to teraz, gdy podała mu swoją dłoń, a on mógł ją lekko ucałować. Serce mu wtedy biło tak szybko, że niemal wyskoczyło z piersi. Harry miał szczerą nadzieję, że Evandra nie mogła tego usłyszeć, bo spłonąłby z zawstydzenia. Rzadko dziewczęta wprawiały go w takie zakłopotanie. Zwykle w ich obecności czuł niebywałą pewność siebie, choć miał zaledwie osiemnaście lat.
- Jest dla niego lady wyjątkowo łaskawa, lecz to raczej nie jego zasługa. Miał niezwykle bystrą i utalentowaną uczennicę - odpowiedział Smith i uśmiechnął się przy tym szeroko. - Gratuluję tak wysokiej oceny. Rodzice będą z ciebie dumni - pochwalił ją. Nie rościł sobie praw do sukcesu Evandry, choć z przyjemnością pomógł jej przy nauce astronomii. Sam nigdy nie był szczególnie uzdolniony w dziedzinie badania ciała niebieskich, ale fascynowały go. W nocnym niebie było coś... szczególnie romantycznego. Poetyckiego. A powiązane z nimi legendy i baśnie były prawdziwym natchnieniem.
Szybko zapomniał o astronomii, kiedy Evandra z pełnym wdzięku skokiem znalazła się na schodach i zwinnie zaczęła się po nich wspinać, kołysząc biodrami, od których Smith nie potrafił odjąć wzroku. O Merlinie, myślał, przebierając nogami, pokonując schodek, bo schodku, by czasem nie rozdzielił ich większy dystans. Miał zaledwie osiemnaście lat, hormony rozpętały burzę w jego głowie i ciele, a najpiękniejsza dziewczyna w całej szkole szła tuż przed nim i uśmiechała się do niego, rada z jego towarzystwa. Z głowy chyba wyleciały mu wszystkie teksty piosenek, wszystkie wiersze i powieści, które napisał albo przeczytał. Mógł skupić się tylko na...
Nocne, chłodniejsze powietrze trochę go ocuciło, gdy znaleźli się na zewnątrz, na balkonie Wieży Astronomicznej. Wtedy Harry zrównał się z Evandrą krokiem, cały czas patrzył jednak na nią, nie przed siebie i tylko wrodzone szczęście sprawiło, że się przy tym nie potknął i nie wyrżnął zjawiskowego orła.
- Nie muszę czekać do świtu, by ujrzeć Afrodytę - wypalił Harry, kiedy lady Lestrange spoglądała w niebo, dzieląc się z nim swoimi obserwacjami. Zaraz po tym uświadomił sobie, że jego słowa mogły zabrzmieć banalnie, ale taka była przecież prawda. Nie widział w swoim życiu piękniejszej dziewczyny i nie chodziło wyłącznie o fizyczność. Porownanie Evandry do greckiej bogini piękna i miłości nie było chyba aż tak niewłaściwe? Miała prawie szesnaście lat, z tego, co wiedział, mimo że kończyła właśnie czwarty rok nauki. - Mogę spróbować otworzyć klasę i znaleźć teleskop... - zaproponował Harry. Ale czy naprawdę masz ochotę oglądać teraz konstelacje jak na lekcji? pytało jego spojrzenie. Odchrząknął krótko, próbując zebrać myśli. - Tam dalej... Byłem tu wcześniej i zostawiłem koc. Możemy na nim usiąść, jeśli byś chciała. Mam też... - gestem ręki wskazał na posadzkę kawałek dalej, gdzie balkon skręcał; było tam wgłębienie, gdzie rzadko ktokolwiek zaglądał. Doskonałe miejsce, by ukryć się przed nauczycielem. Albo przed wszystkimi - jak teraz. Z zakłopotaniem sięgnął do swojej torby, która miał przewieszoną przez ramię. Wyciągnął z niej butelkę skrzaciego wina - nie było ani drogie, ani pewnie szczególnie dobre, piwniczka na dworze jej rodziców zapewne kryła w sobie po stokroć lepsze trunki, ale on był tylko Smithem... - Mam też kremowe piwo, jeśli wolisz, oczywiście - dodał zaraz po tym. Evandra miała niespełna szesnaście lat, ale wciąż była nieletnia, a on nie chciał jej zgorszyć, ale... Bez przesady, przecież nie była dzieckiem, prawda?
Kiedy tylko dotarli do wspomnianego zagłębienia za rogiem rozłożył miękki, gruby koc na posadzce i podał lady Lestrange rękę, by pomóc jej usiąść - jeśli tylko miała ochotę.



Gdziekolwiek jesteś
- bądź przy mnie
Cokolwiek czujesz
- czuj do mnie
Jakkolwiek nie spojrzysz
- patrz na mnie
Czymkolwiek jest miłość
- kochaj się we mnie

Harry Smith
Zawód : śpiewak, muzyk
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Ja bym kota nie wziął
na weekend.
A ty mi chciałaś
serce oddać,
na wieczność
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 24
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7987-harry-smith https://www.morsmordre.net/t8560-markiza-anhelique#249750 https://www.morsmordre.net/t8561-chlopiec-z-gitara-bylby-dla-mnie-para https://www.morsmordre.net/f189-hereford-square-7-15 https://www.morsmordre.net/t8559-skrytka-bankowa-nr-1938#249749 https://www.morsmordre.net/t8558-harry-smith#249747
Re: Czas pożegnań [odnośnik]01.03.21 14:46
Jakie były oczekiwania Evandry?
Była zdenerwowana ich spotkaniem, lecz strach przed nowym nie był onieśmielający; zamiast tego popychał ją w stronę Smitha, zwyczajowo już domagając się czegoś więcej. Dość miała już wymijających odpowiedzi, jakimi częstowały ją matrony - dowiesz się w swoim czasie, wszystko przed tobą, czekaj powściągliwie. Winę za własną niecierpliwość zrzucała na kochaną panią matkę, która od najmłodszych lat karmiła ją swymi opowieściami o wiecznej miłości, porywach serca i zachwycie piękna. Tak bardzo pragnęła odkryć wszystkie te tajemnice, że postanowiła wziąć sprawy we własne ręce.
W Hogwarcie nie było zbyt wielu kawalerów, którzy pokonaliby swoją nieśmiałość i rozpoczęli starania o przychylność Evandry. Oczywiście, wszyscy byli mili i uczynni, ale żaden nie potrafił dać jej tego, czego oczekiwała. Czy to przekazane jej przez matkę i babkę geny były jej utrapieniem, wyzwalającym w chłopcach tak onieśmielajacy strach? A może to nazwisko, które nawet wśród niezaznajomionych z historią magii czarodziejów kojarzyło się z porywczym szaleństwem, mając opinię rodu tajemniczego i niechętnego innym? Szlachcianka nie szukała wad w sobie, liczyła na to, iż wkrótce na horyzoncie pojawi się ten, któremu niestraszne będą przeciwności losu. Harry zagościł w jej sercu już pierwszego dnia, kiedy pojawiła się w szkolnym chórze. Początkowo sądziła, że jest dla niej wyłącznie dobrym kolegą, z czasem pojawiło się ukłucie żalu. Widziała jak zachowywał się w towarzystwie innych panien: otwarty, uśmiechnięty, z dowcipem w jednej ręce i komplementem w drugiej, dlaczego więc przy niej tracił na odwadze? Szukała jego towarzystwa pod byle pretekstem, zawsze starając się, by brzmiały przypadkowo, wszak pannie nie przystoi jawnie zalecać się do nikogo. Wręczony tego dnia liścik był niczym spełnienie marzeń, wynagrodzenie trudu, zwieńczenie starań. Nie zrażała się świadomością rychłego opuszczenia Hogwartu przez Smitha, według niej wciąż jeszcze była szansa. Nie na wieczną miłość, piękny ślub i wspólne plany, lecz na szczery uśmiech, objęcie ramieniem, choć jeden, skradziony w ukryciu pocałunek.
Komplement, nawet jeśli banalny, wywołał uśmiech na twarzy Lestrange. Inne panny w podobnej sytuacji uciekłyby spłoszone z palącym rumieńcem na policzkach, tymczasem półwila odwróciła wzrok od nieba i utkwiła błękitne spojrzenie w przystojnej, młodzieńczej twarzy. - Nie ma takiej potrzeby - odparła od razu, przyjmując pospiesznie zawoalowane onieśmielenie. - Przecież mamy dziś gwiazdy na wyciągnięcie ręki. - Gwiazdy, bogów, cały panteon na nas czeka.
Kiedyś miała wątpliwą przyjemność upicia małego łyku ze szklanicy ojca. Mimo mocnego, odrzucającego zapachu bursztynowy płyn kusił swoją barwą i wizją ciekawego smaku, za jakim przepadał lord Lestrange. Oczy dziewczynki zaszły łzami, gardło i przełyk paliły okrutnie, a w blond główce pojawiło się postanowienie, że już nigdy w życiu nie sięgnie po ognistą. I o ile whisky rzeczywiście omijała szerokim łukiem, tak gdy kilka lat temu dorwała w swoje drobne rączki kieliszek z napojem o smacznych bąbelkach. Starszy brat czuwał, by na jednej porcji stanęło, ale Evandra już wtedy wiedziała, że niczego mocniejszego od wina próbować nie zamierza. - Czyżbyś chciał mnie sprowadzić na złą drogę? - zapytała z udawanym zdumieniem na widok prezentowanej butelki, zaraz ściszyła głos do teatralnego szeptu. - Prowadź więc, Adonisie, nie mamy chwili do stracenia.
Wybrany przez Harry’ego zakątek był rzeczywiście idealnym miejscem na to, by się ukryć. W tak piękną noc potajemne wędrówki nie były niczym zaskakującym, jak wysokie było więc prawdopodobieństwo, że nie pozostaną na wieży sami? Skorzystała z podanej sobie ręki i zajęła miejsce na miękkim kocu. Kostki razem, kolana zasłonięte skrajem spódnicy, starała się mimo wszystko zachowywać pozory przyzwoitości i nie pozwalać sobie na zbyt wiele. Zawsze powtarzała, że reputacja jest nader ważna. Dzięki przymykaniu oka na pojedyncze niedociągnięcia w ogólnym rozrachunku uznawała swoją postawę za nienaganną, nie miała sobie nic do zarzucenia. Nawet teraz, gdy przechyliła głowę, niby od niechcenia prezentując białą szyję, rozmarzonym wzrokiem przesuwając jeszcze po rozgwieżdżonym niebie. - Gwiazd drżących srebrne lica, zobaczysz znad przełęczy. Na strunie mej zadźwięczy - Tęsknica. W upojną ciszę nocną nieznane ujrzysz światy. - Jak mocno pachną kwiaty - Jak mocno. - Nie sądziła, że będzie sięgać do klasyków, lecz te same nasuwały się na myśl. W otaczającej ich scenerii momentalnie przypomniała sobie jedną z oddających Afrodycie cześć poetkę. - Lubię szukać inspiracji w nocnych pejzażach. Czy i tobie muzy nie pozwalają zmrużyć oka?



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Czas pożegnań [odnośnik]01.03.21 19:41
Uroda Evandry oszałamiała i wprawiała większość chłopców uczących się w Hogwarcie w dziwne onieśmielenie. Nawet najpewniejsi siebie młodzieńcy zapominali przy niej języka w gębie. Może w przypadku Harry'ego było inaczej, bo poznał ją i polubił zanim jeszcze wkroczyła w ten wiek, gdy zaczynała stawać się kobietą, zanim jeszcze zaczęła być źródłem nieprzyzwoitych i niepoprawnych myśli, których nigdy by jej nie zdradził? Był trzy roczniki wyżej, choć po prawdzie to dzieliły ich dwa lata, kiedy pojawiła się na pierwszej próbie szkolnego chóru była jeszcze dziewczynką. Niezwykle uroczą, pełną wdzięku, ale wciąż dzieckiem. Podczas tych wszystkich prób zdążył poznać ją nieco lepiej - przekonać się, że nie jest typową, wredną Ślizgonką, o tym, że choć ma w sobie niemal królewską godność, to nie patrzy na niego wyniośle i z pogardą dla jego statusu krwi, czy klasy społecznej. Przyjemnie było spędzać czas na wspólnych próbach, śpiewie, później nauce transmutacji, bo to była nieliczna dziedzina magiczna w której błyszczał - do pewnego momentu traktował ją jak młodszą koleżankę, miał dla niej wiele sympatii, lecz gdy z dziewczynki przeobraziła się w młodą dziewczynę, niebawem kobietę, kiedy wróciła po jednych wakacjach... niemal zaschło mu w ustach i zapomniał języka w gębie. Chodził na randki, lubił flirtować z dziewczętami, można chyba było nawet powiedzieć, że niezły z niego bawidamek - z łatwością przekonywał koleżanki, by podarowały mu całusa, poszły z nim w sobotę do Hogsmeade, czy zatańczyły podczas balangi w Pokoju Wspólnym.
Gdy patrzył na Evandrę czuł, że ona zasługuje jednak na wiele więcej, że pragnie więcej, niż kilka słodkich słówek i pocałunek skradziony w schowku na miotły. Do tego ten wianuszek koleżanek, który ją otaczał. Potrafił radzić sobie z zazdrosnymi przyjaciółkami, ale z kordonem niechętnych mu Ślizgonek, zwłaszcza lady Aquilą, która miała w spojrzeniu coś niepokojącego, już słabiej. Trudno było mu wywalczyć chwilę spotkania sam na sam. Teraz żałował, że nie starał się bardziej i częściej. Może było inaczej, niż sądził?
Najjaśniejszą gwiazdę to ja mam na wyciągnięcie ręki, pomyślał Smith, nie chciał jednak rozczarować lady Lestrange kolejnym banalnym komplementem. Wsunął butelkę wina z powrotem do torby..
- Ja?! - oburzył się teatralnie Harry, jakby dziwiło go, że Evandra mogłaby go podejrzewać o tak niecne zamiary. Uśmiechnął się zaraz po tym łobuzersko, wzruszył lekko ramieniem. - Może odrobinkę. Nic się nie stanie, jeśli postawisz na niej jeden paluszek. Obiecuję, że nikomu nie powiem - rzekł podobnie konspiracyjnym szeptem, pochylając się lekko ku dziewczynie; uniósł dłoń do ust i udał, że zasuwa wargi i wyrzuca kluczyk za balustradę Wieży Astronomicznej, zobowiązując się tym samym do dozgonnego milczenia.
Uśmiech Smitha stał się szeroki, promienny i tak pewny jak chyba nigdy wcześniej, gdy nazwała go Adonisem, zachęcając do poprowadzenia jej w to sekretne miejsce. Bo czyż ten piękny młodzieniec nie był oblubieńcem Afrodyty? Wątpił, aby nazwała go tak przypadkowo. Evandra była zbyt bystra. Nawet bystrzejsza niż sądził. Wtedy jeszcze, jako osiemnastoletni chłopiec, dopiero mający stać się mężczyzną, jedynie myślał, że zna dziewczęta, a tak naprawdę potrafiły go wodzić za krzywy, duży nos. Harry nie przypuszczał, że lekkie kołysanie bioder tam na schodach, przechylenie głowy, by wyeksponować szyję, kiedy usiedli na kocu było celowym działaniem - uznawał to za jej naturalny wdzięk i nie mógł oderwać spojrzenia od tych ruchów.
Podał Evandrze dłoń, pomagając usiąść, sam zajął miejsce również kocu, blisko, lecz nie na tyle, aby uznać to za nieodpowiednie. Nie chciał, by pomyślała, że jest nachalny albo przyprowadził ją tu tylko w jednym celu. Lady Lestrange miała nienaganne maniery, dobrą reputację, była dobrze wychowaną młodą damą - szanował to, nawet, jeśli sam nie potrafił zachować się równie elegancko. Przynajmniej się starał!
Wpatrywał się w jej piękny profil, kiedy spoglądała w niebo, recytując jednocześnie wiersz - chwilę zajęło mu dopasowanie tych słów do poety, przypomniał sobie jednak o Safonie, wcześniejsze wspomnienie Afrodyty i Adonisa były dobrą wskazówką. Tak się zapatrzył, tak się wsłuchał z zachwytem w jej piękne słowa, poddając się urokowi pólwili, może nieświadomie, że wypalił...
- Tęsknica... To ja będę tęsknił za tobą - powiedział, zanim zastanowił się nad tym, czy w ogóle powinien to mówić. Nie żałował jednak. Niech będzie co ma być. To był jeden z jego ostatnich wieczorów w Hogwarcie. Może nie spotkają się już nigdy więcej? Harry chciał więc, by to wiedziała. - Naturalnie. To niesamowite jak piękne może być coś tak odległego i tajemniczego zarazem. Są tak nieuchwytne - odparł Harry, wcale nie patrzył jednak na nieboskłon, na którym teraz gołym okiem można było dostrzec wiele gwiazdozbiorów. Patrzył na Evandrę. - Przez co innego.. Kogo innego nie może zmrużyć ostatnio oka - powiedział cicho i odchrząknął lekko, nim mówił dalej, nieco niższym tonem głosu - Gdy stąpa, piękna, jakże przypomina gwiaździste niebo bez śladu obłoku: ciemność i jasność — każda z nich zaklina w nią swój osobny czar, i jest w jej oku to miękkie światło, które zna godzina nocy, gdy blaski dnia zagasną w mroku. - Teraz albo nigdy? Tak, chyba tak, więc niech będzie co ma być. Harry myślał, że i ona tego chce - albo przynajmniej nie ma nic przeciwko. Uniósł lewą dłoń do twarzy Evandry, opuszkami palców lekko dotknął jej skroni, jakby pytał o pozwolenie - zaraz potem przelotnym dotykiem pogładził policzek. - I czar tej twarzy, policzka i skroni jakąż spokojnie pewną ma wymowę: w ufnym uśmiechu, w barwie, co twarz płoni, widać jej czyste dni dotychczasowe, lecz i świadomość, jak wielu śni o niej — serce niewinne, lecz...
czy kochać gotowe?



Gdziekolwiek jesteś
- bądź przy mnie
Cokolwiek czujesz
- czuj do mnie
Jakkolwiek nie spojrzysz
- patrz na mnie
Czymkolwiek jest miłość
- kochaj się we mnie

Harry Smith
Zawód : śpiewak, muzyk
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Ja bym kota nie wziął
na weekend.
A ty mi chciałaś
serce oddać,
na wieczność
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 24
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7987-harry-smith https://www.morsmordre.net/t8560-markiza-anhelique#249750 https://www.morsmordre.net/t8561-chlopiec-z-gitara-bylby-dla-mnie-para https://www.morsmordre.net/f189-hereford-square-7-15 https://www.morsmordre.net/t8559-skrytka-bankowa-nr-1938#249749 https://www.morsmordre.net/t8558-harry-smith#249747
Czas pożegnań
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach