Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Leśna droga
AutorWiadomość
Leśna droga [odnośnik]28.02.21 23:30

Leśna droga

Tam gdzie kończy się asfalt, a zaczyna las. To tutaj udają się wszyscy mieszkańcy Doliny Godryka, gdy na drzewach żółknieją liście. Las, do którego prowadzi droga jest zawsze bardzo oblegany przez czarodziejów trudzących się w zbieractwie i łowiectwie. Miejsce to kryje wiele niezwykłych gatunków roślin, jest też domem dla wielu dziko żyjących zwierząt. Czarodzieje mieszkający na skraju tego lasu z niepocieszeniem patrzą jak kolejne tłumy ludzi wędruje przez ich las. Mieszkańcy centralnej części Doliny Godryka nazywają tych ze skraju lasu odludkami i często przestrzegają przyjezdnych przed ich nieprzewidywalnymi zachowaniami.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Leśna droga Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Leśna droga [odnośnik]07.03.21 22:28
9 listopad

Od samego rana nie była pewna, czy jest na to gotowa. Na stanięcie twarzą twarz z taką ilością ludzi. Obecność innych jej pomagała, wiedziała to, czuła, ale jednocześnie nie potrafiła im spojrzeć w twarz. Wiedziała, jak mocno zawiodła - najmocniej chyba sama siebie. Poranne przygotowania schodziły jej mozolniej, jakby próbowała w międzyczasie jeszcze samą siebie przekonać, że to nie jest zły pomysł - zła droga. Wzięła kąpiel ostatkiem sił powstrzymując się przed ponowną próba szorowania szyi tatuażu. I od samego rana próbowała nastawiać się pogodniej, radośniej. Ale kiedy była sama usta z trudem formowały się w coś na kształt krzywego uśmiechu. Tylko jedna myśl zdawała się działać na nią lepiej, spokojniej. Ubierała się ze spokojem, nie zerkając w lustro w końcu wyciągając z pakunku suknię, którą przesłała jej Hannah z powrotem. Poprawią, a może bardziej zwężoną. Spojrzała na nią uważnie, wydymając na krótką chwilę usta, dłoń pomknęła do niej i przesunęła się po przyjemnym w dotyku materiale. Miała szczęście, że Wright posiadała więcej sukienek niż ona sama. Łącznie z tą posiadała całe... dwie. Stan szafy odnośnie spódnic w tym względzie wyglądał całkowicie podobnie. Nie ubierała ich często, zdarzało się, że prawie wcale. Nie mogła odpowiadać na wezwania w pogotowiu, a już uczęszczać na zajęcia aurorskie ze spódnicą. Nie potrafiła wyobrazić sobie tego, gdyby ktoś zaatakował ją zaklęciem i sprawił, że zawiśnie do góry nogami. Tak jak Skamander zrobił biednej Wright. Stanęła przed lustrem wydymając policzki. Spoglądając na kosmetyki. Zmarszczyła brwi nie potrafiąc się zdecydować. Ułożyła dłonie na biodrach obracając się nieznacznie. W końcu wywróciła oczami do swojego odbicia. Wydymając odrobinę usta wydłużyła jasne kosmyki na tyle, by zakrywały szpecący jej szyję znak. Założyła włosy za uszy sprawdzając, czy wszystko jest odpowiednie. Trochę czarnych znaków wystawało, ale ostatecznie zdecydowała że tyle będzie musiało wystarczyć. Zabrała zapakowany w papier niewielki pakunek, sprawdziła, czy w kieszeni sukienki znajduje się różdżka a kiedy okazało się, że tak, zerknęła na zegar. Powinien za chwilę być. Odwróciła głowę, słysząc nadchodzącą jednostkę.
- Jesteś. - oznajmiła, jej spojrzenie stało się łagodniejsze. Złapała kawałek sukienki i dygnęła żartobliwie siląc się na lepszy humor. Wzięła wdech w płuca, wygładzając poły sukienki, choć materiał nie posiadał żadnych wygnieceń. Jeszcze nikt jej nie widział, mogłaby zostać i... co dalej? Przecież wiedzieli gdzie mieszka. A dzisiejszy dzień nie był tylko jej, ale najbardziej Idy i Alexa. Może trochę dla niej samej ważniejszy mocniej, bo w przeciwieństwie do poprzedniego, dzisiaj miało obejść się bez żadnych niedopowiedzeń, czy nieścisłości.
Tego, czego dowiedzieli się na miejscu nie spodziewała się ani trochę. Nikt jednak nie był w stanie przewidzieć, tego co mogło stanąć na drodze. No... może poza jasnowidzem. Wysłuchała słów wypowiadanych przez Alexa i pokiwała trochę głową. To był niezły pomysł roznieść trochę jedzenia, kiedy czasy były takie, jak były.
- Pomóżmy, dobrze? - zapytała, unosząc spojrzenie na Vincenta, zaciskając odrobinę mocniej dłoń na jego, którą trzymała jakby w obawie, że bez niego obok dzisiaj utonie. - Kiedyś byłam na interwencji u pani Mephildy Diggory, będę musiała zmienić twarz na Julie, zobaczymy czy zostawić jej, albo nam powie komu. - wyjaśniła krótko, uznając, że resztę może opowiedzieć po drodze.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Leśna droga Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Leśna droga [odnośnik]08.03.21 23:09
Nawet w tak niepowtarzalnie wyjątkowym, odświętnym dniu zerwał się z łóżka wraz z bladym świtem trawiony zawodowymi obowiązkami. Blednący granat spowijał rozległe, trawiaste tereny wokół drewnianego domostwa. Chłód owinął wszystkie kończyny, gdy z niechęcią i mocno zamglonym wzrokiem wysunął się z ciepłych pieleszy. Pies drzemiący u podnóża drewnianego, skrzypiącego mebla poruszył się nieznacznie; otworzył jedno oko i ignorując właściciela odpłynął w ramiona błogiego, nieprzerywalnego snu. Mężczyzna przetarł twarz wierzchem dłoni próbując przywrócić całkowitą jasność umysłu. Zamierzał przygotować kwiecisty asortyment, który już za kilka godzin ozdobi eleganckie stoły umilając pobyt wszystkich weselników. Wiedząc, że czas nie będzie dziś jego sprzymierzeńcem, postanowił odświeżyć wyjściowy garnitur, wyprasować jasną koszulę, odszukać czarną muszkę, która ewidentnie zawieruszyła się podczas kolejnej przeprowadzki. Denerwował się. Nie wszystko szło po jego myśli; potykając się o wystającą deskę strącił jedną z ręcznie malowanych filiżanek, której ostre kawałki rozprysły się na wszystkie strony. Zorientował się, że nie posiada już żadnej pasty do butów, a wyjściowe obuwie prezentuje niemożliwie tragiczny stan. Przeklął siarczyście wzdychając ciężko. Nie lubił działania w pośpiechu, braku kontroli i dezorganizacji. Krążył między pomieszczeniami odrobinę podminowany; wciągnął na siebie gruby sweter, sącząc świeży napar z suszonych liści melisy. Potrzebował wewnętrznego spokoju. Zapakował wyczekujące łodygi, dobranych kolorystycznie: wrzosów, astrów i rozchodników. Przymocował je do miotły, aby nie upadły podczas długiej podróży. Po drodze do wyjścia nakarmił żebrzącą o jedzenie Jean, a sam zwinął z blatu kawałek niedojedzonej kanapki z żółtym serem. Po chwili mkną w wilgotnych przestworzach.
Był w ogromnym niedoczasie. Wpadł do domu niczym burza trawiony silnymi podmuchami jesiennego wiatru i niezbyt dobrym humorem wywołanym przez towarzyszy przedpołudniowych sprawunków. Niewygodne tematy nie były jego mocną stroną. Pospiesznie zrzucił z siebie obecne ubranie, wykąpał się, stanął przed lustrem próbując ujarzmić zakręcone, zbyt długie kosmyki i zapuszczony zarost. Westchnął nerwowo, wsuwając garniturowe spodnie, zapinając malutkie, śliskie guziki, nakładając przydużą marynarkę, która nie prezentowała się już tak okazale. Pachniał specyficzną, ziołową mieszanką, która w ciekawy sposób komponowała się z jego osobą. Wyjął z wazonu maleńki, bliźniaczy bukiecik i narzucając cienki płaszcz, wybiegł na zewnątrz przenosząc się do kolejnej lokalizacji. Znalazł się na znajomej, rozkołysanej polanie. Wyraźny kształt budynku rysował się w niewielkiej oddali, a on ruszył wydeptaną ścieżką, którą znał praktycznie na pamięć. Wbiegł do środka i odnajdując swą najwspanialszą i najpiękniejszą partnerkę, odpowiedział na żartobliwy gest kłaniając się w pół, niczym najszlachetniejszy dżentelmen: – Jestem. – powiedział niezwykle łagodnie nie mogąc oderwać od niej wzroku. Wręczył jej podręczny bukiecik wyczekujący na muśnięcie kobiecych dłoni i dodał jeszcze: – Wyglądasz przepięknie. Wszyscy będą mi zazdrościć… – uśmiechnął się najszczerzej jak tylko mógł i pomagając wsunąć ciepły płaszcz na dziewczęce ramiona, przeniósł się ponownie do Doliny Godryka mając u swojego boku. Sytuacja zmieniła się diametralnie, nieprzyjemny zbieg okoliczności przywitał ich tuż na wejściu. Zmartwił się ogromnie, spoglądał na młodzieńca z wyraźnym współczuciem. Westchnął sam do siebie analizując przedstawiony plan; charytatywne spożytkowanie pozostawionego jedzenia było idealnym prezentem dla niedoszłej, młodej pary.
– Oczywiście. – odpowiedział od razu odbierając jedną z potraw. – Zdaję się na ciebie, możemy ruszać. – poprawił poplątany materiał kiedy wychodzili z budynku.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Leśna droga [odnośnik]09.03.21 19:53
Jasne tęczówki rozświetliły się odrobinę, kiedy znalazł się przed nią. W ciągu ostatniego miesiąca stał się fundamentem, którego nie spodziewała się znaleźć. Przy nim, czuła się odrobinę swobodniej i pewniej, mniej przerażona stawieniem czoła światu. Uniosła wargi ku górze - choć widocznie, nie było to najłatwiejsze - wyciągając dłonie po bukiet, przysneła go pod nos, przymykając powieki, zaciągając się znajomym zapachem wymieszanym z innymi. Odwróciła się znajdując szybko wazon w który wrzuciła wiązankę. Pozwoliła, żeby pomógł jej założyć płaszcz.
- Zaczekaj Rineheart, zapomniałeś o szymś. - wypowiedziała. Język jeszcze czasami się buntował, ale działał sprawnie i bez przeszkód. Kiedy spojrzał na nią, wspinając na place, opierając o jego klatkę dłonie. Przysunęła się bliżej, łącząc na krótką chwilę ich wargi. Opadła na pięty, poprawiając płaszcz na jego ramionach. Przesuwając palce pomiędzy czarnymi kosmykami na głowie. - Gotowe. - zdecydowała cicho, unosząc spojrzenie, chwilę później opuszczając Wrzosową Ostoję.
Zaciskała rękę na tej należącej do niego z pewnością mocniej, niźli było to potrzebne. Jakby nie będąc pewną, czy bez niego obok będzie mogła sama funkcjonować wśród innych. Choć spadające na nich informacje na należały do najlepszych to, szybka decyzja co zrobić, miała pomóc chociaż ludziom w okolicy. Justine nie była pewna, czy mimo wszystko, możliwość wyjścia, przebywania poza tłumem jeszcze przez chwilę nie przyniosła jej większej ulgi niż powinna. Skinęła krótko głową wdzięcznie, kiedy Vincent zgodził się pomóc. Odrobinę odetchnęła, oczekując na jego powrót. Kiedy wypowiedział własną gotowość pokręciła przecząco głową. - Daj mi chwilę. - poprosiła znikając w łazience w której stanęła przed lustrem biorąc wdech w usta. Od czasu egzekucji nie korzystała ze swoich umiejętności, ale w tej chwili było to konieczne. A przynajmniej, bardziej bezpieczne. Kilka minut, kiedy przebijała się przez mentalną barierę w końcu odnajdując twarz, którą nadała Julii.
- Chodźmy. - powiedziała, stając przed nim w odmienionej wersji. - Julia Jones. - wyjaśniła mu jeszcze dla przypomnienia, ostrzeżenia może, żeby nie zwracał się do niej znajomym imieniem. Wyszła z domu, kierując ich w stronę w której znajdował się dom Mephildy. - To urocza staruszka, jej mąż Henry jeździ czasem na jakieś wyprawy. - wytłumaczyła w międzyczasie - Właściwie, jeszcze go nie poznałam. - wytłumaczyła skręcając w jedną z uliczek. Mijając niewielkie, niektóre całkiem osobliwe domy. W końcu znaleźli się przed niewielkim, który posiadał czerwony dach.
- Pani Mephildo so ja, Julie! - podniosła trochę głos, po tym, jak zapukała kilka razy w zielone drzwi. Cofnęła się o krok do tyłu, żeby zrównać się z Vincentem, spoglądając na niego. Kiedy drzwi się otworzyły, im oczom ukazała się starsza kobieta z okularami na nosie w szarawej sukni i zielonym swetrze narzuconym na ramiona.
- Aleś wystrojona dzisiaj, kochanieńka. - wypowiedziała na wstępie, łapiąc ją za dłonie i okręcając wokół osi. - Ale nadal zdecydowanie za chuda… a to? - zapytała spoglądając na stojącego obok mężczyzne. Przesunęła po nim spojrzeniem mierząc go uważnie.
- Vinc, mój partner. - wyjaśniła skupiając uwagę na sobie. Smakując wypowiedziane słowo. - Nie to nas tutaj sprowadza. - dodała, unosząc wargi w uprzejmym goście.
- Nie, a co? - chciała wiedzieć, przesuwając spojrzeniem od jednego do drugiego.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Leśna droga Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Leśna droga [odnośnik]10.03.21 0:09
Nie wyobrażał sobie, aby tak odświętną, wyjątkową uroczystość spędzić bez swej olśniewającej towarzyszki. Sam nie czuł się całkowicie swobodnie obcując z tak ogromnym, nieoczekiwanym tłumem znajomych i nieznajomych osobistości. Podświadomie zdawał sobie sprawę, iż razem, stawią czoło największym i najgorszym przeszkodom. Napawał się widokiem delikatnego uśmiechu zdobiącego dziewczęce policzki. Cieszył się, że tak drobny gest sprawił jej przyjemność. Gdy odeszła na kilka minut, ze zmarszczonymi brwiami walczył z niedopiętym mankietem, fałdami zbyt dużej marynarki, jednym, niesfornym kosmykiem błądzącym po lekko zmartwionej skroni. Westchnął ciężko, a gdy znalazła się tuż obok, bez wahania sięgnął po odzież wierzchnią, narzucając odpowiednie tempo. Jej słowa otuliły przestrzeń, gdy zawiązując rozwiązane sznurowadło mruknął krótkie, zaniepokojone: – Hmm? – czyżby faktycznie zapomniał o czymś istotnym? Czegoś nie dopilnował? Niemożliwe! Dźwignął się do góry z zamiarem wydłużenia wypowiedzi, lecz ona zaskoczyła go niespodziewaną reakcją. Zbliżyła się na tak przyjemną odległość; mógł poczuć ją całą. Oparła się o klatkę piersiową, aby złożyć na jego wargach, króciutki, lecz niezwykle słodki pocałunek. Oddał go bez wahania, aby następnie roześmiać się w głos celebrując tę odrobinę szczęścia i prawdziwej czułości. Przytrzymał ją przy sobie jeszcze przez chwilę i nie mówiąc już nic ruszył do wyjścia. Przez cały czas nie wypuszczał jej dłoni spod ciasno splecionych placów.
Wszystko działo się w zawrotnym tempie. Nie zdążył zamienić z innymi żadnego, konkretnego słowa. Z brwią uniesioną do góry, zaoferowany całym zamieszaniem, stąpał po krokach nieznajomej kobiety, która prowadziła go do niewielkiej kuchni. Zaraz potem włożyła w jego ręce brytfankę z aromatyczną pieczenią i jednym, szybkim ruchem odprawiła go do rychłego wykonywania zadania. Wrócił do Justine odrobinę zakłopotany, trzymając naczynie daleko od siebie; nie chciał, aby gęsty, ziołowy sos ozdobił świeżą koszulę. – Pomożesz mi z tym jak wrócisz? – poprosił od razu krzywiąc się wymownie. Odprowadził ją wzrokiem, aby po chwili przenieść go na elementy długiego przedpokoju. Śledził je uważnie, skrupulatnie na moment zawieszając się na jednym z obrazów; kwiecistej martwej naturze. Gdy stanęła obok, początkowo jej nie poznał. Dopiero charakterystyczny głos wyrwał go z zamyślenia, rozszerzył jasne źrenice do niebotycznych rozmiarów: – Ciągle zapominam, że masz takie umiejętności. – żachnął niezadowolony oddając potrawę. – Julia Jones, Julia Jones… – powtarzał przemierzając ulicę skąpaną w zachmurzonej, szarawej poświacie.
Zmarszczył brwi, gdy zmieniona postać idąca kilka korków przed nim przybliżała historię staruszki: – Wyprawy? – zainteresował się zdecydowanie bardziej ożywiony: – Może jeździł za granicę? Może go dziś spotkamy? – zapytał retorycznie snując dalekosiężne wyobrażenia. Piasek chrzęszczał pod grubymi podeszwami, a on rozglądał się po podwórkach mijanych domostw. Zawsze ciekawiło go jak mieszkają najzwyklejsi ludzie… Weszli po betonowych schodkach zatrzymując się przed zielonymi, drewnianymi drzwiami z ozdobnymi ornamentami. Nawoływanie Justine przyciągnęło czyjąś obecność, gdyż dźwięk posuwistych kroków wybrzmiewał po drugiej stronie frontu. Starsza, urocza kobieta uchyliła wrota marszcząc pomarszczone powieki, aby rozpoznać niezapowiadanych gości. Ciemnowłosy uśmiechnął się promiennie pozwalając aby towarzyszki wymieniły uprzejme zwroty: – Dzień dobry. Jestem Vincent. – przedstawił się od razu, aby ta oswoiła się z jego głosem. Skinął również głową: – Ceremonia weselna naszego przyjaciela musiała zostać odwołana. – rozpoczął wyjaśnienia. – Aby nie marnować przygotowanego jedzenia, zaproponował, że moglibyśmy się nim podzielić. Dlatego też, przychodzimy właśnie do pani. – kontynuował siląc się na wysoką kulturę. – Co powie pani na solidny kawałek świeżej pieczeni w ziołach? – staruszka wyglądała na zaskoczoną. Nie wiedziała co powiedzieć, gestem zaprosiła ich do środka proponując: – Herbaty kochaneczki?



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Leśna droga [odnośnik]10.03.21 23:56
Nawet kiedy cały świat stał na głowie, kiedy dym wojny unosił się ponad ich głowami on zdawał się zawsze o niej pamiętać. Myśleć, zwracać uwagę. Pamiętać. Nie bardzo wiedziała czym sobie zasłużyła. Ale zdecydowała, że nie będzie się już cofać. Nie po dniach które przy niej spędzał, cierpliwości, którą jej okazał. Nadal jeszcze była zamknięta, nadal jeszcze niepewna, ale próbowała każdego dnia przesunąć się chociaż kawałek dalej. Wypowiedziała krótkie stwierdzenie, czując, jak pomimo obezwładniającego uczucia, przy jej ustach zatańczyło coś na kształt uśmiechu kiedy krótkie niewypowiedziane pytanie zatańczyło w jego zgłoskach. Przysunęła się akurat kiedy podnosił się do góry, zabierając się do tego, co zaplanowała. Dłonie ufnie opierały się o pierś, kiedy podtrzymywał ją za plecy oddając krótki pocałunek, odsuwając jej głowę do tyłu. Mimowolnie jej uśmiech się powiększył, kiedy Vincent zaśmiał się szerze. Tak rzadko miała szansę zobaczyć go… szczęśliwego? Uniosła dłoń, przesuwając ciemny kosmyk włosów. Lustrując męską twarz, krzyżując tęczówki z tymi należącymi do niego. Egoistycznie chciała tak trwać.
Sytuacja zmieniła się szybko. Właściwie, chyba nikt nie spodziewał się, że wydarzenie zmieni się tak diametralnie. Jako kobieta szczerze współczuła Idzie. Nie chciałaby, żeby w dniu w którym miała z kimś związać się na całe życie spotkało ją coś takiego. Była wdzięczna, że Vincent bez zgodził się pomóc razem z nią. Zniknęła na chwilę w łazience, wychodząc odmieniona. Wyższa o kilka centymetrów, tak samo jednak chuda. Obserwowała jak spogląda ku niej ze zdumieniem, które uniosła jej wargi.
- Chyba jeździł. - potwierdziła, bez większej pewności. Mephilda większość czasu spędzała na zachwalaniu jej swojego wnuka, opowieści o mężu nie serwując dłuższej, niż uznawała za konieczne. W końcu znaleźli się przed drzwiami.
- Uciekła? - chciała jeszcze wiedzieć, gestem prowadząc ich za sobą. Na fotelu siedział starszy mężczyzna czytający gazetę. Justine zaśmiała się dźwięcznie, choć właściwie nie prawdziwie. Pokręciła przecząco głową, pilnując, żeby warkocz który splotła i przełożyła przez prawe ramię nie przesunął się, odkrywając tatuaż.
- Nie, zachorowała. Ślub się pewnie odbędzie, ale no… nie dzisiaj. - wytłumaczyła wchodząc do środka. - Pan musi być Henry. - zaryzykowała stwierdzeniem a kiedy skinął głową przedstawiła się raz jeszcze. - Pomyślałam, że będzie pani wiedziała komu jej posłać, wiemy, że teraz nie jest zbyt… łatwo. Może dzieciom, albo wnukom? Któremuś z sąsiadów. - podsunęłam, kiedy kobieta wracała do nich z filiżankami herbaty. Odebrała kubek siadając na kawałku kanapy, w momencie w którym Henry podnosił się, żeby podać Vincentowi rękę.
- Tobias nic ode mnie nie zostanie, póki prowadza się z tą zołą. - zawyrokowała staruszka, wyginając usta widocznie w złości. Just kulturalnie postanowiła nie kontynuować tematu tylko zmienić go na inny.
- A co z zabezpieczeniami? Moglibyśmy jakieś nałożyć przy okazji. Ktoś w okolicy nie potrzebuje? - zająć ją pytaniami, zdolność do gadatliwości dzisiaj miała ją ocalić. Kobieta przez chwilę milczała zerkając na męża, którego widocznie pochłonęła rozmowa z Vincentem.
- Flumowie mają sporo dzieci. My sobie jakoś radzimy. Ale pieczeni chętnie weźmiemy trochę. Zabezpieczenia możecie nałożyć jakieś dodatkowe. - oznajmiła w końcu.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Leśna droga Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Leśna droga [odnośnik]13.03.21 0:17
Nie potrzebował konkretnych powodów, aby poddać się dziewczęcemu urokowi, ogromnej determinacji, sile wypływającej z każdego zakątka tak drobnego ciała. Przekraczał kolejne, istotne granice, wchodził w coraz trudniejsze etapy nierozerwalnej relacji. Budował więź nie uznającą odwrotu. Starał się demonstrować swe zamiary, oddawać siebie, trwać podczas każdego, skrajnego momentu. Cierpliwie wyczekiwał zapewnienia, delikatnej reakcji ze strony pięknej oblubienicy. Chciał mieć pewność, iż mimo wątpliwości, barier, przeszkód rzucanych im pod nogi, chciała tego samego – być i mieć go obok, już na zawsze. Zaskoczyła go tak nieoczekiwaną reakcją. Nie spodziewał się słodkiej inicjatywy rozłożonej na miękkich wargach, muskającej fragmenty ciała, odzianego w eleganckie elementy. Nie opanował szczerego uśmiechu, który wyrwał się z jego ust, zapraszając towarzyszkę. Ciepła dłoń na jego czole, błysk w bliźniaczych, jasnych tęczówkach; niczego więcej nie potrzebował, aby poczuć się naprawdę szczęśliwym. Drobne, asfaltowe kamyczki chrzęściły pod podeszwami. Szedł powolnie, kilka kroków za przewodniczką. Rozglądał się na boki, rozmyślał nad całą, zaistniałą sytuacją. Próbował wejść w skórę młodego Gwardzisty; jak się czuł? Czy wszystko było w porządku? Westchnął ciężko wciskając ręce do głębokich kieszeni brązowego płaszcza. Ulokował uważne spojrzenie na plecach lekko zmienionej postaci i zmarszczył brwi, gdy dziwne pytanie spłynęło na jesienną powierzchnię: – Czy ciebie to boli? No wiesz, jak się zmieniasz? – zapytał nagle zabijając czas przeznaczony na podróż.
Jeżeli mężczyzna okazałby się podróżnikiem, może udałoby się zamienić kilka słów, wymienić doświadczenia, powspominać dawne czasy? Wchodząc po kamiennych schodach, obserwował każdy element zadbanego domostwa. Wyłapywał interesujące szczegóły, które mógłby odtworzyć podczas remontu własnego, irlandzkiego azylu. Posłusznie przechodził między pomieszczeniami, a gdy znaleźli się w salonie, skinął głową mówiąc uprzejmie: – Dzień dobry panu. Nazywam się Vincent – chcąc zaskarbić uwagę zatopionego w lekturze, siwowłosego gospodarza. Ten opuścił gazetę przyglądając się przybyszom znad grubych, szklanych oprawek. Uśmiechnął się lekko i uściskał im dłonie. Gestem  nakazał usiąść na wysłużonej kanapie. Gdy blondynka rozpoczęła kolejne wyjaśnienia, on wtrącił się nieśmiało: – Zdajemy sobie sprawę, że nie jest tego zbyt wiele, ale choć chwilowa przyjemność nikomu nie zaszkodzi. – odebrał kwiatową filiżankę, uważając, aby nie poparzyć palców. Kobieta zabrała aromatyczną brytwankę narzekając na jakiegoś młodego osobnika. Ciemnowłosy uśmiechnął się nieznacznie, zatapiając wargi w parującej cieczy. Odkręcił się w stronę staruszka pytając nieśmiało: – Słyszałem, że jest pan podróżnikiem… – zaczął spoglądając niepewnie. Dostrzegł jedynie machnięcie ręką i skrzywienie na gładko ogolonej twarzy: – Bywałem tu i tam. Teraz nie mam już tyle krzepy. Za moich czasów nie było tak łatwo dostać się na przykład do Włoch albo Norwegii… – zawtórował głośno kręcąc głową z niezadowoleniem. Vincent spojrzał w stronę partnerki siorbiąc przyjemny napar. Cały czas nie mógł przyzwyczaić się do nieznajomej twarzy; w duchy powtarzał sobie zmienione imię. Pokiwał głową, gdy temat rozmowy skierował się na zabezpieczenia. Była to bardzo istotna kwestia, której nie mogli pominąć: – Dokończymy herbatę i zajmiemy się zabezpieczeniami. – oznajmił. – Chciałem jednak jeszcze dodać, że macie państwo piękny dom. Ma w sobie coś… – nie potrafił dokończyć zdania: – Coś, co przyciąga wszystkie mole z okolicy… – dokończyła kobieta chichocząc w specyficzny, babciny sposób.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Leśna droga [odnośnik]13.03.21 2:02
Była okropną egoistką. Strwożona o własne obawy, wystraszona coraz mocniej dobijającym się głosem emocji, czasem zdawała się nie dostrzegać wszystkiego. Ale w końcu zrozumiała, że popełniała błędy, powielała zachowania, które ją bolały najmocniej. Zaczęła więc starać się uciekać od nich, sięgać po coś nowego. Choć nie było to łatwe. Tak wiele razy zraniona, pozostawiona, odstawiona na półkę, bała się zaufać całkowicie, że nie stanie się to ponownie. Łatwiej było, kiedy kwestia dotyczyła jedynie… cielesności. Chwilowej rozrywki. Krótkiej chwili. Inaczej, kiedy rzeczy zaczynały stawać się stabilne, coraz wyraźniej. Bała się tego okrutnie, a jednocześnie nie pragnęła niczego innego. Przez tyle czasu szukała kogoś, szukała jego. Była niesprawiedliwa, jednocześnie wycofując siebie, ale oczekując by on wchodził dalej. W końcu to zrozumiała. W końcu może zrozumiała też siebie. W końcu, wraz z dochodzeniem do siebie, zaczęło leczyć się też jej serce. Ciało pragnęło dotyku dłoni, innych od tych, które poznała wcześniej, ale tak wyraźnych. Potrafiących zwrócić jej uwagę ledwie wyczuwalnym muśnięciem. Coraz mocniej pragnęła go dla siebie, coraz bardziej chciała przy nim zatonąć w fali uniesień.
I lubiła kiedy się uśmiechał, kiedy twarz na krótki moment rezygnowała ze zmartwienia a w oczach odbijała się radość znaczona drobinami szczęścia. Widok jego takim, unosił i jej wargi.
Jej myśli wędrowały w kierunku Alexa, szczerze mu współczuła i w jakiś sposób podziwiała, za to, że pomimo tego co go spotkało był w stanie wyjść z nowym planem. Nie była pewna, czy by potrafiła. Czy może złość nie przysłoniłaby jej… cóż wszystkiego. Wędrowała jako pierwsza prowadząc do domu pani Diggory. Kiedy pytanie wydostało się pomiędzy nich, odwróciła głowę, spoglądając na niego, unosząc usta w uśmiechu.
- Nie, ale nie jest to… najprzyjemniejsze. - odwróciła się w jego stronę, stawiają kilka kroków tyłem do przodu. - Czuję jak rozciąga się skóra, albo zmienia kształt kości. Ostatecznie można przywyknąć. - skwitowała krótko, zachwiała się w pewnym momencie, szybko łapiąc pion, pokonując ostatni kawałek do domu Mephildy.
- Vincent też zjeździł trochę świata. - wtrąciła się krótko, zaraz podnosząc się, żeby pomóc kobiecie w kuchni ustalając z nią, czy to ona zajmie się pieczenią i zaniesie ją sąsiadom, czy zrobią to oni. W końcu podział obowiązków był jasny. Chwila na herbatę. Kolejne minuty spędzone na zabezpieczeniach w czasie których staruszka zaniesie sąsiadom trochę pieczeni.
- Nie wierzę w te mole, pani Meph. - włączyła się do rozmowy śmiejąc się lekko, odrzucając głowę w tył. Naprawdę potrafiła wyśmienicie udawać.
- Ona sama jest jak mol. - mruknął jej mąż, spoglądając najpierw na Justine a później na Vincenta.
- Henry! - obruszyła się kobieta układając ręce na biodrach. Mężczyzna wywrócił oczami podnosząc się z fotela, żeby złożyć na czole żony krótki pocałunek.
Odłożyła na stół filiżankę. Podniosła się, klaszcząc krótko w rękę. - To do roboty. - zarządziła, sięgając po białą różdżkę. - Zabezpieczę dom przed czarną magią. I może Starego Szewca przy wejściu. Przyklei buty, kiedy nie będzie proszonym gościem. - zaproponowała podnosząc się. - Vinnie też coś dołoży. - obiecała unosząc rękę, żeby przesunąć nią po jego ramieniu, krótki uśmiech posłała ku niemu.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Leśna droga Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Leśna droga [odnośnik]13.03.21 22:44
Nigdy, pierwszorzędnie nie dbał o swoje potrzeby; skupiał się na drugiej jednostce. Wolał odwrócić od siebie całą uwagę, oddając nagromadzoną atencję. Tak było i w tym przypadku: trwał nieustępliwe smagany najróżniejszymi przeciwnościami. I choć okrutne wątpliwości potrafiły wniknąć między cienkie warstwy rzeczywistości, finalnie odpędzał je od siebie działając na bieżąco, tylko tu i teraz. Czasami tracił cierpliwość – gdy brak potwierdzenia zamiarów drugiej strony był niejasny, wydłużony, niepewny. Podczas gdy odpowiedź na jego szczerość zaufanie, wyraźne zapewnienia była przecząca, nadal niepotwierdzona i rozchwiana. Gdy przez cały czas patrzyła na niego jak na kogoś obcego, nadając cechy niechcianych, niepoznanych, przeszłych jednostek. On też się bał, choć szczelnie maskował tak skrajne odczucia. Brnął w zobowiązanie, którego nie był w stanie cofnąć. Pełen oddania i bezgranicznej wierności. Chciał stworzyć coś tylko i wyłącznie z nią. Gdyby to wszystko runęło zapewne załamałby się na dobre. Pragnął dzielić z blondynką tak ulotne chwile szczęścia, urwane uśmiechy, niekontrolowane śmiechy wychodzące tak naturalnie, niewymuszenie, swobodnie. Mimo przeciwności rzucanych pod nogi musieli zaznać choć odrobiny ludzkiej normalności, codziennego życia.
Pytanie, które wydobyło się z jego ust było luźnym, chwilowym przemyśleniem, zaspokojeniem ciekawości. Nigdy nie zastanawiał się nad analizą tak rzadkiej umiejętności. Zmiana rys twarzy, wydłużenie kości, zmniejszenie kończyn – musiała coś czuć: mrowienie, wibrowanie, dziwny dyskomfort: – Na samą myśl bolą mnie mięśnie i wszystkie kości. – skomentował z niesmakiem krzywiąc się nieznacznie. Popatrzył na nią podejrzliwie nie rozumiejąc rozbawienia. Dar choć przydatny wiązał się z nienaturalnymi konsekwencjami. Przyjemna atmosfera panująca w uroczym domku udzieliła się ciemnowłosemu przybyszowi. Czuł swobodę, powrót do przeszłości, kiedy jako mały chłopiec przesiadywał na kolanach dziadka szepczącego różnorodne historie. Przynajmniej tak mu się wydawało, a może pomylił wspomnienia? Wyrwany z zamyślenia zmarszczył brwi i przeciągnął spojrzenie po wszystkich zgromadzonych: – Było minęło. – podsumował krótko wzdychając ciężko. Zamoczył usta w ciepłym naparze. Tęsknota za podróżami nawiedzała go niemalże codziennie, jednakże w zaistniałej sytuacji musiał być na miejscu, walczyć o dobro najbliższych. – Mogę przysłać państwu mieszankę ziołową, która skutecznie odstraszy te szkodniki. Zapewniam, że znam idealną recepturę. – zaproponował otwarcie koncentrując się na gospodyni. Ta popatrzyła na męża i skinęła głową: – Dobrze kochaneczku, nie zaszkodzi. – zawtórowała. Słodka scena dwojga kochających się ludzi, którzy przeżyli ze sobą tyle dni. Mężczyzna westchnął ponownie może ze zmęczenia, a może prawdziwej zazdrości? Odstawił filiżankę, gdy partnerka zasugerowała przejście do głównego zadania. Podniósł się do góry wygładzając zagniecione fałdy garnituru i uściskał dłoń staruszka, z którym zapewne nie zobaczy się zbyt prędko. Narzucił na siebie zawieszony płaszcz i wyszedł na zewnątrz rozglądając się po okolicy. Skinął głową na propozycje Justine. Sam odezwał się po chwili w stronę pani Diggory: – Widziałem, że mają państwo tylne wejście. Nałożę na klamkę zabezpieczenie zwane Nierusz. Poparzy ręce jakiemuś podłemu złodziejowi. – wyjaśnił robiąc kilka kroków w lewo.
– Odrobinę dalej od posesji, też z tylnej strony dołożę Cave Inimicum, dostaniecie państwo informację o pojawieniu się kogoś obcego na terenie całej posesji. Pozwoli to na szybszą reakcję. – dokończył po czym bez słowa ruszył na tył domu wyciągając głogową broń.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Leśna droga [odnośnik]14.03.21 1:14
Wiedziała, że przepadła. Podświadomie, całkowicie, do końca, chociaż wzbraniała się przed tym rękami i nogami. Chociaż była okropna, nieufna, niepewna. Wystawiała go na kolejne próby, nastroje, zmiany humoru w milczących wyrzutach. A jednak ciągle trwał, budując w nią rosnącą pewność, której naprawdę potrzebowała. Rodziła się coraz silniejsza potrzeba bliskości, przynależenia, ale inna niż ta chwilowa, na którą pozwalała sobie wcześniej. Dlatego spisywała krótkie słowa, dlatego może też w końcu zaczęła… być bardziej odważna jeśli chodziło o okazywanie tego, czego obawiała się jeszcze nazwać. Paraliżujący strach sprawiał, że na końcu języka grzęzły jej czasem słowa. Dlatego czasem w krótkich chwilach, momentach okazywała swoją przychylność. Takich, jak ten dzisiaj, jakby wyczuwając, że potrzebuje chwilowego spowolnienia. Byli dziwacznie kompatybilni, potrafił ją wyhamować, czasem popchnąć, sama jego obecność uspokajała jej skołatane myśli, dodawała odwagi. Może właśnie o to od zawsze chodziło. O ten spokój, kiedy towarzyszył jej przy nim. Nie o huśtawkę emocji, którą fundował jej Skamander. Może od zawsze miała należeć do niego, rozdarci przez czas, teraz złączeni znów razem. Lubiła dźwięk jego śmiechu, mimowolnie unosił jej wargi. Lubiła patrzeć na niego szczęśliwego. Podobało jej się to, jak na nią patrzył.
Zaśmiała się krótko na wypadające z jego ust stwierdzenie. Najtrudniejsze w byciu metamorfomagiem na samym początku, było odnalezienie własnej tożsamości. W ich przypadku nic tak naprawdę nie było uwarunkowane genetycznie. Dawało im to spore możliwości, ale i równie wiele wątpliwości i potrzeb odnalezienie samego siebie.
- To nie tego rodzaju ból. - zapewniła go spokojnie, unosząc w wyrozumiałym, łagodnym geście usta. - I pewnie każdy z nas odczuwa to inaczej. - wzruszyła łagodnie ramionami. Wiedziała, że każdy musiał znaleźć swój własny sposób na przemiany, odnalezienie kontroli, poskromienie ich. Nie było jednej i tej samej drogi dla wszystkich. W czasie kiedy jedni docierali do najwyższych wyżyn, pozwalających na zmiany których nie dotknie żadne z zaklęć, inni zatrzymywali się wcześniej, nie będąc w stanie pokonać własnych granic.
Niewielki salonik posiadał w sobie coś przyjemnego. Jej dłonie mimowolnie poszukiwały kontaktu, może nie tylko dłonie, ale i ciało. Więc kiedy mówiła o nim, ręka odnajdywała ramię którego dotykała. Oczy poszukiwały znajomych tęczówek. Czas krótkiej rozmowy minął wraz z opustoszałą filiżanką. Podniosła się, zabierając się za nakładanie zabezpieczeń. Ta kwestia zawsze zajmowała trochę czasu, ale nie wątpiła w to, że pomoc w zabezpieczeniach była tym, co powinni zrobić. Kiedy skończyła w domu znajdowały się dwie inne kobiety. Tylnymi drzwiami wszedł Vincent, spojrzała na niego.
- To Arina Whitleby i Diana Smith, posłałam do nich sowy żeby wzięły trochę tej pieczeni. - wytłumaczyła Mephilda, przedstawiając im dwie kobiety w starszym wieku. Justine przedstawiła siebie uśmiechając się do nich.
- Możemy wspomóc też wasze domostwa zabezpieczeniami. - zaproponowała zerkając na Vincenta dla potwierdzenia. Zejdzie im trochę więcej, ale bezpieczeństwo mieszkańców zawsze było ważne. - Mam nadzieję, że nie wierzą panie w te brednie, które wypisuje Mag. - zaczęła jeszcze ten temat. - To nie Zakon terroryzuje nasz świat, a Ministerstwo. Gdybyście kiedyś czegokolwiek potrzebowały, Leśna Lecznica przyjmie każdego, kto potrzebuje tej pomocy. - zapewniła je jeszcze, zanim skierowali się do wyjścia razem z panią Smith i Withelby, żegnając się z gospodarzami.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Leśna droga Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Leśna droga [odnośnik]14.03.21 21:41
Ta przewrotna, dość skomplikowana relacja, była czymś, o co walczył niemalże od samego początku. Nie potrafił wyjaśnić dziwnego zrządzenia losu, który pewnego, marcowego popołudnia postawił ich naprzeciw siebie, złączył pod osłoną fioletowej, magnetycznej kotary. Dalsze działania potoczyły się machinalnie, automatycznie; coś nieopisanego prowadziło go za drżące dłonie, odsuwając tak ogromną niepewność, nieporadność i masę wątpliwości. Czy mogli być sobie pisani? Czy wieloletnia rozłąka ogrom różnorodnych doświadczeń, specjalnie przywiodły te dwójkę do konkretnego punktu? Nigdy nie zależało mu tak jak teraz. Przez wiele lat szalonego życia, nie przekraczał tak wielu barier, brnąc w jednostajne, konkretne działanie. Nie zdawał sobie również sprawy, że był w stanie tak wiele poświęcić, zrezygnować z dawnych przyzwyczajeń, zajmujących zajęć – przemienić całkowitą filozofię postępowania krocząc za jej specyficznym rytmem pracy, życia, codziennego funkcjonowania. Nie wiedział czy na cokolwiek zasługiwał, nie miał pojęcia dlaczego zatrzymała na nim swoją uwagę. Był przecież tak inny, niepasujący do uznawalnych standardów. A jednak nie rezygnowała, trwała, stawiała kolejne korki, które jeszcze bardziej zbliżały ich do siebie. Otrzymał dar, którego nie mógł tak po prostu wypuścić z rąk, choć już wiele razy był tak bardzo blisko.
Wielu rzeczy nie rozumiał. Poddawał je analizom, rozkładał na czynniki pierwsze. Wiedział, że poszczególne jednostki zamieszkujące ten ogromny świat miały predyspozycje do nadzwyczajnych umiejętności: metamorfomagia, jasnowidzenie, możliwość komunikowania się z wybranym gatunkiem zwierząt. Jak to możliwe? Czy nie posiadając żadnego z nich powinien czuć się gorszy, a może wybrakowany? Uniósł głowę, by popatrzeć na jej twarz, gdy odwrócona do szosy, przemierzała niewielką odległość. Zaśmiała się, lecz on pozostawał dziwnie poważny: – Rozumiem. – wymamrotał wzdychając ciężko, gdyż plątanina bardzo dziwnych myśli zdążyła natychmiastowo przemienić jego nastrój. Taki już był. Herbata zdążyła już wystygnąć i nasiąknąć gorzkawym smakiem. Dopijał ostatnie łyki rozkoszując się chwilą spokoju, zwyczajnej normalności. Elegancki strój był odrobinę niewygodny, lecz starał się nie narzekać; słuchać swobodnej wymiany zdań, uśmiechać się wedle potrzeby. Reagował na jej gesty, pokrzepiające słowa. Odnajdował bliźniacze tęczówki tonąc w ich otchłani. Wszystko to co dziś robili było tak prawdziwe, niewymuszone, codzienne. Był zadziwiony, ale też odrobinę zafascynowany? Czy właśnie tak zachowywała się para?
Okoliczności wymusiły czas obowiązków. Przechodząc na tył domostwa zajął się zabezpieczeniami. Były czasochłonne, lecz nie spieszył się, chciał zrobić to porządnie. Na początek tereny okalające posiadłość, a następnie klamka, nad którą skoncentrował całą, nagromadzoną magię. Po krótkiej chwili, rozglądając się po okolicy, pchnął tylnie drzwi napotykając niespodziewany widok; kilka kobiet krzątało się po niewielkiej kuchni rozdzielając przyniesiony przysmak. Uniósł brwi i z zakłopotaniem wyrzucił: – Dzień dobry paniom. – pokiwał głową na słowa partnerki dotyczącej zabezpieczeń kolejnych posiadłości. Nie znali konkretnej pory powrotu, mogli działać bez ograniczeń. Skrzyżował dłonie na piersi i uśmiechnął się, gdy jedna z sąsiadek świdrowała go przez zmrużone powieki: – Masz za dużą marynarkę chłopcze. Trzeba coś z tym zrobić... – skomentowała otwarcie, a ciemnowłosy parsknął pod nosem spoglądając na zmienioną blondynkę; czy naprawdę wyglądał, aż tak źle? Westchnął przeciągle, gdy dziewczyna nawiązała do kłamliwej propagandy serwowanej przez wroga poprzez wszystkie, publiczne kanały: – To wszystko to perfidne kłamstwa i przeinaczanie rzeczywistości. Zakon próbuje wesprzeć każdego, kto potrzebuje natychmiastowej pomocy. Działa od razu. – dodał jeszcze spoglądając na zgromadzone. Kobiety popatrzyły po sobie i skinęły głowami. – Gdyby potrzebowały panie, lub ktoś z waszego otoczenia jakichś roślinnych składników, proszę się do mnie zwrócić. Mam do nich bardzo dobry dostęp. – oznajmił jeszcze na koniec wykrzywiając kącik ust w delikatnym uśmiechu. Dopełniając formalności, pożegnał cudowną staruszkę i wraz ze swą oblubienicą udał się w głąb miejscowości, wspomagając kolejne jednostki. Kilka niewinnych zabezpieczeń mogło ochronić tak cenne życie.

| zt x2  serce



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Leśna droga [odnośnik]04.04.21 0:33
21 października 1957

Za każdym razem kiedy opuszczała Londyn czuła się lepiej i gorzej jednocześnie – lepiej, bo opuszczała w końcu przesiąknięte wojną miasto, w którym czuła się jak intruz który nie do końca miał rację bytu, a poza tym miejscem, przynajmniej w części Wielkiej Brytanii nie liczyło się to, jakiej była krwi, więc mogłaby nawet zamieszkać gdzieś indziej, albo co lepsze, wybrać się w ogóle poza ten kraj. Irlandia wydawała się o wiele spokojniejsza, a chyba nikt nie miałby nic przeciwko temu, aby nagle znalazła się gdzieś indziej (a na pewno ona by nie miała). Gorzej, bo miała wrażenie, że oddalając się od głównego miejsca przepływu informacji traciła jakąkolwiek szansę na dowiedzenie się o swojej rodzinie. O ile nie było to jedynie złudzenie i ona karmiła się niepotrzebną nadzieją, że któryś z braci czy dziadków wciąż jeszcze może być gdzieś tam na świecie. Nawet jeżeli była niezwykle wdzięczna Adelaidzie, nie umiała w pełni wczuć się w szarość i drapieżność miasta, skoro przez całe życie kochała zielone pola, lasy i łąki.
Adelaida odwiedzała krewnych w Dolinie Godryka, co pozwalało Sheili nacieszyć się niknącą przed zimą przyrodą, gdzie chociaż na Wyspach Brytyjskich nie mogło być mowy o potężnych śnieżycach (chociaż kto tam wie, co miały przynieść najbliższe miesiące) a raczej o opadach deszczu, to jednak tęskniła do pełni rozkwitu kwiatów, które można było zbierać i zaplatać w wianek, umieszczając je na głowie albo podarowywać komuś drobne bukieciki na rozweselenie. Teraz mogła jedynie przechadzać się wśród gasnących w pomarańczowych liściach drzewach, obserwując okolice i odprężając się wśród spokoju okolicy. Miała sporo czasu do umówionej godziny kiedy to Adela skończyć miała rodzinne spotkanie, a że panna Doe nie chciała w nim przeszkadzać, zdecydowała się na pieszą wycieczkę i zwiedzanie okolicy.
Dziwnie się czuła z latawcem pod pachą, ale młody Eugene był tak zachwycony, że może go jej wypożyczyć, że jej wyrzuty sumienia za odmowę urosłyby do rangi niesamowitego wydarzenia życia, dlatego po prostu ostrożnie wzięła sprzęt, z podziękowaniem udając się z nim gdzieś poza zabudowania. Wydawało się, że nie pamiętała już zbytnio, czy w ogóle kiedykolwiek puszczała latawce. Samodzielnie chyba nie, nie pamiętała, aby robiła coś takiego za czasów dzieciństwa, a z życia w Birmingham niewiele pamiętała. Nie mogło to być jednak trudne, prawda? Wziąć rozbieg trzymając latawiec na sznurku i pozwolić, aby wiatr zabrał go ze sobą.
Praktyka jednak jeszcze raz dowiodła, że króluje nad teorią, bo o ile udawało się poderwać latawiec, ten dość szybko opadał. Sheila miała ochotę krzyknąć i cisnąć nim o ziemię, gotowa to zrobić przy następnej próbie, los jednak inaczej podszedł do jej planów, tym razem bowiem sama zabawka postanowiła zlecieć w dół, prosto na przechodzącego drogą mężczyznę. Usłyszała jego krzyki, nie sądząc, że coś takiego mogło wykonać jakąś szkodę, ale czując się niesamowicie niezręcznie, zaraz też rzucając się na pomoc, aby go jednak z tego wszystkiego jakoś wyplątać.
- Najmocniej przepraszam! Wcale nie zamierzałam tego zrobić, ja…no do końca jeszcze nie wiem, jak to ma działać. Powinno to być proste, ale po prawdzie to pierwszy raz z takim wynalazkiem i nie do końca wiem… - urwała, a jej oczy rozszerzyły się, kiedy zobaczyła, kogo właśnie ma przed sobą. Zrobiło jej się niezwykle głupio, bo oto właśnie próbowała latawcem zabić Ciliana Moora. – Serdecznie przepraszam, panie Moore, nie wiedziałam, że to pan…


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Leśna droga [odnośnik]04.04.21 14:27
Oddychanie powietrzem Somerset sprawiło, że po wielu bezsennych nocach w Oazie, Silly poczuł... ulgę? Jakby mu jakiś ciężar spadł z klatki piersiowej. Stąpając przez leśne dróżki i ścieżki, czuł się trochę, jakby wędrował przez własne wspomnienia. Wiele lat życia spędził w mieście. Z własnej, nieprzymuszonej woli niby, ale kto nigdy nie popełnił błędu, ten nigdy człowiekiem nie był - teraz żałował, że tyle czasu spędził w obskurnej kamienicy, a nie drewnianej chacie. Podobno człowiek może wyjechać ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy. Któż do tego pasował bardziej niż Cillian Moore, zachwycający się tym iż stało przed nim najzwyklejsze w świecie drzewo? W dodatku musiał całkiem nieźle wtopić się w otoczenie, bo analizując oczami ilustratora wzory, które tworzyła pękająca kora, okazał się celem przypadkowego ataku ze strony jakiejś młodej kozy. Zbyt spostrzegawczy był, żeby nie zauważyć jej obecności, ale to przecież było tylko jakieś drobne, spacerujące tą samą ścieżką dziewczę. Silly postanowił się nią nie przejmować. Bóg jeden wie jakie osobistości postanowią wybrać się na grzyby, z drugiej strony przecież nie każdy zechce wbić mu nóż w plecy... prawda?
No i mniej-więcej wtedy trzymany na sznurku latawiec spadł na niego z góry, na szczęście nie uderzając drewnianą częścią w głowę. Z jego gardła wydostał się więc niesamowicie żartobliwy, teatralny pisk, zdecydowanie niepasujący do obrazu czarującego myśliciela, który wybrał się tu porozmyślać na temat układającej się do snu przyrody. Ciśnie się na usta kilka zdań, które mogłyby wzbudzić litość porywacza. Na wszystkie kasztany w tym lesie, nie strzelaj, mam rodzinę i dzieci! W domu czeka na mnie zamknięty pies! Beze mnie dzieci w okolicznym sierocińcu spłoną, bo zostawiłem ziemniaki na ogniu... Żadne z nich nie zostaje jednak wypowiedziane na głos, bo po wyplątaniu się ze sznurka, Silly widzi w oczach tejże panienki coś na wzór strachu, że to właśnie on ze wszystkich ludzi na świecie stanął jej na drodze.
- Czy gdybyś wcześniej wiedziała, że to ja, to bym nie oberwał w czerep?
Uniósł do góry brwi. Czy załapała ten bezlitośnie śmieszny dowcip? Podniósł z ziemi tenże latawiec i zaczął go doglądać. Czy go przypadkiem nie zepsuł? Billy by go pewnie poskładał w sekundę, ale Doe mała to nieszczęście, że trafiła na tego mniej zaradnego brata.
- Główna rada przy korzystaniu z latawca to to, żeby go puszczać w otwartej przestrzeni, a nie na leśnej drodze, ale już ci się chyba dzisiaj nie przyda, bo się rozkleił. Moja wina, chciałem cię rozśmieszyć i najwyraźniej walnąłem go ręką, kiedy spadał. Ups?
Przeczesał włosy palcami. Widać było, że zrobił to odruchowo, jakby nie wiedział co zrobić z rękoma, bo żaden kosmyk na twarz mu nie opadał. Był to u niego odruch, do którego przywykł tak mocno, że robił to już bezwiednie.


no beauty shines brighter
than a good heart
Cillian Moore
Zawód : Wygnany powieściopisarz, chwyta się prac dorywczych
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chodźmy nad wodę
Na Twoich kolanach zasnę
Wymyślę więcej dobrych wierszy
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Leśna droga C511aabdf597b22fa48d7610e8ae258d
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9648-cillian-moore https://www.morsmordre.net/t9664-aslan#293571 https://www.morsmordre.net/t9665-pisarzyna#293576 https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t9741-skrytka-bankowa-nr-2207#295617 https://www.morsmordre.net/t9666-cillian-moore#293577
Re: Leśna droga [odnośnik]04.04.21 17:26
Nie zwracała uwagi na ludzi w okolicy, nie w ten złośliwy sposób, bo przecież nawet o to jej nie chodziło, ale jeżeli skupiała się bardziej na kawałkach drewna zbitych razem, z kawałkiem płótna, to raczej nie zajmowała się człowiekiem kontemplującym drzewa za to, że były drzewami. Stąd i nawet nie przyjrzała się stojącemu nieopodal Moorowi, bardziej na własne nieszczęście niż zadowolenie, sprawiając też, że nie wiedziała, kiedy to sznurki oplątały się dookoła mężczyzny. Czy w tym momencie przejmowała się latawcem? Niekoniecznie, a przynajmniej nie do momentu, kiedy on sam nie zwrócił na niego uwagi – dłonie Sheili dość szybko pochwyciły zabawkę, przyglądając się jej nieco w panice, ale również i krytycznie oceniając. Miała szczerą nadzieję, że Eugene nie zabije jej za uszkodzenie zabawki, albo przynajmniej nie zacznie płakać, bo wtedy ona będzie panikować.
Nie wiedziała w sumie jak miała to sobie wyobrażać, Ciliana w sensie. Widziała wcześniej jego plakaty, raz nawet uciekła w wakacje do Londynu aby wybrać się na spotkanie autorskie, a jej krewna, również miłośniczka samego dzieła, postanowiła się udać razem z nią. Teraz zaś stała przed autorem samym w sobie który chyba chciał zażartować, ale co ona miała na ten temat do powiedzenia? Nie specjalnie można było przyznać, że się nie denerwowała, ale nagle zapragnęła mieć przy sobie kopię „Migdałów” Adelaidy.
- Obawiam się, że nawet wtedy nie miałabym kontroli nad latawcem. – Uśmiechnęła się przepraszająco, zwijając jeszcze sznurek. Nic więcej dziś nie wyjdzie z puszczania tego na wietrze. – No i ciężko by mi było wytłumaczyć się Aidanowi, czemu w zasadzie napadam jego brata.
Najmłodszy z Moorów był jej przyjacielem, stad więc kojarzyła rodzinę niejako trochę bardziej, nawet jeżeli samego Ciliana bardziej z widzenia i czytania jego prozy.
- To nie mój tak akurat. Nigdy nie puszczałam ich jak byłam mała, a wydawać by się mogło, że to nic trudnego. Co to za filozofia w końcu, biegnie się i to powinno lecieć. – Potrząsnęła lekko głową, bo przecież na pewno Cilian nie potrzebował rozmów na temat latawca. – Co pan tu robi? Szuka jakiś pomysłów na nową książkę? Ma pan coś ciekawego w planach? – Tego na pewno brakowało Moorowi, aby spotkać teraz fankę, która najpierw atakuje go latawcem, potem zaś wypytuje o wszystko, ale teraz na twarzy Sheili widać było wielkie zainteresowanie i radosne iskierki. Normalnie człowiek chyba by się przedstawił, albo chociaż przeprosił za latawiec, ale panna Doe ledwo od ziemi odrosła, więc i wciąż miała w sobie entuzjazm dziecięcy.


Only those who are capable of silliness can be called truly intelligent.
Sheila Doe
Zawód : Krawcowa, prace na zlecenie
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
We look up at the same stars and see such different things.
OPCM : 5 +4
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1 +1
TRANSMUTACJA : 10 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9587-sheila-doe https://www.morsmordre.net/t9600-bluszczyk https://www.morsmordre.net/t9602-twoja-droga-paprotka https://www.morsmordre.net/f357-camden-town-iverness-street-10 https://www.morsmordre.net/t9746-skrytka-bankowa-nr-2211 https://www.morsmordre.net/t9604-sheila-doe#291895
Re: Leśna droga [odnośnik]05.04.21 22:16
Kościste dłonie pisarza otrzepały rzeczony latawiec z pyłu i ziemi, które na nim osiadły po upadku na grunt. Następnie zaczęły zwijać doczepiony do niego sznurek. Cillian robił to powoli, przy okazji spoglądał na stojącą naprzeciw dziewczynę z rozbawioną miną. Do nosa mu sięgała ta kruszyna, drobna była przy tym, jakby to ją miał zaraz wiatr porwać w niebo, a nie ten latawiec.
- Oh, jesteś koleżanką Aidana?
Domyślił już się, że musieli być w podobnym wieku, nie założył jednak z góry ich znajomości, chociaż jak się fakty połączyło... to ta mina musiała się skądś wziąć. Nikt się tak jeszcze nie zdziwił na jego widok. Myliła się! Latawiec był pięknym symbolem. Któż miał być lepszym znawcą odpowiedniej techniki puszczania latawców, któż mógł chcieć o nich rozmawiać na poważnie, jeżeli nie on?
- Puszczanie latawca to sztuka, którą łatwo opanować, ale źle do tego podeszłaś, droga...?
Wykonał dziwny gest, jakby chciał, aby dokończyła po nim zdanie. Nie dane mu było przecież usłyszeć jej imienia, a jedynie swoje.
- Jeżeli musisz z nim biec, to znaczy, że to nie jest dobry dzień na jego puszczanie. Latawce puszcza się w wietrzne dni, ponieważ wtedy unoszą się w górę same, a my jedynie ciągniemy za sznurek. Nawet nie próbuj podważać mojej opinii, ponieważ trafiłaś tutaj na specjalistę od marzeń. Następnym razem idź tam o - tu wskazał na rozciągający się nieopodal teren porośnięty wyłącznie pożółkłą trawą - gdzie o nic nie zahaczy. Mówię tu i o sobie i o drzewach.
Uśmiechnął się do niej szerzej, ale w tym uśmiechu dało się ujrzeć jakiś cień smutku. Rzeczy, nad którymi pracował, spłonęły doszczętnie. Po dawnych projektach pozostały mu popiół, wspomnienia i świadomość tego, że nigdy już nie ułoży tych słów w taki sam sposób. Prawdziwa odpowiedź brzmiała więc: przyszedłem tutaj odtworzyć choćby skrawek tego, co opisałem. Chciałem pooddychać tym powietrzem, przyjrzeć się polom i lasom, wpaść w ten wir melancholii i pogrążony nostalgią. I wreszcie, rozczulając się na myśl o rodzinnych stronach, przypomnieć sobie. Jego własne pomysły utracone w pożarze, będące teraz jedynie kupką popiołu. Trochę mu zajęło to, żeby się wreszcie podnieść, ale wreszcie to zrobił - stał teraz na równych nogach, w najgorszych momentach się jeszcze kulił, ale był pewien tego, że nie zamierza się poddać.
Niechaj się wreszcie przymknie ten głos w głowie, który krzyczy uciekaj. Niech te wszystkie kosmate myśli dadzą sobie spokój - naprawdę chciał kontynuować to, co robił wcześniej i będzie to robił, choćby miał swoje dzieła drukować za pomocą pieczątek w podziemnej krypcie.
- Gdybym ci to powiedział, to zepsułbym ci całą niespodziankę.
Tak naprawdę, to zepsułby ją i jej... i sobie.


no beauty shines brighter
than a good heart
Cillian Moore
Zawód : Wygnany powieściopisarz, chwyta się prac dorywczych
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chodźmy nad wodę
Na Twoich kolanach zasnę
Wymyślę więcej dobrych wierszy
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Leśna droga C511aabdf597b22fa48d7610e8ae258d
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9648-cillian-moore https://www.morsmordre.net/t9664-aslan#293571 https://www.morsmordre.net/t9665-pisarzyna#293576 https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t9741-skrytka-bankowa-nr-2207#295617 https://www.morsmordre.net/t9666-cillian-moore#293577

Strona 1 z 6 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Leśna droga
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach