Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Wzgórza Quantock
AutorWiadomość
Wzgórza Quantock [odnośnik]28.02.21 23:32
First topic message reminder :

Wzgórza Quantock

To pomiędzy wzniesieniami wzgórz Quantock usytuowana jest Dolina Godryka i przylegające do niej tereny. Rozciągają się jednak daleko poza Dolinę, od wybrzeża na północy dalej na południowy zachód, prawie że równolegle do położonej dalej na zachodzie rzeki Parrett. Same wzgórza odznaczają się niezwykłą urodą, porośnięte są wrzosowiskami i dębiną, które dają schronienie dla zwierzyny. W pogodne dni ze szczytów wzgórz można ujrzeć leżące najbliżej na zachód od wzniesień miasto - Bridgwater. Pomiędzy pagórami rozrzucone są pojedyncze domki i farmy, w których koniec z końcem starają się splatać ich mieszkańcy: Quantock obfitują bowiem w żyzną glebę sprzyjającą uprawom, co czyni z nich niezwykle cenne tereny i zniechęca do wyprowadzki zwłaszcza wtedy, gdy w oczy Anglików zagląda głód.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Wzgórza Quantock - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]06.10.21 22:28
19/20 stycznia, Taunton

Wnętrze lecznicy ziało pustkami, a dzień chylił się już ku końcowi. Spięte mięśnie karku boleśnie domagały się chociaż odrobiny odpoczynku, ale ten niebawem miał już nadejść. Nawet gdy ostatni pacjent zatrzasnął za sobą drzwi, praca nie ustępowała. Należało przygotować gabinet na kolejny dzień, na przybycie niespodziewanych pacjentów, na jakąkolwiek niespodziewaną okoliczność - tych ostatnio nie brakło. Zaledwie kilkanaście minut dzieliło ją od wyjścia, jedynie dokończyć ostatnie sprawunki, zajrzeć do Olliego i upewnić się czy nie potrzebował będzie jeszcze pomocy.
Zaledwie kilka kroków dzieliło ja od drzwi, gdy mglista postać rozjaśniła osnute cieniami kąty - patronus aurora zamieszkującego kurnik przyniósł wieść, która na kilka oddechów zatrzymała bicie serca. Wieści z Staffordshire dotarły do nich z opóźnieniem i chociaż te było pod ochroną rodu Greengrassów i obozujących tam czarodziejów sympatyzujących z rządami ich ministra - nie dało się go ochronić przed mackami Malfoya, ani śmierciożercami. Mroczny Znak rozpalony nad miastem Somerst przeszył strachem aż do kości. Wiedziała. Miała świadomość, że i to w końcu miało nadejść, że żadne z angielskich miast czy miasteczek nie było wolne od trawiącego wyspy ognia, a jednak nadzieja pozwalała wierzyć, że to jeszcze nie dzisiaj, nie jutro, że granice półwyspu pozostaną nienaruszone.
Mięśnie spięły się w gotowości, wyrzut adrenaliny sprawił, że zmęczenie przepadło. Pozostała jedynie surowa świadomość, że należało zrobić to co należy. Wyruszyć z resztą Zakonników do miasta, upewnić się co do wydarzeń, które miały tam miejsce, pomóc tym, którzy ucierpieli. Nie zastanawiała się, złapała za płaszcz, dziś nie miała wrócić do domu prędko. Młody uzdrowiciel również nie wchodził w dłuższe dysputy. Ruszyli razem. Niewiele mówili. Nie było czasu na wyjaśnienia, dyskusję. Oboje zdawali się to rozumieć, niezmiennie milcząc w trakcie podróży. Obserwując sylwetkę Marlowe’a zastanawiała się co mogło się dziać w głowie młodzieńca czy rozumiał skąd przyszło wezwanie i na co pośrednio się zgodził. Nie jej było jednak prowadzić tą rozmowę. Trzymała się blisko niego, nie spuszczając z niego wzroku. Nie byli pierwsi na miejscu, gdzieś z oddali unosiły się orędzia, gdzieś w dalekiej oddali majaczyły się znajome twarzy sojuszników.
W chaosie udało im się odnaleźć mężczyznę, który przedstawił się jako Paterson - właściciel okolicznej tawerny. On jako jeden z pierwszych mieszkańców miał na tyle zimnej krwi, aby zorganizować jakiekolwiek działania. Drzwi lokalu zostały otwarte, a kilku rosłych mężczyzn pomagało przenosić tam rannych. To oni pierwsi zwrócili jej uwagę, porozumiewawczo pociągnęła skrawek płaszcza Olliego, aby i on ruszył za nią.
Starała się nie patrzeć. Nie, nie widzieć. Nie, nie badać wzrokiem czy wzbraniać się organizowania myślą nadchodzących działań. Starała się nie chłonąć terroru rozlewającego się po uliczkach Tounton, nie pozwolić, żeby strach podsycanym przesiąkłymi bólem krzykami, obłęd jaki zapanował w mieście zatruły umysł. Ten posłusznie uginał się jej woli. - Panie Paterson, ustawcie proszę stoły i ławy, tak aby posłużyły za łóżka. Będziemy potrzebować prześcieradeł, koców, ciepłej czystej wody, myślę że znajdzie się tu również coś do oczyszczania ran - zawyrokowała, wkraczając do środka pomieszczenia. - Lady Macmillan, musimy się zorganizować. Przede wszystkim należy dokonać segregacji - na tych, którzy będą potrzebować niezwłocznej pomocy i na pozostałych. Musimy zorganizować przestrzeń. Czy możesz się tym zająć? - zapytała, przelotnie skupiając spojrzenie na twarzy arystokratki. Potrzebny był tu ktoś kto potrafił diagnozować. Nie wiedziała jak szeroka wiedzę miała dziewczyna, ale była tu z nimi, a jej talenty musiały zostać wykorzystane.
Szybko, ten tutaj ledwie się trzyma!
Szybko odszukała ich wzrokiem. Było ich trzech. Jeden z nich ledwie trzymał się na nogach, podtrzymywany przez pozostałych dwóch - Przenieście go na stół - zarządziła. Ledwie słowa opuściły wargi, a nadchodzili kolejni - Ollie, pomożesz mi? - zapytała, kierując wzrok ku uzdrowicielowi.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]07.10.21 17:10
Serce waliło jej w piersi jak młotem. Sytuacja była poważna i najwyraźniej brakowało uzdrowicieli, skoro Tony poprosił ją o pomoc. I to pomoc w Somerset, chociaż przecież to były tereny rodu Abbott, z którym Macmillanowie nie mieli zbyt dobrych stosunków... delikatnie mówiąc.
Virginia więc denerwowała się także z tego powodu, choć najbardziej bała się tego, że sobie nie poradzi, że jej umiejętności z dziedziny magii leczniczej będą niewystarczające... Wszak nie przeszła żadnego oficjalnego szkolenia. Owszem, uczyła się pod okiem kuzyna, Archibalda, ale czy to będzie wystarczające? Pocieszające było to, że na miejscu miała być panna Wright z Lecznicy i, co chyba ważniejsze, Ollie, jej dobry przyjaciel jeszcze z czasów Hogwartu. Pod ich czujnym spojrzeniem nie powinna popełnić żadnych, karygodnych błędów, prawda? Żałowała tylko, że z drogim Olliem zobaczą się po tak długiej przerwie w tych niewesołych okolicznościach...
Ciepła, wełniana suknia w kolorze indygo ciążyła Virginii bardziej niż kiedykolwiek, kiedy wraz ze służącą teleportowała się do Taunton. W mieście panował chaos w czystej postaci. Ludzie biegali jakby bez ładu, często przestraszeni i ranni, część budynków wyglądała jakby oberwała Bombardą, ktoś wołał o pomoc, ktoś inny krzyczał, a Gin stanęła jak wryta i oszołomiona nie wiedziała co ma począć ani gdzie się udać. Gdyby jeszcze był z nią Tony... Niestety on był potrzebny gdzie indziej, a ona... a ona...
- Panienko...? - dopiero zduszony głos służki wyrwał rudowłosą dziewczynę z tego dziwnego letargu. - Do tawerny to tamtędy - wskazała lekko drżącą dłonią. Najwyraźniej widok wstrząsnął nią nie mniej niż Gin, która kiwnąwszy głową odetchnęła zimnym powietrzem. Nie tak sobie to wyobrażała... Do tej pory zamknięta w rodowym dworku jak w złotej klatce nie wiedziała tak naprawdę co się dzieje poza bezpiecznym domem. Oczywiście wiedziała, że jest źle, ale to... to przekraczało jej wszystkie wyobrażenia. Ruszyła wciąż niepewnie przez zgiełk, śnieg, walające się gdzie nie gdzie cegły, ale nie zaszła daleko. Jakaś kobieta przygwożdżona przez kawałek ściany wyciągała do niej rękę, a Gin bez zastanowienia ruszyła jej z pomocą. Wrzask przerażenia, jaki z siebie wydała, kiedy Macmillanówna wyciągnęła różdżkę, by usunąć kamienie, był nie do opisania. Gin znów stanęła w miejscu przestraszona nie wiedząc co robić, ale... przecież nie mogła jej tak zostawić, prawda?
- Spokojnie, proszę, spokojnie. Przybyłam, żeby ci pomóc. Nie skrzywdzę cię, obiecuję - Virginia wydusiła z siebie, kiedy odzyskała głos.
- Emmo! Lady Macmillan! Tutaj! - donośny męski głos zawołał za jej plecami zaraz przed tym, kiedy dwóch czarodziejów ją minęło i zajęło się ścianą i leżącą pod gruzami kobietą. Na Gin i jej służącą zaś machał Paterson - jak nazwała go jej towarzyszka. Macmillanówna jeszcze z wahaniem odwróciła się w stronę kobiety potrzebującej pomocy, ale mężczyźni najwyraźniej wiedzieli doskonale co robić. Tym bardziej, że jeden z nich rzucił, że zaraz ją przyniosą.
Spięta ruszyła szybkim krokiem w stronę tawerny mocno zaciskając palce na swojej różdżce. Starała się przy tym oddychać spokojnie, ale... na pierwszy rzut oka było po niej widać, że jest po prostu przestraszona.
W tawernie panował dokładnie taki sam chaos jak na zewnątrz z tą różnicą, że było w niej ciepło i...
- Ollie! - nie powstrzymała okrzyku ulgi, kiedy tylko go zobaczyła. Nie powstrzymała się też i bardzo nieszlachecko rzuciwszy mu się na szyję mocno się do niego przytuliła. Tylko na chwilkę, na momencik, na jeden oddech, żeby już zupełnie odegnał od niej wątpliwość i strach. - Wybacz, ale tak się cieszę, że jesteś - powiedziała z powrotem odstąpiwszy od niego na krok. Tak, teraz było zdecydowanie lepiej, czuła się pewniej. Tym bardziej, że zwróciła się do niej panna Wright i Gin dostawszy zadanie do wykonania, momentalnie ruszyła, żeby je wykonać. Tak, dobrze, że mogła się zdać na doświadczoną uzdrowicielkę zamiast zastanawiać się od czego zacząć.
Służąca zajęła się pomaganiem w ustawianiu stołów i rozporządzaniem kocami, które ze sobą przyniosła z Puddlemere, tymczasem Gin podchodziła od jednego poszkodowanego do drugiego sprawdzając kto jest w najcięższym stanie. Wcale nie przychodziło jej to z łatwością... miała wrażenie, że każdy z nich pilnie potrzebował pomocy i chciała jej udzielać, ale... przecież nie mogła się rozdwoić! Jeden jęczał poobijany, inny był cały zakrwawiony i poznaczony niezliczoną ilością drobnych ran, dziewczyna ze złamaną nogą jęcząca przeokrutnie...
- Milady...! - usłyszała przerażony głos swojej służącej, która dopadła do jednego z rannych. Ciężko rannych. Był blady i nieprzytomny, a jego ciało przecinała głęboka szrama od ucha przez całą klatkę piersiową. - Panienko, proszę, to mój brat...! - zawołała płaczliwie. Gin spojrzała jeszcze po pozostałych rannych, ale zaraz potem podbiegła do niego. Wyglądał zdecydowanie najgorzej... i jakby nie żył. Chciała zawołać na pannę Wright i Olliego, ale w tym właśnie momencie w tawernie pojawiło się dwóch mężczyzn niosących rannego i Gin zrozumiała, że przynajmniej teraz będzie musiała sobie radzić sama.
- Emmo, pójdź po wodę i bandaże - odezwała się do służącej, która teraz zanosiła się już spazmatycznym płaczem. Chciała, żeby ta się zajęła czymś pożyteczniejszym niż lament, bo w tej chwili Gin i bez tego była zdenerwowana... Czy to zdenerwowanie kiedykolwiek mija w miarę nabierania doświadczenia?
Najpierw z duszą na ramieniu sprawdziła czy ranny w ogóle oddycha... Z każdą chwilą, kiedy jego klatka piersiowa się nie unosiła, a oddech był niewyczuwalny wzrastał w niej strach, ale... nagle odetchnął słabo, płytko... Ale oddychał! To było najważniejsze, ale oznaczało, że musiała działać szybko. Nie wiedziała ile ma czasu.



chase the wind
Virginia Macmillan
Zawód : nieoficjalna sanitariuszka Macmillanów
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I will ride,
I will fly,
Chase the wind
And touch the sky
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8237-virginia-avis-macmillan https://www.morsmordre.net/t8276-sam-puch https://www.morsmordre.net/t8272-macmillan-s-firewhisky https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t8300-virginia-macmillan#240131
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]07.10.21 22:45
Pomimo niechybnie zbliżającego się ku końcowi dnia, praca uzdrowiciela nigdy nie ograniczała się wyłącznie do czasu pracy Lecznicy, czy też innej medycznej placówki. Moment oficjalnego zamknięcia punktu był jedynie zamknięciem pewnego etapu i jednocześnie rozpoczęciem nowego - etapu przygotowań na dzień następny. Podczas niego należało wykonać bardzo wiele czynności, między innymi doprowadzić podłogi do czystości czy posegregować stale powiększający się - choć obecnie dość ubogi - zapas środków medycznych na zapleczu. które w godzinach szczytu mogły walać się po wszystkich zakątkach budynku. Samo to było najprzyjemniejszą częścią kończenia pracy, rutynowym zadaniem podczas którego można było się odprężyć i dać sobie chwilę psychicznego wytchnienia. Tak powinno to wyglądać w teorii, praktyka jednak była zgoła inna. Wieczór był wielokrotnie momentem, kiedy to pojawiali się pacjenci w krytycznej sytuacji, albo kiedy uzdrowiciele otrzymywali wiadomość z prośbą o wsparcie w najrozmaitszych regionach Wysp Brytyjskich.
Nie inaczej było również dzisiejszego dnia. Wieści przekazała mu Roselyn, starsza i o wiele bardziej doświadczona uzdrowicielka, z którą miał przyjemność tutaj współpracować i od której pobierał wiele cennych nauk. Obawa ścisnęła mu żołądek, nie dając odejść ponurym myślom dotyczącym bezpieczeństwa nie tylko jego i bliskich mu osób, ale też osób całkowicie postronnych, niewinnych, zupełnie z wojną niezwiązanych. Zawierucha dotarła ostatecznie nawet tutaj, na ziemie powszechnie uznawane za najbezpieczniejsze. Ostrożność Michaela kiedy mierzył do niego różdżką podczas niespodziewanego spotkania w lesie nigdy nie wydawała mu się tak bardzo uzasadniona, jak w tej chwili. Wraz z panią Wright szybko wyruszyli w podróż, z poczuciem misji i obowiązku, jakie na nich spoczywało. Nie zadawał zbędnych pytań, niespecjalnie też starał się analizować sytuację, czując że niewiedza może w tym wypadku uchronić go przed poważniejszymi skutkami zrozumienia powagi konfliktu. Stronę obrał już dawno, początkowo w pełni zmuszony przez okoliczności, a obecnie podejmując działania w bardziej świadomy i celowy sposób. Mimo to cholernie bał się o swoje życie, bo choć regularnie starał się poprawiać swoje możliwości bojowe, zdawał sobie sprawę jak łatwym celem mógł być w oczach żądnego krwi wroga. W dodatku bardzo cennym w kontekście wojny celem...
Na miejscu podążał za Roselyn, starając się nie spuszczać z niej wzroku i nie rozglądać dookoła. Zapach śmierci był zdecydowanie bardziej odczuwalny niż w jakimkolwiek innym miejscu, z jakim Ollie miał do czynienia. Przez moment zakręciło mu się w głowie, poczuł jak nogi odmawiają posłuszeństwa i nie chcą przeć naprzód, a sylwetka uzdrowicielki staje się niewyraźna i wyblakła. Przemęczenie i nowa, przerażająca sytuacja dały o sobie znać, na chwilę wyłączając go ze świata żywych. Zamknął oczy, dosłownie na sekundy, robiąc jeden długi wdech i wydech starając się uspokoić, choć zapach pobojowiska zdecydowanie nie pomagał. Nos się jednak szybko przyzwyczai, gorzej było z oczami i wszechobecnym widokiem...
Z lekkim trudem zebrał się w sobie i doprowadził do względnej normalności, a przynajmniej użyteczności i trzeźwości umysłu. Skrócił dystans do kobiety i zaraz pojawił się tuż obok niej, a zaraz po tym znaleźli właściciela tawerny, do której udali się wspólnie aby szerzyć pomoc medyczną. Na miejscu zupełnie nie spodziewał się spotkania z Virginią, przyjaciółką ze szkolnych lat, z którą to rozmawiał o wielu mugolskich i czarodziejskich sprawach, czy uczył się po kryjomu podstaw tańca balowego. Całkowitą niespodzianką był też moment, kiedy rzuciła się na jego szyję - uścisk szlachcianki wzbudził w nim niemałe, ale bardzo przyjemne skrępowanie.
- Gin! Ciebie też cudownie zobaczyć, chociaż okoliczności nam nie sprzyjają. - odwzajemnił uścisk, już nieco pewniej, uśmiechając się delikatnie i taktownie, bo radość nie była w tym momencie najodpowiedniejszą emocją do pokazywania. Nie kiedy wokół ludzie przeżywali tragedię i walczyli o każdy oddech. - Porozmawiamy później, dobrze? I uważaj na siebie proszę. A jak czegoś potrzebujesz, to tylko daj mi znać. Albo Rose. - dodał jeszcze na chwilowe pożegnanie, bo mimo wszystko oddelegowani zostali do trochę innych zadań. Panna Macmillan miała zdecydowanie więcej autorytetu niż on i na pewno świetnie poradzi sobie ze swoją misją.
- Już idę. - zwrócił się bezpośrednio do Roselyn i podszedł do niej, a zarazem do ciężko rannego mężczyzny wspomaganego przez pozostałą dwójkę. Pomógł ułożyć go na jednym z uprzednio przygotowanych przez pana Patersona stołów i przyjrzał się poszkodowanemu uważnie, a widok ten nie należał do najprzyjemniejszych. Rozległe rany cięte i szarpane na całym ciele, nieliczne płytkie, większość jednak dość głęboka, o czym świadczyły intensywnie zakrwawione i podarte płaszcz oraz koszula. Twarz obolała, obita, z otarciami i okaleczeniami, możliwe że po wielokrotnym zderzeniu z jakąś twardą płaszczyzną. Mężczyzna ledwo trzymał się na nogach, prawdopodobnie ze względu na utratę krwi, ale bardzo możliwe były też poważne rany na psychice czy uszkodzenia mózgu.
- Wygląda na efekty czarnomagicznych zaklęć, prawdopodobnie z grupy tych torturujących, inaczej... - ...Zabito by go na miejscu. Nie wypowiedział tego jednak, rzucając wymowne spojrzenie pani Wright, jakby czując że nie musi tego dokańczać. - Co o tym myślisz? Rozpoznajesz co to mogło być za zaklęcie, Rose? Proponuję w pierwszej kolejności zatamować krwotoki na najpoważniejszych ranach i oczyścić je, sprawdzić czy nie zostały uszkodzone organy wewnętrzne, albo czy nie dokonano w nich jakichś zmian...
Wyciągnął z kieszeni różdżkę, przysuwając ją kolejno do najgłębszych ran, z których najintensywniej ciekła krew, a później przemieszczając do tych mniej inwazyjnych, których mimo wszystko nie należało bagatelizować. - Fosilio! - wypowiedział cicho słowo zaklęcia zatrzymującego krwotoki, przyczyniając się do znacznego zmniejszenia utraty krwi pacjenta i nieco stabilizując jego stan. Sam proces gojenia jego ran wymagał jednak jeszcze sporo pracy, przede wszystkim zapobiegnięcia ewentualnym zakażeniom i ostatecznego opatrzenia ich. Zerknął na Rose spod opadniętych na oczy złotych loków, szukając u niej potwierdzenia swojego planu, co by go w tym wszystkim trochę uspokoiło. Jej zdanie i opinia była dla Olliego zdecydowanym autorytetem.

ekwipunek zgodny z wsiąkiewką
rzut na Fosilio tutaj (sukces)
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]08.10.21 22:25
Starała się nie podnosić wzroku, nie sięgać nim tam ponad horyzont gdzie na niebie rozkwitł symbol Rycerzy Walpurgii i ich Pana. Mglisty cień czaszki, pełzającego w niej wężą rozpraszające ciemność nocnegp nieba z każdym krokiem były coraz większe i większe. Unosiły się ponad uliczkami miasta siejąc strach w nim i wiele mil stąd - gdziekolwiek tylko był dostrzegalny. Zaledwie jego obecność, zaledwie jego malachitowy blask odbijający się w onyksowych źrenicach, osadzający się na skórze, zaledwie symbol mroził do kości bardziej niż podmuch zimowego wiatru. Tego zdawała się nawet nie czuć. Krok za krok. Wciąż na przód, wciąż bez zatrzymania, próbując odrzucić od siebie myśl o tym wszystkim co czekało ją za plecami, o tym wszystkim do czego mogłaby jeszcze wrócić. Odrzucała je od siebie, nie by zapomnieć, nie bo nie miało dla niej żadnej wartości. Bo jeśli tylko pozwoliłaby się sobie zatrzymać, jeśli tylko pozwoliła by serce wzięło górę nad umysłem, mogłaby się obrócić, przemienić się w słup soli. Zamiast tego wzrok wciąż tkwił w tym co było przed nią. Umysł, chociaż z trudem, poddawał się jej woli. Ciało podążało naprzód wiedzione jego impulsem. Nie ona jedna tej nocy się bała. Strach wibrował w przesyconym pyłem powietrzu. Co musieli czuć oni? Na kilka chwil przed kataklizmem, gdy wiedzieli co nadchodzi, wiedzieli że żadne z nich nie jest bezpieczne, że być może za chwilę zakończy się ich życie. Być może szybko. Być może w długim cierpieniu. Albo i przetrwają, by patrzeć jak krzywdzono ich bliskich, aby móc zobaczyć co pozostało z ich domostwa, by na własnej skórze przeżyć los wygnańca.
Ich krzyki roznosiły się między budynkami. Drażniły wyczulone zmysły. Ich strach mógł być jej strachem. Narastający w sercu gniew należał tylko do niej. Coś mściwego sączyło palące myśli. Ci, którzy to uczynili winni czuć ten sam strach. Doznać tej samej przemocy. Poczuć jak uchodzi z nich nadzieja. Nie potrafiła wybaczać. Nie widziała w oprawcach ofiar. Jedynie zdeprawowane byty, którym tak daleko było do człowieczeństwa, że ciężko było jej nazwać ich jeszcze ludźmi. Nie zwierzętami. Te walczyły jedynie, aby przetrwać.
Dziś nie było jednak miejsca na gniew. Ten miał pozostać zduszony na dnie umysłu. Dziś każda chwila skupienia cenna była jak funty złota. Wzrok śledził sylwetki towarzyszy, postacie Zakonników zniknęły na ulicach. Wokół otaczały ich jedynie ci, którzy ucierpieli na skutek napaści i ci, którzy mieli wystarczająco sił, aby im pomóc.
Nie potrafiła ogarnąć wzrokiem ich wszystkich. Musiała zaufać ocenie lady Macmillian i jej umiejętnościom. Spojrzenie zaledwie na chwilę podążyło jej śladem, słowa Olliego skupiły jednak całą uwagę - Tak, to jedno z tych, które prowokują samo powstające rany. Pewnie myśleli, że ostatecznie się się wykrwawi.. Trzeba jak najszybciej zatrzymać krwotok, stracił już zbyt wiele krwi - zawyrokowała, obserwując jak różdżka młodego uzdrowiciela powoduje krzepnięcie ran. Krew powoli przestawała się z nich sączyć.
- To moja wina, to za mną tu przyszli… - głos mężczyzny zdawał się z trudem wydobywać jego gardła. - Moja wina. - powtórzył, gdy dłoń uzdrowicielki zacisnęła się na tej jego.
- Nie ty to uczyniłeś tym ludziom, ani sobie. Teraz musisz być silny - powiedziała, wzmacniając uścisk, by po chwili odsunąć się od niego.
- Wy nie jesteście stąd. Przybyliście z nimi, z zakonem, prawda? - jeden z tych, którzy pomagali przynieść rannego wciąż przy nich był.
Spojrzenie na zaledwie krótką chwilę skupiło się na nim. Kiwnęła głową nieznacznie. - Lady Macmillan pana obejrzy, później będzie czas na rozmowy
Różdżka drgnęła w dłoni we wdzięcznym ruchu zaklęcia Purus. - Curatio Vulnera Maxima - szepnęła, roztaczając moc inkantacji nad ranami mężczyzny - Sprawdzisz urazy wewnętrzne?



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]09.10.21 16:03
|odpowiadam na tego posta

Takiej twarzy się nie zapomina, bo mają szczęście ci, co widzą ją więcej niż raz w życiu. Sceneria jak z baśni, której powiada się na dobranoc tylko dorosłym, wywołała drżenie w ciele kobiety, gdy spróbowała podnieść się z kolan. Nie mogła zdecydować się, na którym szczególe zawiesić wzrok, przebiegając po oznakach niewypowiedzianych historii, przez jakie stojący naprzeciwko Fancourt czarodziej musiał przejść w swoim życiu. Groźna to była twarz, o przeszywającym na wskroś spojrzeniu i dłoniach pooranych bliznami, co dostrzegła gdy przekładał swoją broń. Dobrze. Przynajmniej na razie, nie zamierzał z niej strzelać raz jeszcze. Powoli wstała wreszcie do pozycji stojącej ze wciąż jeszcze szybciej unoszącą się klatką piersiową.
- Cieszę się, zatem to kwestia mojego szczęścia. - Odparła wpierw, rozglądając się wreszcie po sobie, w poszukiwaniu, chociażby szczątkowej informacji o miejscu, do jakiego trafiła. Spotkanie z mężczyzną mogło trwać zaledwie kilka minut, a kolejny skok czaił się za rogiem nieświadomości, ale wolała uprzednio przekonać się, czy nie naraża się swą obecnością na bezpośrednie zagrożenie. Użycie jakiegokolwiek zaklęcia wychodziło z gry, zatem pozostawało kobiecie zdanie się na własne wyczucie i zmysły. Te zaś podpowiadały wraz z dobrą pamięcią, że zna jegomościa, który stał teraz przed nią w ostrzeżeniu. - Nie zadecydowałam o nim sama. Czkawka teleportacyjna. - Wzruszyła ramionami, wypuszczając z ulgą kolejne słowa. Nigdy nie można było mieć pewności, jak zareagują, te walczące duchy pełne nieufności do drugiego człowieka. - Ewidentnie nie stanowię dla ciebie zagrożenia, skąd zatem ta wrogość? - Spytała z zaciekawieniem, kątem świadomości łapiąc ostrzegawczy ton głosu czarodzieja. Samuel Skamander, głosiły plakaty rozwieszone po całej stolicy, pozłocone kwotą pięciu tysięcy galeonów. Odwróciła się do niego bokiem, zerkając na sarnę, a następnie podchodząc bliżej do leżącego na boku ciała. Wciąż jeszcze ciepła, na chłodnym powietrzu parowała zupełnie tak, jakby można było widzieć uchodzące z niej życie.
- Ronja. - Przykucnęła, palcami muskając krótką sierść z delikatnością w dotyku. - Ronja Fancourt. - Ile ta sarna wiedziała o życiu, prócz wolności, jakie oferowały wzgórza i poczucia głodu gdzieś w dole żołądka. Zapewne to on wypchnął ją dalej z lasu, wprost w objęcia stabilnej kuszy o ostrych strzałach i morderczych grotach. Kobieta przeniosła wzrok ponownie na czarodzieja, nie marszcząc brwi, ani nie przejawiając strachu. Po prostu w ciekawości, analizie i zastanowieniu, na ile podobny był do tych aurorów, których widziała przed nim, na ile różny od kolejnych idących za nim. - Przypuszczam, że musi płynąć jedna wygoda z twarzy przybitej do listów gończych. Nikomu nie trzeba się już przedstawiać Samuelu Skamanderze, niebezpieczny członku Zakonu Feniksa i zwolenniku Harolda Longbottoma. - W otaczającej ich ciszy, głos kobiety wybrzmiewał naturalnie, prawie jak część krajobrazu urokliwej dębiny, łagodnością odpowiadający sielankowemu urokowi pagórków.
Mieli przynajmniej jedną wspólną cechę, ciekawy komentarz, być może nic nieznaczący, ale jeden z tych, które wzbudzają zainteresowanie do kontynuacji myśli. Przekręciła głowę w bok, zastanawiając się chwilę dłużej.
- Nie lubisz kłamać, czy być okłamywanym? - Dodała nareszcie, patrząc prosto w ciemne oczy.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]11.10.21 21:49
Wiedziała, że nie powinna się przytulać do Ollie'go, to wbrew szlacheckiej etykiecie, obyczajom i w ogóle, ale... naprawdę tego w tym momencie potrzebowała. I miała cichą nadzieję, że akurat tu, w tym miejscu i w tej chwili, nikt nie przejmował się tym, czy Gin stosuje się do szlacheckiej etykiety, czy nie. Mimo to jednak policzki lekko jej spąsowiały, kiedy wypuściła Ollie'go z objęć.
- Dobrze, dziękuję - odpowiedziała jeszcze na jego słowa na moment spuszczając wzrok. Chwilę później zajęła się oglądaniem rannych i poszkodowanych.

Starała się nie patrzeć na wpółprzymknięte oczy i zbrukaną krwią twarz młodzieńca, ba, chłopca zaledwie. Próbowała uniknąć krążących wokół jego osoby myśli. Co przeżył? Jak otrzymał te obrażenia? Ile miał lat? Ile osób będzie go opłakiwać, jeśli nie przeżyje? Jeśli to ona, Gin, sobie w tej chwili nie poradzi? Czy będzie sobie w stanie to kiedyś wybaczyć?
Nie. Ukróciła stanowczo takie myślenie. Teraz najważniejsze było to, że walczył i ona zamierzała mu w tej walce pomóc. Za wszelką cenę.
Drżącymi rękami odsunęła poszarpany i nasiąknięty posoką materiał czegoś, co jeszcze do niedawna stanowiło jego ubiór, żeby lepiej zobaczyć i ocenić ranę.
Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Nigdy dotąd nie widziała jeszcze takich obrażeń. To wyglądało dosłownie, jakby ktoś chciał rozpłatać tego chłopca na dwie części... I niemal mu się to udało.
Zakręciło jej się w głowie, żołądek podszedł pod samo gardło.
Gin, weź się w garść! No już! Wiesz co robić - zganiła się w myślach. Sir Virgil z Puddlemere to nie tylko zacny rycerz, ale i najlepszy i najpotężniejszy na wyspach uzdrowiciel. Uleczy każdą ranę, nic mu nie było straszne... - snuła w głowie opowieść o swoim zmyślonym alter ego. Kiedy wcielała się w postać sir Virgila jakoś wszystko wydawało jej się prostsze, a poplątane i dziko wierzgające myśli skupiała na zadaniu. To naprawdę pomagało. Zwykle. Tym razem również, choć kiedy uniosła dłonie te wciąż wyraźnie jej drżały. Nie mogła już jednak dłużej zwlekać.
- Fosilio - wymówiła najwyraźniej jak była w tej chwili w stanie. Na szczęście się udało i z rany przestała wypływać krew. To nie był jednak koniec. Odetchnęła nie opuszczając jednak różdżki.
- Purus - rzuciła kolejne zaklęcie czując jak przez jej różdżkę przepływa moc oczyszczająca rozległą ranę.
Na razie szło dobrze... Sprawdziła czy chłopak nadal oddychał. Wyglądał, jakby zaledwie pół kroku dzieliło go od przejścia na tamten świat... ale oddychał. Płytko, ale jednak. Dobrze.
Skupiła się na kolejnym zaklęciu, trudniejszym niż poprzednie.
- Curatio Vulnera Horribilis...
Tym razem nie wyszło. Musiała się rozproszyć, bo akurat usłyszała swoje nazwisko i odruchowo odwróciła głowę w tamtym kierunku. To panna Wright rozmawiała z jednym z przybyłych mężczyzn, ale chyba na razie nic od niej nie potrzebowała. Szczerze mówiąc Gin jeszcze nigdy dotąd nie uzdrawiała nikogo, kiedy wokół tyle się działo. I w zwykłych okolicznościach miała problem ze skupieniem, a teraz? Teraz i tak nieźle jej szło.
Odwróciła się z powrotem do swojego pacjenta i... zamarła na moment czekając na jego kolejny oddech.



chase the wind
Virginia Macmillan
Zawód : nieoficjalna sanitariuszka Macmillanów
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I will ride,
I will fly,
Chase the wind
And touch the sky
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8237-virginia-avis-macmillan https://www.morsmordre.net/t8276-sam-puch https://www.morsmordre.net/t8272-macmillan-s-firewhisky https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t8300-virginia-macmillan#240131
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]12.10.21 1:20
Krew na ranach zaczynała krzepnąć, powoli acz skutecznie zatrzymując utratę cennych płynów. Zdawało się że samo to zaklęcie było w stanie ustabilizować pacjenta, a przynajmniej tak wydawało się młodemu uzdrowicielowi. Dłoń z trzymaną weń różdżką przemieszczała się od rany do rany, kiedy mężczyzna z trudem wypowiedział pewne słowa w bliżej nieokreślonym kierunku. Co mógł mieć na myśli mówiąc, że to jego wina? Nie sposób było jednoznacznie stwierdzić. Gryzły go ewidentnie jakieś wyrzuty sumienia, jednak nie można było wyciągnąć z tego jakichś głębszych wniosków. Dotychczasowi pacjenci Olliego - bo pomimo krótkiego stażu pracy nie miał ich wcale tak mało - często prezentowali poczucie winy, równie często też było ono spaczone zakrzywieniem percepcji po traumatycznych wydarzeniach. Uzdrowiciel uniósł wzrok nieznacznie, przyglądając się z zaciekawieniem na zachowanie mężczyzny i Rose, ale nie powiedział ani słowa.
Nie myśl, skup się na pracy... Tak jak w szpitalu. Trudno było jednak oderwać od siebie empatyczne przyzwyczajenia. Pomagały one przede wszystkim pacjentom, którzy byli w stanie docenić takie podejście względem swoich schorzeń, ale z pewnością nie pomagały samemu uzdrowicielowi, na którego barkach ciążyło zdrowie i życie innych. Ciągle uczył się tej obojętności, umiejętności oddzielenia swoich myśli od trudnej sytuacji, przekierowania uwagi na jeden jasny i klarowny cel, będąc ślepym na inne bodźce. A obecna sytuacja była... specyficzna, wyjątkowa - przynajmniej dla niego. Dla niektórych była to przecież codzienność, co też musiał brać w swojej pracy pod uwagę. Czy i jemu ta codzienność się kiedyś udzieli?
- Bardzo proszę dać nam przestrzeń do pracy, tak jak mówimy - porozmawiamy później. Diagno Haemo. - przytknięta do klatki piersiowej różdżka przesłała energetyczny impuls, zbierając wystarczająco dużo informacji i przekazując je bezpośrednio do świadomości młodzieńca. - Brak transmutacyjnych i czarnomagicznych zmian w organach wewnętrznych, jedynie złamane dwa żebra. Zaraz się tym zajmę, na szczęście nie doszło do uszkodzeń innych organów. - przedstawił efekty udanego zaklęcia, ciesząc się w duchu że nie przyszło im zmagać się z bardziej skomplikowanymi manipulacjami w obrębie organów wewnętrznych. Z opowieści Rosy pamiętał, że były zaklęcia zdolne dokonać dewastacji wewnątrz ciała, ale liczył że tego dnia nie przyjdzie mu się z nimi mierzyć.
- Episkey Maxima. - wykonał delikatny ruch nadgarstkiem nad obitą twarzą pacjenta, cicho wypowiadając inkantację zaklęcia. Stłuczenia, siniaki i obtarcia niemal natychmiast poznikały, pozostawiając na jego twarzy jedynie drobne blizny po rozcięciach i brud podłoża, z którym mężczyzna musiał mieć styczność.
W następnym geście zamierzał nastawić złamane żebro - coś, czego medycyna mugolska nie potrafiła leczyć w tak prosty sposób. Po wypowiedzeniu jednak nazwy zaklęcia Feniterio, różdżka zamigotała niemrawym, oliwkowym światłem, zwiastującym niepowodzenie. Zmarszczył czoło ze zdenerwowania, a narastające uczucie presji zaczynało nieprzyjemnie podrażniać żołądek. Nie mogę teraz nawalić, wszyscy na mnie liczą...
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]12.10.21 11:57
Spojrzenie mimowolnie błąkało się po twarzach rannych, korzystając z zaledwie sekund, gdy mogła pozwolić sobie na odwrócenie wzroku. Pan Paterson wysłuchał jej prośby, on i znacznie młodsza od niego kobieta - być może córka albo po prostu pracownica tego przybytku - zaczęli znosić prześcieradła i organizować przestrzeń zgodnie z jej zaleceniami. Poszkodowani również zaczęli poddawać się ich woli, grupując się, zajmując wyznaczone im miejsca. Chociaż chaos wciąż wiódł tu dzisiaj prym, a strach i ból wciąż malował się na rysach ich lic, pierwsze emocje powoli zaczynały opadać, by dać miejscem pierwszym odruchom rozsądku. Pomagali sobie znaleźć miejsce wśród barowych ław, zajmowali się sobą, chociaż większości z nich z pewnością brakło ku temu wiedzy. Robili to co podpowiadały instynkty. Oni - uzdrowicieli - mieli obowiązek się nimi zająć. Czy tu czy kilkanaście mil stąd w Leśnej Lecznicy. Wojna sprawiła, że Rose czuła się odpowiedzialna nie tylko za miejsce swojej pracy, nie tylko za miejsca, w którym zobowiązała się pracować i leczyć. Chociaż mogła niewiele. Nie miała władzy, by móc zatrzymać pęd wydarzeń naganiały rozwój konfliktu. Tu zrobić mogła najwięcej. Pomóc tym ludziom przetrwać tą noc. Uratować życie, które dało się jeszcze uratować. Dać nadzieję, że nie wszyscy byli obojętni. Liczyć na to, że ci sami ludzie w momencie, gdy będą musieli wybrać - również nie będą obojętni względem jej, względem innych.
Czujny wzrok obserwował działania Olliego. Dobrze sobie radził, chociaż okoliczności sprzyjały temu, aby zgubić rozsądek i skupienie. Wiedza była jednym, umiejętność użycia jej w ciężkich warunkach, była umiejętnością zupełnie innego sortu. Młody Marlowe nie dał przygnieść się presji. Dłoń sięgnęła jego ramienia, dotykając go przelotnie w geście wsparcia, a może by okazać, że świetnie sobie radził i by nie przestawał.
Sama zaś odsunęła się od stołu, pozostawiając mężczyznę pod pełna opieką Olliego. Na ławie tuż obok, położono kolejnego pacjenta. Tym razem chłopca. Ile lat mógł być starszy od Melanie? Trzy? Być może cztery. Swąd palonego ciała wypełnił jej nozdrza. To było tylko dziecko. Żołądek zacisnął się boleśnie. Zdawało jej się, że nie jest w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Jego matka płakała. Zawodziła tak okropnie, że była pewna, że nigdy nie zapomni tego brzmienia. Panicznie głaskała synka po główce, jakby miało zaleczyć to każdą wyrządzoną mu krzywdę. Jedynie dotyk różdżki - magnoliowe drewno, które od zawsze było jej wierne - przypominał o tym, że nie miała prawa dać się porwać emocjom. Chłopiec musiał przeżyć.
- Cauma Sanavi Maxima - powiedziała, kierując czubek różdżki w stronę rozległych oparzeń. Magia poddała się jej woli, a srebrzysta mgiełka zaczęła pobudzać uszkodzoną tkankę. Blizny miały pozostać, skóra miała nie być taka sama jeszcze przez długi czas. Diagno Haemo miało upewnić ją czy nie istniały żadne inne uszkodzenia - te o których mogła nie wiedzieć.
- Wrócę do niego jak tylko znajdę chwilę. Niech odpoczywa - powiedziała do kobiety, ufając że będzie w stanie zaopiekować się synem, gdy ona będzie dalej leczyć. Odeszła słysząc gorące podziękowania kobiety.
Zbliżyła się w stronę lady Macmillan, zanim jednak udało jej się do niej dotrzeć dwóch mężczyzn znów przyniosło do środka kolejną ofiarę zawalenia budynku. Pomogła im ułożyć go na ławie. Po krótkich oględzinach, zauważyła że żebra pacjenta muszą być połamane. - Fractura Texta!



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]14.10.21 1:56
Energia ruszona tchnieniem woli zamanifestowała się ponownie zielonkawą poświatą, popychając - jak się mogło początkowo wydawać - nieudane zaklęcie, naginając prawa magii i wymuszając działanie zaklęcia nastawiającego kości. Nieco słabsze, nieco mniej precyzyjne, z pewnością będące jedynie marną namiastką swojego perfekcyjnego pobratymca. Tyle jednak musiało w tym momencie wystarczyć, bo i tyle też mógł i miał czas zrobić. Poszkodowanych stale przybywało, nawet jeśli co poniektórzy mieli wyłącznie bardzo płytkie i mało szkodliwe dla zdrowia rany, to liczba osób z poważnymi ranami i uszkodzeniami ciała była naprawdę przerażająca. A prawdopodobnie nie mieli nawet do czynienia z połową przewidywanych poszkodowanych.
Niespodziewany gest Roselyn wprawił go w odrobinę większy spokój, zupełnie jakby za pośrednictwem dotyku przekazała mu jakąś ważną informację. Poczucie zrozumienia przez drugą osobę bez słów, a nawet bez spojrzeń, zdawało się rozjaśniać ciemną i zagubiona duszę młodzieńca, wrzuconą w wir wszechobecnej śmierci, dramatów życiowych, krzyków i rozpaczy. Niewielki był ów gest, ale jego nieopisane przesłanie niosło za sobą silny, emocjonalny ładunek o wielopoziomowym znaczeniu. Przetarł zmęczone, nieznające ostatnimi czasy odpoczynku brązowe oczy, upewniając się uprzednio że nie miał na palcach jakichkolwiek śladów krwi, starając się zachować ostatnie pozory zasad higieny zawodowej. Uniósł głowę szukając wzrokiem jednego z mężczyzn, znajomego pacjenta którym przed chwilą się zajmował i dał mu wyraźnym skinieniem głowy sygnał, że może do niego powrócić. - Powinien teraz odpoczywać, najlepiej go póki co nie ruszać. Nie jest jeszcze w najlepszej formie, ale będzie cały. - poinstruował go dość spokojnie, głosem na tyle pewnym wypowiadanych słów, że mógłby brzmieć jak swoisty autorytet w swej dziedzinie. I zapewne by tak było, gdyby nie był jeszcze nieopierzonym, świeżym uzdrowicielem, którego zawsze ktoś mógł nie potraktować na poważnie...
- Pomocy, on nie oddycha!!! - spośród huku rozległ się okrzyk kobiety w średnim wieku, klęczącej przy jednej z ław nad ciałem młodego mężczyzny. Posiniaczona twarz i obdarte, przypalone i brudne ubranie przypominało osobę świeżo wyciągniętą z zawalonego, płonącego budynku. Ollie szybko podbiegł do kobiety, manewrując po drodze między poruszającymi się w lekkim, choć zrozumiałym, chaosie ludźmi. Przyłożył dwa palce do szyi mężczyzny próbując w ten sposób wyczuć puls, ale ten się nie pojawił. Mógł przysiąc że w tym momencie poczuł, jak żołądek chce mu na chwilę wyskoczyć na zewnątrz. Szybko jednak odrzucił ten lęk, kierując się już wyłącznie instynktem ratowania cudzego życia. - Palus! - rzucił błyskawicznie, wysyłając impuls w okolicach serca rannego, a narząd ów zaczął pracować na nawo. Po kilku trwających jak wieczność chwilach, również klatka piersiowa mężczyzny zaczęła się unosić we wdzięcznym oddechu.
- Udało się go ustabilizować. - powiedział z ulgą do kobiety, przekierowując teraz na nią swoją uwagę. - Wiem że to było trudne, to co się wydarzyło wcześniej i teraz. Proszę dać sobie pomóc, dla samej siebie i dla tego pana, kimkolwiek dla pani jest. Na pewno będzie potrzebował pani czujności i spokoju, musi pani o niego teraz zadbać. Jestem magipsychiatrą, czy mogę? - mówił dalej, spokojnie, starając się jak najlepiej dotrzeć do roztrzęsionej całą sytuacją kobiety. A kiedy tylko otrzymał pozwolenie na udzielenie pomocy, przyłożył powoli różdżkę do jej skroni. - Proszę teraz oddychać, powoli i głęboko. Paxo Maxima. - zaklęcia były tego dnia kapryśne i albo działały ze zdumiewającą skutecznością, albo na granicy wymuszonej manifestacji. Tym razem ukojenie na umysł kobiety przyszło z nieco większym opóźnieniem, nieco wolniej i słabiej poprzez zachwianą magię. Po wszystkim dotknął jej ramienia dając znak, że wszystko jest już w porządku, że wszystkim się zajmą, i że może być już tego dnia spokojniejsza.
Wzrok powędrował po pomieszczeniu, w poszukiwaniu twarzy uzdrowicielek, jednak nim zdołał wyłapać którąkolwiek z nich, naprzeciw stanął mu rosły mężczyzna z kilkuletnią córeczką na rękach. Dziewczynka miała złamaną rękę w kości przedramienia, a ojciec zdawał się być bardzo zdesperowany... i niecierpliwy. Płacz dziecka roznosił się również nieprzyjemnie, ranił uszy nie tylko wysokością dźwięku, ale też pełnią przerażenia i bólu. To nie będzie najprzyjemniejszy zabieg... - Feniterio! - wypowiedział inkantację z ruchem nadgarstka, a kość natychmiast wskoczyła na swoje miejsce, z nieprzyjemny trzaskiem, bólem i wtórującym temu jeszcze głośniejszym płaczem...
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]14.10.21 21:01
Nie podobało jej się to. Niby spuściła pacjenta z oka dosłownie na ułamek sekundy, ale miała wrażenie, że stał się jeszcze bledszy na twarzy i... Nie chciała czekać dłużej. Przytknęła koniec swojej różdżki do piersi chłopaka i wyszeptała zaklęcie, którego nauczyła się jako jednego z pierwszych:
- Diagno coro...
Wstrzymała oddech czekając na znajomy dźwięk bicia serca. Choćby najlżejszego, najcichszego uderzenia... Nawet wtedy, gdy zaczęło do niej docierać, że organ po prostu przestał pracować, nawet wtedy wciąż miała nadzieję, że po prostu w szumie i harmiderze jaki panował wokół po prostu przegapiła uderzenie chłopięcego serca.
- Nie... - jęknęła cicho. Jakby dla równowagi serce w jej piersi biło coraz szybciej i mocniej. Zadrżała, chciała się obrócić i zawołać o pomoc, ale... Przecież to ONA miała nieść pomoc. ONA, GIN.
Tylko... chyba nie była na to gotowa. Wszędzie krew, jęki, śmierć. Ranni i konający, ich zawodzące rodziny. I w samym środku ona. Bezradna i kompletnie nieprzygotowana. Oszołomiona i przerażona.
- Palus - wymamrotała przez zaciśnięte gardło, ale zdecydowanie za słabo i niewyraźnie. Koniec jej różdżki tylko zamigotał żałośnie, a dziewczyną na ten widok szarpnął spazm płaczu.
Nie, proszę. PROSZĘ, nie umieraj! Błagam! - myślała desperacko, powstrzymując łzy. Próbowała się skupić na zaklęciu, ale... to wcale nie było takie proste. Nie, kiedy chłopiec, którego miała uzdrowić, leżał przed nią bez oznak życia.
Weź się w garść, Gin, MUSISZ wziąć się w garść! - lodowaty głos, do złudzenia przypominający ten należący do jej matki, syknął na nią w myślach i trochę otrzeźwił.
Zadrżała cała, ale mocniej zacisnęła palce na różdżce.
- Palus - powtórzyła już pewniej, choć w jej głosie wyraźnie było słychać zdenerwowanie.
No, dalej! Nie pozwolę ci tu umrzeć! - zawołała w myślach na chłopca, a jej różdżka jakby to usłyszała - zalśniła mocnym, jasnym światłem, które przecięło pierś rannego i w nią wniknęło.
Gin zamarła w oczekiwaniu na efekt i... chłopiec jakby odetchnął. Najpierw cichutko, ale kolejny oddech nabrał odrobinę głębszy. Akcja serca została przywrócona. A Macmillanówna musiała się przytrzymać blatu stołu na którym leżał chłopak, bo nogi miała jak z galarety i bała się, że zaraz upadnie. Dwie łzy ulgi potoczyły się po jej policzkach.
Będzie dobrze... - przekonywała się w myślach. - Będzie dobrze...
Jeśli załata ranę, z której na szczęście krwawienie za sprawą magii ustało, to... to miał szansę. I oby jej nie zmarnował.
- NIE! Czy on...?! - usłyszała za plecami przerażony krzyk swojej służącej. Kobieta musiała zobaczyć roztrzęsioną Gin nad swoim bratem i pomyśleć...
- Żyje - odpowiedziała czym prędzej. - Żyje - powtórzyła.



chase the wind
Virginia Macmillan
Zawód : nieoficjalna sanitariuszka Macmillanów
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I will ride,
I will fly,
Chase the wind
And touch the sky
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8237-virginia-avis-macmillan https://www.morsmordre.net/t8276-sam-puch https://www.morsmordre.net/t8272-macmillan-s-firewhisky https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t8300-virginia-macmillan#240131
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]17.10.21 2:21
Czuła jak krew buzuje jej w żyłach, a serce bije nienaturalnie szybko, niemalże boleśnie obijając się o żebra. Każdy kolejny oddech był jednak spokojny, opanowany. Nie mogła porwać się wirującym pod skórą emocjom, a te atakowały ją zewsząd. Wraz z chaosem, który niósł się wraz z bolesnym krzykiem tych, którzy doszukiwali się pomocy. Srebrzysta mgła ponownie uleciała z jej różdżki, a niosąca się za nią magia wpłynęła na ciało - siła zaklęcia zawibrowała pod skórą mężczyzny, a uszkodzone kości zrosły się. Zdeformowane cierpieniem rysy pacjenta po chwili złagodniały, Poczuła jak wypuszcza z płuc powietrze. Wnętrze karczmy zaczęło się przelodniać, coraz więcej ludzi i tych, którzy potrzebowali pomocy i tych, którzy przyszli z nimi. Szukali schronienia, ale aby oszacować ilość rannych i aby odpowiednio się nimi zaopiekować potrzebowali przestrzeni.
Zlokalizowała wzrokiem pana Patersona - Przepraszam pana, czy jest tu jakieś miejsce gdzie moglibyśmy zorganizować bezpieczne schronienie dla tych, którzy nie są ranni? Potrzebujemy przestrzeni, aby zająć się tymi, którzy potrzebują opieki medycznej.
- Kilka kroków stąd, jest kawiarnia, zamknęli ją tym roku, ale tam znajdzie się dużo miejsca. Budynek nie ucierpiał, tam może być bezpiecznie.
- Czy zajmie się pan tym? - zapytała.
- Oczywiście - przytaknął rzeczowo.
Wzięła głębszy oddech i stanęła na schodach, prowadzących do podwyższeniu przy barze. - Proszę o chwilę uwagi. Prosimy, aby w środku pozostali jedynie ci, którzy są ranni. Pan Paterson pomoże wam znaleźć schronienie, tymczasem my uzdrowiciele pozostaniemy tutaj i będziemy tu tak długo jak będzie trzeba. Zajmiemy się każdym kto jest ranny i potrzebuje pomocy medycznej. Jeśli ktoś z was ma doświadczenie uzdrowicielskie, prosimy o wsparcie naszych szeregów. Przybyliśmy, żeby was wesprzeć, ulice są zabezpieczane. Ci, którzy czują się na siłach niech zajmą miejsca po lewej stronie, cięższe wypadki zostaną objęte opieką najszybciej jak to możliwe. Tych kierujcie proszę do pana Marlowe’a. lady Macmillan i do mnie- wskazała dwójkę uzdrowicieli.
Głos z trudem przebijał się przez hałas wzburzonych rozmów, ale duża grupa ludzi zaczęła zbliżać się do drzwi śladem karczmarza. Ten zaczął zachęcać ich do wyjścia na ulice, w środku zaś pozostali jedynie ranni i jedna młoda kobieta, która zapewniła ją, że przed wojną rozpoczęła staż w szpitalu, który musiała przerwać. - Ollie, jak wygląda sytuacja? - zapytała mężczyznę, podchodząc do niego.
Uwaga na chwilę również skupiła się na lady Macmillan - Jaki jest jego stan? - zapytała, spoglądając na Virginie.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]19.10.21 14:23
- Proszę ją ułożyć ostrożnie na plecach, na wolnej ławie, żeby kość się znowu nie przestawiła. Jak tylko się upewnimy że nie ma więcej krytycznych przypadków, ktoś z uzdrowicieli się wami zajmie. - zakomunikował mężczyźnie, który wyraźnie odetchnął po szybkiej interwencji blondyna i wykonał jego zalecenia. Ollie mógł na moment odetchnąć, ciesząc się w duchu że czarodziej nie był przesadnie uparty i nie próbował wymusić na młodzieńcu natychmiastowego zajęcia się jego córką. W budynku było jeszcze wielu potrzebujących, a podjęcie decyzji o kolejności leczenia wymagało niestety pewnych nieprzyjemnych, segregujących metod. Dla nich jako uzdrowicieli było to oczywiste, ale potrzebujący, ranni, przerażeni i zestresowani ludzie mogli nie odbierać tego jako konieczną procedurę, a jako celową oschłość i wybiórczość.
Zmęczenie przypominało o sobie z każdym rzuconym zaklęciem, z każdym nieprzyjemnym dźwiękiem zwiastującym czyjąś rozpacz i ból. Tłumy snujące się momentami niczym duchy przywodziły na myśl obraz wojennego szpitala polowego, ale lokalowi było jeszcze daleko do pełnego tego określenia znaczenia. Zrobili tu coś na kształt prowizorycznej lecznicy, w której próbowali zaprowadzić minimalny porządek i system pracy. Klimat ten różnił się jednak od klasycznego szpitala, głównie ze względu na brak odpowiednich sprzętów, środków, ludzi i wszechobecny chaos sytuacyjny. Na szczęście udawało im się zachowywać względny porządek, głównie za sprawą świetnie zarządzających tłumem Rose i Gin.
Przystanął nieopodal pani Wright, kiedy ta wygłosiła przemowę i wraz z pomocą karczmarza zaprowadziła na miejscu trochę ładu. Blondyn ucieszył się też, że pośród rannych udało im się zwerbować do pomocy dodatkową parę rąk, zaznajomioną przy tym z uzdrowicielską magią. Obserwował uważnie zbierających się na jednej ze stron sali ludzi, wyraźnie potrzebujących natychmiastowej pomocy.
- Dużo rannych, jak widać. - odpowiedział Roselyn, kiwając nieznacznie, acz wymownie głową w kierunku grupy osób o bardzo zróżnicowanej formie. Wśród nich znajdowały się osoby ciężko ranne zdolne do samodzielnego poruszania się, a także takie, które musiały być podtrzymywane przez innych aby w ogóle przenieść się z jednego punktu do drugiego. - Dorośli, dzieci, młodzież... Widzę mocne poturbowania, prawdopodobnie też złamania, dużo ran ciętych i szarpanych, oparzeń... Wszystkich trzeba też sprawdzić pod kątem urazów wewnętrznych. Praca tylko z nimi to co najmniej dwie, trzy godziny, przy dobrych wiatrach. I to nie licząc urazów psychicznych. - oszacował pospiesznie, lustrując wzrokiem stan zebranych i oceniając tylko to, co mógł wywnioskować z obserwacji. Odetchnął ciężko, dłonią masując zmarszczone czoło. Przemęczenie i brak snu powoli zaczynały o sobie przypominać.
- A wy jak sobie radzicie? Rose, Gin? Trzeba wam w czymś pomóc? - zapytał z wyraźną troską, choć troska ta mogła nie wybrzmieć w pełni przez towarzyszące mu zmęczenie. Wiedział jednak że jak zrobi sobie teraz odrobinę przerwy, że gdy tylko ciało dostanie sygnał do odpoczynku, może całkowicie odlecieć i stać się bezużyteczne.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]19.10.21 23:21
- Emmo, spójrz na mnie, Emmo... - Gin powtórnie zwróciła się do swojej służącej, która cała we łzach znów chciała przypaść do rannego brata. - Wszystko będzie dobrze, tylko musisz mi zaufać. Wszystko będzie dobrze, rozumiesz?
Służka najpierw spojrzała na bladego, zakrwawionego brata, później na Gin, znów na brata i ostatecznie kiwnęła zdawkowo głową. Wciąż miała łzy w oczach, ale chyba odrobinę się uspokoiła.
- Pomóż innym, dobrze? Ja się muszę jeszcze nim zająć - z tymi słowami odwróciła się do Emmy, a ta przypadła do pleców Macmillanówny i uścisnęła ją krótko, jakby bojąc się reakcji damy, i czym prędzej oddaliła się z kocami i ręcznikami.
Gin kompletnie nie spodziewała się tego gestu, wbrew pozorom wcale do niego nie przywykła, a już szczególnie nie ze strony służby... a jednak był miły i dodał jej jakiegoś cienia pewności, że sobie poradzi.
Znów spojrzała na swojego pacjenta i unosiła właśnie różdżkę, by wymówić kolejne zaklęcie, kiedy jej uwagę przykuł przebijający się przez harmider władczy głos Roselyn. Panna Wright kierowała ludźmi z pewnością, której mogła jej pozazdrościć sama szlachcianka.
- Curatio Vulnera Horribilis - wymówiła, kiedy powróciła wzrokiem z powrotem do chłopca, ale różdżka jej nie posłuchała. Macmillanówna musiała być zbyt rozkojarzona, docierały do niej zewsząd strzępki rozmów, poleceń, ktoś płakał... Uzdrowiciel powinien potrafić się skupić na zadaniu w każdych warunkach, ale Gin ewidentnie nie miała w tym wprawy. Ba, ze skupieniem się miała problemy od zawsze. To nie mogła być jednak wymówka.
-Curatio Vulnera Horribilis - powtórzyła, ale znów z takim samym skutkiem.
Na słodką Helgę, Gin, skup się! Przecież znasz to zaklęcie, umiesz sprawić, że rana się zasklepi! - syknęła na siebie w myślach, choć to wcale nie sprawiło, że poczuła się lepiej. W jej drżące znów serce ponownie wkradło się zwątpienie i strach, że chłopiec znów przestanie oddychać, że przez jej nieudolność...
I wtedy usłyszała za plecami głos Roselyn i Olly'ego. Z jednej strony się ucieszyła, że uzdrowicielka pojawiła się obok, że zdoła pomóc rannemu, a z drugiej... a z drugiej Gin będzie musiała przyznać, że sobie nie radzi. Już oczami wyobraźni widziała postać matki kwitującej jej działania westchnięciem: "przecież ci mówiłam wiele razy, to nie jest zajęcie dla dam, jesteś na to zbyt delikatna, Virginio, zbyt wrażliwa..."
Nie, matko, wcale taka nie jestem!
Gin mocniej zacisnęła palce na swojej różdżce.
- Ciężki - odpowiedziała. - Ustabilizowałam go, już nie krwawi, ale... - urwała nie mogąc dokończyć tego zdania. Zamiast tego ponownie wycelowała koniec różdżki w podłużną ranę na ciele chłopca.
- Curatio Vulnera Horribilis - wymówiła jak najwyraźniej potrafiła mimo drżącego głosu. Koniec różdżki zalśnił... ale zaraz potem zgasł znów za słaby, żeby cokolwiek zdziałać. Ramiona Gin zadrżały, do oczu napłynęły głupie łzy bezsilności, więc dziewczyna czym prędzej opuściła zarówno wzrok jak i głowę. Długie, rude włosy zasłoniły jej twarz.
- N-nie mogę... N-nie mogę sobie poradzić z zaklęciem - zająknęła się ze wstydem. - Przepraszam... - wymamrotała nie wiedząc kogo tak naprawdę przeprasza - czy Roselyn, czy Olly'ego, że ich zawiodła zamiast być dla nich pomocą, czy może samego nieprzytomnego chłopca z raną ciągnącą się od ucha przez cały tors. A może wszystkich za to, że naiwnie sądziła, że sobie poradzi z uzdrawianiem.



chase the wind
Virginia Macmillan
Zawód : nieoficjalna sanitariuszka Macmillanów
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I will ride,
I will fly,
Chase the wind
And touch the sky
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8237-virginia-avis-macmillan https://www.morsmordre.net/t8276-sam-puch https://www.morsmordre.net/t8272-macmillan-s-firewhisky https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t8300-virginia-macmillan#240131
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]20.10.21 23:56
Spojrzenie ciemnych oczu na zaledwie chwilę skupiło się na twarzy Marlowe’a, po chwili przenosząc się w kierunku rannych. Przemykało po zdeformowanych bólem i strachem twarzach, ich wymęczonych cierpieniem pozach. We wnętrzu karczmy roznosił się duszący, metaliczny zapach krwi i ludzkiego potu, zmieszany z wonią alkoholu. Ich głosy odbijały się od czterech ścian sali, wypełniając je chaosem. Łatwo było stracić głowę. Stracić z oczu cel. Pozwolić by zmiecione na bok emocje wzięły górę. Własny strach, własna złość. Chęć współodczuwania tragedii, która ich spotkała. Rośli mężczyźni i dzieci. Zaledwie kilka chwil temu, leczyła oparzenia kilkuletniego chłopca. To co ich spotkało było tragedią. Jedną z wielu jakie dotykały ludność Anglii, jedną z tych, które niemalże stały się codziennością, chlebem powszednim. Nie potrafiła do nich nawyknąć. Nie potrafiła zmusić umysłu do tego, aby zapomnieć o ich twarzach, zmusić się, by nie wracały do niej we śnie. Dziś nie mogła kierować się jednak sercem, a jedynie rozumiem. Chociaż to właśnie ono ją tu sprowadziło, prym wieść miało wieloletnie doświadczenie, lata praktyki medycznej. Chociaż najstarsza z nich, pod tym względem wciąż niedouczona. Lata pracy w Mungu nie przygotowywały do tego, by stanąć twarzą w twarz z potrzebami jakie niosła za sobą wojna. Nie przygotowywały do polowych warunków w jakim przyszło im pracować, nie uczyły organizacji, zarządzania zasobami. Tego nauczyć musiała się sama, metodą prób, gdzie nie było miejsca na błędy. Wszakże te w ich wypadku były na wagę ludzkiego życia. Każdy zmarnowany oddech, każda chwila zawahania, najmniejsze potknięcie kosztowało zbyt wiele.
Mimo, że spora grupa ludzi opuściła progi lokalu, pozostało i tak wielu. Zdawać się zbyt wielu, aby trójka uzdrowicielów i jedna adeptka magii leczniczej mogli temu sprostać. Nie mieli jednak większego wyboru. Nie mogłaby zresztą wybrać inaczej niż tu pozostać. Ich praca dopiero się zaczęła. Zaczęli leczyć tych, którzy zdawać się mogło potrzebowali pomocy najszybciej. Musieli się jednak zorganizować, aby opanować chaos jaki przynieśli ze sobą szmalcownicy.
- Musimy się podzielić. Najpierw skupić się na tych z rozległymi poparzeniami i tych, którzy mocno krwawią. Powierzchowne urazy będą musiały mimo wszystko poczekać. Niektórzy z nich z pewnością jeszcze nawet nie czują pełni swoich obrażeń, jest nas za mało żeby zareagować wystarczająco szybko - powiedziała znacznie ciszej, obdarzając Olliego ciężkim spojrzeniem. To z trudem przechodziło przez usta. Gdyby tylko mogła, gdyby tylko miała możliwości zajęłaby się każdym jak najszybciej. Najpierw jednak musieli skupić się na tych, których życie było zagrożone najbardziej - Kwestię urazów psychicznych pozostawiam tobie. Niestety, ale teraz najważniejsze jest to co powierzchowne, musimy uleczyć ciało - powiedziała, mając nadzieję, że nie zinterpretuje jej w pokrętny sposób jako nie doceniała dziedziny, którą sobie wybrał za specjalizację. Była ważna. Jej tryb pracy wiązał się jednak z szybką reakcją, diagnozowaniem i leczeniem tego co widoczne dla oczu. Umysł znosił ciało na manowce, dziś jednak mogła uratować tylko to drugie. - Zaraz do ciebie dołączę - powiedziała, przenosząc wzrok na Gin.
Zbliżyła się do niej, pochylając nad pacjentem. Bez słowa skierowała w jego stronę różdżkę, szpecąc słowa inkantacji - Curatio Vulnera Horribilis.
Magnoliowe drewno zawibrowało - od lat, laty podatne na moc magii leczniczej chłonęło jej zaklęcia. Nie zawiodło i tym razem, gdy świetlista powłoka silnej magii rozlała się po skórze, wspomagając jej regenerację, krew zaskrzepła, a tkanki zaczęły się łączyć, odbudowywać, zrastać. Wkrótce rozerwane brzegi skóry połączyły się, pozostawiając po sobie bliznę.
Położyła dłoń na nadgarstku młodej uzdrowicielki - To niezwykle trudne zaklęcie, lady Macmillan, sprawia trudność nawet dla doświadczonych uzdrowicieli - powiedziała pokrzepiająco, dostrzegając zawstydzenie na twarzy młodej uzdrowicielki. - Dokończę. Pan Marlowe was pokieruje - powiedziała, zerkając w stronę Virginii i jej służki.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Wzgórza Quantock [odnośnik]23.10.21 17:13
Czasami sytuacja nie pozwalała na zrobienie więcej, niż w rzeczywistości się dało, nieważne jak bardzo chcieliby się starać i jak wiele chcieliby w tym momencie osiągnąć. Oczekiwania względem siebie i innych bywały nieraz przytłaczające i męczące, nie dawały możliwości na przyjęcie sytuacji takiej, jaką była. Bo przecież chciałoby się wydrzeć z siebie jeszcze więcej energii, objąć kompleksowym leczeniem każdą osobę bez wyjątku, stworzyć dla nich warunki idealne i sprzyjające zdrowieniu. Być może tego oczekiwali uzdrowiciele nie tylko sami od siebie, ale być może też tłum rannych oczekiwał podobnych rzeczy od nich. Nie wszystkie oczekiwania mogły jednak zostać spełnione, czasem należało się pogodzić z sytuacją i przyjąć ją taką, jaka była, co oczywiście nie oznaczało bezradnego przyglądania się wszystkiemu i wycofywaniu. Sam doskonale wiedział z czym wiązała się konieczność zaakceptowania pewnych wydarzeń, ale też nie ze wszystkimi idealnie sobie radził. O ile nauka w Mungu wymusiła na nim dostosowanie się do panujących tam nastrojów politycznych i społecznych, o tyle śmierć rodziców nigdy nie została przez niego przepracowana, a temat ten był całkowicie odrzucany od świadomości. Nie chciał być myślami w tym najgorszym momencie swojego życia.
Ciężkie i zmęczone spojrzenie spotkało się ze wzrokiem Roselyn. Zgadzał się z nią we wszystkich kwestiach, włącznie z priorytetowaniem zdrowia fizycznego ponad psychicznego i bynajmniej nie odebrał tego jako formę dewaluacji swojej specjalizacji. Psychika rzeczywiście potrafiła sobie w bardzo pokrętny sposób poradzić z wieloma urazami, ciało natomiast miało swoją namacalną słabość w przeróżnych miejscach. Zajmowanie się czyjąś psychiką w obliczu ewidentnego krwotoku, złamań, urazów wewnętrznych czy oparzeń byłoby zwyczajnie nieprofesjonalne i niemądre.
- Masz rację, ciałem powinniśmy się zająć natychmiast, nad urazami psychicznymi możemy popracować za jakiś czas, mam nawet pewien wstępny pomysł... W każdym razie, na razie pracujemy nad tym co mamy. - odpowiedział kobiecie i kiwnął jej głową na informację o ponownym dołączeniu w późniejszym czasie, zdejmując przy tym ciężki i przeszkadzający w pracy płaszcz, czując też że od tego wszystkiego zrobiło mu się o wiele cieplej. Przerzucił ubranie przez oparcie jednego z wolnych krzeseł i podciągnął rękawy niegdyś śnieżnobiałej koszuli, przygotowując się do dalszej, ciężkiej pracy i długiej nocy.
Niedługo po tym podszedł do Gin i jej służącej, jedną dłonią dotykając ramienia szlachcianki, a drugą delikatnie układając na jej plecach, pokierował ją w kierunku rannych. - Chodźcie, pomożecie mi z pozostałymi. - zaproponował łagodnie i spokojnie. - Świetnie sobie radzisz Gin, naprawdę. Nie przejmuj się tym i dalej dawaj z siebie wszystko. Cieszę się że tu z nami jesteś. - dodał jeszcze ciepło, siląc się na lekki choć wyraźnie zmęczony już uśmiech, wymalowany chyba ostatkiem pozytywnych sił.
Zbliżyli się do kolejnej grupy rannych, tym razem były to osoby o rozlicznych poparzeniach i stłuczeniach, które być może ledwo uniknęły spalenia żywcem. Zapach przypalonej skóry, ubrań i włosów był tutaj wyjątkowo nieprzyjemny, podobnież widok sklejonych ze sobą ciuchów i naskórka.
- Wiem że to trudne, ale starajcie się za bardzo nie myśleć. Skupcie się na procesie, na tym co robicie i jak to robicie. Będzie wam trochę łatwiej. - powiedział szeptem do kobiet, jeszcze zanim znajdowali się dostatecznie blisko rannych, chcąc dać im jakąkolwiek radę do dalszej pracy. Póki co taki sposób sprawdzał się młodemu uzdrowicielowi wystarczająco dobrze, jakkolwiek chłodna i beznamiętna metoda by to nie była. - Zajmijcie się proszę tą rodziną. - wskazał tutaj grupkę czarodziejów z dziećmi, z rozległymi choć niezagrażającymi ich życiu oparzeniami i stłuczeniami. Sam natomiast podszedł do leżącego niedaleko mężczyzny z poważnie przypaloną skórą, umorusanego brudem zmieszanym z krwią i smrodem spalenizny. Wyglądał jakby spędził w budynku bardzo długi czas, czego nie można było jednak powiedzieć o jego dzieciach. Czyżby sam wszystkich ewakuował z domu? Przyłożył różdżkę do ran mężczyzny.
- Cauma Sanavi Horribilis. - wypowiedział nazwę zaklęcia, jednak różdżka odmówiła posłuszeństwa. Kapryśne i trudne zaklęcie przeciw oparzeniom, jak sam żywioł wywołujący te rany. Zmrużył oczy skupiając się nieco bardziej. - Cauma Sanavi Horribilis - powtórzył, i tym razem magia roztoczyła się nad ranami mężczyzny, stopniowo łagodząc objawy oparzeń i odnawiając tkankę, choć pozostawiając za sobą blizny. Następnie zamierzał kontynuować z leczeniem ran tłuczonych i krwiaków, ale różdżka ponownie odmówiła posłuszeństwa, a Episkey Maxima nie odniosło skutku. Wszechogarniające go tego dnia zmęczenie dawało o sobie już znak nawet przy prostszych zaklęciach, wpływając na przepływ magicznej energii.
A wielogodzinna nocna zmiana dopiero się zaczynała...
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624

Strona 4 z 6 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Wzgórza Quantock
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach